Królowa Ruin - K.F. Breene

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (40,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

HADRIEL

Co tu się odjebało?, zastanawiałem się, rozglądając się po otaczającym mnie tłumie. Bitewny kurz zdążył już opaść, a jednak nikt się nie odzywał. Na szczycie schodów stał książę z gołym torsem i w samych dżinsach, i wpatrywał się z góry w swoją matkę. W królową.

Pieprzoną królową!

Jakim cudem ona żyje?

No cóż, wiem doskonale jakim cudem - jakoś udało jej się uciec, zanim klątwa została rzucona, i ukryć się pośród smoków w Królestwie Płomieni. Przez cały ten czas żyła w spokoju i dobrobycie.

Nie znałem jej wersji wydarzeń, ale już teraz miałem prawie stuprocentową pewność, że nie byłbym w stanie jej tego wybaczyć. Przez cały ten czas, nie postarzała się nawet o dzień. Wyglądała dokładnie tak, jak wtedy, gdy widziałem ją na zamku po raz ostatni. Tak samo jak jej dama dworu. Magia oddziałująca na nas z pewnością miała też wpływ i na nie, z tą różnicą, że one w przeciwieństwie do nas nie musiały zapłacić za to najwyższej ceny. Zamiast tego dostały wersję deluxe - żadnych konsekwencji i zabieg przeciwzmarszczkowy.

Świetna zabawa.

Podczas gdy ona chowała się w uroczych, małych wioskach, jej ludzie umierali powolną śmiercią albo byli zmuszani do pełnienia funkcji seksualnych niewolników, przymuszanych do spełniania życzeń demonicznych dupków o naprawdę pojebanych fetyszach.

O co tu, kurwa, chodzi?

Czy król o tym wiedział? Zapewne nie. Król nigdy nie był zbyt dobrym aktorem. W każdym razie nie na tyle dobrym, by umiejętnie przekonać Nyfaina o śmierci jego matki.

Po spojrzeniu, jakie posłała mi Leala, zorientowałem się, że powiedziałem to na głos.

Książę zatoczył się do tyłu, jak gdyby został spoliczkowany. Po chwili najeżył się i uwolnił falę palącej mocy, która uderzyła we mnie, grożąc całkowitym pochłonięciem.

Mój wilk zwinął się w kłębek, wydając z siebie coś, co brzmiało jak ciche skomlenie.

Królowa drgnęła, podobnie jak wszyscy pozostali.

Wszyscy poza Finley.

Ta, niewzruszona, stała obok okrutnego księcia, a z jej oczu buchały płomienie. Była jedyną osobą na całym pieprzonym świecie, którą kręciła jego dominująca, brutalna siła.

Wariatka.

Jak gdyby w odpowiedzi na magię księcia poczułem napływ innej mocy. Uspokajającej, pełnej niezłomnej siły, niezniszczalnej. Zew jedności. Watahy. Bezpieczeństwa. Przewagi liczebnej. To Weston, alfa wilków, zareagował na furię smoka. Właśnie dlatego wilki i smoki nigdy nie umiały się ze sobą dogadać. Smoki uwielbiały wymachiwać kutasami i cyckami na prawo i lewo, natomiast wilki zwierały szyki, gotowe do walki, wysyłając jasny przekaz: "Spróbuj szczęścia, popierdoleńcu!".

I jedni, i drudzy mieli zbyt wielkie ego.

A teraz znajdowałem się w samym środku tego kurestwa dzięki mojemu przeklętemu wilkowi, który podstępnie połączył się z alfą i nie zamierzał go opuszczać. Pragnął dołączyć do watahy Westona, poczuć, że gdzieś przynależymy. Otulić się wrażeniem jedności i starać się w pełni wykorzystać nasz potencjał, zamiast wieść żywot samotnego wilka, zwiniętego u stóp smoków. I podczas gdy ten włochaty dupek cały czas starał się zapełnić trawiącą nas niewidzialną pustkę, ja próbowałem mu pokazać, że Finley już dawno to zrobiła i w przeciwieństwie do alfy wilków nie musiała przy tym sięgać po wilczą pieśń. Zdobyła moją lojalność dzięki swoim czynom, nie magii. Wiem, że chroniłaby nas za wszelką cenę. Pod jej skrzydłami moglibyśmy rozkwitnąć.

Niestety za chuja nie chciał mnie słuchać.

Mój wilk, otoczony magią Westona, powoli dochodził do siebie. W moich żyłach zaczęła krążyć adrenalina, plecy mi zesztywniały.

Stojąc pod złowrogim spojrzeniem złocistych oczu księcia, po raz pierwszy nie miałem wrażenia, że zaraz narobię w gacie ze strachu.

Cóż, to była całkiem miła odmiana.

- Proszę - zaczęła królowa z lekkim drżeniem w głosie. - Pozwól mi ze sobą porozmawiać.

Musiała czuć na sobie spojrzenia innych. Kobieta o słabszym charakterze zapewne rozejrzałaby się dookoła. Ale nie ona. Życie z - już nieżyjącym - królem nauczyło ją panowania nad emocjami. Musiała być niewzruszona. To jej obowiązek - stanowić dla swoich poddanych cichą opokę, spokojną przystań w czasie nieustannych sztormów.

Zanim porzuciła nas wszystkich na pastwę losu.

Lekko zadarła podbródek.

- Pozwól mi to wyjaśnić. Po tym zaakceptuję każdą twoją decyzję, jaką wobec mnie podejmiesz - dokończyła pewnym, stanowczym głosem.

Książę stał wyprostowany jak struna, zaciskając i rozluźniając pięści, a jego twarz, kompletnie bez wyrazu, równie dobrze mogłaby zostać wyrzeźbiona w skale.

Z kolei z oblicza Finley bił niepokój. Spoglądała to na swojego mężczyznę, to na królową, a w jej oczach widniała troska o księcia i gniew na jego matkę. Nyfain może i nie okazywał żadnych emocji, ale z pewnością wyczuwał wszystko poprzez łączącą ich więź. Prawdopodobnie wcale nie chciał wysłuchiwać wyjaśnień swojej rodzicielki, obawiając się, że to, co kobieta powie, mogłoby zniszczyć pamięć o niej, obraz tej, która była dla niego całym światem przez te wszystkie lata. Tej, którą w swoim życiu stawiał ponad wszystkich innych.

Wziąłem głęboki wdech.

Widok księcia, widok nas wszystkich, łamał mi serce. Król był okropnym skurwysynem. Nie miałem pewności, czy zniósłbym świadomość, że królowa była równie zła. Myślę, że pogrzebałoby to moje ostatnie dobre wspomnienie związane z tym miejscem. Ponieważ to właśnie dzięki niej życie w królestwie stawało się znośne.

Kurwa. Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę!

Książę ledwo zauważalnie kiwnął głową, zanim odwrócił spojrzenie, nie poświęcając kobiecie uwagi ani chwili dłużej. Było to jawne zlekceważenie jej pozycji, zarówno jako królowej, jak i jego matki.

Nie wyobrażałem sobie, ile to musiało go kosztować.

- Poślę po ciebie - powiedział obojętnie. Jego wzrok przesunął się po zgromadzonym przed nim tłumem. - Wszyscy macie za sobą ciężką bitwę. Witam tych z was, którzy pochodzą spoza mojego królestwa i dołączyli do walki, przyczyniając się do dzisiejszego zwycięstwa. Przykro mi, że nie możemy zaproponować wam więcej wygód poza miękkim łóżkiem i ciepłą strawą. To wszystko, co mamy. Jeśli chodzi o osoby, które wyswobodziły się z królestwa demonów... Zamierzam wysłuchać historii każdego z was, każdego z osobna. Wasza krzywda zostanie pomszczona, macie moje słowo. A na koniec chcę pogratulować wszystkim, którzy przeciwstawili się demonom! To była dobrze stoczona bitwa. Dzięki wam jesteśmy o krok bliżej od ostatecznego zwycięstwa i powinniście być z tego dumni. Nareszcie odzyskamy nasze królestwo!

Na obrzeżach tłumu rozległy się wiwaty, jebane przeciętniaki kąpały się w blasku naszego zwycięstwa, jakby to oni w pełni ponosili odpowiedzialność za wspólnie odniesiony sukces.

- Hadriel.

W chwili, gdy książę się do mnie zwrócił, poczułem, że uśmiech spływa mi z twarzy. Nienawidziłem, gdy jego uwaga skupiała się na mnie.

- Ulokuj wszystkich. W pierwszej kolejności musimy odpocząć, a potem zabierzemy się do pracy. Mamy dużo do zrobienia. Królestwo nadal jest osłabione, ale zamierzam jak najszybciej temu zaradzić. Kiedy już wszyscy zostaną rozmieszczeni, przyjdź do mnie po listę osób, z którymi muszę się spotkać i kiedy. - Każdy rozkaz księcia był podszyty ognistą dawką mocy.

Mój wilk zaczął się miotać, przeciwny spełnianiu poleceń wydanych przez smoka. Uznawał tylko zwierzchnictwo wilczego alfy.

Skrzywiłem się, wewnętrznie rozdarty. Nie mogłem powstrzymać się przed zerknięciem na Westona. W normalnych okolicznościach wydanie rozkazu innemu wilkowi bez konsultacji z jego alfą wiązało się z ogromnym afrontem. Chociaż z drugiej strony książę też nie przyjąłby za dobrze wieści o tym, że Weston powiększa swoją watahę, zyskując lojalność poddanych smoczego władcy.

Co za pieprzony burdel.

Gdy już otwierałem usta, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, w oczach księcia zabłysło zrozumienie. Jego twarde spojrzenie spoczęło na Westonie.

- W każdej chwili mogę zerwać połączenie - oznajmił wilczy alfa tonem równie twardym, co spojrzenie rzucane mu przez księcia.

- Jednak jego wilk tego nie chce. Żaden z nich, tak naprawdę.

Znowu uderzyła w nas fala mocy. Tak jak przypuszczałem, Nyfainowi nie spodobało się to, co usłyszał. Najwyraźniej mój wilk nie był jedynym, który odpowiedział na zew Westona. Pozostali mieszkańcy wiosek też musieli zareagować. Po tylu niespokojnych latach poczucie bezpieczeństwa i jedności, które oferowała wataha pod przywództwem potężnego, zrównoważonego alfy, stanowiło nie lada pokusę.

Książę i Weston mierzyli się wzrokiem przez dłuższą chwilę, a wokół nas kłębiły się dwa rodzaje magii - smoczej, która unosiła się w powietrzu, i wilczej kotłującej się wewnątrz nas, mnie i mojego wilka.

Weston odpowiedział spokojnym spojrzeniem, niewzruszony.

Odnosiło się wrażenie, jakby dwóch samców alfa szykowało się do eksplozji mającej zmieść pozostałych z powierzchni ziemi.

A jednak to nie to rozrywało mnie od środka.

Finley wpatrywała się we mnie z wyrazem nagłego zrozumienia. Smutek wykrzywił jej rysy twarzy.

- Twój wilk chce dołączyć do jego watahy, prawda? - wyszeptała.

Każde słowo było niczym gwóźdź wbijany w moje serce. Chciałem to zrobić inaczej. Wyjaśnić.

Dookoła nas zaległa cisza, wszyscy czekali na moją odpowiedź.

Pokiwałem głową.

- Próbowałem się temu oprzeć, ale wtedy zobaczyłem królową lecącą nad naszymi głowami, spanikowałem i straciłem czujność. A mój wilk... wykorzystał okazję i przejął kontrolę.

Powietrze z niej uszło, ulatując przez lekko uchylone usta. W poszukiwaniu wsparcia oparła rękę na pokrytym bliznami ramieniu Nyfaina.

Książę skierował swoją uwagę na Finley.

- Porozmawiamy o tym później - zwróciła się do niego, ale jej spojrzenie nadal było utkwione we mnie. Kiedy wreszcie odwróciła wzrok, skierowała swoje słowa do Westona: - Musimy to przedyskutować. Chcę lepiej zrozumieć, jak funkcjonują wilki. Ale to nieodpowiedni moment. Wielu ludzi musi odpocząć. Tak jak powiedział Nyfain, należy wszystko zorganizować, a żeby to zrobić, potrzebujemy naszych ludzi. Wszystkich. Tak więc, czy możesz rozluźnić łączącą was więź, by to umożliwić? Biorąc pod uwagę nadchodzące wydarzenia, bardzo by nam to pomogło. Po tym zastanowimy się wspólnie, jak to załatwić. Czy jest to dla ciebie wystarczający kompromis?

Ramię Nyfaina zaborczo owinęło się wokół jej talii, zahaczając o biodro. Nie odezwał się ani słowem, nie skomentował tego, co powiedziała Finley, tylko milcząco wpatrywał się w Westona. Chociaż dziewczyna była jego towarzyszką, technicznie rzecz biorąc, nie została jeszcze mianowana księżniczką, a panujące w naszym królestwie królowe nigdy dotąd nie dzierżyły faktycznej władzy. Tak działo się od zawsze. A swoim zachowaniem książę wyraźnie pokazywał, że ma gdzieś utarte schematy. Z rozmysłem traktował ją jak równą sobie pod każdym względem, również w kwestii rządzenia królestwem. Zawsze słuchał, co ma do powiedzenia, i szanował ją nawet wtedy, kiedy miał ochotę udusić ją gołymi rękami.

Gdyby nie był tak kurewsko przerażający, poklepałbym go po ramieniu i pogratulował tego, że był lepszym władcą od poprzedniego króla, nawet stojąc na krawędzi piekła. Dziękowałem niebiosom za to, że ufał Finley i jej osądowi.

Przez ciebie stracę okazję do oglądania, jak sięga po władzę i staje się zajebistą, kopiącą tyłki królową, ty bełkocząca, pierdolona kukło!, wykrzyczałem w myślach do mojego wilka, czując że łamie mi się serce. Nie chcę jej opuszczać. Nie chcę odchodzić z alfą.

P r z e b y w a n i e w ś r ó d n a s z y c h p o b r a t y m c ó w t o n a j l e p s z e, c o m o ż e m y z r o b i ć, i d o b r z e o t y m w i e s z, o d p a r ł m ó j w i l k. N a s z o j c i e c b y ł b e t ą, a m a t k a b y ł a r ó w n i e p o t ę ż n a. C z e k a c i ę c o ś w i ę c e j n i ż b y c i e p r z e c i ę t n y m k a m e r d y n e r e m c z y s t a j e n n y m. W a t a h a p o z w o l i n a m r o z b u d z i ć n a s z p o t e n c j a ł w p e ł n i.

Zacisnąłem zęby, czując szczypanie pod powiekami. Nienawidziłem tego wrażenia bycia rozdartym. Zdawałem sobie sprawę, że mój wilk ma rację, jednocześnie jej nie mając. Jeśli odejdziemy, stracimy szansę, którą mogła dać nam Finley. Zawsze pozwalała mi się wykazać, pokazać swój prawdziwy charakter. Ufała mi i Leali na tyle, żeby pozwolić nam zrealizować nasz plan w królestwie demonów. Współpracowała z nami ramię w ramię, tworząc solidną drużynę, która uratowała ten pierdolony dzień. To ona dowodziła, nie Weston.

- Oczywiście - odpowiedział wilczy alfa, wyrywając mnie z zamyślenia.

Panujące wokół napięcie wyraźnie zelżało.

- Obaj chcą być częścią watahy, ale wycofam się ze swoim roszczeniem do czasu, aż załatwicie wszystkie sprawy. Proszę, daj znać, jeśli będę mógł jeszcze jakoś pomóc.

- Dzięki. A teraz odpocznij. Wkrótce porozmawiamy. - Finley posłała mu lekki uśmiech.

Alfa znacząco się rozluźnił, podobnie jak otaczające go wilki.

- Musimy jeszcze zgarnąć faerie i demony, zanim odnajdą ich miejscowi - wyszeptała Finley do księcia, przesuwając dłonią po jego piersi.

- Demony? - warknął.

- Tak. Niewielka grupa demonów pomogła nam w ucieczce z lochów. Chcą obalić obecne rządy w królestwie demonów i oferują nam swoją pomoc i informacje w zamian za naszą pomoc. Wszystko ci wyjaśnię, ale najpierw musimy zadbać o ich bezpieczeństwo, zanim ktoś wpadnie na genialny pomysł i na przykład ich zabije.

Książę skinął głową, spoglądając na tych z członków swojego dworu, którzy przybyli z lochów.

- Zbierz grupę smoków - rozkazał. - Ja zostanę tutaj i zajmę się rozlokowaniem naszych gości. Po wszystkim mnie znajdź. Nie dokończyliśmy naszego naznaczenia.

Zadrżała, a jej oczy rozbłysły.

- W porządku - wyszeptała, po czym wzięła się w garść. - Ale... - Odwróciła się i ponownie zwróciła się do Westona: - Wilki są o wiele lepsze na ziemi. Czy mógłbyś przydzielić mi kilkoro swoich ludzi?

Książę raptownie stężał.

Finley nie miała pojęcia, jak dotychczas wyglądały sprawy. Wszystkimi ważnymi kwestiami zwyczajowo zajmował się dwór, którego najpotężniejsi członkowie byli wyłącznie smokami. Prosząc Westona, nawet o coś tak błahego jak eskorta, Finley jawnie złamała protokół. Właśnie zaproponowała wilkom wykonanie zadania przeznaczonego wyłącznie dla smoków. A przynajmniej tak zostanie to odebrane.

