- Czego pan sobie życzy? - Przyszedłem prosić pana Naczelnika o jakiekolwiek
zajęcie - odparł młody, dwudziestokilkoletni mężczyzna, o ostrych,
ciemną skórą powleczonych rysach twarzy. - Ha! ha! ha! paradny sobie! - wybuchnął Naczelnikiem
zwany i odsunął się z krzesłem od biurka, aby się przyjrzeć
występującemu z tak dziwnem żądaniem. Zmierzył go zimnym wzrokiem,
przyjrzał się badawczo - jego szare oczka z inkwizytorską
dokładnością oglądały postać stojącego, na której nędza i zimno
wycisnęły jaskrawe piętno. Strój miał ladajaki, prawie letni, płaszcz nieokreślonego
koloru, straszliwie zużyty, spodnie grube, czarne do połowy,
zakrywały cholewy butów, zmizerowanych użyciem i ciągłemi
naprawami, że zdawały się być zlepkiem łat - kawałków,
nieproporcjonalnie dopasowanych. W ręku trzymał barankową, niegdyś
czarną - dziś rudą prawie czapkę... Na śmiech siedzącego nie drgnął nawet, tylko siwe oczy
przymrużył mimowoli. Stał wpatrzony w przeciwległą ścianę. Niepewność
oczekiwania coraz wyraźniej malowała się na jego sinej, obrzękłej
od zimna i wiatru, twarzy. Spojrzenie, które przeniósł na
siedzącego, pełne było niemej prośby. Naczelnik milczał, przeżuwał wrażenie, sumował - prawą
ręką poprawiał binokle, lewą bębnił po biurku, wzrokiem zaś błądził
po pokoju lub chwilami zatrzymywał go na butach stojącego przed
nim, któremu z niecierpliwości wargi drżały, miął czapkę w
pogryzionych przez mróz rękach, przestępował z nogi na nogę i
wkońcu pierwszy przemówił: - Panie Naczelniku, będzie mi darowane, że śmiem zaczynać
pierwszy, że śmiem prosić o pracę, o zajęcie jakiekolwiek... - Bardzo pięknie, że pan pracowaać chce... - Tak, nietylko chcę, nietylko mogę, ale potrzebuję -
muszę! - mówił, ośmielony milczeniem - i gdyby pan Naczelnik... był
łaskaw uwzględnić moją prośbę... - A wiesz pan, to ważne! - Jak, dla mnie, to kwestja życia. - Czyż tak? - Dlatego, że, chcąc żyć, muszę pracować, a chcąc
pracować, muszę mieć pole jakiekolwiek do pracy... Szukałem
wszędzie, nie znalazłem - sądziłem. że już nigdzie nie znajdę!
Powiedziano mi w ostatniem miejscu, gdziem prosił o zajęcie, aby
się udać do pana Naczelnika. Przeto przychodzę nie z nieśmiałością,
ale z rozpaczą, z błaganiem o jakakolwiek prace z najskromniejszem
wynagrodzeniem, abym tylko mógł wyżyć... - W tej chwili niema żadnego miejsca, mój łaskawco -
odpowiedział flegmatycznie Naczelnik. Na te słowa proszący posiniał jeszcze bardziej, oczy
zaczęły mu biegać niespokojnie dokoła. Zapanowało milczenie,
przerywane tylko monotonnem cykaniem zegara. Z bocznego pokoju dochodziły głosy rozmawiających i
denerwujący brzęk szklanek - pito widocznie w sąsiedztwie. Zimne słońce kładło przez okno na posadzkę przedzachodnie
promienie, przesiąknięte purpura. Zaledwie dostrzegalne pyłki
wirowały w nich jak złote igiełki. Drzewa, stojące za oknem, okryte
szronem, omglone słonecznym promieniem, lśniły jak ze srebra
oksydowanego i brylantów. - Nazwisko pańskie? - Jan Baliński... - Jakiś cień nadziei, jakby radosne
oczekiwanie przemknęło mu po twarzy. - Gdzieś pan pracował dotychczas? - Na drodze żelaznej. - W jakiej miejscowości? - Na oddziale pana Naczelnika. - Nie przypominam sobie, abym pana kiedy widział, a ja
przecież znam swoich ludzi. - Nie mógł pan Naczelnik znać tak prostą siłę roboczą, lub
żeby jako twarz mogła mu pozostać w pamięci. - Toś pan pracował jako...? - Prosty robotnik. - No, proszę... hm, to nie żarty, potrzeba zmusiła pana
jąć się takiej pracy! - O, nie żarty - głód! - Głód? - Tak... - No, proszę... hm - i mimowoli zrobił charakterystyczny
ruch ręką po wydatnym brzuchu. - Przykra rzecz - pomyślał. - Gdy wszystko sprzedałem i wyczerpałem wszelkie środki i
sposoby dostania zajęcia, odpowiedniego moim mniemaniom, a nędza i
głód zajrzały w oczy, musiałem się jąć choćby najcięższej pracy,
pierwszej z brzega. Z jaką trudnością mi przychodziła! Pracowałem,
dopóki mogłem, niechaj te ręce panu Naczelnikowi dopowiedzą - i
wyciągnął przed siebie ręce grube, napracowane, poranione, sine od
mrozu... - Ah!... a teraz nie robi pan już na plancie? - co mówiąc,
odwrócił twarz w inną stronę, ze wstrętem czy też z podziwem. - Odprawiono mnie z roboty. - Dlaczegóż to? - Pierwsze, że roboty teraz znacznie mniej, a drugie, że
nie jestem dość silny, nie mogę tyle zrobić, ile każdy z
robotników, bo jestem chory - temi rękami odparzonemi trudno mi
podjąć oskard lub młot, trudno pchać taczki. Oh, nie mówię, ile w
tem upokorzenia, że ja wobec prostego chłopa, bydlęcia roboczego,
stoję nieskończenie niżej, bo nie mogę stanąć z nim narówni do
pracy, nie mam dość sił - nie mogę w pocie czoła zapracować na
kawałek suchego chleba na byle jakie legowisko pod dachem... - Hm, praca... praca, mój panie... jakże tam? - Baliński! - Aha, mój panie Baliński, to dźwignia, prawdziwa dźwignia
w życiu - odparł bezmyślnie a sentencjonalnie. - O, głód - jeszcze większa! - Masz pan jakie kwalifikacje naukowe? - Mam - i, wyjąwszy z zanadrza, podał świadectwa szkolne. Naczelnik przeglądał uważnie. - No, proszę - toś pan skończył z odznaczeniem, hm... - Tak - odpowiedział gorzko Jan. - Na to odznaczenie, na
te trochę nauki pracowałem lat ośm, pracowałem o głodzie, kosztem
zdrowia, kosztem najwyższych wysiłków, bo mi wszędzie i wszyscy
mówili: - Jasiu, ucz się! - I uczył się Jasio, nie sypiał, nie
jadał, nie wiedział, co to słońce, wiosna, swoboda, uczył się, był
głupi. - Myślałem, że, skończywszy szkoły, znajdę z łatwością pole
pracy. Znalazłem - wszystkie drzwi zamknięte! Pukałem wszędzie,
gdzie mogła być praca - napróżno! Odprawiano mnie prostem "niema"
lub uśmiechem szyderczym, że byłem tak naiwny, aby bez protekcji
starać się o posadę. Pocóż więc było mi się uczyć? I bez wiedzy
można umieć zdychać z głodu. Wiedza to potęga, lecz niezaprzeczona,
prawdziwa potęga, to plecy wpływowych osób. - Tyle goryczy było w
jego głosie, w tych krótkich, urywanych zdaniach brzmiał ból i
