1 Lepszy świat
Głupi Kundel
Od kiedy sięgam pamięcią, las nigdy nie był tak tajemniczy i pełen grozy. Chłodne powietrze przeciął przeraźliwy skowyt. Być może lis wzywał swoich pobratymców, a może jakiś upiorny twór z powykręcanymi kończynami sygnalizował niepokojąco ludzkim głosem, że zwęszył w końcu nasz trop. Okara kroczył przede mną, depcząc doktorowi Sho po piętach, a sierść na jego grzbiecie jeżyła się tym samym przerażeniem, które i mnie zdawało się oblepiać. Z czasem, gdy świt przeradzał się stopniowo w poranek, strach ustępował, odległe krzyki bestii zaś przestały ściskać mi gardło. Cienie na powrót stały się tylko cieniami, nie były już postrzępionymi skrawkami struktury świata.
Doktor Sho odłożył swój kufer na ziemię i opadł na zwaloną kłodę.
- Powinniśmy być tu bezpieczni - oznajmił, masując łydki. - Struktura jeszcze się tu nie przetarła.
Zsunąłem się na wystające z ziemi korzenie drzewa. Moje kończyny były ociężałe po ucieczce ze Wschodniej Fortecy i pospiesznej regeneracji po walce z tymi... tworami... w lesie. Doktor Sho zwał je nieutkanymi. Twierdził, że przyciąga je magia, tak jak szamocząca się w pajęczynie mucha przyciąga do siebie pająki.
Okara obwąchiwał obrzeża naszego prowizorycznego obozu, przestrzeni niewiele większej niż wycinek między dwoma sękatymi drzewami.
W końcu opadł zadowolony tuż obok, opierając na moim kolanie pysk pokryty bliznami. Szukałem w nim przebłysku światła, jakiegokolwiek znaku, że wilczy bóg wciąż był z nami, że wciąż zamieszkiwał ciało psa noszącego jego imię. Jakiejkolwiek oznaki, że nadal był naszym sprzymierzeńcem.
Cesarz nazwał mnie głupcem, bo zaufałem bogu, który poprzez sny i wizje odciągnął mnie od szczęścia zastanego w An-Zabat i poprowadził do Syczącej Kocicy, a stamtąd do tej nieszczęsnej chwili w ogrodzie Głosu Złotej Zięby, kiedy w desperackim odruchu użyłem zakazanej magii, by przeciwstawić się Doktrynie, dając bogom pretekst, na który czekali, aby na nowo rozpętać wojnę.
Był to w rzeczy samej przebiegły wilk.
Wyciągnąłem rękę, żeby podrapać psa za uszami. Lecz zamarłem w połowie drogi, a potem odsunąłem od niego drżącą dłoń. Wiedziałem, że nie mogę go za nic winić. Był marionetką sił wykraczających poza jego rozumowanie. Jednak gdy myślałem o Okarze, jawił mi się on pod postacią tego oto zwierzęcia.
- Gdzie jesteśmy? - zapytałem, głównie po to, by odwrócić uwagę od psa i tego, jak bardzo oboje zostaliśmy wykorzystani. - Powinniśmy być gdzieś w pobliżu Wschodniej Fortecy, ale nie rozpoznaję tych lasów.
- Dość daleko uleciałeś. - Doktor Sho przetrząsnął szufladki kufra z lekami i wyciągnął z nich garść suszonych grzybów. - Wyglądasz na wyczerpanego. Masz. Zjedz to. Nie są smaczne, ale całkiem pożywne i odznaczają się silnymi właściwościami leczniczymi.
Sięgnąłem po grzyby o żółtym trzonie i czerwonym kapeluszu i zjadłem je bez zastanowienia.
- Muszę wracać do miasta. Sycząca Kocica potrzebuje mojej pomocy... Zresztą jestem jej to winien. W końcu to ja do tego doprowadziłem... - Zawodził mnie własny głos. Zjadłem kolejnego grzyba, starając się zebrać siły. - Bitwa nie dobiegła jeszcze końca. Powinienem tam być, a nie chować się po lasach.
