Krótka historia nauki - William Bynum

Kup ebooka

49.99 zł
39.99 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

1 Początki

2 Igły i liczby

3 Atomy i próżnia

4 Ojciec medycyny: Hipokrates

5 Mistrz tych, którzy wiedzą: Arystoteles

6 Cesarski medyk: Galen

7 Nauka w islamie

8 Wieki ciemne

9 Poszukiwanie kamienia filozoficznego

10 Odkrywanie ludzkiego ciała

11 Gdzie jest centrum wszechświata?

12 Krzywa wieża i teleskop: Galileusz

13 Cyrkulacja krwi: Harvey

14 Wiedza to potęga: Bacon i Kartezjusz

15 Nowa chemia

16 Rzucone do góry: Newton

17 Błyskawice

18 Wszechświat jako mechaniczny zegar

19 Porządkowanie świata

20 Powietrze i gazy

21 Drobiny materii

22 Siły, pola i magnetyzm

23 Świat dinozaurów

24 Historia naszej planety

25 Najwspanialsze widowisko świata

26 "Cegiełki" organizmu: komórki

27 Kaszel, kichanie i choroby

28 Silniki i energia

29 Tablica pierwiastków

30 Wewnątrz atomu

31 Promieniotwórczość

32 Zmiana zasad: Einstein

33 Wędrówka kontynentów

34 Co dziedziczymy?

35 Skąd pochodzimy?

36 Cudowne leki

37 "Cegiełki" komórki: RNA i DNA

38 Projekt poznania ludzkiego genomu

39 Wielki Wybuch

40 Nauka w erze cyfrowej

ROZDZIAŁ 1

Początki

Na­uka jest wy­jąt­ko­wa. To naj­lep­sza zna­na nam me­to­da po­zna­wa­nia świa­ta i wszyst­kie­go, co na nim ist­nie­je - tak­że nas.

Od ty­się­cy lat lu­dzie za­da­wa­li py­ta­nia o to, co wi­dzą wo­kół sie­bie. Od­po­wie­dzi, któ­re na nie pa­da­ły, zmie­nia­ły się z cza­sem i to znacz­nie. Sama na­uka rów­nież. Dzię­ki temu roz­wi­ja­ła się w spo­sób dy­na­micz­ny na ba­zie idei i usta­leń prze­ka­zy­wa­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Gwał­tow­ny po­stęp ro­dził się wraz z do­ko­ny­wa­niem cał­kiem no­wych od­kryć. Nie zmie­nia­ły się na­to­miast cie­ka­wość, wy­obraź­nia oraz in­te­li­gen­cja osób upra­wia­ją­cych na­ukę. Dzi­siaj wie­my znacz­nie wię­cej niż lu­dzie ży­ją­cy 3 ty­sią­ce lat temu, ale ci spo­śród tych, któ­rzy do­głęb­nie za­sta­na­wia­li się nad świa­tem, byli rów­nie mą­drzy jak my.

Ta książ­ka nie trak­tu­je wy­łącz­nie o mi­kro­sko­pach i pro­bów­kach w la­bo­ra­to­riach, choć wła­śnie więk­szość lu­dzi tak po­strze­ga na­ukę. W daw­nych wie­kach na­uka, po­dob­nie jak ma­gia, re­li­gia i tech­ni­ka, prze­waż­nie mia­ła po­móc zro­zu­mieć świat i za­pa­no­wać nad nim. Na­uką może być coś tak pro­ste­go jak ob­ser­wa­cja wscho­dów Słoń­ca co rano, ale też coś bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne­go, jak iden­ty­fi­ko­wa­nie no­we­go pier­wiast­ka che­micz­ne­go. Za ma­gię moż­na uznać spo­glą­da­nie w gwiaz­dy w celu prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści albo to, co na­zy­wa­my prze­są­da­mi - wia­rę, że prze­bie­ga­ją­cy dro­gę czar­ny kot przy­no­si pe­cha. Re­li­gia może wy­ma­gać skła­da­nia bo­gom ofiar ze zwie­rząt albo mo­dle­nia się za po­kój na świe­cie. Tech­ni­ka może ozna­czać umie­jęt­ność roz­pa­le­nia ognia albo zbu­do­wa­nia no­we­go kom­pu­te­ra.

Na­ukę, ma­gię, re­li­gię i tech­ni­kę wy­ko­rzy­sty­wa­ły już naj­star­sze spo­łecz­no­ści za­miesz­ku­ją­ce do­li­ny rzek w In­diach, Chi­nach i na Bli­skim Wscho­dzie. W tych ży­znych re­gio­nach plo­ny były co roku na tyle ob­fi­te, że moż­na było wy­ży­wić wie­lu lu­dzi. Dzię­ki temu nie­któ­rzy człon­ko­wie tych spo­łecz­no­ści mie­li czas na to, by po­świę­cić swo­ją uwa­gę in­nym ce­lom. Sku­pia­jąc się na jed­nej rze­czy, nie­ustan­nie się nią zaj­mo­wa­li i osią­ga­li w niej bie­głość. Ci pierw­si "ucze­ni" (choć wów­czas tak ich nie na­zy­wa­no) za­pew­ne byli ka­pła­na­mi, du­cho­wy­mi prze­wod­ni­ka­mi swo­ich lu­dów.

Na po­cząt­ku tech­ni­ka (zaj­mu­ją­ca się aspek­tem prak­tycz­nym) była waż­niej­sza od na­uki (do­ty­czą­cej aspek­tu teo­re­tycz­ne­go). Za­nim zbie­rzesz plo­ny, uszy­jesz ubra­nia i ugo­tu­jesz je­dze­nie, mu­sisz wie­dzieć, co i jak masz zro­bić. Nie mu­sisz na­to­miast ro­zu­mieć, dla­cze­go nie­któ­re ro­śli­ny są tru­ją­ce, a inne ja­dal­ne, aby uni­kać tych pierw­szych i sa­dzić tyl­ko te dru­gie. Nie mu­sisz znać po­wo­du wscho­du Słoń­ca każ­de­go ran­ka i jego za­cho­du co wie­czór, aby co­dzien­nie one na­stę­po­wa­ły. Jed­nak lu­dzie nie tyl­ko po­tra­fią ob­ser­wo­wać ota­cza­ją­cy ich świat, są też cie­ka­wi świa­ta, a ta cie­ka­wość leży u pod­staw na­uki.

O miesz­kań­cach Ba­bi­lo­nu (dzi­siej­szy Irak) wie­my wię­cej niż o in­nych sta­ro­żyt­nych cy­wi­li­za­cjach z pro­ste­go po­wo­du - pi­sa­li oni na gli­nia­nych ta­blicz­kach. Za­cho­wa­ło się mnó­stwo ta­kich ta­bli­czek po­wsta­łych 6 ty­się­cy lat temu. Z nich do­wia­du­je­my się, jak Ba­bi­loń­czy­cy po­strze­ga­li świat. Stwo­rzy­li wy­so­ce zor­ga­ni­zo­wa­ne spo­łe­czeń­stwo i skru­pu­lat­nie za­pi­sy­wa­li dane o zbio­rach, za­pa­sach i fi­nan­sach pań­stwa. Ba­bi­loń­scy ka­pła­ni po­świę­ca­li mnó­stwo cza­su na śle­dze­nie liczb i fak­tów z ów­cze­sne­go ży­cia. Byli tak­że głów­ny­mi "na­ukow­ca­mi" mie­rzą­cy­mi grun­ty i od­le­gło­ści, pa­trzą­cy­mi w nie­bo oraz roz­wi­ja­ją­cy­mi me­to­dy li­cze­nia. Do dziś ko­rzy­sta­my z nie­któ­rych ich wy­na­laz­ków. Tak jak oni sta­wia­my pio­no­we kre­ski, by uła­twić so­bie li­cze­nie. Nie­jed­no­krot­nie od­by­wa­ją­cy karę wię­zie­nia od­li­cza­ją lata upły­wa­ją­ce im w celi, ry­su­jąc ta­kie same czte­ry pio­no­we kre­ski prze­kre­śla­ne pią­tą, jak czy­ni­li to przod­ko­wie Ira­kij­czy­ków. Co istot­niej­sze, to właś­nie Ba­bi­loń­czy­cy przy­ję­li, że mi­nu­ta ma 60 se­kund, go­dzi­na - 60 mi­nut, kąt peł­ny - 360 stop­ni, a ty­dzień - sie­dem dni. Za­dzi­wia­ją­ce, że nie ist­nie­je ża­den kon­kret­ny po­wód, aby mi­nu­ta skła­da­ła się wła­śnie z 60 se­kund, a ty­dzień - z sied­miu dni. Rów­nie do­bre by­ły­by inne war­to­ści. A jed­nak sys­tem ba­bi­loń­ski za­po­ży­czy­ły licz­ne spo­łe­czeń­stwa i przy­jął się on na sta­łe.

Ba­bi­loń­czy­cy zna­li się na astro­no­mii. Ob­ser­wu­jąc nie­bo, z bie­giem lat za­czę­li za­uwa­żać wzo­ry w po­zy­cjach gwiazd i pla­net na noc­nym nie­bie. Wie­rzy­li, że Zie­mia znaj­du­je się w cen­trum wszech­rze­czy oraz że ist­nie­ją po­tęż­ne - ma­gicz­ne - związ­ki mię­dzy ludź­mi a gwiaz­da­mi. Tak dłu­go, jak lu­dzie uzna­wa­li Zie­mię za cen­trum wszech­świa­ta, nie wi­dzie­li w niej pla­ne­ty. Po­dzie­li­li noc­ne nie­bo na dwa­na­ście czę­ści i każ­dej z nich nada­li na­zwę od okre­ślo­nej gru­py gwiazd. Ba­bi­loń­czy­cy, "gra­jąc" w nie­biań­skie "krop­ki i kre­ski", do­strze­gli w nie­któ­rych kon­ste­la­cjach kon­tu­ry obiek­tów i zwie­rząt, na przy­kład wagę i skor­pio­na. W ten spo­sób stwo­rzy­li pierw­szy zo­diak, czy­li pod­sta­wę astro­lo­gii opi­su­ją­cej wpływ gwiazd na lu­dzi. W sta­ro­żyt­nym Ba­bi­lo­nie i przez wie­le ko­lej­nych stu­le­ci astro­lo­gia i astro­no­mia były bli­sko ze sobą po­wią­za­ne. Dziś wie­le osób zna swój zna­ku zo­dia­ku (ja je­stem By­kiem) i czy­ta ho­ro­sko­py w ga­ze­tach i ma­ga­zy­nach, aby do­wie­dzieć się, co ich cze­ka. Jed­nak współ­cze­śnie astro­lo­gii nie uzna­je się za na­ukę.

Ba­bi­loń­czy­cy byli tyl­ko jed­ną z sied­miu po­tęż­nych spo­łecz­no­ści na sta­ro­żyt­nym Bli­skim Wscho­dzie. Naj­wię­cej nam wia­do­mo o Egip­cja­nach, któ­rzy oko­ło 3,5 ty­sią­ca lat przed na­szą erą osie­dli­li się nad Ni­lem. Żad­na cy­wi­li­za­cja wcze­śniej ani póź­niej nie była tak uza­leż­nio­na od jed­ne­go ele­men­tu ukształ­to­wa­nia te­re­nu. Ży­cie Egip­cjan za­le­ża­ło od po­tęż­nej rze­ki, któ­ra co roku wy­le­wa­ła, na­no­sząc ży­zny muł na pola po­ło­żo­ne na jej brze­gach. Dzię­ki temu w na­stęp­nym roku moż­na było ze­brać plo­ny. Kli­mat w Egip­cie jest bar­dzo go­rą­cy i su­chy, dzię­ki cze­mu wie­le ele­men­tów tej sta­ro­żyt­nej cy­wi­li­za­cji prze­trwa­ło. Do na­szych cza­sów za­cho­wa­ło się wie­le ar­te­fak­tów, w tym licz­ne ry­sun­ki i hie­ro­gli­fy, bę­dą­ce ro­dza­jem pi­sma ob­raz­ko­we­go. Mo­że­my je po­dzi­wiać i czer­pać z nich wie­dzę. Gdy Egipt zo­stał pod­bi­ty - naj­pierw przez Gre­ków, a póź­niej przez Rzy­mian - umie­jęt­ność czy­ta­nia hie­ro­gli­fów ode­szła w za­po­mnie­nie. Przez bli­sko dwa ty­sią­ce lat nikt nie po­tra­fił zro­zu­mieć ich zna­cze­nia. W 1799 roku w pół­noc­no­egip­skim mia­stecz­ku nie­opo­dal Ro­set­ty fran­cu­ski żoł­nierz zna­lazł okrą­głą ta­bli­cę w sto­sie ru­pie­ci. Za­pi­sa­no na niej de­kret trze­ma róż­ny­mi ro­dza­ja­mi pi­sma: hie­ro­gli­fa­mi, po grec­ku i w bar­dzo sta­rej wer­sji pi­sma egip­skie­go, zwa­ne­go de­mo­tycz­nym. Ka­mień z Ro­set­ty zo­stał prze­wie­zio­ny do Lon­dy­nu i dziś moż­na go oglą­dać w Mu­zeum Bry­tyj­skim (Bri­tish Mu­seum). Ucze­ni od­czy­ta­li grec­ki tekst, a na­stęp­nie prze­tłu­ma­czy­li hie­ro­gli­fy, co spra­wi­ło, że roz­szy­fro­wa­li ta­jem­ni­cze egip­skie pi­smo. To nie­zwy­kły prze­łom, dzię­ki któ­re­mu mo­gli­śmy bli­żej po­znać wie­rze­nia i prak­ty­ki sta­ro­żyt­nych Egip­cjan.

Egip­ska astro­no­mia przy­po­mi­na­ła ba­bi­loń­ską. Jed­nak dla lu­dzi miesz­ka­ją­cych nad Ni­lem li­czy­ło się przede wszyst­kim ży­cie po­za­gro­bo­we, więc mie­li oni bar­dziej prak­tycz­ne po­dej­ście do pa­trze­nia w gwiaz­dy. Bar­dzo waż­ny był dla nich ka­len­darz, któ­ry mó­wił im nie tyl­ko o tym, kie­dy przy­pa­da naj­lep­sza pora sia­nia i sa­dze­nia albo kie­dy Nil wy­le­je, ale tak­że, kie­dy na­le­ży zor­ga­ni­zo­wać uro­czy­sto­ści re­li­gij­ne. Ich "na­tu­ral­ny" rok miał 360 dni i dzie­lił się na 12 mie­się­cy, a każ­dy mie­siąc - na trzy "ty­go­dnie" trwa­ją­ce po dzie­sięć dni. Na koń­cu roku Egip­cja­nie do­da­wa­li jesz­cze pięć dni, aby ka­len­da­rzo­we pory roku nie prze­su­wa­ły się wzglę­dem astro­no­micz­nych. Wie­rzy­li, że wszech­świat ma kształt pro­sto­kąt­ne­go pu­deł­ka, że ich świat znaj­du­je się na jego dnie, a Nil pły­nie do­kład­nie przez jego śro­dek. Po­czą­tek ich roku zbie­gał się z wy­le­wem Nilu. Z cza­sem po­wią­za­li go z po­ja­wia­niem się na noc­nym nie­bie ja­snej gwiaz­dy - Sy­riu­sza.

Na dwo­rze rzą­dzą­cych Egip­tem fa­ra­onów, po­dob­nie jak w Ba­bi­lo­nie, waż­ną po­zy­cję zaj­mo­wa­li ka­pła­ni. Wie­rzo­no, że fa­ra­ono­wie byli bo­ga­mi i mo­gli cie­szyć się ży­ciem po śmier­ci. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go wzno­szo­no im pi­ra­mi­dy bę­dą­ce w isto­cie gi­gan­tycz­ny­mi po­mni­ka­mi na­grob­ny­mi. Fa­ra­onów, ich krew­nych i wy­so­kich do­stoj­ni­ków pań­stwo­wych - wraz ze słu­ga­mi, ulu­bio­ny­mi zwie­rzę­ta­mi, me­bla­mi, przed­mio­ta­mi co­dzien­ne­go użyt­ku i za­pa­sa­mi żyw­no­ści - skła­da­no w tych ogrom­nych bu­dow­lach, gdzie zmar­li ocze­ki­wa­li na nowe ży­cie w in­nym świe­cie. Aby za­kon­ser­wo­wać do­cze­sne szcząt­ki oso­bi­sto­ści, któ­re nie mo­gły po­ja­wić się w za­świa­tach cuch­ną­ce i w sta­nie roz­kła­du, Egip­cja­nie roz­wi­nę­li sztu­kę bal­sa­mo­wa­nia zwłok. Przede wszyst­kim usu­wa­li or­ga­ny we­wnętrz­ne (mózg wyj­mo­wa­li przez nos za po­mo­cą dłu­gie­go haka) i umiesz­cza­li je w urnach. Resz­tę cia­ła mu­mi­fi­ko­wa­li, uży­wa­jąc spe­cjal­nych środ­ków che­micz­nych, a na­stęp­nie owi­ja­li je lnia­ny­mi ban­da­ża­mi i skła­da­li w sar­ko­fa­gu.

Bal­sa­mi­ści, z ra­cji wy­ko­ny­wa­nych czyn­no­ści, wie­dzie­li, jak wy­glą­da­ją ser­ce, płu­ca, wą­tro­ba i ner­ki. Nie­ste­ty nie opi­sy­wa­li or­ga­nów, któ­re usu­wa­li, więc nie wie­my, czy zna­li ich funk­cje. Jed­nak za­cho­wa­ły się spe­cja­li­stycz­ne pa­pi­ru­sy do­star­cza­ją­ce nam in­for­ma­cji o egip­skiej me­dy­cy­nie ogól­nej i chi­rur­gii. Egip­cja­nie, co było po­wszech­ne w tam­tym okre­sie, wie­rzy­li, że przy­czy­ny cho­rób mają po czę­ści re­li­gij­ne, ma­gicz­ne i na­tu­ral­ne pod­ło­że. Uzdro­wi­cie­le, po­da­jąc pa­cjen­tom le­kar­stwa, re­cy­to­wa­li więc za­klę­cia. Jed­nak Egip­cja­nie wie­le le­ków wy­na­leź­li dzię­ki uważ­nej ob­ser­wa­cji prze­bie­gu cho­rób. Nie­któ­re z me­dy­ka­men­tów umiesz­cza­nych przez nich na opa­trun­kach, za­kła­da­nych na zra­nie­nia lub rany po­ope­ra­cyj­ne, chro­ni­ły przed za­raz­ka­mi, a za­tem po­ma­ga­ły w wy­zdro­wie­niu. Dzia­ło się to ty­sią­ce lat przed tym, za­nim lu­dzie do­wie­dzie­li się, czym są bak­te­rie.

W tam­tym okre­sie pod­sta­wo­wy­mi dzie­dzi­na­mi, któ­re moż­na na­zwać na­uko­wy­mi, były al­ge­bra, astro­no­mia i me­dy­cy­na. Al­ge­bra - bo trze­ba usta­lić, ile po­trze­ba ziar­na, za­nim za­cznie się siew na wła­sne po­trze­by i han­del, albo czy ma się wy­star­cza­ją­cą licz­bę wo­jow­ni­ków lub bu­dow­ni­czych pi­ra­mid do swo­jej dys­po­zy­cji. Astro­no­mia - gdyż Słoń­ce, Księ­życ i gwiaz­dy są tak ści­śle po­wią­za­ne z dnia­mi, mie­sią­ca­mi i po­ra­mi roku, że su­mien­ne od­no­to­wy­wa­nie ich po­ło­że­nia ma fun­da­men­tal­ny wpływ na ka­len­darz. Me­dy­cy­na - po­nie­waż kie­dy lu­dzie cho­ru­ją lub zo­sta­ją ran­ni, szu­ka­ją po­mo­cy. Jed­nak z bra­ku wy­star­cza­ją­cej licz­by świa­dectw na pi­śmie, gdy ba­da­my an­tycz­ne cy­wi­li­za­cje Bli­skie­go Wscho­du, nie­jed­no­krot­nie mu­si­my zga­dy­wać, dla­cze­go sta­ro­żyt­ni po­stę­po­wa­li tak, a nie ina­czej, albo w jaki spo­sób ra­dzi­li so­bie w co­dzien­nym ży­ciu. Naj­trud­niej uzy­skać in­for­ma­cje o prze­cięt­nych lu­dziach, po­nie­waż to głów­nie eli­ta, któ­ra po­tra­fi­ła czy­tać i pi­sać, zo­sta­wi­ła po so­bie hi­sto­rycz­ne za­pi­ski. Po­dob­nie spra­wa mia­ła się z dwie­ma po­zo­sta­ły­mi cy­wi­li­za­cja­mi sta­ro­żyt­ny­mi, któ­re po­wsta­ły mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, ale w od­le­glej­szej czę­ści kon­ty­nen­tu azja­tyc­kie­go - w In­diach i Chi­nach.

ROZDZIAŁ 2

Igły i liczby

Po­dró­żu­jąc z Egip­tu i Ba­bi­lo­nu na wschód, do­cie­ra się na te­re­ny, na któ­rych po obu stro­nach ska­li­stych Hi­ma­la­jów roz­kwi­tły sta­ro­żyt­ne cy­wi­li­za­cje - In­die i Chi­ny. Oko­ło 5 ty­się­cy lat temu lu­dzie żyli tam w mia­stach i mia­stecz­kach roz­rzu­co­nych w do­li­nach In­du­su i Jang­cy. W tam­tych cza­sach oba kra­je zaj­mo­wa­ły ogrom­ne te­re­ny, na­wet więk­sze niż obec­nie. Sta­no­wi­ły część roz­le­głej lą­do­wej i mor­skiej sie­ci ku­piec­kiej, zo­gni­sko­wa­nej wzdłuż szla­ków han­dlu przy­pra­wa­mi ko­rzen­ny­mi. Ich miesz­kań­cy wy­kształ­ci­li za­awan­so­wa­ną sztu­kę pi­sa­nia i na­ukę, któ­ra roz­wi­ja­ła się, gdyż bo­gac­twa uzy­ska­ne z kup­na i sprze­da­ży po­zwa­la­ły na luk­sus, ja­kim było po­świę­ce­nie się stu­diom. Mniej wię­cej aż do po­ło­wy XVI wie­ku na­uka w każ­dej z tych cy­wi­li­za­cji była rów­nie wy­so­ko roz­wi­nię­ta jak w Eu­ro­pie. In­diom za­wdzię­cza­my licz­by i umi­ło­wa­nie ma­te­ma­ty­ki. Z Chin po­cho­dzą pa­pier, proch strzel­ni­czy i przy­rząd nie­zbęd­ny do na­wi­ga­cji - kom­pas.

Współ­cze­sne Chi­ny są jed­nym z naj­po­tęż­niej­szych państw świa­ta. Pro­du­ko­wa­ne tam to­wa­ry, ta­kie jak ubra­nia, za­baw­ki i ar­ty­ku­ły elek­tro­nicz­ne, tra­fia­ją do skle­pów na ca­łym świe­cie. Sprawdź choć­by met­kę swo­je­go obu­wia spor­to­we­go. Jed­nak przez stu­le­cia lu­dzie z Za­cho­du spo­glą­da­li na to wiel­kie pań­stwo jak­by mało po­waż­nie lub z po­dejrz­li­wo­ścią. Chiń­czy­cy ro­bi­li wszyst­ko po swo­je­mu, a ich kraj wy­da­wał się ta­jem­ni­czy i od­por­ny na zmia­ny.

Te­raz wie­my, że Chi­ny za­wsze były dy­na­micz­ne, a tam­tej­sza na­uka nie­ustan­nie się roz­wi­ja­ła. Na­to­miast jed­na rzecz przez stu­le­cia po­zo­sta­ła nie­zmien­na - pi­smo chiń­skie. Skła­da się ono z ide­ogra­mów, czy­li ma­łych ob­raz­ków przed­sta­wia­ją­cych obiek­ty. Wy­glą­da­ją one dziw­nie dla więk­szo­ści użyt­kow­ni­ków al­fa­be­tu ła­ciń­skie­go. Je­że­li jed­nak ktoś wie, jak in­ter­pre­to­wać te ob­raz­ki, wów­czas od­czy­ta sta­re - bar­dzo sta­re! - chiń­skie tek­sty rów­nie ła­two jak nie­daw­ne za­pi­sy. Chiń­czy­kom za­wdzię­cza­my wy­na­le­zie­nie pa­pie­ru, na któ­rym pi­sa­nie było znacz­nie wy­god­niej­sze niż na pa­pi­ru­sie. Naj­star­szy za­cho­wa­ny ka­wa­łek pa­pie­ru po­cho­dzi z po­ło­wy II wie­ku.

Spra­wo­wa­nie wła­dzy w Chi­nach ni­g­dy nie było pro­ste, ale na­uka nie­wąt­pli­wie mo­gła w tym po­móc. Bu­do­wa Wiel­kie­go Muru Chiń­skie­go, bę­dą­ce­go chy­ba naj­więk­szym za­da­niem in­ży­nie­ryj­nym wszech cza­sów, roz­po­czę­ła się w V wie­ku p.n.e. za pa­no­wa­nia Wschod­niej Dy­na­stii Zhou. (Hi­sto­ria Chin dzie­li się na okre­sy pa­no­wa­nia dy­na­stii zwią­za­nych z po­tęż­ny­mi ce­sa­rza­mi i ich dwo­ra­mi). Mur miał chro­nić przed ata­ka­mi bar­ba­rzyń­ców z pół­no­cy, a tak­że za­trzy­my­wać Chiń­czy­ków na te­re­nie ce­sar­stwa, unie­moż­li­wia­jąc im pró­by mi­gra­cji. Do­koń­cze­nie bu­do­wy za­ję­ło wie­le stu­le­ci - mur cią­gle wy­dłu­ża­no i na­pra­wia­no. Obec­nie ma 8850 km dłu­go­ści. (Przez pe­wien czas są­dzo­no, że Wiel­ki Mur jest wi­docz­ny z ko­smo­su, ale to nie­praw­da. Na­wet chiń­skie­mu astro­nau­cie nie uda­ło się go wy­pa­trzyć). Waż­nym przed­się­wzię­ciem in­ży­nie­ryj­nym była też bu­do­wa Wiel­kie­go Ka­na­łu. Ro­bo­ty roz­po­czę­ły się w V wie­ku, za pa­no­wa­nia dy­na­stii Sui. Ka­nał ma oko­ło 1800 km i obej­mu­je od­cin­ki na­tu­ral­nych szla­ków wod­nych. Po­łą­czył Pe­kin na pół­no­cy z Hang­zhou na po­łu­dnio­wym wy­brze­żu, a po­przez ten port - z ca­łym świa­tem. Te bu­dow­le to wspa­nia­łe świa­dec­twa umie­jęt­no­ści chiń­skich mier­ni­czych oraz in­ży­nie­rów, a tak­że ogro­mu cięż­kiej ludz­kiej pra­cy. Chiń­czy­cy wy­na­leź­li rów­nież tacz­ki, dzię­ki któ­rym pra­ca na bu­do­wie sta­wa­ła się nie­co ła­twiej­sza.

Miesz­kań­cy Chin uwa­ża­li, że wszech­świat to ro­dzaj ży­we­go or­ga­ni­zmu, w któ­rym wszyst­ko jest ze sobą po­łą­czo­ne si­ła­mi. Fun­da­men­tal­ną siłę, czy­li ener­gię, na­zwa­li Qi. Dwie inne pod­sta­wo­we siły okre­śli­li jako yin i yang. Yin, pier­wia­stek żeń­ski, jest zwią­za­ny z ciem­no­ścią, chmu­ra­mi i wil­go­cią, a yang, pier­wia­stek mę­ski, ze słoń­cem, upa­łem i cie­płem. Żad­na rzecz ni­g­dy nie jest wy­łącz­nie yin albo yang - oba aspek­ty za­wsze łą­czą się w róż­nych pro­por­cjach. We­dług chiń­skiej fi­lo­zo­fii każ­dy z nas za­wie­ra w so­bie pier­wia­stek yin i yang, a ich wza­jem­ne pro­por­cje i od­dzia­ły­wa­nia de­cy­du­ją o tym, kim je­ste­śmy i jak się za­cho­wu­je­my.

Chiń­czy­cy wie­rzy­li, że wszech­świat jest zbu­do­wa­ny z pię­ciu ży­wio­łów: wody, me­ta­lu, drew­na, ognia i zie­mi. Nie jest to jed­nak zwy­kła woda czy zwy­kły ogień, któ­re wi­dzi­my wo­kół nas, lecz pier­wot­ne ele­men­ty, któ­re po­łą­czy­ły się, two­rząc świat i nie­bio­sa. Ży­wio­ły mają róż­ne ce­chy, ale też spla­ta­ją­ce się moce (po­dob­nie jak trans­for­mer­sy). Na przy­kład drew­no może po­ko­nać zie­mię (drew­nia­nym szpa­dlem ko­pie się zie­mię), me­ta­lo­wym dłu­tem moż­na rzeź­bić w drew­nie, ogień roz­ta­pia me­tal, woda gasi pło­mie­nie, a ziem­ny wał może po­wstrzy­mać prze­pływ wody. (Moż­na o tym my­śleć jak o wy­na­le­zio­nej w Chi­nach grze w pa­pier, ka­mień, no­ży­ce). Pięć ży­wio­łów wraz z si­ła­mi yin i yang wy­wo­łu­je cy­klicz­ne prze­mia­ny cza­su i przy­ro­dy, pory roku, po­wta­rzal­ność na­ro­dzin i śmier­ci oraz ru­chy Słoń­ca, gwiazd i pla­net.

Wszyst­ko zo­sta­ło zbu­do­wa­ne z tych ży­wio­łów i sił, więc w pew­nym sen­sie jest żywe i ze sobą po­łą­czo­ne. Dla­te­go w Chi­nach ni­g­dy nie po­wsta­ło po­ję­cie ato­mu jako pod­sta­wo­wej jed­nost­ki ma­te­rii. Tam­tej­si fi­zy­cy nie twier­dzi­li, że mu­szą wy­ra­zić wszyst­ko za po­mo­cą liczb, aby wy­ni­ki ich pra­cy zy­ska­ły mia­no na­uko­wych. Aryt­me­ty­ka była dzie­dzi­ną bar­dzo prak­tycz­ną - przy­dat­ną do wa­że­nia to­wa­rów, ob­li­cza­nia sum wy­dat­ko­wa­nych przy ich kup­nie i sprze­da­ży oraz wie­lu in­nych przed­się­wzięć zwią­za­nych z ra­chun­ka­mi. Li­czy­dło, przy­rząd z prze­su­wa­ny­mi ko­ra­li­ka­mi na dru­tach, na któ­rym być może wie­lu z nas uczy­ło się li­czyć, zo­sta­ło opi­sa­ne do­pie­ro pod ko­niec XVI wie­ku, ale praw­do­po­dob­nie wy­na­le­zio­no je znacz­nie wcze­śniej. Po­słu­gi­wa­nie się nim przy­spie­szy­ło prak­tycz­ne zli­cza­nie, czy­li do­da­wa­nie, odej­mo­wa­nie, mno­że­nie i dzie­le­nie.

Licz­by wy­ko­rzy­sty­wa­no też do usta­la­nia dłu­go­ści dni i lat. Już w XV wie­ku p.n.e. Chiń­czy­cy wie­dzie­li, że rok ma 365 dni i jed­ną czwar­tą dnia i, po­dob­nie jak więk­szość wcze­snych cy­wi­li­za­cji, ob­ser­wo­wa­li Księ­życ, aby usta­lać dłu­gość mie­się­cy. Tak jak wszy­scy sta­ro­żyt­ni, Chiń­czy­cy przy­ję­li, że rok jest rów­ny ilo­ści cza­su po­trzeb­nej, aby Słoń­ce po­wró­ci­ło do okre­ślo­ne­go punk­tu wyj­ścia na nie­bie. Cy­kle ru­chów gwiazd i pla­net, ta­kich jak Jo­wisz, do­sko­na­le pa­so­wa­ły do teo­rii, że wszyst­ko w przy­ro­dzie od­by­wa się cy­klicz­nie. Dla Chiń­czy­ków nie­zmier­nie istot­ne było wy­li­cze­nie, jak dłu­go ca­łe­mu wszech­świa­to­wi zaj­mu­je ukoń­cze­nie peł­ne­go cy­klu. Usta­li­li, że trwa to 23 639 040 lat. A za­tem ko­smos był bar­dzo sta­ry (dziś wie­my, że jest znacz­nie star­szy). Po­nad­to Chiń­czy­cy uwa­ża­li, że wszech­świat ma okre­ślo­ną struk­tu­rę. Nie­któ­re z naj­star­szych chiń­skich map nie­ba do­wo­dzą, że po­tra­fi­li przed­sta­wić za­krzy­wio­ną prze­strzeń na dwu­wy­mia­ro­wej po­wierzch­ni. Xuan Le, ży­ją­cy w cza­sach Wschod­niej Dy­na­stii Han (25-220), wie­rzył, że Słoń­ce, Księ­życ i gwiaz­dy uno­szą się w pu­stej prze­strze­ni i po­ru­sza­ne są przez wia­try. To prze­ko­na­nie znacz­nie róż­ni­ło się od wie­rzeń sta­ro­żyt­nych Gre­ków, któ­rzy uwa­ża­li, że cia­ła nie­bie­skie są przy­mo­co­wa­ne do sztyw­nych sfer. Chiń­ski ob­raz ko­smo­su był bar­dziej zbli­żo­ny do współ­cze­snych wy­obra­żeń. Tam­tej­si ob­ser­wa­to­rzy gwiazd sta­ran­nie od­no­to­wy­wa­li nie­zwy­kłe wy­da­rze­nia astro­no­micz­ne, dzię­ki cze­mu ich za­pi­ski, obej­mu­ją­ce bar­dzo daw­ne cza­sy, wciąż przy­da­ją się współ­cze­snym astro­no­mom.

Chiń­czy­cy wie­rzy­li, że Zie­mia jest bar­dzo sta­ra, więc nie mie­li pro­ble­mów ze zi­den­ty­fi­ko­wa­niem ska­mie­nia­ło­ści, ta­kich jak szcząt­ki daw­niej ży­ją­cych zwie­rząt czy nie­ist­nie­ją­cych już ro­ślin. Skla­sy­fi­ko­wa­li ska­ły, bio­rąc pod uwa­gę ich twar­dość i ko­lor. Szcze­gól­nie ce­ni­li ja­de­it. Rze­mieśl­ni­cy rzeź­bi­li z nie­go pięk­ne po­sąż­ki.

Trzę­sie­nia zie­mi są w Chi­nach po­wszech­ne i choć sta­ro­żyt­ni Chiń­czy­cy nie umie­li wy­ja­śnić, dla­cze­go się zda­rza­ją, w II wie­ku n.e. uczo­ny Zhang Heng po­tra­fił je wy­kryć za po­mo­cą za­wie­szo­ne­go na sznur­ku cię­żar­ka, któ­ry się ko­ły­sał, gdy zie­mia drża­ła. Była to pier­wot­na wer­sja współ­cze­sne­go sej­smo­gra­fu, czy­li urzą­dze­nia ry­su­ją­ce­go kre­skę, któ­ra zmie­nia się w zyg­za­ki, gdy zie­mia się za­trzę­sie.

Chiń­czy­cy wy­ko­rzy­sty­wa­li ma­gne­tyzm do ce­lów prak­tycz­nych. Na­uczy­li się, jak ma­gne­ty­zo­wać że­la­zo, pod­grze­wa­jąc je do wy­so­kiej tem­pe­ra­tu­ry i schła­dza­jąc, gdy było usta­wio­ne w osi pół­noc-po­łu­dnie. Zna­li kom­pas na dłu­go przed ludź­mi Za­cho­du i uży­wa­li go za­rów­no do na­wi­ga­cji, jak i do prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści. Naj­czę­ściej bu­do­wa­li "mo­kre" kom­pa­sy - na­ma­gne­ty­zo­wa­na igła uno­si­ła się w mi­sce wody. Mó­wi­my, że igła wska­zu­je pół­noc, ale zda­niem Chiń­czy­ków wska­zy­wa­ła po­łu­dnie. (Oczy­wi­ście na­sze kom­pa­sy wska­zu­ją tak­że po­łu­dnie - stro­nę prze­ciw­ną do czub­ka igły. Nie ma zna­cze­nia, któ­ry ko­niec igły wy­bie­rze­my jako wskaź­nik, o ile pa­nu­je co do tego po­wszech­na zgo­da).

Chiń­czy­cy byli uta­len­to­wa­ny­mi che­mi­ka­mi. Naj­lep­si za­li­cza­li się do tao­istów, czy­li wy­znaw­ców fi­lo­zo­fii stwo­rzo­nej przez La­ozi, któ­ry żył mniej wię­cej mię­dzy VI a IV wie­kiem p.n.e. (Tao zna­czy dro­ga albo ścież­ka). Inni po­dą­ża­li za Kon­fu­cju­szem lub Bud­dą. Sys­te­my fi­lo­zo­ficz­ne tych re­li­gij­nych przy­wód­ców mia­ły wpływ na sto­su­nek ich wy­znaw­ców do ba­da­nia wszech­świa­ta. Re­li­gia za­wsze rzu­to­wa­ła na spo­sób po­strze­ga­nia oto­cze­nia przez lu­dzi.

Chiń­czy­cy po­tra­fi­li prze­pro­wa­dzać re­ak­cje che­micz­ne, któ­re były dość za­awan­so­wa­ne jak na tam­te cza­sy. Na przy­kład umie­li de­sty­lo­wać al­ko­hol i inne sub­stan­cje oraz wy­trą­cić miedź z roz­two­ru. Mie­sza­jąc wę­giel drzew­ny, siar­kę i sa­le­trę po­ta­so­wą, uzy­ska­li pierw­szy sztucz­ny śro­dek wy­bu­cho­wy - proch strzel­ni­czy. Za­owo­co­wa­ło to wy­na­le­zie­niem sztucz­nych ogni i bro­ni pal­nej. Moż­na było po­wie­dzieć, że proch strzel­ni­czy sta­no­wił po­łą­cze­nie yin i yang w świe­cie che­mii: pięk­nie eks­plo­do­wał na wspa­nia­łych po­ka­zach sztucz­nych ogni na ce­sar­skim dwo­rze, a jed­no­cze­śnie już w X wie­ku na Wscho­dzie po­słu­żył do strze­la­nia z lanc ogni­stych i dział na po­lach bi­tew. Nie wia­do­mo do­kład­nie, jak in­struk­cje wy­ro­bu tej po­tęż­nej sub­stan­cji tra­fi­ły do Eu­ro­py, ale za­cho­wał się ich eu­ro­pej­ski opis z lat osiem­dzie­sią­tych XIII wie­ku. Za spra­wą pro­chu woj­ny na ca­łym świe­cie za­czę­ły stop­nio­wo przy­no­sić co­raz wię­cej ofiar śmier­tel­nych.

Wśród Chiń­czy­ków byli też al­che­mi­cy szu­ka­ją­cy elik­si­ru ży­cia, czy­li sub­stan­cji wy­dłu­ża­ją­cej ży­cie, a może na­wet czy­nią­cej lu­dzi nie­śmier­tel­ny­mi. (Wię­cej na te­mat al­che­mii prze­czy­tasz w roz­dzia­le 9). Nie zna­leź­li go, a kil­ku ce­sa­rzy ży­ło­by dłu­żej, gdy­by nie za­ży­ło eks­pe­ry­men­tal­nych, tru­ją­cych "le­ków". Jed­nak po­szu­ki­wa­nia tej ma­gicz­nej sub­stan­cji do­pro­wa­dzi­ły do po­zna­nia wie­lu środ­ków słu­żą­cych do le­cze­nia zwy­kłych cho­rób. Chiń­scy le­ka­rze, po­dob­nie jak eu­ro­pej­scy, uży­wa­li eks­trak­tów ro­ślin­nych, a tak­że two­rzy­li związ­ki siar­ki, rtę­ci i inne. Sto­so­wa­li by­li­cę do zwal­cza­nia go­rącz­ki. Ro­bi­li z niej esen­cję i spa­la­li ją w ści­śle okreś­lo­nych punk­tach na skó­rze, aby uła­twić prze­pływ "so­ków ży­cio­wych". O re­cep­cie by­li­co­wej do­wie­dzia­no się nie­daw­no z książ­ki o le­kach na­pi­sa­nej oko­ło 1800 lat temu. Me­to­dę prze­te­sto­wa­no we współ­cze­snym la­bo­ra­to­rium i oka­za­ło się, że jest sku­tecz­na na ma­la­rię, bę­dą­cą dziś jed­ną z głów­nych cho­rób śmier­tel­nych w kra­jach tro­pi­kal­nych, któ­rej jed­nym z ob­ja­wów jest wła­śnie wy­so­ka go­rącz­ka.

Już w II wie­ku p.n.e. w Chi­nach za­czę­to spi­sy­wać me­dycz­ne trak­ta­ty, a sta­ro­żyt­na chiń­ska me­dy­cy­na jest dziś zna­na na ca­łym świe­cie. Po­wszech­nie prak­ty­ku­je się aku­punk­tu­rę po­le­ga­ją­cą na wbi­ja­niu igieł w wy­bra­ne ob­sza­ry skó­ry. Po­ma­ga ona zwal­czać cho­ro­by, stres i ból. Me­to­da opie­ra się na idei, że przez cia­ło prze­bie­ga­ją ka­na­ły, któ­ry­mi pły­nie ener­gia Qi. Za po­mo­cą igieł spe­cja­li­sta od aku­punk­tu­ry sty­mu­lu­je lub od­blo­ko­wu­je te ka­na­ły. Cza­sa­mi prze­pro­wa­dza się ope­ra­cje, znie­czu­la­jąc pa­cjen­tów je­dy­nie za po­mo­cą igieł wbi­tych w od­po­wied­nie miej­sca. Współ­cze­śni chiń­scy na­ukow­cy pra­cu­ją po­dob­nie jak ich ko­le­dzy z Za­cho­du, ale tra­dy­cyj­na chiń­ska me­dy­cy­na ma wie­lu zwo­len­ni­ków na ca­łym świe­cie.

Po­pu­lar­ność zy­ska­ła też tra­dy­cyj­na me­dy­cy­na in­dyj­ska zwa­na ajur­we­dą. Opar­ta jest na dzie­łach zna­nych pod zbior­czym ty­tu­łem Ajur­we­da, na­pi­sa­nych w sta­ro­żyt­nym ję­zy­ku, san­skry­cie, mię­dzy II wie­kiem p.n.e. a VI wie­kiem n.e. U pod­staw ajur­we­dy leży prze­ko­na­nie, że w cie­le czło­wie­ka znaj­du­ją się trzy ro­dza­je ener­gii zwa­nej do­sha: vata jest su­cha, zim­na i lek­ka, pit­ta - go­rą­ca, kwa­śna i pi­kant­na, a ka­pha - zim­na, cięż­ka i słod­ka. Wszyst­kie są nie­zbęd­ne do pra­wi­dło­we­go funk­cjo­no­wa­nia cia­ła. Gdy co naj­mniej jed­na z nich wy­stę­pu­je w nad­mia­rze lub gdy jed­nej bra­ku­je bądź któ­raś jest na nie­wła­ści­wym miej­scu, po­ja­wia się cho­ro­ba. Kie­dy hin­du­ski le­karz pró­bo­wał po­sta­wić dia­gno­zę, ba­dał też skó­rę pa­cjen­ta i jego puls. Leki, ma­sa­że i spe­cjal­na die­ta mo­gły przy­wró­cić za­kłó­co­ną rów­no­wa­gę do­sha. Le­ka­rze w In­diach uży­wa­li soku z maku, z któ­re­go po­wsta­je opium, aby uspo­ko­ić pa­cjen­tów i ulżyć im w bólu.

Inny trak­tat me­dycz­ny ze sta­ro­żyt­nych In­dii, Su­sru­ta, do­ty­czył chi­rur­gii. Nie­któ­re opi­sa­ne w nim ope­ra­cje są nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­ne jak na tam­te cza­sy. Na przy­kład gdy pa­cjent miał ka­ta­rak­tę (zmęt­nie­nie so­czew­ki oka, któ­re utrud­nia wi­dze­nie), chi­rurg de­li­kat­nie wbi­jał igłę w gał­kę oczną i prze­su­wał ka­ta­rak­tę na jed­ną stro­nę. Hin­du­scy chi­rur­dzy uży­wa­li tak­że frag­men­tów skó­ry pa­cjen­ta, aby na­pra­wić mu uszko­dzo­ny nos. Są to za­pew­ne naj­wcze­śniej­sze przy­kła­dy chi­rur­gii pla­stycz­nej.

Me­dy­cy­na ajur­we­dyj­ska była zwią­za­na z hin­du­izmem. Gdy oko­ło 1590 roku w In­diach osie­dli­li się mu­zuł­ma­nie, przy­nie­śli ze sobą wła­sne me­to­dy le­cze­nia opar­te na sta­ro­żyt­nej me­dy­cy­nie grec­kiej, zin­ter­pre­to­wa­nej przez pierw­szych mu­zuł­mań­skich le­ka­rzy. Ta me­dy­cy­na, zwa­na Yuna­ni (co zna­czy 'grec­ka'), roz­wi­ja­ła się rów­no­le­gle do ajur­we­dy. Do dziś oba ro­dza­je me­dy­cy­ny są prak­ty­ko­wa­ne w In­diach wraz z do­brze nam zna­ną me­dy­cy­ną za­chod­nią.

In­die mają wła­sną tra­dy­cję na­uko­wą. Hin­du­scy ba­da­cze gwiazd za­czerp­nę­li pod­sta­wy wie­dzy o nie­bie, gwiaz­dach, Słoń­cu i Księ­ży­cu z dzie­ła grec­kie­go astro­no­ma Pto­le­me­usza oraz prac na­uko­wych przy­wie­zio­nych z Chin przez bud­dyj­skich mi­sjo­na­rzy. W Udźdźaj­nie dzia­ła­ło ob­ser­wa­to­rium, w któ­rym pra­co­wał je­den z pierw­szych in­dyj­skich na­ukow­ców, Va­ra­ha­mi­hi­ra (ur. oko­ło 505 roku). Zgro­ma­dził on sta­re trak­ta­ty astro­no­micz­ne i za­no­to­wał wy­ni­ki wła­snych ob­ser­wa­cji. Znacz­nie póź­niej, w XVI wie­ku, po­wsta­ły ob­ser­wa­to­ria astro­no­micz­ne w Del­hi i Dźaj­pu­rze.

In­dyj­ski ka­len­darz był dość do­kład­ny. Miesz­kań­cy In­dii, po­dob­nie jak Chiń­czy­cy, wie­rzy­li, że Zie­mia jest bar­dzo sta­ra. Je­den z ich cy­kli astro­no­micz­nych obej­mo­wał 4 320 000 lat. Hin­du­si po­szu­ki­wa­li też elik­si­ru za­pew­nia­ją­ce­go dłu­go­wiecz­ność. Po­nad­to chcie­li od­kryć spo­sób wy­twa­rza­nia zło­ta ze zwy­kłych me­ta­li. Jed­nak naj­więk­szy wkład wnie­śli w ma­te­ma­ty­kę.

To z In­dii, po­przez Bli­ski Wschód, za­po­ży­czy­li­śmy cy­fry zwa­ne arab­ski­mi: 1, 2, 3 itd. Kon­cep­cja zera rów­nież po­cho­dzi z tego kra­ju. Oprócz cyfr, któ­ry­mi po­słu­gu­je­my się do dziś, in­dyj­scy ma­te­ma­ty­cy wpro­wa­dzi­li pod­sta­wo­we po­ję­cie "po­zy­cji dzie­sięt­nej". Weź­my na przy­kład licz­bę 170, w któ­rej "1" = 100, bo zaj­mu­je po­zy­cję se­tek, "7" = 70, bo zaj­mu­je po­zy­cję dzie­sią­tek, a zero zaj­mu­je po­zy­cję jed­no­ści. Dla nas jest to tak na­tu­ral­ne, że na­wet o tym nie my­śli­my, ale gdy­by nie te po­zy­cje, za­pi­sy­wa­nie du­żych liczb by­ło­by znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne. Naj­słyn­niej­szy sta­ro­in­dyj­ski ma­te­ma­tyk, ży­ją­cy w VII wie­ku Brah­ma­gup­ta, wy­my­ślił, jak ob­li­czać ob­ję­tość gra­nia­sto­słu­pów i in­nych brył. Jako pierw­szy wspo­mniał o licz­bie zero i wie­dział, że co­kol­wiek po­mno­żo­ne przez zero daje zero. Do­pie­ro nie­mal 500 lat póź­niej inny słyn­ny in­dyj­ski ma­te­ma­tyk, Bha­ska­ra (uro­dził się w 1114 roku), zaj­mo­wał się rów­nież pro­ble­mem dzie­le­nia przez zero. Bez tych kon­cep­cji nie­moż­li­we by­ły­by współ­cze­sne ma­te­ma­tycz­ne opi­sy świa­ta.

Tra­dy­cyj­ne me­dy­cy­ny in­dyj­ska i chiń­ska wciąż kon­ku­ru­ją z za­chod­nią, ina­czej jest jed­nak z na­uką. Na­ukow­cy ze Wscho­du ko­rzy­sta­ją z tych sa­mych kon­cep­cji i na­rzę­dzi oraz mają po­dob­ne cele co ich ko­le­dzy z in­nych czę­ści świa­ta. Dziś, czy to w Azji, czy gdzie­kol­wiek in­dziej, upra­wia się na­ukę uni­wer­sal­ną, któ­ra roz­wi­nę­ła się na Za­cho­dzie.

Pa­mię­taj­my jed­nak, że cy­fry po­cho­dzą z In­dii, a pa­pier - z Chin. Li­cząc przy po­mo­cy ta­blicz­ki mno­że­nia i za­pi­su­jąc wy­niki, ko­rzy­sta­my z bar­dzo sta­rych, wschod­nich wy­na­laz­ków.

ROZDZIAŁ 3

Atomy i próżnia

Oko­ło 454 roku p.n.e. He­ro­dot (żył oko­ło 485-421 p.n.e.), grec­ki hi­sto­ryk, od­wie­dził Egipt. Tak jak nas, za­chwy­ci­ły go pi­ra­mi­dy i gi­gan­tycz­ne, li­czą­ce 18 m wy­so­ko­ści, po­są­gi w Te­bach. Nie mógł uwie­rzyć, że już wte­dy były tak sta­re. Chwa­ła Egip­tu prze­mi­nę­ła i daw­no temu kraj ten zo­stał po­ko­na­ny przez Per­sów. He­ro­dot żył w znacz­nie młod­szym, bar­dziej ener­gicz­nym spo­łe­czeń­stwie, któ­re wciąż się roz­wi­ja­ło i w na­stęp­nym stu­le­ciu, za pa­no­wa­nia Alek­san­dra III Wiel­kie­go (356-323 p.n.e.), mia­ło pod­bić Egipt.

W cza­sach He­ro­do­ta lu­dzie my­ślą­cy i pi­szą­cy po grec­ku do­mi­no­wa­li w roz­wi­ja­ją­cej się wschod­niej czę­ści ba­se­nu Mo­rza Śród­ziem­ne­go. Spi­sa­li dzie­ła śle­pe­go po­ety Ho­me­ra. To on opo­wie­dział nam hi­sto­rię po­ko­na­nia Tro­jan przez Gre­ków, któ­rzy zbu­do­wa­li ogrom­ne­go ko­nia z drew­na i ukry­li się w nim. On zdał tak­że re­la­cję z peł­nych fan­ta­stycz­nych przy­gód po­dró­ży grec­kie­go bo­ha­te­ra Ody­se­usza, któ­ry wpadł na po­mysł, jak wy­grać woj­nę tro­jań­ską. Gre­cy byli zna­ko­mi­ty­mi szkut­ni­ka­mi, kup­ca­mi i my­śli­cie­la­mi.

Jed­nym z pierw­szych grec­kich uczo­nych był Ta­les (żył oko­ło 620-540 p.n.e.), ku­piec, astro­nom i ma­te­ma­tyk po­cho­dzą­cy z Mi­le­tu le­żą­ce­go na wy­brze­żu dzi­siej­szej Tur­cji. Nie za­cho­wa­ły się żad­ne jego ory­gi­nal­ne pi­sma, ale póź­niej­si au­to­rzy cy­to­wa­li go i przy­ta­cza­li opi­su­ją­ce go aneg­do­ty. We­dług jed­nej z tych opo­wie­ści pew­ne­go razu Ta­les tak in­ten­syw­nie ob­ser­wo­wał gwiaz­dy, że za­po­mniał pa­trzeć pod nogi i wpadł do stud­ni. In­nym ra­zem wszedł na szczyt, a po­nie­waż był by­stry, do­strzegł z nie­go, że szy­ku­ją się ob­fi­te zbio­ry oli­wek. Ukrył wszyst­kie pra­sy do wy­ci­ska­nia oli­wy, za­nim kto­kol­wiek ich po­trze­bo­wał. Kie­dy oliw­ki doj­rza­ły, wy­naj­mo­wał pra­sy z du­żym zy­skiem. Ta­les nie był pierw­szym roz­tar­gnio­nym uczo­nym - ko­lej­nych po­zna­my póź­niej - i nie je­dy­nym, któ­ry za­ro­bił, wy­ko­rzy­stu­jąc w prak­ty­ce swo­ją wie­dzę.