beznadziejna rozpacz - twarz mu pałała, ręce drżały, a całe ciało
wstrząsały dreszcze gorzkich przypomnień. Oczy świeciły ponuro,
zamatowane łzami, siność twarzy przeszła w fiolet, a cała postać
wyprostowała się. Stał nawprost okna, oblany ostatniemi blaskami
zachodzącego słońca, jak w purpurę, odziany w swą nędzę, stał jak
uosobienie starej, odwiecznej niedoli ludzkiej. - Rozumiem pańskie położenie - hm! tak, w zupełności
rozumiem i boleję nad niem, hm, tak, boleję - ozwał się Naczelnik,
oddając świadectwa Janowi. - Ale nic panu poradzić nie mogę, teraz
kompletnie nic, wszystkie miejsca zajęte, hm! zapchane! - Pomilczał
chwilę. - Gdybyś się pan później zgłosił - może się jakieś miejsce
otworzy. Dowiaduj się pan - hm! Gdybyś pan miał świadectwa z
ukończonej szkoły technicznej to, hm! możeby się prędzej coś
poradziło, ale tak... - ścisnął ramiona, rozkładając ręce, jakby
się usprawiedliwiał. - Technicy są fachowcami, mają w danym
kierunku specjalność... - O, i my ja mamy! Naczelnik spojrzał pytająco. - Umierania z głodu! - Wstąp pan do szkoły technicznej, łatwiej panu będzie
później znaleźć miejsce w drodze żelaznej. Jan spojrzał mu w oczy wzburzony, sądził, że żartuje, ale
w nieruchomej twarzy ujrzał powagę i pewien rodzaj dobroduszności. - Dziękuje za radę - rzekł drwiąco - ale mnie się jeść
chce. - To mówiąc, skłonił się i zabierał do odejścia. - Gdzie pan teraz iść myśli? - Na ulicę... - No, hm... ja wiem, ale czy ma pan tu znajomych, rodzinę? - Nie, panie. Dom mój tam, gdzie wszystkich do mnie
podobnych - wszędzie i nigdzie... czasem pod parkanem, czasem
gdzieś w szopie niezamkniętej - gdzie się zdarzy a co do rodziny,
nie mam nikogo. Przyjaciół zaś nie mam za co utrzymywać, a nędzy
mojej niktby nie był tak głupi dzielić... - Hm, po stoicku znosi pan niedolę. - Muszę znosić, aby godnie uczcić dary tej pani, co się
zwie cywilizacją, postępem... Muszę znosić jeszcze czas jakiś. - Więc ma pan jakąś nadzieję? - spytał żywo Naczelnik. - Tak, skończenia szkoły technicznej... Tyle ironji było w
jego głosie, że Naczelnik szybko odwrócił oczy, utkwione w okno,
lecz nie ujrzał już twarzy Jana, który pochylił się w głębokim
ukłonie i wyszedł.
II.
Prawie że nie myślał. Szklistym wzrokiem patrzył gdzieś w
próżnię i szedł wolno, jak człowiek ugodzony w samo serce. Poco miał się śpieszyć? Dokąd? Schował ręce w kieszenie,
bo mróz brał siarczysty. Śnieg brylantami skrzył się na ulicy. Był
jakby odurzony. Starał się logicznie myśleć, lecz nie mógł.
Zapytanie: Co dalej? uporczywie wracało mu na usta. - Czas już skończyć! - pomyślał. Całe lata cierpień i
walki o byt stanęły mu w myśli, jak słupy przydrożne, które już
wyminął. Wszystko mija... - Czas skończyć! Najgorsze nieznane nie może być gorszem
od dotychczasowego. - Spojrzał przed siebie. Mrok szybko zalegał. Czerwone zorze na niebie rzucały
różowawy odblask na śnieg. Cienie nocy włóczyły się leniwie po
załamkach i zagłębieniach murów, taiły się w nagich gałęziach
drzew. Zapalano latarnie, gdzie niegdzie z okien domów i drzwi
sklepów wylewała się aż na chodnik smuga złotego światła. Ruch na
ulicach ustawał, każdy biegł szybko do domu, do ciepłego ogniska,
do uśmiechniętych twarzy swoich bliskich, kilkoro sanek z głośnym
brzękiem dzwonków przemknęło ulicą, srebrna kaskada śmiechów, echa
wesołych rozmów unosiły się nad niemi... Jan wlókł się w kierunku dworca kolejowego i myślał, czy
też ci wszyscy, którzy go tak szybko wymijali, mieli się poco
śpieszyć. Z zawiścią przypatrywał się oknom oświetlonym i cieniom
migającym poprzez szyby. - Ciepło mają... - i wyobraźnią przenosił się na ich
miejsce, że zdawało mu się, iż czuje ciepło, ogarniające jego
członki. - Są tacy, co mają wszystko!myślał gorzko. - A i ty masz
nędzę podszepnął mu jakiś głos wewnętrzny. Dusza poczęła mu się
okrywać mrokiem buntu na niesprawiedliwość podziału. - Jakto? kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu mają wszystko,
a tysiące, miljony nic! Głupcy czekają na przyjście tego, czego
pragną - dorzucił mu znowu głos wewnętrzny. A więc? - to "więc" jak znak tajemniczego pytania zawisło
mu w mózgu. Wychodzi się na spotkanie losu. Szuka się i pomaga!... Czarne cienie osnuwały zwolna jego umysł. Spostrzegł
jakiegoś przechodnia pod latarnią, patrzącego na duży, złoty
zegarek. - Pół roku mógłbym żyć za to - szepnął i patrzył ciekawie,
jak go nieznajomy chował wolno do kieszeni. Przystanął i nie
wiedział, czemu obejrzał się za oddalającym, wydało mu się, że w
cieniach nocy zabłysła jeszcze raz wielka, żółta koperta zegarka. Głód zaczął mu dokuczać. Sięgnął do kieszeni, aby
policzyć, ile mu jeszcze pozostało z ostatniego zarobku. Naliczył
kilka złotych - co z tem zrobić? Przed dworcem panował ruch gorączkowy i gwar, zwykły przed
odejściem pociągów. Wszedł do sali. Owionęło go ciepło, pomieszane
z oddechami natłoczonych ludzi. Usiadł koło bufetu. Denerwujące,
wstrętne opary podnosiły się z zabłoconej podłogi i śniegu,
naniesionego nogami. Dym z papierosów i cygar najgorszego gatunku
zaciemniał salę i podrażniał pragnienie papierosa. Kupił paczkę
jakichś obrzydliwych, zapalił jednego i zaczął się nim zwolna
delektować. Obok niego usiadło jakichś dwóch ludzi ze służby
kolejowej. Rozpoczęli zwykłą rozmowę-wyrzekaniem na ciężkie czasy,
podłych zwierzchników itd. - Co ty z sobą robisz dzisiaj? - zapytał jeden z nich. - Jadę odwiedzić chorego kolegę. - Ah! - Pisał dziś do mnie, nie mogłem się wymówić - to mówiąc,
wyjął list i podał pytającemu, który go przejrzał uważnie i zwrócił
ze słowami: Co to za Józef P... skądś znam to nazwisko? - Służy na naszej kolei w N. - Ah, przypominam go sobie! Szczupły, brunet, twarz jak u
kobiety, ładny chłopak. Jan niewiele zwracał uwagi na rozmawiających, lecz
usłyszawszy znajome sobie nazwisko, obrócił się żywo ku siedzącym i
zapytał śpiesznie: - Który z panów zna Józefa P.? Czy daleko stąd mieszka?