Doktor Sho zdawał się patrzeć na mnie nieco inaczej, bardziej wnikliwie, a ja rozumiałem go teraz trochę lepiej niż wcześniej. Nie był przecież tylko doktorem Sho, moim niegdysiejszym kompanem, ale także mędrcem, Wędrującym Wąskim Traktem, człowiekiem żyjącym od wieków, równie długo jak cesarz czy Sycząca Kocica, choć nie władał żadną magią. Był uczonym, autorem idei tworzących podwaliny sieneńskiego imperium. To w większości jego słowa ukształtowały mój światopogląd. Nie był zwyczajnym lekarzem, ale najbardziej szanowanym, a zarazem znienawidzonym umysłem na świecie.
- Sycząca Kocica poradzi sobie z utrzymaniem bariery odgradzającej miasto od strzępiącej się struktury, ale wewnątrz tej bańki nie ma miejsca na magię - stwierdził. - Jesteś na tyle biegły w walce mieczem, żeby w pojedynkę pokonać resztę sieneńskiej armii? Nie? W takim razie zostaw to żołnierzom i ich kapitanom. Na naszych barkach spoczywa inne zadanie.
- To ja do tego doprowadziłem. - Gardło piekło mnie od tych palących słów, ale zmusiłem się, by je z siebie wyrzucić. - Muszę to naprawić.
- Niby jak? - zapytał, nachylając się ku mnie i wspierając łokcie o kolana, podczas gdy jego spojrzenie buchało we mnie żarem, niczym blask z paleniska. - Czy tak jak Doktryna, twój cesarz, zmusisz bogów do zawarcia niestabilnego pokoju, kruchego niczym szkło? - Odchylił się i zaczerpnął głęboko powietrza. - Dlaczego postrzegasz ład jako coś cennego? Dlaczego wolisz go od chaosu?
Otworzyłem usta, aby coś odpowiedzieć, ale się zawahałem. Umysł odruchowo rzucił się w kierunku cesarskiej doktryny, doktryny, którą nauczyłem się kwestionować i odrzucać. Jednak jej twórca, siedzący obok mnie, zadał mi to fundamentalne pytanie.
- Gdy wszystko jest na właściwym miejscu, panuje harmonia, a życie ma idealne warunki do rozkwitu - odparłem. - To cytat z... no cóż... twój. A gdy świat spowija nieład, energię do życia pochłania wysiłek, żeby jakoś ten czas przetrwać.
- Coś w tym stylu - burknął. - A czy imperium stworzyło ład? Czy za rządów Doktryny panowała harmonia?
- Nie. - Odpowiedź przyszła mi z łatwością. - Ład imperium utrzymywał się przy pomocy ostrza. Rebelia tu i w An-Zabat oraz zniszczenia w Toa Alon świadczą o jego niestabilności.
- Ponieważ Doktryna nie ma w sobie ani krzty wiary. - W głosie doktora zalęgła się fałszywa nuta. - Nie wierzy w słuszność struktury. Nie wierzy w harmonię. Nie wierzy, że ludzie są zdolni do znalezienia swojego miejsca. Trudno go za to winić, w końcu przeżył czas ogromnego chaosu... - Sho pokręcił gwałtownie głową. - Zboczył jednak z właściwej ścieżki. Sprzeciwił się temu, co było konieczne. - Odwrócił wzrok, a mięśnie okalające jego szczękę napięły się pod rzadką brodą. - Doktryna mógł nas przed tym wszystkim uchronić, wolał jednak stworzyć własne imperium, świat ukształtowany według jego woli, pielęgnowany i przycinany niczym ogród. Zbyt długo dzierżył w dłoniach władzę, żeby ją porzucić.
- Co w takim razie z klasycznymi ideami? - zapytałem, czując wewnętrze zagubienie. Od lat postrzegałem słowa tego człowieka jako imperialne fundamenty, a teraz mówił o nich z tak jawnym obrzydzeniem.
