ROZDZIAŁ 2
KAŹŃ
Dziwną stanowili kompanię. Mała dziewczynka odzywała się tylko do krzewów i roślin, a na postojach czule głaskała kamienie; Polak wyglądał tak, jakby żałował, że zgodził się na tę wyprawę, i co chwila zarządzał postój, żeby sprawdzić ślady lub ruszyć samotnie na zwiad boczną ścieżką, i wreszcie obolały Bram, który co trzeci krok syczał z bólu. Do tego nie potrafił pozbyć się rosnącej w żołądku kuli lęku. Nie wiedział, czego się bał i dlaczego, ale to coś nie dawało mu spokoju. Próbował porozmawiać o tym z Polakiem, ten jednak zbył go machnięciem ręki.
- Tutaj większość tak ma, przyjacielu. Szybko się przyzwyczaisz - powiedział tylko i nakazał ruszyć dalej w drogę.
Wreszcie, po prawie całodziennym marszu, Bram zobaczył po raz pierwszy cel swojej podróży - Kaźnię.
Miasto miało kształt długiego, wijącego się robaka, którego boki stanowiły mury domów. Niedaleko znajdowało się kilka skalistych wzniesień oraz niewielka rzeka. Kaźń składała się z dwóch części. Pierwszą stanowiło stare miasto, powstałe jeszcze przed odkryciem żywmetalu. Budowano je z rozmysłem - budynki stanowiły dla siebie nawzajem ochronę, w poprzek głównej ulicy stała brama broniąca wejścia oraz zachowano miejsca na stanowiska strzeleckie. Same domy zaś wydawały się mocno, solidnie i starannie zbudowane. Druga część Kaźni musiała powstać już po odkryciu złóż, bo ci, którzy przybyli do miasteczka w poszukiwaniu sławy i bogactwa, budowali swoje schronienia naprędce i byle jak, nie przykładając się specjalnie. Część z nich zadowalała się tylko płóciennymi namiotami. Miejsca wybierano bez zastanowienia, więc kilkaset szop i chałup zmieniło się w rezultacie w istny labirynt małych uliczek, wewnętrznych podwórek, ślepych zaułków. Łącznie, jak szybko ocenił Bram, Kaźń mogło zamieszkiwać nawet grubo ponad tysiąc osób.
- Codziennie jedni przybywają, a drudzy wyruszają na szlak w poszukiwaniu żywmetalu. Kaźń przypomina teraz prawdziwy rój - powiedział Lisiecki.
Godzinę później dotarli na miejsce. Polak poprowadził ich do oberży znajdującej się w starszej części miasta. Zgodnie z umową Bram wynajął mu i dziewczynce pokój oraz zapłacił zadatek w bonach żywnościowych, chociaż w Federacji normalnie płacono monetami z żywmetalu lub innych kruszców. Umówił się z Lisieckim, że na zakupy wyruszą wspólnie jutro rano. Polak miał mu pokazać, gdzie można kupić konia, zapasy i broń, a przy okazji pomóc w targowaniu się.
Po pożegnaniu Bram zaczął szukać miejsca, które znał jako hotel Sava. Odnalazł go w najstarszej części Kaźni. Tworzył ją niewielki placyk ze stojącą pośrodku pojedynczą kolumną z białego kamienia. Otaczały zaś szczelnie - niczym mury - przysadziste kanciaste budynki.
Hotel okazał się sporym, starannie podmurowanym dwupiętrowym domem, zbudowanym z mocnego, twardego drewna. Ściany zdobiły obrazy lub rzeźby przedstawiające nagie kobiety zobrazowane tak szczegółowo i w tak wyuzdanych pozach, że jeśli ktokolwiek miałby wątpliwości, z czego naprawdę żyje właściciel hotelu, szybko musiałby się ich pozbyć.