Czy pan jedzie do niego? - Tak! - Prędko? - Pierwszym pociągiem. - To on zajmuje jakąś posadę na kolei? - Tak jest. - I bardzo chory? - Niebezpiecznie, suchoty w ostatniem stadjum. Choruje
blisko rok, i lekarze nie robią już żadnej nadziei. - Nic o tem nie wiedziałem. Prawda, bo i skąd? - westchnął
Jan. - Od kogo mogłem wiedzieć? Niech się panowie nie dziwią, że
się tak interesuję losami Józia, ale to jeden z moich dobrych
kolegów szkolnych. Od czasu wyjścia ze szkoły, to jest od lat
kilku, nie widzieliśmy się ani razu. - Pan stale tu mieszka? - O, nie. - Zapewne czeka pan na pociąg? - Doprawdy, tak mnie ta wiadomość o chorobie Józia
zaskoczyła, chciałbym go widzieć, ale... staje na przeszkodzie
kwestja tego rodzaju... - Że nie ma pan czasu... - Mam go aż za wiele - zato nie mam pieniędzy na podróż...
A! dziwi panów moja otwartość? Tak, panowie, nie mogę uczynić zadość życzeniom serca, aby
odwiedzić dawno niewidzianego kolegę, bo nie mam za co kupić biletu
- mówił Jan swobodnie, z pewnym cynizmem człowieka, któremu
wszystko jedno. Patrzyli na niego, zdziwieni odwagą, z jaką się przyznawał
do nędzy, a jeden z nich szepnął coś nakształt usprawiedliwienia: - No, przecież chwilowe braki każdemu się zdarzają... - O, u mnie jest to chroniczne i, zdaje się, nieuleczalne,
mówię otwarcie, boć nędzy uczciwie nabytej nie potrzebuje się
wstydzić - odparł Jan z gorzkim uśmiechem. - I właśnie przed
przyjściem panów, paląc papierosa, obierałem sobie rodzaj śmierci.
Mam tylko dwa rodzaje do wyboru - drzewo - lub pod pociąg;
skłaniałem się ku ostatniemu, bo to daje śmierć prędszą. - E! żartuje pan! - Nie, panowie! nie żartowałem! To, co powiedziałem,
wykonać muszę - dodał silnym głosem, z ogniem niezłomnego
postanowienia w oczach. - Wprawdzie żal mi się teraz zrobiło,
usłyszawszy o dawnym druhu, który jest niedaleko, ale cóż robić?
może to i lepiej, prędzej skończę, a tak mógłbym się łudzić,
żałować życia... Czas kończyć! - Umilkł i zapadł w ponurą zadumę... - Ależ panie, cóż za powody, które mogą skłaniać do tak
potwornego kroku? - Głód! Nie mam miejsca, zajęcia, a pracą rąk zarobić nie
mogę, nie umiem. Nie jest to wesołe, ale prawdziwe... Siedzieli, milcząc, nieznajomi od czasu do czasu zwracali
niespokojny wzrok na Jana, stwierdzając prawdę słów jego nędznym
stanem garderoby i twarzy. Po kilku chwilach przykrego milczenia
jeden z nieznajomych odezwał się: - Jedź pan ze mną, postaram się przewieźć pana... Jan spojrzał niechętnie, lecz rzekł: - Dobrze, dziękuję... - Niema za co. Niech pan tu na mnie poczeka, idę wystarać
się o furmankę - dodał żartobliwie i wyszedł. Jan siedział milczący, palił papierosy i odganiał cisnące
się uporczywe myśli: - Co będzie, to będzie - wszystko mi jedno - odwlecze to
śmierć na kilka dni, i tak wkońcu rzucę się w jej ramiona. Hej!
gdzie te czasy marzeń, gdy z upragnieniem wpatrywało się w
przyszłość? Wszystko przeszło! ale nie jako dalszy ciąg marzeń...
tę resztę, co pozostała, niedługo zlikwiduję pomyślał i mimowoli
podniósł rękę ku szyi, odczuł coś nakształt łkania Skąd mu to
przyszło? przecież nie z żalu za potworną farsą życia!... Biedny
Józio! Mógłby żyć, a musi umierać... Dalszy ciąg tych bezładnych
myśli i uczuć przerwało wejście nieznajomego, który już od progu
wołał: - No, chodź pan... Wszyscy trzej wyszli na peron. Pociąg stał już na stacji. Tłumy podróżnych sadowiły się z
pośpiechem w otwartych wagonach. Widno było od mnóstwa świateł.
Śnieg miejscami przybierał złotawo-fioletowy odcień, Czerwone mury
stacji, oświetlone od dołu, miały w sobie martwą zadumę kamieni. Zadźwięczał dzwonek. - Chodźmy, prędzej! - przynaglał nieznajomy. Gdy stanęli
przy maszynie, poszeptał coś z maszynistą i przedstawił mu Jana.
Poczem, jakby na usprawiedliwienie, dodał przy pożegnaniu: - Nie mogłem pana umieścić w wagonie - będzie kontrola.
Ale i tutaj swobodnie pan dojedzie, zobaczymy się w N.! Do
widzenia! Jan wdrapał się na maszynę. Stanął zboku. Jednocześnie
prawie rozległ się ostry gwizd, i pociąg ruszył. Przymknął oczy. Przez chwilę wydało mu się, że jakaś
nieznana a potężna siła porywa go i niesie ku nieznanym światom i
losom. Pociąg biegł po wyciągniętych, jak struny, szynach, które
przez okienko maszyny było widać, odrzynające się czarną linją na
tle śniegu. Ziemia zdawała się uciekać wtył, latarnie przy domkach
dróżników tworzyły nieskończony sznur o węzłach ze świateł. Pociąg
pożerał przestrzeń, sapał, kołysał się czasami, jakby dla nabrania
większego rozpędu, i biegł, przyświecając sobie dwiema latarniami
na przedzie. Czasami kominem wybiegały roje, miljony złotych pszczół,
rozsypujących się jak płaszcz ognisty na śnieg, na lasy, i biegły
chwilę za pociągiem jak ogon komety. Jan siedział na węglach, wprost drzwiczek pieca, twarz
palił mu ogień, a plecy kostniały od przejmującego mrozu. Było mu dobrze. Zdawało mu się, że jest cząstką tego
olbrzyma, który biegł naprzód, pchany potworną siłą. Czuł jakieś
nieznane podniecenie, przymykał oczy i poddawał się wrażeniu, które
nie było ani snem, ani marzeniem, lecz jakiemś powolnem pogrążaniem
się w spokoju, w niepamięci, w niebycie... Zatrzymywali się prawie
na każdej stacji. - Daleko jeszcze do N.? - spytał maszynisty. - Za pół godziny będziemy - brzmiała odpowiedź. Jan wstał, oparł się o rezerwuar z wodą i ogarnał wzrokiem
ogromną przestrzeń. Księżyc się już był ukazał w całej pełni,
oświecając rozległe pola. Na prawo ciągnęła się długa linja lasów.