Odpowiedział pustym śmiechem.
- Moje teksty były czymś na kształt magii przyzywającej wiatr czy magii bitewnej. Narzędziem, które Doktryna przywłaszczył i dopasował do swoich potrzeb. W księgach można znaleźć przebłyski prawdy, ale są to jedynie przebłyski. Kiedy dowiedziałem się, co zamierza zrobić z moimi traktatami, niezwłocznie opuściłem cesarski pałac i poprzysiągłem, że nigdy tam nie wrócę. A on obiecał, że dożyję czasów, kiedy ujrzę świat, jaki zamierzał zbudować.
Być może za sprawą wyczerpania, nagłych zawrotów głowy wywołanych tak wieloma niespodziewanymi wydarzeniami lub pozostałości po koszmarnej fali magicznego oddziaływania przenikającej otaczający mnie świat, poczułem włosy jeżące mi się na karku, suchość w ustach i ból skręcający żołądek. Zawirowało nade mną niebo i omdlałbym, gdyby doktor Sho nie złapał mnie za ramię. Zamarliśmy w takiej pozycji na chwilę. Szorstka kora wbijała mi się w plecy, a Sho trzymał mnie mocno za łokieć. Krawędzie widzianego przeze mnie świata zaczęły mienić się kolorami, lecz gdy skupiłem wzrok na dziwacznych wirujących światłach, zatańczyły w oddali, pozostając na peryferiach mojej wizji.
- Posłuchaj mnie - odezwał się cicho doktor Sho. - Struktura się rozpada i z pewnością nastanie cierpienie, ale nie wolno ci rozpaczać. Ład jest lepszy od chaosu, ale chaos stwarza okazję, szansę na właściwe ułożenie wszystkich elementów. Nie podołam temu zadaniu w pojedynkę. Musisz obiecać, że mi pomożesz, że gdy nadejdzie odpowiedni moment, zrobisz, co konieczne, bez względu na to, jak wiele będzie cię to kosztowało.
Odnalazłem spojrzeniem jego twarz i przedarłem się przez warstwy pomarszczonej, poszarzałej skóry do ukrytych pod nią zwiotczałych mięśni i kanciastych płaszczyzn czaszki.
- W czym miałbym ci pomóc? - wymamrotałem.
- W stworzeniu lepszego świata - odparł, a jego głos dzwonił mi w uszach, gdy zapadałem w sen. - W stworzeniu struktury wolnej od klątw i jarzma magii.
Słowa doktora Sho rozbrzmiały mi w umyśle jako pierwsza myśl tuż po przebudzeniu. "Wolnej od klątw i jarzma magii". Chłodne, wilgotne od rosy powietrze kąsało moją twarz i dłonie. Wiszące nad głową liście mieniły się w jasnoniebieskim świetle brzasku. Przez moment wydarzenia z ostatnich dni zdawały się jedynie złym snem, rodzajem niepokojącego przeczucia, przestrogą ze strony Syczącej Kocicy, bym nie władał zakazaną magią i nie wychodził poza ograniczenia struktury. Wstałbym z posłania i ujrzał tlące się w pobliżu ognisko, Czystą Rzekę zwiniętego nieopodal na kocu lub niosącego wodę na poranną herbatę. Po chwili pojawiłby się Podarty Liść, a z nim inni, gotowi do ćwiczeń adepci, z kanonami wyrytymi przeze mnie w kawałkach kości. Na obrzeżach czaiłaby się Sycząca Kocica, przyglądająca się wszystkiemu z grymasem niezadowolenia na twarzy, krucze czaszki wplecione w jej włosy grzechotałyby rytmicznie z każdym jej ruchem, a Biegnąca Sarna...
Po policzku spłynęła mi samotna łza. W klatce piersiowej poczułem ostre ukłucie. Czyżbym był wtedy szczęśliwy? Pod koniec naszego długiego marszu ku wojnie? Wróciłem pamięcią do nocy tuż przed bitwą, do płonącego ogniska, ciemnych oczu Biegnącej Sarny lśniących w świetle księżyca.