Po­noć Ta­les od­wie­dził Egipt, gdzie po­znał tam­tej­szą ma­te­ma­ty­kę, któ­rą prze­ka­zał po­tem Gre­kom. Być może to tyl­ko ko­lej­na aneg­do­ta, jak ta, we­dług któ­rej po­praw­nie prze­wi­dział cał­ko­wi­te za­ćmie­nie Słoń­ca (nie miał wy­star­cza­ją­cej wie­dzy astro­no­micz­nej, aby tego do­ko­nać). Bar­dziej praw­do­po­dob­ne jest, że pró­bo­wał wy­ja­śnić wie­le na­tu­ral­nych zja­wisk, ta­kich jak użyź­nie­nie pól przez wy­le­wy Nilu i pod­grze­wa­nie wody pod sko­ru­pą ziem­ską pod­czas trzę­sień zie­mi. We­dług Ta­le­sa woda była naj­waż­niej­szym ży­wio­łem. Uczo­ny przed­sta­wiał Zie­mię jako dysk uno­szą­cy się na ogrom­nym oce­anie, co dla nas współ­cze­śnie ży­ją­cych brzmi dość śmiesz­nie. Jed­nak Ta­les usi­ło­wał wy­ja­śnić zja­wi­ska i opi­sać świat w na­tu­ral­ny, a nie nad­przy­ro­dzo­ny spo­sób, jak na przy­kład Egip­cja­nie, któ­rzy są­dzi­li, że Nil wy­le­wa za spra­wą bo­gów.

W od­róż­nie­niu od Ta­le­sa inny fi­lo­zof Anak­sy­man­der (oko­ło 611-547 p.n.e.), tak­że z Mi­le­tu, uznał ogień za naj­waż­niej­szą sub­stan­cję we wszech­świe­cie. Em­pe­do­kles (oko­ło 483-423 p.n.e.) z Sy­cy­lii za­pro­po­no­wał kon­cep­cję czte­rech ży­wio­łów: po­wie­trza, zie­mi, ognia i wody. Jest do­brze zna­na, po­nie­waż my­śli­cie­le hoł­do­wa­li jej przez bli­sko 2000 lat, aż do koń­ca śre­dnio­wie­cza.

Mimo że teo­ria czte­rech ży­wio­łów roz­po­wszech­ni­ła się, nie wszy­scy przy­ję­li ją jako osta­tecz­ną. W Gre­cji, a póź­niej tak­że i w Rzy­mie, gru­pa fi­lo­zo­fów, zwa­nych ato­mi­sta­mi, wie­rzy­ła, że świat jest zbu­do­wa­ny z ma­leń­kich czą­stek, czy­li ato­mów. Naj­słyn­niej­szym spo­śród pierw­szych ato­mi­stów był De­mo­kryt, uro­dzo­ny oko­ło 460 roku p.n.e. Na­sza wie­dza o jego ide­ach po­cho­dzi z za­cy­to­wa­nych przez in­nych au­to­rów kil­ku frag­men­tów jego prac. De­mo­kryt są­dził, że we wszech­świe­cie ist­nie­je mnó­stwo wiecz­nych ato­mów. Nie da się ich po­dzie­lić na mniej­sze czę­ści ani znisz­czyć. Choć były zbyt małe, aby dało się je zo­ba­czyć go­łym okiem, wie­rzył, że róż­nią się kształ­tem i wiel­ko­ścią i tym wy­ja­śniał, dla­cze­go więk­sze obiek­ty, zbu­do­wa­ne z ato­mów, mają róż­ną bu­do­wę, ko­lo­ry i sma­ki. Jed­nak te więk­sze obiek­ty ist­nia­ły tyl­ko dla­te­go, że lu­dzie mo­gli ich do­tknąć, zo­ba­czyć je czy ich skosz­to­wać. De­mo­kryt twier­dził, że w rze­czy­wi­sto­ści ist­nie­ją tyl­ko ato­my i próż­nia, któ­re na­zy­wa­my ma­te­rią i prze­strze­nią.

Ato­mizm nie był zbyt po­pu­lar­ny. Uzna­niem nie cie­szył się tak­że po­gląd De­mo­kry­ta i jego uczniów mó­wią­cy o tym, że isto­ty żywe "ewo­lu­ują" pod wpły­wem prób i błę­dów. We­dług jed­nej z za­baw­nych kon­cep­cji ist­nia­ło kie­dyś mnó­stwo róż­nych czę­ści ro­ślin i zwie­rząt, któ­re mo­gły się po­łą­czyć w do­wol­ny spo­sób, na przy­kład trą­ba sło­nia mo­gła się przy­cze­pić do ryby, pła­tek róży do ziem­nia­ka itd., za­nim w koń­cu do­pa­so­wa­ły się do sie­bie tak, jak dzi­siaj to wi­dzi­my. Gdy­by jed­nak psia noga przy­pad­ko­wo przy­łą­czy­ła się do tu­ło­wia kota, ta­kie zwie­rzę nie mo­gło­by prze­żyć i dla­te­go nie ist­nie­ją koty o psich no­gach. Po pew­nym cza­sie wszyst­kie psie nogi przy­ro­sły do psów i - na szczę­ście - wszyst­kie ludz­kie nogi do lu­dzi. (Inna grec­ka teo­ria ewo­lu­cji była bar­dziej re­ali­stycz­na, choć nie­co nie­smacz­na: wszyst­kie isto­ty żywe stop­nio­wo wy­ło­ni­ły się z pra­sta­re­go ślu­zu).

Ato­mi­ści nie gło­si­li ist­nie­nia żad­ne­go osta­tecz­ne­go celu lub wiel­kie­go pro­jek­tu wszech­świa­ta - rze­czy po pro­stu się zda­rza­ły z przy­pad­ku i ko­niecz­no­ści - co nie spodo­ba­ło się więk­szo­ści lu­dzi. Taki po­gląd był dość przy­gnę­bia­ją­cy, a więk­szość grec­kich fi­lo­zo­fów po­szu­ki­wa­ła celu, praw­dy i pięk­na. Gre­cy, ży­ją­cy w tym sa­mym cza­sie co De­mo­kryt i jego ko­le­dzy ato­mi­ści, za­pew­ne do­brze po­zna­li całą ich ar­gu­men­ta­cję. My zna­my ją za­le­d­wie z cy­ta­tów i dys­ku­sji póź­niej­szych fi­lo­zo­fów. Ato­mi­sta ży­ją­cy w cza­sach rzym­skich, Lu­kre­cjusz (oko­ło 97-55 p.n.e.), na­pi­sał pięk­ny po­emat na­uko­wy O na­tu­rze wszech­rze­czy. W ka­te­go­riach ato­mi­zmu opi­sał w nim nie­bo, Zie­mię oraz wszyst­kie rze­czy i zja­wi­ska na Zie­mi, w tym ewo­lu­cję spo­łe­czeń­stwa.

Zna­my imio­na dzie­sią­tek sta­ro­żyt­nych grec­kich na­ukow­ców i ma­te­ma­ty­ków ży­ją­cych na prze­strze­ni nie­mal ty­sią­ca lat i ich wkład w na­ukę. Jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych był Ary­sto­te­les. Jego po­glą­dy na te­mat przy­ro­dy były tak po­wszech­ne, że do­mi­no­wa­ły jesz­cze dłu­go po jego śmier­ci (wró­ci­my do nie­go w roz­dzia­le 5). Jed­nak to trzech lu­dzi ży­ją­cych już po Ary­sto­te­le­sie wy­war­ło znacz­ny wpływ na roz­wój na­uki.

Eu­kli­des (oko­ło 330-260 p.n.e.) nie pierw­szy in­te­re­so­wał się geo­me­trią (cał­kiem do­brzy byli w niej Ba­bi­loń­czy­cy). Ale to on ze­brał pod­sta­wo­we za­ło­że­nia, re­gu­ły i pro­ce­du­ry geo­me­trycz­ne w jed­nym pod­ręcz­ni­ku. Geo­me­tria to ga­łąź ma­te­ma­ty­ki o bar­dzo prak­tycz­nym za­sto­so­wa­niu. Do­ty­czy prze­strze­ni: punk­tów, li­nii, po­wierzch­ni i ob­ję­to­ści. Eu­kli­des opi­sał róż­ne po­ję­cia geo­me­trycz­ne, na przy­kład to, że li­nie rów­no­le­głe ni­g­dzie się nie prze­ci­na­ją, a suma ką­tów trój­ką­ta wy­no­si 180°. Jego dzie­ło, Ele­men­ty, stu­dio­wa­no i po­dzi­wia­no w ca­łej Eu­ro­pie. Pew­ne­go dnia ty też mo­żesz po­znać jego "czy­stą geo­me­trię". Mam na­dzie­ję, że za­chwy­ci cię jej pro­sto­ta i pięk­no.

Dru­gi ma­te­ma­tyk z wiel­kiej trój­ki, Era­to­ste­nes (żył w la­tach 275-194 p.n.e.), wy­zna­czył ob­wód Zie­mi w bar­dzo pro­sty, ale spryt­ny spo­sób, wy­ko­rzy­stu­jąc geo­me­trię. Wie­dział, że w dniu let­nie­go prze­si­le­nia (w naj­dłuż­szym dniu roku) Słoń­ce wzno­si się pio­no­wo nad Sy­eną (dzi­siej­szy Asu­an). Zmie­rzył więc kąt pa­da­nia pro­mie­ni sło­necz­nych tego dnia w Alek­san­drii (gdzie za­rzą­dzał słyn­ną Bi­blio­te­ką Alek­san­dryj­ską), któ­ra le­ża­ła oko­ło 5000 sta­dio­nów na pół­noc od Sy­eny. (Sta­dion to grec­ka mia­ra od­le­gło­ści od­po­wia­da­ją­ca oko­ło 185 me­trom). Na pod­sta­wie tych po­mia­rów i za­sad geo­me­trii ob­li­czył, że ob­wód Zie­mi wy­no­si oko­ło 250 ty­się­cy sta­dio­nów. Czy do­brze po­li­czył? Jego wy­nik (46 250 km) nie róż­ni się wie­le od dłu­go­ści rów­ni­ka (40 075 km). War­to za­uwa­żyć, że zda­niem Era­to­ste­ne­sa Zie­mia była okrą­gła. Nie za­wsze pa­no­wa­ło prze­ko­na­nie, że na­sza pla­ne­ta to ogrom­na, pła­ska po­wierzch­nia, z któ­rej moż­na spaść po do­pły­nię­ciu do jej krań­ca, choć ta­kie hi­sto­rie opo­wia­da­no, gdy Krzysz­tof Ko­lumb po­dró­żo­wał do Ame­ry­ki.

Ostat­ni uczo­ny z wiel­kiej trój­ki rów­nież pra­co­wał w Alek­san­drii, mie­ście za­ło­żo­nym przez Alek­san­dra III Wiel­kie­go w pół­noc­nym Egip­cie. Pto­le­me­usz Klau­diusz (oko­ło 100-178 n.e.), jak wie­lu sta­ro­żyt­nych uczo­nych, miał bar­dzo sze­ro­kie za­in­te­re­so­wa­nia. Pi­sał o mu­zy­ce, geo­gra­fii oraz na­tu­rze i za­cho­wa­niu świa­tła. Nie­prze­mi­ja­ją­cą sła­wę przy­niósł mu jed­nak Al­ma­gest - dzie­ło za­ty­tu­ło­wa­ne tak przez Ara­bów. Pto­le­me­usz umie­ścił w nim i po­sze­rzył wy­ni­ki ob­ser­wa­cji wie­lu grec­kich astro­no­mów, w tym mapy nie­ba, ob­li­cze­nia ru­chów pla­net, Księ­ży­ca, Słoń­ca i gwiazd oraz opis struk­tu­ry wszech­świa­ta. Za­ło­żył, po­dob­nie jak mu współ­cze­śni, że Zie­mia znaj­du­je się w cen­trum wszech­świa­ta, a wszyst­kie cia­ła nie­bie­skie krą­żą wo­kół niej po kon­cen­trycz­nych sfe­rach. Był bar­dzo do­brym ma­te­ma­ty­kiem. Twier­dził, że wpro­wa­dza­jąc kil­ka po­pra­wek, jest w sta­nie wy­zna­czyć ru­chy pla­net, któ­re ob­ser­wo­wał (po­dob­nie jak wie­lu in­nych, któ­rzy to przed nim czy­ni­li).

Bar­dzo trud­no jed­nak wy­ja­śnić, że Słoń­ce krą­ży wo­kół Zie­mi, sko­ro w rze­czy­wi­sto­ści jest od­wrot­nie. Dzie­ło Pto­le­me­usza było pod­sta­wo­wą lek­tu­rą astro­no­mów zrów­no w kra­jach arab­skich, jak i w śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­pie. Ce­nio­no je tak bar­dzo, że jako jed­no z pierw­szych zo­sta­ło prze­tłu­ma­czo­ne na ję­zyk arab­ski, a póź­niej z po­wro­tem na ła­ci­nę. Wie­lu uzna­ło Pto­le­me­usza za rów­ne­go Hi­po­kra­te­so­wi, Ary­sto­te­le­so­wi i Ga­le­no­wi.

ROZDZIAŁ 4

Ojciec medycyny: Hipokrates

Gdy na­stęp­nym ra­zem bę­dziesz u le­ka­rza, za­py­taj go, czy koń­cząc stu­dia me­dycz­ne, skła­dał przy­się­gę Hi­po­kra­te­sa. Nie na wszyst­kich aka­de­miach me­dycz­nych pa­nu­ją ta­kie zwy­cza­je. Sło­wa tej na­pi­sa­nej po­nad 2 ty­sią­ce lat temu przy­się­gi wciąż po­zo­sta­ją waż­ne. Po­krót­ce im się przyj­rzy­my.

Mimo że słyn­na przy­się­ga nosi imię Hi­po­kra­te­sa, ra­czej nie on ją na­pi­sał. Praw­dę mó­wiąc, Hi­po­kra­tes jest au­to­rem tyl­ko kil­ku z oko­ło 60 przy­pi­sy­wa­nych mu trak­ta­tów me­dycz­nych. (Trak­tat to pra­ca na okre­ślo­ny te­mat). Nie­wie­le wia­do­mo o Hi­po­kra­te­sie jako czło­wie­ku. Uro­dził się oko­ło 460 roku p.n.e. na wy­spie Kos, po­ło­żo­nej nie­opo­dal dzi­siej­szej Tur­cji. Le­czył, uczył me­dy­cy­ny (za pie­nią­dze) i praw­do­po­dob­nie miał dwóch sy­nów i zię­cia, któ­rzy zo­sta­li le­ka­rza­mi. Jak wi­dać, od bar­dzo daw­na me­dy­cy­na jest ro­dzin­ną tra­dy­cją.

Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum to zbiór roz­praw na­pi­sa­nych przez wie­lu róż­nych au­to­rów na prze­strze­ni być może na­wet 250 lat. Za­war­te w nim trak­ta­ty przed­sta­wia­ją róż­ne punk­ty wi­dze­nia pro­ble­mów me­dycz­nych. Omó­wio­no w nich roz­ma­ite kwe­stie, ta­kie jak dia­gno­zy i le­cze­nie cho­rób, zła­ma­ne ko­ści i wy­bi­te sta­wy, epi­de­mie, spo­so­by za­cho­wa­nia zdro­wia, a przy tym od­ży­wa­nie się i wpływ śro­do­wi­ska na zdro­wie czło­wie­ka. W trak­ta­tach pod­po­wie­dzia­no tak­że le­ka­rzom, jak po­win­ni się za­cho­wy­wać za­rów­no w sto­sun­ku do pa­cjen­tów, jak i do in­nych le­ka­rzy. Krót­ko mó­wiąc, Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum przed­sta­wia ów­cze­sny stan ca­łej prak­ty­ko­wa­nej me­dy­cy­ny.

Rów­nie cie­ka­we jak za­kres te­ma­tycz­ny tego dzie­ła jest to, jak dłu­go po­wsta­wa­ły skła­da­ją­ce się na nie­go tek­sty. Hi­po­kra­tes żył przed So­kra­te­sem, Pla­to­nem i Ary­sto­te­le­sem na nie­wiel­kiej wy­spie Kos. Za­dzi­wia­ją­ce, że prze­trwa­ło co­kol­wiek na­pi­sa­ne­go w tak za­mierz­chłej prze­szło­ści. Nie było wów­czas dru­kar­ni, a wszyst­kie tek­sty trze­ba było żmud­nie prze­pi­sy­wać ręcz­nie na per­ga­mi­nie, zwo­jach pa­pi­ru­su, gli­nia­nych ta­blicz­kach i in­nych po­wierzch­niach, by na­stęp­nie je so­bie prze­ka­zy­wać. Atra­ment blak­nął, a per­ga­mi­ny ule­ga­ły znisz­cze­niu pod­czas wo­jen albo na sku­tek dzia­ła­nia czyn­ni­ków na­tu­ral­nych (np. owa­dów lub wa­run­ków po­go­do­wych). Prze­waż­nie za­cho­wa­ły się je­dy­nie ko­pie tych za­pi­sków, spo­rzą­dzo­ne przez póź­niej­sze po­ko­le­nia za­in­te­re­so­wa­nych nimi czy­tel­ni­ków. Im wię­cej ko­pii po­wsta­wa­ło, tym więk­sze były szan­se, że nie­któ­re frag­men­ty prze­trwa­ją.

Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum legł u pod­staw za­chod­niej me­dy­cy­ny i do dziś Hi­po­kra­tes zaj­mu­je w niej szcze­gól­ną po­zy­cję. Przez stu­le­cia me­dy­cy kie­ro­wa­li się trze­ma pod­sta­wo­wy­mi za­sa­da­mi. Na pierw­szej z nich wciąż opie­ra się współ­cze­sna me­dy­cy­na i ba­da­nia me­dycz­ne - na nie­za­chwia­nym prze­ko­na­niu, że lu­dzie za­pa­da­ją na cho­ro­by z po­wo­dów na­tu­ral­nych, któ­re mają ra­cjo­nal­ne wy­tłu­ma­cze­nie. Przed Hi­po­kra­te­sem w Gre­cji i są­sied­nich pań­stwach cho­ro­bom przy­pi­sy­wa­no nad­przy­ro­dzo­ny cha­rak­ter. Lu­dzie cho­ro­wa­li, po­nie­waż ob­ra­zi­li bo­gów albo ja­kieś po­za­ziem­skie moce rzu­ci­ły na lu­dzi urok lub były z nich nie­za­do­wo­lo­ne. A sko­ro to cza­row­ni­ce, ma­go­wie i bo­go­wie spro­wa­dza­li cho­ro­by, naj­le­piej było po­zo­sta­wić ka­pła­nom lub ma­gom usta­le­nie, dla­cze­go na ko­goś spa­dła cho­ro­ba i jak naj­le­piej ją zwal­czyć. Wie­lu lu­dzi, na­wet współ­cze­śnie, uży­wa ma­gicz­nych le­ków, a uzdro­wi­cie­le wciąż są wśród nas.

Au­to­rzy Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum nie byli uzdro­wi­cie­la­mi tyl­ko le­ka­rza­mi prze­ko­na­ny­mi, że cho­ro­ba jest na­tu­ral­nym, nor­mal­nym wy­da­rze­niem. Wy­raź­nie do­wo­dzi tego je­den z trak­ta­tów - O świę­tej cho­ro­bie. Ten krót­ki tekst mówi o pa­dacz­ce (epi­lep­sji), wów­czas rów­nie po­wszech­nej jak dziś. Przy­pusz­czal­nie cier­pie­li na nią Alek­san­der Wiel­ki i Ju­liusz Ce­zar. Epi­lep­ty­cy mają na­pa­dy, pod­czas któ­rych tra­cą przy­tom­ność, do­sta­ją skur­czów i drga­wek. Cza­sa­mi się mo­czą. Stop­nio­wo na­pad ustę­pu­je i od­zy­sku­ją kon­tro­lę nad swo­im cia­łem i funk­cja­mi umy­słu. Dzi­siaj cho­rzy na pa­dacz­kę trak­tu­ją ją jako "nor­mal­ną", choć dość nie­wy­god­ną przy­pa­dłość, któ­rej ata­ki wy­glą­da­ją nie­po­ko­ją­co. Sta­ro­żyt­nym Gre­kom wy­da­wa­ły się tak dra­ma­tycz­ne i ta­jem­ni­cze, że ich przy­czyn upa­try­wa­li w bo­skim dzia­ła­niu, a pa­dacz­kę na­zwa­li "świę­tą cho­ro­bą".

Au­tor trak­ta­tu my­ślał jed­nak ina­czej. W słyn­nym pierw­szym zda­niu stwier­dził jed­no­znacz­nie: "Nie wie­rzę, że "świę­ta cho­ro­ba" jest bar­dziej bo­ska lub świę­ta niż ja­ka­kol­wiek inna cho­ro­ba, lecz wręcz prze­ciw­nie - ma spe­cy­ficz­ną cha­rak­te­ry­sty­kę i okre­ślo­ną przy­czy­nę. Mimo wszyst­ko, po­nie­waż jest cał­kiem od­mien­na od in­nych cho­rób, była trak­to­wa­na jako bo­ska wi­zy­ta przez tych, któ­rzy, bę­dąc je­dy­nie ludź­mi, pa­trzy­li na nią z igno­ran­cją i za­sko­cze­niem". We­dług au­to­ra przy­czy­ną epi­lep­sji było za­blo­ko­wa­nie fleg­my w mó­zgu. Jak w przy­pad­ku więk­szo­ści teo­rii w na­uce i me­dy­cy­nie, za­stą­pi­ła ją lep­sza hi­po­te­za. Jed­nak zde­cy­do­wa­ne stwier­dze­nie, że nie moż­na uznać przy­czy­ny cho­ro­by za nad­przy­ro­dzo­ną tyl­ko dla­te­go, że jest nie­ty­po­wa, ta­jem­ni­cza lub trud­na do wy­ja­śnie­nia, sta­ło się za­sa­dą prze­wod­nią na­uki w póź­niej­szych wie­kach. Mo­że­my cze­goś w da­nej chwi­li nie ro­zu­mieć, ale dzię­ki cier­pli­wo­ści i cięż­kiej pra­cy znaj­dzie­my wy­tłu­ma­cze­nie. Ten ar­gu­ment jest jed­ną z naj­waż­niej­szych, nie­prze­mi­ja­ją­cych prawd, prze­ka­za­nych nam przez au­to­rów Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum.

Dru­ga za­sa­da Hi­po­kra­te­sa mówi, że za­rów­no zdro­wie, jak i cho­ro­ba za­le­żą od hu­mo­rów w na­szym cie­le. (Wy­ra­że­nie, że ktoś jest w do­brym lub złym hu­mo­rze, ozna­cza, że ma do­bry lub zły na­strój). Ta teo­ria zo­sta­ła naj­le­piej wy­ja­śnio­na w trak­ta­cie O na­tu­rze czło­wie­ka, na­pi­sa­nym być może przez zię­cia Hi­po­kra­te­sa. Kil­ka in­nych dzieł kor­pu­su wspo­mi­na o dwóch hu­mo­rach - fleg­mie i żół­ci - jako o przy­czy­nach cho­rób. W trak­ta­cie O na­tu­rze czło­wie­ka zo­sta­ły wy­mie­nio­ne dwa ko­lej­ne hu­mo­ry: krew i czar­na żółć. Au­tor twier­dzi, że te czte­ry pły­ny ustro­jo­we mają za­sad­ni­czy wpływ na zdro­wie, a gdy doj­dzie do za­bu­rze­nia ich pro­por­cji (któ­re­goś jest za dużo lub za mało), czło­wiek cho­ru­je. Praw­do­po­dob­nie każ­dy z nas wi­dział swo­je pły­ny ustro­jo­we pod­czas cho­ro­by. Gdy mamy go­rącz­kę, po­ci­my się. Kie­dy się prze­zię­bi­my lub zła­pie­my in­fek­cję płuc, ciek­nie nam z nosa i od­krztu­sza­my fleg­mę. Je­śli boli nas brzuch, wy­mio­tu­je­my, a przy bie­gun­ce wy­da­la­my pły­ny. Za­dra­pa­nie lub ska­le­cze­nie po­wo­du­je krwa­wie­nie skó­ry. Mniej po­wszech­na dzi­siaj jest żół­tacz­ka, cho­ro­ba, w któ­rej skó­ra na­bie­ra żół­ta­we­go za­bar­wie­nia. To­wa­rzy­szy ono tak­że wie­lu róż­nym scho­rze­niom, któ­re wpły­wa­ją na or­ga­ny wy­dzie­la­ją­ce pły­ny ustro­jo­we. Taką przy­pa­dło­ścią była po­wszech­na w sta­ro­żyt­nej Gre­cji ma­la­ria.

Au­tor trak­ta­tu wią­zał każ­dy z tych hu­mo­rów z jed­nym z or­ga­nów: krew z ser­cem, żółć z wą­tro­bą, czar­ną żółć ze śle­dzio­ną, a fleg­mę z mó­zgiem. Uwa­żał, że epi­lep­sję wy­wo­ły­wa­ło za­blo­ko­wa­nie fleg­my w mó­zgu. Inne cho­ro­by - nie tyl­ko ta­kie, jak prze­zię­bie­nie czy bie­gun­ka, w któ­rych na­stę­pu­ją wy­raź­ne zmia­ny pły­nów ustro­jo­wych - też były zwią­za­ne ze zmia­na­mi hu­mo­rów. Każ­dy z hu­mo­rów miał spe­cy­ficz­ne wła­ści­wo­ści: krew była go­rą­ca i wil­got­na, fleg­ma - zim­na i wil­got­na, żółć - go­rą­ca i su­cha, a czar­na żółć - zim­na i su­cha. Ta­kie ce­chy moż­na za­ob­ser­wo­wać u cho­rych: kie­dy krwa­wa rana jest za­ognio­na, robi się go­rą­ca, a je­śli się prze­zię­bi­my, od­czu­wa­my zim­no i dresz­cze. (Ga­len, któ­ry oko­ło 600 lat póź­niej roz­wi­nął teo­rię Hi­po­kra­te­sa, przy­pi­sał te same ce­chy go­rą­ca, zim­na, wil­go­ci i su­cho­ści tak­że po­kar­mom i le­kom, któ­re za­ży­wa­my).

Za naj­lep­sze dla pa­cjen­ta uzna­wa­no le­cze­nie po­le­ga­ją­ce na przy­wró­ce­niu rów­no­wa­gi hu­mo­rów. A to ozna­cza­ło, że w prak­ty­ce me­dy­cy­na hi­po­kra­te­so­wa była bar­dziej skom­pli­ko­wa­na od wy­peł­nie­nia pro­stych in­struk­cji przy­wra­ca­nia na­tu­ral­ne­go sta­nu wszyst­kim hu­mo­rom. U każ­de­go pa­cjen­ta za­pew­nia­ją­ca zdro­wie rów­no­wa­ga hu­mo­rów wy­glą­da­ła nie­co ina­czej, więc le­karz mu­siał do­wie­dzieć się o cho­rym wszyst­kie­go: gdzie miesz­ka, co jadł i jak za­ra­bia na ży­cie. Tyl­ko w ten spo­sób mógł okre­ślić, co cze­ka pa­cjen­ta, czy­li przed­sta­wić mu ro­ko­wa­nia. Gdy za­cho­ru­je­my, przede wszyst­kim chce­my wie­dzieć, cze­go mamy się spo­dzie­wać i co mamy zro­bić, aby nasz stan się po­lep­szył. Le­ka­rze ze szko­ły Hi­po­kra­te­sa przy­kła­da­li wiel­ką wagę do prze­wi­dy­wa­nia, co się sta­nie z cho­rym. Pra­wi­dło­wa oce­na po­pra­wia­ła ich re­pu­ta­cję i spra­wia­ła, że mie­li wię­cej pa­cjen­tów.

Me­dy­cy­na, któ­rej na­uczał Hi­po­kra­tes, a któ­rą póź­niej jego ucznio­wie prze­ka­zy­wa­li da­lej (nie­rzad­ko swo­im sy­nom lub zię­ciom), opie­ra­ła się na uważ­nej ob­ser­wa­cji ob­ja­wów i prze­bie­gu cho­rób. Le­ka­rze za­pi­sy­wa­li swo­je spo­strze­że­nia, czę­sto w for­mie krót­kich pod­su­mo­wań, zwa­nych afo­ry­zma­mi. Były one jed­nym z dzieł kor­pu­su, do któ­rych naj­czę­ściej od­wo­ły­wa­li się póź­niej­si le­ka­rze.

Trze­cia waż­na za­sa­da Hi­po­kra­te­sa na te­mat zdro­wia i cho­ro­by zo­sta­ła pod­su­mo­wa­na w ła­ciń­skiej sen­ten­cji vis me­di­ca­trix na­tu­re, co ozna­cza "uzdra­wia­ją­ca moc na­tu­ry". Hi­po­kra­tes i jego spad­ko­bier­cy in­ter­pre­to­wa­li ru­chy hu­mo­rów w cho­rym cie­le jako ozna­ki prób sa­mo­uz­dro­wie­nia się or­ga­ni­zmu. Za­tem w po­ce­niu się, od­ka­sły­wa­niu fleg­my, wy­mio­tach i gro­ma­dze­niu się ropy we wrzo­dach wi­dzie­li wy­da­la­nie przez cia­ło - albo "go­to­wa­nie" (czę­sto uży­wa­li me­ta­for ku­chen­nych) - hu­mo­rów. Or­ga­nizm po­zby­wał się w ten spo­sób nad­mia­ru hu­mo­rów albo oczysz­czał się z tych złych, zmie­nio­nych przez cho­ro­bę. Za­da­niem le­ka­rza było po­móc w tym na­tu­ral­nym pro­ce­sie zdro­wie­nia. Jego rola po­le­ga­ła na słu­że­niu na­tu­rze, a nie na tym, by nad nią za­pa­no­wać. Le­karz mu­siał na­uczyć się, na czym po­le­ga pro­ces cho­ro­by, uważ­nie go ob­ser­wu­jąc. W znacz­nie póź­niej­szych cza­sach pe­wien me­dyk po­twier­dził teo­rię sa­mo­ist­nie ustę­pu­ją­cej cho­ro­by. Wszy­scy wie­my, że wie­lu cho­rych zdro­wie­je bez po­mo­cy le­ka­rza. Cza­sa­mi le­ka­rze żar­tu­ją mię­dzy sobą, że le­czo­na cho­ro­ba trwa ty­dzień, a nie­le­czo­na - sie­dem dni. Hi­po­kra­tes zgo­dził­by się z nimi.

Oprócz licz­nych prac o me­dy­cy­nie i chi­rur­gii, hi­gie­nie i epi­de­miach Hi­po­kra­tes zo­sta­wił nam tekst krót­kiej przy­się­gi, któ­ra do dziś jest in­spi­ra­cją dla le­ka­rzy. Jej część do­ty­czy re­la­cji mię­dzy mło­dym stu­den­tem a jego na­uczy­cie­lem oraz mię­dzy le­ka­rza­mi. Przede wszyst­kim jed­nak przy­się­ga okre­śla wła­ści­we za­cho­wa­nia le­ka­rza wo­bec pa­cjen­tów. Le­karz nie po­wi­nien wy­ko­rzy­sty­wać swo­ich pa­cjen­tów, roz­po­wia­dać po­uf­nych in­for­ma­cji, któ­re mógł usły­szeć od cho­re­go, ani prze­pi­sy­wać mu tru­ci­zny. Wszyst­kie te za­gad­nie­nia etycz­ne po­zo­sta­ły ak­tu­al­ne do dziś, a szcze­gól­nie jed­no stwier­dze­nie wy­da­je się po­nad­cza­so­we: Będę sto­so­wał za­bie­gi lecz­ni­cze we­dle mych moż­li­wo­ści i ro­ze­zna­nia ku po­żyt­ko­wi cho­rych, bro­niąc ich od uszczerb­ku i krzyw­dy. Le­ka­rzom wciąż po­win­na przy­świe­cać za­sa­da: "Przede wszyst­kim nie szko­dzić".

ROZDZIAŁ 5

Mistrz tych, którzy wiedzą: Arystoteles

"Wszy­scy lu­dzie z na­tu­ry pra­gną wie­dzy", po­wie­dział Ary­sto­te­les. Za­pew­ne znasz ko­goś ta­kie­go, kto za­wsze go­tów jest na­uczyć się cze­goś no­we­go. Być może masz w swo­im oto­cze­niu też mą­dra­li po­zba­wio­nych cie­ka­wo­ści świa­ta, któ­ra dla Ary­sto­te­le­sa za­wsze mia­ła duże zna­cze­nie. Ten grec­ki fi­lo­zof ży­wił na­dzie­ję, że lu­dzie będą dą­żyć do po­sze­rza­nia wie­dzy o so­bie sa­mych i ota­cza­ją­cym ich świe­cie. Nie­ste­ty, wie­my, że nie za­wsze tak się dzie­je.

Ary­sto­te­les po­świę­cił całe ży­cie ucze­niu się i na­ucza­niu. Uro­dził się w 384 roku p.n.e. w Sta­gi­rze w Tra­cji (Pół­wy­sep Chal­cy­dyc­ki w Gre­cji). Był sy­nem le­ka­rza, ale mniej wię­cej w wie­ku dzie­się­ciu lat zo­stał osie­ro­co­ny. Wy­cho­wy­wał go i uczył nie­ja­ki Prok­se­nos. Ma­jąc sie­dem­na­ście lat, Ary­sto­te­les udał się do Aten, aby stu­dio­wać w słyn­nej Aka­de­mii Pla­toń­skiej. Zo­stał tam przez dwa­dzie­ścia lat. Mimo że miał cał­kiem inne po­dej­ście do przy­ro­dy niż Pla­ton, lu­bił swo­je­go na­uczy­cie­la i po jego śmier­ci w 347 roku p.n.e. na­pi­sał dzie­ło o jego do­rob­ku. Nie­któ­rzy twier­dzą, że hi­sto­ria za­chod­niej fi­lo­zo­fii to se­ria przy­pi­sów do Pla­to­na, co ozna­cza, że po­ru­szył on wie­le waż­nych dla fi­lo­zo­fów kwe­stii. Za­sta­na­wiał się m.in. nad tym, jaka jest na­tu­ra pięk­na. Co jest praw­dą? Czym jest wie­dza? Jak być do­brym? Jak naj­le­piej zor­ga­ni­zo­wać spo­łe­czeń­stwo? Kto usta­la za­sa­dy, we­dług któ­rych ży­je­my? Co na­sze do­świad­cze­nia w świe­cie mó­wią nam o praw­dzi­wej na­tu­rze rze­czy?

Ary­sto­te­le­sa rów­nież in­try­go­wa­ło wie­le z tych fi­lo­zo­ficz­nych py­tań, ale od­po­wia­dał na nie w spo­sób, któ­ry mo­gli­by­śmy na­zwać na­uko­wym. Po­dob­nie jak Pla­ton był fi­lo­zo­fem, ale fi­lo­zo­fem przy­ro­dy. Dziś okre­ślo­no by go mia­nem na­ukow­ca. Zaj­mo­wał się głów­nie jed­ną ga­łę­zią fi­lo­zo­fii - lo­gi­ką, czy­li tym, jak my­śleć bar­dziej ści­śle i ja­sno. Za­wsze in­te­re­so­wał się ota­cza­ją­cym go świa­tem na Zie­mi i na nie­bie oraz na­tu­ral­ny­mi zmia­na­mi.

Więk­szość pism Ary­sto­te­le­sa za­gi­nę­ła, na szczę­ście jed­nak za­cho­wa­ła się część jego no­ta­tek z wy­kła­dów. Po śmier­ci Pla­to­na Ary­sto­te­les opu­ścił Ate­ny, za­pew­ne dla­te­go że jako cu­dzo­zie­miec nie czuł się tam bez­piecz­nie. Kil­ka lat spę­dził w As­sos (obec­nie Tur­cja), gdzie za­ło­żył szko­łę, po­ślu­bił cór­kę miej­sco­we­go wład­cy, a po jej śmier­ci zwią­zał się z nie­wol­ni­cą, z któ­rą miał syna Ni­ko­ma­chu­sa. To wła­śnie tam Ary­sto­te­les roz­po­czął ba­da­nia bio­lo­gicz­ne, któ­re kon­ty­nu­ował na wy­spie Les­bos. W 343 roku p.n.e. pod­jął się bar­dzo waż­nej pra­cy - zo­stał na­uczy­cie­lem Alek­san­dra Wiel­kie­go w Ma­ce­do­nii (dziś jest to pań­stwo le­żą­ce na pół­noc od Gre­cji). Miał na­dzie­ję, że wy­cho­wa go na wład­cę wraż­li­we­go na fi­lo­zo­fię. Nie­ste­ty, to mu się nie uda­ło. Jed­nak Alek­san­der pod­bił więk­szość ów­cze­sne­go świa­ta, w tym Ate­ny, dzię­ki cze­mu Ary­sto­te­les po­now­nie mógł w nich bez­piecz­nie za­miesz­kać. Nie wró­cił jed­nak do Aka­de­mii Pla­toń­skiej, lecz za­ło­żył nową szko­łę pod mia­stem. Znaj­do­wa­ła się ona przy pro­me­na­dzie (po grec­ku pe­ri­pa­tos), więc uczniów Ary­sto­te­le­sa na­zwa­no pe­ry­pa­te­ty­ka­mi, czy­li nie­ustan­nie się prze­cha­dza­ją­cy­mi. Na­zwa jest o tyle sto­sow­na, że Ary­sto­te­les czę­sto pro­wa­dził wy­kła­dy i dys­pu­ty, cho­dząc z miej­sca na miej­sce. Po śmier­ci Alek­san­dra Wiel­kie­go fi­lo­zof stra­cił po­par­cie w Ate­nach, więc prze­niósł się (po raz ostat­ni) do Chal­ki­dy, gdzie wkrót­ce po­tem zmarł.

Ary­sto­te­les był­by za­sko­czo­ny tym, że na­zy­wa­my go uczo­nym. Uwa­żał się za fi­lo­zo­fa w do­słow­nym zna­cze­niu tego sło­wa, czy­li mi­ło­śni­ka wie­dzy. Jed­nak przez więk­szość ży­cia sta­rał się zro­zu­mieć ota­cza­ją­cy go świat, sto­su­jąc spo­so­by, któ­re okre­śli­li­by­śmy jako na­uko­we. Jego wi­zja zie­mi, ży­ją­cych na niej stwo­rzeń i nie­ba nad nimi wy­wie­ra­ła wpływ na ro­zu­mie­nie świa­ta przez po­nad pięt­na­ście wie­ków. Wraz z Ga­le­nem gó­ro­wał nad po­zo­sta­ły­mi sta­ro­żyt­ny­mi my­śli­cie­la­mi. Oczy­wi­ście wy­ko­rzy­stał do­ko­na­nia swo­ich po­przed­ni­ków, ale nie był fi­lo­zo­fem nie­ru­sza­ją­cym się z fo­te­la. Ba­dał świat ma­te­rial­ny, gdyż chciał go zro­zu­mieć.

Jego za­in­te­re­so­wa­nia i do­ro­bek moż­na po­dzie­lić na trzy dzie­dzi­ny: świat żywy (ro­śli­ny, zwie­rzę­ta i lu­dzie), na­tu­ra zmian, czy­li ruch (więk­szość prze­my­śleń zwią­za­nych z tym te­ma­tem za­warł w pi­śmie za­ty­tu­ło­wa­nym Fi­zy­ka), oraz struk­tu­ra nie­ba, czy­li za­leż­no­ści mię­dzy Zie­mią a Słoń­cem, Księ­ży­cem, gwiaz­da­mi i in­ny­mi cia­ła­mi nie­bie­ski­mi.

Ary­sto­te­les po­świę­cił dużo cza­su na ba­da­nia. Za­sta­na­wiał się, jak są zbu­do­wa­ne i jak funk­cjo­nu­ją ro­śli­ny i zwie­rzę­ta. Chciał wie­dzieć, jak prze­bie­ga ich roz­wój przed na­ro­dzi­na­mi, jak ro­śli­ny kieł­ku­ją, jak wy­klu­wa­ją się pta­ki i jak ro­sną wszyst­kie or­ga­ni­zmy żywe. Nie dys­po­no­wał mi­kro­sko­pem, ale nie­wąt­pli­wie miał do­bry wzrok. Do­sko­na­le opi­sał roz­wój kur­cząt w ja­jach. Gdy kura zło­ży­ła kil­ka jaj, co­dzien­nie roz­bi­jał jed­no. Pierw­szym zna­kiem ży­cia, któ­ry zo­ba­czył, była odro­bi­na krwi pul­su­ją­cej w miej­scu, w któ­rym mia­ło się roz­wi­nąć pta­sie ser­ce. Na tej pod­sta­wie do­szedł do wnio­sku, że ser­ce jest naj­waż­niej­szym or­ga­nem zwie­rząt. Był też prze­ko­na­ny, że jest ono ośrod­kiem emo­cji i tego, co na­zwa­li­by­śmy ży­ciem umy­sło­wym. Pla­ton (i Hi­po­kra­tes) pra­wi­dło­wo umiej­sco­wił funk­cje psy­cho­lo­gicz­ne w mó­zgu. Mimo wszyst­ko, gdy się prze­stra­szy­my, zde­ner­wu­je­my lub za­ko­cha­my, ser­ce bije nam szyb­ciej, więc teo­ria Ary­sto­te­le­sa nie była zu­peł­nie bez­pod­staw­na. Funk­cje (ina­czej zdol­no­ści) wyż­szych zwie­rząt, ta­kich jak isto­ty ludz­kie, przy­pi­sy­wał ak­tyw­no­ści du­szy. U lu­dzi wy­róż­nił sześć pod­sta­wo­wych funk­cji: od­ży­wia­nie, wzrost, roz­mna­ża­nie, zmy­sły, ruch i ro­zum.

Każ­da żywa isto­ta prze­ja­wia przy­naj­mniej część tych zdol­no­ści. Na przy­kład ro­śli­ny wzra­sta­ją i roz­mna­ża­ją się. Owa­dy, ta­kie jak mrów­ki, mogą rów­nież po­ru­szać się i od­czu­wać. Więk­sze i in­te­li­gent­niej­sze zwie­rzę­ta mają wię­cej zdol­no­ści, ale Ary­sto­te­les wie­rzył, że tyl­ko lu­dzie mogą my­śleć, to zna­czy ana­li­zo­wać i de­cy­do­wać o pod­ję­ciu okre­ślo­nych dzia­łań. To­też wła­śnie czło­wiek znaj­do­wał się na szczy­cie ary­sto­te­le­sow­skiej sca­la na­tu­rae ("ska­li na­tu­ry" albo "łań­cu­cha istot"). Był to ro­dzaj dra­bi­ny, na któ­rej moż­na usta­wić wszyst­kie isto­ty żywe, za­czy­na­jąc na dole od naj­prost­szych ro­ślin i umiesz­cza­jąc co­raz wy­żej co­raz bar­dziej zło­żo­ne or­ga­ni­zmy. Kon­cep­cję tę za­po­ży­czy­li póź­niej róż­ni przy­rod­ni­cy, czy­li ba­da­cze świa­ta przy­ro­dy, zwłasz­cza flo­ry i fau­ny. Po­wró­ci­my do tego te­ma­tu w ko­lej­nych roz­dzia­łach.

Ary­sto­te­les dość do­brze orien­to­wał się, do cze­go słu­żą po­szcze­gól­ne czę­ści ro­ślin i zwie­rząt, na przy­kład li­ście, skrzy­dła, żo­łą­dek czy ner­ki. Za­ło­żył, że bu­do­wa każ­de­go z tych or­ga­nów zo­sta­ła za­pro­jek­to­wa­na do wy­ko­ny­wa­nia okre­ślo­nej funk­cji. Skrzy­dła były prze­zna­czo­ne do la­ta­nia, żo­łą­dek do tra­wie­nia po­kar­mów, a ner­ki do prze­twa­rza­nia mo­czu. Ten ro­dzaj ro­zu­mo­wa­nia na­zy­wa­my te­le­olo­gicz­nym (z grec­kie­go te­los - 'cel'). Sku­pia się ono na tym, ja­kie są albo do cze­go słu­żą rze­czy. Po­myśl o szklan­ce albo pa­rze bu­tów. Mają wła­ści­wy so­bie kształt, po­nie­waż oso­ba, któ­ra je zro­bi­ła, mia­ła na wzglę­dzie cel, któ­re­mu mają słu­żyć - mie­ścić pły­ny do pi­cia oraz chro­nić sto­py pod­czas cho­dze­nia. Z ro­zu­mo­wa­niem te­le­olo­gicz­nym ze­tknie­my się jesz­cze w dal­szej czę­ści tej książ­ki. Po­mo­że ono nie tyl­ko w wy­ja­śnie­niu, dla­cze­go ro­śli­ny i zwie­rzę­ta są zbu­do­wa­ne tak, a nie ina­czej, ale tak­że w szer­szym kon­tek­ście w zro­zu­mie­niu wie­lu zja­wisk w świe­cie fi­zycz­nym.

Ro­śli­ny kieł­ku­ją, a zwie­rzę­ta się ro­dzą, po czym jed­ne i dru­gie ro­sną, a w koń­cu umie­ra­ją. Pory roku re­gu­lar­nie się po­wta­rza­ją. Je­śli coś upu­ści­my, spa­da na zie­mię. Ary­sto­te­les chciał wy­ja­śnić tego typu zja­wi­ska. Waż­ne dla nie­go były dwa po­ję­cia: po­ten­cja (moż­ność) i akt. Na­uczy­cie­le bądź ro­dzi­ce mogą ci po­wie­dzieć, że masz po­ten­cjał, co zwy­kle ozna­cza, że do­sta­jesz naj­lep­sze moż­li­we oce­ny na te­stach albo szyb­ko bie­gasz. Tego ro­dza­ju po­ten­cjał jest ele­men­tem kon­cep­cji Ary­sto­te­le­sa, ale mę­drzec wi­dział też w rze­czach inny ro­dzaj po­ten­cji. We­dług nie­go stos ce­gieł ma moż­ność stać się do­mem, a bry­ła ka­mie­nia - po­są­giem. Bu­do­wa­nie i rzeź­bie­nie prze­kształ­ca­ją te nie­oży­wio­ne obiek­ty ze sta­nu po­ten­cji w go­to­we rze­czy, czy­li akty. Akt to fi­nal­na po­stać po­ten­cji, w któ­rej rze­czy ob­da­rzo­ne moż­no­ścią od­naj­du­ją swój stan na­tu­ral­ny. Ary­sto­te­les uwa­żał, że gdy przed­miot spa­da, na przy­kład jabł­ko z drze­wa, to szu­ka swo­je­go sta­nu na­tu­ral­ne­go, któ­rym jest spo­czy­nek na zie­mi. Jabł­ko nie do­sta­nie na­gle skrzy­deł i nie od­le­ci, po­nie­waż ono, tak jak i inne przed­mio­ty w na­szym świe­cie, szu­ka zie­mi. La­ta­ją­ce jabł­ko by­ło­by czymś nie­na­tu­ral­nym. Le­żą­ce na zie­mi jabł­ko na­dal może się zmie­niać - zgni­je, je­śli nikt go nie pod­nie­sie i nie zje, bo to rów­nież jest czę­ścią cy­klu wzra­sta­nia i roz­kła­du jabł­ka. Jed­nak spa­da­jąc, jabł­ko osią­gnę­ło pew­ne­go ro­dza­ju na­tu­ral­ność. Na­wet pta­ki wra­ca­ją na zie­mię po szy­bo­wa­niu w po­wie­trzu.

Sko­ro "na­tu­ral­nym" miej­scem spo­czyn­ku przed­mio­tów jest twar­da zie­mia, to co z Księ­ży­cem, Słoń­cem, pla­ne­ta­mi i gwiaz­da­mi? Mogą się znaj­do­wać gdzieś da­le­ko, tak jak jabł­ko wi­szą­ce na ga­łę­zi albo ka­mień na skal­nej pół­ce, ale ni­g­dy nie zde­rzą się z Zie­mią. Na szczę­ście. Ary­sto­te­les po­dał bar­dzo pro­ste wy­ja­śnie­nie tego fak­tu. Zmia­ny w świe­cie pod­księ­ży­co­wym za­wsze za­cho­dzą w kie­run­ku od Księ­ży­ca ku Zie­mi, po­nie­waż świat zbu­do­wa­ny jest z czte­rech ży­wio­łów: ognia, po­wie­trza, zie­mi i wody (i ich wła­ści­wo­ści: go­rą­ce­go i su­che­go po­wie­trza, go­rą­ce­go i wil­got­ne­go po­wie­trza, zim­nej i su­chej zie­mi oraz zim­nej i wil­got­nej wody). Na­to­miast świat nad­księ­ży­co­wy jest zbu­do­wa­ny z pią­te­go, nie­zmien­ne­go pier­wiast­ka - ete­ru, zwa­ne­go też qu­in­tes­sen­ce, czy­li pią­tą esen­cją. Cięż­kie cia­ła za­wsze po­ru­sza­ją się po ide­al­nych okrę­gach. Wszech­świat Ary­sto­te­le­sa wy­peł­niał sta­łą prze­strzeń, ale czas był zmien­ny. Słoń­ce, Księ­życ i gwiaz­dy przez całą wiecz­ność krą­ży­ły wo­kół Zie­mi, uno­szą­cej się w cen­trum ko­smo­su. Za­cho­dzi tu pa­ra­doks, gdyż Zie­mia była rów­nież je­dy­nym ele­men­tem wszech­świa­ta, w któ­rym mo­gły za­cho­dzić zmia­ny i roz­kład.

A co po­wo­do­wa­ło ruch ciał nie­bie­skich wo­kół Zie­mi? Ary­sto­te­les szcze­gól­nie in­te­re­so­wał się przy­czy­ną. Wy­su­nął całą teo­rię przy­czyn, dzie­ląc je na czte­ry ka­te­go­rie. Wy­róż­nił przy­czy­ny ma­te­rial­ne, for­mal­ne, spraw­cze i ce­lo­we. Są­dził, że ludz­ką dzia­łal­ność, a tak­że zja­wi­ska za­cho­dzą­ce na świe­cie moż­na po­gru­po­wać, bio­rąc pod uwa­gę ro­dzaj przy­czy­ny, i w ten spo­sób je zro­zu­mieć. Po­myśl o rzeź­bie­niu po­są­gu z bry­ły ka­mie­nia. Ka­mień jest ma­te­rią, z któ­rej po­wsta­nie po­sąg, czy­li przy­czy­ną ma­te­rial­ną. Two­rzą­cy po­sąg rzeź­biarz po­stę­pu­je w okre­ślo­ny, for­mal­ny spo­sób, aby nadać mu kształt. Przy­czy­ną spraw­czą jest sama czyn­ność cio­sa­nia ka­mie­nia, a przy­czy­ną ce­lo­wą - po­mysł, któ­ry zro­dził się w umy­śle ar­ty­sty, na przy­kład fi­gu­ra psa lub ko­nia, i któ­ry za­po­cząt­ko­wał całe dzia­ła­nie.

Na­uka za­wsze zaj­mo­wa­ła się przy­czy­na­mi. Ba­da­cze chcie­li wie­dzieć, co się sta­nie i dla­cze­go. Co po­wo­du­je, że ko­mór­ka za­czy­na się bez koń­ca dzie­lić, do­pro­wa­dza­jąc do po­wsta­nia no­wo­two­ru? Dla­cze­go je­sie­nią li­ście brą­zo­wie­ją, żółk­ną i czer­wie­nie­ją, a przez całe lato były zie­lo­ne? Dla­cze­go cia­sto wy­ra­sta, gdy doda się do nie­go droż­dże? Na te i wie­le po­dob­nych py­tań moż­na od­po­wie­dzieć w ka­te­go­riach róż­nych przy­czyn. Cza­sa­mi od­po­wiedź jest dość pro­sta, kie­dy in­dziej - bar­dzo zło­żo­na. Na­ukow­cy zaj­mu­ją się głów­nie tym, co Ary­sto­te­les na­zwał przy­czy­na­mi spraw­czy­mi, ale istot­ne są też przy­czy­ny ma­te­rial­ne i for­mal­ne. Przy­czy­ny ce­lo­we to już cał­kiem inna kwe­stia. We współ­cze­snych eks­pe­ry­men­tach na­uko­wych ba­da­cze zaj­mu­ją się przede wszyst­kim wy­ja­śnie­niem pro­ce­sów, za­miast szu­ka­niem przy­czyn ce­lo­wych, któ­re ra­czej są przed­mio­tem za­in­te­re­so­wa­nia re­li­gii bądź fi­lo­zo­fii.