Na lewo rozrzucone gdzie niegdzie wioski czerniały niebielonemi
ścianami domów w krótkich linjach - siedziały poważnie, otulone
dachami, pokrytemi śniegiem. Gromady drzew, ogołoconych z liści,
stały surowe i czarne. Chwilami do uszu patrzącego dochodziły
naszczekiwania psów i jakieś nieuchwytne szmery - to pewnie wiatr
niósł echa tych tam uśpionych, echa przebrzmiałych śmiechów lub
płaczów, które się tułały w spokojnem powietrzu - Dojeżdżamy! zawołał maszynista, i rozległ się
przeraźliwy gwizd. Przed nimi w nieznacznem oddaleniu zamajaczyła
grupa czarnych murów i światełek. Pociąg stanął. Jan, podziękowawszy maszyniście, wysiadł,
rozglądając się ciekawie. Nieznajomy wkrótce się zjawił, i, obszedłszy pociąg z
drugiej strony stacji, weszli do niewielkiego domu.
III.
Wchodząc do dobrze oświetlonego pokoju, zaraz od progu
ujrzał chorego, który na widok wchodzących chciał się podnieść,
lecz brakło mu sił, jęknął tylko cicho i wychudzoną rękę wyciągnął
na powitanie. Jego niespokojne oczy badawczo zatrzymały się na
Janie. - Józiu, nie poznajesz mnie? Chory patrzył przez chwilę i zawołał, uśmiechając się
radośnie: - Jasio! Mój Jasiek! Uściskali się serdecznie. - Co za szczęśliwe zdarzenie! Co za traf błogosławiony -
szeptał chory. Lecz wysiłek i wzruszenie zatamowały mu od dech.
Krew rzuciła się ustami. Gdy zatamowano odpływ, chory leżał
spokojnie czas jakiś, poczem, zwracając się do Jana, cicho
wyszeptał: - Ot, widzisz, co się ze mną stało? Konam powoli już od
paru miesięcy i umrzeć nie mogę. Pamiętasz, jaki zdrów byłem?
Pamiętasz? - i uśmiech rozjaśnił mu wyniszczoną twarz. - Ale i ty,
mój Janku, nieszczególnie wyglądasz, zmizerniałeś! Mój Boże, tyle lat, jakeśmy się nie widzieli! - W lipcu skończyło się osiem - dodał Jan. I poczęli sobie opowiadać, co przeszli, co przecierpieli.
Jan z gorzką rezygnacją przedstawiał swoje borykania się z losem -
ostatni zawód opowiadał szczegółowo, lubując się wrażeniem, jakie
mowa jego wywierała na schorowanym, nerwowym Józiu, który co chwila
przerywał opowiadanie wykrzyknikami, pełnemi współczucia. Dziwna rzecz, Jan mimo radości, jaka mu sprawiała myśl, że
uściśnie dawnego druha, gdy go ujrzał, ochłódł, coś się w nim
zerwało, jakby ta nić sympatji, która ich dawniej łączyła. Zamknął się w sobie, choć nazewnątrz był wylany. Z jakiemś
dziwnem uczuciem wzrok jego ślizgał się po skromnych meblach, żeby
tak powiedzieć, bezwiednie taksująco. Długo w noc gwarzyli o przeszłości; chory ożywiał się,
zapalał, twarz mu pojaśniała. Zwierzył się Janowi z uśmiechem
poczciwej radości, że miał narzeczoną. Pobiorą się, jak
wyzdrowieje. - A żebyś wiedział, jaka dobra, jaka rozumna, serdeczna
dziewczyna. - Kochacie się? - szepnał Jan z jakąś niechęcią w głosie. - Czy się kochamy? dobry sobie! - uśmiechnął się z
politowaniem, że można pytać o to. - A ty, Jasiu, nie kochasz, nie
żenisz się? - Mój drogi Józiu, daruj, ale ci powiem, że kochają się
tylko ci, którzy mają wiele pieniędzy, wiele czasu, wiele naiwności
i jeszcze więcej wiary w braterstwo dusz, w szlachetność pobudek i
tym podobne rzeczy, nie istniejące nigdzie, prócz moralnych ksiąg,
pisanych gwoli większego umoralnienia moralnych szczepów i
moralnych latorośli. Wierzą w miłość ci tylko, co nie żyli jeszcze,
ci, którzy sami, bez opiekuńczego bóstwa, żyćby nie mogli, którzy
koniecznie potrzebują fetysza i znajdują go, o głupoto! w kobiecie!
Składają na tym ołtarzu wszystką wiarę, miłość, honor nieraz...
Wystawiać z najlepszej cząstki swego ja ołtarz i posadzić na nim...
papuge... to przecież śmieszne i godne politowania... Zresztą -
dodał po chwili - może ja się mylę! Może są kobiety dobre, rozumne,
pełne poświęcenia i miłości, ja nie miałem szczęścia czy
sposobności je widzieć. Te, które dotychczas spotykałem, były to
gęsi, ptasie mózgi, kłamczynie, istoty, robiące wrażenie manekinów. - Nie mówmy o tem - szepnął Józef. W przymkniętych oczach
widniała uraza, czuł się dotkniętym. Po jakimś czasie dopiero
rozjaśnił twarz i starał się na nowo nawiązać rozmowę. Nie udawało
się, rwała się co chwila, bo Jan, zatopiony w ponurej medytacji,
odpowiadał monosylabami i niechętnie. Był poruszony wspomnieniami,
cyniczne określenia wyrywały mu się na usta, w sercu czuł coś, co
go bolało jeszcze... Józef kazał posłać na sofce, stojącej wprost jego łóżka. Gdy się Jan rozebrał, chory zawołał: - Uściśnij mnie na dobranoc! - Przebacz, zapomniałem, nie miałem sposobności życzyć
komuś dobrej nocy. Uścisnęli się serdecznie. Janowi, idącemu do łóżka, przyszły na myśl słowa
Naczelnika: "Gdybyś się pan zgłosił później, może się jakieś
miejsce otworzy!" Może? - i z tem pytaniem na ustach położył się.
Czysta pościel podziałała nań kojąco, rozkoszował się, przewracał z
błogą ociężałością, przykładał twarz do poduszki z lubieżną
pieszczotą, przesuwał dłonią po prześcieradle, nurzał się w
rozkoszy - wkońcu zasnął. Dzień był jasny, kiedy się obudził i przypomniał, gdzie
jest. - W rezultacie cóż zyskałem? - myślał. - Jedną noc,
przespana w ciepłej izbie, może jeden dzień, w którym się odżywię
porządnie, a później? a co potem? - Przymknął oczy, bo światło,
padające z okna na twarz, oślepiało go. - A później? - ponowił
zapytanie z dzikim uporem... Jasno, bez wyjścia, całe okropne jutro
stawało przed nim. - Żebrać nie będę!... - Musisz zdychać -
powiedział sobie. Gdyby był jakiś sposób wywinięcia się ze szponów
nędzy, ale jaki? Znał na kilku stacjach urzędników i oficjalistów.
Postawił sobie pytanie: - Może który z nich umrze albo go wyrzucą?