A jednak książę jej nie poprawił. Nie przywołał jej do porządku, tak jak z pewnością zrobiłby to szalony król. Pozwalał jej popełniać własne błędy, bez podważania jej autorytetu na oczach ich poddanych. I pewnie też dlatego... że sam zdawał sobie sprawę, że Finley miała rację. Na ziemi rzeczywiście o wiele lepsze były wilki. Wzięcie ich ze sobą do pomocy miało sens, szczególnie że większość mieszkańców wiosek, mogących sprawiać ewentualne problemy, zmieniało się w zwierzęta poruszające się po ziemi.

Weston, zanim wystąpił do przodu, rzucił spojrzenie księciu, najwyraźniej zastanawiając się, czy smoczy alfa zaoponuje.

- Oczywiście.

- Super - odparła Finley. - Tamara, zbierz kilka smoków i ruszamy.

Jednak Tamara ani drgnęła. Wpatrywała się w królową, która - technicznie rzecz ujmując - była jej dowódcą, czekając na pozwolenie do działania.

Przestraszyłem się.

Co się stanie z Finley? Czy ktokolwiek poprze dziewczynę z pospólstwa, gdy prawdziwa królowa, kobieta z krwi i kości, powróciła z martwych?

Powinienem wiedzieć, że książę nie zamierzał tolerować takiego zachowania.

- Dopóki się nie dowiemy, w jaki sposób uniknęła klątwy - warknął, wpatrując się w punkt ponad głową kobiety - moja matka nie odzyska należnej jej pozycji. Większość z was zdaje sobie sprawę, że królowe nie mają prawa do samodzielnego sprawowania rządów. Wraz z chwilą śmierci mojego ojca korona i wiążące się z nią obowiązki przeszły na mnie. Do czasu koronacji to ja sprawuję rządy. A Finley, jako moja towarzyszka, pełni obowiązki księżniczki i wkrótce zostanie zaprzysiężona na królową, która będzie inna od swoich poprzedniczek. Zamierzam zmienić prawo, przyznając jej wszelkie przywileje oraz władzę na równi z moją. Co więcej, równe prawa wobec korony zyskają nie tylko nasi synowie, ale i córki. Dlatego od teraz każde polecenie wydane przez Finley będziecie traktować z takim samym posłuchem, jakbym to ja je wydał. Żadne z was nie będzie wykonywać rozkazów byłej królowej, chyba że zadecyduję inaczej.

Jeśli królowa odczuła falę mocy płynącą z każdego słowa księcia, nie dała tego po sobie poznać. Stała wyprostowana, w pełni opanowana, niezrażona jego postawą. Nigdy w życiu nie widziałem, żeby zachowywała się tak ozięble w stosunku do swojego syna. Za to nie można było powiedzieć tego samego o jej damie dworu, która posyłała księciu gniewne spojrzenie.

Ona również uniknęła klątwy. W ostatniej chwili obydwie uciekły, a przez rzekomą śmierć królowej książę został uwięziony w królestwie.

Kiedy Nyfain dotknął dłonią policzka Finley i przesunął opuszką kciuka po jej szczęce, zauważyłem, że jego ręka delikatnie drży.

- Pośpiesz się - zwrócił się do niej miękko, po czym pocałował namiętnie. - Mamy wiele kwestii do omówienia po tym... jak już będziemy wykończeni po naszych próbach naznaczenia siebie nawzajem.

Spojrzenie Finley wyrażało czyste pragnienie, które jednak szybko zniknęło, gdy książę odwrócił się przodem do zamku, zamierzając odejść. Dziewczyna zaczerpnęła gwałtownie tchu, wyciągając ku niemu rękę, a ja dopiero po chwili zorientowałem się, co było przyczyną jej szoku.

Plecy księcia, pokryte bliznami i tatuażami, zdobiły dwa równoległe pasy lśniących, złotych łusek. Kilka godzin temu nie było tam nic poza poszarpaną, martwą tkanką. Linie, sprawiały wrażenie niedokończonych - gdzieniegdzie majaczyły puste miejsca, ujawniające tkankę bliznowatą. Wyglądało to tak, jakby ktoś zdrapał część martwej skóry. Chociaż klątwę zdjęto, plecy księcia nie zostały całkowicie wyleczone. Pozostałe blizny nadal znaczyły jego ciało.

Książę zadrżał, gdy Finley przesunęła palcami po uzdrowionych łuskach. Odwrócił się do niej, jego spojrzenie wyrażało całą gamę uczuć.

- Wydawało mi się, że odczuwam je nieco inaczej niż wcześniej... ale inne kwestie zbyt mocno mnie zaabsorbowały.

- Jeszcze nie są kompletne, ale... ale są złote. - zwróciła się do niego Finley.

Nie odezwał się ani słowem, nadal intensywnie wpatrując się w swoją towarzyszkę. Dopiero po chwili jego spojrzenie przeskoczyło ponad jej głową, jakby przypomniał sobie o tym, że mieli towarzystwo. Nie zamierzał zmieniać się na oczach wszystkich, nie, kiedy jego łuski nie były kompletne i jeszcze nie wróciły w pełni do swojego koloru. Nie wspominając o tym, że skrzydła też nadal mógł mieć postrzępione albo słabsze w miejscach, gdzie brakowało złotych płytek.

Widziałem smoki z uszkodzonymi skrzydłami. Deformacje zazwyczaj dało się zauważyć po samym zbadaniu linii rysujących się na ich plecach. Czas, jaki spędziłem z księciem, chociaż nie należał do przyjemnych, pozwolił mi go poznać na tyle, że umiałem wiele wyczytać z jego twarzy i postawy. Teraz wyraźnie nie chciał, żeby ludzie zobaczyli jego nowe oblicze, zanim sam nie zrozumie, co dokładnie się wydarzyło.

- Wracaj szybko - wymruczał, po czym udał się w kierunku zamku.

Potruchtałem za nim.

Najpewniej potrzebował kogoś, na kogo mógłby się wydrzeć. To zawsze poprawiało mu humor, a po ostatnich wydarzeniach z pewnością musiał wszystko przemyśleć. Dlatego też powinien mieć kogoś, kto odwróci jego uwagę do czasu powrotu Finley.

A kto byłby lepszy od jego lojalnego kamerdynera?

ROZDZIAŁ DRUGI

FINLEY

- Jasna cholera, no nie? - odezwała się Tamara, kiedy zbiegałyśmy po zamkowych schodach, oddalając się od otaczającego nas tłumu. - Nigdy, przenigdy nie pomyślałabym, że ona nadal żyje. A do czasu zdjęcia klątwy mieszkańcy wiosek nie mieli pojęcia, że jest królową Wyvern. Lucille, zauważyłaś, jak z początku wszystkich zamurowało? I jak zaczęli mrugać, gdy ich mózgi próbowały poskładać wszystko w logiczną całość?

- Nauczyła mnie latać - powiedziałam, nadal nie mogąc uwierzyć, że to się działo naprawdę. - Wysłuchała mojej historii. Czuła na mnie zapach swojego syna, widziała, że noszę jej miecz, a mimo to nic nie powiedziała. Jednak to wyjaśniałoby jej niechęć do spotykania się z mieszkańcami Wyvern. Jak myślicie: dlaczego?

- Ta, to całkiem niezłe pytanie - skomentowała cicho Lucille, kiedy Jade i Xavier, dwa smoki należące do starego dworu, do nas dołączyły.

Zatrzymaliśmy się na skraju lasu, czekając na wilki Westona.

- Jej śmierć złamała króla - wymamrotał Xavier, który zaczął zrzucać z siebie ubrania, przygotowując się do przemiany. - Myślicie, że wiedział, co planowała?

- Musiał wiedzieć - zauważyła Jade; jej zielone oczy błyszczały w popołudniowym świetle.

- Przecież ceremonie pogrzebowe odbywały się przy zamkniętej trumnie - odparła Tamara.

- Gdyby nie wiedział, na pewno chciałby ją zobaczyć ten ostatni raz - zwróciła się do niej Jade. - Trumna została zamknięta, bo nie było w niej żadnego ciała.

- Ale po co nas okłamała? - zapytała Tamara, marszcząc brwi; w jej oczach błyszczał gniew. - Dlaczego okłamała swoich strażników? Myślicie, że dlatego król próbował ściągnąć księcia z powrotem?

- Podziałało, no nie? - skomentował Xavier.

- Nie zapominajmy o tym, że król był szalony - dodała Lucille. - Nie pozwoliłby jej odejść ot tak. Gdyby wiedział, że żyje, ruszyłby za nią i przywlókł z powrotem do domu.

Xavier w odpowiedzi wzruszył ramionami.

- Może zawarła z nim układ? Ja odejdę, a w zamian książę zostanie przy tobie na zamku? Jego życie w zamian za jej.

- Nie poświęciłaby własnego syna - wysyczała wściekle Tamara.

- Zrobiłaby to, jeśli myślałaby, że książę będzie w stanie opuścić królestwo - zripostował Xavier. - Wątpię, żeby ktokolwiek myślał, że szalony król dobije targu z królem demonów. Pewnie uznała, że uda jej się uwolnić od króla bez wyrządzania krzywdy swojemu synowi.

- A co z tym, że wcale się nie postarzała? - zapytałam. W myślach odtwarzałam ostatnie wydarzenia i raz za razem przypominałam sobie o czasie spędzonym z kobietą, którą znałam pod imieniem "Ami". - I ona, i Claudile odczuły skutki klątwy, nawet jeśli nie były w królestwie.

- Przede wszystkim ona nie nazywa się Claudile. - Xavier posłał mi krzywy uśmieszek. - Tylko Delaney.

- A królowa to...? - Skrzywiłam się.

Tamara i Lucille spojrzały na mnie szeroko otwartymi oczami.

Wzrok Xaviera zapłonął.

- Nie wiesz, jak nazywa się królowa? - zapytała z niedowierzaniem Lucille.

- Byłam bardzo młoda, kiedy doszło do jej rzekomej śmierci, i mieszkałam w jednej z mniejszych i bardziej odosobnionych wiosek - odparłam. - Nie znałam imienia żadnego z nich. Jestem pewna, że gdyby nie klątwa, każde z nich dawno byłoby martwe do czasu, aż podrosłabym na tyle, żeby przejmować się takimi rzeczami. Wtedy nie wydało mi się, żeby były to istotne informacje.

Xavier wyszczerzył się w uśmiechu.

- Nie tylko nie znasz imion, ale też panujących zwyczajów. Minął dopiero jeden dzień, a ty już spierdoliłaś na całej linii.

Poczułam, że mój żołądek nerwowo się zaciska.

Z kolei Tamara odpowiedziała warknięciem.

- Nie zapominaj, z kim rozmawiasz - zwróciła się do niego. - Okaż trochę szacunku.

- Rozmawiam z dziewką z pospólstwa, która stoi w cieniu najukochańszej królowej w historii - odciął się. - Finley może sobie być towarzyszką księcia, ale nie została zaprzysiężona. Nie pełni żadnej oficjalnej funkcji.

- Nie słyszałeś księcia? - Lucille pchnęła Xaviera. - Nawet jeśli nie doszło jeszcze do ceremonii, przed chwilą oficjalnie oznajmił, że ona pełni obowiązki księżniczki i przyszłej królowej. Nie wspominając o tym, że gdy tylko zostanie koronowany, wprowadzi dużo zmian. Finley nie będzie tylko żoną króla, jego ozdobą. Najwyższa pora.

- To się jeszcze okaże - wymamrotał cicho.

- Władza czy nie, bycie zaprzysiężoną czy nie... - odezwałam się spokojnym tonem. - Gadaj tak dalej, a ja i ty będziemy mieli problem.

- Wielka szkoda, że królowa zabrała ci miecz. - Xavier uśmiechnął się złośliwie.

- Naprawdę myślisz, że potrzebowałabym kawałka stali, żeby rozpłatać ci gardło? - wycedziłam. - Gdybym była naprawdę zdesperowana, mogłabym chwycić kawałek szkła, ale wątpię, by to okazało się konieczne, biorąc pod uwagę fakt, że mam przy sobie sztylet i kieszonkowy nóż. One wprost idealnie nadałyby się do tego zadania.

Mężczyzna zwęził oczy, ale nic nie powiedział. Słusznie uznał, że nie rzucam słów na wiatr.

Nie pozwoliłam, by na mojej twarzy zagościł niepokój kłębiący się w moich wnętrznościach, mimo że nie byłam przygotowana na jego zarozumiałe zachowanie.

Sprawiał wrażenie, jakby już nie pamiętał, co razem przeszliśmy. Jak gdyby uznał, że od teraz obowiązuje stara hierarchia, i nabrał przez to pewności siebie. Cóż, szybko zostanie sprowadzony na ziemię. Królestwo, do którego wrócił, nie jest już tym samym miejscem co kiedyś. Było ruiną, a w tej ruinie nie ma miejsca na pyszałkowatość. Mimo to wiedziałam, że znajdą się tacy, co podzielą jego opinię. Pewnie mam więcej przeciwników niż sprzymierzeńców.

M o ż e p o w i n n a ś z r o b i ć z n i e g o p r z y k ł a d? N i e p o t r z e b o w a ł a b y ś ż a d n e g o o s t r z a, ż e b y u s t a w i ć g o d o p i o n u, p o m y ś l a ł a m o j a s m o c z y c a. J e d y n e, c z e g o p o t r z e b u j e s z, t o j a. P o k o n a m j e g o s m o k a r a z - d w a. J e s t e m w i ę k s z a, b a r d z i e j d o m i n u j ą c a, a c o n a j w a ż n i e j s z e, o w i e l e b a r d z i e j z ł o ś l i w a.

W tej samej chwili podeszło do nas pięcioro mężczyzn i kobiet, wszyscy nadzy. Mężczyźni byli wysocy, szerocy w ramionach, z wyraźnie zarysowanymi mięśniami i twardymi spojrzeniami. Kobiety, choć odrobinę niższe i nie aż tak umięśnione - nie ustępowały im siłą.

- Alfa nas przysłał - odezwał się idący na czele brązowowłosy facet. Miał ostro zarysowaną szczękę i głęboko osadzone brązowe oczy. - Nazywam się Ehno. Przewodzę tej części watahy. Jesteśmy na twoje rozkazy.

Tamara ze zdziwienia otworzyła szeroko oczy, a brwi Xaviera uniosły się wysoko, zanim posłał mi pełne niedowierzania spojrzenie. To, co powiedział wilk, musiało mieć ogromne znaczenie, ale wiedziałam dlaczego. Moje braki w wiedzy na temat zwyczajów panujących między zmiennokształtnymi i tymi obowiązującymi na dworze coraz bardziej mi przeszkadzały. Potrzebowałam szkolenia, najszybciej, jak to możliwe. Zastanawiałam się, czy Tamara mogłaby mi go udzielić.

- Wiesz, dokąd się udajemy? - zapytałam Ehno.

- Tak. Tam, skąd przyszliśmy, prawda?

- Dokładnie. Mam nadzieję, że nasi goście nie wpadli na idiotyczny pomysł i nie zaczęli wałęsać się po Wyvern po tym, jak opadła magiczna ściana. Wątpię, żeby miejscowi ucieszyli się na widok demonów. - Skinęłam mu głową. - Będziemy lecieć nad wami.

Ehno kiwnął głową, po czym oddalił się, żeby się zmienić.

Poszłam w jego ślady, odsuwając się od drzew, i pozwoliłam, żeby moja smoczyca przejęła kontrolę. Zmieniłyśmy się i smoczyca uniosła się w powietrze, leniwie machając skrzydłami, by wznieść się ponad korony drzew.

Po chwili dołączyły do mnie pozostałe smoki.

Wzlecieliśmy ponad Zakazany Las - a raczej Królewski Las, skoro po zniknięciu klątwy nie był już zakazany.

Nagle przeszedł mnie dreszcz ekscytacji.

Czy to się działo naprawdę? Byłam pieprzoną księżniczką? Księżniczką?!

Nadal pamiętam zachwyt, jaki czułam, oglądając księcia szybującego po błękitnym niebie w smoczej postaci. Słońce odbijało się od jego złocistych łusek. Wtedy byłam małą, niemającą z nim nic wspólnego dziewczynką. A teraz był mój. Mój towarzysz, a w przyszłości być może ojciec moich dzieci, jeśli los obdarzy mnie potomstwem. Mój na wieczność. Nie mogłam uwierzyć, że jesteśmy razem, bez ciążącej nad nami klątwy.

C z e k a n a s j e s z c z e w i e l e p r a c y, o s t r z e g ł a m o j a s m o c z y c a. W i e c z n o ś ć b ę d z i e c h u j a w a r t a, j e ś l i p o w r ó c i h o r d a d e m o n ó w, k t ó r a z w a l i c i ę z n ó g. A l b o j e ś l i k r ó l o w a z r z u c i c i ę z t r o n u.

Nie możesz pozwolić mi się cieszyć moim szczęściem chociaż przez jedną cholerną minutę?