Jed­nak w IV wie­ku p.n.e. Ary­sto­te­les wie­rzył, że przy­czy­ny ce­lo­we są waż­nym ele­men­tem ob­ra­zu rze­czy­wi­sto­ści. Pa­trząc na wszech­świat jako ca­łość, stwier­dził, że mu­sia­ła ist­nieć ja­kaś przy­czy­na ce­lo­wa, któ­ra za­po­cząt­ko­wa­ła cały ruch. Na­zwał ją nie­ru­cho­mym po­ru­szy­cie­lem. Póź­niej wie­le re­li­gii (mię­dzy in­ny­mi chrze­ści­jań­stwo, ju­da­izm i is­lam) iden­ty­fi­ko­wa­ły nie­ru­cho­me­go po­ru­szy­cie­la ze swo­im bo­giem. Dla­te­go też Ary­sto­te­les przez wie­le stu­le­ci był ce­nio­ny jako wy­bit­ny my­śli­ciel. Stwo­rzył świa­to­po­gląd, któ­ry do­mi­no­wał w na­uce przez bli­sko dwa ty­sią­ce lat.

ROZDZIAŁ 6

Cesarski medyk: Galen

Ga­len (żył 130-200) był bar­dzo mą­dry i śmia­ło się do tego przy­zna­wał. Nie­ustan­nie coś no­to­wał, opi­su­jąc swo­je do­ko­na­nia i dzie­ląc się róż­ny­mi opi­nia­mi. Za­cho­wa­ło się znacz­nie wię­cej jego dzieł niż ja­kie­go­kol­wiek in­ne­go au­to­ra z daw­nych cza­sów, co świad­czy o tym, że lu­dzie bar­dzo ce­ni­li jego pra­ce. Do prze­czy­ta­nia jest dwa­dzie­ścia opa­słych to­mów (choć Ga­len na­pi­sał ich dużo wię­cej). Dzię­ki temu mamy o nim więk­szą wie­dzę niż o wie­lu in­nych sta­ro­żyt­nych my­śli­cie­lach. Nie szko­dzi, że uczo­ny uwiel­biał też pi­sać o so­bie sa­mym.

Uro­dził się w Per­ga­mo­nie, obec­nie na­le­żą­cym do Tur­cji, a wów­czas bę­dą­cym na pe­ry­fe­riach Ce­sar­stwa Rzym­skie­go. Jego oj­ciec, za­moż­ny ar­chi­tekt, ko­chał swe­go uta­len­to­wa­ne­go syna i za­pew­nił mu so­lid­ne wy­kształ­ce­nie (po grec­ku), w ra­mach któ­re­go Ga­len po­znał fi­lo­zo­fię i ma­te­ma­ty­kę. Kto wie, co mo­gło­by się stać, gdy­by oj­ciec Ga­le­na nie miał pro­ro­cze­go snu, z któ­re­go wy­ni­ka­ło, że jego syn po­wi­nien zo­stać le­ka­rzem? Ga­len zmie­nił kie­ru­nek stu­diów na me­dy­cy­nę. Po śmier­ci ojca, któ­ry zo­sta­wił mu po­kaź­ny spa­dek, przez kil­ka lat po­dró­żo­wał i uczył się, spę­dza­jąc czas w słyn­nej Bi­blio­te­ce Alek­san­dryj­skiej w Egip­cie.

Po po­wro­cie do Per­ga­mo­nu Ga­len zo­stał le­ka­rzem gla­dia­to­rów, czy­li lu­dzi wal­czą­cych na are­nie mię­dzy sobą, z lwa­mi lub in­ny­mi be­stia­mi ku ucie­sze ma­jęt­nych oby­wa­te­li. Opie­ka le­kar­ska nad gla­dia­to­ra­mi była nie­zwy­kle istot­nym za­ję­ciem, po­nie­waż po­waż­nie ran­nych trze­ba było so­lid­nie opa­trzyć mię­dzy ko­lej­ny­mi run­da­mi, aby mo­gli da­lej wal­czyć. Sam Ga­len twier­dził, że do­sko­na­le so­bie z tym ra­dził. Na­brał ogrom­ne­go do­świad­cze­nia w chi­rur­gicz­nym le­cze­niu ran. Cie­szył się też zna­ko­mi­tą re­pu­ta­cją wśród bo­ga­czy i oko­ło 160 roku prze­niósł się do Rzy­mu, sto­li­cy ce­sar­stwa. Za­czął pi­sać o ana­to­mii (na­uka zaj­mu­ją­ca się ba­da­niem bu­do­wy or­ga­ni­zmów) i fi­zjo­lo­gii (na­uka o czyn­no­ściach ży­cio­wych i funk­cjach or­ga­ni­zmów). Wy­ru­szył na kam­pa­nię wo­jen­ną wraz z ce­sa­rzem Mar­kiem Au­re­liu­szem, któ­ry jest au­to­rem słyn­nych Roz­my­ślań. Pod­czas dłu­giej kam­pa­nii obaj to­czy­li dys­ku­sje fi­lo­zo­ficz­ne. Ma­rek Au­re­liusz ce­nił Ga­le­na, a ten ko­rzy­stał z ce­sar­skie­go wspar­cia. Me­dyk przy­zna­wał, że sta­le le­czył waż­nych pa­cjen­tów.

Dla Ga­le­na au­to­ry­te­tem me­dycz­nym był nie­ży­ją­cy już od po­nad pię­ciu­set lat Hi­po­kra­tes. Ga­len wi­dział w so­bie kon­ty­nu­ato­ra uzu­peł­nia­ją­ce­go i po­sze­rza­ją­ce­go spu­ści­znę swo­je­go mi­strza. I pod wie­lo­ma wzglę­da­mi wła­śnie nim był. Ga­len na­pi­sał ko­men­ta­rze do licz­nych dzieł z Cor­pus Hip­po­cra­ti­cum i za­ło­żył, że pra­ce, któ­re są naj­bliż­sze jego po­glą­dom, na­pi­sał sam Hi­po­kra­tes. Jego wy­ja­śnie­nia do trak­ta­tów Hi­po­kra­te­sa wciąż są przy­dat­ne, mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że Ga­len był bie­głym lin­gwi­stą i do­brze wy­chwy­ty­wał zmie­nia­ją­ce się zna­cze­nia słów. Co waż­niej­sze, dok­try­nę Hi­po­kra­te­sa o hu­mo­rach wy­ra­ził w for­mie, z któ­rej ko­rzy­sta­no jesz­cze przez po­nad ty­siąc lat! Wy­obraź so­bie by­cie tak wpły­wo­wym czło­wie­kiem!

Ga­len oparł swo­ją prak­ty­kę le­kar­ską na kon­cep­cji rów­no­wa­gi i nie­rów­no­wa­gi hu­mo­rów. Po­dob­nie jak Hi­po­kra­tes wie­rzył w ist­nie­nie czte­rech hu­mo­rów - krwi, żół­ci, czar­nej żół­ci i fleg­my - któ­re w spe­cy­ficz­ny spo­sób były go­rą­ce lub zim­ne oraz wil­got­ne lub su­che. Aby po­ko­nać cho­ro­bę, na­le­ża­ło za­sto­so­wać "prze­ciw­ny" jej śro­dek, ale o tej sa­mej in­ten­syw­no­ści. Za­tem cho­ro­bę go­rą­cą i wil­got­ną trze­cie­go stop­nia le­czy­ło się środ­kiem zim­nym i su­chym trze­cie­go stop­nia. Na przy­kład, je­śli pa­cjent miał ka­tar i dresz­cze, trze­ba było mu po­dać osu­sza­ją­ce i roz­grze­wa­ją­ce leki oraz po­kar­my. Przy­wró­ce­nie rów­no­wa­gi hu­mo­rów po­wo­do­wa­ło po­wrót or­ga­ni­zmu do zdro­we­go, neu­tral­ne­go sta­nu. Kon­cep­cja była pro­sta i lo­gicz­na, lecz w prak­ty­ce le­cze­nie oka­zy­wa­ło się bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne. Le­ka­rze mu­sie­li uzy­skać spo­ro in­for­ma­cji o swo­ich pa­cjen­tach i ostroż­nie prze­pi­sy­wać im leki. Ga­len za­wsze po­tra­fił od razu wska­zać, gdzie le­ka­rze po­peł­ni­li błąd (co dzia­ło się do­syć czę­sto), więc po­wszech­nie było wia­do­mo, że jego dia­gno­zy i te­ra­pie są lep­sze. Był wni­kli­wym me­dy­kiem, przy­wią­zu­ją­cym dużą wagę za­rów­no do sta­nu fi­zycz­ne­go, jak i psy­chicz­ne­go zdro­wych i cho­rych. Któ­re­goś razu zdia­gno­zo­wał "cho­ro­bę z mi­ło­ści", gdyż ba­da­na mło­da ko­bie­ta ro­bi­ła się sła­ba i ner­wo­wa za­wsze wte­dy, gdy w mie­ście wy­stę­po­wał pe­wien przy­stoj­ny tan­cerz.

Ga­len wpro­wa­dził zwy­czaj ba­da­nia pul­su pa­cjen­ta, co le­ka­rze ro­bią do dziś. Na­pi­sał trak­tat o tym, jak tęt­no - wol­ne albo szyb­kie, sil­ne albo sła­be, re­gu­lar­ne albo nie­re­gu­lar­ne - przy­da­je się w dia­gno­zo­wa­niu cho­rób, choć nie miał po­ję­cia o krą­że­niu krwi.

Ga­len, bar­dziej niż Hi­po­kra­tes, in­te­re­so­wał się ana­to­mią. Kie­dy tyl­ko mógł, ro­bił sek­cje mar­twych zwie­rząt i ba­dał ludz­kie szkie­le­ty. W sta­ro­żyt­nych spo­łe­czeń­stwach kro­je­nie i ba­da­nie ludz­kich ciał było źle wi­dzia­ne, więc Ga­len nie mógł tego ro­bić, choć przy­pusz­czał, że nie­któ­rym wcze­śniej­szym le­ka­rzom po­zwo­lo­no zba­dać cia­ła ska­za­nych kry­mi­na­li­stów, gdy jesz­cze żyli. Ga­len uczył się ludz­kiej ana­to­mii, ba­da­jąc zwie­rzę­ta ta­kie jak świ­nie i mał­py. Wie­dzę uzu­peł­niał cza­sem przy­pad­ko­wo - gdy zna­lazł roz­kła­da­ją­ce się zwło­ki lub tra­fił na po­waż­ną ranę, któ­ra uwi­dacz­nia­ła struk­tu­rę skó­ry, mię­śni i ko­ści. Na­ukow­cy wciąż wy­ko­rzy­stu­ją zwie­rzę­ta do ba­dań, ale mu­szą za­cho­wać ostroż­ność i ujaw­niać, skąd czer­pią in­for­ma­cje. Ga­len czę­sto za­po­mi­nał o tym na­pi­sać, co sta­wa­ło się w grun­cie rze­czy my­lą­ce.

Dla Ga­le­na ana­to­mia była nie­zwy­kle istot­ną dzie­dzi­ną wie­dzy, a tak­że klu­czem do zro­zu­mie­nia, do cze­go słu­żą po­szcze­gól­ne or­ga­ny. Je­den z naj­waż­niej­szych trak­ta­tów za­ty­tu­ło­wał O za­sto­so­wa­niu czę­ści cia­ła ludz­kie­go. Opi­sał w nim bu­do­wę "czę­ści", czy­li or­ga­nów, i rolę, jaką od­gry­wa­ją w funk­cjo­no­wa­niu or­ga­ni­zmu czło­wie­ka. Za­ło­żył - jak za­pew­ne robi to więk­szość z nas - że każ­da część do cze­goś słu­ży, gdyż ina­czej by jej nie było. (Wąt­pli­we jed­nak, czy kie­dy­kol­wiek wi­dział na przy­kład wy­ro­stek ro­bacz­ko­wy. Przy­pusz­czal­nie daw­no temu ten nie­wiel­ki frag­ment ukła­du po­kar­mo­we­go po­ma­gał tra­wić ro­śli­ny, ale już nie peł­ni tej funk­cji).

Za wszyst­kie funk­cje ży­cio­we od­po­wie­dzial­na była sub­stan­cja, któ­rą Gre­cy na­zwa­li pneu­mą. Sło­wo pneu­ma nie daje się ła­two prze­tłu­ma­czyć - ozna­cza "tchnie­nie", ale też "du­cha". Wie­le współ­cze­snych ter­mi­nów me­dycz­nych za­wie­ra człon pneu­mo-, wska­zu­ją­cy na zwią­zek z płu­ca­mi. We­dług Ga­le­na cia­ło za­wie­ra trzy ro­dza­je pneu­my, a usta­le­nie, jak każ­dy z nich dzia­ła, było nie­zbęd­ne do zro­zu­mie­nia, jak funk­cjo­nu­je ludz­ki or­ga­nizm. Naj­bar­dziej pod­sta­wo­wy ro­dzaj pneu­my był zwią­za­ny z wą­tro­bą i od­ży­wia­niem się. Ga­len są­dził, że na­rząd ten jest w sta­nie po­bie­rać z żo­łąd­ka sub­stan­cje, któ­re zo­sta­ły zje­dzo­ne i stra­wio­ne, na­stęp­nie prze­ra­biać je na krew i na­są­czać ją na­tu­ral­nym tchnie­niem. Ta krew mia­ła pły­nąć ży­ła­mi z wą­tro­by przez całe cia­ło, aby od­ży­wiać mię­śnie i inne or­ga­ny.

Część tej krwi prze­pły­wa­ła dużą żyłą, zwa­ną vena cava, z wą­tro­by do ser­ca, gdzie była wzbo­ga­ca­na tchnie­niem ży­cio­wym. W tym pro­ce­sie uczest­ni­czy­ły ser­ce i płu­ca, gdyż część krwi prze­cho­dzi­ła przez tęt­ni­cę płuc­ną (wy­cho­dzą­cą z pra­wej stro­ny ser­ca) do płuc. Tam krew od­ży­wia­ła płu­ca i mie­sza­ła się z wdy­cha­nym po­wie­trzem. Rów­no­cze­śnie część krwi prze­pły­wa­ła z pra­wej po­ło­wy ser­ca do le­wej przez jego środ­ko­wą część zwa­ną prze­gro­dą. Ta krew była ja­sno­czer­wo­na, po­nie­waż - jak przy­pusz­czał Ga­len - za­wie­ra­ła ży­cio­we tchnie­nie. (Za­uwa­żył, że krew w tęt­ni­cach ma inny ko­lor niż w ży­łach). Z le­wej ko­mo­ry ser­ca krew pły­nę­ła sze­ro­ką aor­tą, aby ogrzać cia­ło. Mimo że Ga­len do­ce­niał zna­cze­nie krwi dla funk­cjo­no­wa­nia or­ga­ni­zmu, nie miał po­ję­cia o krą­że­niu krwi, któ­re od­krył Wil­liam Ha­rvey do­pie­ro 1500 lat póź­niej.

W mo­de­lu Ga­le­na część krwi pły­nę­ła tak­że z ser­ca do mó­zgu, gdzie mie­sza­ła się z trze­cim ro­dza­jem pneu­my - zwie­rzę­cym tchnie­niem. Był to naj­bar­dziej sub­tel­ny ro­dzaj pneu­my, dzię­ki któ­rej mózg peł­nił spe­cjal­ne funk­cje. Krew z trze­cią pneu­mą prze­pły­wa­ją­ca przez ner­wy umoż­li­wia­ła po­ru­sza­nie mię­śnia­mi i od­bie­ra­nie świa­ta ze­wnętrz­ne­go po­przez zmy­sły.

Po­dział na trzy pneu­my zwią­za­ne z waż­ny­mi or­ga­na­mi - wą­tro­bą, ser­cem i mó­zgiem - przy­jął się na po­nad ty­siąc lat. War­to pa­mię­tać, że Ga­len sto­so­wał go głów­nie po to, aby wy­ja­śnić, jak dzia­ła zdro­wy or­ga­nizm. Gdy opie­ko­wał się cho­ry­mi pa­cjen­ta­mi, wciąż opie­rał się na opra­co­wa­nym przez Hi­po­kra­te­sa sys­te­mie hu­mo­rów.

Ga­len pi­sał też dużo o in­nych aspek­tach me­dy­cy­ny, ta­kich jak leki i ich wła­ści­wo­ści, scho­rze­nia po­szcze­gól­nych or­ga­nów (na przy­kład płuc), hi­gie­na, za­cho­wa­nie zdro­wia oraz związ­ki mię­dzy umy­słem a cia­łem. Miał bar­dzo głę­bo­kie prze­my­śle­nia. Wie­rzył, że le­karz po­wi­nien być za­rów­no fi­lo­zo­fem, jak i ba­da­czem, czy­li my­śli­cie­lem i eks­pe­ry­men­ta­to­rem. Twier­dził, że me­dy­cy­na to przede wszyst­kim na­uka opar­ta na lo­gicz­nym ro­zu­mo­wa­niu, i przy­wią­zy­wał dużą wagę do sto­so­wa­nia naj­lep­szych me­tod zdo­by­wa­nia so­lid­nej, uczci­wej wie­dzy. W póź­niej­szych cza­sach le­ka­rze, rów­nież uwa­ża­ją­cy się za lu­dzi uczo­nych, bar­dzo ce­ni­li po­łą­cze­nie prak­tycz­nych rad Ga­le­na (po­par­tych jego bo­ga­tym do­świad­cze­niem) z otwar­tym my­śle­niem. W ca­łej hi­sto­rii ża­den za­chod­ni le­karz nie od­ci­snął tak trwa­łe­go pięt­na na me­dy­cy­nie jak Ga­len.

Na ten prze­moż­ny wpływ Ga­le­na zło­ży­ło się wie­le czyn­ni­ków. Po pierw­sze, me­dyk miał bar­dzo do­brą opi­nię o Ary­sto­te­le­sie, więc czę­sto wy­mie­nia­no ich obu ra­zem. Tak jak Ary­sto­te­les był wy­bit­nym my­śli­cie­lem i ener­gicz­nym ba­da­czem świa­ta. Obaj wie­rzy­li, że świat zo­stał za­pro­jek­to­wa­ny i wy­chwa­la­li jego pro­jek­tan­ta. Ga­len nie był chrze­ści­ja­ni­nem, ale wie­rzył w jed­ne­go Boga, więc wcze­śni chrze­ści­jań­scy in­ter­pre­ta­to­rzy jego dzieł z ła­two­ścią za­li­czy­li je do nur­tu chrze­ści­jań­skie­go. Jego pew­ność sie­bie spo­wo­do­wa­ła, że miał od­po­wiedź na wszyst­ko. Jak więk­szość lu­dzi pi­szą­cych wie­le ksią­żek w dłu­gim okre­sie nie za­wsze za­cho­wy­wał spój­ność po­glą­dów, ale za­wsze był ka­te­go­rycz­ny w wy­ra­ża­niu opi­nii. Po­tom­ni czę­sto okre­śla­li go mia­nem "bo­skie­go Ga­le­na", z cze­go nie­wąt­pli­wie był­by dum­ny.

ROZDZIAŁ 7

Nauka w islamie

Ga­len nie do­żył schył­ku Ce­sar­stwa Rzym­skie­go, któ­re w IV wie­ku roz­pa­dło się na część wschod­nią i za­chod­nią. W 330 roku nowy ce­sarz rzym­ski Kon­stan­tyn I Wiel­ki (282-337) prze­niósł swo­ją sie­dzi­bę do Kon­stan­ty­no­po­la (obec­nie Stam­buł w Tur­cji), aby być bli­żej wschod­niej czę­ści im­pe­rium, czy­li te­re­nów obec­nie na­zy­wa­nych Bli­skim Wscho­dem. Grec­kie i ła­ciń­skie ma­nu­skryp­ty, gło­szą­ce daw­ną wie­dzę i mą­drość, tra­fi­ły na wschód, a wraz z nimi za­czę­li prze­no­sić się tak­że zdol­ni je stu­dio­wać ucze­ni.

Na Bli­skim Wscho­dzie na­ro­dzi­ła się wte­dy nowa re­li­gia - is­lam. Jej wy­znaw­cy słu­cha­li nauk wiel­kie­go pro­ro­ka Ma­ho­me­ta (570-632). Nowa wia­ra opa­no­wa­ła rów­nież Afry­kę Pół­noc­ną, a na­wet Hisz­pa­nię i Azję Wschod­nią, ale dwa wie­ki po śmier­ci Ma­ho­me­ta mu­zuł­ma­nie żyli na ob­sza­rze ogra­ni­czo­nym do Bag­da­du i jego oko­lic. Wszy­scy mu­zuł­mań­scy ucze­ni stu­dio­wa­li Ko­ran - naj­waż­niej­szy tekst is­la­mu. Wie­lu z nich za­in­te­re­so­wa­ło się jed­nak ma­nu­skryp­ta­mi prze­wie­zio­ny­mi na wschód po ata­ku na Rzym w 455 roku. W Bag­da­dzie po­wstał Dom Mą­dro­ści, czy­li arab­ska aka­de­mia, w któ­rej za­chę­ca­no am­bit­nych mło­dych lu­dzi do tłu­ma­cze­nia i stu­dio­wa­nia tych rę­ko­pi­sów.

Wie­le sta­rych ma­nu­skryp­tów ist­nia­ło tyl­ko w ory­gi­nal­nej wer­sji grec­kiej lub ła­ciń­skiej, inne prze­ło­żo­no już na ję­zy­ki Bli­skie­go Wscho­du. Na szczę­ście dzie­ła Ary­sto­te­le­sa, Eu­kli­de­sa, Ga­le­na i in­nych my­śli­cie­li sta­ro­żyt­nej Gre­cji zo­sta­ły prze­tłu­ma­czo­ne, gdyż część ory­gi­na­łów za­gi­nę­ła i nie prze­trwa­ła do na­szych cza­sów. Bez arab­skich uczo­nych nie po­zna­li­by­śmy na­wet po­ło­wy prac an­tycz­nych uczo­nych. To ich prze­kła­dy ukształ­to­wa­ły pod­sta­wy eu­ro­pej­skiej na­uki i fi­lo­zo­fii po XII wie­ku.

Arab­ska na­uka, po­dob­nie jak zie­mie mu­zuł­mań­skie, sta­ła się po­mo­stem mię­dzy Wscho­dem a Za­cho­dem. W świe­cie is­lam­skim Ary­sto­te­les i Ga­len bu­dzi­li taki sam po­dziw jak w Eu­ro­pie. Dzie­ła Ary­sto­te­le­sa zo­sta­ły włą­czo­ne w fi­lo­zo­fię is­la­mu, a Ga­le­na uzna­no za mi­strza teo­rii i prak­ty­ki me­dy­cy­ny. Tym­cza­sem na Za­chód prze­nik­nę­ły idee z In­dii i Chin. Chiń­ski pa­pier znacz­nie uła­twił two­rze­nie ma­nu­skryp­tów, choć na­dal trze­ba było prze­pi­sy­wać je ręcz­nie, a ko­pi­ści czę­sto po­peł­nia­li błę­dy. Wpro­wa­dzo­no cy­fry od 1 do 9, kon­cep­cję zera i sys­tem po­zy­cyj­ny - wszyst­kie wy­my­ślo­ne przez in­dyj­skich ma­te­ma­ty­ków. Eu­ro­pej­czy­cy mo­gli wy­ko­ny­wać ob­li­cze­nia na cy­frach rzym­skich, ta­kich jak I, II, III itd., ale było to trud­ne. Znacz­nie ła­twiej jest ob­li­czyć 4 x 12 niż IV x XII. Gdy Eu­ro­pej­czy­cy prze­tłu­ma­czy­li pi­sma arab­skie na ła­ci­nę, na­zwa­li te cy­fry arab­ski­mi, choć tak na­praw­dę były one in­dyj­sko-arab­skie. Ta­kie pre­cy­zyj­ne okre­śle­nie by­ło­by jed­nak zbyt dłu­gie i nie­prak­tycz­ne. Sło­wo "al­ge­bra" po­cho­dzi od arab­skie­go ter­mi­nu al-dżabr, któ­re­go w IX wie­ku użył arab­ski ma­te­ma­tyk w ty­tu­le jego sze­ro­ko tłu­ma­czo­nej książ­ki. Wię­cej o al­ge­brze po­wie­my w roz­dzia­le 14.

Mu­zuł­mań­scy ucze­ni do­ko­na­li zna­czą­cych od­kryć i ob­ser­wa­cji. Je­śli kie­dy­kol­wiek uda­ło ci się wejść na gór­ski szczyt albo po­je­chać w miej­sce po­ło­żo­ne wy­so­ko nad po­zio­mem mo­rza, za­pew­ne wiesz, że trud­niej tam od­dy­chać, po­nie­waż po­wie­trze jest rzad­sze. A jak wy­so­ko trze­ba by­ło­by wejść, aby wca­le nie dało się od­dy­chać? In­ny­mi sło­wy, jak wy­so­ko się­ga at­mos­fe­ra, czy­li ota­cza­ją­ca ziem­ski glob war­stwa po­wie­trza? W XI wie­ku Sa'd ibn Mu'adh wpadł na spryt­ny po­mysł, jak to spraw­dzić. Do­szedł do wnio­sku, że o zmierz­chu - w chwi­li, gdy Słoń­ce cho­wa się za ho­ry­zont, ale nie­bo jest wciąż jesz­cze ja­sne - pro­mie­nie za­cho­dzą­ce­go Słoń­ca od­bi­ja­ją się w kro­plach pary wod­nej wy­so­ko w at­mos­fe­rze. (Wie­lu arab­skich uczo­nych in­te­re­so­wa­ło się ta­ki­mi wła­ści­wo­ścia­mi świa­tła). Ob­ser­wu­jąc, jak szyb­ko Słoń­ce zni­ka z wie­czor­ne­go nie­ba, usta­lił, że o zmierz­chu Słoń­ce znaj­du­je się 19° po­ni­żej ho­ry­zon­tu. Na tej pod­sta­wie wy­li­czył, że at­mos­fe­ra ma gru­bość 84 ki­lo­me­trów. Nie­wie­le się po­my­lił, bo - jak obec­nie wia­do­mo - ma 100 ki­lo­me­trów. Pro­ste, ale im­po­nu­ją­ce.

Inni arab­scy ucze­ni ba­da­li od­bi­cia świa­tła w lu­strze i dziw­ny efekt przy prze­cho­dze­niu świa­tła przez wodę. (Za­nurz czę­ścio­wo ołó­wek w szklan­ce na­peł­nio­nej do po­ło­wy wodą. Wy­glą­da, jak­by był zła­ma­ny, praw­da?) Więk­szość grec­kich fi­lo­zo­fów za­kła­da­ła, że wi­dze­nie po­le­ga na tym, że świa­tło wy­cho­dzi z oka, od­bi­ja się od ob­ser­wo­wa­ne­go obiek­tu i wra­ca do punk­tu wyj­ścia. Z ko­lei więk­szość arab­skich uczo­nych była wier­na bar­dziej no­wo­cze­snej kon­cep­cji - są­dzi­ła, że do oka wpa­da świa­tło od­bi­te z wi­dzia­nych przed­mio­tów, a mózg to in­ter­pre­tu­je. Tym tłu­ma­czo­no fakt, że wi­dzi­my w ciem­no­ści.

Na Bli­skim Wscho­dzie wie­lu lu­dzi pa­trzy­ło w noc­ne nie­bo. Tam­tej­si astro­no­mo­wie spo­glą­da­li na gwiaz­dy, a opra­co­wa­ne przez nich mapy noc­ne­go nie­ba były znacz­nie lep­sze od za­chod­nich. Są­dzi­li też, że Zie­mia znaj­du­je się w cen­trum wszech­świa­ta, ale dwóch arab­skich astro­no­mów, Na­sir ad-Din al-Tusi z Per­sji i Ibn al-Sha­tir z Sy­rii, spo­rzą­dzi­ło dia­gra­my i ob­li­cze­nia, któ­re trzy­sta lat póź­niej wy­ko­rzy­stał pol­ski astro­nom Mi­ko­łaj Ko­per­nik.

Me­dy­cy­na, bar­dziej niż ja­ka­kol­wiek inna arab­ska na­uka, mia­ła ogrom­ny wpływ na my­śle­nie Eu­ro­pej­czy­ków. Pi­sma Hi­po­kra­te­sa, Ga­le­na i in­nych grec­kich le­ka­rzy zo­sta­ły prze­tłu­ma­czo­ne na arab­ski i opa­trzo­ne ko­men­ta­rza­mi. W an­na­łach dzie­jów za­pi­sa­ły się tak­że imio­na kil­ku arab­skich me­dy­ków. Pers, zna­ny na Za­cho­dzie jako Rha­zes (oko­ło 850-923), na­pi­sał waż­ne trak­ta­ty do­ty­czą­ce me­dy­cy­ny i kil­ku in­nych dzie­dzin. Spo­rzą­dził też do­kład­ny opis prze­bie­gu ospy praw­dzi­wej, któ­rej wów­czas bar­dzo się oba­wia­no, po­nie­waż czę­sto koń­czy­ła się śmier­cią, a w naj­lep­szym przy­pad­ku zo­sta­wia­ła śla­dy na skó­rze tych, któ­rzy ją prze­szli. Rha­zes od­róż­nił ospę od odry, na któ­rą na­dal za­pa­da­ją dzie­ci i cza­sem do­ro­śli. Odra, po­dob­nie jak ospa, ob­ja­wia się wy­syp­ką i go­rącz­ką. Na szczę­ście dziś ospy praw­dzi­wej już nie ma. W jej cał­ko­wi­tym wy­eli­mi­no­wa­niu po­mo­gła mię­dzy­na­ro­do­wa ak­cja szcze­pie­nia prze­ciw tej cho­ro­bie, prze­pro­wa­dzo­na przez Świa­to­wą Or­ga­ni­za­cję Zdro­wia. Ostat­ni przy­pa­dek ospy praw­dzi­wej od­no­to­wa­no w 1977 roku. Rha­zes był­by za­do­wo­lo­ny z ta­kich po­stę­pów.

Spo­śród arab­skich le­ka­rzy to Awi­cen­na (980-1037) wy­warł naj­więk­szy wpływ na eu­ro­pej­ską me­dy­cy­nę. Jak wie­lu in­nych wy­bit­nych uczo­nych mu­zuł­mań­skich był wszech­stron­ny. Zaj­mo­wał się rów­nież fi­lo­zo­fią, ma­te­ma­ty­ką i fi­zy­ką. Roz­wi­nął po­glą­dy Ary­sto­te­le­sa o świe­tle i w wie­lu punk­tach po­pra­wił stwier­dze­nia Ga­le­na. Jego Ka­non me­dy­cy­ny był jed­ną z pierw­szych arab­skich ksią­żek prze­ło­żo­nych na ła­ci­nę i przez nie­mal czte­ry­sta lat słu­żył jako pod­ręcz­nik w eu­ro­pej­skich aka­de­miach me­dycz­nych. Na­dal ko­rzy­sta się z nie­go w nie­któ­rych współ­cze­snych pań­stwach is­lam­skich, choć nie­ste­ty jest już nie­ak­tu­al­ny.

Przez po­nad trzy stu­le­cia naj­waż­niej­sze dzie­ła na­uko­we i fi­lo­zo­ficz­ne po­wsta­wa­ły w kra­jach arab­skich. Gdy Eu­ro­pa była po­grą­żo­na w bez­czyn­no­ści, na Bli­skim Wscho­dzie (i w is­lam­skiej Hisz­pa­nii) roz­wi­ja­ła się na­uka. Naj­waż­niej­szy­mi ośrod­ka­mi na­uko­wy­mi były Bag­dad, Da­ma­szek, Kair i Kor­do­ba (na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim). Mia­ły one jed­ną ce­chę wspól­ną - oświe­co­nych wład­ców, któ­rzy do­ce­nia­li zna­cze­nie ba­dań na­uko­wych, a na­wet wspie­ra­li je fi­nan­so­wo i to­le­ran­cyj­nie trak­to­wa­li uczo­nych róż­nych wy­znań. Dla­te­go wkład w ów­cze­sny roz­wój na­uki mie­li nie tyl­ko mu­zuł­ma­nie, ale też chrze­ści­ja­nie i ży­dzi. Nie wszy­scy mu­zuł­mań­scy wład­cy po­pie­ra­li jed­nak zdo­by­wa­nie wie­dzy z róż­nych źró­deł, nie­któ­rzy uwa­ża­li, że Ko­ran opi­su­je wszyst­ko, co czło­wiek po­wi­nien wie­dzieć. Te róż­ni­ce po­staw prze­trwa­ły do dziś. Na­uka za­wsze była sil­na w spo­łe­czeń­stwach otwar­tych na no­wo­ści, po­nie­waż po­zna­wa­nie świa­ta czę­sto pro­wa­dzi do za­ska­ku­ją­cych od­kryć.

ROZDZIAŁ 8

Wieki ciemne

Ocze­ku­je­my, że na­ukow­cy będą dą­żyć do od­kry­wa­nia no­wych fak­tów, a na­uka bę­dzie nie­ustan­nie się roz­wi­jać. Jaka jed­nak by­ła­by na­uka, gdy­by­śmy uzna­li, że wszyst­ko zo­sta­ło już od­kry­te? Wów­czas by­cie wy­bit­nym uczo­nym po­le­ga­ło­by je­dy­nie na czy­ta­niu o do­ko­na­niach in­nych.

Po upad­ku Ce­sar­stwa Za­chod­nio­rzym­skie­go w 476 roku Euro­pę cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wał ten wstecz­ny po­gląd. Wów­czas chrześ­ci­jań­stwo sta­ło się ofi­cjal­ną re­li­gią pań­stwo­wą (pierw­szym ce­sa­rzem, któ­ry ją przy­jął, był Kon­stan­tyn I Wiel­ki), a je­dy­ną księ­gą, któ­ra się li­czy­ła, była Bi­blia. Świę­ty Au­gu­styn (354-430), je­den z naj­bar­dziej wpły­wo­wych wcze­sno­chrze­ści­jań­skich my­śli­cie­li, ujął to w na­stę­pu­ją­cy spo­sób: "Praw­da kry­je się w tym, co ujaw­nia Bóg, a nie w tym, cze­go po omac­ku do­my­śla się czło­wiek". Nie było miej­sca dla uczo­nych, któ­rzy "po omac­ku szu­ka­li" wie­dzy. Twier­dzo­no, że sta­ro­żyt­ni od­kry­li już wszyst­ko, cze­go war­to było się do­wie­dzieć w dzie­dzi­nach na­uki i me­dy­cy­ny. Poza tym znacz­nie waż­niej­sze było to, aby tra­fić do nie­ba i unik­nąć pie­kła. By­cie uczo­nym ozna­cza­ło je­dy­nie stu­dio­wa­nie pism Ary­sto­te­le­sa i Ga­le­na. Przez oko­ło pięć­set lat, mniej wię­cej od VI do XI wie­ku, na­wet to było trud­ne, po­nie­waż za­cho­wa­ło się nie­wie­le grec­kich i ła­ciń­skich tek­stów z okre­su kla­sycz­ne­go. Poza tym nie­wie­le osób umia­ło czy­tać.

Ple­mio­na ger­mań­skie, któ­re złu­pi­ły Rzym w 455 roku, przy­wio­zły ze sobą kil­ka przy­dat­nych wy­na­laz­ków. Na­le­ża­ły do nich spodnie no­szo­ne za­miast tóg (cho­ciaż ko­bie­ty mu­sia­ły na nie po­cze­kać nie­co dłu­żej). Wpro­wa­dzo­no nowe ga­tun­ki zbóż, ta­kie jak jęcz­mień i żyto, oraz ma­sło za­miast oli­wy. W tych wie­kach ciem­nych po­ja­wi­ły się też no­win­ki tech­nicz­ne - nowe spo­so­by ora­nia i upra­wy zie­mi. Bu­do­wa ko­ścio­łów i ka­tedr sprzy­ja­ła temu, aby rze­mieśl­ni­cy i ar­chi­tek­ci eks­pe­ry­men­to­wa­li z no­wy­mi sty­la­mi i szu­ka­li lep­szych me­tod roz­kła­da­nia cię­ża­ru ma­syw­nych ka­mie­ni i be­lek drew­na. Wzno­szo­no więc co­raz więk­sze i oka­zal­sze ka­te­dry, a wi­dok nie­któ­rych z ów­cze­snych bu­dow­li do dziś za­pie­ra dech w pier­siach. Przy­po­mi­na­ją nam one, że w epo­ce zwa­nej wie­ka­mi ciem­ny­mi było jed­nak nie­co świa­tła.

Wraz z na­dej­ściem dru­gie­go ty­siąc­le­cia ery chrze­ści­jań­skiej wzro­sło tem­po do­ko­ny­wa­nia od­kryć. Świę­ty To­masz z Akwi­nu (oko­ło 1225-1274) był wy­bit­nym śre­dnio­wiecz­nym teo­lo­giem. Po­dzi­wiał Ary­sto­te­le­sa i po­łą­czył chrze­ści­jań­skie my­śle­nie z ary­sto­te­le­sow­ską na­uką i fi­lo­zo­fią. Ary­sto­te­les wraz z Ga­le­nem, Pto­le­me­uszem i Eu­kli­de­sem kształ­to­wa­li śre­dnio­wiecz­ny świa­to­po­gląd. Ich pi­sma trze­ba było prze­tłu­ma­czyć, zre­da­go­wać i sko­men­to­wać. Pier­wot­nie więk­szość tych prac wy­ko­ny­wa­no w klasz­to­rach. Póź­niej za­da­nie mni­chów stop­nio­wo przej­mo­wa­ły uni­wer­sy­te­ty, któ­re wów­czas za­czę­to za­kła­dać.

Gre­cy mie­li szko­ły: Ary­sto­te­les stu­dio­wał w Aka­de­mii swo­je­go mi­strza Pla­to­na, a póź­niej za­ło­żył wła­sną uczel­nię. Dom Mą­dro­ści w Bag­da­dzie był miej­scem przy­cią­ga­ją­cym lu­dzi pra­gną­cych stu­dio­wać. Nowe uni­wer­sy­te­ty w Eu­ro­pie były jed­nak inne, a więk­szość z nich ist­nie­je do dziś. Wie­le zo­sta­ło ufun­do­wa­nych przez Ko­ściół. Pa­pież wy­ra­ził zgo­dę na za­ło­że­nie kil­ku uni­wer­sy­te­tów w po­łu­dnio­wych Wło­szech, a bo­ga­ci me­ce­na­si i am­bit­ne spo­łecz­no­ści po­mo­gli nie­któ­rym mia­stom uru­cho­mić wła­sne uczel­nie. Jako pierw­szy swe po­dwo­je otwo­rzył Uni­wer­sy­tet Bo­loń­ski (za­ło­żo­ny oko­ło 1180 roku). W cią­gu na­stęp­ne­go stu­le­cia po­wsta­ły uczel­nie w Pa­dwie, Mont­pel­lier, Pa­ry­żu, Ko­lo­nii, Oks­for­dzie i Cam­brid­ge. Na­zwa "uni­wer­sy­tet" po­cho­dzi od ła­ciń­skie­go sło­wa ozna­cza­ją­ce­go 'ca­łość', gdyż ta in­sty­tu­cja mia­ła prze­ka­zy­wać stu­den­tom peł­nię ludz­kiej wie­dzy. Zwy­kle na uni­wer­sy­te­cie funk­cjo­no­wa­ły czte­ry wy­dzia­ły, czy­li fa­kul­te­ty: teo­lo­gia (to­mi­ści uzna­li ją za kró­lo­wą nauk), pra­wo, me­dy­cy­na i sztu­ka. Po­cząt­ko­wo na fa­kul­te­tach me­dycz­nych ko­rzy­sta­no głów­nie z do­rob­ku Ga­le­na i Awi­cen­ny. Stu­den­ci me­dy­cy­ny uczy­li się rów­nież astro­lo­gii z po­wo­du roz­po­wszech­nio­ne­go prze­ko­na­nia o do­brym lub złym wpły­wie gwiazd na lu­dzi. Ma­te­ma­ty­ki i astro­no­mii - uzna­wa­nych przez nas za na­uki ści­słe - uczo­no na wy­dzia­le sztuk. Licz­ne dzie­ła Ary­sto­te­le­sa stu­dio­wa­no na wszyst­kich fa­kul­te­tach.

Wie­lu śre­dnio­wiecz­nych "uczo­nych" było dok­to­ra­mi albo kle­ry­ka­mi, a więk­szość z nich pra­co­wa­ła na no­wych uni­wer­sy­te­tach. Koń­cząc me­dy­cy­nę, stu­den­ci zdo­by­wa­li sto­pień dok­to­ra albo ba­ka­ła­rza me­dy­cy­ny, któ­re od­róż­nia­ły in­ter­ni­stów od chi­rur­gów, ap­te­ka­rzy (far­ma­ko­lo­gów) i le­ka­rzy po­zo­sta­łych spe­cjal­no­ści, któ­rzy uczy­li się fa­chu w inny spo­sób. Uni­wer­sy­tec­kie wy­kształ­ce­nie wca­le nie spra­wia­ło, że le­ka­rze bar­dziej in­te­re­so­wa­li się od­kry­wa­niem no­wych fak­tów - wo­le­li po­le­gać na Ga­le­nie, Awi­cen­nie i Hi­po­kra­te­sie. Jed­nak na po­cząt­ku XIV wie­ku wy­kła­dow­cy ana­to­mii za­czę­li prze­pro­wa­dzać sek­cje zwłok, aby po­ka­zać stu­den­tom or­ga­ny we­wnętrz­ne. Cza­sem au­top­sje wy­ko­ny­wa­no zmar­łym człon­kom ro­dzi­ny kró­lew­skiej albo gdy oko­licz­no­ści śmier­ci były nie­ja­sne i bu­dzi­ły po­dej­rze­nia (lub za­cho­dzi­ły oba przy­pad­ki jed­no­cze­śnie). Nie mu­sia­ło to jed­nak pro­wa­dzić do sku­tecz­niej­sze­go le­cze­nia z cho­rób, zwłasz­cza tych gwał­tow­nie sze­rzą­cych się w spo­łe­czeń­stwie.

Epi­de­mia dżu­my, zwa­nej czar­ną śmier­cią, po raz pierw­szy wy­bu­chła w Eu­ro­pie w la­tach czter­dzie­stych XIV wie­ku. Przy­pusz­czal­nie prze­do­sta­ła się na nasz kon­ty­nent szla­ka­mi han­dlo­wy­mi z Azji. W cią­gu trzech lat za­bi­ła oko­ło jed­nej trze­ciej Eu­ro­pej­czy­ków. Jak­by tego było mało, wró­ci­ła de­ka­dę póź­niej i z przy­gnę­bia­ją­cą re­gu­lar­no­ścią nę­ka­ła lu­dzi przez ko­lej­ne czte­ry­sta lat. W nie­któ­rych miej­scach po­wsta­ły spe­cjal­ne szpi­ta­le dla do­tknię­tych tą cho­ro­bą (oprócz uni­wer­sy­te­tów epo­ce śre­dnio­wie­cza za­wdzię­cza­my też szpi­ta­le), a tak­że izby zdro­wia. Epi­de­mia skło­ni­ła do sto­so­wa­nia kwa­ran­tan­ny wte­dy, kie­dy cho­ro­bę uwa­ża­no za za­kaź­ną. Sło­wo "kwa­ran­tan­na" po­cho­dzi od licz­by 40 (we­nec­kie qu­aran­ta) - cho­rych lub po­dej­rze­wa­nych o za­cho­ro­wa­nie umiesz­cza­no na czter­dzie­ści dni w izo­la­cji. Je­śli w tym cza­sie wy­zdro­wie­li lub nie mie­li oznak cho­ro­by, wy­pusz­cza­no ich. Dra­ma­turg Wil­liam Szek­spir uro­dził się w Strat­ford-upon-Avon w 1564 roku, w któ­rym An­glię do­tknę­ła epi­de­mia dżu­my. Jego ka­rie­rę kil­ka­krot­nie prze­ry­wa­ły na­wro­ty czar­nej śmier­ci, gdyż wy­mu­sza­ły za­mknię­cie te­atrów. Mer­ku­cjo, bo­ha­ter dra­ma­tu Ro­meo i Ju­lia, prze­kli­na obie wal­czą­ce ze sobą ro­dzi­ny, mó­wiąc: "Za­ra­za na oby­dwa wa­sze domy!". Pu­bli­ka Szek­spi­ra do­sko­na­le wie­dzia­ła, o jaką za­ra­zę cho­dzi. Więk­szość le­ka­rzy uwa­ża­ła, że dżu­ma była nową cho­ro­bą, a przy­naj­mniej nie­opi­sa­ną przez Ga­le­na. Me­dy­cy mu­sie­li więc ra­dzić so­bie bez jego wska­zó­wek. Za­le­ca­li ku­ra­cje po­pu­lar­ne wów­czas przy le­cze­niu wszyst­kich in­nych cho­rób. Było to upusz­cza­nie krwi i po­da­wa­nie środ­ków wywo­łu­ją­cych wy­mio­ty lub po­ce­nie się. Ga­len nie wie­dział za­tem wszyst­kie­go.

Ary­sto­te­les też nie. Jego kon­cep­cje mó­wią­ce o tym, dla­cze­go coś po­ru­sza się w po­wie­trzu, sze­ro­ko prze­dys­ku­to­wa­li Ro­ger Ba­con (oko­ło 1214-1292) na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim, Jean Bu­ri­dan (oko­ło 1300-1358) na Uni­wer­sy­te­cie Pa­ry­skim i kil­ku in­nych uczo­nych. Roz­wią­za­nia wy­ma­gał tak zwa­ny pro­blem im­pe­tu. Weź­my na przy­kład łuk i strza­łę. Strza­ła leci w po­wie­trzu, po­nie­waż na­pię­li­śmy cię­ci­wę łuku i gwał­tow­nie ją pu­ści­li­śmy, a ona nada­ła pęd strza­le. Przy­ło­ży­li­śmy siłę i nada­li­śmy jej mo­men­tum (tę kon­cep­cję omó­wi­my nie­co póź­niej). Ba­con i Bu­ri­dan na­zwa­li to im­pe­tem i zda­li so­bie spra­wę z tego, że Ary­sto­te­les nie po­dał pra­wi­dło­we­go wy­ja­śnie­nia fak­tu, że im moc­niej na­cią­gnie­my cię­ci­wę, tym da­lej strza­ła do­le­ci. Ary­sto­te­les po­wie­dział, że jabł­ko spa­da na zie­mię, bo tam jest jego "na­tu­ral­ne" miej­sce spo­czyn­ku. Strza­ła też w koń­cu spad­nie na zie­mię, ale Ary­sto­te­les stwier­dził, że po­ru­sza się ona tyl­ko dla­te­go, że zo­sta­ła do niej przy­ło­żo­na siła. Sko­ro więc siła dzia­ła­ła, gdy strza­ła wy­la­ty­wa­ła z łuku, dla­cze­go się wy­czer­pa­ła?

To za­gad­nie­nie i jemu po­dob­ne do­pro­wa­dzi­ły nie­któ­rych uczo­nych do wnio­sku, że Ary­sto­te­les nie wszyst­ko pra­wi­dło­wo wy­ja­śnił. Mi­ko­łaj z Ore­sme (oko­ło 1320-1382), ksiądz peł­nią­cy po­słu­gę w Pa­ry­żu, Ro­uen i w in­nych fran­cu­skich miej­sco­wo­ściach, za­sta­na­wiał się nad dniem i nocą. Po­my­ślał, że być może to nie Słoń­ce obie­ga Zie­mię co dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny, tyl­ko kula ziem­ska ob­ra­ca się wo­kół wła­snej osi raz na dobę. Nie pod­wa­żał do­gma­tu Ary­sto­te­le­sa o tym, że Zie­mia znaj­du­je się w cen­trum wszech­świa­ta ani że Słoń­ce i pla­ne­ty krą­żą wo­kół Zie­mi. Uznał, że być może był to bar­dzo po­wol­ny ruch (zro­bie­nie peł­ne­go okrę­gu mu­sia­ło­by za­jąć Słoń­cu aż rok!), pod­czas któ­re­go Zie­mia, znaj­du­ją­ca się prze­cież w środ­ku wszech­świa­ta, ob­ra­ca­ła się jak bąk.

Idee były nowe, a sie­dem­set lat temu lu­dzie nie uwa­ża­li, że no­wa­tor­skie po­my­sły są za­wsze do­bre. Po­do­ba­ły im się roz­wią­za­nia zgrab­ne i kom­plet­ne. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go wie­lu uczo­nych pi­sa­ło księ­gi, któ­re te­raz na­zy­wa­my en­cy­klo­pe­dia­mi, obej­mu­ją­ce wszyst­kie zsyn­te­ty­zo­wa­ne dzie­ła Ary­sto­te­le­sa i in­nych sta­ro­żyt­nych mi­strzów. "Miej­sce na wszyst­ko i wszyst­ko na swo­im miej­scu" mo­gło­by być mot­tem tam­tej epo­ki. Jed­nak pró­by zna­le­zie­nia tego miej­sca dla wszyst­kie­go do­pro­wa­dzi­ły do zro­zu­mie­nia, że wciąż ist­nie­ją nie­roz­wią­za­ne pro­ble­my.

ROZDZIAŁ 9

Poszukiwanie kamienia filozoficznego

Wy­obraź so­bie, że mo­żesz za­mie­nić alu­mi­nio­wą pusz­kę coca-coli w zło­to. Zro­bisz to? Pew­nie tak. Gdy­by jed­nak każ­dy mógł tego do­ko­nać, nie by­ło­by to już ta­kie wspa­nia­łe, po­nie­waż ten szla­chet­ny me­tal stał­by się po­wszech­ny, a jego war­tość znacz­nie by spa­dła. Sta­ro­żyt­ny mit o kró­lu Mi­da­sie, któ­ry zmie­niał w zło­to wszyst­ko, cze­go do­tknął, przy­po­mi­na nam, że jego ży­cze­nie było wiel­ce nie­roz­waż­ne. Nie mógł na­wet zjeść śnia­da­nia, po­nie­waż chleb rów­nież sta­wał się zło­tem, gdy tyl­ko wziął go do ręki!

Nie tyl­ko król Mi­das uwa­żał zło­to za wy­jąt­ko­wy kru­szec. Lu­dzie za­wsze wy­so­ko je ce­ni­li, po­nie­waż ład­nie wy­glą­da i rzad­ko wy­stę­pu­je w przy­ro­dzie. Po­sia­da­li je tyl­ko wład­cy i bo­ga­cze. Gdy­by te­raz ktoś od­krył, jak zwy­kłe sub­stan­cje, ta­kie jak że­la­zo, ołów czy choć­by sre­bro, zmie­nić w zło­to, miał­by za­gwa­ran­to­wa­ną sła­wę i do­bro­byt.

Wy­twa­rza­nie zło­ta w ten spo­sób było jed­nym z ce­lów daw­nej na­uki, zwa­nej al­che­mią. Je­śli od­rzu­ci­my przed­ro­stek "al-", po­zo­sta­nie sło­wo "che­mia". Praw­dę mó­wiąc, obie dzie­dzi­ny są ze sobą spo­krew­nio­ne, choć dziś nie na­zwa­li­by­śmy już al­che­mii na­uką ze wzglę­du na jej po­wią­za­nia z ma­gią i wie­rze­nia­mi re­li­gij­ny­mi. W prze­szło­ści jed­nak pa­ra­nie się al­che­mią było sza­no­wa­nym za­ję­ciem. W wol­nym cza­sie Isa­ac New­ton (roz­dział 16) trud­nił się al­che­mią i ku­po­wał mnó­stwo wag, dziw­nych szkla­nych na­czyń i in­ne­go sprzę­tu. In­ny­mi sło­wy, wy­po­sa­żał la­bo­ra­to­rium che­micz­ne.