- i rozsnuwał coraz śmielsze rojenia na ten temat. Tyle
niemożliwych rzeczy się dzieje, dlaczegóżby jemu jakie
niespodziewane wypadki nie mogły przyjść z pomocą? - Są tacy, którzy sami sprowadzają wypadki, to nawet prawo
walki! Podstęp! Walki z kim? Z człowiekiem, którego słaby oddech
zaledwie dał się słyszeć? Nie! - z losem. Kula nie zawsze trafia -
choć zawsze wyrzuconą jest w tym celu. Cóż z tego - fatalność ją
niesie. Nie zawsze - częściej oko posłuszne chęci... i trafia, musi
trafić, gdy się chce trafić, gdy potrzeba... Podobne myśli snuły się w mózgu Jana jak szare cienie,
odgradzał się od nich wstrętem, stawały się wyraźniejsze,
natarczywsze. - Ładne mieszkanie - myślał, zwracając gwałtem uwagę w
inną stronę, na ściany, meble, firanki. Pokój umeblowany był
starannie i ze smakiem. Przy łóżku stało krzesło wyściełane, nie
mógł się powstrzymać, aby nie dotknąć ręką materji, jaką było
obite. - Droga - szepnął kilka rubli łokieć! Kilka rubli! Ha! kto
może... to powinien - dokończył w myśli. Zapalił papierosa. Jednocześnie zbudził się Józef. - Dzień dobry, jakże spałeś? - Jak nie można lepiej - przeciągał się Jan z
przyjemnością i wypuszczał kłęby dymu. Józef zakrztusił się silnie. - Proszę cię, przestań palić, ten dym piersi mi rozrywa... Jan cisnął z gniewem papierosa i wstał, ubierając się
śpiesznie. - Wychodzisz? - Nie! - A palto? - Palto jest tak dobrem okryciem w mieszkaniu jak surdut,
którego nie posiadam - odparł prawie wesoło. Chory zmarszczył się, kąty ust mu zadrżały, niespokojne
oczy wodził po Janie. W twarzy znać było wahanie. - Jasiu! Mój drogi, nie gniewaj się na propozycję, jaką ci
zrobię - szeptał chory, jąkając się. - Poco te omówienia! Nie masz
wiele garderoby, a ta, którą posiadasz, nie jest w zbyt świetnym
stanie. A ja, widzisz - mówił, jakby się usprawiedliwiając - mam
jej aż nadto. Wybierz... Jan przerwał mu dość szorstko. - Dziękuję, ale nie mogę i nie chcę... - Nie robię ci podarunku, ale pożyczam, przyjdą lepsze
czasy, to mi oddasz. - Jeszcze raz dziękuję ci serdecznie. Jest to
przyjacielska usługa, poznaje cię w tem, ale mnie w obecnem
położeniu wydałaby się jałmużną. - Mógłbyś wziąć! - Tak, ale nie wiem, czy mógłbym oddać. - Bo... bo... w tych dniach ma przyjechać Ada z matką,
odwiedzić mnie. - Ah! rozumiem - moja prezencja jest niemożliwą w tem
ubraniu! - Oh, nie! ale kobiety... - Ależ nie będę cię krępował, wyjdę sobie na czas ich
wizyty. - Kiedy właśnie mnie chodzi o to, abyś je mógł poznać,
ciekaw jestem wrażenia, jakie zrobią na tobie. - Mój Józiu, poco mi to? Jestem dziś tutaj, jutro mogę iść
w świat, nawet pójdę - i więcej ich widzieć nie będę. Nie zrobiłbym
dodatniego wrażenia. Nawet kto wie, czy nie robiłyby ci wymówek, że
masz kolegów takich hołyszów! Widzisz, to przecie kobiety! - rzekł na usprawiedliwienie,
gdy mu Józef podczas ostatnich słów energicznym gestem chciał
zaprzeczyć możliwości podobnych przypuszczeń. - Jaśku! nie możesz tak mówić, sprawiasz mi przykrość, to
jedno, a drugie, nie znasz, więc nie sądź! - Et, wszystkie kobiety jednakowe - sądzą tylko z tego, co
widzą. - Ale nie Ada. Mój drogi, zrób to dla mnie, poznaj się z
niemi, one nikogo z moich nie znają. - A to poznają ładny egzemplarz - roześmiał się Jan. - Jeśli choć trochę dobrze mi życzysz, jeśli cię cokolwiek
obchodzę, to nie mów o odjeździe, nie mów... Tak dawno
niewidzianego miałbym znów stracić? nie! Zrobisz mi łaskę, jeśli
zostaniesz przynajmniej do wiosny. Jestem chory, będzie mi czas
milej przechodził, a żebyś się nie znudził, sprowadzę ci książki.
Możesz czytać, rozmyślać... Z wiosną będe zdrowszy... z całych sił
będę się starał wynaleźć ci gdzieś miejsce, łatwiej mi to
przyjdzie, niż tobie, mam stosunki, znajomości... Zostań, Jaśku,
nie myśl, że mi zrobisz jakąś różnicę w wydatkach... żadnej...
wobec przyjemności, jaką mi to sprawi, móc choć trochę pomóc
przyjacielowi. Nawet Ady nie urażę, wdzięczność mieć będzie dla
ciebie, że jesteś ze mną. Zostań! Zostaniesz, prawda? Jan stał milczący, wpatrzony gdzieś przed siebie,
zatopiony w marzeniu czy w obliczaniu. Co chwila rzucał przenikliwe
spojrzenia na twarz mówiącego, pokrytą ciemnemi plamami, spoconą
wysiłkiem, jaki sprawiała mu rozmowa. Chory w przestankach oddychał
ciężko, z trudem wyrzucał urywane zdania, śpiesząc się, jakby w
obawie, aby mu sił nie brakło. Chustka, którą co chwila przykładał
do ust, pokryła się plamami krwi. Znać było ogromne wyczerpanie. Jan dopiero na dźwięk słów: "Zostaniesz, prawda?"