P ł a w s i ę w s z c z ę ś c i u, k i e d y s i ę p i e p r z y s z. A t e r a z m u s i s z z a c z ą ć s i ę z a s t a n a w i a ć n a d k w e s t i ą j e g o s k r z y d e ł.

Miała rację.

Demoniczna magia pozbawiła go skrzydeł. Zlikwidowanie klątwy, przywróciło mu nieco łusek, ale nie wszystkie. Dlaczego? Czyżby odrobina magii demonów przylgnęła do niego na stałe, gdy wymusił na sobie zmianę?

Jeśli tak było, Calia, najpotężniejsza faerie, która pomogła nam wyrwać się z lochów i wprowadziła nas do Wyvern, powinna być w stanie wyczuć magię. Oby umiała też odwrócić jej szkodliwe skutki.

Pod nami między drzewami przesuwały się zastępy zmiennokształtnych przecinających drogę wilkom Westona. Upewniłam się, że ich nie wyprzedzamy, i specjalnie leciałam powoli, podczas gdy oni przemieszczali się po ziemi. Chciałam wyraźnie pokazać, że stanowiliśmy jedność, że siedzieliśmy w tym wszyscy razem. Że nasz sukces w starciu z królem demonów nie był przypadkowy, że zjednoczeni stajemy się o wiele silniejsi.

Gdy zbliżyliśmy się do krawędzi królestwa, poczułam, że serce zaczyna mi walić jak młotem. Nigdzie nie dostrzegałam ani śladu demonów i faerie.

Ląduj, zwróciłam się do swojej smoczycy.

Szybko obniżyła lot, sunąc na spotkanie z ziemią. Po chwili, już w ludzkiej postaci, szurałam tyłkiem po ziemi.

Wiem, że dobrze wiesz, jak lądować, ty pierdolony dupku, odezwałam się do niej, podnosząc się na nogi, i otrzepałam z ziemi. Robisz ze mnie idiotkę na oczach pozostałych.

D o p i e r o s i ę u c z ę. W y g l ą d a ł y ś m y, j a k b y ś m y s i ę s p i e s z y ł y, n i c w i ę c e j.

Dołączyły do mnie pozostałe smoki, lądując w miejscu, gdzie kilka godzin temu wznosiła się magiczna ściana. Wilki, nadal w swoich zwierzęcych formach, powoli się do nas zbliżyły.

W tym miejscu łatwo dało się zaobserwować wpływ demonicznej mocy na naszą krainę. Po drugiej stronie, poza granicami królestwa, roślinność rosła bujna i zielona, podczas gdy las porastający Wyvern był ciemny i powykręcany, pozbawiony życia.

- Gdzie oni się podziali? - zapytała Tamara, wskazując na głębokie ślady, z pewnością należące do butów demonów.

Chociaż zaciągnęłam się ich zapachami, nie były one na tyle wyraźne, żebym mogła ich wytropić, z kolei odciski butów urywały się po kilku krokach. Wyglądało to tak, jakby celowo zacierali ślady.

- Żadnych ciał - odezwała się Jade, rozglądając się wokół. - Żadnej krwi. To dobry znak.

Ehno, teraz pod postacią wielkiego, szarego wilka, zawarczał cicho, zanim odstawił dla mnie przedstawienie. Najpierw przytknął nos do ziemi, odbiegł kawałek dalej i wrócił, milcząco dając mi do zrozumienia, żebym podążyła za nim.

Kolejna rzecz do zrobienia - nauczyć się lepiej odczytywać zamiary wilka, żeby nie musiał dosłownie wskazywać łapą, na co mam zwracać uwagę.

- Najwyraźniej ich węch jest o wiele lepszy od naszego - oznajmiłam, idąc za Ehno i pokazując mu, żeby kontynuował. - Są lepsze w śledzeniu. Idziemy, każdy w odległości dwóch kroków od siebie, żebyśmy pozostawali w zasięgu słuchu. Nie sądzę, żebym miała wystarczająco dużo energii na błyskawiczną przemianę.

- Ja tak samo - wymamrotała Tamara. - Jestem wykończona. Dzięki bogini, że książę okazał serce i pozwolił nam odpocząć, zanim zabierzemy się za odbudowę królestwa. Nie sądzę, bym długo tak pociągnęła.

Nie kłopotałam się pytaniem, czego oczekiwałby szalony król. Znałam odpowiedź.

Chwilę później stało się jasne, dokąd prowadzi nas Ehno - z powrotem do łodzi. Gdy dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazały się łodzie wiosłowe, którymi dobiliśmy na brzeg, teraz połączone ze sobą i swobodnie dryfujące na wodzie, by uniemożliwić komuś z zewnątrz dostanie się do środka.

- Mądre posunięcie - powiedziałam, przygotowując się do zmiany. - Pewnie obawiali się, że nasi ludzie mogliby tu zawędrować, i nie chcieli ryzykować konfrontacji.

- Albo po prostu byli zmęczeni i zachciało im się spać. - Jade potarła oczy.

- Nie możemy niczego wykluczyć.

Posłałam jej uśmieszek i odsunęłam się, by zacząć się zmieniać. Zastanawiałam się, jak - do cholery - wejdę na łódź demonów bez roztrzaskania jej w drobny mak. Jednak zanim to wykombinowałam, moja smoczyca przejęła dowodzenie w powietrzu, posyłając mnie w dół niczym kamień.

Twardo wylądowałam na tyłku, uderzając głową o dno łodzi.

Problem rozwiązany, pomyślała smoczyca.

Na świecie nie było takiej ilości przekleństw, żeby w pełni wyrazić mój poziom wkurwienia, dlatego po prostu wstałam, rozważając, jak się na niej zemścić bez doprowadzenia do naszej wspólnej śmierci.

Podczas gdy pozostałe smoki szybowały nad naszymi głowami, na łodzi pojawił się kapitan i szybko zaalarmował innych o naszej obecności.

- Zadziałało - oznajmił Govam, kiedy już spotkaliśmy się na środku pokładu. Jego oczy w kolorze popiołu rozbłysły w szarej twarzy. - Twoje królestwo nadal stoi?

- Od lat jest pogrążone w ruinie, Govam, i dobrze o tym wiesz. Ale tak, udało nam się odeprzeć atak. Wypędziliśmy wszystkie demony.

Westchnęłam z drżeniem, pozwalając sobie na uśmiech. Nadal próbowałam poukładać sobie wszystko w głowie. Razem z Nyfainem wyrwaliśmy nasze królestwo ze szponów demonów. A ja bzykałam się ze złotym księciem!

C z y m o ż e s z s i ę u s p o k o i ć, d o k u r w y n ę d z y?, p o m y ś l a ł a z i r y t a c j ą m o j a s m o c z y c a. M a m c i p r z y p o m n i e ć, ż e...

Tak, tak. Wiem.

Starałam się opanować uśmiech, wyczuwając napływające od Nyfaina narastające, gorące pożądanie. Czułam jego tęsknotę, która dorównywała mojej własnej. Za dotykiem jego ciała, zatraceniem się w jego ramionach. Nie chodziło tylko o seks - to było coś głębszego, pulsującego wewnątrz mnie. Niczym niewidzialny sznurek oplatający moją pierś i ciągnący mnie ku temu mężczyźnie. Czułam, jakby stanowił część mnie, moją drugą połowę, bez której byłam niekompletna, a z którą desperacko chciałam się połączyć. To na pewno miało coś wspólnego z naznaczeniem. Mieliśmy tyle do zrobienia i tyle do przetrawienia - o królowej, wilkach, ponownym ustanowieniu szlaków handlowych, zebraniu zapasów - a mimo to jedyne, czego pragnęłam, to ucztowanie na ciele Nyfaina. Chciałam poczuć jego miękkie usta przesuwające się po mojej rozpalonej skórze.

- Musimy was bezpiecznie przetransportować do zamku - powiedziałam, widząc Calię wychylającą się zza barierki własnej łodzi zacumowanej niedaleko jednostki Govama.

Pomachała w moim kierunku, a ja podniosłam głos i zawołałam:

- Mam do ciebie prośbę! Chcę sprawdzić, czy udałoby ci się pomóc mojemu towarzyszowi w całkowitym pozbyciu się demonicznej magii!

- Twój złoty książę z pewnością chce nawiązać kontakty z jej ludem - oznajmił Govam, obserwując, jak dołączają do niej siostra bliźniaczka i pozostałe faerie. - Nie mam wątpliwości, że będzie chciał umówić się na audiencję u króla i królowej. A z tego, co udało mi się usłyszeć przez lata, Calia stoi wysoko w hierarchii faerie.

Dodałam to do swojej listy.

Wtem dopadła mnie nieproszona myśl: Czy Calia nie mieszkała przypadkiem w królestwie, z którego pochodziła była narzeczona Nyfaina? Czy ta kobieta mogłaby uznać, że przysługuje jej jakiekolwiek roszczenie do księcia, nawet po tak długim czasie? Do jego magicznych umiejętności uprawiania roślin, tak rzadkich i potężnych?

Moja smoczyca zawarczała cicho, a ja szybko odrzuciłam tę myśl.

Miałam wystarczająco dużo do zrobienia - nie potrzebowałam dorzucać do tego kolejnych zmartwień. Będę się tym martwić, gdy nadejdzie pora.

ROZDZIAŁ TRZECI

FINLEY

Z wilkami po obu stronach, faerie otaczającymi demony i moją smoczycą, krążącą nad ich głowami, przemierzyliśmy las i dotarliśmy do zamku. Pozostałe smoki leciały za nami. Ludzie, na których natrafiliśmy podczas przeprawy, wpatrywali się w nas z twarzami wykrzywionymi wściekłością, gdy tylko ich spojrzenia natrafiły na towarzyszące nam demony.

Schody na dziedzińcu były praktycznie opustoszałe, jeśli nie liczyć kilku osób śpieszących w różnych kierunkach. Wśród nich był Vemar, który spojrzał na mnie, a potem jeszcze raz, jak gdyby się upewniał, że to ja, po czym ruszył w naszym kierunku.

- Tu jesteś, Niezwykła Pani. - Zatrzymał się przed nami z rękami na biodrach.

Na powrót zmieniłam się w człowieka.

Wilki poszły w moje ślady, podobnie jak smoki, które zdążyły już wylądować.

- Co tam? - zapytałam Vemara, czując nieustanne przyciąganie Nyfaina, jak gdyby do moich żeber został przyczepiony sznurek.

Wiedziałam dokładnie, gdzie się znajduje. Był niczym latarnia morska, wskazująca mi drogę do domu.

- Po prostu szukam jakiegoś sposobu, by stać się użytecznym. Zbyt długo bezczynnie siedziałem w lochach. Nie chcę próżnować.

- Jestem pewna, że służbie przydałaby się pomoc w odkurzaniu pokoi i ścieleniu łóżek czy robieniu czegokolwiek innego, co powinno zostać jak najszybciej wykonane.

- Zapewne, ale wydaje mi się, że nie chcą mojej pomocy. Wykopali mnie. Uznali, że nie ma tam miejsca dla smoka. Wtedy zapytałem, gdzie w takim razie jest miejsce dla smoka. Odparli, że na królewskim dworze. - Vemar bezradnie rozłożył ręce, rozglądając się wokół. - No więc, gdzie się znajduje ten magiczny dwór, do którego należą smoki? Jak dla mnie, nie ma tutaj niczego poza smugami brokatu i porzuconymi kostiumami. W rogu jednego z pomieszczeń znalazłem strój niedźwiedzia. Przyjrzałbym mu się bliżej, ale miał kilka niepokojących plam i uznałem, że lepiej będzie go nie ruszać. W dodatku ktoś powtykał świece w kontakty elektryczne. To musi być niebezpieczne, prawda?

Nie mogłam powstrzymać się od parsknięcia śmiechem.

- Masz rację, lepiej nie dotykać żadnych strojów. A co do smoków to w przeszłości wyłącznie smoki stanowiły arystokrację. To one tworzyły królewski dwór. A arystokracja nie trudni się pomniejszymi zadaniami. Zapewne właśnie to mieli na myśli, kiedy odmówili przyjęcia twojej pomocy przy sprzątaniu.

- Tylko smoki? - zapytał Ehno.

- Tylko smoki - potwierdziła Tamara. W jej głosie pobrzmiewał nieprzyjemny warkot. - To królestwo smoków, nie widać? Podobnie jak Królestwo Płomieni, z tą różnicą że tam rządzą wilki.

- Chwila, moment. - Uniosłam brew, wpatrując się w kobietę. - Pamiętaj, że nie byłoby tego królestwa, gdyby nie Ehno i reszta wilków Westona. Tak czy inaczej, ma on pełne prawo zadawać pytania. Żadna hierarchia nie ma sensu, kiedy w królestwie żyją zmiennokształtni należący do różnych gatunków - oznajmiłam, trąc oczy ze zmęczenia. - Powinna istnieć sprawiedliwa reprezentacja każdego z nich. To znaczy w Królestwie Płomieni, pośród gór, mieszkają silne smoki. Pomyśl, o ile potężniejsze byłoby królestwo, gdyby wilki dopuściły smoki na swój dwór. Razem byliby nie do powstrzymania.

- Smoki i wilki nie za bardzo się dogadują - wtrąciła Lucille.

- Cóż, gdyby wszyscy przestali zachowywać się jak skończone pizdy, być może byliby w stanie się dogadać. - Skupiłam się z powrotem na Vemarze. - Po prostu zmuś ich, żeby zgodzili się na twoją pomoc. Wątpię, żeby mieli ochotę się kłócić z szalonym smokiem. Albo idź spać. Wyglądasz na wykończonego.

- Owszem, jestem bardzo zmęczony, ale lubię być czymś zajęty. - Pochylił się, zmniejszając między nami dystans. - A tak swoją drogą, twój towarzysz jest bezwzględny. Cieszę się, że z nim nie zadarłem. Nie sądzę też, żeby Micah zdawał sobie wcześniej sprawę, w co się wpakował.

Micah był smokiem, który próbował rozdzielić mnie z Nyfainem. Wyzwał księcia na pojedynek i srogo za to zapłacił.

- Jak on się trzyma? - Przełknęłam gulę w gardle.

Vemar wyprostował się, a na jego ustach pojawił się złośliwy uśmieszek.

- Zdaje sobie sprawę, że udało mu się oszukać śmierć. - Zaśmiał się i odwrócił w kierunku schodów. - Myślę, że nie będzie cię już więcej nagabywać. Dostał nauczkę. - To powiedziawszy, zniknął w czeluściach zamku.

- Możecie iść, odpocznijcie. W zamku nic nam nie grozi - zwróciłam się do Tamary.

Kobieta zerknęła na Ehno, zanim skinęła mi krótko głową i wyminęła nas, by ruszyć do zamku. Pozostałe smoki podążyły za nią, zapewne zamierzając sprawdzić stan swoich dawnych kwater. Wszyscy pozostawali więźniami w królestwie demonów, wielu z nich latami było z dala od domu.

- Nie chciałem przysparzać kłopotów - odezwał się cicho Ehno, kiedy ruszyliśmy w stronę zamku nieco wolniejszym krokiem.

- Wszyscy musicie wyzbyć się wzajemnych uprzedzeń - powiedziałam, czując trzepotanie w brzuchu. Z każdym krokiem coraz bardziej zbliżałam się do Nyfaina. - Powiem wam jedno. Kiedy wspólnie przypuściliśmy atak, zdałam sobie sprawę, jakie to było efektywne, mieć smoki w powietrzu, a wilki na ziemi. To, czego my nie daliśmy rady zrobić z góry, wy załatwialiście na dole. Teraz pomyśl, jak by to wyglądało, gdyby jeszcze dodać do tego magię faerie, które rzucałyby zaklęciami na prawo i lewo. - Spojrzałam na Calię. - To dopiero byłaby niezła zabawa, prawda?

Na twarzy kobiety zakwitł niewielki uśmiech.

- Smoki - rzuciła tonem, jakby to wszystko tłumaczyło, kręcąc delikatnie głową. - Walka to dla was zabawa.

- Wizja potężnego oddziału miażdżącego swoich przeciwników... Tak, to brzmi ekscytująco. - Śmiejąc się, wzruszyłam ramionami. - Ale z pewnością sama przyznasz, że bylibyśmy nie do powstrzymania.

- Mam nadzieję, że przetestujemy tę teorię szybciej niż później - odparła, kiedy wspinaliśmy się po schodach. - Musimy współpracować, żeby pozbawić Doliona władzy.

Łaskotanie w brzuchu przybrało na sile, gdy tylko ujrzałam Nyfaina. Znajdował się na drugim piętrze, sprawdzał pokoje w towarzystwie Hadriela. Zarzucił na siebie jedną z pogniecionych koszul i buty, których nie zasznurował. Jego potargane włosy opadały na czoło, a mięśnie ramion rysowały się wyraźnie pod opinającym je i grożącym rozerwaniem materiałem.

- O mój... - odezwała się cicho Calia, w jej głosie zabrzmiało zdumienie. - To przecież...

Kiedy się zbliżaliśmy, Nyfain spojrzał w moim kierunku, unosząc palec. Na jego twarzy malowała się czysta frustracja. Nie mógł odejść, jeszcze nie teraz. Stojący za jego plecami Hadriel posłał mi długie spojrzenie człowieka płonącego na stosie.