Bram wszedł do środka i natychmiast otoczył go kłąb siwego tytoniowego dymu, tak mocnego, że szczypał w oczy. Dało się w nim wyczuć delikatną woń marzyziela i opium.
Trochę potrwało, zanim przyzwyczaił się do dymu. Znajdował się w dużej, pojedynczej izbie, która zajmowała niemal cały parter budynku. Pod jedną ze ścian znajdowały się bar i wejście do innego pomieszczenia, najprawdopodobniej kuchni. Pozostałą przestrzeń zajmowały stoliki do kart i ruletki, pozbierane chyba zewsząd kanapy oraz leżanki, ustawione tak, że trudno było dojrzeć w tym jakikolwiek porządek. Na ścianach wisiały wypreparowane łby upolowanych w okolicy zwierząt: szablozębnego wilka o kłach jak sztylety, bardziej przypominającego kota niż psa, stukojki z trującym rogiem czy ksalomonta, który pomimo groźnego wyglądu i szerokich zębów, jakby stworzonych do kruszenia kości, był łatwiejszy do upolowania od dzikiej świni. Trofea sprawiały jednak wrażenie starych i zeżartych przez mole, a tam, gdzie kiedyś znajdowały się kłęby gęstej, lśniącej sierści, teraz widniały żałosne, gołe placki popękanej skóry.
Kilka siedzisk zajmowały znudzone kobiety, ubrane tak lekko i wyuzdanie, jak tylko pozwalał na to panujący w budynku chłód. Zbite w gromadę, wymieniały leniwie półsłówka, dzieląc się cienkimi skrętami i resztką wódki z poprzedniego dnia. Wyglądały na zniechęcone, zmęczone i wściekłe, a Brama zaszczyciły jedynie krótkimi, ale pełnymi pogardy spojrzeniami.
Na leżankach w głębi izby spało dwóch mężczyzn o uśmiechniętych i spokojnych twarzach. Holender zwrócił uwagę na ich buty - solidne, wojskowe, zadbane, pastowane najdalej wczoraj wieczorem. Potem na spodnie - w kolorze zgniłej zieleni, z kieszeniami po bokach. Jedna z kobiet, być może z poczucia obowiązku, postanowiła go zaczepić.
- Czołem, rycerzu. Chcesz się zabawić?
- Może nie dzisiaj, panienko - odpowiedział, wpatrzony w mężczyzn.
Obok nich na wojskowych kurtach leżały pancerze. Nieco powgniatane i zabrudzone, ale wciąż w bardzo dobrym stanie. Kilka elementów było świeżo wymienionych. Chroniły głównie klatkę piersiową oraz ramiona, stanowiły niewielkie obciążenie i zarazem zapewniały maksimum swobody ruchu. Broniły przed większością broni białej, a także, przy odrobinie szczęścia, przed bronią palną. Wykorzystywała je zazwyczaj lekka piechota i kawaleria oraz zwiadowcy.
Bram wyprostował rękaw jednej z kurt. Tak jak się spodziewał, znalazł tam logo Korporacji: wstęgę Möbiusa z trzema gwiazdami pośrodku i slogan wyszyty na szarym kawałku materiału czarną opalizującą nicią: "Biznes to ludzie. Korporacja jest z Tobą".
Pomiędzy mężczyznami leżała duża misa z dopalającymi się fajkami z marzyzielem. To tłumaczyło spokojny i słodki sen żołnierzy. Bram przypatrywał im się jeszcze chwilę, próbując zapamiętać ich twarze i zastanawiając się, co zrobić. Jeszcze w Federacji przekazano mu, że hotel Sava to dla niego jedyne pewne i bezpieczne miejsce w całym dawnym księstwie Kuźni, a ledwo tu dotarł, od razu trafił na dwóch żołnierzy Korporacji. Ciekawe, gdzie były ich pasy z bronią. Przynajmniej nie wyglądali na zbyt niebezpiecznych, ale w mieście mogło być ich więcej. Przytomnych, nie naćpanych.