rozjaśnił twarz jakąś zimną serdecznością, uścisnął rękę Józefa i
rzekł cicho: - Zostanę... Józef wynurzał mu swoją wdzięczność. - Wiec wybierz sobie ubranie! - Dobrze... ale jeszcze nie dzisiaj - nie - za wiele
odrazu, za wiele... Przygniatasz mnie swoją dobrocią! Dlaczego to
robisz? By mi pomóc? A wiesz, komu pomagasz? Czy pomyślałeś, że
między mną a tamtym Janem ze szkolnych czasów niema najmniejszego
podobieństwa? Czy pomyślałeś, że tyle lat, że taka ciągła walka o
byt musiała wycisnąć głębokie piętna na charakterze... Kto ja teraz
jestem? Nie... nie zrobiłeś tego. Znałeś mnie dobrym, łagodnym,
poświęcającym się dla drugich, szlachetnym idealistą. Takim mnie
znałeś, i takim zostałem w twoiem sercu. Takim ci się teraz wydaję,
tobie, któremu los nie poskąpił niczego, tobie, który nie rozumiesz
biedy, nędzy, który jesteś uosobieniem szlachetności i dobroci. Ale
osiem lat mojego życia, to streszczenie ośmiu tysięcy lat
niedoli... Nie mogłem zostać dobrym, bom miał codzienną strawę -
poniżenie. Nie mogłem zostać szlachetnym, poświęcającym się bo mi
nędza nie pozwoliła, złość ludzka, gorycz upokorzeń,
niesprawiedliwość losu. Przecież nie kradłem, nie oszukiwałem, nie
krzywdziłem nikogo... Nie piąłem się zajmować pierwsze miejsce przy
stole życia, chciałem wreszcie zostać tylko skromnym i jako tako
użytecznym pracownikiem w społeczeństwie, chciałem żyć - boć to
prawo moje... Wyrzucono mnie z kantoru jednego z banków za to, żem
czytał Marksa. Z redakcji, gdziem się przyczepił, za to, żem chciał
w czyn wprowadzić moje mniemanie o prasie... Byłem subjektem w
sklepie, nie okradałem mojego pryncypała, więc współtowarzysze
postarali się, aby mnie wypędzono. Nigdzie być nie mogłem, byłem za
uczciwy! Po takich przejściach nie mogłem wewnętrznie pozostać tem,
czem mnie znałeś. Wiele rzeczy z tych, co stanowiły moją istotę
moralną, odrzuciłem na śmieci. W te zaś, co pozostały, nie wierzę,
a wszystkiemi gardzę i nienawidzę, bo są i były sprawcami
wszystkich moich cierpień. Zresztą już doszedłem do granicy, gdzie
zaczyna być wszystko jedno! Upadłem! nie przez czyny, ale gorzej,
przez rozmyślanie o ich spełnieniu. Wszystko mi już jedno, czy będę
wyżej, czy niżej, czy komuś źle - ja wiem to jedno, że mnie jest
źle. Sam prawie już nie cierpię, chyba wtedy, gdy zwierzę we
wnętrznościach moich ryczy "jeść"! gdy mu nie mam co rzucić na
uspokojenie! Ale to ból fizyczny. Jeżeli na co czekam z
utęsknieniem - to na śmierć. Oby prędko przyszła, ta boska
pocieszycielka. Oby prędko... bo... bo się boję sam siebie... mówił
napozór głosem spokojnym, tylko po twarzy przelatywały mu
błyskawice nienawiści i bólu, a oczy płonęły ponuro. Chodził po
pokoju, przystawał, zapalał bezmyślnie papierosa, bezwiednie brał
różne drobiazgi z biurka i oglądał, nie widząc... - Ot, takim jestem! Więc widzisz, że mnie nie znasz i
chcesz wspomagać nieznanego? - Mój Jasiu, przez to, żeś tyle wycierpiał, jesteś mi
stokroć droższy, boś nieszczęśliwy niezasłużenie... - Politowanie! i tego mi życie nie oszczędziło! - Powiedz raczej: braterskie współczucie - szepnął Jan
wzruszonym głosem i, pochwyciwszy przechodzącego za rękę,
przyciągnął i ucałował serdecznie. Jan pozostał obojętny. Ta serdeczność, niespodziewana
pomoc robiły na nim bardzo małe wrażenie. Nie dziwił się, nie czuł
najmniejszej wdzięczności. Ale coś jakby zawiść wkradła mu się do
duszy. Gorycz upokorzenia nadzwyczaj bolesnego, że musi przyjmować,
rozlewała się po nim jak trucizna. - Dlaczego on to robi? - pytał
się w myślach, nie znajdując odpowiedzi. Nie mógł zrozumieć
pobudek. - Głupiec zawyrokował. - Dobry głupiec! Kilka dni zeszło im dość szybko. Józef ożywił się, miał
się lepiej. Natomiast Jan sposępniał. Napozór był dość serdeczny,
czuwał nad chorym z pewną nawet troskliwością. Czytywał mu książki,
uprzedzał życzenia, na każdym kroku starał się okazywać
przywiązanie. Rozmawiali po całych dniach. Ale w głosie dźwięczał
jakiś przymus, serdeczność była jakby politowaniem, a szorstkość
nieznaczna, wporę tłumiona, gniewem. Czasem wzrok uderzał skośną
błyskawicą i jak sztylet padał na chorego. Usta zacinały się
złowrogo. Jakiś niepokój, walka toczyły się w jego mózgu. Miewał
dziwne popędy, które starał się stłumić i zapanować nad niemi. Czasami stawał, podnosił rękę do góry, oczy rzucały
błyskawice, z piersi wydzierał się krzyk straszny, lecz usta
pozostawały nieme. Co to było? Skąd przyszło? Było to coraz jaśniejsze ogarnianie swego położenia,
dotychczasowej nędzy, i wściekły bunt zdrowego, pełnego sił
organizmu, skazanego na zagładę. Jakiś szał druzgoczący, szalona
chęć walki, chęć zwycięstwa, triumfu wypełniała mu duszę, sprężała
muskuły i przywodziła na usta groźne, barbarzyńskie "vae victis".
Lecz nie tej walki, którą dotychczas prowadził, apatycznej,
zgorzkniałej, ustępliwej. Nie, nie takiej walki... Czuł w sobie
nadmiar sił, potrzebujących ujścia, nadmiar woli, potrzebującej
celu. Czasami rzucał swej rozognionej wyobraźni słowa chłodnej
rozwagi: - Czy zwycięstwo zetrze z duszy pamięć cierpień? Czy
wytrwam w postanowieniu? W jakim celu? Wszystkie idee
najwznioślejsze i najdziksze muszą mieć jakiś cel ostateczny, nie
materjalny. A jakiż ja mogę mieć cel? Co zyskam przez zwycięstwo?
Pełny żołądek, przyzwoite mieszkanie, trochę grosza! - Roześmiał
się w duszy pogardliwie: - Nie warto! A jednak z pewną przyjemnością żył we względnym
dobrobycie, z pewną przyjemnością rozglądał się po schludnem
mieszkaniu spożywał obiady, palił dobry tytoń. Z przyjemnością spoglądał w lustro, widząc twarz swoją
wypełniałą, białą, delikatniejszą. Śmiał się sam z siebie, ale z
pewnem zajęciem śledził, jak dobre odżywianie wpływało na niego.
Miał głód, zimno, niewygody. - Dostał jeść, ciepłe mieszkanie,
uprzedzającego przyjaciela - Używajmy! - zawołało w nim zwierzę. -
Hola! ogryzajmy kość rzuconą zwolna, a myślmy, jak się dostać do
mięsa! Nie pokazywał się na stacji, spostrzegłszy, że zwraca
uwagę swym zaniedbanym wyglądem. Litościwe spojrzenia oburzały go
do głębi. Byłby kopał ludzką głupotę, a że nie mógł, więc tylko
gniew oblewał mu twarz rumieńcem. Zaciskał pięści. Złość wkradała
mu się do duszy i chęć zemsty. Walczył ze sobą. Znajdywał jeszcze w
sobie męstwo powstrzymywania się, odpędzania myśli, ale marzeń
ponurych nie mógł się pozbyć... Jakoś w miesiąc po jego zainstalowaniu się przyjechała
narzeczona Józia. Stanęła u brata, zawiadowcy miejscowej stacji. Józef był w wyśmienitym humorze, czuł się prawie zdrowym,
promieniał szczęściem. Zmusił Jana do przebrania się, sam mu nawet,
oparty o poduszki, wybierał, doradzał... Gwarzył wesoło, śmiał się,
dowcipkował, kaszel miał mniejszy, blade rumieńce na twarzy.