- Poznaję go - wyszeptała Calia. - Trudno zapomnieć mężczyznę o tak dzikiej urodzie. Dawno temu był obiecany komuś na naszym dworze. Wywarł ogromne wrażenie i chociaż jego maniery były nienaganne, przeraził połowę mieszkańców.

Nagłe uderzenie wściekłości wyrwało mi powietrze z płuc. Przycisnęłam pięść do klatki piersiowej, próbując opanować ogarniające mnie uczucie. Nie byłam przygotowana na tak intensywne reakcje. Kiedy wcześniej pomyślałam o byłej narzeczonej Nyfaina, nie uderzyło to we mnie aż tak mocno.

A c z e g o s i ę s p o d z i e w a ł a ś?, z a p y t a ł a s m o c z y c a. O n j e s t n a s z. R o ś c i m y s o b i e d o n i e g o p r a w o. O c z y w i s t y m j e s t, ż e z a b i j e m y k a ż d e g o, k t o c h o ć b y g o t k n i e. L o g i c z n e.

Będę się musiała do tego przyzwyczaić.

- To było szesnaście lat temu - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - I bardzo cię proszę, nie wspominaj o niej więcej. Obecnie nie myślę zbyt racjonalnie, kiedy w grę wchodzi mój towarzysz.

- Wybacz, oczywiście. Jest syflorą, prawda? Dobrze pamiętam?

- Co to syflora? - zapytał Denski, zastępca Govama, który stał tuż za nim, na czele demonicznej grupy.

- W ich śpiewie żyje magia - odparła Calia, wpatrując się w księcia. - Potrafią wesprzeć naturalne procesy życiowe roślin, sprawić, że lepiej rosną i rozkwitają. To bardzo rzadki dar, niezwykle pomocny przy leczeniu i tworzeniu naturalnych lekarstw. Pamiętam, że rodzina królewska faerie uznała, że byłoby fantastycznie wzbogacić ich ród o takie umiejętności.

Tym razem ogarnęła mnie gwałtowna, oślepiająca wściekłość, wprawiająca w drżenie całe ciało.

- Przestań o tym mówić - warknął na nią Govam, szybko występując do przodu, by stanąć pomiędzy nami. - Nie widzisz, jak to na nią wpływa?

- Wszystko w porządku. - Otarłam ręką zimny pot z czoła. - Jest okej. To tylko odrobina wściekłości okazana wśród przyjaciół. Ale i tak, Calia, bardzo proszę, przestań wspominać... - Myśl o tym, że mógłby mieć dzieci z inną... Pochyliłam się, opierając ręce na udach. - Po prostu... przestań o tym wspominać - wycharczałam.

- Czy wszystkie smoki są takie zaborcze? - zapytała szeptem jedna z faerie.

- Naznaczenie jest nadal bardzo świeże, pewnie jeszcze nie zostało w pełni zakorzenione. Pamiętam, jak chciałam rozszarpać każdego, kto choćby spojrzał na mojego Raymonda. Nie sądzę, żebym miała w sobie na tyle samokontroli, żeby powstrzymać się od roztrzaskania łba komuś, kto mówiłby o moim towarzyszu... cóż... w taki sposób, w jaki ona to właśnie robiła - odpowiedziała jej jedna z wilczyc.

- O to właśnie chodzi, dokładnie. I tak, smoki są bardzo zaborcze. Będą walczyć na śmierć i życie, jeśli ktokolwiek dotknie jej lub jego towarzysza. - Zamknęłam oczy, mocno zaciskając powieki.

- Nie tylko smoki - wymamrotał Ehno.

- Widzisz? Nie różnimy się od siebie aż tak bardzo, co? - Wyprostowałam się z wysiłkiem, kiedy Nyfain ruszył w naszą stronę.

Przez całą drogę korytarzem nie odrywał ode mnie spojrzenia, dopóki nie stanął tuż przede mną. Poczułam, jak otula mnie ciepło bijące z jego muskularnego ciała. Bliskość towarzysza podziałała na mnie kojąco, zmniejszając buzującą we mnie wściekłość.

- Cześć - odezwał się miękko.

Spojrzenie jego złotych oczu wbijało się we mnie. Zachowywał się tak, jakby albo nie zdawał sobie sprawy, albo nie dbał o to, że mamy publiczność. Przesunął wierzchem ręki po moim policzku, a następnie pochylił się, by złożyć na moich ustach delikatny pocałunek.

- Wszystko w porządku?

- Calia... - Na wpół się odwróciłam, wskazując na faerie.

Nie podążył wzrokiem za moim ruchem, jego uwaga była całkowicie skupiona na mnie.

- Zna cię. Z... dawnych lat.

Zrozumienie szybko rozbłysło w łączącej nas więzi. Dodał dwa do dwóch, dobrze wiedząc, co to oznaczało.

Powoli pokręcił głową.

- Nigdy nie było nikogo przed tobą. Nie będzie nikogo po tobie. Jesteś tylko ty. Na zawsze.

Wolno wypuściłam powietrze z płuc i zbliżyłam się do niego, po czym przesunęłam dłonią po jego piersi. Ciepło jego ciała rozlało się po opuszkach moich palców, w pełni mnie rozbudzając. Przymknęłam powieki, odsuwając od siebie strzępy niepokoju i złości. Kiedy na powrót poczułam się sobą, otworzyłam oczy i stanęłam u jego boku.

Owinął wokół mnie potężne ramię, a ręką chwycił mnie za biodro. Dopiero wtedy oderwał wzrok od mojej twarzy.

Wskazałam na Govama.

- To jest przywódca grupy, która pomogła nam uciec z lochów. Dolion traktował swoich strażników prawie tak samo źle jak samych więźniów. Chcą obalić jego rządy.

Nyfain wystąpił naprzód, wyciągając ku demonowi rękę, którą Govam przyjął i potrząsnął.

- Dziękuję za udzielenie jej pomocy - zwrócił się do niego Nyfain; w jego głosie pobrzmiewał niebezpieczny warkot. - Nie mogę się doczekać, aż usłyszę więcej o roli, jaką w tym wszystkim odgrywasz, i o tym, dlaczego nie powinienem cię zabijać.

Faerie zaczęły przestępować z nogi na nogę, patrząc po sobie szeroko otwartymi oczami, podczas gdy wilki stały wyprostowane z wypiętym piersiami, w wyrazie niewerbalnej aprobaty. Poczułam, jak moje brwi się unoszą, a szczęka opada z wrażenia.

Zanim zdążyłam wymyślić, jak najlepiej ograniczyć straty, Govam przemówił:

- W takim razie postaram się być bardzo przekonywający.

Cofnął się, gdy spojrzenie Nyfaina odnalazło stojącą na tyłach grupy demonów Sonassę.

- Jeśli użyjesz swojej magii w tym zamku - zwrócił się do niej Nyfain, obnażając przy tym zęby. - Zrobię z ciebie przykład. Moja towarzyszka zabrała cię ze sobą i dlatego uszanuję jej życzenie, zapewniając ci ochronę, o ile nie użyjesz swojej mocy na moich ludziach. Jeśli to zrobisz, śmierć będzie twoim najmniejszym zmartwieniem. Zrozumiałaś?

- Tak, najjaśniejszy panie - odpowiedziała zduszonym głosem, kłaniając się nisko.

- Govam jest bardzo dobry w pozostawaniu przy życiu - zwróciłam się do Nyfaina. - Potrafi rozpoznawać nastroje smoków.

- Jeśli przekroczy granicę, jego zdolność do rozpoznania skali mojej wściekłości raczej go przede mną nie ocali - odparł Nyfain.

- Nie mam co do tego wątpliwości - odezwał się rzeczowym tonem kapitan.

Cóż, wszystko szło gładko jak po maśle.

Wyciągnęłam rękę, chcąc wskazać na Calię, która nadal stała wśród faerie.

Jej ludzie odsunęli się kilka kroków do tyłu, bez wątpienia zaalarmowani sposobem, w jaki Nyfain porozumiewał się z demonami.

- Tak jak mówiłam chwilę temu, Calia zna cię...

- Proszę wybaczyć, ale nie tyle znam ciebie, co twoją magię. - Policzki dziewczyny pokryły się rumieńcem. - Nigdy nie mieliśmy okazji się poznać.

- A mówiąc o magii... - wtrąciłam, zanim mogła dodać coś jeszcze o przeszłości. - Calia dysponuje specjalnym rodzajem umiejętności, która pozwala jej oddzielać jedną magię od drugiej. To właśnie ona stworzyła nam przejście przez magiczny mur otaczający królestwo. Ponadto zdjęła ograniczenie z pozostałych więźniów. Dlatego zastanawiałam się - spojrzałam w jej turkusowe oczy - czy mogłabyś sprawdzić, czy książę ma w sobie jakiekolwiek pozostałości demonicznej magii. Jego łuski nie zagoiły się w pełni i przeszło mi przez myśl, że właśnie to może być tego powodem.

- Tak, oczywiście, ale... musiałabym go dotknąć. - Jej spojrzenie przeskoczyło ze mnie na Nyfaina.

- W porządku. Nie ma problemu. Zdenerwowałam się tylko przez... - Błysk wściekłości powstrzymał mnie przed wspomnieniem o tamtej kobiecie, jej dworze czy planach na przyszłość jej i Nyfaina.

Poczułam na plecach uspokajający dotyk mojego księcia, łagodzący moją wściekłość.

- A to jest Ehno - powiedziałam, znowu ocierając pot z czoła. - Należy do watahy Westona. Niestety nie znam imion pozostałych wilków.

- Jestem betą Westona - przedstawił się Ehno, skinąwszy Nyfainowi. - Alfa został zatrzymany przez inne obowiązki, musiał zająć się doglądaniem wilków. To ja towarzyszyłem Finley, oddając jej dowództwo nad naszym polowaniem.

Nyfain zesztywniał, ręka, którą zaciskał na moim biodrze, mocno mnie ścisnęła. Skinął Ehnowi.

- Ona nie rozumie znaczenia tego gestu. Przez klątwę nie dorastała tak, jak inni zmiennokształtni. To wszystko jest dla niej nowe. Ale ja rozumiem.

- Oczywiście - odparł wilk, odpowiadając kiwnięciem, a pomiędzy jego ciemnymi brwiami uformowała się niewielka zmarszczka, kiedy rzucił mi szybkie spojrzenie.

Najwyraźniej nic nie wiedział o mojej przeszłości. Ani o przeszłości pozostałych.

- Dzięki za pomoc - zwróciłam się do niego, po czym skinieniem podziękowałam pozostałym. - Myślę, że możecie się rozejść.

Zmiennokształtni rozproszyli się; jedni ruszyli na poszukiwanie Westona, inni miejsc do spania.

- Hadriel - warknął Nyfain, nawet się nie odwracając i najwidoczniej oczekując, że kamerdyner natychmiast zmaterializuje się u jego boku. Czekając na swojego służącego, zwrócił się do Calii: - Co sądzisz o współpracy z demonami, ramię w ramię?

Faerie rzuciła demonom długie spojrzenie.

- Jest to dobry sposób na osiągnięcie naszego celu, ale nie będę kłamać. Nie podoba mi się bycie ich strażnikiem.

- Bez obaw. Bardzo chętnie przejmę od ciebie to zadanie - zapewnił Nyfain szorstkim tonem.

Na dźwięk jego głosu demony nieco się cofnęły; wszystkie poza Govamem, który twardo trzymał się na swoim miejscu. Wiedział, że książę go nie zabije, przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie bez powodu.

- Tak, najjaśniejszy panie? - Hadriel śpieszył ku nam. - O, Finley, kochana, nadal tu jesteś. Dobrze. - Zatrzymał się niedaleko mnie. - Chociaż jesteś bardzo naga, moja droga. Czy to stanie się normą? Ponieważ myślałem, że jednak zrezygnujemy na trochę z tej wszechobecnej nagości... Na jakiś czas bardzo chciałbym uniknąć na zamku widoku dyndających kutasów...

- Hadriel, znajdź naszym nowym gościom zakwaterowanie - rozkazał Nyfain, a w każdym jego słowie czaiła się moc. - Demony mają pozostawać pod stałą obserwacją. Umieść je na trzecim piętrze, żeby nie były w stanie uciec przez okno, i upewnij się, że ich pokoje są przez cały czas pilnowane. Poproś smoki o pełnienie wart, zarówno te z dworu, jak i gości. Ponadto... zaproponuj to również alfie wilków.

- Alfie wilków, najjaśniejszy panie? - zapytał niepewnie Hadriel, a w jego głosie pobrzmiewał zachwyt.

- Tak. Wcześniej Finley ustanowiła precedens, dopuszczając wilki do naszych spraw. Alfa dobrze to przyjął. Uszanuję decyzję mojej towarzyszki. Jeśli wilki będą chciały udzielić nam pomocy, z chęcią z niej skorzystamy.

- Tak, panie... Oż kurwa... Znaczy: najjaśniejszy panie, to miałem na myśli. Tak, najjaśniejszy panie.

- I Hadriel?

Kamerdyner wydał z siebie zduszony odgłos, zanim ponownie się odezwał:

- Tak, panie? Najjaśniejszy panie?

- Uprzedź krawcowe i krawców. Będą mieli dużo pracy w nadchodzących dniach. Alfy muszą zostać odpowiednio odziane. Kiedy to zostanie wykonane, zorganizujemy kolację, na której będziemy omawiać kolejne kroki naszego planu. To wszystko musi zostać załatwione jak najszybciej.

- Tak, najjaśniejszy panie.

Słyszałam zmęczenie w głosie Hadriela. Delikatnie położyłam rękę na dole pleców Nyfaina. W odpowiedzi odwrócił się w moją stronę, lekko pochylając głowę i ponownie oddając mi całą swoją uwagę.

- On też jest zmęczony, kochany - oznajmiłam cicho, nie chcąc robić z tego wielkiego halo albo publicznie podważać jego decyzji w jakikolwiek sposób. - Może pozwól... w pełni ubranej pokojówce, która miejmy nadzieję, pozbyła się do tego czasu swojego wielkiego, fioletowego dilda, chociaż częściowo się tym zająć?

Nyfain pocałował mnie w czubek głowy.

- Oczywiście. Hadriel, upewnij się, że oddelegujesz kilka zadań, i odpocznij. Potrzebuję kamerdynera z prawdziwego zdarzenia. Liczę, że staniesz na wysokości zadania.

- Oczywiście, panie... To znaczy najjaśniejszy panie. - Mrugnął do mnie, zanim odwrócił się na pięcie, mamrocząc: - Dzięki niech będą bogini i jej brudnym sekretom, już myślałem, że nigdy się od niego nie uwolnię.

Nyfain udał, że nic nie słyszał, natomiast na twarzach niektórych faerie majaczyły rozbawione uśmiechy. Z kolei demony wykazały się większą powściągliwością, w żaden sposób nie dając po sobie poznać rozbawienia.

- Proszę, odpocznijcie - zwrócił się książę do faerie. - Wszyscy na to zasłużyliśmy. Dajcie nam znać, jeśli będziecie czegokolwiek potrzebować. Nie mamy wiele, ale postaramy się zapewnić wam wszelkie dostępne wygody. Bardzo dziękuję za pomoc w odbiciu naszego królestwa. Mamy wobec was dług wdzięczności.

- Nie. - Calia pokręciła głową, podchodząc bliżej. - To ja mam dług wdzięczności wobec Finley. Po dwakroć, ponieważ nie uratowała tylko mnie, ale też moją siostrę. Jak na razie nie udzieliliśmy wam zbyt dużej pomocy, ale to się zmieni. Będę chciała o tym porozmawiać po tym, jak wszyscy nieco się odświeżymy. - Wyciągnęła dłonie ku Nyfainowi, bardzo blisko, lecz nie na tyle, by go dotknąć. - Tak, coś kłębi się w twoim wnętrzu. Coś, co z każdym dniem słabnie. - Przysunęła dłonie jeszcze bliżej. - Mam wrażenie, że to coś przypomina magiczne ograniczenie, z tą różnicą, że jątrzy się wewnątrz ciebie, gnije. Jakby gdzieś w tobie była szczelina, w której zakorzeniła się demoniczna magia i teraz sączyła się powoli. Zakotwiczona. Bardzo uparcie się ciebie trzyma.

Palce Nyfaina dotykające mojego biodra wbijały mi się w skórę. Poza tym książę w żaden sposób nie skomentował słów faerie.

Calia otworzyła oczy i zrobiła krok w tył, kręcąc głową.

- To nie jest coś, z czym mogłabym ci pomóc. Być może nasi uzdrowiciele będą mogli coś na to zaradzić.

- Czy Dolion byłby w stanie to usunąć? - zapytałam Govama.

Demon zwęził oczy, zastanawiając się.

- Jego ludzie z pewnością daliby radę. To proces podobny do tego, gdy próbowali odszukać w tobie waszą więź i ją zniszcz... - Urwał w pół słowa, robiąc duży krok w tył i dołączając do swoich ludzi.

Spojrzenie jego szarych oczu skupiło się na Nyfainie, ale on ani drgnął.

- Masz rację, skarbie - wtrącił mój złoty książę. W jego głosie pobrzmiewał warkot, furia rozlała się po naszej więzi. - Jest bardzo dobry w odczytywaniu emocji. Na twoim miejscu, demonie, nigdy więcej bym o tym nie wspominał.

