Królestwo Trollandii - Nina Zarzycka

Kup ebooka

4.50 zł
3.74 zł (3,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Królestwo Trollandii

1.

Nina Zarzycka Królestwo Trollandii

Athena 2020

2.

Książkę dedykuję moim ukochanym Wnuczętom Matiemu, Oliwci, Maxikowi i Majusi

,,Miłość to tworzywo, z którego możemy modelować najbardziej wyjątkowe i piękne sytuacje. Wystarczy tylko kochać."

Nina Zarzycka

? Wydawnictwo Athena

Oleśnica

Wydanie II - 2020

ISBN 978-3-9822508-3-0

3.

Rozdział I - Wypadek Historię tę zna wielu ludzi, tych którzy byli na miejscu zdarzenia i tych którzy o niej czytali, więc być może słyszeliście o niej.

Nie wiecie jednak, co tak naprawdę wówczas się wydarzyło i o tym chcę wam opowiedzieć.

Mateusz, Max, Oliwia i Maja mieszkali w małym, spokojnym i atrakcyjnie położonym miasteczku Bretten , w Badenii- Wittembergii.

Od kiedy pamiętają było tam wiele pięknych i ciekawych miejsc.

Rynek, nad którym pochylały się stare, nawet ponad dwustuletnie stylowe kamienice tonące w czerwonych kwiatach, wąskie uliczki , gdzie w witrynach maleńkich sklepików (które, aż uśmiechały się do dzieci), podziwiać można było ręcznie wykonane lalki, maskotki, klocki, pociągi i mnóstwo innych cudownych rzeczy, z których zawsze jakąś dostawali od swoich matek.

W słoneczne dni Rynek tętnił życiem wyjątkowo. W ogródkach kawiarenek i cukierni było gwarno i wesoło, a unoszące się zapachy tortów, ciast, ciasteczek, ulubionych przez dzieci precli i lodów, przyjemnie łaskotały nozdrza, zapraszając w swoje progi.

Po wybrukowanym Rynku rodzice wozili swoje pociechy na ciężkich, drewnianych, połączonych łańcuchami i osadzonych na kamiennych kołach rzeźbionych psach, które skrzypiały i mocno stukały o bruk. Trzeba było nie lada siły, żeby powozić taką czwórkę dzieci, dla których te przejażdżki każdorazowo były ogromną frajdą.

Należy tu wspomnieć, że cała czwórka doskonale znała historię o bohaterskim psie, którego symbolem były również psy do przejażdżek po Rynku.

Wiąże się ona z miastem Bretten, które po raz pierwszy jako Villa Breteheim wspomniane było już w dokumentach pochodzących z 767 roku.

W średniowieczu miasto miało nawet prawo bicia monet, a w XV wieku posiadało cztery rynki.

W roku 1504 Bretten skutecznie ochroniło się w czasie oblężenia i z tej też okazji organizowany jest tam festyn Piotra i Pawła.

Gdy w oblężonym mieście kończyły się już zapasy żywności i nie było żadnej możliwości jej dostarczenia, co zwiastowało nieuchronną klęskę, jeden z rajców wpadł na genialny pomysł .

Poradził, by karmiąc resztkami żywności psa, utuczyć go i potem podrzucić przed bramę.

Tak też uczyniono, a wrogowie obserwując tak dobrze wyglądające zwierzę uznali, 4.

że głodem miasta nie wezmą i odstąpili od oblężenia.

Tyle tylko, że wcześniej dając upust swojej złości okaleczyli psa, ucinając mu ogon.

Historia o psie z Bretten w formie drukowanej po raz pierwszy pojawiła się 200 lat temu, w 1880 roku mieszkańcy wystawili mu pomnik, a teraz jest on obecny też na tablicach, herbach, pocztówkach, pamiątkach i reklamach.

Dzieci tak bardzo lubiły słuchać historii o odważnym psie, że z tym samym zapałem poznały historię swojego miasta, które uwielbiały i z którego były bardzo dumne.

Siedząc każde na swoim psie z uśmiechem rozglądali się podziwiając piękny Rynek, gdzie wokół na małych klombach i w donicach kwitło mnóstwo wszelkiego kwiecia, którego intensywny zapach pomieszany z aromatem smakołyków, dawał ten jeden jedyny, niespotykany nigdzie indziej zapach szczęścia i ukojenia.