Uczesał się z pewną starannością i, pomimo energicznego protestu
Jana, wstał i ubrany w szlafrok, w wysokim, skórzanym fotelu
siedział oczekując niecierpliwie... Jan, jak mógł, dopasowywał się do trochę ciasnego surduta
i z pewną ciekawością spoglądał w okno. Wyglądał bardzo
przyzwoicie, pominąwszy za czerwone ręce, twarz, miejscami pokutą
czerwonemi plamami od mrozu, robił wrażenie przystojnego mężczyzny. - Dobra... poczciwa! - szeptał Józef. Jan uśmiechał się pod wąsem z zakochanego. Ciekaw był
ujrzeć ten ideał folwarcznej Heby, gęsi czy kobiety? Doczekali się nareszcie. Przyszła z matką. Józef wyciągnął
ręce do niej, podała mu swoje obie - całował namiętnie, szepcząc: -
Dziękuję, dziękuję... - Kocha go - śliczna! - zauważył Jan, gdyż już cały akt
rekomendacji się odbył i zakochani wrócili do siebie. Odsunął się w głąb z matką, aby nie przeszkadzać. Matka,
cicha jakaś dotychczas, przysunęła się do niego, rozwodząc szeroko
żale i troski swego matczynego serca nad chorobą Józia. Poczciwość
biła staruszce z twarzy, jak wymowa z ust, niepowstrzymanym
potokiem. Słuchał dość cierpliwie, odpowiadał w miarę przytakując. - Pan dawno Józia zna? - zaczęła go wybadywać. - Dawno, szesnaście lat. Stara zamilkła, popatrzyła w twarz Jana i szepnęła niby
dyplomatycznie: - Pan także jak Józio służy na kolei? - Nie, pani - A widząc, że otwiera usta, aby się zapytać
gdzie, dodał prędko: - Nigdzie! - O, o, nigdzie, nie na kolei, bo widzi pan, teraz wszyscy
młodzi starają się zaczepić na kolei - bo, widzi pan, jakby
powiedzieć, na ten przykład, dają pensję, mieszkanie, opał,
światło, o! o! Mój syn, panie, na ten przykład, zawiadowca, żeby
pan wiedział, co się nastarał, nachodził, był także w klasach, na
ten przykład, i dostał miejsce... Jan już prawie nic nie słyszał, co mówiła, bo słuch miał
wytężony w kierunku zakochanych, którzy, siedząc przy sobie, oparci
ramionami, szeptali półgłosem. Cały był we wzroku. Panna Adela wstała: - Muszę tu porządek i ład zaprowadzić - szczebiotała,
spoglądając na biurko, stoliki, zarzucone mnóstwem bezładnie
poustawianych drobiazgów. - Pomogę - zawołał Józef, chcąc się podnieść. Jednym
skokiem znalazła się przy nim, przytrzymała mu ręce i z minką
figlarną wołała, tupiąc nogą: - Siedzieć, słuchać, nie ruszać się, być zdrowym - musnęła
mu rączką po twarzy i odbiegła, wesoło krzątając się po mieszkaniu
z komicznem narzekaniem: - Ach, jak ci kawalerowie mieszkają! Jakoś jasno zrobiło się w pokoju, wesoło, ciepło. Jan
mimowoli spojrzał ku oknu. Nie, to ona wniosła ze sobą promień
słońca, wiosnę, życie. Niewielką główkę, okoloną ciemnemi splotami
włosów, nosiła prosto, dumnie. Piwne, ogromne oczy miały blask i
miękkość aksamitu. Dwa łuki brwi ciemnych, prawie czarnych,
odznaczały się wydatnie. Czoło wąskie, gładkie, białe, na skroniach
poprzerzynane siatką niebieskawych żyłek, wypukłe występowało z pod
gładko przyczesanych włosów. Nos długi, cienki, usta dość duże, o
pełnych, wiśniowego koloru wargach, miały słodycz i wdzięk
nieświadomości. Owal dobrze zarysowany, tylko broda trochę naprzód
wysunięta i szczęki dość wydatne nadawały dolnej połowie twarzy
charakter szczególnej zmysłowości. Wzrost więcej, niż średni, kibić wysmukła, kształtna
dopełniały całości. Uwijała się z żywością, wesoło gospodarując, perlista
kaskada śmiechu brzmiała od czasu do czasu. Józef siedział
zapatrzony w nią, jak w cud dawno oczekiwany, w niemej, pełnej
szczęścia kontemplacji. Jan jakiś roztargniony, dotknięty, obserwował. Wzrokiem
biegał bezustannie po całej jej postaci, chwytał spojrzenia,
uśmiechy, profil, kontury, wdzięk poruszeń. Poustawiała wszystko, odsunęła się, obrzuciła całość okiem
znawczyni i zawołała wesoło: - No, teraz możliwie! Co też panowie robili przez całe
dnie? - spytała, oczy jej przypadkiem spoczęły na otwartej książce,
porzuconej na kanapie. - Da się streścić w dwóch słowach: czytali i rozmawiali. - I? - I czasem rozmyślali o nieobecnych. - Czy o nieobecnych - nie wiem, ale że czytali - widzę. Pochyliła się, aby wziąć książkę, lecz Jan zakrył ją
śpiesznie i zawołał z udanem przerażeniem: - Nie wolno - na indeksie - wyklęte... - Przez kogo? - Przez Wielkiego Jałmużnika dóbr duchowych. - Ah! a tytuł książki? - Uranja, Flammariona. - Uranja! to kobieta, bohaterka pewnie tego romansu? - O, nie, to gwiazda, planeta! - E! to musi być nudne. Czytałam jakąś powieść pod
podobnym tytułem, tj. nie takim samym, ale także dziwnie
brzmiącym... ah! przypominam sobie - Safo! - Daudeta! - Nie, tam było napisane tylko "Safo" a nie "Safo
Daudeta". - Gęś - mruknął Jan i spuścił wzrok, bo wstyd mu było
spojrzeć jej w oczy i Józiowi... - Szkoda! Odchodząc, obiecała codzienne odwiedziny. Na pożegnanie
podała rękę Janowi. Ciepła, delikatna, miękka dłoń podziałała nań
dziwnie przyjemnie... byłby ją dłużej zatrzymał, lecz nie śmiał. Skoro wyszły, Józef zawołał triumfująco: - No cóż? Przesadziłem? Jakże ci się wydała? Jan, milcząc, chodził po pokoju. - Nie odpowiadasz, sumujesz wrażenia? - W istocie, i to wrażenia bardzo dziwne a przyjemne. - A widzisz - w rezultacie jednak?.. - Bardzo ładna, pełna wdzięku... Zrobiłeś, o ile mi się
zdaje, szczęśliwy wybór... - Jestem o tem najmocniej przekonany... - Dawno się znacie? - Przeszło rok... poznaliśmy się tutaj na stacji, u jej
brata... - Zawiadowcy - dokończył Jan. - Skąd wiesz, że to jej brat? - Mówiła mi matka o synu zawiadowcy. - Uśmiechnął się,
podkreślając ten wyraz. Józef zrozumiał ironję i jął tłumaczyć: - Widzisz, to prosta kobieta, prosta, ale zacności, chlubi
się dziećmi, bo je własną pracą wychowała i wykształciła, jak
mogła... Syn ukończył kilka klas, Ada pensję... Jest rozumna,
wykształcona, gra na fortepianie, mówi po francusku... Jan o mało nie parsknął śmiechem, ale wporę się
powstrzymał. - Tak, kobieta z talentami - dodał. - Cóż ci matka mówiła? - Bardzo wiele, o twojej chorobie, o synu, byłaby mi nawet
opowiedziała okres ząbkowania panny Adeli, ale nie było czasu. - Tak, jest czasami śmieszna, ale ponieważ to z