- Nie ma problemu, najjaśniejszy panie - odparł swobodnie Govam, jak gdyby nigdy nic. - Jak mówiłem, jego ludzie z pewnością byliby w stanie to usunąć, ale mogliby też wyrządzić więcej szkód, gdyby znaleźli się tak blisko ciebie. Nawet gdyby oznaczało to, że stracą życie, nie przepuściliby okazji do okaleczenia smoka.

- Takie rozwiązanie nie wchodzi w grę - odparł.

Miał rację. Po prostu chwytałam się brzytwy. Próbowałam znaleźć łatwe rozwiązanie, doskonale wiedząc z własnego doświadczenia, że nie ma czegoś takiego jak łatwe uzdrawianie.

Nyfain władczym ruchem przesunął dłoń z mojego biodra na kark, a poprzez naszą więź mogłam poczuć jego pragnienie.

Zachwiałam się, czując, że miękną mi kolana. Nyfain wziął mnie na ręce i ruszył w kierunku, z którego wcześniej przyszedł, wzywając jednego ze smoków. Nie zdołałam jednak skupić się na tym, co mówił, obezwładniona bijącym od niego gorącem.

Wciągnęłam powietrze. Otulił mnie jego zapach - balsamiczna woń sosny i bzu z nutą wiciokrzewu. Zapach ciepłego, letniego wieczoru na łące.

Zapach domu.

Jego usta wyznaczały palącą ścieżkę wzdłuż mojej szczęki, czułam jego pulsujące pożądanie i potrzebę jego czającego się tuż pod powierzchnią smoka, gotowego do zerżnięcia mnie i dokończenia naznaczenia za pomocą swojego kutasa.

ROZDZIAŁ CZWARTY

FINLEY

Nadal trzymając mnie w ramionach, Nyfain podążał korytarzem do swoich pokoi, podczas gdy ja sunęłam ustami po jego szyi, lekko skubiąc szczękę.

Zadrżał, przechylając głowę tak, żebym mogła przeciągnąć zębami po jego szyi i dalej na kark, zostawiając na nim swój ślad.

- Nie idziemy do wieży? - zapytałam, muskając wargami jego ucho.

- Nie - wychrypiał.

Zwolnił i odwrócił głowę twarzą do mnie, po czym wpił się w moje usta, rozchylając je językiem i biorąc w całkowite posiadanie.

Jego smak doprowadzał mnie do szaleństwa, odpędzał wszelkie zmartwienia i listę zadań, którą cały dzień układałam w głowie.

- Żadnej wieży. I żadnych oddzielnych pokoi. Zwyczajowo król i królowa śpią w osobnych komnatach. Ale nie my. Chcę zasypiać z tobą w ramionach i budzić się głęboko zanurzony w twojej cipce.

Za każdym razem, gdy świntuszył, rozpływałam się. Przejechałam językiem po koniuszku jego ucha, czując palące pulsowanie w podbrzuszu.

- Nie będziemy marnować czasu na zwyczaje i konwenanse - kontynuował. - Nie po tym, co przeszliśmy. - Odsunął się odrobinę, żeby nasze spojrzenia się spotkały. - Mamy szansę na nowy start. Możliwość zbudowania czegoś w tym królestwie. Ty wstrząsnęłaś fundamentami, a ja zamierzam pociągnąć to dalej. - Jego wzrok opadł na moje obnażone piersi. - Chociaż uważam, że odzież na terenie zamku jest obligatoryjna. Hadriel miał rację. - Wyszczerzył zęby.

Parsknęłam śmiechem.

- Słuszna uwaga. Po prostu akurat nie miałam niczego pod ręką.

- Fakt, Leala pomaga przy zakwaterowaniu ludzi. - To powiedziawszy, wrócił do poprzedniego tematu. - Przedyskutujemy wszystkie zmiany, gdy tylko utworzymy radę. Radę, której głównym zadaniem będzie dbać o dobrobyt poddanych królestwa. Wszystkich, a nie tylko bogatych. Chciałbym, żeby zasiadł w niej Hannon.

Otworzyłam szeroko oczy, uważnie się w niego wpatrując.

- Hannon? Ale przecież on pochodzi z pospólstwa. Kto będzie go słuchać?

- Ci sami ludzie, którzy będą słuchać ciebie. Dopilnujemy tego. Ale, tak jak powiedziałem, przyjdzie na to czas nieco później. Nie zamierzam spieszyć się z naszym naznaczaniem, bez względu na wszystkie szokujące wydarzenia mające miejsce ostatnimi czasy. Teraz nadeszła chwila, żebyśmy się w sobie zatracili, niepomni na to, co czeka nas poza murami zamku.

Niósł mnie do swoich pokoi i przez chwilę mogłam podziwiać wysokie sufity, obrazy zdobiące ściany i niebiesko-zielone wykończenie korytarza, zanim zatrzasnął za nami drzwi, opuszczając mnie po swojej okazałej, umięśnionej sylwetce.

Moje nagie ciało przesuwało się po szorstkim szwie jego spodni, ocierając się o potężną, twardą wypukłość, tak gotową na mnie.

- Nie ulega wątpliwości, że brak ubrań też ma swoje zalety. Dzięki temu mogę wziąć cię dużo szybciej, nie kłopocząc się pozbywaniem się niepotrzebnych warstw materiału - wymamrotał, pochylając się, by zamknąć usta wokół mojego sutka.

Drugą ręką przesunął po mojej mokrej cipce i jęknął, gdy jego opuszki natrafiły na gorącą skórę. Rozstawiłam nogi jeszcze szerzej, na co przesunął zręcznymi palcami po łechtaczce, zanim włożył we mnie dwa z nich. Wygiął je pod idealnym kątem i pompował nimi, raz za razem uderzając w moje wrażliwe ciało, a kciukiem dociskając łechtaczkę.

Złapałam go za włosy. Moje biodra poruszały się do wbijanego w moim wnętrzu rytmu.

Nyfain opadł na kolana, a następnie złapał mnie za jedno kolano i założył sobie moją nogę na szerokie ramię. Przeciągnął językiem po moich wilgotnych zakamarkach, drocząc się przy samym wejściu, zanim wsunął się do środka.

Zadrżałam, pozwalając głowie opaść w tył, przez co uderzyła o drewniane drzwi z głośnym łupnięciem. Książę delikatnie muskał językiem wrażliwy pączek, by po chwili boleśnie go zassać. Zachłysnęłam się, gdy ponownie włożył we mnie palce, pracując nimi mocno i szybko.

- O kurwa - wydyszałam, nie mogąc utrzymać oczu otwartych. - O bogini, o kurwa...

Drugą ręką sięgnął ku mojej piersi i wykręcił sutek, posyłając czystą przyjemność prosto do mojej rozgrzanej kobiecości.

Chciałam się powstrzymać. Przedłużyć przeżywanie tych niesamowitych doznań, jednak bez żadnego ostrzeżenia zalała mnie fala orgazmu, wyrywając z moich ust przeciągłe jęki.

- Bogini, jesteś taka słodka w smaku - wymamrotał z ustami przy mojej cipce, wprawiając mnie w kolejne drżenie. - Lepsza niż cokolwiek, co kiedykolwiek smakowałem. Nigdy nie słyszałem, żeby naznaczenie miało na to jakikolwiek wpływ. Być może tak jest, bo jesteśmy prawdziwymi towarzyszami.

- Sprawdźmy to. - Odsunęłam jego twarz, zwiększając między nami dystans, szybko zabrałam stopę z jego ramienia i popchnęłam go na plecy, wspomagając się mocą.

Padł na podłogę z szeroko rozłożonymi kończynami, zanim błyskawicznie przekręcił się na kolana.

Nagły gniew przemienił się w podniecenie, kiedy się uniósł, a spojrzenie złotych oczu wbił we mnie, zatrzymując mnie w miejscu.

- Próbujesz mnie zdominować, księżniczko?

Jego głos był szorstki i dziki, surowy i groźny, a podniecenie wywołane jego ostrzeżeniem rozlało się po moim kręgosłupie.

- Zamierzam ssać twojego kutasa tak długo, aż będziesz się wić po podłodze i dojdziesz wprost w moje usta - obiecałam odważnie, pełna brawury, której wcale nie czułam.

W jego oczach zapłonął ogień i natychmiast rozprzestrzenił się po naszej więzi. Wokół niego zawirowała moc. Buzowała w nim potrzeba zareagowania na rzucone przeze mnie wyzwanie. Potrzeba zrobienia tego, co leżało w jego naturze - zmuszenia mnie do podporządkowania się.

Nagle poczułam, że nie mogę złapać powietrza. Miałam ochotę uciec. Skomleć. Ułożyć się potulnie na plecach z szeroko rozłożonymi nogami.

Walcz z tym skurwielem, dopóki nie dojdziemy, warknęła moja smoczyca.

Brzmi nieźle.

Uderzyłam w niego mocą i wbiłam go w podłogę.

Jęknął, gdy się na niego rzuciłam, używając całej swojej siły do ściągnięcia z niego koszuli. Jego złote łuski błyszczały w słabym świetle. Tak cholernie piękne.

Usiadłam na nim okrakiem, napinając ciało, by utrzymać go w miejscu, na wypadek gdyby chciał mnie z siebie zrzucić. Pochyliłam się do przodu, układając jego ręce nad głową i zatrzymując się na chwilę, podczas gdy mój mózg próbował nadążyć za ciałem.

Potrzebowałam jakiegoś planu. Nyfain był ode mnie dużo silniejszy. Bardziej bezwzględny. Przyszpilanie go do podłogi to raczej nie najlepszy pomysł.

Jemu najwyraźniej to samo właśnie przyszło do głowy.

Usłyszałam mroczny, głęboki śmiech pieszczący moje ciało. Zadrżałam, wiedząc, co zwiastuje ten dźwięk.

- Dziesięć... - zaczął odliczać, nadal ze mną nie walcząc. Nie ruszał się, jego ręce spokojnie spoczywały nad głową, mięśnie ramion drżały. - Dziewięć... Osiem...

Poczułam przypływ adrenaliny.

J a p i e r d o l ę, p o m y ś l a ł a m o j a s m o c z y c a, j e d n o c z e ś n i e p r z e s t r a s z o n a i p o d n i e c o n a. R o z b i e r z g o i s p i e r d a l a j n a d r u g i k o n i e c p o k o j u. N i e d a m y r a d y w a l c z y ć z n i m n a p o d ł o d z e. M u s i m y g o z a a t a k o w a ć z r o z p ę d u.

Może i nie był to najgenialniejszy plan, ale lepszy taki niż żaden. Jednak miała rację co do jednego - musiałam walczyć w pozycji stojącej. Nic bym nie zdziałała, leżąc, nie w starciu z jego wagą i śmiercionośnymi mięśniami.

Nie tracąc ani chwili, zsunęłam się z niego. Nie powstrzymał mnie, jego oczy miały zamglony wyraz, a na ustach majaczył leniwy uśmiech.

Przez naszą więź przetoczył się ogień , dreszcz emocji związany z wyzwaniem, które zaraz miało zostać podjęte.

- Siedem... Sześć...

Chwyciłam jego podartą koszulę i szarpnęłam, odkrywając więcej umięśnionej, pokrytej bliznami i tatuażami klatki piersiowej.

Bogini daj mi siłę, uwielbiałam każdy centymetr jego ciała. Każdą bliznę i mięsień, dowody na ciężko wypracowaną siłę, waleczność i pewność siebie. Nie ukrywał tego, kim był - nie potrafiłby. A ja wcale nie chciałam, żeby kiedykolwiek to robił.

Ścianki mojej pochwy zacisnęły się boleśnie, poczułam, jak dowód mojego podniecenia rozlewa się po wewnętrznej stronie ud, kiedy zwolniłam, napawając się dotykiem jego skóry.

- Pię... - Na moment przestał liczyć, obserwując, jak pochylam się ku niemu, by pocałować go w obojczyk, a potem przesunąć usta niżej na klatkę piersiową.

- Jesteś taki piękny - wyszeptałam, po czym liznęłam jeden sutek, by po chwili złożyć pocałunek nad jego sercem. Czułam, jak waliło, gdy zastygłam na chwilę, z ustami przy jego skórze. - Calia miała rację, mówiąc, że jesteś piękny na swój przerażający sposób.

Ponownie ześlizgnęłam się w dół jego ciała, sięgając do zapięcia dżinsów stanowiących wspomnienie dawnych czasów. Wraz z otwarciem szlaków handlowych moglibyśmy wysłać naszych ludzi, by je kupili albo ukradli na ziemiach śmiertelników, w zależności od tego, czy uda nam się zdjąć zaklęcie ze złota zalegającego w skarbcu - złota, którego Dolion nie był w stanie zagarnąć. Teraz, kiedy nie ciążyła nad nami klątwa, świat stał przed nami otworem.

- Te części ciebie, które sprawiają, że jesteś taki przerażający - wymruczałam, odpinając zamek, i całowałam go coraz niżej - są niezwykle seksowne.

Znalazłam się na wysokości jego bioder, wbiłam palce w szlufki spodni i pociągnęłam je w dół. Uniósł się, pozwalając mi je zsunąć do kostek, a potem, gdy pozbyłam się jego butów, zdjąć je całkowicie.

Wspięłam się na niego z powrotem, językiem i ustami wytyczając ścieżkę w górę bioder, i rozkoszowałam się słonawym smakiem jego skóry oraz jej ciepłem.

- Twoje blizny... - Przebiegłam językiem po zakrzywionej szramie, pamiątce po jakiejś piekielnie bolesnej ranie. - Twoje tatuaże... - Zassałam skórę pokrytą czarnym tuszem, zastanawiając się, kto mu go zrobił i jak.

Nigdy nie pomyślałam, żeby go o to zapytać, i mówiąc szczerze... nie spieszyło mi się do odkrycia wszystkich jego sekretów za jednym zamachem. Pragnęłam smakować każdą nową informację, tajemnicę, poznając je, jedna po drugiej, przez nadchodzące lata. Przez całe nasze wspólne życie.

- Twoja furia...

Sięgnęłam po jego penisa i bez żadnego ostrzeżenia wzięłam go do ust. Nie było w tym żadnej subtelności ani finezji.

W odpowiedzi Nyfain nabrał gwałtownie powietrza, jego ciało się napięło, jeszcze bardziej podkreślając imponującą muskulaturę. Jęczał zmysłowo, szerzej rozsuwając wielkie, umięśnione uda.

Wycofałam się, pokrywając jego kutasa śliną, a potem przesunęłam językiem po samym czubku. Znów wzięłam go w usta i po chwili przesunęłam po nim w górę i w dół. Sunęłam językiem po całej długości, śledziłam żyłę u podstawy, a co jakiś czas skupiałam się na jądrach.

Jego głęboki oddech był niczym afrodyzjak. Poczułam, że jego palce wplatają się w moje włosy i przytrzymują mnie w żelaznym uścisku.

- Teraz jesteś na mojej łasce, mały smoku - zawarczał, ciągnąc mnie za włosy ku górze, dopóki nie dotknęłam wargami czubka penisa. - Mój smok chce przejąć kontrolę i sprawić, że zaczniesz krzyczeć z rozkoszy. - Pozwolił mi polizać koniuszek fiuta, jego spojrzenie z każdą chwilą stawało się coraz mroczniejsze. - Ale myślę, że tym razem będę samolubny.

Nieoczekiwanie poderwał się z miejsca, unosząc tyłek, i pociągnął mnie za włosy. Jego kutas wszedł głęboko, aż uderzył w tylną część mojego gardła.

- Przełknij to, księżniczko - rozkazał. Wycofał się i znowu wszedł. - Weź wszystko.

Odezwał się mój odruch wymiotny, ale okiełznałam go, robiąc dokładnie to, co kazał mi książę. Czułam podniecenie wywołane utratą kontroli. Był czas na walkę i czas na rozkoszowanie się świadomością, że mój wielki, złoty smok sięga po to, co do niego należy.

Moja smoczyca mruczała z zadowolenia, a mnie zalała niesamowita fala pożądania. Nagle poczułam, jakbym nie była w stanie ssać go wystarczająco mocno. Dostatecznie szybko. Napędzana własną żądzą, poruszałam się coraz gwałtowniej.

- Ja pierdolę, Finley...

Wkrótce nie tylko ja straciłam nad sobą kontrolę. Jego ruchy stały się nieskoordynowane. Dzikie. Trzymał mnie mocniej, ocierając się o moje usta, a ja kołysałam się wściekle, łzy spływały mi po policzkach. Przesunęłam jedną ręką po szwie jąder, masując je delikatnie, najpierw jedno, potem drugie, podczas gdy drugą dłonią gładziłam go u podstawy, mocno ściskając za każdym razem, gdy go pochłaniałam.

- Hmmm... - wymruczał z aprobatą, wplatając palce drugiej ręki w moje włosy. Bezlitośnie pieprzył moje usta szybkimi, wręcz szorstkimi ruchami. - Właśnie tak. Bierz wszystko. Chciałaś mnie posmakować. Zamierzam dać ci kurewsko dużo do spróbowania. Spójrz na mnie - rozkazał, a jego moc rozlała się po całym moim ciele.