- Obudziłeś się, to dobrze - rzucił doktor Sho, wyłoniwszy się z lasu. Położył kufer na ziemi i przyjrzał mi się z uwagą. Jego oczy okalały ciemne sińce zmęczenia, a skóra wokół nich zwisała luźniej, niż to zapamiętałem, jakby rozciągnięta przez jakąś niewidzialną siłę. Ten widok urzekał mnie jednocześnie i odpychał. - Obudziłeś się, ale nadal odczuwasz działanie mojego leku - kontynuował Sho z łagodnym uśmiechem. Przedziwna geometria jego zębów wywołała we mnie falę mdłości. - Nie martw się. Gdy tylko się z nim oswoisz, skutki uboczne miną jak ręką odjął.
- Uznawałem cię za cudotwórcę, z tymi wszystkimi ziołami - wymamrotałem. - Teraz zaczynam powątpiewać w swój osąd.
Doktor wyciągnął z kieszeni czerwono-żółty grzyb i pomachał nim przed moją twarzą.
- To wiedźmie oko - powiedział. - Nazwa wywodzi się ze starożytności. Twierdzono wtedy, że ten grzyb otwiera ludzkie oczy na najskrytsze tajemnice świata. W rzeczywistości czyni coś zgoła odmiennego. Bogowie znów poruszają się swobodnie po świecie i będą cię bacznie obserwować, o ile już nie zaczęli cię tropić. Od wieków wiję się w strukturze niczym wąż w wysokiej trawie, nie wzburzając żadnych źdźbeł, nie pozostawiając po sobie śladu. To - machnął grzybem - pozwoli ci na zrobienie tego samego, na stłumienie twojej magii.
Jego słowa odbijały się echem w moim umyśle. Pomimo wiedzy, że sięgnięcie po magię ściągnie na nas okropności, które już raz niemal przypieczętowały mój los, nie mogłem się powstrzymać, by nie zagłębić się w strukturze. Moja świadomość zdawała się wnikać w nią jak zawsze, a świat jawił się jaśniejszy i pełniejszy, gdy zaczęła mnie wypełniać moc. Wyciągnąłem dłoń i przyzwałem płomień.
W odpowiedzi nie pojawiły się ani kłębek dymu, ani poczucie rozlewającego się w ciele ciepła, tak dobrze mi znane od pierwszego zetknięcia z magią.
Oszołomiony, sięgnąłem po magię bitewną, jednak nie wywołałem żadnej iskry czy palącego żaru w kończynach. Wiatr również nie odpowiedział na moje wezwanie, a jego rześki chłód nie wypełnił mi płuc. Zbudziłem się ze skrępowanym ciałem, zakneblowanymi ustami i niemożnością wpłynięcia na otaczający mnie świat. Skierowałem moc do wnętrza, skuliłem ramiona, chcąc wykręcić ręce i pozwolić im przekształcić się w rozłożyste skrzydła jastrzębia.
Wnętrze mojej dłoni, dawniej poznaczone bruzdami przywodzącymi na myśl wydmowe grzbiety Pustkowia Batir, teraz przypominało rozległy bezmiar, a poszarpane krawędzie blizny po cesarskim kanonie wyznaczały granice ponurej pustyni. Wpatrywałem się w tę pustkę, bezsilny i przerażony, kruchy jak nigdy przedtem.
- Nie przesadzaj, nie jest aż tak źle - zbeształ mnie Sho. - Żyjesz, prawda? A my mamy zadanie do wykonania.
Moje przerażenie nabrało kształtu i obnażyło kły.
- Ty mi to zrobiłeś! - Mój głos pękał jak kruchy lód. - Odebrałeś mi to, czego nawet cesarz nie zdołał mi odebrać!