- Mogę w czymś pomóc!?
Za barem stał łysy mężczyzna w białej koszuli i kamizelce. Musiał mieć około czterdziestu lat. Wpatrywał się uważnie w Holendra. Dłonie trzymał pod ladą, zapewne zaciśnięte na rewolwerze, kuszy lub innej broni.
Bram uśmiechnął się przyjaźnie i powoli podszedł do barmana.
- Witam. Właśnie szukałem kogoś, kto mógłby mnie obsłużyć.
- Ja cię chciałam obsłużyć! - odezwała się prostytutka, która wcześniej go zaczepiła. - Ale ty nie chciałeś! Mick, to jakiś pedał jest. Powiedz mu, że my w Kaźni nie lubimy pedałów!
- Zamknij się, Mette! - wrzasnął barman.
Prostytutka zmierzyła go wściekłym spojrzeniem, ale zaraz spuściła głowę i zajęła się marną resztką papierosa, która jarzyła się jej pomiędzy palcami. Kobieta mruczała coś pod nosem.
Mężczyzna o imieniu Mick uśmiechnął się do Brama przepraszająco.
- Przepraszam pana. Mette bywa... - przez chwilę szukał odpowiedniego słowa - natarczywa.
- Szukam Savy.
Barman uniósł lekko jedną brew.
- Savy? Ma pan jakiś interes? Chce pan coś zostawić, przekazać?
- Przekazać.
- Co takiego?
- Że w Bramie Północy róże kwitną także zimą.
Mick, nawet jeśli zdziwił się, słysząc tę absurdalną kwestię, to nie dał tego po sobie poznać. Jego twarz była jak wykuta z kamienia. Malowało się na niej tylko pełne skupienie i być może jeszcze coś na kształt irytującej życzliwości, którą mają tylko ci, co uważają, że widzieli już wszystko.
- Mette! - krzyknął, nie spuszczając oka z Holendra.
Prostytutka niechętnie podniosła się z fotela.
- Idź do pani Savy i przekaż jej, że... - Spojrzał na gościa.
- W Bramie Północy róże kwitną także zimą - powtórzył Bram.
Oczy dziwki zmieniły się w dwa znaki zapytania.
- Idź! - wrzasnął Mick.
Mette prychnęła lekceważąco, ale popędziła schodami na piętro.
- Napije się pan czegoś? Zje pan coś? Chciałby pan podupczyć? - zapytał tymczasem barman.
- Napiłbym się.
Bram zajął miejsce przy barze. Rzucił obok swoje torby.
- Czego pan sobie życzy?
- Macie piwo?
- Miejscowe. Trochę mętne i mocno ziołowe. Z jakiegoś powodu nasi dostawcy nie potrafią się pozbyć tych aromatów.
- Może być.
Barman wyjął spod lady drewniany kufel, przetarł go szmatą i podszedł do beczki stojącej niedaleko. Odkręcił mosiężny kurek i napełnił naczynie, po czym podał je Holendrowi. Piwo mocno się pieniło, miało słaby żółty kolor o zielonkawym zabarwieniu, ale może była to wina koloru drewna, z którego wykonano kufel. Z duszą na ramieniu Bram upił łyk. Smakowało tak sobie, było mocno rozwodnione, a jednak rzeczywiście miało intensywnie ziołowy, trochę gorzkawy, a trochę kwaskowaty aromat.
- I co, dobre? Pasuje panu? - zapytał Mick.
Wciąż mówił z tą denerwującą manierą, na pograniczu rozbawienia i protekcjonalności.
- Sava mówi, że ten facet ma do niej przyjść! - krzyknęła prostytutka, schodząc z piętra na parter.
Barman skinął głową.
- Mette pana zaprowadzi. Drugie piętro, trzeci pokój po lewej stronie.
Kiedy Holender sięgnął po swoje rzeczy, Mick powstrzymał go gestem.