Rynek ozdabiały zabytkowe fontanny, przy których dzieci spędzały wiele czasu, usiłując złapać do rąk jedną ze złotych rybek.

Jednak było jeszcze coś bardziej wyjątkowego w ich miasteczku. Czekali na to przez cały rok. To właśnie słynne obchody, nawiązujące do historii miasta - coroczny Festyn Piotra i Pawła, znany dzieciom również z opowiadań o losach Bretten.

Organizowany na przełomie czerwca i lipca jest najstarszym i jednym z największych, festynem ludowym w południowo- zachodnich Niemczech i na świecie.

Dzieci szalały z radości. Bretten na cztery dni zamieniało się w średniowieczne miasto, w którym życie toczyło się tak jak przed wiekami.

Do tego niewielkiego , z niespełna czterdziestoma tysiącami mieszkańców miasteczka, zjeżdżało około stukilkudziesięciu tysięcy gości.

Ruch w centrum i na wielu ulicach był dla wszelkich pojazdów wstrzymany, a poruszać się ulicami można było tylko pieszo albo...konno.

Mieszkańcy przywdziewali piękne stroje pochodzące z dawnych czasów i przypominające minione epoki.

Byli więc chłopi, żebracy, mieszczanie, kupcy, arystokraci w wytwornych strojach, rzemieślnicy, żołnierze i rycerze. Można też było spotkać mnichów, zakonnice, żebraków i trefnisiów, chłopów i gospodarzy.

Rzemieślnicy ustawiali swoje warsztaty, gospodarze zagrody ze zwierzętami, budowano osady, a gospody, karczmy i wyszynki oferowały potrawy i napitki, które nadal przyrządzane są według receptur z innych epok, i których nigdzie indziej nie da się kupić.

Na wielu straganach można było zakupić wiele wspaniałych pamiątek, ale także 5.

i smakołyków, których również próżno szukać w sklepach.

Dzieci uwielbiały podpłomyki, pieczone mięsiwa, czy prażone orzechy przygotowane na wiele sposobów. Najbardziej lubili oczywiście te mocno cukrowane.

Festyn rozpoczynała barwna parada, w której uczestniczyli mieszkańcy Bretten, innych regionów Niemiec , a także wielu zagranicznych gości.

Każda z grup starała się wypaść jak najbardziej okazale, dlatego też dominowało ogromne bogactwo strojów i historycznych akcesoriów.

W paradzie jechały wozy, prowadzono bydło, muzykanci grali dawną muzykę, a żebracy prosili o grosz.

Dzieci z dumą wsiadały do małego, drewnianego wozu ciągniętego przez rodziców.

W swoich strojach ze zgrzebnego lnu, w prostych sandałach, wykonanych na wzór tych pradawnych wyglądali rzeczywiście jak z innej epoki pomimo tego, że był to rok 2011.

Oczywiście w paradzie nie mogło zabraknąć psów, które szczekając i machając ogonami, asystowały niesionej figurze psa- legendy.

Szczególnie efektownie wyglądali konni rycerze w zbrojach i mężczyźni tańczący z chorągwiami. Nie zbrakło także tancerek, żonglerów i kuglarzy. Na oczach publiczności toczone były walki rycerzy na kopie i miecze. Dzieci przepadały za oglądaniem walk rycerskich na prawdziwe wielkie i ciężkie miecze i zgodnie obiecywali sobie, że jak tylko trochę podrosną to nauczą się fechtunku.

Wszystko było proste, szorstkie, zwyczajne, ale jakże piękne i pouczające.

Na samym Rynku odbywało się wiele występów, na które dzieci również czekały.

Dawne pieśni śpiewane przy akompaniamencie zabytkowych instrumentów poruszały serca wszystkich uczestników Festynu.

Po przeciwnej stronie Rynku, w nowoczesnej już atmosferze można było bawić się na karuzelach, jeździć na autkach, zjeżdżalniach i korzystać z jeszcze wielu atrakcji, w przygotowanym na te dni Parku Zabaw.

Dobrze mieszkało się w Bretten, gdzie wszystko - można by powiedzieć - było tak akurat.

Zimą, gdy wszędzie szalały śnieżyce i zamiecie śnieżne, tutaj na trawnikach rosły stokrotki. Temperatura była wprawdzie niższa, ale śniegu akurat tyle, żeby dzieci mogły ulepić bałwana i przejechać się na sankach, a cała zima ze śniegiem trwała zaledwie kilka dni.

Latem schronienie przed upalnym słońcem dawały korony pięknych drzew i cienie 6.

kamienic z dumą spoglądające na rozrastające się z roku na rok miasto.

Życie w Bretten płynęło spokojnie, ale nie nudno, natomiast statecznie, bez szaleństwa wielkomiejskiego hałasu.

Zmieniające się mody, napływ wszelkich nowości i tego miasta nie ominęły.

Młode pokolenie i nie tylko,zachwycone coraz to nowocześniejszymi odkryciami techniki, głównie elektronicznej, albo myślało o tym jak szybko uciec do dużego miasta, albo owładnięte mocą wszechmogącego internetu, zupełnie odcinało się od ludzi i realnego świata.

I tak wiele dzieci dorastając pomiędzy smartphone a szkołą, bez zabaw z rówieśnikami na podwórku, stawało się coraz bardziej samotnymi, a co za tym idzie egoistycznymi i samolubnymi ludźmi, skupionymi tylko i wyłącznie na samych sobie.

Starszych ludzi martwiły takie zmiany, ale ich głosu już prawie nikt nie chciał

słuchać.

Tak wolnym krokiem z roku na rok odchodziły do lamusa te piękne czasy kiedy to ludzie spotykali się ze sobą, rozmawiali, śmiali wspólnie, pomagali sobie w potrzebie i wspierali się wzajemnie.

Wszelkie osiągnięcia i postęp naukowy to cenna i ważna sprawa, ale ludzie zachłysnęli się tak mocno tymi nowościami, że dali się im pochłonąć bez reszty, nie zostawiając miejsca na prawdziwe życie.

Rodzice zaczęli wpajać dorastającym dzieciom,że najważniejsza w życiu jest kariera, wysoka pozycja społeczna i zdobycie wielkiego majątku, a przyjaźń, współczucie, słuchanie zdania innych, to tylko przejaw słabości i braku wiary w siebie, więc należy unikać takich uczuć.

Niewiele już było takich młodych rodzin, które podtrzymywały tradycje i uczyły swoje pociechy, że najcenniejsze dla człowieka, to pozostać szlachetnym, dobrym, szczerym , odpowiedzialnym i wrażliwym na krzywdę innych ludzi, a także pełnym wiary w drugiego człowieka, bo to właśnie stanowi podstawy do osiągania postawionych celów, daje wewnętrzną siłę, energię i pozwala pokonywać przeszkody stojące na drodze do realizacji marzeń.

Niewielu też potrafiło nauczyć, że nie dobra materialne, a miłość, szczęście i poczucie bezpieczeństwa, to wartości największe i to dopiero na nich należy budować przyszłość i osiągać niezbędne dobra.

I tak życie pędziło do przodu niszcząc wokół siebie zbyt wiele, a ludzie nie potrafili się już zatrzymać, ani na chwilę.

Mati z braciszkiem i kuzynkami często bawili się w parku, gdzie zbierały ich mamy.

Karolina i Agnieszka były siostrami i bardzo się kochały.

Widywały się codziennie, dzięki czemu ich dzieci były ze sobą zżyte i łączyła je 7.

ogromna więź.

Dzieciaki wychowywane w wielkiej miłości i z pełnym oddaniem rodziców, rosły szczęśliwe w dobrym, tradycyjnym domu, mając wpajane zasady, nauczone odróżniania dobra od zła i znające wartości jakie powinny dominować w ich życiu.

Nie sprawiali rodzicom większych kłopotów, chociaż lubili porozrabiać, a ich pomysły czasami bywały zaskakujące.

Tego wiosennego dnia Mati, Maxik i Oliwcia biegali po parku bawiąc się w berka.

Majusia dopiero uczyła się chodzić, więc siedziała teraz w wózeczku i przyglądała się rodzeństwu machając rączkami , i próbując wydostać się z niego, zupełnie niezainteresowana swoimi zabawkami.

Mamy siedziały na ławce i co jakiś czas przypominały dzieciom, żeby nie odchodzili zbyt daleko, ponieważ na ulicy przy parku trwały prace drogowe i ziemne, w związku z czym znajdowało się tam wiele ogromnych maszyn i urządzeń budowlanych.