- Zdołał i tak też uczynił - poprawił mnie doktor Sho. - Choć za pomocą bardziej inwazyjnych środków. Potrzebowałeś snu, a mimo że nieutkani starają się trzymać ode mnie z daleka, ze strachu przed tym, który zrobił tak wiele, żeby stworzyć świat na nowo, ich głód pokonałby w końcu lęk i ta niewielka ochrona, którą mogę ci zaoferować, zawiodłaby. Ocaliłem ci życie, bo naszym zadaniem jest ocalić świat.
Wpatrywałem się w pozbawioną linii dłoń i w różowy kikut prawej ręki. Akurat tę stratę mogłem niegdyś odbudować dla zwykłego kaprysu, gdybym połączył moc zmiany postaci z magią uzdrawiającą. Jednak pozostawiłem kikut nietknięty, uznając go nie tyle za ranę, ile za przypomnienie o tragicznej ścieżce życia, która poprowadziła mnie z ogrodu ojca do Twierdzy Szarego Mrozu. Lecz teraz, pozbawiony mocy, poczułem nagłą bolesną tęsknotę za brakującą kończyną.
- Daj mi coś, co odwróci działanie tej trucizny. Pospiesz się!
Doktor Sho pokręcił głową.
- Z czasem samo zniknie, a wtedy będziesz musiał przyjąć kolejną dawkę. Posłuchaj mnie uważnie. Te bestie dopadną cię...
Wstałem gwałtownie, odwróciłem się i ruszyłem przed siebie. Wściekły żar bijący z moich oczu wypalił wszelkie myśli o otaczającym mnie lesie oraz o tym, dokąd powinienem się udać. Przyświecał mi jeden cel, zostawić doktora Sho jak najdalej za sobą.
- Zaczekaj! - zawołał i usłyszałem grzechot jego wypełnionego lekami kufra, gdy biegł, starając się mnie dogonić.
Zignorowałem go i szedłem dalej. Odebrał mi moją latarnię, jedyne źródło nadziei na jakąkolwiek kontrolę nad życiem w tym brutalnym świecie, w którym tak wiele sił targało mną, by użyć mnie do własnych celów. Od ojca przez imperium, babcię, rebelię i bogów aż po Atar. Wszyscy mną manipulowali. Dopiero teraz to dostrzegłem. Również Atar posłużyła się mną, aby dopiąć swego - wzniecić bunt i wyzwolić An-Zabat. Jedyny sensowny wybór, jakiego dokonałem, zdrada imperium i przyłączenie się do rebelii, wypływał z poczucia winy za popełnione błędy i z namowy Okary. Powinienem był zostać w jaskini Syczącej Kocicy, upajać się głębią wiedzy, o której zawsze marzyłem, i dać sobie spokój z resztą świata.
Korzenie drzewa dostrzegłem jak przez mgłę dopiero w chwili, gdy zaczepiłem o nie stopą, upadłem na leśne poszycie, poobdzierany i posiniaczony. Przewróciłem się na plecy, by przedrzeć się wzrokiem przez korony drzew i dojrzeć szarą kopułę nieba, po części spodziewając się na niej wrzeszczących potworów, nurkujących, aby zagłębić się wygłodniale w moim ciele, lub co gorsza, jednego z tych nieodgadnionych skrzydlatych bogów, rozpościerającego ramiona, żeby jednym gestem wypalić mnie z tego świata w momencie tak wielkiej bezsilności i bezwładności, jaką odczuwałem.
- Co właściwie zamierzałeś zrobić? - zapytał doktor Sho. Oparł dłonie na kolanach i wzdychał głęboko, nadymając przy tym wąsate policzki. Pomimo jego nienaturalnej długowieczności od czasu do czasu można było zauważyć na jego twarzy oznaki minionych lat. - Chciałeś wrócić do Wschodniej Fortecy? Taki bezbronny? Pewnie zginąłbyś z rąk uciekającego z miasta sieneńskiego żołnierza lub któregoś z czających się w lasach potworów. Pomyśl. Po co miałbym odbierać ci moc, jak nie dla naszego wspólnego dobra?