- Niech pan zostawi. Przypilnujemy.
- Dobrze.
- Powinien pan też zostawić broń.
Bram zawahał się. Wreszcie wzruszył ramionami, odpiął pas z rewolwerem i szablą, po czym rzucił go na podłogę.
- Niech nic nie zginie - powiedział.
- Ma pan to jak w banku.
Holender poszedł za Matte. Dziwka zaprowadziła go na drugie piętro, a potem pod odpowiednie drzwi. Zapukała.
- Wejść! - rozkazał ktoś w środku.
- Teraz radź sobie sam - mruknęła dziewczyna, odchodząc.
Holender obserwował, jak schodzi, potem wziął głębszy oddech i wszedł do pokoju.
O ile na dole panował chaos i przepych, o tyle to pomieszczenie było urządzone prosto, wręcz ascetycznie. Na skromne umeblowanie składały się komoda z ciemnego drewna, spora szafa i niewielki, stojący pod jedną ze ścian stół, na którym znajdowały się jeszcze resztki obiadu. Centralne miejsce pokoju zajmowało zawalone papierami biurko. Siedziała za nim kobieta, w której Bram rozpoznał Savę. Wyglądała dokładnie tak, jak mu opisywano - wysoka, szczupła, ubrana w prostą szarą suknię, o bladej cerze, wielkich czarnych oczach i lekko kręconych kasztanowych włosach, które opadały jej do ramion. Przypominała łagodną, może trochę przestraszoną łanię, ale Holender wiedział, że to mylne wrażenie. Sava potrafiła bowiem kąsać jak żmija.
- Pani, przybyłem...
Nim zdążył dokończyć, poczuł, jak czyjaś dłoń zaciska mu się na ramieniu, a w plecy, mniej więcej na wysokości wątroby, wbija się czubek noża. Z trudem powstrzymał się od jakiegokolwiek ruchu. Rzucenie się do walki lub choćby samo obrócenie się zapewne kosztowałoby go życie.
- Nie ruszaj się! - warknął ktoś za nim suchym i zachrypniętym damskim głosem.
Dłoń opuściła jego ramię i zaczęła powolną wędrówkę w dół, po drodze sprawdzając każdy zakamarek i kieszeń w ubraniu.
- Jest czysty - powiedziała zachrypnięta kobieta.
- Puść go.
Czubek noża odsunął się od Brama. Holender wypuścił z ulgą powietrze z płuc. Spojrzał za siebie. Stała za nim niewysoka, ostrzyżona na jeża dziewczyna w męskim ubraniu. Jej twarz szpeciła czerwona, nabrzmiała blizna, która ciągnęła się od lewego oka w dół, przez szyję, aż ginęła pod koszulą. Z pasa wokół bioder zwisało kilka noży różnej długości.
- Mówiłeś, że przybyłeś... Skąd? - zapytała Sava.
Bram mógłby przysiąc, że w kąciku jej warg pojawił się złośliwy uśmieszek.
- Wolałbym mówić z tobą na osobności.
- Proszę nie przejmować się Ellen. Jesteśmy, można powiedzieć, jednością. Co mówisz mnie, równie dobrze możesz od razu powiedzieć jej. W drugą stronę też to działa.
- Pomimo tego nalegam.
Sava po chwili namysłu pstryknęła palcami i Ellen niechętnie wyszła z pokoju.
- Zadowolony? - zapytała kpiarskim tonem.
- Przybyłem z Bramy Północy. Przysyła mnie Uther.
Sava ułożyła usta w uroczy dzióbek.
- Uther? Sam władca Federacji?
- Tak. Miałaś dostać informacje...
- I dostałam - przerwała mu. - Że Federacja kogoś prześle na przeszpiegi. Federacja, byt nieokreślony, dość niemrawy i niejasny. Uther... Uther to coś zupełnie innego.
Uśmiechnęła się tajemniczo i sięgnęła do kredensu po dwa kieliszki z kryształu oraz butelkę.
