Penryn Trickett po raz pierwszy była odpowiedzialna za dekoracje podczas Drugiego Zachodu Słońca. Przez wiele lat zadanie to należało do jej matki, a Marianne Trickett zawsze miała rozmach. Żadna gałąź, żaden krzew, żaden słup nie pozostawały bez ozdoby. Pen planowała dopilnować, by teraz, gdy ten obowiązek spadł na nią, tradycje jej matki kontynuowano. Nie było to coś, co przyszło jej bez wysiłku; Marianne zawsze powtarzała, że organizowanie tej imprezy to zaszczyt dla ich domu, więc Penryn obiecała, że się tym zajmie, i... cóż, oto ona, pokryta farbą i błyszczącą kredą. I błotem.
Uroczystość zawsze była hałaśliwa, zarówno dla mieszkańców, jak i przybyszów. Była jednak również piękna, dzięki srebrzystym brzozom rosnącym wzdłuż brzegu rzeki i ozdobnemu słupowi na otwartej zielonej przestrzeni, przybranemu kolorowymi plecionymi wstążkami i papierowymi serpentynami. Dzieci z miasta tygodniami robiły szklane ozdoby, które następnie nawlekały na sznurek i wieszały wysoko, a potem czekały na złoty blask niezwykle długiego zachodu słońca, który opromieniał je i rzucał tańczące kręgi światła na ziemię.
Reszta mieszkańców wsi pracowała od wielu godzin i teraz udała się na spoczynek, obiecawszy, że wróci o świcie. Pen jednak nie była zadowolona z postępów. W wykonaniu jej matki wszystko zawsze wydawało się łatwe, jakby przygotowania były czymś w rodzaju zaplanowanego, niewymagającego wysiłku rytuału, w którym miała zaszczyt uczestniczyć, ale Pen tak bardzo skupiała się na tym, by osiągnąć choćby ułamek tej perfekcji, że nie nauczyła się jeszcze czerpać z nich takiej beztroskiej radości, jaką zawsze okazywała matka.
Być może potrzebowała przerwy. A może po prostu musiała przestać wywierać na sobie tak wielką presję, aby móc spróbować dostroić się do aury Marianne i nauczyć się ucieleśniać ducha tego wydarzenia.
Zatrzymała się na chwilę, zeszła nad brzeg strumienia i usiadła na mchu. Zdjęła buty i zanurzyła bose palce w źdźbłach, próbując poczuć jakąś więź z zadaniem, które jej powierzono. Po chwili jej wzrok powędrował na drugą stronę brzegu, jakby miała nadzieję dostrzec tam choćby cień życia... ale nic z tego. Widziała jedynie niemal idealnie wypielęgnowaną otwartą łąkę - jakimś cudem zawsze nieskazitelną - i lasek za nią, przechodzący w gęsty bór, który otaczał ją z trzech pozostałych stron. To naprawdę było arcydzieło, miejsce, które artyści pragnęliby namalować, ale jakoś nikomu nie udawało się uchwycić magii Wyldes. Być może było tak dziewicze z powodu Granicy. Prawie niewidoczna, od niepamiętnych czasów stanowiła nieprzebytą barierę między dwoma brzegami rzeki i nawet teraz, w gasnącym wieczornym słońcu, Pen mogła dostrzec jej migotanie i pulsowanie, które zdawało się z niej drwić. A może to było ostrzeżenie? Nie żeby Penryn chciała się przez nią przedzierać - zwłaszcza po tym, jak była świadkiem nieudanej próby przekroczenia wody przez swoją siostrę Talię. Biedna Talia kulała przez kilka tygodni, odrzucona przez barierę z taką siłą, że przez parę dni ledwo mogła oddychać. Uderzyło ją coś w rodzaju pioruna, więc Pen uznała to za bez wątpienia bolesne - a słyszała wiele opowieści innych, równie lekkomyślnych mieszkańców miasta, którzy próbowali przejść na drugą stronę. Z natury ostrożna Pen z radością zrezygnowała z tego pomysłu.
Oczywiście jakaś jej malutka część zawsze była ciekawa. To zupełnie naturalne, czyż nie? Nikt tak naprawdę nie wiedział, co kryło się w Wyldes: jak daleko ciągnęły się te ziemie, kto lub co tam żyło, jak funkcjonowało ich społeczeństwo (jeśli w ogóle istniało) ani nawet co tam rosło. Od zawsze krążyły różne opowieści - mama uwielbiała je powtarzać, w kółko: o królach i królowych, królestwach i fantastycznych krainach - ale były to tylko bajki, których prawdziwości nie dało się zweryfikować ani udowodnić.
Penryn wyrwała się z zadumy i spojrzała na zaskakująco dużą ilość brudu na swoich rękach. Potarła dłonie o siebie, próbując go usunąć. Nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów, więc przesunęła się o kilka kroków w dół brzegu, by zanurzyć ręce w wodzie. Zmoczyła skórę, aby oczyścić ją najlepiej, jak potrafiła. Prawdopodobnie mijało się to z celem, pomyślała, ponieważ jutro, kiedy skończą przygotowania do uroczystości, będzie równie brudna. Pochyliła się nieco bardziej, by nabrać wody w dłonie, i spryskała nią twarz. Krople spływały po jej szczęce i szyi, gdy oddychała głęboko, czerpiąc ulgę z chłodu - ale kiedy zamknęła oczy, aby rozkoszować się tą chwilą spokoju, usłyszała coś. Kroki, ale nie ludzkie. Były ciężkie, pełne siły i mocy. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała w stronę Wyldes, gdzie zauważyła poruszenie w krzakach.
Ktoś tam był. Albo coś, ale nie mogła dostrzec, co dokładnie.
- Halo?
Wstała, wycierając ręce o spódnicę, i obróciła się w miejscu, aby sprawdzić, skąd dochodził dźwięk. Nikogo nie zobaczyła. Ponownie spojrzała na wodę, ale teraz panował tam bezruch. Niepokojący bezruch. Czy to było tylko zwierzę? Może jeleń. A może... mieszkaniec Wyldes? To byłoby coś, gdyby mogła opowiedzieć reszcie ekipy od dekoracji, że zobaczyła już jedno z tych stworzeń. Ale kiedy nadal wpatrywała się krzaki w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak życia, ogarnęły ją wątpliwości. Było tak cicho, tak spokojnie. Czy naprawdę coś widziała?
Musiała sobie coś wyobrazić. Zmęczony umysł płatał jej figle, uznała, kręcąc głową i kierując się z powrotem w stronę zielonego pola. Najwyraźniej powinna wziąć przykład z reszty, iść spać i wrócić rano wypoczęta - i z mniej bujną wyobraźnią.