Pew­nie nie­któ­rzy z was byli w la­bo­ra­to­rium albo wi­dzie­li je na zdję­ciach lub fil­mach. Sło­wo "la­bo­ra­to­rium" albo "pra­cow­nia" ozna­cza­ło po pro­stu miej­sce, gdzie się pra­cu­je. Daw­no temu w la­bo­ra­to­riach krzą­ta­li się al­che­mi­cy. Al­che­mia ma dłu­gą hi­sto­rię się­ga­ją­cą cza­sów sta­ro­żyt­ne­go Egip­tu, Chin i Per­sji. Ce­lem tych "na­ukow­ców" nie za­wsze była je­dy­nie prze­mia­na mniej cen­nych (pod­sta­wo­wych) me­ta­li w zło­to. Cho­dzi­ło im tak­że o ujarz­mie­nie na­tu­ry i spra­wo­wa­nie kon­tro­li nad ota­cza­ją­cym nas świa­tem. Al­che­mia czę­sto wy­ma­ga­ła sto­so­wa­nia ma­gii (rzu­ca­nia za­klęć) albo wy­ko­ny­wa­nia po­szcze­gól­nych czyn­no­ści w od­po­wied­niej ko­lej­no­ści. Al­che­mi­cy eks­pe­ry­men­to­wa­li z róż­ny­mi sub­stan­cja­mi, aby zo­ba­czyć, co się sta­nie, gdy je pod­grze­ją albo zmie­sza­ją ze sobą. Lu­bi­li uży­wać mie­sza­nek wcho­dzą­cych w gwał­tow­ne re­ak­cje, ta­kich jak fos­for i rtęć. To mo­gło być nie­bez­piecz­ne, ale wy­obraź­my so­bie, jaką mie­li­by sa­tys­fak­cję, gdy­by uda­ło im się zna­leźć od­po­wied­nią kom­bi­na­cję skład­ni­ków i stwo­rzyć ka­mień fi­lo­zo­ficz­ny. Ten ka­mień (w za­sa­dzie szcze­gól­ny zwią­zek che­micz­ny) trans­mu­to­wał­by ołów lub cynę w zło­to albo za­pew­niał­by wiecz­ne ży­cie (jak w książ­ce o Har­rym Pot­te­rze).

Przy­go­dy Har­ry'ego Pot­te­ra są za­baw­ne, ale dzie­ją się w świe­cie wy­obraź­ni. Moce, któ­re pra­gnę­li okieł­znać śre­dnio­wiecz­ni ma­go­wie i al­che­mi­cy, w rze­czy­wi­sto­ści nie ist­nie­ją, a wie­lu z nich po pro­stu uda­wa­ło, że po­tra­fi do­ko­nać nie­zwy­kłych rze­czy. Nie­któ­rzy byli jed­nak so­lid­ny­mi rze­mieśl­ni­ka­mi ży­ją­cy­mi w świe­cie, w któ­rym wszyst­ko wy­da­wa­ło się moż­li­we. W trak­cie swo­ich ba­dań do­ko­na­li wie­lu od­kryć z dzie­dzi­ny zwa­nej dziś che­mią. Na przy­kład na­uczy­li się prze­pro­wa­dzać de­sty­la­cję, czy­li pod­grze­wać mie­szan­ki i zbie­rać sub­stan­cje, któ­re w róż­nych mo­men­tach tego pro­ce­su od­dzie­la­ły się od po­zo­sta­łych. Sil­ne trun­ki, ta­kie jak bran­dy i gin, wy­twa­rza się w dro­dze de­sty­la­cji, pod­czas któ­rej wzra­sta stę­że­nie al­ko­ho­lu w na­po­ju. Tak po­wsta­je też spi­ry­tus, któ­re­go na­zwa po­cho­dzi od ła­ciń­skie­go sło­wa ozna­cza­ją­ce­go "du­cha" albo "tchnie­nie". Za­tem do wy­de­sty­lo­wa­nia al­ko­ho­li czę­ścio­wo przy­czy­ni­ła się al­che­mia.

Daw­niej więk­szość lu­dzi wie­rzy­ła w ma­gię. (Nie­któ­rzy na­dal w nią wie­rzą). Wie­lu słyn­nych uczo­nych w prze­szło­ści stu­dio­wa­ło se­kre­ty na­tu­ry, aby po­znać ma­gicz­ne siły. Pe­wien czło­wiek są­dził, że po­siadł zdol­ność zmia­ny spo­so­bów prak­ty­ko­wa­nia ca­łej na­uki i me­dy­cy­ny. Na­zy­wał się The­oph­ra­stus Phil­lip­pus Au­re­olus Bom­ba­stus von Ho­hen­he­im, w skró­cie - Pa­ra­cel­sus.

Pa­ra­cel­sus (1493-1541) uro­dził się w Ein­sie­deln w szwaj­car­skich Al­pach. Jego oj­ciec był le­ka­rzem i uczył go przy­ro­do­znaw­stwa, gór­nic­twa, mi­ne­ra­lo­gii, bo­ta­ni­ki i me­dy­cy­ny. Wy­cho­wał go na ka­to­li­ka, ale mło­dzie­niec do­ra­stał w cza­sach dzia­łal­no­ści Mar­ci­na Lu­tra i re­for­ma­cji. Wśród pro­te­stan­tów, a tak­że ka­to­li­ków zna­lazł wie­lu przy­ja­ciół i po­plecz­ni­ków, cho­ciaż i tak miał spo­ro wro­gów. Stu­dio­wał wraz z kil­ko­ma waż­ny­mi du­chow­ny­mi i choć za­wsze był czło­wie­kiem głę­bo­ko re­li­gij­nym, jego wia­ra - jak wszyst­ko, co go do­ty­czy­ło - była wy­jąt­ko­wa, bo opar­ta na che­mii.

Pa­ra­cel­sus zgłę­biał taj­ni­ki me­dy­cy­ny we Wło­szech. Czę­sto prze­no­sił się z miej­sca na miej­sce. Po­dró­żo­wał po ca­łej Eu­ro­pie (być może na­wet od­wie­dził An­glię) i na pew­no do­tarł do Afry­ki Pół­noc­nej. Pra­co­wał jako chi­rurg i zwy­kły le­karz. Le­czył wie­lu bo­ga­tych i wpły­wo­wych pa­cjen­tów, od­no­sząc suk­ce­sy. Ni­g­dy jed­nak nie wy­glą­dał na czło­wie­ka za­moż­ne­go, bo nie dbał o strój. Lu­bił pić w ba­rach i szyn­kach ze zwy­kły­mi ludź­mi za­miast z wy­żej po­sta­wio­ny­mi oso­ba­mi. Jego wro­go­wie twier­dzi­li, że po­padł w al­ko­ho­lizm.

Pa­ra­cel­sus miał tyl­ko jed­ną ofi­cjal­ną po­sa­dę - na Uni­wer­sy­te­cie w Ba­zy­lei, w swo­jej ro­dzin­nej Szwaj­ca­rii. Wbrew oby­cza­jom wy­kła­dał po nie­miec­ku za­miast po ła­ci­nie, a jed­nym z jego pierw­szych czy­nów było spa­le­nie dzieł Ga­le­na na ryn­ku. Nie po­trze­bo­wał jego mą­dro­ści, Hi­po­kra­te­sa ani Ary­sto­te­le­sa. Chciał za­cząć od nowa. Był prze­ko­na­ny, że jego po­glą­dy na te­mat wszech­świa­ta, w prze­ci­wień­stwie do po­glą­dów jego po­przed­ni­ków, są słusz­ne.

Krót­ko po tym, jak roz­pa­lił ogni­sko na pla­cu, zo­stał zmu­szo­ny do opusz­cze­nia mia­sta i uda­nia się na tu­łacz­kę. Za­trzy­my­wał się na kil­ka mie­się­cy, naj­wy­żej rok w ja­kimś miej­scu, ale za­wsze był nie­spo­koj­ny i go­to­wy spa­ko­wać swój skrom­ny do­by­tek, aby ru­szyć da­lej. Za­pew­ne za­bie­rał ze sobą nie­wie­le wię­cej po­nad swo­je rę­ko­pi­sy i apa­ra­tu­rę che­micz­ną. Po­dró­żo­wał za­wsze po­wo­li: pie­szo, kon­no lub wo­zem, czę­sto błot­ni­sty­mi i nie­bez­piecz­ny­mi dro­ga­mi. Za­dzi­wia­ją­ce, że przy jego try­bie ży­cia co­kol­wiek uda­ło mu się osią­gnąć. Jed­nak wy­le­czył wie­lu pa­cjen­tów, a tak­że na­pi­sał spo­ro ksią­żek, ob­ser­wo­wał oto­cze­nie i cią­gle prze­pro­wa­dzał do­świad­cze­nia che­micz­ne.

Che­mia była jego pa­sją. Nie żar­to­wał, gdy mó­wił, że nie po­trze­bu­je wska­zó­wek sta­ro­żyt­nych, aby pro­wa­dzić wła­sne ba­da­nia. Nie miał cza­su na czte­ry ży­wio­ły: po­wie­trze, zie­mię, ogień i wodę. Dla nie­go li­czy­ły się trzy pod­sta­wo­we skład­ni­ki: sól, siar­ka i rtęć, na któ­re dało się roz­ło­żyć pra­wie wszyst­ko. Sól nada­wa­ła rze­czom kształt, czy­li ma­syw­ność. Dzię­ki siar­ce mo­gły się pa­lić. Rtęć od­po­wia­da­ła za stan ga­zo­wy lub płyn­ny. Po­przez pry­zmat tych trzech skład­ni­ków Pa­ra­cel­sus in­ter­pre­to­wał eks­pe­ry­men­ty w swo­im la­bo­ra­to­rium. In­te­re­so­wa­ło go, w jaki spo­sób kwa­sy roz­pusz­cza­ją przed­mio­ty i jak za­ma­rza al­ko­hol. Spa­lał sub­stan­cje i do­kład­nie ana­li­zo­wał to, co z nich zo­sta­ło. De­sty­lo­wał wie­le pły­nów, zbie­rał i opi­sy­wał wy­dzie­la­ją­ce się i po­zo­sta­ją­ce po re­ak­cji skład­ni­ki. Krót­ko mó­wiąc, spę­dzał mnó­stwo cza­su w la­bo­ra­to­rium, sta­ra­jąc się za­pa­no­wać nad na­tu­rą.

Wie­rzył, że do­świad­cze­nia che­micz­ne po­mo­gą mu zro­zu­mieć, jak funk­cjo­nu­je świat, a che­mia do­star­czy me­dy­kom nowe leki. Przed nim więk­szość sto­so­wa­nych le­karstw była po­cho­dze­nia ro­ślin­ne­go. Pa­ra­cel­sus, choć sam cza­sa­mi prze­pi­sy­wał pa­cjen­tom środ­ki zio­ło­we, wo­lał po­da­wać im pre­pa­ra­ty, któ­re prze­ba­dał w swo­im la­bo­ra­to­rium. Jego fa­wo­ry­tem była rtęć. To bar­dzo sil­na tru­ci­zna, ale Pa­ra­cel­sus apli­ko­wał ją w po­sta­ci ma­ści na scho­rze­nia skó­ry i wie­rzył, że jest naj­lep­szym środ­kiem na sze­rzą­cy się w Eu­ro­pie sy­fi­lis, cho­ro­bę prze­no­szo­ną głów­nie dro­gą płcio­wą, po­wo­du­ją­cą uciąż­li­wą wy­syp­kę, nisz­czą­cą nos i za­zwy­czaj śmier­tel­ną. W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych XV wie­ku, gdy Pa­ra­cel­sus był dziec­kiem, we Wło­szech wy­bu­chła epi­de­mia sy­fi­li­su, zbie­ra­jąc śmier­tel­ne żni­wo. W cza­sach, kie­dy był już le­ka­rzem, sy­fi­lis rów­nież się sze­rzył i pra­wie wszy­scy le­ka­rze mie­li cier­pią­cych na nie­go pa­cjen­tów, a nie­jed­no­krot­nie i sami na nie­go cho­ro­wa­li. Pa­ra­cel­sus opi­sał wie­le symp­to­mów tego scho­rze­nia i za­le­cał le­cze­nie go rtę­cią. Mimo że jej po­da­wa­nie po­wo­do­wa­ło wy­pa­da­nie zę­bów i po­twor­nie śmier­dzą­cy od­dech, uwal­nia­ło od wy­syp­ki, więc przez wie­le lat me­dy­cy sto­so­wa­li ją do le­cze­nia sy­fi­li­su i in­nych cho­rób ob­ja­wia­ją­cych się wy­kwi­ta­mi skór­ny­mi.

Pa­ra­cel­sus opi­sał też mnó­stwo in­nych cho­rób, a tak­że rany i scho­rze­nia wy­stę­pu­ją­ce u gór­ni­ków, zwłasz­cza nie­wy­dol­ność płuc spo­wo­do­wa­ną zły­mi wa­run­ka­mi i dłu­gim cza­sem pra­cy. Jego tro­ska o skrom­nych i bied­nych gór­ni­ków wy­ni­ka­ła za­pew­ne z tego, że spę­dzał ży­cie wśród zwy­kłych lu­dzi.

Hi­po­kra­tes, Ga­len i inni me­dy­cy przed Pa­ra­cel­su­sem są­dzi­li, że cho­ro­ba jest skut­kiem za­kłó­ce­nia rów­no­wa­gi or­ga­ni­zmu. Jed­nak dla Pa­ra­cel­su­sa była ona wy­ni­kiem dzia­ła­nia ze­wnętrz­nej siły. To "coś" (któ­re na­zwał ła­ciń­skim sło­wem ens ozna­cza­ją­cym "byt" albo "sub­stan­cję") ata­ko­wa­ło cia­ło, po­wo­do­wa­ło za­cho­ro­wa­nie i wy­wo­ły­wa­ło zmia­ny, któ­rych le­ka­rze szu­ka­li, aby na ich pod­sta­wie roz­po­znać, jaka to cho­ro­ba. Ens mo­gło ob­ja­wiać się kro­sta­mi, rop­niem albo ka­mie­niem w ner­ce. Zna­czą­cy prze­łom, któ­re­go do­ko­nał Pa­ra­cel­sus, po­le­gał na od­dzie­le­niu pa­cjen­ta od cho­ro­by. Ten spo­sób my­śle­nia roz­po­wszech­nił się do­pie­ro znacz­nie póź­niej - po od­kry­ciu bak­te­rii.

Pa­ra­cel­sus chciał roz­wi­jać na­ukę i me­dy­cy­nę, opie­ra­jąc je na no­wych, stwo­rzo­nych przez sie­bie pod­sta­wach. Po­wta­rzał, że lu­dzie, za­miast czy­tać książ­ki, po­win­ni sa­mo­dziel­nie ob­ser­wo­wać i eks­pe­ry­men­to­wać. Oczy­wi­ście chciał też, aby czy­ta­li na­pi­sa­ne przez nie­go dzie­ła, z któ­rych część zo­sta­ła opu­bli­ko­wa­na do­pie­ro po jego śmier­ci. Jego prze­sła­nie tak na­praw­dę brzmia­ło: "Nie trać­cie cza­su na Ga­le­na, czy­taj­cie Pa­ra­cel­su­sa". Świat tego na­ukow­ca był pe­łen ma­gicz­nych sił, a on sam wie­rzył, że bę­dzie w sta­nie je zro­zu­mieć i za­prząc w służ­bę na­uki i me­dy­cy­ny. Jego al­che­micz­nym ma­rze­niem nie było trans­mu­to­wa­nie me­ta­li w zło­to, ale za­pa­no­wa­nie nad wszyst­ki­mi ma­gicz­ny­mi i ta­jem­ni­czy­mi si­ła­mi na­tu­ry.

Za ży­cia Pa­ra­cel­sus miał nie­wie­lu na­śla­dow­ców, do­pie­ro po jego śmier­ci było ich wię­cej. Na­zy­wa­li oni sa­mych sie­bie pa­ra­cel­sia­na­mi i, po­dą­ża­jąc śla­dem swo­je­go mi­strza, pró­bo­wa­li zmie­nić me­dy­cy­nę i na­ukę. Eks­pe­ry­men­to­wa­li w la­bo­ra­to­riach i sto­so­wa­li che­micz­ne leki w prak­ty­ce me­dycz­nej. Jak Pa­ra­cel­sus, usi­ło­wa­li okieł­znać siły na­tu­ry za po­mo­cą na­tu­ral­nej ma­gii.

Pa­ra­cel­sia­nie za­wsze po­zo­sta­wa­li poza głów­nym nur­tem me­dy­cy­ny i na­uki. Więk­szość me­dy­ków i uczo­nych nie była skłon­na cał­ko­wi­cie od­rzu­cić spu­ści­zny sta­ro­żyt­nych le­ka­rzy. Jed­nak prze­sła­nie Pa­ra­cel­su­sa zy­ski­wa­ło co­raz wię­cej zwo­len­ni­ków. Na­ukow­cy za­czę­li sa­mo­dziel­nie pa­trzeć na świat. W 1543 roku, czy­li dwa lata po śmier­ci me­dy­ka, opu­bli­ko­wa­no dwie książ­ki - jed­ną o ana­to­mii, dru­gą o astro­no­mii, któ­re rów­nież pod­wa­ża­ły au­to­ry­tet sta­ro­żyt­nych uczo­nych. Lu­dzie na nowo spoj­rze­li na wszech­świat.

ROZDZIAŁ 10

Odkrywanie ludzkiego ciała

Je­śli na­praw­dę chcesz zro­zu­mieć, jak coś zo­sta­ło zro­bio­ne, zwy­kle naj­le­piej roz­ło­żyć to na czę­ści. W przy­pad­ku nie­któ­rych przed­mio­tów, ta­kich jak ze­gar­ki i sa­mo­cho­dy, po­moc­na bywa rów­nież wie­dza, jak na­le­ży je po­now­nie zło­żyć w ca­łość. Aby zro­zu­mieć, jak jest zbu­do­wa­ne cia­ło czło­wie­ka lub zwie­rzę­cia, rów­nież trze­ba je obej­rzeć. Ale by "roz­ło­żyć je na czę­ści", musi być ono mar­twe.

Ga­len, jak wie­my, kro­ił na czę­ści cia­ła zwie­rząt, po­nie­waż prze­pro­wa­dza­nie sek­cji zwłok czło­wie­ka było za­bro­nio­ne. Za­ło­żył, że ana­to­mia świń czy małp jest bar­dzo po­dob­na do ludz­kiej. I pod pew­ny­mi wzglę­da­mi miał ra­cję, cho­ciaż są też róż­ni­ce. Sek­cje ludz­kich zwłok za­czę­to spo­ra­dycz­nie wy­ko­ny­wać do­pie­ro w XIV wie­ku, gdy w aka­de­miach me­dycz­nych wpro­wa­dzo­no na­ukę ana­to­mii. Po­cząt­ko­wo, kie­dy lu­dzie stwier­dzi­li róż­ni­ce mię­dzy tym, co wi­dzie­li w ba­da­nych zwło­kach, a opi­sa­mi Ga­le­na, uzna­li, że bu­do­wa lu­dzi po pro­stu się zmie­ni­ła, a nie, że to Ga­len się po­my­lił! Gdy jed­nak ana­to­mo­wie za­czę­li uważ­niej przy­glą­dać się or­ga­ni­zmo­wi, za­uwa­ży­li jesz­cze wię­cej drob­nych róż­nic. Sta­ło się ja­sne, że w ludz­kich cia­łach jest jesz­cze wie­le do zba­da­nia.

Tych od­kryć do­ko­nał ana­tom i chi­rurg zwa­ny We­sa­liu­szem (1514-1564). Wła­ści­wie na­zy­wał się An­dries Wy­tinck van We­sel. Uro­dził się w Bruk­se­li (obec­nie Bel­gia). Jego oj­ciec był ap­te­ka­rzem ce­sa­rza Ka­ro­la V. Van We­sel po­cząt­ko­wo stu­dio­wał sztu­kę na uni­wer­sy­te­cie w Leu­ven, ale prze­niósł się na me­dy­cy­nę. Jako czło­wiek am­bit­ny po­je­chał do Pa­ry­ża, gdzie wy­kła­da­li naj­lep­si pro­fe­so­ro­wie, zwo­len­ni­cy Ga­le­na. Znał gre­kę i ła­ci­nę, fa­scy­no­wa­ło go prze­pro­wa­dza­nie sek­cji zwłok. Jed­nak woj­na mię­dzy ce­sar­stwem Habs­bur­gów a Fran­cją zmu­si­ła go do opusz­cze­nia Pa­ry­ża. Dla­te­go wpro­wa­dził ro­bie­nie sek­cji zwłok na fa­kul­te­cie me­dycz­nym w Leu­ven. W 1537 roku udał się do naj­lep­szej ów­cze­snej aka­de­mii me­dycz­nej na uni­wer­sy­te­cie w Pa­dwie. Eg­za­mi­ny zdał z naj­wyż­szy­mi oce­na­mi, a na­stęp­ne­go dnia zo­stał mia­no­wa­ny wy­kła­dow­cą chi­rur­gii i ana­to­mii. (W Pa­dwie szyb­ko orien­to­wa­no się, kie­dy tra­fiał im się war­to­ścio­wy na­uko­wiec). We­sa­liusz uczył ana­to­mii, pro­wa­dząc po­ka­zo­we sek­cje zwłok. Stu­den­ci go uwiel­bia­li. Rok póź­niej opu­bli­ko­wał sze­reg pięk­nych ilu­stra­cji ana­to­micz­nych róż­nych czę­ści ludz­kie­go cia­ła. Oka­za­ły się tak do­bre, że le­ka­rze w ca­łej Eu­ro­pie za­czę­li je ko­pio­wać i ko­rzy­stać z nich. We­sa­liusz nie był z tego za­do­wo­lo­ny, po­nie­waż po pro­stu ukra­dli jego pra­ce.

Roz­ci­na­nie ludz­kich zwłok nie na­le­ży do przy­jem­nych za­jęć. Po śmier­ci cia­ło szyb­ko za­czy­na się roz­kła­dać i cuch­nąć, a w cza­sach We­sa­liu­sza nie zna­no spo­so­bu, by po­wstrzy­mać pro­ce­sy gnil­ne. Dla­te­go sek­cję zwłok trze­ba było prze­pro­wa­dzać szyb­ko, za­nim fe­tor stał się nie do wy­trzy­ma­nia. Naj­pierw otwie­ra­no brzuch, gdyż wnętrz­no­ści naj­szyb­ciej ule­ga­ły roz­kła­do­wi. Na­stęp­nie ba­da­no gło­wę i mózg, póź­niej ser­ce, płu­ca i inne or­ga­ny w klat­ce pier­sio­wej. Ręce i nogi zo­sta­wia­no na ko­niec, gdyż za­cho­wy­wa­ły się w naj­lep­szym sta­nie. Całą sek­cję na­le­ża­ło za­koń­czyć w cią­gu dwóch - trzech dni. Ana­to­mii na­ucza­no głów­nie zimą, gdy chłód spo­wal­niał roz­kład cia­ła, co da­wa­ło le­ka­rzom nie­co wię­cej cza­su.

Spo­so­by kon­ser­wo­wa­nia ciał od­kry­to do­pie­ro w XVIII wie­ku. Wów­czas ła­twiej było wy­dłu­żyć sek­cję zwłok i zba­dać je w ca­ło­ści. Gdy stu­dio­wa­łem me­dy­cy­nę, prze­pro­wa­dze­nie peł­nej sek­cji zwłok zaj­mo­wa­ło nam osiem mie­się­cy i w dniach, kie­dy wy­pa­da­ły te za­ję­cia, moje ubra­nia i pal­ce śmier­dzia­ły wca­le nie roz­kła­da­ją­cym się cia­łem, ale che­micz­ny­mi kon­ser­wan­ta­mi. Ba­da­łem zwło­ki sta­rusz­ka i w cią­gu tych mie­się­cy do­brze po­zna­łem ludz­ki or­ga­nizm. Ko­lej­ność wy­ko­ny­wa­nia czyn­no­ści pod­czas sek­cji była mniej wię­cej taka sama jak w cza­sach We­sa­liu­sza, z jed­nym wy­jąt­kiem - mózg zo­sta­wia­li­śmy na ko­niec, po­nie­waż jest to skom­pli­ko­wa­ny or­gan i mu­sie­li­śmy wcze­śniej na­brać wpra­wy w do­kład­nym kro­je­niu na­rzą­dów i od­sła­nia­niu róż­nych czę­ści cia­ła. Star­szy pan ofia­ro­wał swe cia­ło na­uce, dzię­ki cze­mu nie­wąt­pli­wie wie­le się na­uczy­łem.

Mimo ko­niecz­no­ści szyb­kie­go dzia­ła­nia i nie­przy­jem­ne­go za­pa­chu sek­cje zwłok były wiel­ką pa­sją We­sa­liu­sza. Nie do­wie­my się, ile ciał sta­ran­nie roz­kro­ił, ale mu­sia­ło ich być dużo, po­nie­waż wie­dział wię­cej o ludz­kich or­ga­nach niż kto­kol­wiek z ów­cześ­nie ży­ją­cych. Przez po­nad pięć lat in­ten­syw­nie pra­co­wał jako wy­kła­dow­ca w Pa­dwie, a w 1543 roku opu­bli­ko­wał wspa­nia­łą księ­gę, opa­sły tom o gru­bo­ści 40 cen­ty­me­trów i wa­dze bli­sko 2 ki­lo­gra­mów. Nie da się więc wsu­nąć tej książ­ki do kie­sze­ni, aby po­czy­tać ją w wa­ka­cje. Dzie­ło za­ty­tu­ło­wał De hu­ma­ni cor­po­ris fa­bri­ca (O bu­do­wie ludz­kie­go cia­ła) i w skró­cie czę­sto bywa na­zy­wa­ne jako Fa­bri­ca. Zo­sta­ło pięk­nie i szcze­gó­ło­wo zi­lu­stro­wa­ne. We­sa­liusz po­je­chał do Ba­zy­lei w Szwaj­ca­rii, aby nad­zo­ro­wać dru­ko­wa­nie tek­stu i przy­go­to­wy­wa­nie ilu­stra­cji.

Ży­je­my w świe­cie peł­nym ob­ra­zów. Cy­fro­we apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne uła­twia­ją prze­sy­ła­nie zdjęć przy­ja­cio­łom, a w ga­ze­tach i ma­ga­zy­nach ilu­stra­cje są na każ­dej stro­nie. W cza­sach We­sa­liu­sza było ina­czej. Pra­sa dru­kar­ska zo­sta­ła wy­na­le­zio­na za­le­d­wie sto lat wcze­śniej, a ilu­stra­cje od­bi­ja­no za po­mo­cą drew­nia­nych kloc­ków mi­ster­nie wy­rzeź­bio­nych na pod­sta­wie ry­sun­ków. Te kloc­ki, tak jak stem­ple, na­są­cza­no far­bą dru­kar­ską i przy­ci­ska­no do pa­pie­ru.

Ry­sun­ki w dzie­le We­sa­liu­sza są zna­ko­mi­te. Ni­g­dy wcze­śniej ludz­kie cia­ło nie zo­sta­ło przed­sta­wio­ne tak wier­nie i szcze­gó­ło­wo. Już stro­na ty­tu­ło­wa za­po­wia­da, że w środ­ku cze­ka czy­tel­ni­ka coś wy­jąt­ko­we­go. Umiesz­czo­ny na niej ry­su­nek przed­sta­wia sek­cję zwłok ko­bie­ty. Za­bie­go­wi przy­glą­da­ją się set­ki stło­czo­nych wi­dzów. We­sa­liusz stoi w środ­ku, obok cia­ła, i jest je­dy­ną po­sta­cią pa­trzą­cą w oczy od­bior­cy dzie­ła. Resz­ta zgro­ma­dzo­nych jest za­fa­scy­no­wa­na sek­cją albo szep­ce mię­dzy sobą. Po le­wej stro­nie ilu­stra­cji znaj­du­je się mał­pa, a po pra­wej - pies. Przy­po­mi­na­ją one, że Ga­len mu­siał prze­pro­wa­dzać ba­da­nia ana­to­micz­ne na zwie­rzę­tach. We­sa­liusz w swo­jej księ­dze mówi o bu­do­wie ludz­kie­go or­ga­ni­zmu na pod­sta­wie oso­bi­ście prze­pro­wa­dzo­nych sek­cji zwłok. Był to dość śmia­ły czyn, na któ­ry od­wa­żył się ana­tom, któ­ry nie osią­gnął jesz­cze trzy­dzie­ste­go roku ży­cia.

Jed­nak We­sa­liusz miał wszel­kie po­wo­dy do tego, aby czuć się pew­nie w swo­ich od­kry­ciach. Wie­dział, że zaj­rzał głę­biej w ludz­kie cia­ło niż kto­kol­wiek inny. Wśród prze­pięk­nych ilu­stra­cji do tej księ­gi są drze­wo­ry­ty przed­sta­wia­ją­ce mię­śnie z przo­du i z tyłu cia­ła, a mię­śnie po­ło­żo­ne bli­żej skó­ry są roz­kro­jo­ne w celu uwi­docz­nie­nia tych le­żą­cych głę­biej. Ci "umię­śnie­ni" lu­dzie zo­sta­li po­ka­za­ni na tle kra­jo­bra­zów, a bu­dyn­ki, drze­wa, ska­ły i wzgó­rza zo­sta­ły od­po­wied­nio wkom­po­no­wa­ne w ob­raz. Je­den z "pa­cjen­tów" We­sa­liu­sza jest po­wie­szo­ny za szy­ję - cho­dzi­ło o to, by po­ka­zać, że ana­tom czę­sto ba­dał zwło­ki ska­za­nych na śmierć kry­mi­na­li­stów. Pew­ne­go razu zna­lazł po­wie­szo­ne­go prze­stęp­cę, któ­re­go cia­ło zo­sta­ło zje­dzo­ne przez pta­ki i po­zo­stał tyl­ko nagi szkie­let. Prze­my­cił jego ko­ści jed­na po dru­giej do swo­je­go la­bo­ra­to­rium, aby ba­dać je na osob­no­ści.

Dla We­sa­liu­sza pra­co­wał bar­dzo uta­len­to­wa­ny ar­ty­sta, ale nie zna­my jego imie­nia. W tam­tej epo­ce, zwa­nej od­ro­dze­niem albo re­ne­san­sem, na­uka była ści­śle po­wią­za­na ze sztu­ką. Wie­lu re­ne­san­so­wych ar­ty­stów, jak Le­onar­do da Vin­ci (1452-1519) czy Mi­chał Anioł (1475-1564), prze­pro­wa­dza­ło sek­cje zwłok, aby le­piej ma­lo­wać lu­dzi. Nie tyl­ko le­ka­rze chcie­li po­znać bu­do­wę cia­ła czło­wie­ka.

We­sa­liusz był za­fa­scy­no­wa­ny bu­do­wą or­ga­ni­zmu (co jest przed­mio­tem ba­dań ana­to­mii), ale zwło­ki nie funk­cjo­nu­ją: nie od­dy­cha­ją, nie tra­wią i nie po­ru­sza­ją się jak żywi lu­dzie (dzia­ła­niem or­ga­ni­zmu zaj­mu­je się fi­zjo­lo­gia). To­też dłu­go pi­sa­na księ­ga We­sa­liu­sza łą­czy­ła sta­re i nowe idee. Au­tor czę­sto pod­kre­ślał, że Ga­len nie­pra­wi­dło­wo opi­sał okre­ślo­ny or­gan czy mię­sień, i na swój spo­sób ro­bił po­praw­ki. Na przy­kład Ga­len, opi­su­jąc bu­do­wę wą­tro­by, mó­wił o świń­skim gru­czo­le, któ­ry ma pięć pła­tów, czy­li czę­ści. Wą­tro­ba czło­wie­ka ma tyl­ko czte­ry pła­ty, któ­re nie są zbyt wy­raź­nie wy­od­ręb­nio­ne. Nie­któ­re mię­śnie ludz­kiej ręki i sto­py róż­nią się od mię­śni spo­krew­nio­nych z nami małp. Po­pra­wek wy­ma­ga­ła też teo­ria Ga­le­na o prze­pły­wie krwi z pra­wej do le­wej po­ło­wy ser­ca. Jego zda­niem krew prze­są­cza­ła się przez drob­ne pory mię­dzy ko­mo­ra­mi. We­sa­liusz prze­pro­wa­dził wie­le sek­cji ludz­kich serc i nie zna­lazł żad­nych po­rów. Wy­ni­ki jego ba­dań w tym przy­pad­ku przy­da­ły się kil­ka de­kad póź­niej, gdy Wil­liam Ha­rvey za­czął do­kład­niej ana­li­zo­wać isto­tę pra­cy krwi i ser­ca. Jed­nak przed­sta­wio­ny przez We­sa­liu­sza opis funk­cjo­no­wa­nia ży­we­go or­ga­ni­zmu wciąż opie­rał się na wie­lu kon­cep­cjach Ga­le­na. Być może dla­te­go jego ry­sun­ki zy­ska­ły znacz­nie więk­sze uzna­nie niż jego tek­sty. Ilu­stra­cje bar­dzo szyb­ko sko­pio­wa­no i wy­ko­rzy­sty­wa­no w ca­łej Eu­ro­pie, a me­dyk stał się sław­ny (lecz nie wzbo­ga­cił się na tym).

We­sa­liusz żył jesz­cze dwa­dzie­ścia lat, ale pu­bli­ka­cja dzie­ła Fa­bri­ca była kul­mi­na­cją jego ka­rie­ry. Opra­co­wał dru­gie wy­da­nie książ­ki, wpro­wa­dza­jąc kil­ka ko­rekt. Jed­nak wkrót­ce po uka­za­niu się pierw­szej edy­cji zo­stał na­dwor­nym le­ka­rzem. Za­jął się le­cze­niem bo­ga­tych i ma­ją­cych wła­dzę. Być może uznał, że na­pi­sał już wszyst­ko, co miał do prze­ka­za­nia.

We­sa­liusz zro­bił dość, aby mieć pew­ność, że prze­trwa w pa­mię­ci po­tom­nych. Fa­bri­ca - po­łą­cze­nie sztu­ki i ana­to­mii - po­zo­sta­je jed­ną z naj­lep­szych ksiąg wszech cza­sów, a dba­łość, z jaką zo­sta­ła wy­da­na, za­chwy­ca do dziś. Wraz z tą księ­gą na­uko­wiec po­da­ro­wał nam dwa po­nad­cza­so­we dary. Po pierw­sze, za­chę­cił in­nych le­ka­rzy do kon­ty­nu­owa­nia ba­dań i dro­bia­zgo­we­go opi­sy­wa­nia bu­do­wy ludz­kie­go cia­ła. Póź­niej­si ana­to­mo­wie od­kry­li czę­ści or­ga­ni­zmu, któ­re po­mi­nął We­sa­liusz, lub sko­ry­go­wa­li jego błę­dy. Ar­ty­stycz­ne przed­sta­wie­nie sta­ran­nych sek­cji w dzie­le We­sa­liu­sza za­in­spi­ro­wa­ło do ilu­stro­wa­nia ksią­żek prze­kro­ja­mi ludz­kie­go cia­ła. Fa­bri­ca to pierw­sze, lecz nie ostat­nie dzie­ło, w któ­rym ilu­stra­cje były waż­niej­sze od tek­stu. Trze­ba było na­uczyć le­ka­rzy pa­trzeć na to, co mie­li przed sobą, le­cząc pa­cjen­ta, a ilu­stra­cje We­sa­liu­sza bar­dzo im w tym po­ma­ga­ły.

Po dru­gie, We­sa­liusz prze­ciw­sta­wił się Ga­le­no­wi. Nie był aro­ganc­ki wo­bec nie­go jak Pa­ra­cel­sus, tyl­ko spo­koj­nie i rze­czo­wo wy­ka­zał, że moż­na po­siąść znacz­nie szer­szą wie­dzę, niż miał Ga­len. Udo­wod­nił, że z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie za­sób wie­dzy może wzra­stać. Po­mógł roz­po­cząć de­ba­tę, któ­ra trwa­ła po­nad sto lat. Py­ta­nie było pro­ste: czy moż­na wie­dzieć wię­cej od sta­ro­żyt­nych uczo­nych? Ty­siąc lat przed We­sa­liu­szem od­po­wiedź brzmia­ła prze­czą­co, po We­sa­liu­szu stop­nio­wo się zmie­nia­ła. Lu­dzie za­czę­li my­śleć: "Gdy­by wszyst­ko, co war­te po­zna­nia, zo­sta­ło już od­kry­te, po co by­ło­by się tru­dzić? Ale gdy przyj­rzę się cze­muś sa­mo­dziel­nie, może zo­ba­czę coś, cze­go nie do­strzegł nikt inny". We­sa­liusz ośmie­lił le­ka­rzy i na­ukow­ców, by jed­nak pod­ję­li ten trud.

ROZDZIAŁ 11

Gdzie jest centrum wszechświata?

Co rano Słoń­ce wscho­dzi na wscho­dzie i co wie­czór za­cho­dzi na za­cho­dzie. W cią­gu dnia po­wo­li prze­su­wa się po nie­bie, a nasz cień jest dłuż­szy lub krót­szy, pada przed nami albo za nami w za­leż­no­ści od tego, gdzie ak­tu­al­nie znaj­du­je się na­sza gwiaz­da. W po­łu­dnie twój cień po­wi­nien być pod tobą. Jest to tak na­tu­ral­ne, że nie zwra­casz na to zja­wi­sko uwa­gi. A po­nie­waż zda­rza się ono co­dzien­nie, je­śli dzi­siaj prze­ga­pisz ten "po­kaz", mo­żesz obej­rzeć go ju­tro.

Jed­nak we­dług ba­da­czy Słoń­ce nie za­wsze krą­ży­ło wo­kół Zie­mi. Mo­żesz so­bie wy­obra­zić, jak trud­no było prze­ko­nać lu­dzi, że to, co wy­da­je im się oczy­wi­ste, tak na­praw­dę wca­le nie ma miej­sca. Uj­mij­my to w ten spo­sób: Zie­mia znaj­du­je się w cen­trum na­sze­go świa­ta, po­nie­waż to z niej spo­glą­da­my na Słoń­ce, Księ­życ i gwiaz­dy. Jest na­szym cen­trum, ale nie ca­łe­go wszech­świa­ta.

Wszy­scy sta­ro­żyt­ni ob­ser­wa­to­rzy gwiazd są­dzi­li, że Zie­mia znaj­du­je się w środ­ku wszech­świa­ta. Pa­mię­tasz Ary­sto­te­le­sa? Po nim Pto­le­me­usz, naj­bar­dziej wpły­wo­wy grec­ki astro­nom, su­mien­nie no­to­wał po­zy­cje gwiazd noc po nocy, mie­siąc po mie­sią­cu i rok po roku. Pa­trze­nie na gwiaz­dy na bez­chmur­nym nie­bie to ma­gicz­ne prze­ży­cie, a roz­po­zna­wa­nie grup gwiazd, czy­li kon­ste­la­cji albo gwiaz­do­zbio­rów, spra­wia dużą sa­tys­fak­cję. Małą Niedź­wie­dzi­cę (Mały Wóz) albo Pas Orio­na ła­two od­szu­kać na po­god­nym nie­bie. Na koń­cu dy­sz­la Ma­łe­go Wozu błysz­czy Gwiaz­da Po­lar­na, któ­ra po­ma­ga­ła że­gla­rzom utrzy­mać w nocy wła­ści­wy kie­ru­nek rej­su.

Mo­del wszech­świa­ta, z Zie­mią umiesz­czo­ną w cen­trum i cia­ła­mi nie­bie­ski­mi krą­żą­cy­mi wo­kół niej po ide­al­nych okrę­gach, spra­wiał pro­ble­my. Roz­pa­trz­my to na przy­kła­dzie gwiazd. W cią­gu nocy stop­nio­wo zmie­nia­ją swo­je po­ło­że­nie. Wio­sen­na rów­no­noc (gdy Słoń­ce znaj­du­je się do­kład­nie nad rów­ni­kiem i dla­te­go dzień i noc są rów­nej dłu­go­ści) za­wsze in­try­go­wa­ła astro­no­mów, ale też i in­nych uczo­nych. Przy­pa­da na 20 lub 21 mar­ca, a 21 mar­ca ofi­cjal­nie roz­po­czy­na się wio­sna. Pro­blem w tym, że każ­de­go pierw­sze­go dnia wio­sny gwiaz­dy znaj­du­ją się w nie­co in­nych po­zy­cjach, a gdy­by krą­ży­ły po ide­al­nych okrę­gach wo­kół Zie­mi, ich po­zy­cje by­ły­by sta­łe. To zja­wi­sko astro­no­mo­wie na­zwa­li pre­ce­sją punk­tu rów­no­no­cy i mu­sie­li do­ko­nać skom­pli­ko­wa­nych ob­li­czeń, aby je wy­ja­śnić.

Ruch pla­net rów­nież był za­gad­ką. Gdy pa­trzy­my nie­uzbro­jo­nym okiem w noc­ne nie­bo, pla­ne­ty wy­glą­da­ją jak ja­sne gwiaz­dy. Sta­ro­żyt­ni astro­no­mo­wie są­dzi­li, że jest sie­dem pla­net: Mer­ku­ry, We­nus, Mars, Jo­wisz i Sa­turn, a tak­że Słoń­ce i Księ­życ (któ­re rów­nież zwa­li pla­ne­ta­mi). Nie­wąt­pli­wie znaj­do­wa­ły się one znacz­nie bli­żej Zie­mi niż tak zwa­ne gwiaz­dy sta­łe. Tym ter­mi­nem okreś­lano nie­gdyś te cia­ła nie­bie­skie, któ­rych wza­jem­ne po­ło­że­nie nie zmie­nia­ło się, np. gwiaz­dy w Dro­dze Mlecz­nej. Z ob­ser­wa­cji pla­net wy­ni­kły ko­lej­ne pro­ble­my, po­nie­waż oka­za­ło się, że wca­le nie obie­ga­ją one Zie­mi po okrę­gach. Ich ruch nie wy­da­je się sta­ły, a cza­sa­mi moż­na od­nieść wra­że­nie, że pla­ne­ty wręcz się co­fa­ją. Aby roz­wią­zać ten pro­blem, astro­no­mo­wie oznaj­mi­li, że punk­tem, wo­kół któ­re­go krą­żą pla­ne­ty, nie jest śro­dek Zie­mi, tyl­ko ekwant. Ten za­bieg i inne ob­li­cze­nia po­zwo­li­ły im wy­jaś­nić po­ło­że­nie obiek­tów na noc­nym nie­bie bez ko­niecz­no­ści od­rzu­ca­nia mo­de­lu geo­cen­trycz­ne­go. Na­dal moż­na było za­kła­dać, że Zie­mia znaj­du­je się w cen­trum wszech­świa­ta, a wo­kół niej krą­żą inne cia­ła nie­bie­skie.

Co by się sta­ło, gdy­by za­miast Zie­mi w cen­trum wszech­świa­ta umie­ścić Słoń­ce i przy­jąć, że pla­ne­ty (wśród nich tak­że Zie­mia) krą­żą wo­kół nie­go? Ludz­kość przez ty­siąc­le­cia wie­rzy­ła w geo­cen­trycz­ną teo­rię. Nie­trud­no nam zro­zu­mieć, jak dra­ma­tycz­nym kro­kiem było wpro­wa­dze­nie no­wej, he­lio­cen­trycz­nej kon­cep­cji. Prze­czy­ła ona temu, co ob­ser­wu­je­my co­dzien­nie na nie­bie, pod­wa­ża­ła teo­rię Ary­sto­te­le­sa i - co waż­niej­sze - na­ukę Ko­ścio­ła, po­nie­waż w Bi­blii Jo­zue mo­dlił się do Boga, aby za­trzy­mał po­ru­sza­jące się Słoń­ce. Zna­lazł się jed­nak ktoś, kto śmia­ło umie­ścił Słoń­ce w cen­trum wszech­świa­ta - pol­ski ka­no­nik Mi­ko­łaj Ko­per­nik.

Mi­ko­łaj Ko­per­nik (1473-1543) uro­dził się i umarł w Pol­sce, ale pra­wo i me­dy­cy­nę stu­dio­wał we Wło­szech. Gdy miał dzie­sięć lat, zmarł jego oj­ciec, więc o edu­ka­cję by­stre­go chłop­ca za­dbał wuj, któ­ry wy­słał go na Aka­de­mię Kra­kow­ską. Gdy wuj zo­stał bi­sku­pem war­miń­skim, Ko­per­nik otrzy­mał sta­no­wi­sko w ka­te­drze we From­bor­ku. Dzię­ki temu miał sta­ły do­chód i mógł stu­dio­wać we Wło­szech, a po po­wro­cie do Pol­ski zaj­mo­wać się swo­ją pa­sją - ba­da­niem nie­ba. Ka­zał zbu­do­wać wie­żę bez da­chu, w któ­rej umie­ścił swo­je in­stru­men­ty astro­no­micz­ne. Wte­dy nie zna­no jesz­cze te­le­sko­pu, więc przy­rzą­dy po­zwa­la­ły mu je­dy­nie mie­rzyć kąty mię­dzy róż­ny­mi cia­ła­mi nie­bie­ski­mi a ho­ry­zon­tem oraz fazy Księ­ży­ca. Ko­per­nik in­te­re­so­wał się rów­nież za­ćmie­nia­mi, któ­re na­stę­pu­ją, gdy Słoń­ce, Księ­życ lub pla­ne­ta wej­dą w dro­gę in­ne­mu cia­łu nie­bie­skie­mu i zo­sta­ną przez nie czę­ścio­wo lub cał­ko­wi­cie za­sło­nię­te.

Nie wie­my do­kład­nie, kie­dy Ko­per­nik uznał, że he­lio­cen­trycz­ny mo­del nie­ba i Ukła­du Sło­necz­ne­go (jak go te­raz na­zy­wa­my) le­piej wy­ja­śnia ob­ser­wa­cje pro­wa­dzo­ne od ty­się­cy lat. Ale w 1514 roku na­pi­sał krót­ki trak­tat i po­ka­zał go kil­ku za­ufa­nym przy­ja­cio­łom. Nie ośmie­lił się go opu­bli­ko­wać. Stwier­dził w nim, że nie­mal na pew­no "śro­dek Zie­mi nie jest cen­trum wszech­świa­ta" i "ob­ra­ca­my się wo­kół Słoń­ca jak wszyst­kie inne pla­ne­ty". Wnio­ski były dość jed­no­znacz­ne. Przez na­stęp­ne trzy de­ka­dy Ko­per­nik da­lej pra­co­wał nad swo­ją teo­rią he­lio­cen­trycz­ną. Dużo cza­su spę­dzał na ob­ser­wo­wa­niu nie­ba. Stu­dio­wał prze­ka­zy in­nych astro­no­mów i za­sta­na­wiał się, jak ich pro­ble­my moż­na roz­wią­zać przy za­ło­że­niu, że Słoń­ce znaj­du­je się w cen­trum wszech­świa­ta, a wo­kół nie­go krą­żą pla­ne­ty. W ten spo­sób uda­ło mu się wy­ja­śnić wie­le za­ob­ser­wo­wa­nych zja­wisk, ta­kich jak za­ćmie­nia czy dziw­ne ru­chy pla­net w przód i w tył. Poza tym oświe­tla­ją­ce i ogrze­wa­ją­ce nas Słoń­ce od­gry­wa tak waż­ną rolę w ludz­kim ży­ciu, że uczy­nie­nie z nie­go cen­trum po­nie­kąd po­twier­dza­ło, że bez nie­go ży­cie na Zie­mi by­ło­by nie­moż­li­we.

Mo­del Ko­per­ni­ka miał też inne bar­dzo po­waż­ne kon­se­kwen­cje. Wy­ni­ka­ło z nie­go, że gwiaz­dy znaj­du­ją się znacz­nie da­lej od Zie­mi, niż są­dzi­li Ary­sto­te­les i inni daw­ni my­śli­cie­le. Zda­niem Ary­sto­te­le­sa czas był nie­skoń­czo­ny, a prze­strzeń okreś­lona. Ko­ściół na­uczał, że czas był okre­ślo­ny (przez kil­ka ty­się­cy lat wstecz do mo­men­tu, gdy Bóg stwo­rzył wszech­świat) i prze­strzeń też - być może z wy­jąt­kiem nie­ba. Ko­per­nik za­ak­cep­to­wał ko­ściel­ną ideę cza­su i stwo­rze­nia wszech­świa­ta, ale z jego po­mia­rów wy­ni­ka­ło, że od­le­głość mię­dzy Zie­mią a Słoń­cem jest dużo mniej­sza niż mię­dzy Słoń­cem a in­ny­mi gwiaz­da­mi. Ob­li­czył rów­nież przy­bli­żo­ną od­le­głość Słoń­ca od pla­net i Księ­ży­ca od Zie­mi. Wszech­świat był znacz­nie więk­szy, niż lu­dziom się po­cząt­ko­wo wy­da­wa­ło.

Ko­per­nik zda­wał so­bie spra­wę z tego, że wy­ni­ki jego ba­dań wy­wo­ła­ją szok, ale pod ko­niec ży­cia po­sta­no­wił opu­bli­ko­wać swo­je kon­cep­cje. W 1542 roku ukoń­czył wiel­kie dzie­ło De re­vo­lu­tio­ni­bus or­bium co­ele­stium (O ob­ro­tach sfer nie­bie­skich). Wte­dy był już sta­rym, scho­ro­wa­nym czło­wie­kiem, więc pie­czę nad jego dru­kiem po­wie­rzył Re­ty­ko­wi - przy­ja­cie­lo­wi, któ­ry za­po­znał się z jego teo­rią. Re­tyk za­jął się tym, ale mu­siał wró­cić do pra­cy na uni­wer­sy­te­cie w Niem­czech, więc prze­ka­zał za­da­nie nie­miec­kie­mu teo­lo­go­wi An­dre­aso­wi Osian­de­ro­wi. Księ­ga zo­sta­ła wy­da­na w 1543 roku. Jed­nak Osian­der uznał, że idee Ko­per­ni­ka są nie­bez­piecz­ne, więc po­prze­dził dzie­ło wła­sną przed­mo­wą. Na­pi­sał, że kon­cep­cje pol­skie­go uczo­ne­go to je­dy­nie hi­po­te­tycz­ny spo­sób roz­wią­za­nia na dro­dze ma­te­ma­tycz­nej pro­ble­mów, któ­re od daw­na pró­bo­wa­li roz­wi­kłać astro­no­mo­wie w mo­de­lu geo­cen­trycz­nym. Osian­der miał pra­wo do wła­snej opi­nii, ale po­stą­pił nie­uczci­wie - na­pi­sał przed­mo­wę tak, jak­by to były wy­ja­śnie­nia sa­me­go Ko­per­ni­ka. Po­nie­waż się pod nią nie pod­pi­sał, lu­dzie za­ło­ży­li, że to Ko­per­nik chciał im prze­ka­zać te sło­wa. Astro­nom był już wów­czas bli­ski śmier­ci i nie mógł nic zro­bić, aby ujaw­nić praw­dę czy­tel­ni­kom. W efek­cie przez nie­mal sto lat ana­li­ty­cy tego wspa­nia­łe­go dzie­ła byli prze­ko­na­ni, że Ko­per­nik je­dy­nie roz­wa­żał spo­so­by wy­ja­śnie­nia tego, co wi­dać na nie­bie każ­dej nocy, ale tak na­praw­dę nie po­wie­dział, że Zie­mia krą­ży wo­kół Słoń­ca.

Z po­wo­du tej przed­mo­wy lu­dzie igno­ro­wa­li re­wo­lu­cyj­ny prze­kaz pol­skie­go astro­no­ma. Jed­nak wie­lu prze­czy­ta­ło dzie­ło Ko­per­ni­ka, a jego ko­men­tarz i ob­li­cze­nia mia­ły wpływ na astro­no­mię przez kil­ka de­kad po jego śmier­ci. Dwaj wy­bit­ni astro­no­mo­wie po­pro­wa­dzi­li jego dzie­ło da­lej. Je­den z nich, Duń­czyk Ty­cho Bra­he (1546-1601), zwró­cił uwa­gę na fakt, że Ko­per­nik upie­rał się, iż wszech­świat musi być bar­dzo duży, więc gwiaz­dy znaj­du­ją się znacz­nie da­lej. Za­ćmie­nie Słoń­ca w 1560 roku po­bu­dzi­ło wy­obraź­nię Ty­cha Bra­he­go i choć jego szla­chec­ka duń­ska ro­dzi­na chcia­ła, aby stu­dio­wał pra­wo, mo­gło go usa­tys­fak­cjo­no­wać tyl­ko ba­da­nie nie­ba. W 1572 roku za­uwa­żył nową, bar­dzo ja­sną gwiaz­dę na noc­nym nie­bie. Opi­sał tę nova stel­la ("nową gwiaz­dę") i stwier­dził, że jej po­ja­wie­nie się do­wo­dzi, że nie­bo nie jest cał­kiem do­sko­na­łe i nie­zmien­ne. Wy­bu­do­wał dla sie­bie ob­ser­wa­to­rium astro­no­micz­ne na wy­spie u wy­brze­ża Da­nii i wy­po­sa­żył je w naj­no­wo­cze­śniej­szy sprzęt. (Jed­nak te­le­skop wciąż jesz­cze nie zo­stał skon­stru­owa­ny). W 1577 roku Bra­he śle­dził tor ko­me­ty. Ge­ne­ral­nie po­ja­wie­nie się ko­met trak­to­wa­no jako zły omen, ale dla Bra­he­go ozna­cza­ło ono je­dy­nie, że cia­ła nie­bie­skie nie są przy­mo­co­wa­ne do sfer nie­bie­skich, sko­ro ko­me­ty mogą je prze­ci­nać.