- Napijesz się? - zapytała. - Czerwone. Słoneczne z Białej Wyspy.
- Nie, dziękuję.
- Oczywiście - stwierdziła. - Na pewno przywykłeś do lepszych trunków. Bardziej wykwintnych, dworskich. Słoneczne zapewne niegodne jest twojego podniebienia, nieprawdaż?
Holender posłał Savie pytające spojrzenie.
- Widziałam cię podczas jednego z tych głupich turniejów organizowanych w Bramie Północy przez naszego ukochanego króla Uthera - wytłumaczyła. - Startowałeś chyba w boksie i, o ile pamiętam, zająłeś trzecie miejsce. Ty jesteś Bram van der Hagenhooper, syn i dziedzic lorda Kła i stadhoudera Nowej Holandii.
Bram poczuł, jak jeżą mu się włoski na karku.
- Swoją drogą - kontynuowała Sava - Uther musi mieć niezły tupet, skoro to właśnie ciebie tutaj przysłał.
Holender przełknął ślinę.
- Jednak poproszę o wino - powiedział.
*
Szeryf James L. Siren lubił myśleć, że Kaźń należy tylko do niego. Pod pewnymi względami zresztą naprawdę tak było. Chociaż nad niektórymi budynkami w mieście, takimi jak hotel Savy, nie miał kontroli, to nikt w okolicy nie trzymał w swoim ręku tyle władzy, ile właśnie on. Świadomość tego faktu napełniała jego serce dumą.
Szkoda tylko, że Siren Kaźni po prostu nienawidził. I nie było to wcale puste sformułowanie czy rzucona w gniewie uwaga, ale raczej krystalicznie czyste, gorące jak wylewająca się z hutniczych pieców surówka uczucie, które czasami przerażało jego samego. Nienawidził Kaźni, nienawidził tłumu marnych poszukiwaczy żywmetalu ściągających tu z całego świata, by spełnić swe marzenia, a powodujących tylko kłopoty. Jedyny z nich pożytek był taki, że dawali się oskubać do kości każdemu, kto miał choć odrobinę oleju w głowie.
A jednak szeryf służył tym tępym bydlętom najlepiej, jak potrafił. A to dlatego, że był dobrym człowiekiem, a przynajmniej lubił tak o sobie myśleć.
Wstał z krzesła, podszedł do barku po butelkę whisky i nalał sobie pół szklanki. Upił łyk i niechętnie wrócił do rozrzuconych na biurku papierów. Zaczął leniwie przyglądać się kartce, na której jakiś poszukiwacz dziecinnym, nierównym pismem opisał, robiąc przy tym pełno błędów, kolejny napad chudzielców na północnym wschodzie. Zginęła jedna osoba.
Wieść o tym wydarzeniu rozniosła się już po mieście, wiedział więc, czego ma się spodziewać. Wkrótce grupa zatroskanych obywateli przyjdzie do niego i przestępując z nogi na nogę, miętoląc w dłoniach kapelusze, zażąda płaczliwym, proszącym tonem, żeby zajął się chudzielcami. Oczywiście żaden z nich nie będzie chciał poświęcić choćby bochenka chleba ze swojej spiżarni na zorganizowanie ekspedycji. Siren zmiął kartkę w kulkę i rzucił ją na podłogę.