przywiązania robi, więc... - Więc nie godzi się żartować? Rozumiem. Zresztą ja nie
żartowałem, tylko tak mimowoli wtrąciłem uwagę - usprawiedliwiał
się. - Żebym to jak najprędzej wyzdrowiał - wesoło a głośno
opowiadał Józef. - Co to teraz? Luty - to w maju jużbym się ożenił! - Jeżeli wyzdrowiejesz, jeżeli żyć będziesz - pomyślał
Jan, który od doktora dokładnie znał stan choroby. Zresztą niewiele
się odzywał. Szerokiemi krokami przemierzał pokój i rozmyślał o
szczęściu innych. - Są szczęśliwi, są! niewiele im potrzeba do szczęścia, to
prawda! - Więc tobie niewiele brakuje do zupełnego szczęścia? -
zapytał, stając przed Józefem. - A tak! niewiele. Wyzdrowieć, ożenić się! - I? - I nic więcej, cóż mogę więcej żądać? Być kochanym -
kochać, mieć jaki taki byt, to dla mnie wystarczające. Stworzyć
sobie maleńki swój świat. Wypełnić obowiązki serca, zharmonizować
się z otoczeniem, dostroić do okoliczności. Nie zaznać wielkich
cierpień, nie marzyć, nie szybować po wyżynach, ani nie pełzać -
tylko iść, iść gładko, równo, wielkim gościńcem... - Pospolitości - dorzucił Jan. - A tak, niech będzie pospolitości, jeśli ta pospolitość,
jak ją nazywasz, będzie szczęściem! - Względnem! - Mniejsza o to, czy to szczęście jest sobie zwyczajnem,
pospolitem szczęściem, aby tylko niem było. Zresztą może, będąc
szczęśliwym, nie analizuje się rodzaju swego szczęścia? - O, tak! Przejść przez życie pod pachę z żoną - do tego
ładną, być elegancko ubranym, dobrze odżywionym, z pewnym
zapasikiem grosza na nieprzewidziane, z kapeluszem w ręku, z
ukłonami dla zwierzchników, z uściśnieniem dla kolegów i gotowym
pocałunkiem dla powinowatych. No i nie myśleć, przedewszystkiem nie
myśleć, i być wszystkiem, byle tylko nie sobą, i spocząć,
opłakiwany przez bliskich i znajomych... To szczyt, to ideał życia
porządnego człowieka! Małpy, psiakrew! - zaklął gburowato. Był dziwnie wzburzony. Ta jasna perspektywa, jaką mu Józef
ukazywał, przepoiła go żółcią, prawie zawiścią. - A ja tego nigdy mieć nie mogę? Zawsze wlec się na
łańcuchu nędzy? Nie zaznać spokoju, ni szczęścia!... A niech cie
pioruny spalą! - Ciskał się w sobie, jak tygrys w klatce, z
tęsknoty do słońca, przestrzeni, wolności! Okrutny żal do swoich,
do losu, do ludzi opanował go. Pragnienie szczęścia owładnęło mu
duszę, że wyciągał mimowoli ramiona, oczy zachodziły mu łzami
prośby do tej nieznanej a tak upragnionej szczęśliwości - usta
szeptały słodkie, choć groźne słowa zaklęcia: - Muszę cię posiąść,
musisz przyjść do mnie choć na dzień jeden, na godzinę. Musisz!
Zniewolę cię siłą, jeśli nie uproszę, porwę choć przez łzy cudze,
przez krew czyjąś, jeśli sama nie przyjdziesz! - Upadł na kanapę,
wyczerpany, rozstrojony, zakrył twarz rękami, bo łzy mimowoli
spływały mu po policzkach, i łkał... Józef nie rozumiał tej niemej sceny, nie mógł pojąć, co mu
się słało, zaczął pytać, lecz Jan nie odpowiadał, więc zamilkł,
odwrócił się, wyciągnął na fotelu, okrył nogi kołdrą i zasnął.
***
Codziennie po południu przychodziła panna Adela z matką,
czasami z bratem lub ze służącą. Była zawsze pełna wesołości i
niewyczerpanej troskliwości o zdrowie Józefa, nad którym czuwała z
macierzyńską dobrocią. Przyjście jej rozjaśniało twarz Józefa, a
smuciło coraz bardziej Jania. Sprawiało mu niewypowiedzianą przykrość słuchać i patrzeć
na tych dwoje kochających się. Najczęściej wychodził, pozostawiając
ich samych, aby za chwilę powrócić, siąść gdzieś na boku i patrzeć
na jej słodką twarz, pożerać wzrokiem linje jej postaci i śmiać się
w duchu z siebie, a złorzeczyć wszystkim... Zanikała w nim powoli
niechęć ku niej. Robił się jakimś cichym, powolnym. Mógł jej nie
widzieć, ale nie mógł o niej nie myśleć. Powoli przywykał do tych odwiedzin, żył niemi prawie. Nie
wiedział, co się z nim działo, ale z chciwością zagłębiał się w to
zaczarowane koło bez wyjścia. Tylko w miarę posuwania się po
nieznanej dotychczas drodze czuł coraz większą, instynktowną
niechęć do Józefa. Po wyjściu Ady siedział nieraz godzinami, milczący, bez
ruchu, obezwładniony uczuciem, jakie się budziło w jego sercu. To znów chciał się zrywać i uciekać. Lecz wolę miał
skrępowaną temi godzinami odwiedzin, czarem, urokiem, jakim nań
działała Ada, jakąś rozkoszną niemocą, jaką czuł w sobie, patrząc
na nią, dotykając jej ręki na pożegnanie. Nie mógł odejść. Patrzył z lękiem w okna, na świat, gdzie
marcowa pogoda wyprawiała harce, lejąc deszczem, sypiąc śniegiem,
lub mrożąc lodowatym wiatrem. Nie mógł się zdecydować na odejście i
zaczynał nie chcieć. - Co będzie jutro? zobaczę... - myślał, wpatrując się w
twarz Józefa wzrokiem tak przenikliwym, jakby chciał podpatrzeć, na
jak długo starczy mu jeszcze życia. Czuł, że ze źrenic wypełzają jadowite pragnienia, a nie
mógł patrzeć inaczej. - Jemu myśleć o żonie - jemu! - myślał z politowaniem. Z
niepokojem, z zazdrością, gwałtownie rosnącą i z trudem ukrywaną,
patrzył, jak Józef szeptał, jak się pochylał ku jej twarzy, jak ją
całował, jak swemi wychudłemi, długiemi palcami przesuwał po jej
włosach. - Co to bydlę może mieć jej do powiedzenia? - myślał,
pochylając się nad książką, której nie czytał. Położenie z każdym dniem stawało się kłopotliwsze.
Cierpiał fizycznie i moralnie. - Muszę być chyba chory? - tłumaczył sobie. - Po tylu
czasach nędzy zmieniłem warunki życia, i to mnie rozstroiło. Pewne
wrażenie zrobiła na mnie, nic więcej - odpowiadał ukrytemu w głębi
zapytaniu.
Pozwalał się ogarniać uczuciu prawie bez protestu. Miłość zwolna
opanowywała jego istotę, jak fala, która zalewa równinę. Nie myślał
jeszcze, dokąd go ta miłość zaprowadzi, nie znając siły uczucia, do
jakiej jego niewystudzone serce było zdolne... Któregoś marcowego
dnia, wyjątkowo pięknego i słonecznego, przyszła wcześniej ze
służącą zrobić "wiosenne porządki", jak mówiła. Była tego dnia w
wyjątkowo dobrem usposobieniu. Oczy rzucały żywe i ogniste
spojrzenia, twarz, lekko zaróżowiona, jaśniała krasą młodości i
zadowolenia, purpurowe usta zdawały się oddychać pragnieniem
pocałunków i rozkoszy.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.