Ty­cho Bra­he do­ko­nał wie­lu waż­nych od­kryć na te­mat po­zy­cji i ru­chów gwiazd oraz pla­net. W koń­cu mu­siał za­mknąć swo­je ob­ser­wa­to­rium i prze­nieść się do Pra­gi, gdzie w 1597 roku otwo­rzył nowe. Trzy lata póź­niej mia­no­wał swo­im asy­sten­tem Jo­han­ne­sa Ke­ple­ra (1571-1630). Mimo że Bra­he ni­g­dy nie za­ak­cep­to­wał ko­per­ni­kań­skie­go mo­de­lu he­lio­cen­trycz­ne­go, to gdy zmarł w 1601 roku, po­zo­sta­wił wszyst­kie swo­je no­tat­ki i ma­nu­skryp­ty swo­je­mu asy­sten­to­wi, któ­ry miał inne po­glą­dy. Ke­pler z sza­cun­kiem trak­to­wał pa­mięć o swo­im mi­strzu i część jego prac przy­go­to­wał do dru­ku, ale też wpro­wa­dził astro­no­mię na cał­kiem nową dro­gę roz­wo­ju.

Ke­pler wiódł burz­li­we i cha­otycz­ne ży­cie. Jego żona i có­recz­ka zmar­ły, a mat­ka zo­sta­ła oskar­żo­na o cza­ry. Był gor­li­wym pro­te­stan­tem we wcze­snym okre­sie re­for­ma­cji, ale to do ka­to­li­ków na­le­ża­ła wła­dza, więc mu­siał uwa­żać na każ­dy swój krok. Wie­rzył, że po­rzą­dek w ko­smo­sie po­twier­dza jego wła­sne mi­stycz­ne uzna­nie dla stwo­rze­nia świa­ta przez Boga. Z tego po­wo­du jego ob­li­cze­nia były bar­dzo skru­pu­lat­ne i pre­cy­zyj­ne, więc wnio­sły trwa­ły wkład w astro­no­mię. W no­tat­kach Ke­ple­ra, czę­sto trud­nych do zro­zu­mie­nia, zna­la­zły się trzy kon­cep­cje, któ­re mia­ły do­nio­słe zna­cze­nie. Do dziś zna­ne są jako pra­wa Ke­ple­ra.

Pierw­sze dwa pra­wa są ści­śle ze sobą po­wią­za­ne. W ich sfor­mu­ło­wa­niu po­mo­gły mu wy­ni­ki do­kład­nych ob­ser­wa­cji ru­chów Mar­sa, któ­re po­zo­sta­wił mu Ty­cho Bra­he. Ke­pler dłu­go ana­li­zo­wał te dane, za­nim zdał so­bie spra­wę z tego, że pla­ne­ty nie za­wsze po­ru­sza­ją się z tą samą pręd­ko­ścią. Oka­za­ło się, że ich ruch jest szyb­szy, gdy są bli­żej Słoń­ca, a wol­niej­szy, gdy się od nie­go od­da­la­ją. Stwier­dził, że je­śli po­pro­wa­dzi się li­nię od Słoń­ca (cen­trum wszech­świa­ta) do pla­ne­ty, to pole za­kre­śla­ne przez tę li­nię jest sta­łe, a nie pręd­kość pla­ne­ty. Spo­strze­że­nia te za­warł w dru­gim pra­wie. Kon­se­kwen­cją tej tezy było sfor­mu­ło­wa­nie pierw­sze­go pra­wa, mó­wią­ce­go o tym, że pla­ne­ty nie po­ru­sza­ją się po ide­al­nych okrę­gach, ale po elip­sach (spłasz­czo­nych okrę­gach). Choć o gra­wi­ta­cji jesz­cze wów­czas nie sły­sza­no, Ke­pler wie­dział, że na po­ru­sza­ją­ce się pla­ne­ty dzia­ła ja­kaś siła. Zda­wał so­bie spra­wę z tego, że elip­sa jest na­tu­ral­nym to­rem ciał krą­żą­cych wo­kół cen­tral­ne­go punk­tu, tak jak pla­ne­ty wo­kół Słoń­ca. Dru­gie pra­wo Ke­ple­ra po­ka­za­ło, że sta­ro­żyt­na kon­cep­cja ru­chu po ide­al­nym okrę­gu była błęd­na.

Trze­cie pra­wo Ke­ple­ra mia­ło bar­dziej prak­tycz­ny aspekt. Na­uko­wiec wy­ka­zał w nim, że za­cho­dzi spe­cjal­ny zwią­zek mię­dzy cza­sem obie­gu pla­net wo­kół Słoń­ca a ich śred­nią od­le­gło­ścią od nie­go. Dzię­ki tej za­leż­no­ści astro­no­mo­wie mo­gli ob­li­czać od­le­gło­ści pla­net od Słoń­ca i zy­ska­li po­ję­cie o tym, jak wiel­ki jest Układ Sło­necz­ny, a jed­no­cze­śnie jak mały w po­rów­na­niu z ogrom­ny­mi od­le­gło­ścia­mi mię­dzy nim a gwiaz­da­mi. Na szczę­ście mniej wię­cej w tym sa­mym okre­sie zbu­do­wa­no in­stru­ment, któ­ry po­zwo­lił zaj­rzeć da­lej w ko­smos. Czło­wie­kiem, któ­ry uczy­nił z te­le­sko­pu po­tęż­ne na­rzę­dzie, był słyn­ny astro­nom Ga­li­le­usz.

ROZDZIAŁ 12

Krzywa wieża i teleskop: Galileusz

Jed­ną z naj­dziw­niej­szych bu­dow­li na świe­cie jest 850-let­nia dzwon­ni­ca ka­te­dry we wło­skim mie­ście, zna­na jako krzy­wa wie­ża w Pi­zie. Za­baw­ne jest ro­bie­nie zdjęć przy­ja­cio­łom, któ­rzy uda­ją, że pod­trzy­mu­ją wa­lą­cą się wie­żę. Ga­li­le­usz po­noć ro­bił na niej eks­pe­ry­men­ty: ze szczy­tu zrzu­cał kule o róż­nej wa­dze, aby spraw­dzić, któ­ra z nich spad­nie pierw­sza. Aneg­do­ta ta nie­co ubar­wia praw­dę. Ga­li­le­usz nie zrzu­cał przed­mio­tów z dzwon­ni­cy, ale prze­pro­wa­dził inne do­świad­cze­nia, któ­re po­mo­gły mu stwier­dzić, że kule pół­ki­lo­gra­mo­wa i pię­cio­ki­lo­gra­mo­wa spa­dły­by na zie­mię w tej sa­mej chwi­li. Ten eks­pe­ry­ment prze­czył co­dzien­ne­mu do­świad­cze­niu, po­dob­nie jak stwier­dze­nie, że Słoń­ce nie obie­ga co­dzien­nie Zie­mi. W koń­cu prze­cież piór­ko i kula nie spa­da­ją z wie­ży z tą samą pręd­ko­ścią. Dla­cze­go kule o róż­nej ma­sie mia­ły­by do­tknąć zie­mi w tej sa­mej chwi­li?

Ga­li­le­usz (1564-1642) uro­dził się w Pi­zie, ale do­ra­stał w po­bli­skiej Flo­ren­cji, gdzie jego oj­ciec był mu­zy­kiem. Jako mło­dzie­niec wró­cił do Pizy, aby na tam­tej­szym uni­wer­sy­te­cie stu­dio­wać me­dy­cy­nę. Za­wsze jed­nak bar­dziej in­te­re­so­wa­ła go ma­te­ma­ty­ka. Mimo że ucho­dził za in­te­li­gent­ne­go i bły­sko­tli­we­go stu­den­ta, po­rzu­cił uczel­nię. W 1592 roku prze­niósł się do Pa­dwy, gdzie uczył ma­te­ma­ty­ki i tego, co mo­gli­by­śmy na­zwać fi­zy­ką. W Pa­dwie stu­dio­wał Wil­liam Ha­rvey, o któ­rym opo­wie­my w na­stęp­nym roz­dzia­le. Szko­da, że ci dwaj ge­niu­sze praw­do­po­dob­nie ni­g­dy się nie spo­tka­li!

Przez całe ży­cie Ga­li­le­usz swo­imi po­glą­da­mi wzbu­dzał kon­tro­wer­sje. Wy­da­je się, że za­wsze pod­wa­żał po­wszech­nie ak­cep­to­wa­ne po­glą­dy, zwłasz­cza fi­zy­kę i astro­no­mię Ary­sto­te­le­sa oraz in­nych sta­ro­żyt­nych uczo­nych. Był do­brym ka­to­li­kiem, ale uwa­żał też, że re­li­gia to kwe­stia mo­ral­no­ści i wia­ry, a ob­ser­wo­wal­ny, fi­zycz­ny świat to do­me­na na­uki. Twier­dził, że Bi­blia uczy nas, jak do­stać się do nie­ba, nie jak ono funk­cjo­nu­je. Z tego po­wo­du wszedł w kon­flikt z Ko­ścio­łem zde­cy­do­wa­nie bro­nią­cym się przed tymi, któ­rzy ośmie­la­li się kwe­stio­no­wać jego dok­try­ny lub au­to­ry­tet. Ka­to­lic­cy hie­rar­cho­wie za­czę­li rów­nież kon­tro­lo­wać książ­ki, co­raz licz­niej wy­da­wa­ne za po­mo­cą pras dru­kar­skich. Te, któ­rych nie ak­cep­to­wa­li, umiesz­cza­li na li­ście zwa­nej In­dex li­bro­rum pro­ho­bi­to­rum (In­deks ksiąg za­ka­za­nych). Ga­li­le­usz miał wy­so­ko po­sta­wio­nych zna­jo­mych (w tym ksią­żąt, bi­sku­pów, kar­dy­na­łów, a na­wet pa­pie­ża), więc po­par­ło go wie­lu du­chow­nych. Inni jed­nak nie za­mie­rza­li do­pu­ścić do tego, by jego idee pod­wa­ża­ły ich na­uki, ma­ją­ce wie­lo­wie­ko­wą tra­dy­cję.

Wcze­sne pra­ce Ga­li­le­usza do­ty­czy­ły sił dzia­ła­ją­cych na po­ru­sza­ją­ce się obiek­ty. Od sa­me­go po­cząt­ku na­uko­wiec chciał sa­mo­dziel­nie ob­ser­wo­wać i mie­rzyć róż­ne rze­czy i, je­śli to moż­li­we, przed­sta­wiać wy­ni­ki w po­sta­ci ma­te­ma­tycz­nej. W jed­nym ze swo­ich słyn­nych do­świad­czeń spusz­czał kulę z rów­ni po­chy­łej i mie­rzył, po ja­kim cza­sie do­trze na okre­ślo­ną od­le­głość. Jak wie­my, sta­cza­ją­ca się kula na­bie­ra pręd­ko­ści (przy­spie­sza). Ga­li­le­usz do­strzegł zwią­zek mię­dzy pręd­ko­ścią kuli a cza­sem upły­wa­ją­cym od jej star­tu. Pręd­kość była wprost pro­por­cjo­nal­na do kwa­dra­tu cza­su (kwa­drat to war­tość po­mno­żo­na przez samą sie­bie, na przy­kład 3 x 3). Za­tem po dwóch se­kun­dach kula to­czy­ła się z czte­ry razy więk­szą pręd­ko­ścią. (Zwróć uwa­gę, że kwa­drat cza­su po­ja­wi się tak­że w ob­li­cze­niach póź­niej­szych na­ukow­ców. Na­tu­ra naj­wy­raź­niej lubi wiel­ko­ści pod­nie­sio­ne do po­tę­gi dru­giej).

W tych i wie­lu in­nych eks­pe­ry­men­tach Ga­li­le­usz dał się po­znać jako no­wo­cze­sny na­uko­wiec, gdyż wie­dział, że po­mia­ry nie za­wsze wy­cho­dzą tak samo. Cza­sa­mi mru­gnie­my w nie­właś­ci­wym mo­men­cie. In­nym ra­zem mi­nie chwi­la, za­nim uświa­do­mi­my so­bie, co wi­dzi­my. A cza­sem przy­rzą­dy są nie­do­sko­na­łe. Mo­że­my jed­nak do­ko­nać róż­nych ob­ser­wa­cji w świe­cie, a Ga­li­le­usza za­wsze bar­dziej in­te­re­so­wał świat rze­czy­wi­sty niż abs­trak­cyj­ny, w któ­rym wszyst­ko jest do­kład­ne i ide­al­ne.

Wcze­sne pra­ce Ga­li­le­usza o po­ru­sza­ją­cych się obiek­tach do­wo­dzą, jak od­mien­nie po­strze­gał rze­czy­wi­stość od Ary­sto­te­le­sa i se­tek póź­niej­szych my­śli­cie­li, choć grec­ki fi­lo­zof wciąż cie­szył się sza­cun­kiem na uni­wer­sy­te­tach kie­ro­wa­nych przez du­chow­nych. W 1609 roku Ga­li­le­usz do­wie­dział się o ist­nie­niu no­we­go przy­rzą­du, któ­ry po­waż­nie miał za­gro­zić sta­ro­żyt­nym spo­so­bom my­śle­nia. Urzą­dze­nie to zo­sta­ło na­zwa­ne te­le­sko­pem, gdyż słu­ży­ło do pa­trze­nia da­le­ko, po­dob­nie jak te­le­fon po­zwa­la mó­wić z da­le­ka, a mi­kro­skop - wi­dzieć małe. Za­rów­no te­le­sko­py, jak i mi­kro­sko­py wy­war­ły ogrom­ny wpływ na hi­sto­rię na­uki.

Pierw­szy zbu­do­wa­ny przez Ga­li­le­usza te­le­skop da­wał nie­wiel­kie po­więk­sze­nie, ale zro­bił na uczo­nym duże wra­że­nie. Ga­li­le­usz szyb­ko go ulep­szył, łą­cząc dwie so­czew­ki, dzię­ki cze­mu uzy­skał po­więk­sze­nie, ja­kie dziś ma zwy­kła lor­net­ka, czy­li oko­ło pięt­na­sto­krot­ne. Nie wy­da­je się to zbyt im­po­nu­ją­ce, ale wte­dy wy­wo­ła­ło sen­sa­cję. Za po­mo­cą ta­kie­go te­le­sko­pu moż­na było znacz­nie wcze­śniej niż go­łym okiem do­strzec stat­ki po­wra­ca­ją­ce do por­tu. Co waż­niej­sze, Ga­li­le­usz skie­ro­wał swój te­le­skop w nie­bo i za­chwy­cił się tym, co tam zo­ba­czył.

Pa­trząc na Księ­życ, zdał so­bie spra­wę z tego, że nie jest on ide­al­nie gład­ki i okrą­gły, jak do tej pory są­dzo­no. Były na nim góry i kra­te­ry. Gdy Ga­li­le­usz skie­ro­wał te­le­skop w stro­nę pla­net, le­piej wi­dział ich ru­chy i od­krył, że Jo­wisz ma księ­ży­ce, tak jak Zie­mia. Z ko­lei na Sa­tur­nie zo­ba­czył dwie duże pla­my, któ­re nie przy­po­mi­na­ły księ­ży­ców, i na­zwał je pier­ście­nia­mi. Ob­ser­wu­jąc po­ru­sza­ją­ce się We­nus i Mar­sa, uznał, że zmie­nia­ją kie­ru­nek i pręd­kość ru­chu w re­gu­lar­ny i prze­wi­dy­wal­ny spo­sób. Na Słoń­cu do­strzegł ciem­ne pla­my, któ­re co­dzien­nie prze­su­wa­ły się we­dług okre­ślo­ne­go wzo­ru. (Na­uczył się nie pa­trzeć na Słoń­ce bez­po­śred­nio, aby chro­nić oczy. My ro­bi­my to po­dob­nie). Dzię­ki te­le­sko­po­wi prze­ko­nał się, że Dro­ga Mlecz­na, któ­ra wy­glą­da jak roz­my­ta pla­ma, gdy pa­trzy się na nią nie­uzbro­jo­nym okiem, w rze­czy­wi­sto­ści skła­da się z ty­się­cy po­je­dyn­czych, bar­dzo od­da­lo­nych od Zie­mi gwiazd.

Za po­mo­cą te­le­sko­pu Ga­li­le­usz do­ko­nał wie­lu waż­nych ob­ser­wa­cji. Na­pi­sał o nich w wy­da­nej w 1610 roku książ­ce Si­de­reus Nun­cius (Gwiezd­ny po­sła­niec). Wy­wo­ła­ła ona fer­ment. Każ­de jego od­kry­cie kwe­stio­no­wa­ło to, co lu­dzie do­tąd wie­dzie­li o ko­smo­sie. Nie­któ­rzy są­dzi­li, że idee Ga­li­le­usza były opar­te na sztucz­kach ro­bio­nych za po­mo­cą jego no­wej "tuby", jak czę­sto na­zy­wa­no te­le­skop, po­nie­waż w ko­smo­sie nie mo­gło być cze­goś, cze­go nie było wi­dać go­łym okiem. Ga­li­le­usz usi­ło­wał prze­ko­nać nie­do­wiar­ków, że to, co wi­dać przez te­le­skop, jest praw­dzi­we.

Jesz­cze bar­dziej re­wo­lu­cyj­ne oka­za­ły się ob­ser­wa­cje Ga­li­le­usza, któ­re po­twier­dza­ły teo­rię Ko­per­ni­ka o Księ­ży­cu okrą­ża­ją­cym Zie­mię oraz Zie­mi, Księ­ży­cu i pla­ne­tach krą­żą­cych wo­kół Słoń­ca. Dzie­ło Ko­per­ni­ka zo­sta­ło opu­bli­ko­wa­ne pra­wie sie­dem­dzie­siąt lat wcze­śniej i mia­ło wie­lu zwo­len­ni­ków za­rów­no wśród pro­te­stan­tów, jak i ka­to­li­ków. Zgod­nie z ofi­cjal­nym sta­no­wi­skiem Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go kon­cep­cje Ko­per­ni­ka przy­da­wa­ły się do ob­li­cza­nia ru­chów pla­net, ale nie od­zwier­cie­dla­ły rze­czy­wi­sto­ści. Gdy­by bo­wiem oka­za­ły się praw­dzi­we, zbyt wie­le ustę­pów Bi­blii spra­wia­ło­by pro­ble­my i wy­ma­ga­ło po­now­ne­go prze­my­śle­nia i no­wej in­ter­pre­ta­cji.

Jed­nak Ga­li­le­usz chciał się po­dzie­lić swo­imi od­kry­cia­mi astro­no­micz­ny­mi. W 1615 roku po­je­chał do Rzy­mu w na­dziei, że uzy­ska po­zwo­le­nie Ko­ścio­ła, by mógł uczyć tego, co od­krył. Wie­le osób, na­wet sam pa­pież, sym­pa­ty­zo­wa­ło z nim, ale za­kaz pi­sa­nia i na­ucza­nia o ko­per­ni­kań­skim ukła­dzie he­lio­cen­trycz­nym utrzy­ma­no. Ga­li­le­usz nie pod­dał się i po­now­nie udał się do Rzy­mu w 1624 i 1630 roku, aby zo­rien­to­wać się, ja­kie na­stro­je to­wa­rzy­szą re­wo­lu­cyj­nym na­ukom, choć co­raz bar­dziej się sta­rzał i nie­do­ma­gał. Był prze­ko­na­ny, że do­pó­ki bę­dzie przed­sta­wiał kon­cep­cję Ko­per­ni­ka jako ewen­tu­al­ność, po­zo­sta­nie bez­piecz­ny. Jego dzie­ło astro­no­micz­ne Dia­log o dwóch naj­waż­niej­szych sys­te­mach świa­ta: pto­le­me­uszo­wym i ko­per­ni­ko­wym mia­ło po­stać roz­mo­wy go­spo­da­rza oraz dwóch osób re­fe­ru­ją­cych po­glą­dy Ary­sto­te­le­sa i Ko­per­ni­ka. W ten spo­sób Ga­li­le­usz omó­wił ar­gu­men­ty za no­wy­mi kon­cep­cja­mi bu­do­wy wszech­świa­ta i prze­ciw­ko nim, jed­no­cze­śnie uni­ka­jąc wy­ro­ko­wa­nia, któ­ra ze stron ma ra­cję.

To wspa­nia­łe dzie­ło, a przy tym peł­ne dow­ci­pów i - jak więk­szość prac Ga­li­le­usza - na­pi­sa­ne w jego ję­zy­ku oj­czy­stym, czy­li po wło­sku. (Wów­czas ucze­ni z ca­łej Eu­ro­py wciąż pi­sa­li po ła­ci­nie). Od razu moż­na było zgad­nąć, po któ­rej stro­nie opo­wia­da się Ga­li­le­usz. Po pierw­sze, po­stać re­pre­zen­tu­ją­cą Ary­sto­te­le­sa na­zwał Sim­pli­cio. Żył kie­dyś ko­men­ta­tor dzieł Ary­sto­te­le­sa o tym imie­niu, ale i w ję­zy­ku an­giel­skim, i we wło­skim ko­ja­rzy się ono z pro­sta­kiem, a i sam bo­ha­ter nie grze­szył in­te­li­gen­cją. Zwo­len­nik Ko­per­ni­ka o imie­niu Sa­lvia­ti, su­ge­ru­ją­cym ko­goś mą­dre­go i bez­piecz­ne­go, wy­po­wia­dał mą­drzej­sze kwe­stie i wy­su­wał moc­niej­sze ar­gu­men­ty.

Ga­li­le­usz bar­dzo się sta­rał, by jego dzie­ło zy­ska­ło ofi­cjal­ną apro­ba­tę Ko­ścio­ła. Rzym­ski cen­zor, de­cy­du­ją­cy o tym, któ­re książ­ki moż­na wy­dać, współ­czuł mu, ale wie­dział, że pu­bli­ka­cja tego dzie­ła ścią­gnie na nich kło­po­ty, więc od­wle­kał pod­ję­cie de­cy­zji. Ga­li­le­usz po­je­chał do Flo­ren­cji i mimo wszyst­ko wy­dał książ­kę dru­kiem. Gdy prze­czy­ta­li ją wy­so­cy do­stoj­ni­cy ko­ściel­ni z Rzy­mu, nie byli za­do­wo­le­ni i we­zwa­li wie­ko­we­go już Ga­li­le­usza do sie­bie. Ktoś od­szu­kał ko­pię sta­re­go za­ka­zu, za­bra­nia­ją­ce­go Ga­li­le­uszo­wi na­uczać o sys­te­mie ko­per­ni­kań­skim. Po trwa­ją­cym trzy mie­sią­ce "pro­ce­sie" zmu­szo­no go, aby przy­znał, że jego dzie­ło za­wie­ra błę­dy i wy­dał je z próż­no­ści. W pod­pi­sa­nym przez sie­bie oświad­cze­niu stwier­dził, że Zie­mia się nie po­ru­sza i znaj­du­je w cen­trum wszech­świa­ta. Po­wsta­ła le­gen­da, że wkrót­ce po tym ze­zna­niu wy­szep­tał Eppu si mu­ove! (A jed­nak się krę­ci!). Na­wet je­śli tego nie po­wie­dział, to z pew­no­ścią tak my­ślał, gdyż Ko­ściół nie był w sta­nie zmu­sić go do zmia­ny po­glą­dów na na­tu­rę świa­ta.

Ko­ściół mógł wtrą­cić Ga­li­le­usza do wię­zie­nia, a na­wet ska­zać na tor­tu­ry, ale zło­żo­ny z du­chow­nych sąd uznał go za czło­wie­ka wy­jąt­ko­we­go i umie­ścił je­dy­nie w aresz­cie do­mo­wym. Pierw­szy areszt do­mo­wy w Sie­nie nie był zbyt ści­sły - Ga­li­le­usz jako du­sza to­wa­rzy­stwa brał udział w licz­nych przy­ję­ciach. Dla­te­go Ko­ściół na­le­gał, aby uczo­ny wró­cił do swo­je­go domu pod Flo­ren­cją, gdzie do­kład­nie spraw­dza­no, kto go od­wie­dza. Wkrót­ce po­tem zmar­ła cór­ka Ga­li­le­usza (bę­dą­ca za­kon­ni­cą, po­dob­nie jak jej sio­stra), z któ­rą utrzy­my­wał bli­skie sto­sun­ki, więc ostat­nie lata ży­cia na­uko­wiec spę­dził w sa­mot­no­ści. Kon­ty­nu­ował jed­nak swo­ją pra­cę - na­dal zaj­mo­wał się spa­da­ją­cy­mi obiek­ta­mi i si­ła­mi wy­wo­łu­ją­cy­mi ru­chy, któ­re mo­że­my ob­ser­wo­wać na co dzień wo­kół nas. Jego wiel­kie dzie­ło Roz­mo­wy i do­wo­dze­nia ma­te­ma­tycz­ne z za­kre­su dwóch no­wych umie­jęt­no­ści (1638) to pod­sta­wa no­wo­żyt­nej fi­zy­ki. Po­now­nie ba­dał przy­spie­sze­nie spa­da­ją­cych ciał i wy­ko­rzy­stał ma­te­ma­ty­kę, aby po­ka­zać, że przy­spie­sze­nie moż­na zmie­rzyć. Była to za­po­wiedź póź­niej­szej słyn­nej pra­cy Isa­aca New­to­na o gra­wi­ta­cji. Ga­li­le­usz za­pre­zen­to­wał też nowy spo­sób my­śle­nia o to­rach lotu obiek­tów wy­strze­lo­nych w po­wie­trze (ta­kich jak kule ar­mat­nie) i po­ka­zał, jak prze­wi­dzieć, gdzie spad­ną. Wraz z uka­za­niem się tego dzie­ła do fi­zy­ki zo­sta­ło wpro­wa­dzo­ne po­ję­cie siły dzia­ła­ją­cej na obiekt i wpra­wia­ją­cej go w pe­wien ro­dzaj ru­chu.

Być może zna­ne jest ci okre­śle­nie bun­tow­nik bez po­wo­du. Ga­li­le­usz był jed­nak bun­tow­ni­kiem ma­ją­cym po­wód. Wal­czył o na­ukę, któ­ra po­słu­gu­jąc się wła­sną ter­mi­no­lo­gią, po­tra­fi wy­ja­śnić, jak funk­cjo­nu­je świat. Nie­któ­re z jego re­wo­lu­cyj­nych idei zo­sta­ły póź­niej od­rzu­co­ne, po­nie­waż były błęd­ne lub nie w peł­ni tłu­ma­czy­ły okre­ślo­ne zja­wi­ska. Tak jed­nak wy­glą­da po­stęp w na­uce. Ża­den z jej ob­sza­rów nie jest za­mknię­tą księ­gą za­wie­ra­ją­cą wszyst­kie od­po­wie­dzi. Ga­li­le­usz do­sko­na­le o tym wie­dział i po­win­ni o tym wie­dzieć wszy­scy no­wo­żyt­ni ucze­ni.

ROZDZIAŁ 13

Cyrkulacja krwi: Harvey

Dwa sło­wa "cykl" i "cyr­ku­la­cja" po­cho­dzą od ła­ciń­skie­go circ­le ozna­cza­ją­ce­go krąg. Ruch w koło, czy­li cyr­ku­la­cja, to nie­ustan­ne po­ru­sza­nie się i w koń­cu po­wrót do punk­tu star­tu, któ­ry nie­ko­niecz­nie jest za­uwa­żal­ny. W na­tu­rze nie ma zbyt wie­lu ide­al­nych okrę­gów, ale jest mnó­stwo cyr­ku­la­cji. Zie­mia krą­ży wo­kół Słoń­ca. Cyr­ku­la­cja wody po­le­ga na jej pa­ro­wa­niu z Zie­mi i po­now­nym spa­da­niu w po­sta­ci desz­czu. Wie­le pta­ków co roku mi­gru­je na dużą od­le­głość, a na­stęp­nie po­wra­ca do miej­sca na­ro­dzin, aby w na­stęp­nym roku po­wtó­rzyć wę­drów­kę. W za­sa­dzie cały pro­ces na­ro­dzin, do­ra­sta­nia i śmier­ci, po­wta­rza­ją­cy się w na­stęp­nym po­ko­le­niu, jest też pew­ne­go ro­dza­ju cy­klem.

Cyr­ku­la­cja za­cho­dzi tak­że w na­szych cia­łach. Jed­ną z naj­waż­niej­szych jest krą­że­nie krwi pom­po­wa­nej przez ser­ce. Przez całe ży­cie każ­da kro­pla krwi obie­ga na­sze cia­ło oko­ło pięć­dzie­się­ciu razy na go­dzi­nę. Za­le­ży to oczy­wi­ście od tego, co ro­bi­my. Je­śli bie­gniesz, ser­ce bije szyb­ciej i czas cyr­ku­la­cji się skra­ca. Gdy śpisz, tęt­no spa­da, więc kro­pla krwi dłu­żej wra­ca do ser­ca. Dziś uczy­my się o tym w szko­le, ale nie za­wsze było to ta­kie pro­ste i oczy­wi­ste. Krą­że­nie krwi wy­krył an­giel­ski le­karz Wil­liam Ha­rvey (1578-1657).

Oj­ciec Ha­rveya był rol­ni­kiem. Póź­niej od­no­sił suk­ce­sy w han­dlu. Wła­śnie temu za­ję­ciu po­świę­ci­ło się też pię­ciu z sze­ściu bra­ci Ha­rveya. Jed­nak Wil­liam wy­brał ka­rie­rę me­dycz­ną i po ukoń­cze­niu stu­diów na uni­wer­sy­te­cie w Cam­brid­ge w 1600 roku kon­ty­nu­ował na­ukę na uni­wer­sy­te­cie w Pa­dwie, gdzie kil­ka lat wcześ­niej pra­co­wał We­sa­liusz, a Ga­li­le­usz zgłę­biał astro­no­mię i fi­zy­kę.

Jed­nym z jego wy­kła­dow­ców był Gi­ro­la­mo Fa­bri­ci d'Acqua­pen­den­te (1537-1619), któ­ry kon­ty­nu­ował tra­dy­cję ba­dań za­po­cząt­ko­wa­ną na dłu­go przed Ary­sto­te­le­sem. Za­in­spi­ro­wał on Wil­lia­ma Ha­rveya. Mistrz i uczeń wy­cią­gnę­li dwa waż­ne wnio­ski z nauk Ary­sto­te­le­sa.

Po pierw­sze, or­ga­ny wszyst­kich istot ży­wych, w tym lu­dzi, mają okre­ślo­ną po­stać czy też bu­do­wę z po­wo­du funk­cji, któ­re peł­nią. Na przy­kład na­sze ko­ści i mię­śnie są tak po­łą­czo­ne, aby­śmy mo­gli bie­gać albo pod­no­sić przed­mio­ty i do­pó­ki nic złe­go nam się nie sta­nie, na­wet nie za­uwa­ża­my, że dzia­ła­ją tak, jak zo­sta­ły za­pro­jek­to­wa­ne. Ary­sto­te­les wie­rzył rów­nież, że wszyst­kie czę­ści ro­ślin i zwie­rząt do cze­goś słu­żą, po­nie­waż Stwór­ca nie stwo­rzył­by żad­ne­go nie­przy­dat­ne­go ele­men­tu. Oczy są zbu­do­wa­ne tak, aby­śmy wi­dzie­li - po­dob­nie inne na­rzą­dy, ta­kie jak żo­łą­dek, wą­tro­ba, płu­ca i ser­ce. Każ­dy or­gan ma spe­cy­ficz­ną bu­do­wę, aby mógł peł­nić prze­wi­dzia­ną dla nie­go funk­cję. Dla le­ka­rzy było oczy­wi­ste, że ko­ści są twar­de i za­cho­wu­ją swój kształt, po­nie­waż mu­szą pod­trzy­my­wać cia­ło pod­czas mar­szu lub bie­gu. Mię­śnie są mięk­kie i ela­stycz­ne, gdyż ich skur­cze i roz­kur­cze po­ma­ga­ją nam się po­ru­szać. Nie było jed­nak rów­nie oczy­wi­ste, że za po­mo­cą tego sa­me­go spo­so­bu ro­zu­mo­wa­nia da się wy­ja­śnić funk­cje ser­ca i jego zwią­zek z krwią i na­czy­nia­mi krwio­no­śny­mi.

Po dru­gie, Ary­sto­te­les upie­rał się, że ser­ce i krew od­gry­wa­ją za­sad­ni­czą rolę w na­szym ży­ciu, od cza­su gdy za­ob­ser­wo­wał bi­ją­ce ma­leń­kie ser­ce za­rod­ka kur­cza­ka w jaj­ku. Ser­ce to było pierw­szym prze­ja­wem ży­cia. Ary­sto­te­les prze­ko­nał Ha­rveya, że jest ono głów­nym or­ga­nem ży­cio­wym. Ser­ce i krą­że­nie krwi sta­ły się mo­ty­wem prze­wod­nim me­dycz­nej ka­rie­ry Ha­rveya.

Jego na­uczy­ciel, Fa­bri­ci, rów­nież od­krył coś, co sta­ło się istot­ne dla Ha­rveya. Stwier­dził, że wie­le du­żych żył ma za­staw­ki. Za­wsze są one roz­miesz­czo­ne tak, aby krew mo­gła pły­nąć tyl­ko w jed­nym kie­run­ku - w stro­nę ser­ca. Fa­bri­ci są­dził, że za­po­bie­ga­ją one spły­wa­niu krwi do nóg albo jej zbyt gwał­tow­ne­mu od­pły­wo­wi z mó­zgu. Ha­rvey wy­ko­rzy­stał wszyst­kie te wska­zów­ki, gdy po ukoń­cze­niu stu­diów w Pa­dwie wró­cił do An­glii.

Ha­rvey od­no­sił co­raz więk­sze suk­ce­sy za­wo­do­we. Roz­po­czął prak­ty­kę le­kar­ską w Lon­dy­nie, do­stał po­sa­dę w szpi­ta­lu świę­te­go Bar­tło­mie­ja i po­pro­szo­no go o pro­wa­dze­nie wy­kła­dów z ana­to­mii i fi­zjo­lo­gii dla chi­rur­gów. Był rów­nież le­ka­rzem przy­bocz­nym dwóch an­giel­skich kró­lów: Ja­ku­ba I i jego syna Ka­ro­la I. Po­wią­za­nia z Ka­ro­lem I nie po­mo­gły mu wpraw­dzie w tym okre­sie, zwłasz­cza gdy król zo­stał usu­nię­ty z tro­nu przez gru­pę pro­te­stan­tów zwa­nych pu­ry­ta­na­mi. Pew­ne­go razu dom Ha­rveya na­pad­nię­to i pod­pa­lo­no. Wraz z nim spło­nę­ło wie­le rę­ko­pi­sów, któ­re le­karz za­mie­rzał opu­bli­ko­wać. Była to ogrom­na stra­ta dla na­uki, po­nie­waż Ha­rvey pro­wa­dził ba­da­nia nad wie­lo­ma za­gad­nie­nia­mi, mię­dzy in­ny­mi od­dy­cha­niem, mię­śnia­mi i kształ­to­wa­niem się ciał zwie­rząt z za­płod­nio­nych jaj. Król Ka­rol I po­zwo­lił na­wet Ha­rvey­owi wy­ko­rzy­stać nie­któ­re kró­lew­skie zwie­rzę­ta do eks­pe­ry­men­tów.

Ha­rveya za­wsze fa­scy­no­wa­ła krew. Uwa­żał, że ma duże zna­cze­nie dla istot ży­wych. On rów­nież roz­bił kil­ka jaj i zo­ba­czył pierw­sze ozna­ki ży­cia w po­sta­ci ryt­micz­nie pul­su­ją­cej odro­bi­ny krwi. Po­dob­nie było ze zba­da­ny­mi przez nie­go em­brio­na­mi in­nych zwie­rząt (roz­wi­ja­ją­cy­mi się w jaju lub ma­ci­cy mat­ki). Fa­scy­no­wa­ło go tak­że ser­ce, od daw­na wią­za­ne z krwią. Wszy­scy wie­dzie­li, że gdy prze­sta­je ono bić, to czło­wiek lub zwie­rzę umie­ra. Za­tem krew była istot­na już na po­cząt­ku ży­cia, któ­re koń­czy­ło się, gdy mil­kły ude­rze­nia ser­ca.

Na­sze ser­ce pra­cu­je na­wet wte­dy, gdy o tym nie my­śli­my. Cza­sa­mi jed­nak mo­że­my po­czuć jego bi­cie, gdy na przy­kład moc­no się zde­ner­wu­je­my lub prze­stra­szy­my albo wy­ko­nu­je­my cięż­sze ćwi­cze­nia fi­zycz­ne. Czu­je­my wte­dy, jak wali nam w pier­siach: dum-dum, dum-dum, dum-dum. Ha­rvey chciał zro­zu­mieć "ru­chy" ser­ca, czy­li co do­kład­nie się dzie­je przy każ­dym jego ude­rze­niu. Ser­ce kur­czy się, a na­stęp­nie roz­kur­cza. Prze­pro­wa­dził sek­cje wie­lu ży­wych zwie­rząt, aby przy­pa­try­wać się bi­ciu ich serc, zwłasz­cza węży i in­nych zwie­rząt zim­no­krwi­stych (czy­li tych, któ­re nie po­tra­fią re­gu­lo­wać tem­pe­ra­tu­ry wła­sne­go cia­ła). Ich ser­ca biją znacz­nie wol­niej od na­szych, więc ła­twiej mu było pro­wa­dzić ob­ser­wa­cje. Zo­ba­czył, jak przy każ­dym ude­rze­niu za­staw­ki w ser­cu otwie­ra­ją się i za­my­ka­ją w okre­ślo­nej ko­lej­no­ści. Pod­czas skur­czu za­staw­ki mię­dzy przed­sion­ka­mi a ko­mo­ra­mi ser­ca za­my­ka­ły się, a te mię­dzy ser­cem a na­czy­nia­mi krwio­no­śny­mi otwie­ra­ły się. Gdy ser­ce się roz­kur­cza­ło, było od­wrot­nie: we­wnętrz­ne za­staw­ki otwie­ra­ły się, a te mię­dzy ser­cem a na­czy­nia­mi krwio­no­śny­mi (tęt­ni­cą płuc­ną i aor­tą) za­my­ka­ły się. Ha­rvey uzmy­sło­wił so­bie, że za­staw­ki ser­ca dzia­ła­ją po­dob­nie jak te w ży­łach, któ­re od­krył jego na­uczy­ciel Fa­bri­ci, a ich za­da­niem jest utrzy­mać prze­pływ krwi w jed­nym kie­run­ku.

Ha­rvey prze­pro­wa­dził kil­ka do­świad­czeń, aby po­ka­zać in­nym, na czym po­le­ga krą­że­nie krwi. Jed­no z nich było bar­dzo pro­ste. Owi­nął ra­mię ban­da­żem (zwa­nym opa­ską uci­sko­wą). Gdy ban­daż był za­ło­żo­ny bar­dzo cia­sno, krew nie mo­gła do­pły­nąć do ręki i dłoń ro­bi­ła się bar­dzo bla­da. Gdy Ha­rvey roz­luź­niał nie­co opa­skę, krew do­pły­wa­ła do koń­czy­ny, ale nie mo­gła wró­cić do ser­ca i ręka ro­bi­ła się moc­no czer­wo­na. W ten spo­sób po­ka­zał, że krew pły­nie do ręki pod pew­nym ci­śnie­niem i nie po­ko­na cia­sno za­wią­za­ne­go ban­da­ża. Po po­lu­zo­wa­niu opa­ski uci­sko­wej krew pły­nę­ła tęt­ni­ca­mi, ale nie mo­gła wró­cić ży­ła­mi.

Wil­liam Ha­rvey obej­rzał tyle serc i tak in­ten­syw­nie my­ślał o ich pra­cy, że zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wał po­glą­dy o dzia­ła­niu tego na­rzą­du. Usta­lił, że w bar­dzo krót­kim cza­sie przez ser­ce prze­pły­wa wię­cej krwi, niż znaj­du­je się w ca­łym cie­le. Nie­moż­li­we by­ło­by wy­two­rze­nie wy­star­cza­ją­cej ilo­ści no­wej krwi do każ­de­go ude­rze­nia ser­ca. Poza tym cia­ło by jej nie po­mie­ści­ło. Za­tem przy każ­dym ude­rze­niu ser­ca krew mu­sia­ła z nie­go wy­pły­wać, pły­nąć tęt­ni­ca­mi, a na­stęp­nie ży­ła­mi i wra­cać do ser­ca, aby roz­po­cząć nowe okrą­że­nie.

"Pry­wat­nie za­czy­nam są­dzić, że krew po­ru­sza się jak­by wko­ło". Na­pi­sał te sło­wa po ła­ci­nie w 1628 roku w krót­kiej książ­ce za­ty­tu­ło­wa­nej De motu cor­dis (O ru­chu ser­ca). Moż­na od­nieść wra­że­nie, że za­czął two­rzyć do­ku­men­ta­cję o skur­czach i roz­kur­czach ser­ca, a skoń­czył na od­kry­ciu, cze­mu one słu­żą. Usta­lił, że krew jest pom­po­wa­na z pra­wej ko­mo­ry ser­ca do płuc, a z le­wej ko­mo­ry do naj­więk­szej tęt­ni­cy, zwa­nej aor­tą. Z aor­ty krew tra­fia do mniej­szych, od­ga­łę­zia­ją­cych się od niej tęt­nic. Na­stęp­nie prze­pły­wa do żył, w któ­rych znaj­du­ją się za­staw­ki gwa­ran­tu­ją­ce, że bę­dzie pły­nąć we wła­ści­wym kie­run­ku. Naj­więk­szą żyłą, zwa­ną żyłą głów­ną, krew wra­ca do pra­we­go przed­sion­ka ser­ca.

Ha­rvey, tak jak We­sa­liusz, za­wsze twier­dził, że chciał dro­gą sa­mo­dziel­nych ba­dań po­znać bu­do­wę i funk­cjo­no­wa­nie cia­ła, a nie do­wia­dy­wać się tego z ksią­żek na­pi­sa­nych przez in­nych. W od­róż­nie­niu od We­sa­liu­sza pra­co­wał głów­nie na ży­wych zwie­rzę­tach, nie ludz­kich zwło­kach. Nie za­mie­rzał kwe­stio­no­wać dwóch ty­się­cy lat na­ucza­nia o ser­cu i krwi, ale wie­dział, że jego od­kry­cia wy­wo­ła­ją kon­tro­wer­sje, po­nie­waż do­wo­dzi­ły, że teo­ria Ga­le­na o ser­cu i krwi była błęd­na. Bro­nił swo­ich kon­cep­cji przed kry­ty­ką nie­któ­rych lu­dzi, zwłasz­cza zwo­len­ni­ków Ga­le­na, któ­rzy uzna­li jego po­my­sły za zbyt re­wo­lu­cyj­ne. Jed­nak w teo­rii Ha­rveya była jed­na po­waż­na luka. Nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć na istot­ne py­ta­nie: jak krew prze­ni­ka z naj­mniej­szych tęt­nic do naj­mniej­szych żył, aby roz­po­cząć dro­gę po­wrot­ną do ser­ca.

Od­krył to do­pie­ro je­den z uczniów Ha­rveya, Mar­cel­lo Mal­pi­ghi (1628-1694), gdy Ha­rvey już umie­rał. Mal­pi­ghi wpraw­nie po­słu­gi­wał się mi­kro­sko­pem, zna­nym już co praw­da od lat dzie­więć­dzie­sią­tych XVI wie­ku, ale wów­czas udo­sko­na­lo­nym. Sto­su­jąc więk­sze po­więk­sze­nie niż kto­kol­wiek wcze­śniej, przyj­rzał się de­li­kat­nej struk­tu­rze płuc, ne­rek i in­nych or­ga­nów i od­krył drob­ne ka­na­li­ki łą­czą­ce naj­mniej­sze tęt­ni­ce i żyły, czy­li na­czy­nia wło­so­wa­te. "Cykl" Ha­rveya był więc kom­plet­ny.

Po­przez te prze­ło­mo­we pra­ce Ha­rvey po­ka­zał, co moż­na od­kryć, pro­wa­dząc wni­kli­wie eks­pe­ry­men­ty. Jego kon­cep­cje zy­ska­ły szer­szą ak­cep­ta­cję, a Ha­rvey stał się oj­cem bio­lo­gii i me­dy­cy­ny do­świad­czal­nej. To za­chę­ci­ło in­nych do sa­mo­dziel­ne­go ba­da­nia róż­nych funk­cji or­ga­ni­zmów, na przy­kład tego, co się dzie­je w płu­cach pod­czas od­dy­cha­nia lub w żo­łąd­ku pod­czas tra­wie­nia. Wil­liam Ha­rvey, po­dob­nie jak wcze­śniej We­sa­liusz i Ga­li­le­usz, po­mógł lu­dziom uświa­do­mić so­bie, że wie­dza na­uko­wa może się roz­wi­jać i dzię­ki temu mo­że­my do­wie­dzieć się o na­tu­rze wię­cej niż rów­nie in­te­li­gent­ni lu­dzie, któ­rzy żyli ty­siąc (czy choć­by pięć­dzie­siąt) lat przed nami.

ROZDZIAŁ 14

Wiedza to potęga: Bacon i Kartezjusz

W stu­le­ciu mię­dzy Ko­per­ni­kiem a Ga­li­le­uszem na­uka wy­wró­ci­ła świat do góry no­ga­mi. Zie­mia prze­sta­ła być cen­trum wszech­świa­ta, a nowe od­kry­cia z dzie­dzi­ny ana­to­mii, fi­zjo­lo­gii, che­mii i fi­zy­ki przy­po­mnia­ły lu­dziom, że sta­ro­żyt­ni nie wie­dzie­li wszyst­kie­go. O wie­le wię­cej cze­ka­ło jesz­cze na od­kry­cie.

Lu­dzie za­czę­li my­śleć o sa­mej na­uce. W jaki spo­sób naj­le­piej się nią zaj­mo­wać? Skąd moż­na mieć pew­ność, że nowe od­kry­cia prze­ka­zu­ją praw­dę? Jak moż­na wy­ko­rzy­stać na­ukę, aby po­pra­wić kom­fort na­sze­go ży­cia oraz za­pew­nić lu­dziom zdro­wie i szczę­ście? Dwóch my­śli­cie­li po­świę­ci­ło tym za­gad­nie­niom szcze­gól­nie wie­le roz­wa­żań - je­den był an­giel­skim praw­ni­kiem i po­li­ty­kiem, dru­gi - fran­cu­skim fi­lo­zo­fem.

Ten pierw­szy to Fran­cis Ba­con (1561-1626). Jego oj­ciec, Ni­co­las Ba­con, zaj­mo­wał wy­so­kie urzęd­ni­cze sta­no­wi­sko na dwo­rze kró­lo­wej Elż­bie­ty I. Wie­dział, jak waż­na jest edu­ka­cja, więc po­słał syna na uni­wer­sy­tet w Cam­brid­ge. Fran­cis rów­nież słu­żył kró­lo­wej Elż­bie­cie I, a po jej śmier­ci tak­że kró­lo­wi Ja­ku­bo­wi I. Był znaw­cą an­giel­skie­go pra­wa, wziął udział w kil­ku waż­nych pro­ce­sach są­do­wych, a gdy mo­nar­cha mia­no­wał go Lor­dem Kanc­le­rzem, zo­stał jed­nym z naj­waż­niej­szych praw­ni­ków swo­ich cza­sów. Był też człon­kiem par­la­men­tu.

Ba­con z du­żym en­tu­zja­zmem zaj­mo­wał się na­uką. Po­świę­cił wie­le cza­su na do­świad­cze­nia che­micz­ne i ob­ser­wo­wa­nie wszel­kie­go ro­dza­ju za­dzi­wia­ją­cych rze­czy w na­tu­rze - od flo­ry i fau­ny po ma­gne­tyzm i po­go­dę. Znacz­nie waż­niej­sze od któ­re­go­kol­wiek z do­ko­na­nych przez nie­go od­kryć przy­rod­ni­czych były jego zgrab­ne i prze­ko­nu­ją­ce ar­gu­men­ty za tym, że war­to i na­le­ży zaj­mo­wać się na­uką. Skło­nił lu­dzi do tego, by ją ce­ni­li. "Wie­dza to po­tę­ga", po­wie­dział, a na­uka to naj­lep­szy spo­sób, na to aby ją po­siąść. Za­chę­cał Elż­bie­tę I i Ja­ku­ba I, aby prze­zna­cza­li pu­blicz­ne pie­nią­dze na bu­do­wę la­bo­ra­to­riów i two­rze­nie miejsc pra­cy dla uczo­nych. Jego zda­niem na­ukow­cy po­win­ni or­ga­ni­zo­wać się w spo­łecz­no­ści, czy­li aka­de­mie, aby mo­gli się spo­ty­kać, wy­mie­niać po­glą­da­mi i dzie­lić wy­ni­ka­mi ob­ser­wa­cji. Ba­con twier­dził, że na­uka to śro­dek do zro­zu­mie­nia na­tu­ry, a je­śli ją zro­zu­mie­my, bę­dzie­my w sta­nie ją kon­tro­lo­wać.

Ba­con ja­sno na­pi­sał, co naj­le­piej przy­słu­ży się po­stę­po­wi na­uki. Ucze­ni mu­szą się upew­nić, że sło­wa, któ­rych uży­wa­ją, są pre­cy­zyj­ne i zro­zu­mia­łe dla in­nych. Do ba­dań po­win­ni pod­cho­dzić z otwar­tym umy­słem, za­miast pró­bo­wać do­wieść cze­goś, co im się wy­da­je słusz­ne i pew­ne. Przede wszyst­kim jed­nak mu­szą po­wta­rzać eks­pe­ry­men­ty i ob­ser­wa­cje, aby uzy­skać wia­ry­god­ność wy­ni­ków swo­jej pra­cy. Taka me­to­da ba­daw­cza to in­duk­cja. Na przy­kład che­mik, wie­lo­krot­nie li­cząc, wa­żąc i mie­sza­jąc sub­stan­cje, za­czy­na ro­zu­mieć, co się dzie­je. W mia­rę, jak do­ko­nu­je co­raz więk­szej licz­by ob­ser­wa­cji, czy­li in­duk­cji, na­bie­ra pew­no­ści, co się sta­nie. Na pod­sta­wie ta­kie­go ro­zu­mo­wa­nia in­duk­cyj­ne­go ucze­ni mo­gli do­ko­ny­wać uogól­nień, któ­re sta­wa­ły się pod­sta­wą do sfor­mu­ło­wa­nia praw rzą­dzą­cych przy­ro­dą. Kon­cep­cje Ba­co­na in­spi­ro­wa­ły na­ukow­ców wie­lu ko­lej­nych po­ko­leń i do dziś są dla nich na­tchnie­niem.

Fran­cu­ski fi­lo­zof Kar­te­zjusz (1596-1650) wy­warł rów­nie istot­ny wpływ na na­ukę, ale w inny spo­sób. Grun­tow­nie prze­my­ślał do­ko­na­nia Ha­rveya i Ga­li­le­usza. Po­dob­nie jak Ga­li­le­usz był ka­to­li­kiem, a mimo to są­dził, że re­li­gia nie po­win­na in­ge­ro­wać w ba­da­nie świa­ta przy­ro­dy. Tak jak Ha­rvey ba­dał cia­ła lu­dzi i zwie­rząt oraz wy­ja­śniał ich funk­cjo­no­wa­nie w spo­sób da­le­ko wy­kra­cza­ją­cy poza to, cze­go na­uczał Ga­len. Kar­te­zjusz, jesz­cze usil­niej niż Ha­rvey i Ga­li­le­usz, pró­bo­wał stwo­rzyć cał­kiem nowe pod­wa­li­ny na­uki i fi­lo­zo­fii. Choć dzi­siaj pa­mię­ta­my go głów­nie jako fi­lo­zo­fa, przede wszyst­kim był czyn­nym na­ukow­cem i to w więk­szym stop­niu niż Ba­con.