Zakwiliłam, rozkoszując się tym niesamowitym doznaniem. Świadomością, że bijąca po jego stronie więzi przyjemność to wyłącznie moja sprawka.

Uniosłam wzrok, nadal ucztując na jego ciele, i zatrzymałam go na twardych krzywiznach, wyrzeźbionych ramionach, kaloryferze na brzuchu i potężnej piersi. Nade mną znajdowały się płonące z żądzy złociste oczy.

Oddychał coraz szybciej, poruszał się coraz mocniej, praktycznie odcinając mi dopływ powietrza. Chwycił mnie za włosy bardziej stanowczo, a mój podbródek uderzył o jego jądra, gdy szarpnął mnie w dół, kołysząc tyłkiem.

- Połknij to, księżniczko - mruknął, wybuchając wprost w moje usta.

Smak eksplodował na moim języku, słodkawy niczym słony karmel, rarytas, którego nie jadłam od lat, tylko że sto razy lepszy. Uzależniający. Kurewsko przepyszny.

Jęknęłam, masując jego jądra i ssąc go do ostatniej kropli.

Zwolnił. Dyszał ciężko i cały czas mnie obserwował, a kiedy skończyłam, rozluźnił palce zaplątane w moje włosy.

- Kurwa, Finley, to takie seksowne - wykrztusił.

- Tak, smak jest zdecydowanie inny - wymamrotałam.

Polizałam jego mięknącego kutasa, po czym złożyłam lekki pocałunek na jego biodrze i po wewnętrznej stronie uda. A wtedy moja smoczyca wyszła na powierzchnię i mocno wgryzła się w miękką skórę, utaczając mu krwi.

Wydał z siebie warkot, rozkładając uda i układając dłonie wzdłuż boków.

Kiedy walczyłam ze smoczycą o odzyskanie kontroli, ona w najlepsze przesuwała językiem po rance i po chwili przeszła na drugą stronę. Pocałowała jego udo, po czym podniosła nasze spojrzenie na Nyfaina.

Uśmiechnął się leniwie tuż przed tym, jak ugryzła go po raz drugi, znowu bezlitośnie naznaczając.

Zaśmiał się mrocznie.

- Wracaj, księżniczko. I powiedz swojej smoczycy, że jeszcze z tobą nie skończyłem, niech się nie obawia.

Niegrzeczny uśmiech, jaki pojawił się na moich ustach, był ostatnią reakcją mojej wewnętrznej bestii, zanim się wycofała, na powrót oddając mi kontrolę.

Oznacz go jeszcze bardziej. Chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że należy do nas, zwróciła się do mnie zaborczym tonem.

Musiał wyczuć to poprzez naszą więź, bo jego uśmiech przybrał na sile, a oczy mu rozbłysły. Palcami wygiętymi w szpony, uniósł mój podbródek, zmuszając mnie, bym się przysunęła. Ani trochę nie przejmował się krwią sączącą się z ugryzień.

- Najwyraźniej chciała dodać od siebie odrobinę przemocy - powiedziałam, kiedy chwycił moje kolano i zarzucił sobie moją nogę na biodro.

- To całkowicie zrozumiałe. Swoją drogą, wcześniej nie było mi dane dokończyć odliczania.

Wyrzut adrenaliny w moim organizmie musiał być odczuwalny w naszej więzi, ponieważ lekko potrząsnął głową.

- Ale to zabawa na inny czas. Niedawno znalazłem książkę w bibliotece i chciałbym co nieco z niej wypróbować. Chcę zerżnąć cię w smoczy sposób.

Poczułam łaskotanie w podbrzuszu.

- Na czym polega smoczy sposób?

Uśmiechnął się niegodziwie, ale nie odpowiedział. Zamiast tego ułożył moją drugą nogę tak, że siedziałam okrakiem na jego powoli twardniejącym kutasie, całkowicie obnażona.

- Mmm - wymruczał, ciągnąc mnie za włosy, by odchylić mi głowę do tyłu. Przesunął zębami po odsłoniętej szyi, a następnie polizał swój ślad. - Jesteś tak kurewsko mokra. - Przeciągnął zębami z powrotem na moją szczękę, zanim przeszedł na drugą stronę. - Chcę usłyszeć, jaka jesteś mokra - wychrypiał. - Sięgnij ręką w dół i zerżnij palcami swoją cipkę.

Jęknęłam, słysząc jego sprośne słowa.

Zamierzał kontynuować moją słodką udrękę.

Sięgnęłam między nasze splecione ciała, przesuwając rękę niżej, aż dosięgnęłam łechtaczki i zaczęłam ją pocierać, czując dreszcz przyjemności, gdy lekko uniosłam biodra i wsunęłam w siebie jeden, a potem drugi palec. Moje soki spływały po dłoni, pokrywając jego twardniejącego kutasa.

- Kurwa, to takie podniecające - wyszeptał, gdy w powietrzu rozległy się mokre dźwięki.

Usiadł tak, żebym oplatała go w pasie nogami, jego usta wpiły się w rozpaloną skórę na mojej szyi. Odsunął mnie odrobinę do tyłu, przytrzymując w miejscu tylko po to, żeby mieć nieograniczony dostęp do moich twardych z podniecenia sutków.

- Pieprz się dalej, Finley - zakomenderował, po czym wciągnął do ust twardy kamyczek na szczycie piersi i zaczął wirować po nim językiem. - Chcę, żebyś doszła na moim fiucie, zanim go w ciebie włożę.

Kręcąc biodrami, masowałam łechtaczkę kciukiem, pieprząc się dwoma palcami, zgodnie z jego życzeniem. Z zamkniętymi oczami rozkoszowałam się chwilą, a Nyfain oplatał mnie silnym, męskim ramieniem, utrzymując w miejscu, czym wywoływał we mnie wrażenie, jakbym nic nie ważyła.

Jego kutas był już twardy jak skała i napierał na moje pośladki.

Nyfain pochylił się, wciągnął do ust drugi sutek i przygryzł go, wywołując we mnie nagły wstrząs bólu, który natychmiast ustąpił miejsca przyjemności rozlewającej się po całym ciele.

Jęknęłam. Wszystko stawało się coraz bardziej intensywne, aż do chwili, gdy jedyne, co czułam, to rozpierająca mnie piekielna rozkosz.

- Dojdź dla mnie - rozkazał, uderzając we mnie mocą.

Krzyknęłam, czując przetaczającą się po mnie falę orgazmu, od którego zatrzęsłam się w jego ramionach.

Przyciągnął mnie do piersi i pochylając się do przodu, pochłonął moje jęki, gdy złączył nasze usta.

- Dobra dziewczynka - wyszeptał, nie przestając mnie całować.

Szybko chwycił mnie za pośladki i uniósł. Główka jego penisa ocierała się o moje wejście, a on zatrzymał się na jedną chwilę, zanim opuścił na siebie moje ciało. Wbił się w cipkę z przepyszną bezwzględnością. Ponowił ruch, bez trudu mnie unosząc, i z powrotem nabił na siebie głęboko. Czułam, jak jego gruba męskość mnie rozciąga, jak wypełnia mnie po brzegi.

Zdjął swoją wielką dłoń z mojego biodra i złapał mnie za kark, by przyciągnąć ku sobie. Drugą ręką chwycił za moje ramię.

Wokół nas kłębiła się upajająca mieszanka naszych mocy i namiętności. Nasze smoki znajdowały się tuż pod powierzchnią, chłonąc to wszystko - miłość, pożądanie, potrzebę bycia razem. To było coś, czego zawsze pragnęły, co zawsze chciały osiągnąć.

Nyfain, jakby przypomniał sobie o obecności naszych smoków, przerwał pocałunek, by musnąć ustami moją szyję w miejscu, gdzie wcześniej zostawił swój znak. Nadal trzymał mnie za kark, przytrzymując w miejscu. Opuszkami paców drugiej ręki przesunął po łuskach na moich plecach, wbijając się zębami w miękką skórę szyi.

Fala czystej, zmysłowej błogości przeszyła mnie niczym błyskawica, wyrywając mi z gardła westchnienie. Dziko szarpałam biodrami, wyginając się w łuk, podczas gdy jego ręka sunęła po moich łuskach.

- Och, bogini, to takie przyjemne - jęknęłam, kołysząc się na nim, by poczuć wewnątrz rozkoszne tarcie.

Tym razem przesunął obie dłonie na moje plecy i musnął linie łusek po każdej stronie tylko koniuszkami palców.

Wrażenie było przyjemne, bardzo subtelne, stanowiące zapowiedź tego, co miało dopiero nadejść. Obietnica. Odrobina pikanterii na urozmaicenie nudnego spotkania czy kolacji.

- Interesujące - zauważył cicho.

Przesunął palcami z powrotem w dół, tym razem dodając do tego paznokcie, a jednocześnie mocno wypchnął biodra ku górze.

Mokre dźwięki odbijających się od siebie ciał były kurewsko podniecające.

Lizał ślad na mojej szyi, a paznokciami wędrował po moich łuskach, pozbawiając mnie ostatnich strzępów kontroli.

Chyba zaczęłam krzyczeć. Narastała we mnie rozkosz, gorąca i pulsująca, sunąca przez plecy, ogarniająca całe ciało. Nie byłam w stanie się skupić, gdy czułam, jak pochłania mnie ekstaza. Kołysałam się dziko, ujeżdżając jego fiuta bez żadnej finezji czy opanowania. Nie potrafiłam kontrolować swojego ciała.

- Dokładnie tak, księżniczko - warknął, wypychając biodra, gdy się na niego nabijałam. - Dojdź dla mnie.

Wyczułam w jego głosie magię.

Całkowicie opuściłam gardę, bezbronna wobec działania jego mocy.

- Dojdź - rozkazał groźnie i nieprzerwanie gładził moje łuski.

Czasami drapał je paznokciami, czasami tylko przyciskał do nich palce, a oddechem cały czas pieścił znak na mojej szyi, raz po raz skubiąc go zębami. Wrażenie było takie, jakby drażnił językiem moją łechtaczkę, tylko sto razy lepsze. Poczułam, jak znowu pulsuje we mnie rozkosz. Narastała tak bardzo, że powoli zyskiwałam przekonanie, że nie zniosę więcej. Grzeszne, niesamowite uczucie przepełnienia. I właśnie wtedy Nyfain znowu ugryzł mój znak, a ja roztrzaskałam się na kawałeczki, krzycząc bez ładu i składu, lecąc na spotkanie rozkoszy.

Drżałam w konwulsjach, trzymając go z całych sił, a przetaczające się przeze mnie fale orgazmu trwały i trwały. Czułam, jak znajdujący się pode mną Nyfain też drży. Wciąż delikatnie gładził mnie po łuskach, całując odnowiony ślad na mojej szyi. Jego ślad.

Opuściłam głowę na jego ramię, nasze oddechy powoli się uspokajały.

Jego serce biło jak szalone tuż przy mojej klatce piersiowej. Nie przestawał mnie obejmować.

- Myślę, że to, w przeciwieństwie do sceny z jazdą konną, będziemy mogli powtórzyć - odezwał się ze śmiechem.

- To była ta scena z książki?

- Właściwie znajdował się tam opis, jak to zrobić. Rozdział dotyczył wykorzystywania łusek i znaku towarzysza podczas seksu. Podobało ci się?

- Tak. Bardzo.

Wstał, cały czas trzymając mnie w ramionach, jego penis nadal tkwił zanurzony głęboko we mnie.

- Bardzo mi się podobało - mruknęłam, czując, że moje powieki stają się ciężkie.

- Chyba będę musiał przewertować tę książkę w poszukiwaniu kolejnych wskazówek i sztuczek.

Zaśmiałam się.

- Tak, zdecydowanie.

Czułam, jak drżały mu nogi, gdy ruszył w kierunku swojej sypialni. Uniósł kołdrę, położył mnie na łóżku i wyszedł na chwilę, a mnie ogarnęło przeszywające rozczarowanie i poczucie straty, dopóki z powrotem nie wsunął się pod pościel i nie przyciągnął mnie do siebie.

Ułożyłam głowę w zagłębieniu jego ramienia, czując, że powieki mi opadają. Rozkoszowałam sie silnym uściskiem, jego ciepłem i bijącą od niego mocą. Jego kciuk muskał moje ramię.

Przez chwilę leżeliśmy w kompletnej ciszy.

- Nie chcę w to uwierzyć - wyszeptał wreszcie. - Przez cały ten czas obwiniałem się o jej śmierć. Za to, że nie było mnie wtedy tutaj, żeby ją uratować. Przez szesnaście lat żyłem ze wspomnieniami o niej, rozsadzany poczuciem winy. A ona żyła. Przez cały ten czas. - Pogładził mnie po plecach. - Nie mogę tego pojąć - wymamrotał. - W dodatku chcę...

- W dodatku chcesz ją odzyskać - dokończyłam za niego.

- Tak. Tylko że... widziałem w jej oczach poczucie winy. - Potrząsnął głową. - Nie wspominając już o sposobie, w jaki wróciła. Ukrywała się. Hadriel powiedział mi, że w wiosce, którą zamieszkiwała, nie zgadzała się na odwiedziny ludzi z Wyvern. Dopóki była w stanie, trzymała wszystko w tajemnicy. Dlaczego? I co ważniejsze: co mam zrobić, gdy okaże się, że to ona była odpowiedzialna za rzucenie klątwy? Za szaleństwo, w jakie ostatecznie popadł mój ojciec?

Położyłam dłoń na jego piersi.

- Wkrótce wszystkiego się dowiemy. Cokolwiek się wydarzy, będę stała u twojego boku. Pomogę ci.

- Jeśli ona ma zamiar ponownie zasiąść na tronie, nie będziesz w stanie mi pomóc.

ROZDZIAŁ PIĄTY

FINLEY

Kolejne trzy dni minęły jak we mgle, a w tym czasie zarządzałam królestwem i pomagałam zaprowadzić porządek po bitwie i latach demonicznej okupacji. W niektórych wsiach nadal panowały okropne warunki, bo mimo że - na moją prośbę - przywódcy wiosek starali się pomóc chorującej biedocie, nie zrobili nic, by poprawić ich warunki bytowe.

Nyfain nalegał, żebym stała u jego boku, ubrana w eleganckie stroje, z misternie ułożoną fryzurą. Chciał zyskać pewność, że ludzie zobaczą mnie nie tylko jako zwykłą Finley, ale też jako ich księżniczkę. W dodatku chciał, żebym na własne oczy zobaczyła, ile pracy nas czeka.

Pragnęliśmy, by królestwo się rozwinęło, stało silne i urodzajne. Wspólnie uznaliśmy, że aby to osiągnąć, musimy się skupić przede wszystkim na zapewnieniu dobrobytu naszym poddanym. Wszystkim, bez wyjątku. Bogactwa miały zostać rozdzielone równomiernie, sprawiedliwie.

Oczywiście, niektórym przywódcom wiosek ten pomysł nie przypadł do gustu, przez co szybko utracili swoje dotychczasowe pozycje. Nyfain nie zamierzał tolerować choćby najmniejszego przejawu niechęci skierowanego w moją stronę. Jeśli ludzie gardzili moim plebejskim pochodzeniem i z tego powodu szydzili z moich pomysłów, byli dosłownie rzucani o ściany w nagłym przypływie wściekłości Nyfaina. Nie było to zbyt... królewskie zachowanie, ale cóż. Nadal się uczyliśmy.

A mówiąc o nauce... W dalszym ciągu nie miałam zielonego pojęcia, jak powinnam się zachowywać ani co wypada mi mówić. Brałam pod uwagę wilki do spraw typowo załatwianych przez smoki, zapominałam ładnie się ubierać lub w ogóle wypadało mi z głowy ubranie się po przemianie i bez ogródek powiedziałam kilku przywódcom wiosek, gdzie mogą sobie wsadzić swoje skostniałe poglądy. Nyfain znosił to wszystko z wielką cierpliwością, subtelnie dając mi znać, kiedy popełniałam gafy. Uczył mnie oceniania sytuacji, określania, czy do osiągnięcia danego celu wystarczyłaby niewielka zmiana obranego kursu, czy też potrzeba całkowitej reformy.

Zgodnie z zapowiedzią książę rzeczywiście poczynił szereg zmian. W trakcie odwiedzin w okolicznych wioskach sięgnął po miotłę, by pomóc starszej kobiecie zamieść ganek, o czym poddani jego ojca nigdy by nie śnili, nie mówiąc już o samym królu. Innym razem użyczył swojej siły komuś, kto próbował wznieść stragan na lokalnym targu. Przez tak długi czas był z dala od tych ludzi, uparcie próbując złamać klątwę i walcząc z demonami, że teraz cieszył się ich towarzystwem, nadrabiając stracony czas. Wyglądało na to, że pragnął mieć większy udział w życiu swoich poddanych.

Z kolei dzisiaj czekały go przymiarki książęcych strojów, szat czy cokolwiek to było. Potrzebował tego, a dzięki temu ja zyskałam nieco wytchnienia.

Oczywiście nie zamierzałam odpoczywać.

W towarzystwie Hannona przecięłam suchy trawnik na tyłach zamku, niosąc pod pachą dwie książki. Za nami szedł Govam i Denski, eskortowani przez Tamarę i dwa wilki Westona. Mając demony i kilka książek o demonicznej magii poleconych mi przez Hannona, które mój brat wcześniej sam studiował, zamierzając poznać ich rodzaj, planowałam wymyślić sposób na wyleczenie Nyfaina.