Wziął kolejny papier, list od doktora Carridana, wysokiego jak tyczka, chuderlawego mężczyzny o krowich oczach, o którym nawet nie było wiadomo, czy ma prawo nazywać się lekarzem. Carridan skarżył się, że brakuje mu miejsca w szpitalu oraz jedzenia w jadłodajni dla ubogich. Kolejne ofiary Głodu leżały na ziemi upakowane tak ciasno, że nie dało się pomiędzy nimi przejść, a biedni szturmowali kuchnię, grożąc kucharzowi, który pokazywał im puste garnki. Carridan błagał o kolejny namiot oraz więcej jedzenia. Siren poczuł męczący ucisk wokół czaszki. Czasami miał wrażenie, że najlepszym rozwiązaniem problemu Głodu byłoby pójście do tej umieralni, szumnie nazywanej szpitalem, z rewolwerem i kilkoma pudełkami naboi oraz strzelenie każdemu z tych nieszczęśników w łeb. Czy kiedykolwiek ktokolwiek wyleczył się z Głodu? Szeryf nie potrafił sobie przypomnieć, a co do ubogich... Mogli, kurwa, zdychać.
Tyle że nie tego od niego oczekiwano. Dobrzy obywatele Kaźni chcieli, żeby poskromił chudzielców, zorganizował pomoc dla Głodujących i ubogich, a do tego zapewnił porządek w mieście i bezpieczeństwo na szlakach. Ciekawe, skąd miał wziąć na to ludzi i pieniądze. Najgorsze było to, że nie mógł po prostu rzucić tych wszystkich papierów do kominka, a potem jednemu i drugiemu dać po mordzie na uspokojenie. Nie dlatego, że się ich bał. Nie spodziewał się również, by którykolwiek z mieszkańców Kaźni miał dość jaj, żeby próbować go odwołać ze stanowiska - chociaż oczywiście mogli od czasu do czasu o tym rozmawiać. Ale tylko wtedy, kiedy mieli pewność, że nie usłyszy ich ani on, ani żaden z jego ludzi. Nie, chodziło o coś innego. Siren był przekonany, że prędzej czy później Korporacja albo Federacja przyślą do Kaźni jakiegoś chojraka z wielką spluwą i kilkoma osiłkowatymi pomagierami, a ten zechce zająć jego miejsce. Zbyt dużo żywmetalu w tej ziemi, zbyt wielkie bogactwo do zdobycia, żeby ktoś nie spróbował położyć na tej mieścinie swojej łapy. A kiedy ten dzień w końcu nadejdzie, Siren wolał mieć mieszkańców po swojej stronie.
A do tego była jeszcze córka Biszka.
Sięgnął po whisky i upił kolejny łyk. Ciekawe, co się stało z tą dziewczynką. Rozesłał za nią ludzi, ale nie znaleźli jej ani w Kaźni, ani w okolicznych siedliskach. Wszystko wskazywało na to, że razem z tępą matką padła ofiarą chudzielców, dzikich psów czy tego żlebodźwiedzia, który miał się pojawić w okolicy. A byłem już tak blisko, pomyślał ze złością.
Jednym haustem dopił resztkę i odstawił szklankę z impetem na stół, a potem beknął przeciągle.
W tym samym momencie do biura wszedł Iwan. Olbrzym skinął na przywitanie głową i bez słowa oparł się o ścianę. Siren dolał sobie whisky, wrócił za biurko i dał mu ręką znak, że może mówić.
- Przyjechał nowy.
- Codziennie przyjeżdżają nowi - mruknął w odpowiedzi szeryf.
- Ten jest inny, szefie.
Siren zmrużył powieki i przyjrzał się uważnie Iwanowi. Rosjanin nie należał ani do specjalnie inteligentnych, ani do specjalnie spostrzegawczych, ale nie był też głupi. Jeśli uznał, że w przybyszu było coś niepokojącego, to należało go przynajmniej wysłuchać.
- Mów - rozkazał szeryf.
- Przyjechał sam, z tego, co wiem. Bez karawany, bez towarzyszy, bez bagaży, szpadli, sitek, motyk.
To rzeczywiście było niepokojące. Uczciwi ludzie przybywali do Kaźni z dwóch powodów: albo żeby handlować, ale wtedy prowadzili ze sobą wypchane jedzeniem i towarami na wymianę wozy, albo żeby szukać żywmetalu, a i wtedy rzadko przyjeżdżali samotnie i bez podstawowego wyposażenia. Przybysz mógł również być zwykłym łotrem rabującym poszukiwaczy, ale tacy zazwyczaj nie włóczyli się w pojedynkę.