Kar­te­zjusz uro­dził się w La Haye en To­ura­ine. Jako by­stre dziec­ko zo­stał po­sła­ny do słyn­nej szko­ły La Fl?che w re­gio­nie Lo­ire, z któ­re­go po­cho­dzą wy­śmie­ni­te fran­cu­skie wina. W La Fl?che usły­szał o od­kry­ciach Ga­li­le­usza do­ko­na­nych za po­mo­cą te­le­sko­pu, o umiesz­cze­niu Słoń­ca w cen­trum wszech­świa­ta przez Ko­per­ni­ka i naj­now­szych osią­gnię­ciach ma­te­ma­ty­ków. Ukoń­czył pra­wo na uni­wer­sy­te­cie w Po­itiers, a na­stęp­nie zro­bił coś bar­dzo za­ska­ku­ją­ce­go - wstą­pił na ochot­ni­ka do ar­mii pro­te­stanc­kiej. Przez całe do­ro­słe ży­cie Kar­te­zju­sza w Eu­ro­pie sza­la­ła woj­na trzy­dzie­sto­let­nia i przez pra­wie dzie­więć lat brał w niej udział. Ni­g­dy jed­nak nie wal­czył. Na­to­miast jego umie­jęt­ność prak­tycz­ne­go za­sto­so­wa­nia ma­te­ma­ty­ki (prze­wi­dy­wa­nia, gdzie spad­nie po­cisk) mo­gła się przy­dać żoł­nie­rzom. Przez te lata był przy­dzie­la­ny za­rów­no do wojsk pro­te­stan­tów, jak i ka­to­li­ków. Wy­da­je się, że za­wsze znaj­do­wał się w miej­scach, w któ­rych do­cho­dzi­ło do waż­nych wy­da­rzeń po­li­tycz­nych lub mi­li­tar­nych. Nie wie­my, co ro­bił ani skąd brał pie­nią­dze, aby tyle po­dró­żo­wać. Być może był szpie­giem. Je­śli tak, za­pew­ne dzia­łał w in­te­re­sie ka­to­li­ków, wo­bec któ­rych za­wsze po­zo­stał lo­jal­ny.

Na po­cząt­ku swo­ich przy­gód, 10 li­sto­pa­da 1619 roku, w ogrza­nym pie­cy­kiem po­ko­ju w pół­śnie do­szedł do dwóch wnio­sków. Po pierw­sze, je­śli kie­dy­kol­wiek miał­by zdo­być praw­dzi­wą wie­dzę, mu­siał­by do­ko­nać tego sa­mo­dziel­nie. Do ni­cze­go nie przy­da­ły­by mu się na­uki Ary­sto­te­le­sa i in­nych au­to­ry­te­tów. Mu­siał­by za­cząć od po­cząt­ku. Po dru­gie, je­dy­nym spo­so­bem, by za­cząć od nowa, było pod­da­wa­nie wszyst­kie­go w wąt­pli­wość! Tej sa­mej nocy miał trzy sny, któ­re po­trak­to­wał jako po­twier­dze­nie wcze­śniej­sze­go po­my­słu. Wte­dy jesz­cze ni­cze­go nie opu­bli­ko­wał, a jego przy­go­dy woj­sko­we do­pie­ro się za­czy­na­ły. Nie­wąt­pli­wie jed­nak tego dnia (i tej nocy) wstą­pił na ścież­kę opi­sy­wa­nia wszech­świa­ta i wszyst­kie­go, co się w nim znaj­du­je, a tak­że re­guł, któ­re mo­gły­by po­móc in­nym w zdo­by­wa­niu nie­pod­wa­żal­nej wie­dzy.

Wąt­pie­nie we wszyst­ko ozna­cza­ło, że ni­cze­go nie mógł przy­jąć za pew­nik. Na­stęp­nie krok po kro­ku, kie­ru­jąc się wła­snym wy­czu­ciem, mógł ak­cep­to­wać tyl­ko te rze­czy, któ­rych był ab­so­lut­nie pe­wien. Cze­go jed­nak mógł być pe­wien? Przede wszyst­kim jed­ne­go - że to on za­pla­no­wał ten na­uko­wy i fi­lo­zo­ficz­ny pro­jekt ba­daw­czy. My­ślał o tym, jak ma dojść do nie­zbi­tej wie­dzy. Uprasz­cza­jąc spra­wę - po pro­stu my­ślał! Na­pi­sał po ła­ci­nie Co­gi­to ergo sum! (My­ślę, więc je­stem!). Ist­nie­ję, po­nie­waż po­my­śla­łem te my­śli!

To pro­ste stwier­dze­nie sta­ło się dla nie­go punk­tem wyj­ścia do dal­szych roz­wa­żań. Wszyst­ko pięk­nie - mo­gli­by­śmy po­wie­dzieć - ale co da­lej? Dla Kar­te­zju­sza mia­ło to je­den bez­po­śred­ni i dłu­go­fa­lo­wy sku­tek. Stwier­dził: ist­nie­ję, więc my­ślę, ale po­tra­fię so­bie wy­obra­zić, że mógł­bym my­śleć, nie ma­jąc cia­ła. Z ko­lei, gdy­bym miał cia­ło i nie mógł my­śleć, nie wie­dział­bym o tym. Za­tem moje cia­ło i część, któ­ra my­śli (umysł albo du­sza), mu­szą być osob­ne i róż­ne. Były to pod­sta­wy du­ali­zmu. We­dług tej teo­rii wszech­świat jest zbu­do­wa­ny z dwóch cał­kiem róż­nych ro­dza­jów sub­stan­cji: ma­te­rii (na przy­kład ludz­kie cia­ła, ale tak­że krze­sła, ka­mie­nie, pla­ne­ty, koty i psy) oraz du­cha (ludz­ka du­sza lub umysł). Kar­te­zjusz twier­dził więc, że na­sze umy­sły, po­przez któ­re wie­my, że ist­nie­je­my, zaj­mu­ją spe­cjal­ne miej­sce we wszech­świe­cie.

Już na dłu­go przed Kar­te­zju­szem, a jesz­cze i po­tem, lu­dzie zda­wa­li so­bie spra­wę z tego, że są wy­jąt­ko­wym ga­tun­kiem. Po­tra­fi­my ro­bić rze­czy, któ­rych nie mogą ro­bić żad­ne zwie­rzę­ta: czy­tać i pi­sać, nada­wać sens zło­żo­no­ści świa­ta oraz bu­do­wać od­rzu­tow­ce i bom­by ato­mo­we. Do­strze­że­nie tej wy­jąt­ko­wo­ści nie jest ni­czym nie­zwy­kłym. Za­dzi­wia­ją­ce było to, co fi­lo­zof - po od­dzie­le­niu umy­słu od cia­ła - zro­bił z resz­tą świa­ta - jego ma­te­rial­ną stro­ną. Po­wie­dział, że świat jest zbu­do­wa­ny z ma­te­rii i umy­słu, a przed­mio­tem ba­dań na­uki jest ma­te­ria. To ozna­cza­ło, że ma­te­rial­ną, nie­my­ślą­cą część na­sze­go ist­nie­nia da się opi­sać za po­mo­cą pro­stych, fi­zycz­nych ter­mi­nów. Po­nad­to wy­ni­ka­ło z tego, że wszyst­kie ro­śli­ny i zwie­rzę­ta nie­ma­ją­ce du­szy da się zre­du­ko­wać do ma­te­rii, z któ­rej są zbu­do­wa­ne. Za­tem drze­wa i kwia­ty, ryby i sło­nie to tyl­ko mniej lub bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne ma­szy­ny. We­dług Kar­te­zju­sza są to tyl­ko byty ma­te­rial­ne, któ­re moż­na w ca­ło­ści zro­zu­mieć.

Kar­te­zjusz sły­szał o au­to­ma­ta - me­cha­nicz­nych fi­gu­rach bu­do­wa­nych tak, aby mo­gły się po­ru­szać i wy­ko­ny­wać pew­ne ści­śle okre­ślo­ne czyn­no­ści. Mo­że­my je na­zwać ro­bo­ta­mi. Na przy­kład w wie­lu XVII mon­to­wa­no w wie­żo­wych ze­ga­rach me­cha­nicz­ne fi­gur­ki, któ­re wy­cho­dzi­ły o peł­nej go­dzi­nie, aby ude­rzyć w gong. W tam­tych cza­sach za­pa­no­wa­ła na nie moda, a nie­któ­re z nich dzia­ła­ją do dziś. Lu­dzie za­sta­na­wia­li się: sko­ro po­tra­fi­my zbu­do­wać ta­kie de­li­kat­ne fi­gu­ry, zdol­ne po­ru­szać się i na­śla­do­wać lu­dzi lub zwie­rzę­ta, to być może lep­si me­cha­ni­cy by­li­by w sta­nie pójść krok da­lej i skon­stru­ować na przy­kład psa, któ­ry by jadł, szcze­kał i po­ru­szał się. Kar­te­zjusz nie miał ocho­ty bu­do­wać ta­kich za­ba­wek, cho­ciaż jego zda­niem ro­śli­ny i zwie­rzę­ta były po pro­stu bar­dzo skom­pli­ko­wa­ny­mi au­to­ma­ta­mi, po­zba­wio­ny­mi praw­dzi­wych uczuć i zdol­ny­mi je­dy­nie re­ago­wać na to, co się dzie­je wo­kół nich. Te ma­szy­ny skła­da­ły się z ma­te­rii, któ­rą ucze­ni mo­gli opi­sać w ka­te­go­riach me­cha­nicz­nych i che­micz­nych praw przy­ro­dy. Kar­te­zjusz czy­tał pra­cę Wil­lia­ma Ha­rveya o "me­cha­nicz­nym" dzia­ła­niu ser­ca i krą­że­niu krwi i był prze­ko­na­ny, że po­twier­dza ona jego teo­rię. (O wy­ja­śnie­niach Kar­te­zju­sza do­ty­czą­cych tego, co się dzie­je, gdy krew do­cie­ra do ser­ca, i dla­cze­go krą­ży, za­po­mnia­no). Kar­te­zjusz ży­wił go­rą­cą na­dzie­ję, że ta­kie kon­cep­cje po­zwo­lą zna­leźć od­po­wie­dzi na py­ta­nia do­ty­czą­ce zdro­wia i cho­rób, a w koń­cu do­star­czą lu­dziom wie­dzy o tym, jak mogą żyć, je­śli nie wiecz­nie, to przy­nam­niej bar­dzo dłu­go.

Gdy Kar­te­zjusz wy­ka­zał, że wszech­świat jest zbu­do­wa­ny z dwóch sub­stan­cji - ma­te­rii i du­cha, za­jął się od­po­wie­dzią na py­ta­nie, jak ludz­ki umysł i cia­ło są ze sobą po­łą­czo­ne. My­ślał o tym, jak mogą ze sobą współ­ist­nieć, sko­ro ma­te­ria jest fi­zycz­ną sub­stan­cją i zaj­mu­je prze­strzeń, a umysł wręcz prze­ciw­nie - nie ma okre­ślo­nej lo­ka­li­za­cji ani ma­te­rial­nej bazy. Od cza­sów Hi­po­kra­te­sa po­wszech­nie wią­za­no zdol­ność my­śle­nia z mó­zgiem. Ude­rze­nie w gło­wę mo­gło spo­wo­do­wać utra­tę przy­tom­no­ści, a wie­lu le­ka­rzy za­ob­ser­wo­wa­ło, że uszko­dze­nia i cho­ro­by mó­zgu po­wo­du­ją zmia­ny funk­cji umy­sło­wych. W pew­nym mo­men­cie Kar­te­zjusz zda­wał się my­śleć, że ludz­ka du­sza mie­ści się w gru­czo­le znaj­du­ją­cym się po­środ­ku mó­zgu, ale wie­dział, że zgod­nie z lo­gi­ką teo­rii, któ­rą stwo­rzył, ma­te­ria i umysł ni­g­dy nie mo­gły fi­zycz­nie na sie­bie od­dzia­ły­wać. Taki mo­del struk­tu­ry istot ludz­kich zo­stał póź­niej na­zwa­ny "du­chem w ma­szy­nie", po­nie­waż na­sze cia­ła mia­ły być ni­czym ma­szy­ny w ja­kiś spo­sób ste­ro­wa­ne przez umysł czy też du­szę. Mimo że koty i psy nie mają wła­snych "du­chów", po­tra­fią oka­zy­wać zdol­no­ści umy­sło­we po­dob­ne do ludz­kich (np. strach lub złość), a psy - tak­że mi­łość wła­ści­cie­lom. (Koty są pa­na­mi sa­mych sie­bie).

Cie­ka­wy świa­ta Kar­te­zjusz my­ślał o wie­lu róż­nych jego aspek­tach, co nie po­win­no dzi­wić w przy­pad­ku ko­goś, kto na­pi­sał dzie­ło pod ba­nal­nie brzmią­cym ty­tu­łem Le mon­de (Świat). Przy­jął ko­per­ni­kań­ski mo­del związ­ków mię­dzy Zie­mią a Słoń­cem, ale ostroż­niej niż Ga­li­le­usz ujaw­niał swo­je po­glą­dy, aby nie ura­zić władz ko­ściel­nych. Pi­sał rów­nież o ru­chu, spa­da­ją­cych obiek­tach i in­nych pro­ble­mach in­te­re­su­ją­cych kie­dyś Ga­li­le­usza. Nie­ste­ty, mimo że miał pew­ną licz­bę zwo­len­ni­ków, jego kon­cep­cje do­ty­czą­ce dzia­ła­nia wszech­świa­ta nie mo­gły kon­ku­ro­wać z mo­de­la­mi ta­kich ge­niu­szy jak Ga­li­le­usz i Isa­ac New­ton. Dziś już nie­wie­lu pa­mię­ta o jego fi­zycz­nym spoj­rze­niu na świat.

Mimo że w dzie­dzi­nie fi­zy­ki Kar­te­zjusz prze­grał z mą­drzej­szy­mi od sie­bie, nie­za­leż­nie od tego, czy wiesz o tym, czy nie, po­dą­żasz jego śla­da­mi za każ­dym ra­zem, gdy roz­wią­zu­jesz za­da­nia z al­ge­bry i geo­me­trii. To on wpadł na bły­sko­tli­wy po­mysł sto­so­wa­nia w al­ge­brze ozna­czeń a, b, c na wia­do­me oraz x, y, z na nie­wia­do­me. Gdy masz roz­wią­zać rów­na­nie x = a + b2, sto­su­jesz za­pis wpro­wa­dzo­ny wła­śnie przez Kar­te­zju­sza. Gdy ry­su­jesz wy­kres z osią po­zio­mą i pio­no­wą, rów­nież ko­rzy­stasz z jego po­my­słu. Kar­te­zjusz roz­wią­zał wie­le pro­ble­mów al­ge­bra­icz­nych i geo­me­trycz­nych, opi­su­jąc je w książ­ce, któ­rą opu­bli­ko­wał wraz z dzie­łem o świe­cie.

Kar­te­zjusz, od­dzie­la­jąc tak wy­raź­nie cia­ło od umy­słu i świat ma­te­rial­ny od nie­ma­te­rial­ne­go, pod­kre­ślił, jak waż­na jest ma­te­ria dla na­uki. Astro­no­mia, fi­zy­ka, che­mia i bio­lo­gia zaj­mu­ją się ma­te­rią. I na­wet je­śli jego kon­cep­cja o zwie­rzę­cych ma­szy­nach wy­da­je się nie­co na­cią­ga­na, bio­lo­dzy i le­ka­rze wciąż pró­bu­ją zro­zu­mieć, jak funk­cjo­nu­ją ro­śli­ny i zwie­rzę­ta po­przez pry­zmat ich ma­te­rial­nych czę­ści. Nie­ste­ty idea Kar­te­zju­sza mó­wią­ca o tym, że me­dy­cy­na wkrót­ce wska­że, jak wy­dłu­żyć ludz­kie ży­cie, była dla fi­lo­zo­fa przed­wcze­sna. Kar­te­zjusz był dość zdro­wy do cza­su, aż przy­jął za­pro­sze­nie do Skan­dy­na­wii, aby za­po­znać szwedz­ką kró­lo­wą z fi­lo­zo­fią i na­uką o świe­cie. Mo­nar­chi­ni wsta­wa­ła o świ­cie i na­le­ga­ła, aby uczo­ny z sa­me­go rana udzie­lał jej lek­cji. Fi­lo­zof na­to­miast nie­na­wi­dził zim­na. Nie prze­żył na­wet pierw­szej zimy w Szwe­cji. Szyb­ko do­pa­dła go in­fek­cja i zmarł w lu­tym 1650 roku, sie­dem ty­go­dni przed swo­imi pięć­dzie­sią­ty­mi czwar­ty­mi uro­dzi­na­mi. Smut­ny ko­niec jak na ko­goś, kto wie­rzył, że może do­żyć co naj­mniej stu lat.

Ba­con i Kar­te­zjusz wpro­wa­dzi­li wie­le szczyt­nych idei do na­uki. Ich wi­zje roz­wo­ju wie­dzy róż­ni­ły się, ale obaj byli głę­bo­ko prze­ko­na­ni, że po­stęp na­stą­pi. We­dług Ba­co­na na­uka była wspól­nym, fi­nan­so­wa­nym przez pań­stwo przed­się­wzię­ciem. Kar­te­zjusz wo­lał sa­mo­dziel­nie roz­wią­zy­wać pro­ble­my. Obaj pra­gnę­li, aby lu­dzie za­czę­li roz­wi­jać swo­je kon­cep­cje. Obaj też wie­rzy­li, że na­uka to wy­jąt­ko­we za­ję­cie, lep­sze od krzą­ta­ni­ny co­dzien­ne­go ży­cia. Za­słu­gu­je na ta­kie wy­róż­nie­nie, po­nie­waż zwięk­sza za­sób wie­dzy czło­wie­ka i zdol­ność ro­zu­mie­nia świa­ta. A dzię­ki temu ro­zu­mie­niu moż­na po­pra­wić ja­kość ludz­kie­go ży­cia i spo­łecz­ny do­bro­byt.

ROZDZIAŁ 15

Nowa chemia

W ze­sta­wach ma­łe­go che­mi­ka są zwy­kle pa­pier­ki lak­mu­so­we. Te pa­ski spe­cjal­ne­go pa­pie­ru po­ka­zu­ją, czy roz­twór za­wie­ra kwas czy za­sa­dę. Je­śli wy­mie­szasz tro­chę octu win­ne­go z wodą (przez co zro­bi się kwa­śna) i za­nu­rzysz w roz­two­rze nie­bie­ski pa­pie­rek, zmie­ni on ko­lor na czer­wo­ny. Je­że­li za­miast octu uży­jesz wy­bie­la­cza (któ­ry jest za­sa­do­wy) i za­nu­rzysz w nim czer­wo­ny pa­pie­rek, zmie­ni on ko­lor na nie­bie­ski. Gdy na­stęp­nym ra­zem się­gniesz po pa­pie­rek lak­mu­so­wy, po­myśl o Ro­ber­cie Boy­le'u, któ­ry wy­my­ślił ten test po­nad trzy­sta lat temu.

Ro­bert Boy­le (1627-1691) uro­dził się w licz­nej ary­sto­kra­tycz­nej ro­dzi­nie w Ir­lan­dii. Był naj­młod­szym z ro­dzeń­stwa i ni­g­dy nie mu­siał się mar­twić o pie­nią­dze. Spę­dził kil­ka lat w Eton Col­le­ge, eli­tar­nej an­giel­skiej szko­le, a póź­niej po­dró­żo­wał po Eu­ro­pie, gdzie miał ko­lej­no kil­ku pry­wat­nych na­uczy­cie­li. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści bo­ga­czy Boy­le za­wsze był hoj­ny i prze­ka­zy­wał duże dat­ki na cele do­bro­czyn­ne. Za­pła­cił za prze­kład Bi­blii na ję­zyk ame­ry­kań­skich In­dian. Re­li­gia i na­uka od­gry­wa­ły w jego ży­ciu jed­na­ko­wo waż­ne role.

Wró­cił do An­glii, gdzie trwa­ła woj­na do­mo­wa. Część jego ro­dzi­ny po­par­ła kró­la Ka­ro­la I, a część par­la­men­ta­rzy­stów, któ­rzy chcie­li oba­lić mo­nar­chię i wpro­wa­dzić re­pu­bli­kę. Sio­stra prze­ko­na­ła Boy­le'a, aby przy­łą­czył się do par­la­men­ta­rzy­stów. Dzię­ki niej po­znał Sa­mu­ela Har­tli­ba, peł­ne­go en­tu­zja­zmu re­for­ma­to­ra spo­łecz­ne­go, po­li­tycz­ne­go i na­uko­we­go. Har­tlib, po­dob­nie jak Fran­cis Ba­con, wie­rzył, że na­uka może po­pra­wić ja­kość ludz­kie­go ży­cia, i prze­ko­nał mło­de­go Boy­le'a do stu­dio­wa­nia rol­nic­twa i me­dy­cy­ny, któ­re mia­ły słu­żyć ludz­ko­ści. Boy­le za­czął od nauk me­dycz­nych i szu­ka­nia le­karstw na róż­ne cho­ro­by, co spra­wi­ło, że przez całe ży­cie fa­scy­no­wał się che­mią.

Nie­któ­rzy po­boż­ni lu­dzie boją się, że nowe idee mogą pod­wa­żyć wia­rę, więc uni­ka­ją z nimi kon­tak­tu i chro­nią przed tym swo­je dzie­ci. Ro­bert Boy­le do nich nie na­le­żał. Jego wia­ra była tak sil­na, że czy­tał wszyst­ko, co było w ja­ki­kol­wiek spo­sób zwią­za­ne z jego sze­ro­ki­mi za­in­te­re­so­wa­nia­mi na­uko­wy­mi. W mło­do­ści Boy­le'a Kar­te­zjusz i Ga­li­le­usz ucho­dzi­li za po­sta­cie kon­tro­wer­syj­ne, ale uważ­nie prze­stu­dio­wał ich pra­ce. W 1642 roku we Flo­ren­cji, czy­li w tym sa­mym roku i w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym zmarł Ga­li­le­usz, prze­czy­tał jego Gwiezd­ne­go po­słań­ca. Wy­ko­rzy­stał spo­strze­że­nia obu swo­ich po­przed­ni­ków w swo­jej pra­cy. In­te­re­so­wa­li go tak­że sta­ro­żyt­ni ato­mi­ści (patrz roz­dział 3), choć nie był do koń­ca prze­ko­na­ny, czy wszech­świat skła­da się je­dy­nie z "ato­mów i próż­ni". Wie­dział, że ist­nie­ją pew­ne pod­sta­wo­we jed­nost­ki ma­te­rii w ko­smo­sie, któ­re na­zwał czą­stecz­ka­mi. Mógł jed­nak pro­wa­dzić swo­je ba­da­nia bez ate­istycz­nych ko­no­ta­cji, ja­kie miał ato­mizm sta­ro­żyt­nych Gre­ków.

Nie sa­tys­fak­cjo­no­wa­ła go tak­że teo­ria czte­rech ży­wio­łów Ary­sto­te­le­sa: po­wie­trza, zie­mi, ognia i wody. Do­świad­czal­nie wy­ka­zał, że jest błęd­na. Spa­lił ka­wa­łek świe­że­go drew­na i do­wiódł, że ulat­nia­ją­cy się przy tym dym wca­le nie jest po­wie­trzem. Po­nad­to płyn wy­dzie­la­ją­cy się pod ko­niec spa­la­nia nie był zwy­kłą wodą. Pło­mień róż­nił się w za­leż­no­ści od spa­la­ne­go przed­mio­tu, nie był to więc czy­sty ogień, a po­zo­sta­ją­cy ze spa­la­nia po­piół nie był zie­mią. Do­kład­nie ana­li­zu­jąc wy­ni­ki tego pro­ste­go eks­pe­ry­men­tu, po­ka­zał, że coś tak po­spo­li­te­go jak drew­no nie jest zbu­do­wa­ne z po­wie­trza, zie­mi, ognia i wody. Zwró­cił też uwa­gę, że nie­któ­rych sub­stan­cji, mię­dzy in­ny­mi zło­ta, nie da się roz­ło­żyć na prost­sze skład­ni­ki. Pod­grza­ne zło­to to­pi­ło się i pły­nę­ło, ale nie zmie­nia­ło po­sta­ci jak pa­lo­ne drew­no. Po osty­gnię­ciu wra­ca­ło do pier­wot­nej for­my. Boy­le zo­rien­to­wał się, że przed­mio­ty, któ­re są w na­szym oto­cze­niu, ta­kie jak drew­nia­ne sto­ły i krze­sła oraz weł­nia­ne suk­nie i ka­pe­lu­sze, zo­sta­ły zro­bio­ne z róż­nych su­row­ców, ale nie da się ich zre­du­ko­wać do czte­rech grec­kich ży­wio­łów albo trzech ele­men­tów Pa­ra­cel­su­sa. Nie­któ­rzy są­dzą, że Boy­le za­pro­po­no­wał no­wo­cze­sną de­fi­ni­cję pier­wiast­ka che­micz­ne­go. Z pew­no­ścią był bli­sko jej sfor­mu­ło­wa­nia, gdy opi­sy­wał pier­wiast­ki jako rze­czy, "któ­re nie są zbu­do­wa­ne z in­nych ciał ani cze­goś in­ne­go". Nie po­szedł jed­nak da­lej ani nie za­sto­so­wał ta­kiej de­fi­ni­cji w swo­ich do­świad­cze­niach che­micz­nych.

Z ko­lei wpro­wa­dzo­ne przez nie­go po­ję­cie czą­stecz­ki jako jed­nost­ki ma­te­rii do­sko­na­le się nada­wa­ło na po­trze­by jego eks­pe­ry­men­tów. Był nie­stru­dzo­nym ba­da­czem: spę­dzał dłu­gie go­dzi­ny w pry­wat­nym la­bo­ra­to­rium, sam lub z przy­ja­ciół­mi, i z de­ta­la­mi opi­sy­wał swo­je eks­pe­ry­men­ty w książ­kach. Mię­dzy in­ny­mi ta jego dba­łość o szcze­gó­ły za­pew­ni­ła mu wy­jąt­ko­we miej­sce w hi­sto­rii na­uki. On i jego przy­ja­cie­le pra­gnę­li, aby na­uka była jaw­na i pu­blicz­nie do­stęp­na, aby inni mo­gli ko­rzy­stać ze zdo­by­tej przez nich wie­dzy. Nie wy­star­cza­ło już po­chwa­lić się, że się po­zna­ło ja­kiś głę­bo­ko ukry­ty se­kret na­tu­ry, jak zro­bił to Pa­ra­cel­sus. Uczo­ny mu­siał umieć oso­bi­ście za­de­mon­stro­wać in­nym od­kry­ty fakt albo go opi­sać.

Sta­wia­nie na jaw­ność było jed­ną z wy­tycz­nych w na­uko­wych krę­gach, w któ­rych ob­ra­cał się Boy­le. Pierw­szym sto­wa­rzy­sze­niem na­uko­wym była nie­for­mal­na gru­pa z Oks­for­du, gdzie Boy­le miesz­kał w la­tach pięć­dzie­sią­tych XVII wie­ku. Gdy więk­szość człon­ków gru­py prze­pro­wa­dzi­ła się do Lon­dy­nu, do­łą­czy­ła do in­nych na­ukow­ców, a w 1662 roku za­ło­ży­ła To­wa­rzy­stwo Kró­lew­skie w Lon­dy­nie, któ­re do dziś jest jed­nym z wio­dą­cych to­wa­rzystw na­uko­wych na świe­cie. Na­ukow­cy wie­dzie­li, że ro­bią coś, do cze­go Fran­cis Ba­con na­wo­ły­wał pół wie­ku wcze­śniej. Od po­cząt­ku Boy­le był waż­ną po­sta­cią w tym klu­bie od­da­nym po­sze­rza­niu wie­dzy. Od po­cząt­ku zrze­sze­ni w nim człon­ko­wie chcie­li, aby nowe fak­ty na­uko­we, któ­re od­kry­ją i omó­wią na swo­ich ze­bra­niach, były przy­dat­ne w prak­ty­ce.

Jed­nym z ulu­bio­nych współ­pra­cow­ni­ków Boy­le'a był nie­co młod­szy od nie­go Ro­bert Ho­oke (1635-1702). Ho­oke był na­wet mą­drzej­szy od Boy­le'a, ale w od­róż­nie­niu od nie­go po­cho­dził z ubo­giej ro­dzi­ny. Za­wsze mu­siał za­ra­biać na ży­cie, ko­rzy­sta­jąc ze swo­jej in­te­li­gen­cji. To­wa­rzy­stwo Kró­lew­skie za­trud­ni­ło go, aby prze­pro­wa­dzał do­świad­cze­nia na ze­bra­niach człon­ków. Miał ta­lent do kon­stru­owa­nia i ob­słu­gi róż­ne­go ro­dza­ju sprzę­tu na­uko­we­go. Wy­my­ślił wie­le eks­pe­ry­men­tów, np. jak zmie­rzyć pręd­kość dźwię­ku albo zba­dać, co się sta­nie, gdy się prze­to­czy krew jed­ne­go psa dru­gie­mu. W nie­któ­rych przy­pad­kach pies-bior­ca miał wię­cej ener­gii, co za­chę­ca­ło do pro­wa­dze­nia do­świad­czeń na lu­dziach. Człon­ko­wie To­wa­rzy­stwa Kró­lew­skie­go prze­to­czy­li czło­wie­ko­wi krew owcy, ale to nie za­dzia­ła­ło. W Pa­ry­żu rów­nież zmar­ła oso­ba, któ­rej zro­bio­no trans­fu­zję krwi, więc zre­zy­gno­wa­no z dal­szych tego typu prób. Za­da­niem Ho­oke'a na co­ty­go­dnio­wych ze­bra­niach człon­ków To­wa­rzy­stwa Kró­lew­skie­go było przy­go­to­wa­nie dwóch lub trzech mniej nie­bez­piecz­nych eks­pe­ry­men­tów, któ­re sta­no­wi­ły dla nich roz­ryw­kę i in­spi­ra­cję.

Ho­oke był jed­nym z pierw­szych uczo­nych z po­wo­dze­niem uży­wa­ją­cych mi­kro­sko­pu. Za jego po­mo­cą po­znał nowy świat nie­wi­dzial­ny go­łym okiem. Od­krył nowe struk­tu­ry ro­ślin, zwie­rząt i in­nych obiek­tów, któ­rych nie da się do­strzec bez du­że­go po­więk­sze­nia. Człon­ko­wie To­wa­rzy­stwa Kró­lew­skie­go uwiel­bia­li na ze­bra­niach pa­trzeć przez mi­kro­skop na po­ka­zy Ho­oke'a. Otrzy­ma­li też wie­le in­for­ma­cji od po­słu­gu­ją­ce­go się tym przy­rzą­dem słyn­ne­go ho­len­der­skie­go ba­da­cza An­to­nie­go van Le­eu­wen­ho­eka (1632-1723). Le­eu­wen­ho­ek zaj­mo­wał się han­dlem odzie­żą, a w wol­nych chwi­lach szli­fo­wał bar­dzo małe so­czew­ki, któ­re da­wa­ły po­nad dwu­stu­krot­ne po­więk­sze­nie. Mu­siał przy­go­to­wy­wać nowe so­czew­ki do każ­dej ob­ser­wa­cji i w cią­gu swe­go dłu­gie­go ży­cia zro­bił ich kil­ka­set. Każ­dą so­czew­kę umiesz­czał w me­ta­lo­wym uchwy­cie, a pod nią kładł ba­da­ny obiekt. Za­ob­ser­wo­wał mi­kro­or­ga­ni­zmy w wo­dzie z sa­dzaw­ki, bak­te­rie w na­lo­cie ze­skro­ba­nym ze swo­ich zę­bów i wie­le in­nych za­dzi­wia­ją­cych rze­czy. Ho­oke rów­nież wie­rzył, że mi­kro­skop może zbli­żyć ob­ser­wa­to­ra do na­tu­ry. Sen­sa­cję wy­wo­ła­ły ilu­stra­cje w jego książ­ce Mi­cro­gra­phia (Mi­kro­gra­fia), któ­rą opu­bli­ko­wał w 1665 roku (gdy Lon­dyn do­się­gła pla­ga dżu­my). Wie­le z tych ry­sun­ków było do­syć sław­nych w tam­tych cza­sach, ale nam mogą wy­dać się dziw­ne, po­nie­waż uka­zu­ją po­więk­szo­ne owa­dy, ta­kie jak mu­chy i wszy. Ho­oke opi­sał w książ­ce tak­że wy­ni­ki swo­ich ob­ser­wa­cji i przy­pusz­cze­nia do­ty­czą­ce bu­do­wy i funk­cjo­no­wa­nia in­nych rze­czy, któ­re zo­ba­czył przez mi­kro­skop. Je­den z ry­sun­ków przed­sta­wiał cien­ką war­stwę kor­ka z drze­wa kor­ko­we­go - ma­te­ria­łu uży­wa­ne­go do wy­ro­bu kor­ków do za­my­ka­nia bu­te­lek wina. Nie­wiel­kie kan­cia­ste struk­tu­ry kor­ka na­zwał "ko­mór­ka­mi". Nie były to te same struk­tu­ry, któ­re dziś na­zy­wa­my ko­mór­ka­mi, ale na­zwa się przy­ję­ła.

Ulu­bio­nym urzą­dze­niem me­cha­nicz­nym Boy­le'a i Ho­oke'a była pom­pa po­wie­trza. Dzia­ła­ła w ten sam spo­sób, jak pomp­ki, któ­rych uży­wa­my do pom­po­wa­nia opon ro­we­ru albo pi­łek. Mia­ła dużą ko­mo­rę cen­tral­ną z jed­ną szczel­ną ar­ma­tu­rą otwie­ra­ną na gó­rze i dru­gą na dole, gdzie znaj­do­wał się za­wór, przez któ­ry moż­na było po­da­wać lub wy­pusz­czać gazy. Nie wy­glą­da­ła im­po­nu­ją­co, ale po­mo­gła roz­wią­zać jed­ną po­waż­ną za­gad­kę na­uko­wą tam­tych cza­sów. Pro­blem po­le­gał na tym, czy da się uzy­skać próż­nię, czy­li kom­plet­nie pu­stą prze­strzeń nie­za­wie­ra­ją­cą na­wet po­wie­trza. Kar­te­zjusz uwa­żał, że osią­gnię­cie próż­ni jest nie­moż­li­we (wów­czas ma­wia­no "Na­tu­ra boi się próż­ni", co od­zwier­cie­dla­ło tę kon­cep­cję). Je­śli jed­nak, jak twier­dził Boy­le, ma­te­ria skła­da się z od­dziel­nych czą­ste­czek w róż­nych for­mach, to mię­dzy nimi musi być ja­kaś prze­strzeń. Ar­gu­men­to­wał, że gdy pod­grze­je­my np. wodę, tak aby zmie­ni­ła się w gaz i ulot­ni­ła, czą­stecz­ki cie­czy utwo­rzą parę wod­ną. Jed­nak zaj­mie ona więk­szą ob­ję­tość niż woda w sta­nie cie­kłym. Po licz­nych eks­pe­ry­men­tach zwią­za­nych z pod­grze­wa­niem pły­nów Boy­le prze­ko­nał się, że wszyst­kie gazy za­cho­wu­ją się mniej wię­cej tak samo, gdy są w pom­pie po­wie­trza. Boy­le i Ho­oke do­szli do wnio­sku (zna­ne­go dziś jako pra­wo Boy­le'a), że w sta­łej tem­pe­ra­tu­rze ob­ję­tość zaj­mo­wa­na przez gaz po­zo­sta­je w ści­słej za­leż­no­ści od ci­śnie­nia, któ­re­mu gaz jest pod­da­wa­ny. Mó­wi­my, że ob­ję­tość gazu jest od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­na do ci­śnie­nia ze­wnętrz­ne­go. Je­śli za­tem zwięk­szy­my ci­śnie­nie, gaz zaj­mie mniej­szą ob­ję­tość, po­nie­waż zo­sta­nie ści­śnię­ty w do­stęp­nej mu prze­strze­ni. (Je­że­li zwięk­szy­my tem­pe­ra­tu­rę, gaz się roz­prę­ży i bę­dzie­my mieć do czy­nie­nia z in­nym ci­śnie­niem, ale pod­sta­wo­wa za­sa­da po­zo­sta­nie nie­zmien­na). Pra­wo Boy­le'a przy­czy­ni­ło się do skon­stru­owa­nia sil­ni­ka pa­ro­we­go, więc war­to je za­pa­mię­tać. Wspo­mni­my o nim, gdy bę­dzie­my oma­wiać wiek pary.

Boy­le i Ho­oke uży­li pom­py po­wie­trza do zba­da­nia wła­ści­wo­ści wie­lu ga­zów, a tak­że po­wie­trza, któ­rym od­dy­cha­my. W sta­ro­żyt­no­ści po­wie­trze uwa­ża­no za je­den z ży­wio­łów, ale dla wie­lu na­ukow­ców z XVII wie­ku sta­ło się ja­sne, że po­wie­trze, któ­re nas ota­cza i któ­rym od­dy­cha­my, nie jest pro­stą sub­stan­cją. Było nie­zbęd­ne do od­dy­cha­nia, po­nie­waż wcią­ga­my je do płuc. Ale co jesz­cze ro­bi­ło? Boy­le'a i Ho­oke'a in­te­re­so­wa­ło to, co się dzie­je, gdy pło­nie ka­wa­łek drew­na lub wę­gla. Za­sta­na­wia­li się, dla­cze­go krew była ciem­na, za­nim do­tar­ła do płuc, i ja­sno­czer­wo­na, gdy je opusz­cza­ła. Ho­oke po­wią­zał te dwie spra­wy ze sobą i za­su­ge­ro­wał, że w płu­cach za­cho­dzi spe­cjal­ny ro­dzaj spa­la­nia, a sub­stan­cją łą­czą­cą od­dy­cha­nie ze spa­la­niem jest po­wie­trze. Ho­oke w za­sa­dzie na tym po­prze­stał, ale pro­ble­my zwią­za­ne ze spa­la­niem, od­dy­cha­niem i wła­ści­wo­ścia­mi po­wie­trza in­try­go­wa­ły uczo­nych przez po­nad sto lat po śmier­ci Boy­le'a i Ho­oke'a, więc po­wta­rza­li ich do­świad­cze­nia i wy­my­śla­li nowe.

Nie było prak­tycz­nie ta­kiej dzie­dzi­ny na­uki, któ­rej Ro­bert Ho­oke nie po­świę­cił­by swo­jej uwa­gi. Wy­my­ślił ze­gar na­pę­dza­ny przez ze­staw sprę­żyn (co bar­dzo uła­twi­ło od­mie­rza­nie cza­su). Za­sta­na­wiał się nad po­cho­dze­niem ska­mie­lin. Ba­dał na­tu­rę świa­tła. Miał też wie­le cie­ka­we­go do po­wie­dze­nia na te­mat pro­ble­mu, z któ­rym ze­tknął się już wcze­śniej (zo­stał on do­kład­niej omó­wio­ny w na­stęp­nym roz­dzia­le), czy­li fi­zy­ki ru­chu i sił. Ho­oke pra­co­wał nad nim w tym sa­mym cza­sie co New­ton. Wszy­scy sły­sze­li o sir Isa­acu New­to­nie, któ­ry sam się o to po­sta­rał (jak się prze­ko­na­my w dal­szej czę­ści książ­ki), ale mało kto zna pana Ho­oke'a.

ROZDZIAŁ 16

Rzucone do góry: Newton

Wąt­pię, czy kie­dy­kol­wiek uda ci się spo­tkać ko­goś tak mą­dre­go jak Isa­ac New­ton. Ja ni­g­dy ni­ko­go ta­kie­go nie po­zna­łem. Z pew­no­ścią jed­nak ze­tkniesz się z oso­ba­mi rów­nie nie­uprzej­my­mi co on. New­ton nie zno­sił więk­szo­ści lu­dzi, ła­two wpa­dał w fu­rię i uwa­żał, że pra­wie wszy­scy na nie­go czy­ha­li. Był skry­ty i próż­ny. Czę­sto za­po­mi­nał zja­dać po­sił­ki. Miał mnó­stwo wad, ale był nie­zwy­kle in­te­li­gent­ny. I to dzię­ki jego bły­sko­tli­wo­ści pa­mię­ta­my go do dziś, na­wet je­śli trud­no nam zro­zu­mieć, co my­ślał i pi­sał.

Isa­ac New­ton (1642-1727) mógł być nie­mi­ły nie­za­leż­nie od tego, co go spo­ty­ka­ło, ale dzie­ciń­stwo miał bar­dzo trud­ne. Oj­ciec zmarł, za­nim Isa­ac przy­szedł na świat. Mat­ka, któ­ra nie spo­dzie­wa­ła się, że chło­piec prze­ży­je, zo­sta­wi­ła go u swo­ich ro­dzi­ców. Po­now­nie wy­szła za mąż i za­ło­ży­ła nową ro­dzi­nę. Isa­ac nie­na­wi­dził oj­czy­ma, nie lu­bił dziad­ka i nie prze­pa­dał też za mat­ką i bab­ką. Praw­dę mó­wiąc, już od dzie­ciń­stwa nie lu­bił lu­dzi. Jako dziec­ko i jako sta­ru­szek wo­lał sa­mot­ność.

Było jed­nak oczy­wi­ste, że jest bar­dzo mą­dry, więc wy­sła­no go do po­bli­skiej szko­ły śred­niej w Gran­tham w Lin­coln­shi­re, gdzie świet­nie na­uczył się ła­ci­ny (pi­sał w tym ję­zy­ku z rów­ną ła­two­ścią co po an­giel­sku). Jed­nak więk­szość cza­su w szko­le spę­dził na ro­bie­niu mo­de­li ze­ga­rów i in­nych urzą­dzeń me­cha­nicz­nych oraz kon­stru­owa­niu ze­ga­rów sło­necz­nych.

Gdy w 1661 roku wstą­pił do Tri­ni­ty Col­le­ge na uni­wer­sy­te­cie w Cam­brid­ge, tak­że wy­naj­dy­wał so­bie róż­ne za­ję­cia. Po­wi­nien był za­po­zna­wać się z dzie­ła­mi Ary­sto­te­le­sa i Pla­to­na. Prze­czy­tał frag­men­ty tych ksiąg (pro­wa­dził su­mien­ne no­tat­ki, więc do­kład­nie wia­do­mo, z jaką czę­ścią ich prac się za­po­znał), ale jego ulu­bień­ca­mi byli au­to­rzy mu współ­cze­śni: Kar­te­zjusz, Boy­le i inni przed­sta­wi­cie­le no­wej na­uki. Wo­lał sa­mo­dziel­nie dojść do pew­nych rze­czy, niż o nich czy­tać. Dla­te­go ob­my­ślił wie­le no­wych eks­pe­ry­men­tów. Naj­więk­szy ge­niusz prze­ja­wił w ma­te­ma­ty­ce i za­sto­so­wa­niu jej do lep­sze­go zro­zu­mie­nia wszech­świa­ta.

New­ton opra­co­wał wie­le swo­ich kon­cep­cji za­le­d­wie w cią­gu kil­ku nie­zwy­kle płod­nych lat. Ża­den na­uko­wiec, z wy­jąt­kiem Ein­ste­ina, nie do­ko­nał tyle w tak krót­kim cza­sie. Naj­lep­szy okres New­to­na przy­padł na lata 1665-1666. Część cza­su spę­dził wów­czas u mat­ki w Wo­ol­sthor­pe w Lin­coln­shi­re, po­nie­waż w An­glii sza­la­ła wte­dy epi­de­mia dżu­my i uni­wer­sy­tet w Cam­brid­ge zo­stał za­mknię­ty, a stu­den­tów ode­sła­no do domu. To wła­śnie wte­dy New­ton ob­ser­wo­wał jabł­ka spa­da­ją­ce z drzew w ogro­dzie mat­ki. Za­pew­ne nie wy­glą­da­ło to tak te­atral­nie, jak mówi aneg­do­ta, ale przy­po­mnia­ło mu o pro­ble­mie wy­ma­ga­ją­cym wy­ja­śnie­nia - dla­cze­go przed­mio­ty spa­da­ją na zie­mię?

W tam­tym okre­sie New­ton zaj­mo­wał się wie­lo­ma za­gad­nie­nia­mi na­uko­wy­mi, na przy­kład ma­te­ma­tycz­ny­mi. Ga­li­le­usz, Kar­te­zjusz i wie­lu in­nych uczo­nych do­ło­ży­ło sta­rań, aby roz­wi­nąć ma­te­ma­ty­kę jako dzie­dzi­nę na­uki i, co waż­niej­sze, za­sto­so­wać ją do zro­zu­mie­nia wy­ni­ków swo­ich ob­ser­wa­cji i do­świad­czeń na­uko­wych. New­ton był jesz­cze lep­szym ma­te­ma­ty­kiem i w bły­sko­tli­wy spo­sób ją wy­ko­rzy­sty­wał. Aby ma­te­ma­tycz­nie opi­sać ruch i gra­wi­ta­cję, nie wy­star­cza­ły al­ge­bra i geo­me­tria. Na­le­ża­ło roz­wa­żać bar­dzo krót­kie jed­nost­ki cza­su i od­cin­ki ru­chu - praw­dę mó­wiąc, nie­skoń­cze­nie krót­kie. Gdy my­śli­my o kuli wy­strze­lo­nej z pi­sto­le­tu, jabł­ku spa­da­ją­cym z drze­wa albo pla­ne­cie krą­żą­cej wo­kół Słoń­ca, mu­si­my skon­cen­tro­wać się na od­cin­kach, któ­re te obiek­ty po­ko­nu­ją w naj­krót­szym da­ją­cym się wy­obra­zić cza­sie. Wie­lu fi­lo­zo­fów przed New­to­nem do­strze­gło ten pro­blem i za­pro­po­no­wa­ło róż­ne roz­wią­za­nia. Jed­nak dwu­dzie­sto­kil­ku­let­ni New­ton wy­my­ślił do tego celu wła­sne na­rzę­dzia ma­te­ma­tycz­ne. Swo­ją me­to­dę na­zwał "fluk­sją" od sło­wa flux ozna­cza­ją­ce­go coś zmie­nia­ją­ce­go się. Jego fluk­sja była ro­dza­jem ob­li­czeń, któ­re wy­ko­nu­je­my w dzie­dzi­nie ma­te­ma­ty­ki, obec­nie zwa­nej ra­chun­kiem róż­nicz­ko­wym. W paź­dzier­ni­ku 1666 roku, gdy New­ton ukoń­czył dzie­ło na­pi­sa­ne wy­łącz­nie dla wła­snej sa­tys­fak­cji, był czo­ło­wym eu­ro­pej­skim ma­te­ma­ty­kiem, ale nikt oprócz nie­go o tym nie wie­dział... Nie od razu opu­bli­ko­wał swo­je ma­te­ma­tycz­ne od­kry­cia. Wy­ko­rzy­sty­wał je, ale do­pie­ro póź­niej po­dzie­lił się nimi ze zna­jo­my­mi.

New­ton za­czął też ba­dać świa­tło. Od cza­sów sta­ro­żyt­nych za­kła­da­no, że świa­tło sło­necz­ne jest bia­łe, czy­ste i jed­no­rod­ne (czy­li w ca­ło­ści zło­żo­ne z czę­ści tego sa­me­go ro­dza­ju). Ko­lo­ry uzna­no za mo­dy­fi­ka­cje tego za­sad­ni­czo czy­ste­go pro­mie­nio­wa­nia. New­ton prze­stu­dio­wał dzie­ło Kar­te­zju­sza o świe­tle i po­wtó­rzył jego eks­pe­ry­men­ty. Użył so­cze­wek, a póź­niej szkla­ne­go przed­mio­tu, zwa­ne­go pry­zma­tem, któ­ry roz­sz­cze­pia świa­tło. Wpu­ścił pro­mień świa­tła do za­ciem­nio­ne­go po­ko­ju, prze­pu­ścił go przez pry­zmat, a na­stęp­nie skie­ro­wał go na ścia­nę od­da­lo­ną o oko­ło sie­dem me­trów. Gdy­by świa­tło było jed­no­rod­ne, jak uwa­żał Kar­te­zjusz i wie­lu in­nych, od­bi­cie na ścia­nie po­win­no mieć po­stać bia­łe­go koła, czy­li kształt otwo­ru, przez któ­ry wpa­dał pro­mień. Za­miast tego po­ja­wił się wie­lo­ko­lo­ro­wy pas. New­to­no­wi nie uda­ło się uzy­skać do­kład­nie ko­lo­rów tę­czy, ale był na do­brej dro­dze, aby wy­ja­śnić, jak one po­wsta­ją.

W okre­sie epi­de­mii dżu­my New­ton do­ko­nał rów­nież po­stę­pu w dzie­dzi­nie me­cha­ni­ki, for­mu­łu­jąc pra­wa rzą­dzą­ce cia­ła­mi w ru­chu. Wie­my już, ja­kie kon­cep­cje za­pro­po­no­wa­li Ga­li­le­usz, Ke­pler, Kar­te­zjusz i inni, aby wy­ja­śnić (i za­pi­sać w spo­sób ma­te­ma­tycz­ny) to, co się dzie­je, gdy po­cisk zo­sta­nie wy­strze­lo­ny z pi­sto­le­tu albo gdy Zie­mia ob­ra­ca się wo­kół Słoń­ca. In­te­re­so­wał się tym rów­nież Ro­bert Ho­oke. New­ton prze­czy­tał pra­ce tych uczo­nych, ale po­szedł w swo­ich do­cie­ka­niach głę­biej. Pew­ne­go razu na­pi­sał do Ho­oke'a: "Je­śli wi­dzę da­lej, to tyl­ko dla­te­go, że sto­ję na ra­mio­nach gi­gan­tów". Pa­mię­tasz, jak ro­dzi­ce no­si­li cię na ra­mio­nach? Gdy na­gle pa­trzy się z miej­sca po­ło­żo­ne­go dwa lub trzy razy wy­żej, do­strze­ga się róż­ne rze­czy nie­wi­docz­ne z po­zio­mu wzro­stu dziec­ka. Wła­śnie to miał na my­śli New­ton. Jego bły­sko­tli­we po­rów­na­nie po­ka­zu­je, że każ­dy na­uko­wiec i każ­de po­ko­le­nie uczo­nych może ko­rzy­stać z do­rob­ku swo­ich po­przed­ni­ków. Na tym po­le­ga isto­ta na­uki.

Jed­nak New­ton też był gi­gan­tem i wie­dział o tym. Kło­po­ty po­ja­wia­ły się, gdy czuł, że inni go nie do­ce­nia­ją. Za­tar­gi z Ro­ber­tem Ho­okiem za­czę­ły się, gdy New­ton po raz pierw­szy przed­sta­wił swój do­ku­ment To­wa­rzy­stwu Kró­lew­skie­mu. Człon­ko­wie To­wa­rzy­stwa zro­bi­li to, co dziś ro­bią wszyst­kie cza­so­pi­sma na­uko­we: wy­sła­li tekst do in­ne­go eks­per­ta, aby go oce­nił. Na­zy­wa­my to re­cen­zją na­uko­wą, a re­cen­zo­wa­nie jest ele­men­tem otwar­to­ści i jaw­no­ści, czy­li za­sad, z któ­rych na­ukow­cy są tacy dum­ni. To­wa­rzy­stwo Kró­lew­skie wy­bra­ło Ho­oke'a na re­cen­zen­ta, po­nie­waż on rów­nież zaj­mo­wał się ba­da­niem świa­tła. New­to­no­wi nie spodo­ba­ły się jego ko­men­ta­rze. Chciał na­wet wy­stą­pić z To­wa­rzy­stwa, jed­nak po­zo­sta­li człon­ko­wie zi­gno­ro­wa­li jego list do­ty­czą­cy re­zy­gna­cji.

Po roz­kwi­cie twór­cze­go za­pa­łu w la­tach sześć­dzie­sią­tych XVII wie­ku New­ton skie­ro­wał swo­ją uwa­gę na inne za­gad­nie­nia, mię­dzy in­ny­mi al­che­mię i teo­lo­gię. Jak za­wsze sta­ran­nie no­to­wał to, co prze­czy­tał, i opi­sy­wał swo­je eks­pe­ry­men­ty na­uko­we. Z tych no­ta­tek do dziś ko­rzy­sta­ją ci, któ­rzy chcą zro­zu­mieć okre­ślo­ny aspekt jego my­śle­nia. New­ton nie roz­gła­szał swo­ich prze­my­śleń i wy­ni­ków ba­dań, a zwłasz­cza po­glą­dów re­li­gij­nych, któ­re róż­ni­ły się od tych wy­zna­wa­nych przez Ko­ściół an­gli­kań­ski. Uni­wer­sy­tet w Cam­brid­ge wy­ma­gał od stu­den­tów, aby po­dzie­la­li świa­to­po­gląd Ko­ścio­ła. Na szczę­ście New­ton miał po­tęż­nych po­plecz­ni­ków na uczel­ni, więc mógł zo­stać pra­cow­ni­kiem na­uko­wym Tri­ni­ty Col­le­ge, a póź­niej pro­fe­so­rem ma­te­ma­ty­ki na wy­dzia­le Lu­ca­sa bez ko­niecz­no­ści oświad­cza­nia pod przy­się­gą, że wie­rzy we wszyst­kie dok­try­ny ko­ściel­ne. Sta­no­wi­sko pro­fe­so­ra zaj­mo­wał przez po­nad dwa­dzie­ścia lat. Nie­ste­ty był fa­tal­nym wy­kła­dow­cą, a stu­den­ci nie mo­gli zro­zu­mieć, o czym mówi. Cza­sa­mi, gdy przy­cho­dził na za­ję­cia, w sali wy­kła­do­wej nie było ni­ko­go. W pro­gra­mie jego wy­kła­dów były tyl­ko po­waż­ne te­ma­ty, ta­kie jak świa­tło i ruch, nie al­che­mia i teo­lo­gia, któ­ry­mi zaj­mo­wał się w ta­jem­ni­cy, a któ­re z pew­no­ścią by­ły­by bar­dziej eks­cy­tu­ją­ce dla jego stu­den­tów.

W po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych XVII wie­ku ba­da­nia New­to­na z za­kre­su ma­te­ma­ty­ki, fi­zy­ki i astro­no­mii sta­ły się sze­ro­ko zna­ne. Na­uko­wiec na­pi­sał wie­le prac, ale opu­bli­ko­wał za­le­d­wie kil­ka i czę­sto pod­kre­ślał, że swo­je do­ko­na­nia na­uko­we prze­zna­cza tyl­ko dla sie­bie albo dla tych, któ­rzy na­dej­dą po jego śmier­ci. W 1684 roku w Cam­brid­ge od­wie­dził go astro­nom Ed­mund Hal­ley. (Na jego cześć na­zwa­no ko­me­tę, któ­rą po­now­nie bę­dzie moż­na zo­ba­czyć w 2061 roku). Hal­ley i Ho­oke dys­ku­to­wa­li o to­rze cia­ła or­bi­tu­ją­ce­go wo­kół in­ne­go cia­ła (jak Zie­mia wo­kół Słoń­ca albo Księ­życ wo­kół Zie­mi). Za­sta­na­wia­li się, czy gra­wi­ta­cja może wpły­wać na tor cia­ła "od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­nie do kwa­dra­tu od­le­gło­ści". Gra­wi­ta­cja jest tyl­ko jed­nym z od­dzia­ły­wań, któ­re opi­su­je taka za­leż­ność. Ozna­cza ona, że siła gra­wi­ta­cji spa­da od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­nie do kwa­dra­tu od­le­gło­ści mię­dzy dwo­ma cia­ła­mi i oczy­wi­ście w tym sa­mym stop­niu wzra­sta, gdy cia­ła zbli­ża­ją się do sie­bie. Przy­cią­ga­nie bę­dzie wza­jem­ne, ale istot­na jest też masa ciał. Je­śli jed­no cia­ło, na przy­kład Zie­mia, jest bar­dzo duże, a dru­gie, na przy­kład jabł­ko, bar­dzo małe, to pra­wie całe przy­cią­ga­nie bę­dzie po­cho­dzić ze stro­ny Zie­mi. W roz­dzia­le 12 po­ja­wi­ła się in­for­ma­cja, w jaki spo­sób Ga­li­le­usz użył funk­cji kwa­dra­to­wej w swo­im dzie­le o spa­da­ją­cych cia­łach. Z tą funk­cją ze­tknie­my się rów­nież w dal­szych roz­dzia­łach, gdyż na­tu­ra naj­wy­raź­niej lubi, aby zja­wi­ska były funk­cja­mi kwa­dra­to­wy­mi czy to cza­su, przy­spie­sze­nia, czy też przy­cią­ga­nia. Gdy uży­wasz po­tęg kwa­dra­to­wych (na przy­kład 3 x 3 = 9, czy­li 32), pa­mię­taj, że mat­ka Na­tu­ra się uśmie­cha.

Wi­zy­ta Hal­leya spo­wo­do­wa­ła, że New­ton od­su­nął na bok teo­lo­gię i al­che­mię, a za­jął się swo­im naj­więk­szym dzie­łem - jed­ną z naj­waż­niej­szych ksią­żek w hi­sto­rii na­uki (choć nie­ła­two się ją czy­ta). Obec­nie zna­na jest jako Prin­ci­pia, ale peł­ny ła­ciń­ski ty­tuł brzmi Phi­lo­so­phiae na­tu­ra­lis prin­ci­pia ma­the­ma­ti­ca (Ma­te­ma­tycz­ne pod­sta­wy fi­lo­zo­fii na­tu­ral­nej). (Pa­mię­taj, że "fi­lo­zo­fia na­tu­ral­na" to daw­ne okre­śle­nie na­uki). Opi­sał w niej do­kład­nie, jak na­le­ży sto­so­wać jego nową ma­te­ma­ty­kę, i wy­ja­śnił wie­le aspek­tów fi­zycz­nej na­tu­ry świa­ta za po­mo­cą liczb, za­miast słów. W cza­sach New­to­na je­dy­nie kil­ka osób było w sta­nie zro­zu­mieć jego kon­cep­cje, ale znacz­nie sze­rzej zo­stał do­ce­nio­ny jego prze­kaz. Był to nowy spo­sób po­strze­ga­nia i opi­sy­wa­nia wszech­świa­ta.

Wie­le aspek­tów swo­ich po­glą­dów na świat i nie­bo New­ton za­warł w słyn­nych trzech za­sa­dach dy­na­mi­ki, sfor­mu­ło­wa­nych w Prin­ci­pia. Pierw­sza z nich mówi, że do­pó­ki każ­de cia­ło spo­czy­wa albo po­ru­sza się po li­nii pro­stej, do­pó­ty nie za­dzia­ła na nie ja­kaś siła. Ka­mień bę­dzie przez wiecz­ność le­żał na zbo­czu wzgó­rza, o ile coś - wiatr, deszcz lub czło­wiek - nie wpra­wi go w ruch, a bez ja­kie­goś za­kłó­ce­nia (tar­cia) bę­dzie się za­wsze po­ru­szać ru­chem jed­no­staj­nym pro­sto­li­nio­wym (czy­li po li­nii pro­stej, ze sta­łą pręd­ko­ścią).

Dru­ga za­sa­da dy­na­mi­ki mówi, że je­śli cia­ło już się po­ru­sza, kie­ru­nek lub pręd­kość ru­chu może ulec zmia­nie pod wpły­wem nie­zrów­no­wa­żo­nej siły. Wiel­kość przy­spie­sze­nia za­le­ży od wiel­ko­ści siły, któ­ra dzia­ła na cia­ło. Do­nicz­ka spa­da­ją­ca z pa­ra­pe­tu wie­żow­ca bę­dzie spa­da­ła ze sta­łym przy­spie­sze­niem, po­nie­waż dzia­ła na nią siła gra­wi­ta­cji (po­mi­ja­my opór po­wie­trza). Im bę­dzie bli­żej zie­mi, tym jej pręd­kość bę­dzie więk­sza. In­nym przy­kła­dem ru­chu przy­spie­szo­ne­go jest ru­sza­nie sa­mo­cho­dem ze świa­teł lub zjazd ze sto­ku na nar­tach.

Trze­cia za­sa­da dy­na­mi­ki mówi, że każ­dej ak­cji to­wa­rzy­szy rów­na co do war­to­ści, ale prze­ciw­nie skie­ro­wa­na re­ak­cja. To ozna­cza, że dwa cia­ła za­wsze dzia­ła­ją na sie­bie z taką samą siłą, ale w prze­ciw­nych kie­run­kach. Ude­rzo­ny ba­lon od­le­ci od two­jej ręki, ale two­ja dłoń może od­bić się od ba­lo­nu i za­bo­li. To dla­te­go, że lek­kim obiek­tom trud­niej jest wpły­nąć na cięż­kie i od­wrot­nie. (Prze­ko­na­li­śmy się, że tak samo było w przy­pad­ku gra­wi­ta­cji).

Te trzy za­sa­dy dy­na­mi­ki da­wa­ły od­po­wie­dzi na kwe­stie in­try­gu­ją­ce ży­ją­cych wcze­śniej uczo­nych. Za ich po­mo­cą New­ton wy­ja­śnił wie­le za­ob­ser­wo­wa­nych zja­wisk - od ru­chów pla­net po tor strza­ły wy­strze­lo­nej z łuku. Za­sa­dy dy­na­mi­ki po­zwa­la­ły pa­trzeć na świat jak na ogrom­ną ma­szy­nę dzia­ła­ją­cą we­dług okre­ślo­nych praw, taką jak ze­gar wska­zu­ją­cy czas dzię­ki sprę­ży­nom, śrub­kom, try­bi­kom i za­pad­kom. Prin­ci­pia zo­sta­ły uzna­ne za dzie­ło po­tęż­ne­go i wy­bit­ne­go umy­słu, a po­ryw­cze­mu od­lud­ko­wi przy­nio­sły sła­wę i uzna­nie. W na­gro­dę za nie New­ton otrzy­mał do­brze płat­ną po­sa­dę nad­zor­cy men­ni­cy kró­lew­skiej, gdzie bito mo­ne­ty i re­gu­lo­wa­no ilość pie­nię­dzy w kra­ju. Uczo­ny z za­pa­łem za­brał się do pra­cy, tro­piąc fał­sze­rzy mo­net. Mu­siał prze­nieść się do Lon­dy­nu, więc zre­zy­gno­wał ze wszyst­kich swo­ich obo­wiąz­ków w Cam­brid­ge. Ostat­nie trzy­dzie­ści lat ży­cia spę­dził w sto­li­cy. Zo­stał prze­wod­ni­czą­cym To­wa­rzy­stwa Kró­lew­skie­go.

W Lon­dy­nie New­ton w spo­sób dość istot­ny prze­re­da­go­wał Prin­ci­pia, mię­dzy in­ny­mi do­dał swo­je póź­niej­sze pra­ce, a tak­że od­po­wie­dział na kry­ty­kę pod­no­szo­ną od cza­su pierw­sze­go wy­da­nia. Ucze­ni czę­sto tak ro­bią. Nie­dłu­go po śmier­ci Ro­ber­ta Ho­oke'a, w 1704 roku, New­ton opu­bli­ko­wał trak­tat o świe­tle pt. Opticks (Opty­ka). New­ton i Ho­oke wie­lo­krot­nie spie­ra­li się o to, któ­ry z nich do­ko­nał cze­goś pierw­szy i jak na­le­ży ro­zu­mieć wy­ni­ki eks­pe­ry­men­tów po­ka­zu­ją­cych, czym jest świa­tło i jak się za­cho­wu­je. Więk­szość pra­cy nad tą książ­ką New­ton wy­ko­nał pra­wie czter­dzie­ści lat wcze­śniej, ale nie chciał jej wy­da­wać za ży­cia Ho­oke'a. Opty­ka, po­dob­nie jak Prin­ci­pia, to bar­dzo waż­ne dzie­ło. Nie­któ­re za­war­te w nim wnio­ski po­zna­my w dal­szych roz­dzia­łach, gdy to inni ucze­ni - mó­wiąć prze­no­śnie - sta­wa­li na ra­mio­nach New­to­na.

New­ton był pierw­szym uczo­nym uho­no­ro­wa­nym ty­tu­łem szla­chec­kim i zwa­nym sir Isa­akiem. Miał wła­dzę, ale nie był zbyt szczę­śli­wy. Nie moż­na było na­zwać go mi­łym czło­wie­kiem, ale był wy­bit­ną po­sta­cią, jed­nym z naj­bar­dziej kre­atyw­nych uczo­nych wszech cza­sów, ce­nio­nym za ogrom­ny wkład w na­sze ro­zu­mie­nie ota­cza­ją­ce­go nas świa­ta. Prin­ci­pia to szczy­to­we osią­gnię­cie astro­no­mii i fi­zy­ki, z ta­kim za­an­ga­żo­wa­niem upra­wia­nych przez Ke­ple­ra, Ga­li­le­usza, Kar­te­zju­sza i wie­lu in­nych. W tym dzie­le New­ton po­łą­czył nie­bo i Zie­mię w je­den sys­tem, gdyż jego za­sa­dy dy­na­mi­ki mia­ły za­sto­so­wa­nie w ca­łym wszech­świe­cie. Przed­sta­wił ma­te­ma­tycz­ne i fi­zycz­ne wy­ja­śnie­nia spo­so­bu po­ru­sza­nia się pla­net i ciał spa­da­ją­cych na zie­mię. Stwo­rzył pod­sta­wy fi­zy­ki upra­wia­nej przez na­ukow­ców w XX wie­ku, kie­dy Ein­ste­in i inni do­wie­dli, że wszech­świat to coś wię­cej, niż New­ton kie­dy­kol­wiek so­bie wy­obra­żał.

ROZDZIAŁ 17

Błyskawice

Za­sta­nów się, czym do­kład­nie jest bły­ska­wi­ca i dla­cze­go po bły­sku na­stę­pu­je grzmot? Gwał­tow­ne roz­bły­ski i grzmo­ty po­ja­wia­ją się wy­so­ko w chmu­rach i wy­glą­da­ją dość groź­nie, na­wet je­śli wie­my, co je po­wo­du­je. Pio­run za­wsze wni­ka w zie­mię. Może wła­śnie dla­te­go na po­cząt­ku XVIII wie­ku ucze­ni za­czę­li się za­sta­na­wiać, czym jest elek­trycz­ność.

Ko­lej­ną za­gad­ką dla na­ukow­ców było zja­wi­sko zna­ne jako ma­gne­tyzm. Sta­ro­żyt­ni Gre­cy wie­dzie­li, że je­śli moc­no po­trze się bursz­tyn, przy­cią­ga on do sie­bie małe, znaj­du­ją­ce się w po­bli­żu przed­mio­ty. Trud­no było zro­zu­mieć, co jest źró­dłem tej siły. Wy­da­wa­ła się od­mien­na od sta­łej siły wy­twa­rza­nej przez inny ka­mień, ma­gne­tyt, przy­cią­ga­ją­cy przed­mio­ty za­wie­ra­ją­ce że­la­zo. Ma­gne­tyt, tak jak Gwiaz­da Po­lar­na, pro­wa­dzi wę­drow­ców. Je­śli ka­wa­łek tego mi­ne­ra­łu za­wie­si się tak, aby mógł się swo­bod­nie ob­ra­cać, za­wsze wska­zu­je bie­gu­ny ma­gne­tycz­ne Zie­mi. Ten mi­ne­rał słu­ży rów­nież do ma­gne­ty­zo­wa­nia igieł. W cza­sach Ko­per­ni­ka, czy­li w po­ło­wie XVI wie­ku, ma­ry­na­rze uży­wa­li pro­stych kom­pa­sów, aby usta­lić kurs, gdyż je­den ko­niec po­ru­sza­ją­cej się igły za­wsze wska­zy­wał pół­noc. An­giel­ski le­karz Wil­liam Gil­bert na­pi­sał o tym w 1600 roku, po raz pierw­szy uży­wa­jąc sło­wa "ma­gne­tyzm". Zja­wi­ska elek­trycz­ne i ma­gne­tycz­ne były dość wi­do­wi­sko­we, więc sta­ły się po­pu­lar­nym te­ma­tem od­czy­tów na­uko­wych i po­obied­nich za­baw.

Wkrót­ce uzy­ska­no jesz­cze lep­sze efek­ty, ob­ra­ca­jąc szkla­ną kulę na igli­cy i po­cie­ra­jąc ją w trak­cie ru­chu. Moż­na było po­czuć, a na­wet usły­szeć trzask iskier po­wsta­ją­cych na szkle. Taki eks­pe­ry­ment stał się punk­tem wyj­ścia do skon­stru­owa­nia bu­tel­ki lej­dej­skiej (jej na­zwa po­cho­dzi od na­zwy ho­len­der­skie­go mia­sta, w któ­rym zo­sta­ła wy­na­le­zio­na w 1745 roku przez pro­fe­so­ra uni­wer­sy­te­tu). Na­peł­nio­na do po­ło­wy wodą bu­tel­ka lej­dej­ska była pod­łą­czo­na dru­ta­mi do ma­szy­ny ge­ne­ru­ją­cej ła­dun­ki elek­trycz­ne. Ele­ment łą­czą­cy na­zwa­no prze­wod­ni­kiem elek­trycz­nym, po­nie­waż po­zwa­lał ta­jem­ni­czej mocy prze­nik­nąć do wody w sło­iku, gdzie się gro­ma­dzi­ła. ("Prze­wo­dzić" ozna­cza tu 'prze­pro­wa­dzać'). Gdy asy­stent la­bo­ra­to­ryj­ny do­tknął ścian­ki bu­tel­ki i prze­wod­ni­ka, zo­stał po­ra­żo­ny prą­dem. Prze­żył taki wstrząs, iż po­my­ślał, że już po nim. Ra­port z tego eks­pe­ry­men­tu wy­wo­łał sen­sa­cję i za­pa­no­wa­ła moda na bu­tel­ki lej­dej­skie. Pew­ne­go razu dzie­się­ciu mni­chów zła­pa­ło się za ręce, two­rząc łań­cuch, i gdy pierw­szy z nich do­tknął bu­tel­ki i prze­wod­ni­ka, jed­no­cze­śnie wszy­scy pod­sko­czy­li. Oka­za­ło się, że im­puls elek­trycz­ny może być prze­ka­zy­wa­ny od jed­nej do dru­giej oso­by.

Co do­kład­nie się wte­dy dzia­ło? Ba­wio­no się elek­trycz­no­ścią, ale pro­wa­dzo­no też nad nią po­waż­ne ba­da­nia na­uko­we. Po­wsta­ło wie­le róż­nych teo­rii na jej te­mat, jed­nak do­pie­ro Ben­ja­min Fran­klin (1706-1790) wpro­wa­dził w nich pe­wien po­rzą­dek. Czę­sto mówi się o nim jako o ame­ry­kań­skim pa­trio­cie i współ­au­to­rze De­kla­ra­cji nie­pod­le­gło­ści (1776) na­pi­sa­nej, gdy Sta­nom Zjed­no­czo­nym uda­ło się uzy­skać nie­za­leż­ność od Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go. Był bły­sko­tli­wym, po­pu­lar­nym czło­wie­kiem, zna­nym z wy­gła­sza­nia sen­ten­cji, ta­kich jak "Czas to pie­niądz!" i "Na tym świe­cie nie ma nic pew­ne­go oprócz śmier­ci i po­dat­ków". Gdy na­stęp­nym ra­zem usią­dziesz w fo­te­lu bu­ja­nym albo zo­ba­czysz ko­goś w dwu­ogni­sko­wych oku­la­rach, po­myśl o Fran­kli­nie, bo to on jest ich wy­na­laz­cą.

Fran­klin był głów­nie sa­mo­ukiem, ale znał się na wie­lu rze­czach. Rów­nie do­brze czuł się we Fran­cji, Wiel­kiej Bry­ta­nii, jak i Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Swo­je naj­słyn­niej­sze eks­pe­ry­men­ty z pio­ru­na­mi prze­pro­wa­dził we Fran­cji. Jak więk­szość lu­dzi w la­tach czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych XVIII wie­ku za­in­te­re­so­wał się bu­tel­ką lej­dej­ską i tym, co za jej po­mo­cą moż­na po­ka­zać. W jego rę­kach oka­za­ła się czymś wię­cej niż tyl­ko za­baw­ką. Po pierw­sze, uczo­ny zdał so­bie spra­wę z tego, że przed­mio­ty mogą prze­no­sić do­dat­nie lub ujem­ne ła­dun­ki elek­trycz­ne (co jest za­zna­czo­ne jako plus i mi­nus na dwóch koń­cach ba­te­rii elek­trycz­nej). Stwier­dził, że w bu­tel­ce lej­dej­skiej drut i woda były na­ła­do­wa­ne do­dat­nio, a ze­wnętrz­na po­wierzch­nia bu­tel­ki - ujem­nie. Ła­dun­ki do­dat­nie i ujem­ne mia­ły taką samą war­tość, więc zno­si­ły się na­wza­jem. Dal­sze do­świad­cze­nia na­uko­we prze­ko­na­ły go, że za wła­ści­wo­ści bu­tel­ki lej­dej­skiej tak na­praw­dę od­po­wia­da szkło. Umiesz­cza­jąc ka­wa­łek szkła mię­dzy dwo­ma oło­wia­ny­mi płyt­ka­mi, skon­stru­ował ro­dzaj kon­den­sa­to­ra, któ­ry na­zwał ba­te­rią elek­trycz­ną. Gdy pod­łą­czał tę ba­te­rię do źró­dła elek­trycz­no­ści, roz­ła­do­wy­wa­ła się. Nie­ste­ty nie zba­dał do koń­ca tego od­kry­cia.

Fran­klin nie był pierw­szym uczo­nym, któ­re­go za­sta­na­wia­ła za­leż­ność mię­dzy iskra­mi ge­ne­ro­wa­ny­mi przez ziem­skie ma­szy­ny a bły­ska­wi­ca­mi na nie­bie, czy­li pio­ru­na­mi. Ale to on jako pierw­szy wy­ko­rzy­stał wie­dzę, któ­rą dały mu do­świad­cze­nia z bu­tel­ką lej­dej­ską, aby zba­dać ten zwią­zek. Wy­my­ślił spryt­ny, ale nie­bez­piecz­ny eks­pe­ry­ment na­uko­wy. Twier­dził, że ła­dun­ki elek­trycz­ne w at­mos­fe­rze zbie­ra­ją się na po­wierzch­ni chmur, tak jak w bu­tel­ce lej­dej­skiej. Gdy dwie chmu­ry zde­rzą się ze sobą, jak pod­czas bu­rzy, na­stę­pu­je wy­ła­do­wa­nie elek­trycz­ne, czy­li roz­błysk. Aby tego do­wieść, wy­pu­ścił la­ta­wiec pod­czas bu­rzy. Oso­ba trzy­ma­ją­ca la­ta­wiec mu­sia­ła być od­po­wied­nio izo­lo­wa­na elek­trycz­nie (sznur la­taw­ca był za­koń­czo­ny wo­sko­wym uchwy­tem) i uzie­mio­na (ka­wał­kiem dru­tu bie­gną­cym od ubra­nia do zie­mi). Gdy­by nie za­sto­so­wa­no ta­kich za­bez­pie­czeń, wy­ła­do­wa­nie elek­trycz­ne mo­gło ją za­bić - i rze­czy­wi­ście je­den nie­for­tun­ny eks­pe­ry­men­ta­tor zgi­nął, po­nie­waż nie prze­strze­gał za­le­ceń Fran­kli­na. Do­świad­cze­nia z la­taw­ca­mi prze­ko­na­ły Fran­kli­na, że ła­dun­ki elek­trycz­ne w bły­ska­wi­cy są ta­kie same jak w bu­tel­ce lej­dej­skiej.

Naj­pierw gra­wi­ta­cja, te­raz elek­trycz­ność - rze­czy na nie­bie i na Zie­mi były so­bie co­raz bliż­sze.

Ba­da­nia Fran­kli­na nad elek­trycz­no­ścią na­tych­miast wy­ko­rzy­sta­no w prak­ty­ce. Uczo­ny po­ka­zał, że ostro za­koń­czo­ny me­ta­lo­wy pręt prze­wo­dzi prąd do zie­mi. Za­tem, gdy­by umie­ścić na szczy­cie bu­dyn­ku taki pręt, za­izo­lo­wa­ny na ca­łej dłu­go­ści, pio­run ude­rzy w pręt i ła­dun­ki elek­trycz­ne spły­ną do zie­mi, a bu­dy­nek bę­dzie chro­nio­ny przed za­pa­le­niem się od ude­rze­nia pio­ru­na. W tam­tych cza­sach, gdy domy na ogół bu­do­wa­no z drew­na i nie­kie­dy kry­to strze­chą, za­gro­że­nie po­ża­rem było po­waż­ne. Na opi­sa­nej po­wy­żej za­sa­dzie dzia­ła­ją pio­ru­no­chro­ny (tak się je do dziś na­zy­wa). Na­dal też sto­su­je się ter­min "uzie­mie­nie", wska­zu­ją­cy na ka­wa­łek izo­lo­wa­ne­go dru­tu w gniazd­kach elek­trycz­nych, któ­ry od­pro­wa­dza nad­miar ła­dun­ków elek­trycz­nych z urzą­dzeń, ta­kich jak pral­ki i lo­dów­ki. Fran­klin za­mon­to­wał pio­ru­no­chron na wła­snym domu i po­mysł się przy­jął. Zro­zu­mie­nie elek­trycz­no­ści mia­ło przy­nieść o wie­le wię­cej istot­nych kon­se­kwen­cji.

W XVIII wie­ku ba­da­nia nad elek­trycz­no­ścią na­le­ża­ły do naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cych, a wie­lu "elek­try­ków", jak na­zwa­no pro­wa­dzą­cych je na­ukow­ców, przy­czy­nia­ło się do po­sze­rze­nia na­szej wie­dzy w tej dzie­dzi­nie. W hi­sto­rii na­uki szcze­gól­nie za­pi­sa­ły się trzy na­zwi­ska: Ga­lva­ni, Vol­ta i Am­p?re.

Wło­ski le­karz Lu­igi Ga­lva­ni (1737-1798) lu­bił eks­pe­ry­men­to­wać z apa­ra­tem elek­trycz­nym i zwie­rzę­ta­mi. Prak­ty­ko­wał me­- dy­cy­nę oraz na­uczał ana­to­mii i po­łoż­nic­twa na Uni­wer­sy­te­cie Bo­loń­skim, a tak­że in­te­re­so­wał się ba­da­nia­mi fi­zjo­lo­gicz­ny­mi. Gdy ana­li­zo­wał związ­ki mię­dzy mię­śnia­mi a ner­wa­mi, od­krył, że moż­na spo­wo­do­wać skurcz mię­śnia żaby, łą­cząc ob­słu­gu­ją­cy go nerw ze źró­dłem elek­trycz­no­ści. W ko­lej­nych ba­da­niach po­rów­nał mię­sień do bu­tel­ki lej­dej­skiej zdol­nej ge­ne­ro­wać wy­ła­do­wa­nie prą­du elek­trycz­ne­go. Stwier­dził, że "elek­trycz­ność zwie­rzę­ca", jak ją na­zwał, jest waż­nym aspek­tem funk­cjo­no­wa­nia zwie­rząt. I miał ra­cję. Na po­dob­nej za­sa­dzie dzia­ła ogni­wo gal­wa­nicz­ne, zbu­do­wa­ne z dwóch elek­trod za­nu­rzo­nych w elek­tro­li­cie. Na­ukow­cy i elek­try­cy uży­wa­ją gal­wa­no­me­trów do mie­rze­nia sła­bych prą­dów.

Wpro­wa­dzo­ne przez Ga­lva­nie­go po­ję­cie elek­trycz­no­ści zwie­rzę­cej zo­sta­ło pod­da­ne ostrej kry­ty­ce, zwłasz­cza przez Ales­san­dra Vol­tę (1745-1827), uczo­ne­go z Como w pół­noc­nych Wło­szech. Vol­ta miał kiep­ską opi­nię o le­ka­rzach, któ­rzy wtrą­ca­li się do fi­zy­ki. Po­sta­no­wił do­wieść, że elek­trycz­ność zwie­rzę­ca nie ist­nie­je. Vol­ta i Ga­lva­ni sto­czy­li pu­blicz­ną dys­pu­tę na te­mat in­ter­pre­ta­cji wy­ni­ków do­świad­czeń tego dru­gie­go. In­ten­syw­nie pra­cu­jąc nad zdys­kre­dy­to­wa­niem Ga­lva­nie­go, Vol­ta zba­dał wę­go­rze elek­trycz­ne, któ­re, jak moż­na po­ka­zać, wy­twa­rza­ją ła­dun­ki elek­trycz­ne. Wie­rzył, że na­wet ist­nie­nie tych zwie­rząt nie do­wo­dzi obec­no­ści elek­trycz­no­ści u zwie­rząt. Co waż­niej­sze, Vol­ta od­krył, że je­śli zbu­du­je stos warstw cyn­ku i sre­bra i od­dzie­li je war­stwą mo­kre­go kar­to­nu, to może uzy­skać sta­ły prze­pływ prą­du elek­trycz­ne­go przez wszyst­kie war­stwy. Opis swo­je­go wy­na­laz­ku, któ­ry na­zwał sto­sem, wy­słał do To­wa­rzy­stwa Kró­lew­skie­go w Lon­dy­nie. Wy­wo­łał tym sen­sa­cję w An­glii i Fran­cji, po­dob­ną jak wcze­śniej bu­tel­ka lej­dej­ska.

W tym cza­sie, gdy trwa­ły dys­pu­ty na te­mat elek­trycz­no­ści, Fran­cja dą­ży­ła do pod­bo­ju Włoch i ce­sarz Na­po­le­on Bo­na­par­te od­zna­czył wło­skie­go fi­zy­ka za wy­na­la­zek za­pew­nia­ją­cy nie­za­wod­ne źró­dło prą­du elek­trycz­ne­go w ba­da­niach na­uko­wych. Stos Vol­ty był prak­tycz­nym roz­wi­nię­ciem "ba­te­rii" Fran­kli­na. Ode­grał istot­ną rolę w che­mii na po­cząt­ku XIX wie­ku i wciąż jest waż­ny w na­szym co­dzien­nym ży­ciu. Dla uho­no­ro­wa­nia Vol­ty jego na­zwi­skiem na­zwa­no jed­nost­kę na­pię­cia elek­trycz­ne­go "wolt" (sprawdź na obu­do­wie ba­te­rii).

Trze­cim wiel­kim "elek­try­kiem" i wspa­nia­łym ma­te­ma­ty­kiem był An­dré-Ma­rie Am­p?re (1775-1836). Od jego na­zwi­ska po­cho­dzi na­zwa jed­nost­ki na­tę­że­nia prą­du elek­trycz­ne­go - am­per. Am­p?re prze­żył dra­mat re­wo­lu­cji fran­cu­skiej, pod­czas któ­rej jego ojca stra­co­no na gi­lo­ty­nie. Ży­cie oso­bi­ste tego na­ukow­ca też było smut­ne. Jego uko­cha­na pierw­sza żona zmar­ła po trze­cim po­ro­dzie, a dru­gie mał­żeń­stwo było nie­uda­ne i za­koń­czy­ło się roz­wo­dem. Dzie­ci do­star­cza­ły mu ko­lej­nych zmar­twień i nie­ustan­nie tra­pi­ły go pro­ble­my fi­nan­so­we. Mimo wszyst­ko Am­p?re do­ko­nał fun­da­men­tal­nych od­kryć w ma­te­ma­ty­ce, fi­zy­ce i przede wszyst­kim na­uce na­zwa­nej elek­tro­dy­na­mi­ką, któ­ra łą­czy elek­trycz­ność z ma­gne­ty­zmem. Mimo jej zło­żo­no­ści pro­ste i ele­ganc­kie eks­pe­ry­men­ty Am­p?re'a do­wio­dły, że ma­gne­tyzm to w za­sa­dzie elek­trycz­ność w ru­chu. Jego pra­ce sta­ły się pod­sta­wą ba­dań Fa­ra­daya i Ma­xwel­la i dla­te­go wię­cej o tych zja­wi­skach po­wie­my w jed­nym z dal­szych roz­dzia­łów. Choć póź­niej­si na­ukow­cy wy­ka­za­li, że wie­le szcze­gó­łów teo­rii Am­p?re'a pro­wa­dzi do­ni­kąd, to jego roz­wa­ża­nia sta­ły się punk­tem wyj­ścia wie­lu ba­dań do­ty­czą­cych elek­tro­ma­gne­ty­zmu. Po­nad­to war­to pa­mię­tać, że w na­uce cza­sem się błą­dzi, a błą­dze­nie jest rze­czą ludz­ką.

Gdy Am­p?re umie­rał, elek­trycz­ność - po dłu­gich przej­ściach - zo­sta­ła już "oswo­jo­na". Ba­da­nia Fran­kli­na oka­za­ły się waż­ne, ale on sam był do­mo­ro­słym, ge­nial­nym ama­to­rem w po­rów­na­niu z Ga­lva­nim, Vol­tą i Am­p?rem, któ­rzy uży­wa­li za­awan­so­wa­ne­go sprzę­tu i pra­co­wa­li w la­bo­ra­to­riach. W spo­rze z Vol­tą to Ga­lva­ni mógł­by śmiać się ostat­ni, bo - jak obec­nie wia­do­mo - elek­trycz­ność od­gry­wa istot­ną rolę w in­te­rak­cjach mię­śni i ner­wów.

ROZDZIAŁ 18

Wszechświat jako mechaniczny zegar

Re­wo­lu­cja fran­cu­ska w 1789 roku, woj­na o nie­pod­le­głość Sta­nów Zjed­no­czo­nych (zna­na tak­że jako ame­ry­kań­ska re­wo­lu­cja) w 1776 roku i re­wo­lu­cja paź­dzier­ni­ko­wa w Ro­sji w 1917 roku gwał­tow­nie wpro­wa­dzi­ły nowe for­my wła­dzy i nowy po­rzą­dek spo­łecz­ny. Była tak­że re­wo­lu­cja new­to­now­ska, rów­nie waż­na i do­nio­sła w skut­kach, choć jej efek­ty sta­ły się wi­docz­ne do­pie­ro po de­ka­dach, nie la­tach. Zmie­ni­ła opis świa­ta, w któ­rym ży­je­my.

Sir Isa­ac New­ton zmarł w 1717 roku. Wciąż po­zo­sta­wał wy­bit­ną po­sta­cią XVIII wie­ku. W każ­dej dzie­dzi­nie dzia­łal­no­ści lu­dzie chcie­li zo­stać "New­to­na­mi" swo­jej spe­cjal­no­ści. Adam Smith chciał być New­to­nem eko­no­mii. Nie­któ­rzy ty­tu­ło­wa­li Wil­lia­ma Cul­le­na New­to­nem me­dy­cy­ny. Je­re­my Ben­tham sta­rał się za­słu­żyć na mia­no New­to­na spo­łecz­nych i po­li­tycz­nych re­form. Łą­czy­ło ich jed­no - wszy­scy pra­gnę­li zna­leźć pra­wo lub za­sa­dę obej­mu­ją­cą całą ich dzie­dzi­nę, tak jak pra­wo gra­wi­ta­cji obej­mo­wa­ło wszech­świat, wpra­wia­jąc go w re­gu­lar­ny i sta­tecz­ny ruch przez pory roku i lata. Po­eta Ale­xan­der Pope za­żar­to­wał: "Na­tu­ra i pra­wa na­tu­ry tkwi­ły ukry­te w ciem­no­ściach. Rzekł Bóg: Niech sta­nie się New­ton! I wszyst­ko sta­ło się ja­sne".

Pope, bę­dą­cy An­gli­kiem, mógł być stron­ni­czy wo­bec ro­da­ka. We Fran­cji, Niem­czech i Wło­szech New­ton był zna­ną po­sta­cią już za swe­go ży­cia, ale tam­te kra­je hoł­do­wa­ły in­nym tra­dy­cjom na­uko­wym, któ­re wciąż się li­czy­ły. We Fran­cji na­dal sil­na była kar­te­zjań­ska wi­zja me­cha­nicz­ne­go wszech­świa­ta. W Niem­czech wciąż trwa­ły spo­ry o to, kto wy­my­ślił ra­chu­nek róż­nicz­ko­wy, a wiel­bi­cie­le Got­t­frie­da Wil­hel­ma Le­ib­nit­za (1646-1716) utrzy­my­wa­li, że New­ton w mniej­szym stop­niu przy­czy­nił się do roz­wi­nię­cia tego ma­te­ma­tycz­ne­go na­rzę­dzia niż ich fi­lo­zof i ma­te­ma­tyk. Jed­nak w Wiel­kiej Bry­ta­nii Isa­ac New­ton miał wie­lu zwo­len­ni­ków, któ­rzy z dumą na­zy­wa­li sie­bie sa­mych new­toń­czy­ka­mi oraz ko­rzy­sta­li z jego wspa­nia­łych do­ko­nań w ma­te­ma­ty­ce, fi­zy­ce, astro­no­mii i opty­ce.

Stop­nio­wo ze zna­cze­nia New­to­now­skich do­świad­czeń optycz­nych i praw ru­chu za­czy­na­li zda­wać so­bie spra­wę inni Eu­ro­pej­czy­cy. Do po­pra­wy re­pu­ta­cji New­to­na dość nie­spo­dzie­wa­nie przy­czy­nił się fran­cu­ski po­eta, pi­sarz i epi­sto­lo­graf Wol­ter (1694-1778). Naj­bar­dziej zna­ną po­sta­cią z jego dzieł był Kan­dyd, sym­pa­tycz­ny bo­ha­ter po­wiast­ki przy­go­do­wej. Ży­cie Kan­dy­da to pa­smo nie­usta­ją­cych ka­ta­strof - po­no­si on po­raż­kę za po­raż­ką, ale ni­g­dy nie za­po­mi­na przy­świe­ca­ją­ce­go mu kre­do: stwo­rzo­ny przez Boga świat musi być naj­lep­szym z moż­li­wych. Dla­te­go Kan­dyd za­cho­wu­je po­go­dę du­cha i pew­ność, że nie­za­leż­nie od tego, co strasz­ne­go go spo­tka, to jest to naj­lep­sze "na tym naj­lep­szym z moż­li­wych świa­tów". (Po kosz­mar­nych przy­go­dach do­cho­dzi do wnio­sku, że po­wi­nien był zo­stać w domu i upra­wiać swój ogró­dek. Cał­kiem roz­sąd­ne prze­my­śle­nia).

Kan­dyd był de­li­kat­nym przy­ty­kiem do fi­lo­zo­fii Le­ib­nit­za, bę­dą­ce­go ry­wa­lem New­to­na na polu ra­chun­ku róż­nicz­ko­we­go. Wol­ter był wiel­kim fa­nem New­to­na i, praw­dę mó­wiąc, wszyst­kie­go, co mia­ło an­giel­skie ko­rze­nie. Spę­dził kil­ka lat w An­glii, w któ­rej ogrom­ne wra­że­nie zro­bi­ła na nim pa­nu­ją­ca tam swo­bo­da wy­po­wie­dzi i my­śli. (W swo­jej oj­czyź­nie Wol­ter zo­stał uwię­zio­ny za kry­ty­ko­wa­nie Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go i kró­la Fran­cji, więc do­sko­na­le wie­dział, jak waż­na jest wol­ność sło­wa). Wró­cił z An­glii jako ad­mi­ra­tor osią­gnięć New­to­na i na­pi­sał książ­kę po­pu­la­ry­zu­ją­cą jego idee wśród prze­cięt­nych Fran­cu­zów. Zy­ska­ła ona wie­lu czy­tel­ni­ków w Eu­ro­pie, gdzie wszy­scy dys­ku­to­wa­li o tym, w jaki spo­sób New­to­now­ska ma­te­ma­ty­ka i fi­zy­ka na­da­ją sens ru­chom pla­net i gwiazd, co­dzien­nym przy­pły­wom i od­pły­wom mo­rza, tra­jek­to­riom po­ci­sków i oczy­wi­ście spa­da­niu ja­błek.

Re­pu­ta­cja New­to­na stop­nio­wo się umac­nia­ła, po­nie­waż na­rzę­dzia - za­rów­no ma­te­ma­tycz­ne, jak i fi­zycz­ne - któ­re wy­my­ślił na po­trze­by słyn­nych Prin­ci­pia, oka­za­ły się przy­dat­ne i sku­tecz­ne. Po­mo­gły ma­te­ma­ty­kom, fi­zy­kom i astro­no­mom prze­stu­dio­wać wie­le pro­ble­mów, któ­re New­ton je­dy­nie po­ru­szył. Żad­na opu­bli­ko­wa­na pra­ca na­uko­wa nie jest ostat­nim sło­wem na­ukow­ca i dzie­ła New­to­na nie są tu wy­jąt­kiem. Wie­lu uczo­nych mia­ło to szczę­ście, że mo­gło być gi­gan­ta­mi sto­ją­cy­mi na ra­mio­nach New­to­na. I dzię­ki temu wie­lu z nich wi­dzia­ło da­lej.

Przyj­rzyj­my się trzem przy­kła­dom: przy­czy­nom pły­wów mor­skich, kształ­to­wi Zie­mi oraz licz­bie pla­net i ich or­bi­tom w Ukła­dzie Sło­necz­nym.

Pły­wy mor­skie to przy­pły­wy i od­pły­wy mo­rza. Od­pływ mo­rza na­stę­pu­je wte­dy, gdy po­ziom wody opa­da i trze­ba pie­szo iść znacz­nie da­lej, za­nim wej­dzie się do wody. Przy­pływ jest wte­dy, gdy po­ziom wody pod­no­si się i zmy­wa z pla­ży zam­ki z pia­sku. Pły­wy na­stę­pu­ją re­gu­lar­nie w cią­gu doby, a ich zna­jo­mość była waż­na dla że­gla­rzy, któ­rzy po­trze­bo­wa­li przy­pły­wu, aby sta­tek mógł wejść do por­tu. Ary­sto­te­les do­strzegł zwią­zek mię­dzy pły­wa­mi a Księ­ży­cem. Póź­niej roz­po­wszech­ni­ło się prze­ko­na­nie, że Zie­mia się po­ru­sza. Cza­sa­mi lu­dzie po­rów­ny­wa­li pły­wy z fa­la­mi, któ­re moż­na wzbu­dzić w wia­drze wody, bu­ja­jąc nim. Dla New­to­na klu­czem do roz­wią­za­nia za­gad­ki pły­wów była gra­wi­ta­cja. Twier­dził, że gra­wi­ta­cyj­ne przy­cią­ga­nie Księ­ży­ca jest naj­więk­sze, gdy znaj­du­je się on naj­bli­żej Zie­mi. Księ­życ krą­ży wo­kół Zie­mi (tak jak Zie­mia wo­kół Słoń­ca) po elip­sie, więc od­le­głość mię­dzy tymi cia­ła­mi nie­bie­ski­mi re­gu­lar­nie się zmie­nia. Księ­życ przy­cią­ga wodę w oce­anach siłą gra­wi­ta­cji. Gdy Zie­mia się ob­ra­ca wo­kół wła­snej osi, ob­szar oce­anu raz jest bli­żej, a raz da­lej od Księ­ży­ca, więc na zmia­nę ro­sną­ca i ma­le­ją­ca siła gra­wi­ta­cji po­wo­du­je re­gu­lar­ne pod­no­sze­nie się i opa­da­nie po­zio­mu wody w oce­anach. Wy­ja­śnia to pły­wy mor­skie. New­ton miał ra­cję, twier­dząc, że to one ilu­stru­ją dzia­ła­nie gra­wi­ta­cji.

Kon­ty­nu­ato­rzy dzie­ła New­to­na uści­śli­li ob­li­cze­nia mi­strza. W 1740 roku szwaj­car­ski le­karz Da­niel Ber­no­ul­li (1700-1782) przed­sta­wił do­kład­niej­szą ana­li­zę pły­wów mor­skich. Ma­te­ma­ty­ka, fi­zy­ka i na­wi­ga­cja in­te­re­so­wa­ły go bar­dziej niż me­dy­cy­na. Po­mógł tak­że wy­ja­śnić drga­nia strun (ta­kich jak w gi­ta­rze) i ruch wa­ha­deł (jak w ze­ga­rze dziad­ka). Po­pra­wił też pro­jekt stat­ków. Prze­by­wa­jąc w aka­de­mii me­dycz­nej w Ba­zy­lei, za­sto­so­wał me­cha­ni­kę new­to­now­ską w ob­ser­wa­cjach skur­czów i roz­kur­czów mię­śni od­po­wia­da­ją­cych za po­ru­sza­nie koń­czy­na­mi. Jego pra­ca o pły­wach była od­po­wie­dzią na pro­blem po­sta­wio­ny przez pa­ry­ską Aka­de­mię Nauk, któ­ra ofe­ro­wa­ła na­gro­dę pie­nięż­ną za jego naj­lep­sze roz­wią­za­nie (oświe­co­ne spo­łe­czeń­stwa czę­sto tak ro­bi­ły). Ber­no­ul­li po­dzie­lił się na­gro­dą z kil­ko­ma in­ny­mi fi­na­li­sta­mi kon­kur­su. Każ­dy z nich po­mógł wy­ja­śnić, dla­cze­go ob­ser­wu­je­my pły­wy. Dzię­ki temu Ber­no­ul­li mógł uwzględ­nić w swo­ich wy­ja­śnie­niach tak­że efekt gra­wi­ta­cyj­ne­go przy­cią­ga­nia Słoń­ca. Gdy dwa cia­ła, ta­kie jak Zie­mia i Księ­życ, przy­cią­ga­ją się na­wza­jem, opi­su­ją­ce to rów­na­nia ma­te­ma­tycz­ne są dość pro­ste. Jed­nak ten pro­sty ob­raz znacz­nie kom­pli­ku­ją Słoń­ce, pla­ne­ty i inne cia­ła ob­da­rzo­ne masą. Wów­czas rów­na­nia ma­te­ma­tycz­ne sta­ją się bar­dzo zło­żo­ne.

Pa­ry­ską Aka­de­mię Nauk in­te­re­so­wa­ła też od­po­wiedź na dru­gie waż­ne py­ta­nie new­to­now­skie: dla­cze­go Zie­mia jest kulą? Wia­do­mo było, że Zie­mia, z gó­ra­mi i do­li­na­mi, nie jest ide­al­nie gład­ka jak pi­łecz­ka do ping-pon­ga. Ale chy­ba była mniej wię­cej okrą­gła? New­ton temu za­prze­czył, wy­ka­zu­jąc, że siła gra­wi­ta­cji na rów­ni­ku i w pół­noc­nej Eu­ro­pie nie­co się róż­ni. Wie­dział o tym dzię­ki eks­pe­ry­men­tom z wa­ha­dłem. Na ruch wa­ha­dła wpły­wa siła ziem­skiej gra­wi­ta­cji. Im więk­sza siła gra­wi­ta­cji, tym szyb­ciej po­ru­sza się wa­ha­dło, a za­tem w krót­szym cza­sie koń­czy peł­ny cykl wy­chy­leń. Ma­ry­na­rze zmie­rzy­li, jak da­le­ko wy­chy­la się wa­ha­dło do­kład­nie w cią­gu jed­nej se­kun­dy. Oka­za­ło się, że wy­chy­le­nie na rów­ni­ku było nie­co mniej­sze. Na tej pod­sta­wie New­ton wy­wnio­sko­wał, że na rów­ni­ku od­le­głość od po­wierzch­ni Zie­mi do jej środ­ka jest nie­co więk­sza. Gdy­by Zie­mia mia­ła kształt ide­al­nej kuli, ta od­le­głość wszę­dzie by­ła­by jed­na­ko­wa. W kon­se­kwen­cji New­ton stwier­dził, że Zie­mia jest nie­co spłasz­czo­na na bie­gu­nach i lek­ko wy­brzu­szo­na na rów­ni­ku - jak­by zo­sta­ła nie­co ści­śnię­ta z góry i z dołu. Są­dził, że gdy Zie­mia była jesz­cze mło­da i sty­gła ze sta­nu płyn­ne­go, ten kształt nada­ła jej ro­ta­cja wo­kół osi pół­noc-po­łu­dnie. New­ton pod­kre­ślił, że to ozna­cza, iż Zie­mia ma wię­cej niż 6000 lat, ale ni­g­dy nie zdra­dził, jaki jego zda­niem był jej wiek.

Gdy w la­tach trzy­dzie­stych XVIII wie­ku we Fran­cji de­ba­to­wa­no o pra­cach New­to­na, wie­lu fran­cu­skich uczo­nych nie chcia­ło uwie­rzyć, że Zie­mia nie jest ide­al­nie ku­li­sta. Dla­te­go król Fran­cji Lu­dwik XV wy­słał dwie eks­pe­dy­cje - jed­ną do La­po­nii nie­opo­dal krę­gu po­lar­ne­go, dru­gą do Peru w po­bli­że rów­ni­ka. Była to dość kosz­tow­na me­to­da spraw­dza­ją­ca tak oczy­wi­sty fakt. Za­da­niem obu wy­praw było zmie­rze­nie do­kład­nej dłu­go­ści jed­ne­go stop­nia sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej w obu miej­scach. Sze­ro­kość geo­gra­ficz­na okre­śla od­le­głość od rów­ni­ka wzdłuż osi pół­noc-po­łu­dnie, przy czym rów­nik ma 0° sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej, bie­gun pół­noc­ny +90°, a po­łu­dnio­wy -90°. (Cała Zie­mia ma 360°). Rów­no­leż­ni­ki sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej mo­żesz zo­ba­czyć na­ry­so­wa­ne w po­przek mapy świa­ta. Gdy­by Zie­mia była ide­al­nie ku­li­sta, każ­dy sto­pień sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej od­po­wia­dał­by ta­kiej sa­mej od­le­gło­ści na jej po­wierzch­ni. Pierw­sza wró­ci­ła eks­pe­dy­cja la­poń­ska (nie mia­ła da­le­ko). Gdy po dzie­wię­ciu la­tach zja­wi­ła się też gru­pa pe­ru­wiań­ska, oka­za­ło się, że je­den sto­pień sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej w La­po­nii jest dłuż­szy niż w Peru - do­kład­nie tak, jak prze­wi­dy­wał mo­del new­to­now­ski. Te wy­ni­ki umoc­ni­ły re­pu­ta­cję New­to­na w Eu­ro­pie.

Astro­no­mo­wie w ca­łej Eu­ro­pie spo­glą­da­li na gwiaz­dy i pla­ne­ty, sta­ra­jąc się prze­wi­dzieć, jak się prze­su­ną, a za­tem, gdzie będą wi­docz­ne każ­dej nocy każ­de­go roku. Te prze­wi­dy­wa­nia były tym pre­cy­zyj­niej­sze, im wię­cej ob­ser­wa­cji pro­wa­dzo­no i im do­kład­niej­szy opis ich ru­chów przed­sta­wia­no w ma­te­ma­tycz­ny spo­sób. Skon­stru­owa­nie więk­szych te­le­sko­pów po­zwo­li­ło astro­no­mom zaj­rzeć da­lej w ko­smos i od­kryć tam nowe gwiaz­dy, a na­wet ga­lak­ty­ki.

Jed­nym z naj­waż­niej­szych ob­ser­wa­to­rów był Wil­liam Her­schel (1738-1822), któ­ry wy­emi­gro­wał z Nie­miec do An­glii. Był mu­zy­kiem, ale jego pa­sją sta­ło się pa­trze­nie w nie­bo. Pew­nej nocy w 1781 roku za­uwa­żył nowy obiekt nie­bę­dą­cy gwiaz­dą. Po­cząt­ko­wo po­my­ślał, że to ko­me­ta. Opi­sał ją To­wa­rzy­stwu Fi­lo­zo­ficz­ne­mu w Bath, gdzie miesz­kał. Jego od­kry­cie zwró­ci­ło uwa­gę in­nych i wkrót­ce sta­ło się ja­sne, że Her­schel do­strzegł nową pla­ne­tę. Na­zwa­no ją Ura­nem, imie­niem boga z grec­kiej mi­to­lo­gii. To od­kry­cie zmie­ni­ło ży­cie Her­sche­la i po­zwo­li­ło mu po­świę­cić się wy­łącz­nie astro­no­mii. Król Je­rzy III, któ­re­go ro­dzi­na rów­nież po­cho­dzi­ła z Nie­miec, za­in­te­re­so­wał się pra­cą uczo­ne­go. Po­mógł mu zbu­do­wać naj­więk­szy te­le­skop na świe­cie i za­miesz­kać w po­bli­żu jed­ne­go z kró­lew­skich zam­ków w Wind­so­rze. Her­schel do tego stop­nia za­an­ga­żo­wał się w ob­ser­wa­cję nie­ba, że gdy prze­niósł się do Wind­so­ru, tak zor­ga­ni­zo­wał swo­je ży­cie, aby nie stra­cić ani jed­nej noc­nej ob­ser­wa­cji. W pra­cy po­ma­ga­ła mu sio­stra Ka­ro­li­na (1750-1848), rów­nież bie­gła w astro­no­mii. Syn Her­sche­la, John (1792-1871), kon­ty­nu­ował jego dzie­ło, ro­biąc z nie­go ro­dzin­ny biz­nes.