Nadal się nie przemienił. Nie wspominał o tym, ale wiedziałam, że to dlatego, że bał się sprawdzić, w jakim stanie były jego skrzydła. Nie popędzałam go, za to popędzałam samą siebie. Byłam zdeterminowana, by odkryć lekarstwo na trawiącą go magię. Przecież musiało istnieć jakieś remedium.

Poza tym nie odezwał się ani słowem do swojej matki. Odnosiłam wrażenie, że celowo to odwleka z obawy przed tym, co może od niej usłyszeć. Również w tej kwestii nie zamierzałam go poganiać.

- Książę poprosił mnie o opinię dotyczącą tego, kto powinien zasiąść w kręgu doradców z każdej wioski - zwrócił się do mnie Hannon, gdy zbliżaliśmy się do szopy stojącej niedaleko pola wiecznia dziewiczego. - Po pierwsze, uważam, że nakłada na mnie zbyt dużą odpowiedzialność, a po drugie, jestem za młody do tego zadania. Zbyt niedoświadczony w kwestiach takich jak rządzenie królestwem czy chociażby pojedynczą wioską.

- Wszyscy, którzy pozostali przy życiu, nie mają doświadczenia w tych sprawach - odezwała się Tamara. - Z wyjątkiem jednej osoby...

Zamilkliśmy na moment, wiedząc, że miała na myśli królową.

- Jesteś spokojny i niezłomny - odpowiedział Hannonowi Govam. - Zrównoważony i odważny. Obserwujesz i analizujesz, nie rzucając się od razu do działania. To cechy dobrego doradcy. Myślę, że twojej siostrze przyda się twoja pomoc.

- Poczułabym się dotknięta, Govam, gdybyś tylko nie miał racji. - Parsknęłam śmiechem, po czym zwróciłam się do brata: - Zawsze potrzebowałam twoich rad.

- Co więcej, twoje wychowanie sprawiło, że jesteś niezwykle dojrzały, jak na swój wiek, Hannon. - Tamara znowu zabrała głos. - To samo wychowanie zahartowało Finley. Myślę, że oboje poradzicie sobie znakomicie. Na pewno o wiele lepiej niż te żartownisie z wiosek. Banda kretynów. Większość tych tak zwanych liderów w ogóle nie nadaje się do obejmowania przywództwa. Dostali je z przypadku.

- Ta banda kretynów to jedyne, co pozostało po szesnastu latach okrutnych rządów demonów - upomniałam ją cicho. - Chociaż wcale się nie mylisz.

Zatrzymałam się przed szopą, czując, jak z nerwów wali mi serce i ściska w żołądku.

Ami i Claudile - a raczej królowa i jej dwórka, której prawdziwego imienia nie pamiętałam - znajdowały się w środku. Jedna ucierała zasuszone kwiaty wiecznia dziewiczego, a druga zerkała na cedrową tacę, tę samą, którą przyniosłam z domu.

Na nasz widok uniosły głowy, natychmiast sztywniejąc. Przez twarz Claudile przemknęła irytacja, natomiast z twarzy królowej nie dało się nic wyczytać.

- Finley - zwróciła się do mnie, odkładając naczynia, po czym wytarła ręce.

- Ami - odpowiedziałam, starając się rozluźnić zesztywniałe mięśnie, a następnie weszłam do środka.

- To Królowa Arleth - warknęła Claudile.

- Używałam imienia "Ami", ponieważ mieszkańcy wiosek zdawali się nie pamiętać imienia Arleth - wyjaśniła cierpliwie Ami/Arleth. - Zapewne zostało to spowodowane klątwą. Dzięki temu wraz z jej zniknięciem nie są zdezorientowani.

Już miałam powiedzieć, że to cudownie, że klątwa nie odcisnęła na niej żadnego piętna poza zatrzymaniem procesu starzenia, ale ugryzłam się w język. Nie chciałam wzbudzać w niej wrogości ani pogłębiać przepaści, którą później Nyfain musiałby zasypywać.

- A ty jesteś...? - zapytałam Claudile.

- Delaney - odparła sztywno.

- Fantastycznie. - Nic nie mogłam poradzić na swój suchy ton. - Co robicie, Arleth i Delaney?

- To królowa Arleth, dziewczyno - warknęła Delaney.

Arleth uniosła rękę, powstrzymując swoją dwórkę i nie spuszczając ze mnie wzroku.

- Wszystko w porządku, Dee. Szczerze wątpię, żeby Finley uszanowała moją pozycję i wynikający z niej tytuł. Nieprawdaż, Finley? Nigdy nie nazywałaś mojego syna księciem Nyfainem, prawda? Ani nie tytułowałaś króla demonów.

Prawda. Sporo o mnie wiedziała. W końcu podzieliłam się z nią moją historią, mając ją za koleżankę po fachu. Poznała historię kobiety, która nosiła znamię jej syna.

Czy zamierzała użyć tych informacji, żeby mnie upokorzyć?

Może próbować, warknęła w myślach moja smoczyca.

- Zgadza się - odpowiedziałam, podchodząc do dużego roboczego stołu znajdującego się w rogu szopy. - Z pewnością pamiętasz, że wychowałam się wśród pospólstwa, w pogrążonym w ruinie królestwie. Kwestie dworskiej etykiety nie były wówczas istotne. Bardziej zależało mi na utrzymaniu przy życiu rodziny i sąsiadów.

Nie wspominając o tym, że nigdy nie przypuszczałam, że będę miała do czynienia z członkami rodziny królewskiej.

Ułożyłam książki na stole, nagle zdając sobie sprawę, że nikt inny poza mną, nawet Hannon, nie wszedł do środka.

Westchnęłam, ogarnięta nagłą irytacją.

- Posłuchaj - zaczęłam, a potrzeba wzięcia się do pracy przeważyła nad tą niezręczną sytuacją, w jakiej się znajdowałyśmy. - Wiem, że kiedyś tu pracowałaś i być może uważasz, że to miejsce nadal należy do ciebie. Nie obchodzi mnie to. Jednak zakładam, że nadal kochasz swojego syna, a to jemu próbuję pomóc. Więc dlaczego miałybyśmy po prostu nie wchodzić sobie w drogę, dopóki nie dogadasz się z Nyfainem? Ty możesz pracować tam, ja tutaj. Nie musimy sobie przeszkadzać.

Ułożyłam książki, jedną obok drugiej, otworzyłam jedną z nich, po czym zaczęłam wertować rozdział poświęcony magii tłumiącej.

- Jak zamierzasz pomóc mojemu synowi? - odezwała się po chwili ciszy Arleth.

- Nie jestem jeszcze pewna. Dlatego tutaj jestem. - Powoli wypuściłam powietrze z płuc.

- Pewnie powinnam była spytać wcześniej. Co mu jest? Chodzi o jego blizny?

Rzuciłam okiem w jej stronę i dostrzegłam troskę wymalowaną na jej twarzy. Matczyną troskę.

Wyjaśniłam jej pokrótce, co powiedziała Calia, a w tym samym czasie wciągnęłam do środka Govama i Denskiego i posadziłam ich na krzesłach stojących przy stole, który miałam przejąć.

- Dobra - powiedziałam do Govama, kiedy już skończyłam opowiadać; nie zamierzałam zawracać sobie głowy zastanawianiem się, jak Arleth przyjęła wszystkie rewelacje. - Wyjaśnij mi magię Doliona. Kiedy jest najsilniejszy, na czym polega jego magia i czy znasz jakiekolwiek lekarstwa będące w stanie uleczyć jej wpływ...

- Myślałam, że masz lekarstwo na ich demoniczną magię - wtrąciła się Delaney, krzyżując ramiona na piersiach.

- Stłumiony wieczeń dziewiczy dobrze radzi sobie z chorobą wywołaną przez magię demonów, owszem, ale to nie to trawi Nyfaina. Magia, która się w nim zagnieździła, blokuje jego własną, ale nie jest to trucizna. Nie chcę dać mu stłumionego wiecznia dziewiczego. To zbyt niebezpieczne. A jego życie jest ważniejsze od skrzydeł.

- Naprawdę tak uważasz? - zapytała spokojnie Arleth, jej twarz wydała mi się kamienną maską.

- Smoki przywiązują ogromną wagę do umiejętności walki w powietrzu - wyjaśniła szorstko Delaney. - Król nie byłby w stanie poprowadzić swojej armii bez sprawnych skrzydeł. Znałam smoki, które wolały śmierć od życia bez skrzydeł.

- W takim razie smoki muszą popracować nad priorytetami. A teraz błagam, zamilcz. - Machnęłam ręką w jej kierunku. - Daj mi pracować.

Na szczęście kobiety wróciły do swoich zajęć, tworząc balsamy i maści.

Wysłuchałam uważnie wyjaśnień Govama i sprawdziłam książki, zastanawiając się nad różnymi eliksirami i miksturami, które robiłam, by zapobiec działaniu magii demonów. Minuty przeciągały się w godziny. Słońce zaczęło chylić się ku horyzontowi. Moi strażnicy prawdopodobnie zostali zastąpieni przez innych, chociaż nikt mnie o tym nie uprzedził.

Przez cały ten czas Govam i Denski siedzieli na swoich krzesłach, odpowiadając na pytania, na które w międzyczasie wpadałam, i milcząc, kiedy nie pytałam o nic. Nikt mnie nie popędzał, kiedy godzinami opierałam się o stół, wpatrując się w gasnące światło dnia i myśląc. Zastanawiałam się, od czego zacząć. Jak zacząć.

W końcu, kiedy mój pomysł zaczął nabierać kształtów, wyprostowałam się i sięgnęłam po cedrową tacę.

- Proszę. - Odwróciwszy się od garnka, w którym coś gotowała, Delaney chwyciła jedną z sosnowych tac.

- Nie, dziękuję. Potrzebuję do tego naprawdę mocnego wiecznia dziewiczego. Hannon! - zawołałam.

W drzwiach pojawiła się głowa Vemara.

- Poszedł już jakiś czas temu. Powiedział, że nie był potrzebny.

- Czy ktoś może sprawdzić, czy Nyfain ma czas, żeby mi pomóc? Potrzebuję, żeby zaśpiewał roślinom. I może ściągnijcie też moją siostrę. Ich głosy dobrze ze sobą współgrają. Jest w pokoju na drugim piętrze zamku...

- Tak, tak. Ogniste maleństwo, no nie? - Wyciągnął rękę, pokazując mniej więcej wzrost mojej siostry. - Dokładnie takiego wzrostu i nie pierdoli się w tańcu? Przyprowadzę ją. Dasz sobie radę? - zapytał, wskazując na demony.

- Tak, wszystko w porządku. Ale możesz ich odprowadzić, jeśli chcesz. Na ten moment mam wszystko, czego potrzebuję. Nadszedł czas na eksperymentowanie.

- Zostaniemy, jeśli nie masz nic przeciwko - powiedział Govam.

- Patrzenie, jak pracujecie, jest bardzo relaksujące - dodał Denski.

Wzruszyłam ramionami, chwytając cedrową tacę.

- Proszę bardzo. Idę teraz na pole, by zebrać rośliny. Spróbujcie uciec, a jestem przekonana, że stado smoków chętnie na was zapoluje.

- Zbędna informacja - mruknął pod nosem Govam.

- Jeśli chcesz mieć silniejsze liście, potrzebujesz sosnowych tac - odezwała się Arleth, odkładając na bok zioła, które przed chwilą ściągnęła z suszarek stojących w kącie szopy.

Były tam, odkąd ostatni raz korzystałam z tego miejsca. Może nie znajdowały się w najlepszym stanie, ale nadal dało się na nich pracować.

Odwróciłam się na tyle, by móc spojrzeć zarówno na nią, jak i na Delaney, która właśnie zdejmowała miksturę z ognia. Wyglądały, jakby szykowały się do wyjścia.

- To powszechne błędne przekonanie - odparłam. - Kiedyś przeprowadziłam podobną dyskusję z Nyfainem. W dużym skrócie: cedr działa lepiej. Spróbuj i sama się przekonaj.

Ruszyłam w kierunku wyjścia.

Kilka wilków wylegiwało się w swoich futrzastych formach, kręcąc nosami od unoszących się wokół zapachów. Na mój widok uniosły łby, a potem wstały, czekając na wyjście demonów. Zignorowałam je, zerkając w stronę zamku.

Vemar znajdował się już poza zasięgiem wzroku, nad jego głową szybowała gromada smoków - dwa duże, w tym Lucille, z pięcioma mniejszymi, unoszącymi się z trudem w powietrzu. Ich skrzydła przechylały się i wykrzywiały, a one od czasu do czasu chaotycznie nimi machały. To nowe smoki uczyły się latać.

Moje serce zabiło szybciej z powodu nagłej potrzeby przemienienia się i dołączenia do nich. Przez ostatnie kilka dni nie latałam i czułam zapał swojej smoczycy. Jej pragnienie szlifowania naszych umiejętności, abyśmy mogły walczyć z Dolionem z nieba.

Jeszcze nie teraz, pomyślałam.

Pod moimi stopami chrzęściły kamyczki na ścieżce prowadzącej na pole wiecznia dziewiczego.

Zajmiemy się tym, obiecuję. Ale najpierw musimy wymyślić, jak wzbić się w powietrze razem z naszym partnerem.

Czy ja coś mówię?

Najwyraźniej poczuła się lekko zirytowana.

Za moimi plecami podążały Arleth i Delaney, żadna z nich nie niosła tacy.

Zdezorientowana, zatrzymałam się i lekko odwróciłam w ich stronę.

- Twoje rośliny są bezpieczne. Nie musisz mnie pilnować - zwróciłam się do starszej z kobiet.

Wyminęły mnie, idąc dalej i torując sobie drogę na pole. Ułożyłam tacę na jednym ze stołków do piłowania drewna, ustawionych tuż za płotem. Najprawdopodobniej któraś z nich go tu postawiła.

- Chcesz zbierać plony, prawda? - zapytała Arleth. Przesunęła palcami po roślinach, cicho do nich nucąc. - Pomożemy ci, śpiewając. Rośliny lubią, gdy wiele osób poświęca im uwagę i obdarza je miłością. Z naszą pomocą uzyskasz najsilniej działające liście.

Na mojej twarzy musiał odmalować się wyraz kompletnego szoku, ponieważ Delaney odezwała się, wyjaśniając:

- Nie musimy się ani lubić, ani nawet dogadywać, ale nie można ci odmówić, że kiedy pracujesz przy wieczniu dziewiczym, robisz to z szacunkiem.

To było coś, co sama mogłam powiedzieć o nich. Dlatego też weszłam z nimi w głąb pola i zaczęłam muskać rośliny, tak jak one. Błądziłam myślami, czując podmuch chłodniejszego powietrza - zapowiedź nadciągającego wieczoru. Obserwowałam szybujące po niebie smoki stanowiące kalejdoskop barw - różu i pomarańczu, z plamkami ciemnego fioletu. Następnie skierowałam wzrok na rośliny, zastanawiając się nad czekającym mnie problemem.

Najpierw wyleczę Nyfaina, złagodzę ból i go rozluźnię, a następnie wyszarpnę gnieżdżącą się w nim demoniczną magię.

Uznałam, że najlepiej będzie, jeśli podam mu lekarstwo stopniowo. Na początku łagodniejszy rodzaj eliksiru, który koi zmęczone mięśnie i pozostałą tkankę bliznowatą. Potem dodam coraz agresywniejsze specyfiki, aż wyrwę obcą magię z korzeniami. Oczywiście na razie to wszystko stanowiło moje domysły. Może dałoby radę zrobić to przy pomocy jednej mikstury. Byłoby idealnie. Niezależnie od tego, w głębi duszy wiedziałam, że zanim ruszymy na króla demonów, muszę uzdrowić swojego towarzysza. Nie wiem skąd, ale miałam pewność, że Dolion byłby zdolny wykorzystać tę magię, żeby powstrzymać Nyfaina.

Po moim ciele rozlała się rozkosz, wprawiając moje podbrzusze w przyjemne drżenie. Po chwili przez naszą więź przetoczył się szok i tęsknota.

Uniosłam wzrok, widząc zmierzających w naszą stronę Nyfaina i Sable, która na wpół szła, na wpół za nim biegła. Vemar wraz z kilkoma innymi smokami podążali ich śladem, oczy wszystkich były skierowane na nas.

Wyprostowałam się, odsuwając palce od roślin, i zaczęłam się zastanawiać, czy mogłam bardziej spierać się z Delaney i zmusić je do odejścia. Być może przekroczyłam jakąś granicę, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Nyfain torował sobie drogę przez pole. Jego spojrzenie przesunęło się po wszystkich obecnych, aż w końcu zatrzymało się na mnie.

- Cześć, kochanie - powiedział miękko, pochylając się nad roślinami, żeby mnie pocałować. - Słyszałem, że potrzebujesz pomocy w śpiewaniu roślinom.

Szarpnęła mną głęboka potrzeba dotknięcia go, pozostania jak najbliżej i owinięcia się wokół niego.

Uśmiechnął się leniwie, łapiąc mnie za rękę.