Dzieci wiedziały jednak, że nie wolno im się tam zbliżać, a poza tym nawet nie zamierzały tego robić, gdyż bały się samego widoku tych maszyn, a jeszcze bardziej hałasu jaki robiły te wszystkie urządzenia. Dobiegali więc tylko do bezpiecznych granic parku.

Mati coraz częściej spoglądał w stronę żywo zainteresowanej ich zabawą Majusi.

Podszedł w końcu do siedzących mamy i cioci, i zapytał:

- Czy mógłbym wziąć Maję bo ona , aż z wózka chce wyskoczyć, tak jej się podoba nasza zabawa?

- Mati - odpowiedziała mama Mai - ja specjalnie trzymam ją jeszcze w wózku, żebyście mogli się pobawić i pobiegać, a jak ty będziesz bawił się w berka z wózkiem? Majusia dołączy do was , jak już usiądziecie na trawniku.

Tak Majuniu ? Jeszcze troszkę tu z nami posiedzisz?- zapytała Maję

- Daaaaa ! - zawołała zniecierpliwiona siedzeniem w wózku Maja.

- Dam radę, mam pomysł - powiedział Mati i pchając przed sobą wózek już biegł w stronę Maluchów.

Tak nazywano Oliwię i Maxa pomiędzy którymi były tylko dwa tygodnie różnicy wiekowej.

No i dzieci nadal biegały, śmiały się i przekomarzały, doskonale się bawiąc.

W pewnym momencie Mati zamiast gonić Maluchy zatrzymał się, przyciągnął do siebie wózek z Mają i zdziwionym wzrokiem spoglądał na trawnik.

- Maxiu, Oliwciu, chodźcie tu szybko, coś wam pokażę! - zawołał.

Maluchy nie zwracały uwagi na jego wołanie, przeczuwając że to podstęp, aby mógł

ich szybciej złapać, ale widząc że Mati nadal stoi w tym samym miejscu i bacznie w coś się wpatruje, ruszyły w jego stronę.

8.

Matiego zainteresowało dziwne wgłębienie w trawniku, które nagle się tu pojawiło.

Wyglądało to jak miękka pierzynka z trawy, która lekko jak chmurka coraz głębiej chowa się pod ziemię. Chłopiec zwrócił uwagę na pracę młota pneumatycznego przy ulicy i skojarzył, że to pewnie on wywołując drgania spowodował, że trawnik się zapada. Spojrzał w stronę mamy i cioci, które widząc zaniepokojonego chłopca , wstały z ławki i zaczęły przywoływać dzieci.

Mati instynktownie poczuł niebezpieczeństwo i krzyknął:

- Max, Oliwia, nie podchodźcie tutaj, uciekamy!

Jadnak rozbawione Maluchy zupełnie nie zrozumiały o co mu chodzi i nadbiegały z przeciwka.

Mati, stojący po drugiej stronie szybko tworzącej się dziury w ziemi chciał ją obiec i powstrzymać Maluchy.

Skręcił wózkiem i zdążył zawołać:

- Uciekajcie!- kiedy ziemia z wielkim łoskotem zaczęła się zapadać, wciągając dzieci w otchłań ciemności.

W tym momencie na ułamek sekundy zapadła głucha cisza, którą przewał

przeraźliwy, pełen rozpaczy krzyk matek.

Wszystko wydarzyło się tak szybko, że chociaż wokół byli ludzie, to jednak nikt nie zdążył zareagować. Wszyscy zamarli z przerażenia.

- Dzieci... - szeptali - porwało dzieci...

Wśród śpiewu ptaków i łagodnego powiewu wiosennego wiatru słychać było tylko łoskot nadal osuwającej się ziemi.

Nagle ucichło, a ziemia jakby wypełniając swoją miarę, zatrzymała się i przestała zsypywać.

Przerażone matki nawoływały dzieci i błagały ludzi o pomoc.

Rzuciły się w zapadlinę i rękoma zaczęły odkopywać ziemię.

Przybiegli robotnicy, przechodnie i powstało wielkie zamieszanie.

Ludzie otaczali zawalisko, odciągali oszalałe z rozpaczy matki.

Ktoś próbował zaprowadzić porządek i odsunąć gapiów od niebezpiecznej strefy, ktoś dzwonił po pomoc, inni do swoich bliskich i znajomych żeby przekazać , czego byli świadkami. Panował ogólny chaos.

Rozpacz i bezsilność zawisły nad wielką jamą, która pochłonęła dzieci.

9.