- Co dalej?
Iwan charknął i splunął na podłogę zielonobrunatną flegmą.
- Inaczej się rusza, szefie. Tak pewniej. Wie szef, tak jakby skurwiel myślał, że słońce wschodzi tylko dla niego. Poza tym buty. Dobre, mocne, drogie. Z baskijskiej ryby.
To wielkie, groźne i drapieżne bydlę żyło we Wschodnim Oceanie. Z jego tłuszczu wytapiano świece, ości służyły do szycia gorsetów, z płatów czołowych robiono pożądane przez żołnierzy pancerze, z zębów sztylety, którym ostrości nie mogło dorównać nic innego, a ze skóry najlepsze i najdroższe buty oraz kurty - wytrzymałe, mocne, ciepłe i nieprzemakalne. I drogie jak sama cholera. Siren przez chwilę zastanawiał się, w jaki sposób Iwan rozpoznał, że buty zrobione są właśnie z tego materiału, jednak postanowił nie pytać. W Kaźni każdy miał swoje małe sekrety. Szanował to.
- Gdzie teraz jest?
- U Savy, szefie. Tam chyba poszedł najpierw. Na nic się nie oglądał.
Siren pokiwał głową.
- Dobra robota, Iwan.
- Dzięki, szefie.
- Napij się, jeśli masz ochotę.
Rosjanin sapnął z lubością i dopadł do barku. Nalał sobie pełną szklankę whisky i od razu wypił połowę duszkiem. Otarł usta rękawem i wyszczerzył zęby. Oczy błyszczały mu z radości i od alkoholu.
Szeryf tymczasem przerzucał leżące na biurku kartki papieru, a jego wzrok ledwie prześlizgiwał się po zapisanych na nich słowach. Rozważał to, co usłyszał. Samotny przybysz. Czyli w najlepszym razie szalony zbójnik, który szybko zginie w lasach wokół Kaźni, rozszarpany przez mieszkające tam dzikie zwierzęta, chudzielców albo zastrzelony przez ludzi Starego. Ale populacja szalonych zbójników nie jest zbyt wielka i prawdopodobieństwo, że jeden właśnie przybył do Kaźni, również nie było duże. Dobre buty z baskijskiej ryby, mocne, drogie. Tak - Siren mlasnął, przełykając ślinę, w której wyczuwał jeszcze wyraźny smak podłej whisky - dobre buty kosztują. Poszukiwacze w takich nie chodzą, nie stać ich, a jeśli chodzą, to znaczy, że skądś je mają. A to już było niepokojące. No i Sava. Cholerna, dumna dziwka, która zawsze traktowała go z góry, jakby to, że kupowała dziewczyny za parę żywnościowych bonów, żeby potem oddać je tabunowi brudnych, napalonych poszukiwaczy, czyniło ją lepszą od niego. Każde słowo, które do niego wypowiadała, ociekało pogardą. Siren niejednokrotnie miał ochotę chwycić jej kształtną czaszkę i ścisnąć tak mocno, aż kości pękną, a ze szczelin zacznie wypływać krwistoszara breja. Nie zrobił tego tylko dlatego, bo wiedział, że Sava przed śmiercią odgryzłaby mu przynajmniej dwa palce. A Siren lubił swoje palce.
Sava... Mówili o niej, że ma możnego protektora w Federacji, któremu donosi, co się dzieje w Kaźni. Jakąś kompanię handlową albo kogoś na dworze Uthera. Siren podrapał się po policzku. Samotny przybysz, dobre buty, Sava. Potrafił dodać dwa do dwóch. Podjął decyzję.
- Przygotuj się, Iwan - rzucił. - Pójdziemy się przyjrzeć temu przybyszowi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki