Kronos 2/2024 Psychonautyka - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nie jest wy­klu­czone, że sta­ro­żytna kul­tura grecka była pod pew­nym wzglę­dem o wiele bar­dziej za­awan­so­wana niż na­sza. Do­piero długa pa­mięć kul­tu­rowa, pa­mięć o ateń­skiej in­sty­tu­cji mi­ste­ryj­nej, po­zwala nam zro­zu­mieć pewne klu­czowe pro­cesy kul­tury współ­cze­snej. Ateń­czycy wiele wie­ków temu osią­gnęli to, do czego my dziś do­piero aspi­ru­jemy. Ruch psy­cho­de­liczny zgła­sza obec­nie po­stu­laty, które w świe­cie grec­kim zo­stały już dawno zre­ali­zo­wane. Ist­niała bo­wiem in­sty­tu­cja za­pew­nia­jąca po­wszech­nie do­świad­cze­nie na­zy­wane dziś psy­cho­de­licz­nym. Sama ta na­zwa jest hoł­dem dla grec­kiego dzie­dzic­twa, które wciąż jesz­cze usta­na­wia nam wzorce.

Wy, Grecy, je­ste­ście wiecz­nie mło­dzi - po­wie­dział pe­wien Egip­cja­nin w Ti­ma­jo­sie Pla­tona - nie pa­mię­ta­cie tego, co u was i u nas nie­gdyś było, więc wszystko wciąż mu­si­cie wy­naj­dy­wać na nowo. Kul­tura za­chod­nia, eu­ro­pej­ska znaj­duje się dziś w po­dob­nej sy­tu­acji. Od­kry­li­śmy psy­cho­de­liki, sub­stan­cje tak po­tężne, że po krót­kiej eu­fo­rii ry­chło ich za­ka­za­li­śmy, prze­śla­du­jąc tych, któ­rym da­li­śmy do nich do­stęp. Od­kry­li­śmy je dzięki kon­tak­tom ze świa­tem, który wcze­śniej sko­lo­ni­zo­wa­li­śmy, świa­tem wciąż jesz­cze, jak nie­gdyś Grecy, ży­ją­cym w ko­mi­ty­wie z na­turą. Po­słańcy nasi na po­czątku XX wieku wy­do­byli drze­miącą u od­le­głych lu­dów wie­dzę o ro­śli­nach, któ­rych dzia­ła­nie roz­sa­dza ramy na­szego umy­słu i ni­czym so­kra­tej­ski elen­chos pod­waża fun­da­menty ujarz­mia­ją­cego na­turę, in­stru­men­tal­nego ro­zumu czło­wieka za­chod­niego.

Gra­ecia capta vic­to­rem ce­pit. Gre­cja pod­bita (siłą) na­jeźdźcę pod­biła (du­chem swoim). To ła­ciń­skie przy­sło­wie spraw­dza się zna­ko­mi­cie: nie­wol­nik znie­wala znie­wa­la­ją­cego. Dawne kraje ko­lo­nialne stają się obiek­tem tu­ry­styki sa­kral­nej. Ma­sowo po­dró­żu­jemy na drugą stronę globu, do ama­zoń­skiej dżun­gli, lub nie­le­gal­nie spro­wa­dzamy tam­tej­sze ro­śliny, pła­cąc kro­cie tu­byl­czym sza­ma­nom za łyk psy­cho­ak­tyw­nego na­poju wi­zyj­nego, który daje obiet­nice do­znań du­cho­wych, ja­kich nie może za­pew­nić na­sza ze­świec­czona, nie­zno­śnie wy­zuta z du­cha, tech­no­kra­tyczna kul­tura wy­ob­co­wa­nia. Tam do­piero, w peł­nym gu­ślar­stwa ob­rzę­dzie od­kry­wamy za­tra­coną przez in­dy­wi­du­alizm jed­ność, nie­po­mni tego, że na­sza wła­sna kul­tura nie­gdyś to samo do­zna­nie in­sty­tu­cjo­nal­nie za­pew­niała.

Tak oto drogą okrężną do­cie­ramy do wła­snych ko­rzeni. Długą drogę mu­sie­li­śmy prze­być: przez od­kry­cia an­tro­po­lo­gów, et­no­bo­ta­ni­ków, che­mi­ków, my­ko­lo­gów, neu­ro­bio­lo­gów, aby dojść osta­tecz­nie do wnio­sku, że te nie­gdyś po­tę­pione przez chrze­ści­jań­skich mi­sjo­na­rzy ro­śliny nie są wy­two­rem złego du­cha, ma­mi­dłem, nar­ko­ty­kiem, lecz na­tu­ral­nym ge­ne­ra­to­rem psy­cho­ak­tyw­nych al­ka­lo­idów o struk­tu­rze i funk­cji po­dob­nej do en­do­gen­nych neu­ro­prze­kaź­ni­ków w mó­zgu, ak­ty­wu­ją­cych pro­cesy po­znaw­cze, wy­zwa­la­ją­cych ukryty po­ten­cjał ludz­kiego umy­słu. Trzeba było pio­nie­rów ta­kich jak Schul­tes i Was­son, aby­śmy od­kryli ist­nie­nie tych ro­ślin, eks­plo­ra­to­rów ta­kich jak Hux­ley i Mi­chaux, by zna­leźć ję­zyk wy­razu dla do­świad­cze­nia osta­tecz­nie nie­re­du­ko­wal­nego do słowa, wresz­cie che­mi­ków ta­kich jak Hof­mann i Shul­gin, by wy­izo­lo­wać ak­tywne al­ka­lo­idy, od­kryć struk­turę tryp­ta­min i fe­ny­lo­ety­lo­amin oraz ją zmo­dy­fi­ko­wać, imi­tu­jąc w la­bo­ra­to­rium na­turę, po­zna­jąc ar­kana pro­ce­sów do­ko­nu­ją­cych się w ro­ślin­nym i neu­ro­nal­nym me­ta­bo­li­zmie.

Tego wszyst­kiego nie mu­sieli wie­dzieć dawni Grecy, gdy po­wo­ły­wali do ży­cia trwa­jącą na­stęp­nie przez wieki ateń­ską in­sty­tu­cję mi­ste­ryjną w Eleu­sis. W bez­piecz­nych re­li­gij­nych ra­mach da­wała ona co roku ty­siącom piel­grzy­mów do­stęp do do­świad­cze­nia wi­zji, epop­tei, ja­kie za­pew­niało spo­ży­cie ky­ke­onu, na­poju, któ­rego od­po­wied­niki znaj­du­jemy dziś jesz­cze we współ­cze­snych kul­tach mi­ste­ryj­nych Mek­syku, Ama­zo­nii i Ga­bonu. Czy zna­czy to, że win­ni­śmy re­sty­tu­ować dziś mi­ste­ria eleu­zyj­skie, jak chcie­liby nie­któ­rzy zwo­len­nicy sta­ro­żyt­no­ści grec­kich? By­naj­mniej. Eg­zo­tyka ob­rzę­dów re­li­gij­nych, z któ­rymi spo­tkał się Schul­tes u do­rze­cza Ama­zo­nii, też nie jest do przy­ję­cia dla zse­ku­la­ry­zo­wa­nej kul­tury za­chod­niej. Me­dy­ka­li­za­cja i te­ra­peu­ty­za­cja staje się co­raz po­wszech­niej­szym roz­wią­za­niem, za­pew­nia­ją­cym ramy i kon­tekst dla nie­gdyś re­li­gij­nego do­świad­cze­nia. Czy jed­nak w ten spo­sób nie tra­cimy jego klu­czo­wego, me­ta­fi­zycz­nego wy­miaru?

Kto wie, czy z tym wła­śnie pro­ble­mem nie bo­ry­kał się Pla­ton, gdy w swych fi­lo­zo­ficz­nych dia­lo­gach wy­pra­co­wał me­ta­fo­rykę wy­wo­dzącą się wpraw­dzie z do­świad­cze­nia re­li­gij­nego, a jed­nak nie­uży­wa­jącą ję­zyka za­sta­nej re­li­gii i mitu, pro­po­nu­jącą zu­peł­nie od­mienny spo­sób mó­wie­nia o sta­nach świa­do­mo­ści, które wy­kra­czają poza do­myślny spo­sób po­strze­ga­nia świata. W ten spo­sób Pla­ton dał po­czą­tek tra­dy­cji na­zwa­nej póź­niej me­ta­fi­zyką, która, pier­wot­nie za­ko­rze­niona w do­świad­cze­niu - być może eleu­zyj­skim wła­śnie - z cza­sem się od niego ode­rwała, sta­jąc się w świec­kiej no­wo­cze­sno­ści pu­stym, bez­przed­mio­to­wym ję­zy­kiem, skry­ty­ko­wa­nym i za­rzu­co­nym. Do czasu. Znaj­du­jemy się dziś w mo­men­cie prze­ło­mo­wym, kiedy na po­wrót ma­sowo do­stępne staje się do­świad­cze­nie, któ­rego wcale nie trzeba udo­stęp­niać w re­li­gij­nych ra­mach. W nim pod­sta­wowe idee me­ta­fi­zyki znaj­dują obiek­tywny ko­re­lat dzięki ich na­ocz­nemu oglą­dowi umy­sło­wemu.

Do­świad­cze­nia tego nie trzeba na­zy­wać ani re­li­gij­nym, ani mi­stycz­nym. Uży­cie roz­ryw­kowe i te­ra­peu­tyczne rów­nież jed­nak nie wy­czer­puje po­ten­cjału tych sub­stan­cji, które tra­dy­cyj­nie były wy­ko­rzy­sty­wane w kon­tek­ście re­li­gij­nym. Od­wo­łu­jąc się do wie­lo­wie­ko­wej tra­dy­cji fi­lo­zo­ficz­nej, mo­żemy na­zwać je za­tem do­świad­cze­niem me­ta­fi­zycz­nym. Czym bo­wiem jest do­świad­cze­nie opi­sane w ostat­niej książce neu­ro­bio­loga Chri­stofa Ko­cha, Then I Am My­self the World (2024), je­śli nie po­wtó­rze­niem so­kra­tej­skiego ge­stu od­dzie­le­nia du­szy od zmy­słów, który Pla­ton na­zywa ćwi­cze­niem się w śmierci, ?????? ???????? Koch po za­ży­ciu 5-MeO-DMT, sub­stan­cji po­dob­nej do di­me­ty­lo­tryp­ta­min uży­wa­nych w ama­zoń­skich ry­tu­ałach, do­znał ta­kiego wła­śnie od­dzie­le­nia: "moją ostat­nią my­ślą było to, że wraz ze śmier­cią świa­tła rów­nież i ja umrę. Tak też się stało. Prze­sta­łem ist­nieć, stra­ci­łem wszelki kształt i formę. Nie było już Chri­stofa, ego, mnie, mo­ich wspo­mnień, ma­rzeń, pra­gnień, na­dziei, lę­ków. Wszystko, co oso­bi­ste, prze­pa­dło [...]. Owa esen­cja, która zo­stała [...] nie była ni­czym okre­ślo­nym [...]. A jed­nak do­świad­czała". Do­świad­czała na­ocz­nie form, które Pla­ton na­zywa ide­ami. Koch po­wta­rza tu słowa z Fe­dona 65a. Pla­ton kon­klu­duje: "to bar­dzo nie­wia­ro­god­nie lu­dziom brzmi, że gdy się du­sza od­dzieli od ciała, to jesz­cze gdzieś jest" (70a) - w dzie­dzi­nie umy­słu. Na na­szych oczach do­ko­nuje się re­sty­tu­cja me­ta­fi­zyki.

An­drzej Se­ra­fin

Re­dak­tor Nu­meru