- To przez naznaczenie - wyszeptał, patrząc mi w oczy. Najwyraźniej można było odczytać z mojej mimiki i mowy ciała targające mną uczucia. - Słyszałem, że z czasem to uczucie zblednie, chociaż podejrzewam, że w naszym przypadku nie zniknie całkowicie.

- Nie mam nic przeciwko temu - zapewniłam, kładąc wolną rękę na jego piersi, a następnie przesunęłam ją w górę, aż do karku, po czym przyciągnęłam jego głowę na tyle blisko, by móc sięgnąć do jego ust. - I tak, potrzebuję pomocy... Chcę... - Odsunęłam się i odwróciłam do niego plecami, zmuszając się do jasnego myślenia. - Chcę czegoś melancholijnego. - Spojrzałam na niego przez ramię, upewniając się że rozumie, że mam na myśli jego magię syflory i że zdaję sobie sprawę, jak dziwna jest to prośba. - Potrzebuję, żeby to było... ponure. Pomyśl o cieniach i bólu, i wilgotnych, ciemnych miejscach. Żebyś... - Rozważałam, czy nie puścić jego ręki, jednak myśl o utracie fizycznego kontaktu okazała się nie do zniesienia, dlatego zamiast tego pociągnęłam go za sobą. Zatrzymałam się przy zwiędłej roślinie, jeszcze nie stłamszonej, ale ledwo trzymającej się życia. - Chciałabym, żebyś zaśpiewał do szczególnie chorych. Tych, które walczą.

Pomiędzy jego brwiami pojawiła się zmarszczka, ale skinął głową, nie zadając mi żadnych pytań.

Wzruszyłam ramionami.

- Może to zły trop, ale... - Pokręciłam głową.

Czułam, że to to. Od zawsze używaliśmy najzdrowszych, najbardziej żywych liści, wychodząc z założenia, że są najsilniejsze. Nic dziwnego, że tak właśnie myśleliśmy. Chociaż z drugiej strony to przecież stłamszony wieczeń dziewiczy był najmocniejszy. Może rośliny znajdujące się pomiędzy tymi dwoma ekstremami zapewniłyby większą dawkę mocy, bez ryzyka stworzenia trucizny?

A co do śpiewania melancholijnych, smutnych melodii... Cóż, czasami moje emocje i przeczucia nie miały sensu.

Splótł swoje palce z moimi i zaczął śpiewać, spacerując po polu i zatrzymując się tam, gdzie znajdował więdnące rośliny.

Sable dołączyła do niego bez słowa, wędrując razem z nami, ich głosy przepięknie ze sobą harmonizowały. Prosta melodia została przez nich ulepszona, tworząc tak złożoną i bogatą pieśń, że poczułam, że łzy napływają mi do oczu.

Kiedy skończyliśmy, długie cienie spowiły pole. Na obrzeżach, siedząc lub stojąc, zebrała się grupa ludzi wpatrujących się w nas z wymalowanymi na twarzach rozmarzeniem i czułością.

- Masz niezły dar, dziewczyno - zwróciła się do Sable Delaney, poklepując ją po ramieniu, kiedy przechodziła obok mojej siostry. - Niezły dar.

- To twoja siostra? - zapytała Arleth stojąca w innym rzędzie roślin, mniej więcej półtora metra dalej.

Jej spojrzenie nieustannie przesuwało się po Nyfainie, jego twarzy i bliznach widocznych na jego ciele.

Książę wpatrywał się w las, czekając na mnie. Przez cały ten czas nie puszczał mojej ręki. Czułam przez więź promieniujący od niego ból i niepokój, którego nie można było dopatrzyć się na jego twarzy. Utrzymywał opanowaną pozę, nie chcąc zdradzić w obecności swoich ludzi, jakie emocje nim targają.

- Tak. Co prawda nie dysponuje takimi umiejętnościami do pobudzania roślin do rozwoju jak Nyfain, ale ma przepiękny głos.

- Tak, cóż... - Arleth obrała drogę na skraj pola, zanim się zatrzymała.

Obecni mieszkańcy Wyvern ukłonili się jej, jeden za drugim.

Lekko pochyliła głowę, a oni rozstąpili się na boki, dając jej przejść. Wyglądało na to, że zapomnieli, że nosiła tytuł byłej królowej, a nie obecnej.

- Czy musisz zrobić coś jeszcze? - Nyfain spojrzał na pustą tacę. - Chcesz teraz zebrać plony?

Potrząsnęłam głową, dostrzegając Sable w towarzystwie Hannona i Dasha, na których siostra musiała się natknąć w tłumie gapiów. Byłam tak pochłonięta muzyką, że nawet nie zauważyłam, kiedy podeszli bliżej.

- Miałam taki zamiar, ale chcę zobaczyć, jak rośliny zareagują na twój śpiew. Mogę je zebrać jutro albo za kilka dni, to zależy.

Wyciągnął się, a po chwili zgarnął mnie w ramiona, mocno przyciskając do piersi, i opuściliśmy razem pole.

- Zastanawiałem się nad ustaleniem oficjalnej daty naszej koronacji - odezwał się, a ja poczułam, jak po moim ciele rozchodzi się fala nerwowych dreszczy. - Zanim to jednak zrobimy, jest kilka rzeczy, którymi musimy się zająć w pierwszej kolejności.

- Jakich? - Mój głos zadrżał.

Towarzyszyły nam chwiejne ukłony. Ludzie byli wyraźnie odzwyczajeni od dworskiej etykiety po szesnastu latach luźnego protokołu. Szybko jednak usunęli się z drogi, rozpierzchając się na boki, by ustąpić Nyfainowi, który w dalszym ciągu trzymał mnie w ramionach, niosąc przez tłum.

- Nie wiem, czy wiesz, ale naprawę mogę iść sama - wymamrotałam, kładąc mu ręce na ramionach. Pocałowałam go w szyję, po czym przesunęłam ustami po szczęce aż do ucha i lekko je przygryzłam.

- Dlaczego miałbym pozwolić ci chodzić, skoro taki sposób jest o wiele przyjemniejszy? - zapytał i owinął ramiona wokół mnie jeszcze mocniej.

Najwyraźniej potrzebował mojej bliskości równie mocno, jak ja jego.

- Pierwsza kwestia dotyczy Westona.

Poczułam mrowienie na skórze.

- Muszę porozmawiać z Hadrielem, zanim powiesz Westonowi, że nie jest ci już potrzebny. Chcę sprawdzić, jak bardzo jest przywiązany do swojego alfy.

- Tak, to z pewnością jest część problemu, przywiązanie wilków do alfy. W przeszłości spotykałem bardzo potężne alfy wilków, ale żaden z nich nie miał aż takiego wpływu jak Weston. Jego moc przypomina syreni śpiew. Rozmawiałem dzisiaj z kilkoma wilkami, a one powiedziały mi, że Weston daje im poczucie jedności stada, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyli. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że nasze królestwo nie opiekowało się innymi zmiennokształtnymi.

- A Weston sprawia, że czują się częścią czegoś większego.

- Dokładnie. Żeby coś takiego osiągnąć, potrzeba czegoś więcej niż tylko magii i mocy. Potrzebny jest określony typ przywódcy. Alfy z urodzenia.

- Jaka jest różnica pomiędzy zwykłym alfą a alfą z urodzenia?

- Zwykłe alfy osiągają swoje pozycje dzięki własnej sile i waleczności. Jeśli nie należą do rodziny królewskiej, muszą walczyć o upragnione miejsce. Uczą się, jak stać się przywódcami. Najlepsi z nich pomagają rozwijać się sforom i miastom. Micah jest dobrym przykładem zwykłego alfy. Natomiast alfa z urodzenia to ktoś, kto... po prostu ma w sobie to coś. Oni nie muszą domagać się lojalności, inspirują swoich ludzi. Jestem przekonany, że Weston jest alfą z urodzenia, mającym nie tylko mnóstwo mocy i hartu, ale też talent rozbudzania w ludziach poczucia jedności i stabilizacji, wartości, których wyraźnie pożądają wilki.

- Myślę, że wszyscy tego pragniemy.

- Być może, jednak smoki nie są ze sobą tak połączone jak wilki. To dziwne, ale...

- Co jest dziwne? - zapytałam, gładząc kciukiem ciemny, miejscami rudawy zarost pokrywający jego szczękę.

- Król wilków zazwyczaj porywa alfy takiego kalibru. W dodatku jestem zaskoczony, że Weston miał przeciętną sforę. Dużą, o wiele liczniejszą od większości sfor, jednak jej leże ulokowane jest na obrzeżach, z dala od królewskiego dworu. Wilk o jego statusie zwykle dążyłby do awansu, wspięcia się wyżej w hierarchii.

- Bycie bliżej monarchów nie dla wszystkich jest głównym celem w życiu.

- Chcesz powiedzieć, że nie taki był twój zamiar? - zapytał mrocznie, jednak w jego tonie pobrzmiewało ciepło, które rozgrzało moją krew.

- Nie zamierzałam się na królewskie tytuły, tylko na pewnego smoka. I sam zobacz, marzenia się spełniają.

- Marzenia albo koszmary. Myślę, że wszystko zależy od perspektywy.

- Oczywiście - skwitowałam, a potem pocałowałam go w kącik ust. - A jakim rodzajem alfy ty jesteś?

- Trzecim. Takim, który dziedziczy władzę i zastanawia się, czy ta funkcja nie powinna była trafić do rąk kogoś, kto bardziej by na to zasługiwał.

- Czyli ponuracki z nutą niepewności?

Roześmiał się, zwalniając, by móc uraczyć mnie głębokim pocałunkiem.

- Tak, dokładnie ten typ.

- A co w przypadku zmiennokształtnych kotów, niedźwiedzi albo...

Pokręcił głową.

- Nadal próbuję rozeznać się w sytuacji, ale na tę chwilę wiem, że to nasza słabość. Nie możemy sprawować rządów wyłącznie na podstawie smoczych zasad w królestwie, w którym mamy mnóstwo innych zmiennokształtnych - dokańcza poprzednią myśl.

- No raczej. Całkiem to logiczne, no nie? Wydaje mi się, że już kiedyś o tym wspominałam, raz czy dwa.

- Dla ciebie to coś logicznego, masz świeże spojrzenie. Ale dla nas... - Powolnym krokiem mijał korytarze, po drodze zaglądając przez otwarte drzwi, by przesunąć spojrzeniem po sufitach i podłogach. Kilka razy jego wzrok zatrzymał się na widok drobinki brokatu czy smugi brudu. - Znamy tylko jeden sposób sprawowania władzy. To smocze królestwo, więc oczywistym jest, że rządzą nim smoki. W królestwie wilków to wilki panują. Każdy, kto ma władzę, tak jak Weston, zazwyczaj poszukuje władcy, który należy do tego samego gatunku zmiennokształtnych. Dzięki temu zyskuje się większe szanse na awans, na wejście na dwór. Natomiast ci, którzy niczym się nie wyróżniają albo nie mają mocy... zlewają się z tłem.

- Chcesz raczej powiedzieć, że zostają zamieceni pod dywan i pozostawieni w zapomnieniu?

Jego westchnienie zmierzwiło moje włosy.

Nie odpowiedział. Nie musiał. Oboje wiedzieliśmy, że właśnie tak było z moją wioską, zapomnianą, pozostawioną samą sobie.

- Tylko że smoki z Królestwa Płomieni nie szukały smoczego królestwa - dodałam.

- Tak. Zanim nadeszła klątwa, słyszałem wiele powodów, dlaczego tak się stało, ale wątpię, by którykolwiek z nich był prawdziwy. Moja matka, jedyna osoba, która znała inne smoki, nigdy mi o nich nie opowiadała. Wydaje mi się, że to dlatego, że mój ojciec lub to królestwo było za to częściowo odpowiedzialne.

- A jednak nikt nie obalił rządów szalonego króla.

- Królestwo za jego panowania opływało w dostatek, ponadto mój ojciec dysponował silną armią. Inne królestwa nie chciałyby z pewnością naruszyć panującego między nimi milczącego porozumienia. Z kolei ludzie... cóż... Co oni mogli począć? Miałem nadzieję, że to ja coś zmienię, ale... moje życie potoczyło się w przedziwnym kierunku.

- A jednak trafiłeś na właściwe miejsce. Nadal masz szansę coś zmienić.

Nadal idąc, ścisnął mnie mocniej.

- Byłam w kilku wioskach w Królestwie Płomieni, małych i spokojnych. Z tego, co widziałam, rządzą w nich starszyzny i nie panuje tam bieda jak w wielu tutejszych osadach. Nie ma tam odgórnie nałożonego systemu klas ani napuszonego dworu z ich wzniosłymi ideałami.

Nadal byłam zirytowana zmianą w zachowaniu Xaviera, które w ostatnich dniach stawało się coraz śmielsze. Stanowiło to niejako odzwierciedlenie postaw pozostałych smoków pochodzących z Wyvern. W tym królestwie smoki od zawsze stawiano na piedestale, a one doskonale zdawały sobie z tego sprawę.

- Zasadniczo smocze wioski i ich starszyzny są ignorowane przez królestwo - kontynuowałam. - Do tego dochodzą jeszcze smoki z innych królestw. Dla kilku więźniów w lochach stanowiło to duże zaskoczenie.

- Tak, w lochach - warknął, napotykając lokaja Uriena pod drzwiami do swojego pokoju. Do naszego pokoju, od teraz. - Jednym z zadań na mojej liście do zrobienia jest wysłuchanie historii twojej i innych smoków o tym, co działo się w królestwie demonów. Ale jeszcze nie teraz. Jestem przekonany, że z chwilą, gdy to wszystko usłyszę, ogarnie mnie wściekłość, a nie mogę się aż tak rozpraszać. Nie, kiedy nie będę mógł od razu zacząć działać.

- Panie, milady. - Urien posłał nam sztywny ukłon.

- Finley musi zobaczyć się z krawcem - zwrócił się do niego Nyfain. - Odszukaj jej pokojówkę i Hadriela i powiedz im, że jest gotowa. Będą jej towarzyszyć. Powiedziałem Leali, czego Finley może potrzebować. Cecil powinien wiedzieć, o co chodzi. Był ulubieńcem mojej matki, zanim... - Urwał i zacisnął zęby.

Widziałam, że na końcu języka miał "zanim umarła". Tyle że w świetle aktualnych zdarzeń ten zwrot nie miał już zastosowania. W rzeczywistości nigdy nie miał.

- Jak sobie życzysz, najjaśniejszy panie. - Urien ponownie się ukłonił, po czym wycofał się, zamykając za sobą drzwi.

Nyfain rozluźnił ramiona, pozwalając mi zsunąć się w dół jego ciała, i obserwował mnie zmrużonymi oczami. Przysunął się bliżej, otulając mnie swoim ciepłem i zapachem.

- Pracowałaś dzisiaj z moją matką - wymamrotał głębokim, upajającym barytonem.

- Pomagała mi przy wieczniu dziewiczym. Wydaje mi się, że ani ona, ani jej przyjaciele, szczególnie Delaney, nie za bardzo za mną przepadają, ale szanują rośliny i bardzo dobrze ze sobą współpracują. Więc pomyślałam... że przyjmę ich pomoc. A potem, kiedy do nas dołączyłeś... - Urwałam, kiedy musnął palcem bok mojej szyi, a następnie pochylił się, by przesunąć gorącymi ustami po mojej skórze w ślad za delikatnymi muśnięciami opuszki.

Zatrzymał się przy obojczykach i skubał je, podczas gdy jego ręka nadal sunęła po moim ciele; najpierw drażniła twardniejący sutek, a potem powędrowała po mojej talii. Mocno docisnął dłoń do mojego podbrzusza, nieubłaganie zmierzając w dół ciała. Jego palce przesunęły się po łechtaczce, nadal okrytej spodniami tłumiącymi doznania. Mimo to kontynuował, drażniąc mnie, aż objął moje łono całą dłonią.

Głośno wciągnęłam powietrze, czując, jak moje ciało rozpływa się pod jego dotykiem, domaga się jego uwagi.

- Musimy się z nią spotkać - wymruczał z ustami tuż przy mojej skórze. - Kazałem przygotować oficjalną jadalnię i wypolerować najlepszą zastawę. Muszę się dowiedzieć, czy stanowi zagrożenie. Czy przyłożyła rękę do rzucenia klątwy. - Przyciągnął mnie bliżej, wdychając mój zapach.

Czułam przez więź bijące od niego cierpienie.

- Nie chcę przez to przechodzić - przyznał. - Obawiam się tego, co mogę usłyszeć, a jednocześnie... Bycie z wami na polu wiecznia dziewiczego, śpiewanie z Sable... To było niczym sen. Przypomniało mi to, jak jako chłopiec zajmowałem się roślinami z mamą i jej damami dworu, ale tym razem było o wiele lepiej i mieliśmy mniej rąk do pomocy. Właśnie tego dla nas chcę. Dla nas wszystkich. Chcę ją z powrotem.

Przesunęłam palcami po jego szerokich plecach i oplotłam ramiona wokół jego szyi.

- Wiem. Jeśli tak mocno pragniesz jej powrotu, to może... cóż... Jeśli przyzna się do najgorszego, będziesz musiał jej wybaczyć.

- Są rzeczy, których nie da się wybaczyć.