- Dla świata pozbawionego magii - odpowiedziałem gorzko. - Do tego dążysz.
- Tak, ale magiczne cele można osiągnąć jedynie za pomocą magicznych środków. Będę potrzebował twojego wsparcia, tak samo jak twojej mocy, żeby uczynić świat takim, jaki być powinien. Żeby stał się wreszcie miejscem bezpiecznym i dawał ludziom szansę na życie w harmonii.
Świat pozbawiony magii. Zamykając oczy, wciąż mogłem poczuć ten pierwszy podmuch przywołanego przez babcię płomienia, wciąż pamiętałem ten dreszcz emocji, gdy świat nabierał ostrości, prezentując się w całym swoim bogactwie i złożoności. Ten nagły rozkwit nadziei na wolność.
To był dar rozdawany niezwykle nierówno, gdyż na świecie było tak niewiele wiedźm i czarowników z dawnych czasów, a pakty i kanony oferowały jedynie złudne poczucie wolności. Tak naprawdę magia przynosiła więcej szkód niż pożytku. W końcu była fundamentem, na którym Doktryna zbudował swoje imperium. Każdy akt imperialnego okrucieństwa i degeneracji, od ubóstwa w An-Zabat po masakrę u wrót Fortecy Zachodzącego Słońca, miał swoje korzenie w magii. A teraz, przez moją ambicję i ignorancję, świat ponownie pogrążył się w wojnie z bogami.
A może doktor Sho miał rację? Bo jeśli harmonia świata zależała od tego, czy wszystkie rzeczy podporządkowane są strukturze, to magia, która rozdzierała ją i spajała pod wpływem byle kaprysu, mogła zrodzić jedynie chaos. Może ten przerażający cykl, czy to na skalę imperium, czy świata bogów, nigdy by się nie skończył, dopóki magia raz za razem rozrywałaby warstwy tworzące strukturę.
Mimo to dar ten był dla mnie niezwykle cenny. Kochałem go tak, jak kaligraf kocha swoją dłoń, śpiewak swój głos, a tancerka swoje stopy. Co więcej, wypełniał on świat ogromnym pięknem. Bez niego nie rozkwitłaby na bezkresnej pustyni oaza w An-Zabat, tworząca pomost przez odległe Pustkowie, oparty na mocy przywoływania wiatru i wody. Wróciłem pamięcią do tańca z Atar i chwili, gdy objęliśmy się po raz pierwszy, a utkane srebrną nicią szarfy połączyły się z wywołanym przeze mnie ogniem, tworząc spiralę splecioną z wiatru i płomienia. W tamtym momencie, osłabiony, przepełniony strachem, desperacją i potrzebą kontroli, buntowałem się na samą myśl o rezygnacji z magii, nawet w imię ocalenia świata.
Wmawiałem sobie, że zdołam to wszystko naprawić, że skoro wszystko ma swoje miejsce, to i magia musi je mieć. Doktor Sho bał się jej, bo nią nie władał. Nie wiedział, jak wiele ode mnie żąda. Świat z pewnością można było naprawić w inny, mniej bolesny sposób.
- Wracam do Wschodniej Fortecy - oznajmiłem. Jeśli był ktoś, kto potrafił cofnąć wyrządzone przeze mnie szkody, to była to Sycząca Kocica. Przy odrobinie szczęścia mogłem zastać ją w ogrodzie Głosu Złotej Zięby i powstrzymać rozpad świata. Podniosłem się, a z zarośli wyłonił się Okara z wiewiórką w pysku. Przyglądał nam się badawczo. - Jeśli chcesz, możesz udać się tam ze mną.
Ruszyłem, ignorując protesty doktora, stopniowo orientując się pośród drzew, kierując się porostami, jak nauczył mnie na początku naszej przyjaźni, gdy podążaliśmy na północ Drogą Słońca. I tak, z Okarą przy nodze, szedłem na wschód, z zaciśniętą pięścią i bolącym kikutem, zagubiony jak nigdy przedtem.