Wil­liam Her­schel nie tyl­ko pa­trzył na gwiaz­dy, pla­ne­ty i inne cia­ła nie­bie­skie, ale też in­ten­syw­nie my­ślał o tym, co wi­dzi. Po­nie­waż miał naj­lep­szy ów­cze­sny te­le­skop, mógł pa­trzeć da­lej niż inni. Opra­co­wał ka­ta­lo­gi gwiazd, znacz­nie ob­szer­niej­sze i do­kład­niej­sze od wcze­śniej­szych. Zda­wał so­bie spra­wę z tego, że na­sza ga­lak­ty­ka, Dro­ga Mlecz­na, to jed­ne z wie­lu ga­lak­tyk we wszech­świe­cie. Dłu­go i cięż­ko pra­co­wał nad usta­le­niem, czym są tak zwa­ne mgła­wi­ce, czy­li bia­łe, roz­my­te ob­sza­ry. Nie­któ­re z nich moż­na cza­sa­mi do­strzec go­łym okiem w bez­chmur­ną noc, ale te­le­skop Her­sche­la wy­krył ich znacz­nie wię­cej. Dro­ga Mlecz­na wy­da­je się roz­my­ta, gdy pa­trzy się na jej od­le­glej­sze koń­ce, więc astro­no­mo­wie za­ło­ży­li, że mgła­wi­ce to po pro­stu gru­py gwiazd. Her­schel wy­ka­zał, że część bia­łych ob­sza­rów praw­do­po­dob­nie sta­no­wią gwiaz­dy, ale inne są ogrom­ny­mi ob­ło­ka­mi gazu kłę­bią­cy­mi się w głę­bo­kim ko­smo­sie. Po­nad­to, ob­ser­wu­jąc gwiaz­dy po­dwój­ne, czy­li pary bli­sko po­ło­żo­nych gwiazd ("bli­sko" w ka­te­go­riach od­le­gło­ści roz­pa­try­wa­nych w ko­smo­sie), wy­ka­zał, że za­cho­wa­nie tych obiek­tów moż­na wy­ja­śnić przy­cią­ga­niem gra­wi­ta­cyj­nym. Gra­wi­ta­cja New­to­na się­ga­ła w naj­dal­sze za­kąt­ki ko­smo­su.

New­to­now­skie pra­wa gra­wi­ta­cji i ru­chu wraz z jego ma­te­ma­tycz­nym opi­sem siły, przy­spie­sze­nia (wzra­sta­ją­cej pręd­ko­ści) oraz in­er­cji (ten­den­cji do po­ru­sza­nia się ru­chem jed­no­staj­nym lub po­zo­sta­wa­nia w spo­czyn­ku) sta­ły się za­sa­da­mi prze­wod­ni­mi fi­zy­ków w XVIII wie­ku. Nikt wów­czas nie wniósł wię­cej do tej dzie­dzi­ny na­uki niż Pier­re Si­mon de La­pla­ce (1749-1827), aby po­ka­zać, ile za jej po­mo­cą moż­na wy­ja­śnić. Ten Fran­cuz pra­co­wał z La­vo­isie­rem, któ­re­go bli­żej po­zna­my w roz­dzia­le 20. Jed­nak La­pla­ce, w od­róż­nie­niu od nie­ma­ją­ce­go szczę­ścia przy­ja­cie­la, prze­trwał re­wo­lu­cję fran­cu­ską bez szwan­ku. Po­dzi­wiał go Na­po­le­on i przez pół wie­ku uczo­ny był czo­ło­wą oso­bi­sto­ścią fran­cu­skiej na­uki. La­pla­ce wy­ko­rzy­stał new­to­now­skie pra­wa ru­chu i na­rzę­dzia ma­te­ma­tycz­ne, aby do­wieść, że dzię­ki nim moż­na zro­zu­mieć to, co wi­dać na nie­bie, oraz do­kład­nie prze­wi­dzieć przy­szłe ru­chy pla­net, gwiazd, ko­met i aste­ro­id. Roz­wi­nął teo­rię po­wsta­nia Ukła­du Sło­necz­ne­go ze Słoń­cem i jego pla­ne­ta­mi, któ­re ukształ­to­wa­ły się przed mi­lio­na­mi lat na sku­tek ogrom­ne­go wy­bu­chu. Uwa­żał, że kie­dyś Słoń­ce wy­rzu­ca­ło ogrom­ne ilo­ści go­rą­cych ga­zów, któ­re stop­nio­wo sty­gły, two­rząc pla­ne­ty i ich księ­ży­ce. Tę teo­rię na­zwał hi­po­te­zą mgła­wi­cy sło­necz­nej i przed­sta­wił bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne ob­li­cze­nia na do­wód, że może być praw­dzi­wa. Opi­sał jed­ną z wer­sji tego, co obec­nie na­zy­wa­my Wiel­kim Wy­bu­chem. Współ­cze­śnie fi­zy­cy wie­dzą jed­nak o tym wy­bu­chu znacz­nie wię­cej niż La­pla­ce.

Przy­dat­ność praw New­to­na wy­war­ła ogrom­ne wra­że­nie na La­pla­sie. Na­brał on na­wet prze­ko­na­nia, że gdy­by­śmy zna­li po­ło­że­nie każ­dej czą­stecz­ki we wszech­świe­cie w usta­lo­nej chwi­li, mo­gli­byś­my prze­wi­dzieć losy ca­łe­go ko­smo­su aż po kres cza­su. Zda­wał so­bie jed­nak spra­wę z tego, że to nie­moż­li­we. Miał na my­śli to, że we­dle praw ma­te­rii i ru­chu wszech­świat dzia­łał jak do­sko­na­le zbu­do­wa­ny ze­gar pre­cy­zyj­nie wska­zu­ją­cy czas. Jego wi­zja wszech­świa­ta jako me­cha­nicz­ne­go ze­ga­ra prze­ma­wia­ła do wy­obraź­ni na­ukow­ców przez na­stęp­ne sto lat.

ROZDZIAŁ 19

Porządkowanie świata

Na­sza pla­ne­ta jest do­mem osza­ła­mia­ją­co róż­no­rod­nych ro­ślin i zwie­rząt. Na­dal nie wie­my, ile do­kład­nie żyje na niej owa­dów lub mor­skich stwo­rzeń. Słusz­nie oba­wia­my się, że ro­dzaj ludz­ki przez swo­je nie­ko­niecz­nie prze­my­śla­ne dzia­ła­nie re­du­ku­je ich licz­bę. In­for­ma­cje o za­gro­żo­nych ga­tun­kach, ta­kich jak pan­da wiel­ka czy ty­grys azja­tyc­ki, pra­wie co­dzien­nie po­ja­wia­ją się w wia­do­mo­ściach ze świa­ta. Dla nas jako lu­dzi istot­ne jest tu sło­wo "za­gro­żo­ne", ale dla na­ukow­ców rów­nie istot­ne jest sło­wo "ga­tun­ki". Skąd wie­my, że pan­da wiel­ka to inny ro­dzaj zwie­rzę­cia niż niedź­wiedź gri­zli albo że dzi­kie koty róż­nią się od do­mo­wych piesz­czo­chów?

W bi­blij­nej Księ­dze Ro­dza­ju Adam miał za za­da­nie na­zwać ro­śli­ny i zwie­rzę­ta w raj­skim ogro­dzie. Prak­tycz­nie wszyst­kie ludz­kie spo­łecz­no­ści wpro­wa­dza­ją ja­kąś kla­sy­fi­ka­cję po­rząd­ku­ją­cą ota­cza­ją­cy je świat istot ży­wych. W każ­dym ję­zy­ku są na­zwy ro­ślin i zwie­rząt wy­ko­rzy­sty­wa­nych przez lu­dzi - ro­ślin upra­wia­nych i zbie­ra­nych, zwie­rząt jucz­nych, mię­snych, mlecz­nych bądź do­star­cza­ją­cych skór.

W XVII i XVIII wie­ku eu­ro­pej­scy ba­da­cze za­czę­li przy­wo­zić wie­le no­wych ro­ślin i zwie­rząt z eg­zo­tycz­nych kra­in: z Ame­ry­ki Pół­noc­nej i Po­łu­dnio­wej, Afry­ki, Azji, póź­niej z Au­stra­lii i No­wej Ze­lan­dii, a tak­że z wysp oce­anicz­nych. Wie­le z nich było pięk­nych i zna­czą­co od­mien­nych od do­brze zna­nej flo­ry i fau­ny Sta­re­go Świa­ta, ale po bliż­szym zba­da­niu oka­za­ło się, że aż tak bar­dzo się nie róż­nią. Na przy­kład sło­nie in­dyj­skie i afry­kań­skie były tak po­dob­ne, że sto­sow­ne wy­da­wa­ło się na­zwa­nie ich tak samo. Oczy­wi­ście były mię­dzy nimi drob­ne róż­ni­ce. Jak za­tem na­le­ży uwzględ­nić te de­ta­le i po­trak­to­wać od­mien­no­ści ist­nie­ją­ce w sfe­rze ogrom­ne­go bo­gac­twa na­tu­ry?

Od cza­sów sta­ro­żyt­nych były dwie od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Po pierw­sze, za­kła­da­no, że na­tu­ra była nie­zwy­kle hoj­na, więc nic dziw­ne­go, że w od­le­głych czę­ściach świa­ta bę­dzie­my znaj­do­wać wie­le no­wych ga­tun­ków ro­ślin i zwie­rząt. Od­kry­cia no­wych form ży­cia były po pro­stu wy­peł­nia­niem luk w tym, co przy­rod­ni­cy na­zy­wa­li wiel­kim łań­cu­chem istot (z tą kon­cep­cją ze­tknę­li­śmy się już w roz­dzia­le 5). Ci, któ­rzy wie­rzy­li w łań­cuch istot, prze­ko­ny­wa­li in­nych, że Bóg jest tak po­tęż­ny, iż stwo­rzył każ­dy or­ga­nizm, któ­ry mógł­by ist­nieć. Nie byli więc zdzi­wie­ni, kie­dy znaj­do­wa­no zwie­rzę­ta o ce­chach po­śred­nich mię­dzy in­ny­mi ga­tun­ka­mi, ta­kie jak wie­lo­ry­by i del­fi­ny, któ­re wy­glą­da­ły jak ryby, ale od­dy­cha­ły i roz­mna­ża­ły się jak zwie­rzę­ta lą­do­we, albo nie­to­pe­rze, któ­re mają skrzy­dła i la­ta­ją, więc wy­glą­da­ją jak pta­ki, ale nie skła­da­ją jaj. Przy­rod­ni­cy są­dzi­li, że wszyst­kie nie­ty­po­we ce­chy ro­ślin i zwie­rząt moż­na wy­ja­śnić jako ele­men­ty łań­cu­cha istot. Na dłu­go upo­wszech­ni­ła się kon­cep­cja bra­ku­ją­ce­go ogni­wa w tym łań­cu­chu. Mówi się o nim, gdy na­ukow­cy od­naj­dą nowe ska­mie­li­ny.

Po dru­gie, za­kła­da­no, że Bóg kie­dyś stwo­rzył wszyst­kie ro­- dza­je ro­ślin i zwie­rząt, a róż­no­rod­ność przy­ro­dy jest skut­kiem tego, że ko­lej­ne po­ko­le­nia tych istot się roz­mna­ża­ją. Dęby ro­dzą żo­łę­dzie, z któ­rych wy­ra­sta­ją mło­de drzew­ka, a koty mają mło­de, któ­re do­ra­sta­ją i wy­da­ją na świat na­stęp­ne itd. W każ­dym po­ko­le­niu, a tak­że w set­kach czy ty­sią­cach po­ko­leń, drze­wa i koty sta­ją się co­raz bar­dziej róż­no­rod­ne. Za­tem roz­ma­itość świa­ta przy­ro­dy wy­ni­ka­ła ze zmian po­ja­wia­ją­cych się z bie­giem cza­su, choć moż­na było po­wie­dzieć, że każ­da ro­śli­na i każ­de zwie­rzę ma w so­bie coś z pier­wot­ne­go osob­ni­ka. Uwa­ża­no, że stwo­rze­nie mapy wszyst­kich pier­wot­nych ro­ślin i zwie­rząt ujaw­ni bo­ski plan, czy­li wy­gląd drze­wa ży­cia.

W XVIII wie­ku po­glą­dy dwóch przy­rod­ni­ków zdo­mi­no­wa­ły my­śle­nie o zło­żo­no­ści świa­ta flo­ry i fau­ny i od­zwier­cie­dla­ły te dwa róż­ne po­dej­ścia o ich skom­pli­ko­wa­nym cha­rak­te­rze. Pierw­szym z nich był za­moż­ny fran­cu­ski szlach­cic Geo­r­ges-Lo­uis Lec­lerc, hra­bia Buf­fon (1707-1788), któ­ry po­świę­cił ży­cie na­uce. Część roku spę­dzał w swo­jej po­sia­dło­ści, a resz­tę w Pa­ry­żu, gdzie zaj­mo­wał się kró­lew­ski­mi ogro­da­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi ra­czej dzi­siej­sze ogro­dy zoo­lo­gicz­ne lub par­ki dzi­kiej przy­ro­dy. Od po­cząt­ku po­dzi­wiał New­to­na, jego od­kry­cia ma­te­ma­tycz­ne i fi­zycz­ne, ale przez więk­szość ży­cia ba­dał świat przy­ro­dy. Jego ce­lem było opi­sa­nie zie­mi oraz wszyst­kich ży­ją­cych na niej ro­ślin i zwie­rząt. Wy­ni­ki swo­ich su­mien­nych ba­dań ze­brał w li­czą­cym aż 127 to­mów dzie­le Hi­sto­ire na­tu­rel­le (Hi­sto­ria na­tu­ral­na). W tam­tych cza­sach "hi­sto­ria" ozna­cza­ła tak­że "opis". W tych roz­pra­wach Buf­fon opi­sał wszyst­kie zwie­rzę­ta (i część ro­ślin), do któ­rych mógł do­trzeć. Opi­sał ich ana­to­mię, spo­sób po­ru­sza­nia się, od­ży­wia­nia, roz­mna­ża­nie, a tak­że moż­li­wo­ści wy­ko­rzy­sty­wa­nia tych zwie­rząt przez czło­wie­ka. Była to no­wo­cze­sna pró­ba ob­ser­wo­wa­nia zwie­rząt w mia­rę moż­li­wo­ści w ich na­tu­ral­nym śro­do­wi­sku. W ko­lej­nych to­mach Buf­fon przed­sta­wił wie­le zna­nych ssa­ków, pta­ków, ryb i ga­dów. Czę­ści tego mo­nu­men­tal­ne­go dzie­ła uka­zy­wa­ły się przez bli­sko czter­dzie­ści lat, po­cząw­szy od 1749 roku. Czy­tel­ni­cy z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­li na wy­da­nie każ­dej na­stęp­nej. Prze­tłu­ma­czo­no je też na więk­szość ję­zy­ków eu­ro­pej­skich.

Buf­fon był za­fa­scy­no­wa­ny ce­cha­mi każ­de­go zwie­rzę­cia, któ­re ba­dał. Po­wie­dział: "Na­tu­ra zna tyl­ko jed­nost­ki", co mia­ło ozna­czać, że w przy­ro­dzie nie ma żad­ne­go po­rząd­ku, je­dy­nie mnós­two po­je­dyn­czych ro­ślin i zwie­rząt. To lu­dzie usi­ło­wa­li je skla­sy­fi­ko­wać dla wła­snych po­trzeb. Stwier­dził, że w wiel­kim łań­cu­chu istot bo­gac­two przy­ro­dy ob­ja­wi­ło się w peł­nym roz­kwi­cie, ale moż­na ba­dać tyl­ko jed­no stwo­rze­nie po dru­gim.

Wiel­kim ry­wa­lem Buf­fo­na był szwedz­ki le­karz i przy­rod­nik Carl von Lin­né (1707-1778), zna­ny jako Ka­rol Lin­ne­usz. Stu­dio­wał me­dy­cy­nę, ale jego praw­dzi­wą pa­sją były ro­śli­ny. Przez pół ży­cia wy­kła­dał jako pro­fe­sor na uni­wer­sy­te­cie w Up­psa­li, w pół­noc­nej Szwe­cji, gdzie pro­wa­dził ogród bo­ta­nicz­ny. Wie­lu swo­ich stu­den­tów wy­słał w świat, aby zbie­ra­li dla nie­go oka­zy flo­ry i fau­ny. Nie­któ­rzy z nich zmar­li pod­czas eg­zo­tycz­nych wy­praw, ale ich na­stęp­cy po­zo­sta­li od­da­ni wiel­kie­mu ce­lo­wi Lin­ne­usza - nada­nia od­po­wied­nich nazw wszyst­kim or­ga­ni­zmom ży­wym na zie­mi. Aby za­pro­wa­dzić po­rzą­dek w tym na­zew­nic­twie, Lin­ne­usz skla­sy­fi­ko­wał ro­śli­ny i zwie­rzę­ta, bio­rąc pod uwa­gę ich pew­ne ce­chy. Dzię­ki temu mógł je umie­ścić w "po­rząd­ku na­tu­ry". W 1735 roku, bę­dąc jesz­cze dwu­dzie­sto­lat­kiem, na­pi­sał krót­kie dzie­ło Sys­te­ma na­tu­rae (Sys­tem na­tu­ry). Była to w za­sa­dzie dłu­ga li­sta wszyst­kich zna­nych ga­tun­ków ro­ślin i zwie­rząt, po­gru­po­wa­nych we­dług ro­dza­jów. W su­mie uka­za­ło się dwa­na­ście wy­dań tego dzie­ła i za każ­dym ra­zem Lin­ne­usz po­sze­rzał li­stę w mia­rę, jak po­zna­wał wię­cej ro­ślin i zwie­rząt, zwłasz­cza tych, któ­re stu­den­ci zna­leź­li w Ame­ry­ce, Azji, Afry­ce i in­nych czę­ściach świa­ta.

Już w sta­ro­żyt­nej Gre­cji przy­rod­ni­cy py­ta­li, czy może ist­nieć na­tu­ral­na kla­sy­fi­ka­cja istot na zie­mi. Czy mię­dzy or­ga­ni­zma­mi za­cho­dzą po­nad­cza­so­we lub nada­ne im przez Boga re­la­cje? A je­śli tak, to jak mo­że­my je po­znać? W cza­sach chrze­ści­jań­skich na ogół przyj­mo­wa­no za­ło­że­nie, że na po­cząt­ku Bóg stwo­rzył wszyst­kie ga­tun­ki ro­ślin i zwie­rząt, aby Adam je na­zwał, a to, co lu­dzie wi­dzą wo­kół sie­bie, jest skut­kiem upły­wu cza­su i za­cho­dzą­cych zmian.

Lin­ne­usz przy­chy­lał się do tego po­glą­du, ale zda­wał so­bie spra­wę z tego, jak wie­le ro­ślin i zwie­rząt zmie­ni­ło się od cza­su ich stwo­rze­nia. Z tego po­wo­du usta­le­nie na­tu­ral­nej kla­sy­fi­ka­cji stwa­rza­ło ogrom­ne trud­no­ści. Uznał więc, że po pierw­sze, są po­trzeb­ne pew­ne pod­sta­wo­we za­sa­dy, któ­re po­zwo­lą upo­rząd­ko­wać i skla­sy­fi­ko­wać wszyst­ko na świe­cie. Po dru­gie, chciał przy­pi­sać wszyst­kim two­rom przy­ro­dy pro­ste ety­kie­ty, aby ła­two było je iden­ty­fi­ko­wać. Było to za­da­nie na całe ży­cie. Lin­ne­usz uwa­żał sie­bie za dru­gie­go Ada­ma na­da­ją­ce­go stwo­rze­niom pre­cy­zyj­ne na­zwy. Jak zoo­lo­go­wie mo­gli dys­ku­to­wać o ga­tun­ku psów albo bo­ta­ni­cy o ga­tun­ku li­lii, je­śli nie wie­dzie­li do­kład­nie, o ja­kim mó­wią? Lin­ne­usz są­dził, że na­tu­ra mu­sia­ła zo­stać po­szu­flad­ko­wa­na, a gdy wszyst­ko tra­fi do od­po­wied­nich prze­gró­dek, bę­dzie moż­na za­cząć upra­wiać na­ukę.

Lin­ne­usz kla­sy­fi­ko­wał pra­wie wszyst­ko: mi­ne­ra­ły, cho­ro­by, ro­śli­ny i zwie­rzę­ta. Sys­te­ma­ty­zu­jąc fau­nę, od­wa­żył się na śmia­ły krok - umie­ścił w tym sys­te­mie isto­ty ludz­kie. Nadał ga­tun­ko­wi ludz­kie­mu uży­wa­ną do dziś na­zwę Homo sa­piens, czy­li 'czło­wiek my­ślą­cy'. Wcze­śniej wie­lu przy­rod­ni­ków ogra­ni­cza­ło się do tak zwa­ne­go świa­ta na­tu­ry i dla­te­go po­mi­ja­ło lu­dzi w sys­te­ma­ty­ce. Lin­ne­usz, syn pa­sto­ra, był głę­bo­ko wie­rzą­cy. Pod­kre­ślił jed­nak, że nie wi­dzi bio­lo­gicz­nych po­wo­dów, dla któ­rych lu­dzie nie na­le­że­li­by do zwie­rząt, tak jak psy i mał­py, i dla­te­go trze­ba było ich uwzględ­nić w kla­sy­fi­ka­cji.

Dla Lin­ne­usza w jego tak­so­no­mii (czy­li kla­sy­fi­ka­cji) naj­waż­niej­sze były dwie ka­te­go­rie: ro­dzaj i ga­tu­nek. Na­zwę ro­dza­ju za­wsze pi­sał dużą li­te­rą, a ga­tun­ku małą (na­dal tak ro­bi­my), jak Homo sa­piens. Ro­dzaj to gru­pa ro­ślin lub zwie­rząt ma­ją­cych pew­ne pod­sta­wo­we ce­chy wspól­ne. Na przy­kład ist­nie­je kil­ka ga­tun­ków ko­tów z ro­dza­ju Fe­lis, w tym kot do­mo­wy (Fe­lis ca­tus) i żbik (Fe­lis si­lve­stris). (W tam­tych cza­sach wszy­scy uczy­li się ła­ci­ny w szko­le, więc ła­two było im zro­zu­mieć te na­zwy. Fe­lis zna­czy 'kot', ca­tus - 'spryt­ny, zwin­ny', a si­lve­stris - 'le­śny').

Lin­ne­usz wie­dział, że mogą być róż­ne stop­nie po­do­bień­stwa lub róż­nic mię­dzy ży­wy­mi isto­ta­mi. Na szczy­cie sys­te­ma­ty­ki umie­ścił trzy kró­le­stwa: ro­ślin, zwie­rząt i mi­ne­ra­łów. Dzie­li­ły się one na kla­sy, ta­kie jak krę­gow­ce (zwie­rzę­ta z krę­go­słu­pem: osły, jasz­czur­ki itp.). Ni­żej były rzę­dy, ta­kie jak ssa­ki (zwie­rzę­ta kar­mią­ce mło­de mle­kiem). Niż­szy­mi jed­nost­ka­mi kla­sy­fi­ka­cji były ro­dza­je, a na­stęp­nie ga­tun­ki. Wśród zwie­rząt jed­ne­go ga­tun­ku wy­stę­po­wa­ły od­mia­ny. W ga­tun­ku ludz­kim te od­mia­ny to rasy. Oczy­wi­ście ist­nia­ły osob­ni­ki - po­je­dyn­cze oso­by, ro­śli­ny i zwie­rzę­ta, któ­re mia­ły wła­sne, spe­cy­ficz­ne ce­chy, ta­kie jak wy­so­kość, płeć, ko­lor oczu, ko­lor wło­sów czy brzmie­nie gło­su. Jed­nak osob­ni­ków nie kla­sy­fi­ku­je się od­dziel­nie, tyl­ko przy­pi­su­je do ja­kiejś gru­py pod­le­ga­ją­cej kla­sy­fi­ka­cji. Póź­niej na­ukow­cy uzna­li, że sys­te­ma­ty­kę Lin­ne­usza trze­ba uzu­peł­nić o do­dat­ko­we jed­nost­ki sys­te­ma­tycz­ne, ta­kie jak ro­dzi­ny, pod­ro­dzi­ny i ple­mio­na. Obec­nie lwy, ty­gry­sy i koty do­mo­we na­le­żą do jed­nej ro­dzi­ny ko­tów.

Wszyst­kie po­je­dyn­cze ro­śli­ny i zwie­rzę­ta skła­da­ją się na ży­ją­cą przy­ro­dę. I to wła­śnie miał na my­śli Buf­fon, gdy upie­rał się, że pew­na jest tyl­ko pod­sta­wo­wa ka­te­go­ria, czy­li po­je­dyn­czy osob­nik.

Na­praw­dę istot­nym szcze­blem sys­te­ma­ty­ki dla Lin­ne­usza był ga­tu­nek. Przy­rod­nik opra­co­wał pro­sty sys­tem iden­ty­fi­ko­wa­nia każ­de­go ga­tun­ku ro­ślin na pod­sta­wie mę­skich i żeń­skich czę­ści kwia­tów. Dzię­ki temu bo­ta­nik ama­tor, prze­mie­rza­jąc lasy i pola, mógł roz­po­znać na­po­tka­ne ro­śli­ny. Mimo że sys­tem iden­ty­fi­ka­cji we­dług or­ga­nów płcio­wych do­ty­czył tyl­ko ro­ślin, zbul­wer­so­wa­ło to nie­któ­rych, a jesz­cze in­nych za­in­spi­ro­wa­ło do uło­że­nia ła­god­nych ero­ty­ków. Naj­waż­niej­sze jed­nak, że kla­sy­fi­ka­cja ro­ślin Lin­ne­usza do­brze spraw­dza­ła się w prak­ty­ce. Przy­spie­szy­ło to roz­wój bo­ta­ni­ki. Po śmier­ci uczo­ne­go jego naj­cie­kaw­sze ko­lek­cje ro­ślin ku­pił za­moż­ny An­glik, któ­ry za­ło­żył To­wa­rzy­stwo Lin­ne­uszow­skie w Lon­dy­nie. Dzia­ła ono do dziś, czy­li już po­nad dwie­ście lat.

Wie­le nazw za­pro­po­no­wa­nych przez Lin­ne­usza do iden­ty­fi­ko­wa­nia ro­ślin i zwie­rząt obo­wią­zu­je na­dal. Jed­ną z nich jest rząd Pri­ma­tes (na­czel­ne) obej­mu­ją­cy lu­dzi. Na­le­żą do nie­go rów­nież mał­py, mał­piat­ki, le­mu­ry i inne zwie­rzę­ta o po­dob­nych ce­chach. Lin­ne­usz nie wie­rzył, że je­den ga­tu­nek może wy­ewo­lu­ować w inny. Był prze­ko­na­ny, że Bóg spe­cjal­nie stwo­rzył osob­ne ga­tun­ki ro­ślin i zwie­rząt. Uczo­ny zdał so­bie jed­nak spra­wę z tego, że czło­wiek jest czę­ścią na­tu­ry i re­gu­ły, któ­re sto­su­je­my do ba­da­nia świa­ta przy­ro­dy, moż­na rów­nież wy­ko­rzy­stać do lep­sze­go zro­zu­mie­nia ludz­ko­ści. To, czy jest to ga­tu­nek bio­lo­gicz­ny, nie­zmien­nie in­try­go­wa­ło przy­rod­ni­ków. I na­dal in­try­gu­je. Jed­nak sto lat póź­niej sys­te­ma­ty­ka Lin­ne­usza zo­sta­ła nie­co zmie­nio­na przez in­ne­go przy­rod­ni­ka i mi­ło­śni­ka ro­ślin - Ka­ro­la Dar­wi­na. Ale o nim opo­wie­my w roz­dzia­le 25.

ROZDZIAŁ 20

Powietrze i gazy

"Po­wie­trze" jest bar­dzo sta­rym sło­wem, "gaz" znacz­nie now­szym, bo ma­ją­cym za­le­d­wie kil­ka­set lat. Przej­ście od po­wie­trza do ga­zów sta­no­wi­ło prze­ło­mo­we osią­gnię­cie w na­uce. Dla sta­ro­żyt­nych Gre­ków po­wie­trze było jed­nym z czte­rech ży­wio­łów, po pro­stu jed­ną "rze­czą". Ich spo­sób po­strze­ga­nia zo­stał jed­nak za­kwe­stio­no­wa­ny dzię­ki eks­pe­ry­men­tom Ro­ber­ta Boy­le'a w XVII wie­ku. Wte­dy ucze­ni za­czę­li so­bie uświa­da­miać, że ota­cza­ją­ce nas po­wie­trze, któ­rym wszy­scy od­dy­cha­my, skła­da się z wię­cej niż jed­nej sub­stan­cji. Od tam­tej pory było znacz­nie ła­twiej zro­zu­mieć, na czym po­le­ga­ją róż­ne do­świad­cze­nia che­micz­ne. W wie­lu eks­pe­ry­men­tach po­ja­wia­ły się bą­bel­ki albo po­dmuch, któ­ry roz­pły­wał się w po­wie­trzu. Cza­sa­mi wy­da­wa­ło się, że do­świad­cze­nia zmie­nia­ją po­wie­trze. Che­mi­cy czę­sto wy­twa­rza­ją amo­niak, po­wo­du­ją­cy łza­wie­nie oczu, albo siar­ko­wo­dór, śmier­dzą­cy zgni­ły­mi jaj­ka­mi. Póki jed­nak nie byli w sta­nie zbie­rać ga­zów, trud­no im było stwier­dzić, jak za­cho­dzi re­ak­cja che­micz­na. Isa­ac New­ton po­ka­zał, jak waż­ne są po­mia­ry, ale trud­no jest zmie­rzyć gaz, je­śli ucie­ka on do at­mos­fe­ry.

Che­mi­cy mu­sie­li za­tem zna­leźć spo­sób "ła­pa­nia" ga­zów. Naj­po­pu­lar­niej­szą me­to­dą było prze­pro­wa­dza­nie do­świad­czeń w ma­łej, za­mknię­tej prze­strze­ni, ta­kiej jak pu­deł­ko. Za po­mo­cą węża łą­czo­no je z od­wró­co­nym po­jem­ni­kiem cał­ko­wi­cie wy­peł­nio­nym wodą. Je­śli gaz nie roz­pusz­czał się w wo­dzie (a nie­któ­re gazy się w niej nie roz­pusz­cza­ją), bą­bel­ki gro­ma­dzi­ły się na gó­rze po­jem­ni­ka, spy­cha­jąc wodę na dół. Po­my­sło­wy pa­stor Ste­phen Ha­les (1677-1761) skon­stru­ował bar­dzo sku­tecz­ną apa­ra­tu­rę do zbie­ra­nia ga­zów nad wodą. Przez więk­szość swe­go dłu­gie­go ży­cia peł­nił funk­cję wi­ka­re­go w Ted­ding­ton, obec­nie dziel­ni­cy Lon­dy­nu. Był skrom­nym i ma­ło­mów­nym czło­wie­kiem, a przy tym cie­ka­wym świa­ta nie­stru­dzo­nym eks­pe­ry­men­ta­to­rem. Nie­któ­re z jego do­świad­czeń były okrut­ne, na przy­kład mie­rzył ci­śnie­nie krwi koni, owiec i psów za po­mo­cą rur­ki wło­żo­nej bez­po­śred­nio do ar­te­rii. Rur­ka po­łą­czo­na była z dłu­gą szkla­ną rurą. Pa­stor pa­trzył, jak bar­dzo pod­nie­sie się słu­pek krwi, któ­re­go wy­so­kość wska­zy­wa­ła ci­śnie­nie. W przy­pad­ku koni szkla­na rura mu­sia­ła mieć aż 2,7 me­tra wy­so­ko­ści, aby krew nie prze­la­ła się górą.

Ha­les ba­dał tak­że ru­chy so­ków ro­ślin­nych i mie­rzył wzrost róż­nych czę­ści ro­ślin. W tym celu w re­gu­lar­nych od­stę­pach ry­so­wał atra­men­tem małe krop­ki na ło­dy­gach i li­ściach, a na­stęp­nie no­to­wał od­le­gło­ści mię­dzy nimi w cza­sie, gdy ro­śli­na wzra­sta­ła. W ten spo­sób wy­ka­zał, że nie wszyst­kie czę­ści ro­ślin ro­sną w tym sa­mym tem­pie. Użył swo­je­go apa­ra­tu do zbie­ra­nia ga­zów, aby spraw­dzić, jak ro­śli­ny re­agu­ją na róż­ne wa­run­ki. Prze­ko­nał się, że "od­dy­cha­ją" po­wie­trzem. W 1727 roku w książ­ce Ve­ge­ta­ble Sta­ticks (Sta­ty­ka ro­ślin) po­ło­żył pod­wa­li­ny pod póź­niej­sze od­kry­cie fo­to­syn­te­zy, czy­li pro­ce­su, w któ­rym ro­śli­ny wy­ko­rzy­stu­ją świa­tło sło­necz­ne jako źró­dło ener­gii, aby zmie­nić dwu­tle­nek wę­gla i wodę w cu­kry i skro­bię, uwal­nia­jąc przy tym tlen. To je­den z naj­waż­niej­szych pro­ce­sów na na­szej pla­ne­cie. Nie wy­prze­dzaj­my jed­nak fak­tów, gdyż w tam­tych cza­sach nikt jesz­cze nie sły­szał o tle­nie.

Pa­mię­tasz sło­wo pneu­ma z roz­dzia­łu 6? "Pneu­ma­tycz­ny" ozna­cza 'do­ty­czą­cy po­wie­trza', a che­mia pneu­ma­tycz­na była jed­ną z naj­waż­niej­szych ga­łę­zi XVIII-wiecz­nej na­uki. Jed­nak od lat trzy­dzie­stych XVIII wie­ku po­wie­trze prze­sta­no trak­to­wać jako jed­ną "sub­stan­cję". Wia­do­mo było, że nie jest ono jed­no­rod­ne, tzn. jest mie­sza­ni­ną kil­ku ro­dza­jów "po­wie­trza". Po­nad­to na­ukow­cy od­kry­li, że w od­po­wied­nich wa­run­kach więk­szość sub­stan­cji może zmie­nić po­stać na ga­zo­wą.

Ste­phen Ha­les po­ka­zał, że ro­śli­ny, tak jak zwie­rzę­ta, po­trze­bu­ją po­wie­trza. Przez to "po­wie­trze" ro­zu­miał gaz, któ­ry uwal­niał się przy spa­la­niu do­wol­nej rze­czy. Szkoc­ki le­karz i che­mik Jo­seph Black (1728-1799) ze­brał to "po­wie­trze" (któ­re na­zwał "zwią­za­nym po­wie­trzem") i udo­wod­nił, że choć ro­śli­ny mogą w nim żyć i je wy­ko­rzy­sty­wać, to zwie­rzę­ta, umiesz­czo­ne w po­jem­ni­ku wy­peł­nio­nym tyl­ko "zwią­za­nym po­wie­trzem", umie­ra­ją. Po­trze­bo­wa­ły cze­goś in­ne­go do od­dy­cha­nia. Dziś wie­my, że "zwią­za­ne po­wie­trze" to dwu­tle­nek wę­gla (CO2) od­gry­wa­ją­cy waż­ną rolę w cy­klu ży­cia ro­ślin i zwie­rząt. (To tak­że gaz cie­plar­nia­ny, czy­li głów­na przy­czy­na efek­tu cie­plar­nia­ne­go pro­wa­dzą­ce­go do glo­bal­ne­go ocie­ple­nia kli­ma­tu).

Hen­ry Ca­ven­dish (1731-1810), nie­prze­pa­da­ją­cy za to­wa­rzy­stwem ary­sto­kra­ta, spę­dził więk­szość ży­cia w pry­wat­nym la­bo­ra­to­rium w swo­im lon­dyń­skim domu, eks­pe­ry­men­tu­jąc i do­ko­nu­jąc róż­nych po­mia­rów. Od­krył wię­cej wła­ści­wo­ści "zwią­za­ne­go po­wie­trza" i ze­brał inne "po­wie­trze" - bar­dzo lek­kie i eks­plo­du­ją­ce po pod­ło­że­niu iskry w obec­no­ści zwy­kłe­go po­wie­trza. Na­zwał je "ła­two­pal­nym po­wie­trzem". Dziś wie­my, że był to wo­dór. Oka­za­ło się, że ciecz po­wsta­ła w wy­ni­ku tej eks­plo­zji, to zwy­kła woda. Ca­ven­dish ba­dał rów­nież inne gazy, ta­kie jak azot.

Nikt nie od­niósł rów­nie wiel­kich suk­ce­sów w che­mii pneu­ma­tycz­nej jak Jo­seph Prie­stley (1733-1804). Ten nie­zwy­kły pa­stor wy­dał książ­ki o re­li­gii, edu­ka­cji, po­li­ty­ce i hi­sto­rii elek­trycz­no­ści. Zo­stał uni­ta­ria­ni­nem, czy­li człon­kiem gru­py pro­te­stanc­kiej wie­rzą­cej, że Je­zus był tyl­ko wspa­nia­łym na­uczy­cie­lem, nie Sy­nem Bo­żym. Prie­stley jako ma­te­ria­li­sta uczył, że wszyst­kie rze­czy w przy­ro­dzie moż­na wy­tłu­ma­czyć przez re­ak­cje ma­te­rii oraz że nie ma po­trze­by ist­nie­nia du­cha czy du­szy. W pierw­szych dniach re­wo­lu­cji fran­cu­skiej, któ­rą po­pie­rał, jego dom w Bir­ming­ham zo­stał pod­pa­lo­ny przez lu­dzi oba­wia­ją­cych się, że li­be­ral­ne po­glą­dy re­li­gij­ne i spo­łecz­ne, ta­kie jak jego, mogą do­pro­wa­dzić do wy­bu­chu re­wo­lu­cji tak­że na Wy­spach Bry­tyj­skich. Prie­stley uciekł do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdzie spę­dził ostat­nie dzie­sięć lat ży­cia.

Ten nie­zwy­kły pa­stor był też che­mi­kiem. Użył "zwią­za­ne­go po­wie­trza" do zro­bie­nia wody so­do­wej, więc pa­mię­taj o nim, gdy na­stęp­nym ra­zem bę­dziesz pić na­pój ga­zo­wa­ny. Zi­den­ty­fi­ko­wał kil­ka no­wych ga­zów i - jak wszy­scy che­mi­cy pneu­ma­tycz­ni - za­sta­na­wiał się, co się dzie­je, gdy coś się pali. Wie­dział, że pew­ną rolę w pro­ce­sie spa­la­nia od­gry­wa po­wie­trze i że ist­nie­je taki jego ro­dzaj, któ­ry po­wo­du­je in­ten­syw­niej­sze spa­la­nie niż zwy­kły gaz. Uzy­ski­wał to "po­wie­trze", pod­grze­wa­jąc sub­stan­cję, któ­rą zna­my jako tle­nek rtę­ci, i zbie­ra­jąc gaz w ką­pie­li wod­nej. Udo­wod­nił, że zwie­rzę­ta mogą żyć, od­dy­cha­jąc tym "po­wie­trzem", tak jak ro­śli­ny w "zwią­za­nym po­wie­trzu". To nowe "po­wie­trze" mia­ło jed­nak spe­cjal­ną wła­ści­wość - było pier­wiast­kiem uczest­ni­czą­cym w wie­lu re­ak­cjach che­micz­nych, a tak­że w od­dy­cha­niu i spa­la­niu. Są­dził, że jest to sub­stan­cja zwa­na flo­gi­sto­nem i za­wie­ra­ją ją wszyst­kie pal­ne przed­mio­ty, a pod­czas spa­la­nia ją uwal­nia­ją. Gdy po­wie­trze wo­kół nich na­sy­ci się już flo­gi­sto­nem, pa­le­nie usta­je.

Wie­lu che­mi­ków wy­ko­rzy­sty­wa­ło kon­cep­cję flo­gi­sto­nu do wy­ja­śnia­nia, co się dzie­je pod­czas spa­la­nia i dla­cze­go nie­któ­re ro­dza­je "po­wie­trza" po­wo­du­ją, że przed­mio­ty w za­mknię­tym po­jem­ni­ku palą się przez pe­wien czas, a póź­niej ga­sną. Gdy pod­pa­li się ka­wa­łek oło­wiu, pro­dukt spa­la­nia (to, co zo­sta­je) bę­dzie cięż­szy od uży­te­go me­ta­lu. Z tego wy­ni­ka­ło­by, że flo­gi­ston, któ­ry po­noć miał być za­war­ty w oło­wiu i uwal­niać się pod­czas spa­la­nia, mu­siał­by mieć ujem­ną wagę. Po­wo­do­wał­by za­tem, że na­sy­co­ne nim przed­mio­ty by­ły­by lżej­sze od tych, któ­re go nie za­wie­ra­ją.

Pro­duk­ty spa­la­nia ma­te­rii prze­waż­nie są ga­zo­we, więc trud­no je ze­brać i zwa­żyć. Na przy­kład, kie­dy pod­pa­li­my ka­wa­łek drew­na, pro­dukt spa­la­nia, czy­li po­piół, jest znacz­nie lżej­szy od sa­me­go drew­na. Nie­trud­no więc zro­zu­mieć, dla­cze­go Prie­stley my­ślał, że przed­mio­ty za­wie­ra­ją­ce flo­gi­ston ważą mniej niż te bez nie­go. W tej kon­cep­cji flo­gi­ston za­jął miej­sce gazu zwa­ne­go tle­nem, z tym że miał do­kład­nie prze­ciw­ne wła­ści­wo­ści! We­dług Prie­stleya spa­la­na ma­te­ria uwal­nia­ła flo­gi­ston i sta­wa­ła się lżej­sza. My po­wie­dzie­li­by­śmy dziś, że łą­czy­ła się z tle­nem i gdy za­cho­dzi­ła taka re­ak­cja, jej pro­duk­ty ro­bi­ły się cięż­sze. Prie­stley są­dził, że w szczel­nym za­mknię­tym po­jem­ni­ku ze zwy­kłym po­wie­trzem świe­ca ga­śnie, mysz lub ptak umie­ra, po­nie­waż po­wie­trze na­sy­ci­ło się flo­gi­sto­nem. My wie­my, że dzie­je się tak, dla­te­go że skoń­czył się tlen. Ten przy­kład uzmy­sła­wia nam fakt, że moż­na sta­ran­nie prze­pro­wa­dzić do­świad­cze­nia, wszyst­ko do­kład­nie mie­rząc, ale wy­ni­ki wy­ja­śnić na róż­ne spo­so­by.

Czło­wiek, któ­ry nadał na­zwę "tlen", do dziś ucho­dzi za ojca współ­cze­snej che­mii. Był to Fran­cuz An­to­ine Lau­rent de La­vo­isier (1743-1794). Zgi­nął tra­gicz­ną śmier­cią pod­czas re­wo­lu­cji fran­cu­skiej: zo­stał aresz­to­wa­ny, ska­za­ny i stra­co­ny na gi­lo­ty­nie, ale nie dla­te­go, że był che­mi­kiem, tyl­ko po­bor­cą po­dat­ko­wym. W przed­re­wo­lu­cyj­nej Fran­cji bo­ga­ci lu­dzie, któ­rzy zo­sta­wa­li po­bor­ca­mi po­dat­ko­wy­mi, pła­ci­li pań­stwu pew­ne sumy, a na­stęp­nie od­zy­ski­wa­li pie­nią­dze, prze­pro­wa­dza­jąc zbiór­kę po­dat­ków. Sys­tem był zły, ale nie ma do­wo­dów na to, by La­vo­isier go nad­użył. Po­świę­cił na­wet spo­ro cza­su, pro­wa­dząc ba­da­nia na­uko­we i tech­nicz­ne dla pań­stwa, aby zna­leźć od­po­wie­dzi na waż­ne py­ta­nia do­ty­czą­ce ma­nu­fak­tur i rol­nic­twa. Jed­nak po­cho­dził z ro­dzi­ny ary­sto­kra­tycz­nej, a przy­wód­cy re­wo­lu­cji nie­na­wi­dzi­li tej war­stwy spo­łecz­nej, za co za­pła­cił gło­wą.

La­vo­isier, po­dob­nie jak Prie­stley, Ca­ven­dish i inni che­mi­cy pneu­ma­tycz­ni, był za­pa­lo­nym eks­pe­ry­men­ta­to­rem. Stwo­rzył wie­le no­wych sprzę­tów ba­daw­czych. Po­ma­ga­ła mu w tym żona. Ma­da­me La­vo­isier to waż­na po­stać w świe­cie na­uki. Ma­rie-Anne Pier­ret­te Paul­ze (1758-1836) wy­szła za mąż za La­vo­isie­ra, ma­jąc za­le­d­wie czter­na­ście lat (on miał dwa­dzie­ścia osiem). Pra­co­wa­li ra­zem w la­bo­ra­to­rium, prze­pro­wa­dza­jąc do­świad­cze­nia, ro­biąc po­mia­ry i no­tu­jąc wy­ni­ki. Po­nad­to ma­da­me La­vo­isier była uro­czą go­spo­dy­nią domu. Wraz z mę­żem za­ba­wia­ła wy­kształ­co­nych go­ści, któ­rzy oma­wia­li naj­now­sze do­ko­na­nia na­uko­we i wy­na­laz­ki tech­nicz­ne. La­vo­isie­ro­wie two­rzy­li uda­ne mał­żeń­stwo.

La­vo­isier już w szko­le uwiel­biał na­ukę. Jako dziec­ko miał by­stry umysł i am­bi­cje ba­daw­cze. Na­stęp­nie, jak więk­szość ów­cze­snych stu­den­tów che­mii, do­ra­stał w świe­cie apro­bu­ją­cym kon­cep­cję flo­gi­sto­nu, ale wy­ka­zał, że ma ona wie­le wad lo­gicz­nych i eks­pe­ry­men­tal­nych. Za­dbał o moż­li­wie jak naj­lep­szą apa­ra­tu­rę do prze­pro­wa­dza­nia do­świad­czeń. Wraz z żoną pro­jek­to­wał nowy sprzęt la­bo­ra­to­ryj­ny, za­wsze ma­jąc na uwa­dze udo­sko­na­le­nie do­kład­no­ści wy­ni­ków prze­pro­wa­dza­nych ba­dań che­micz­nych. La­vo­isier ko­rzy­stał z bar­dzo do­kład­nej wagi do mie­rze­nia cię­ża­ru sub­stan­cji uży­wa­nych w eks­pe­ry­men­tach. Kil­ka róż­nych ro­dza­jów do­świad­czeń na­uko­wych prze­ko­na­ło go, że waga pro­duk­tów spa­la­nia jest więk­sza od wagi spa­la­nych sub­stan­cji. Wy­ma­ga­ło to zbie­ra­nia i wa­że­nia ga­zów po­wsta­ją­cych pod­czas ta­kich pro­ce­sów.

La­vo­isier kon­ty­nu­ował tak­że ba­da­nia nad od­dy­cha­niem lu­dzi i zwie­rząt. Te eks­pe­ry­men­ty upew­ni­ły go, że gaz uczest­ni­czą­cy w spa­la­niu i od­dy­cha­niu jest po­je­dyn­czym, rze­czy­wi­stym pier­wiast­kiem, a nie ja­kie­goś ro­dza­ju sub­stan­cją, jak flo­gi­ston. Ten pier­wia­stek był też nie­zbęd­ny do tego, aby po­wsta­wa­ły kwa­sy. Che­mi­ków od daw­na fa­scy­no­wa­ły re­ak­cje che­micz­ne kwa­sów i za­sad (cza­sa­mi zwa­ne "pod­sta­wo­wy­mi"). Pa­mię­tasz pa­pie­rek lak­mu­so­wy wy­na­le­zio­ny przez Ro­ber­ta Boy­le'a? La­vo­isier po­szedł tą samą dro­gą. Są­dził, że tlen jest tak waż­nym skład­ni­kiem kwa­sów, że za­wsze go za­wie­ra­ją. Dziś wie­my, że jest ina­czej (je­den z naj­sil­niej­szych kwa­sów - kwas sol­ny - za­wie­ra wo­dór i chlor, ale nie za­wie­ra tle­nu). Jed­nak więk­szość tego, co La­vo­isier po­wie­dział o tle­nie, po­twier­dzi­ło się. Wie­my, że ten pier­wia­stek uczest­ni­czy w spa­la­niu i od­dy­cha­niu oraz że te dwa po­zor­nie róż­ne pro­ce­sy mają ze sobą wie­le wspól­ne­go. Lu­dzie wy­ko­rzy­stu­ją tlen do "spa­la­nia", czy­li prze­twa­rza­nia cu­krów i in­nych skład­ni­ków po­kar­mu, aby do­star­czyć or­ga­ni­zmo­wi ener­gii nie­zbęd­nej do wy­ko­ny­wa­nia co­dzien­nych funk­cji.

La­vo­isie­ro­wie kon­ty­nu­owa­li do­świad­cze­nia che­micz­ne w la- ­tach osiem­dzie­sią­tych XVIII wie­ku, a w 1789 roku, w przeded­niu re­wo­lu­cji fran­cu­skiej, La­vo­isier opu­bli­ko­wał swo­je naj­waż­niej­sze dzie­ło Tra­ité Élémen­ta­ire de Chi­mie (Trak­tat pod­sta­wo­wy che­mii). To pierw­szy no­wo­cze­sny pod­ręcz­nik che­mii, z mnó­stwem in­for­ma­cji o do­świad­cze­niach i sprzę­cie oraz re­flek­sja­mi na te­mat na­tu­ry pier­wiast­ka che­micz­ne­go. Pier­wiast­kiem che­micz­nym na­zy­wa­my sub­stan­cję, któ­rej nie da się roz­ło­żyć na inne na dro­dze re­ak­cji che­micz­nych. Zwią­zek che­micz­ny to po­łą­cze­nie kil­ku pier­wiast­ków i za po­mo­cą od­po­wied­niej re­ak­cji moż­na go roz­ło­żyć. Na przy­kład woda jest związ­kiem che­micz­nym zbu­do­wa­nym z dwóch pier­wiast­ków: wo­do­ru i tle­nu. To roz­róż­nie­nie na pier­wiast­ki i związ­ki che­micz­ne le­gło u pod­staw dzie­ła La­vo­isie­ra. Jego li­sta pier­wiast­ków, czy­li "sub­stan­cji pro­stych", nie obej­mo­wa­ła wszyst­kich obec­nie zna­nych pier­wiast­ków che­micz­nych, po­nie­waż wów­czas wie­le jesz­cze nie zo­sta­ło od­kry­tych. Za to zna­la­zły się na niej za­ska­ku­ją­ce rze­czy, ta­kie jak świa­tło i cie­pło. La­vo­isier po­mógł zro­zu­mieć róż­ni­cę mię­dzy pier­wiast­kiem a związ­kiem che­micz­nym.

Rów­nie istot­na była jego wia­ra w to, że ję­zyk che­mii musi być pre­cy­zyj­ny. La­vo­isier wraz z kil­ko­ma ko­le­ga­mi zre­for­mo­wał ten ję­zyk, do­wo­dząc, że aby sku­tecz­nie upra­wiać na­ukę, trze­ba się po­słu­gi­wać pre­cy­zyj­ny­mi sło­wa­mi. (Lin­ne­usz by się z tym zgo­dził). Che­mi­cy mu­szą być w sta­nie wska­zać pier­wiast­ki i związ­ki che­micz­ne za­sto­so­wa­ne w eks­pe­ry­men­tach, aby do­wol­ny inny che­mik gdzie­kol­wiek na świe­cie wie­dział, ja­kich ma użyć sub­stan­cji. La­vo­isier na­pi­sał: "My­śli­my tyl­ko za po­mo­cą słów". Po nim che­mi­cy co­raz czę­ściej uży­wa­li wspól­ne­go ję­zy­ka.

ROZDZIAŁ 21

Drobiny materii

Ato­my mia­ły dość fa­tal­ną re­pu­ta­cję. Pa­mię­tasz sta­ro­żyt­nych Gre­ków, któ­rych kon­cep­cja za­kła­da­ła, że ato­my po­ru­sza­ją się bez­ład­nie i bez­ce­lo­wo jako jed­ne z ele­men­tów wszech­świa­ta? Dla­cze­go za­tem dziś wy­da­je nam się tak na­tu­ral­ne, że wszyst­ko skła­da się z ato­mów?

Współ­cze­sny "atom" to twór umy­słu wy­so­ce sza­no­wa­ne­go kwa­kra (człon­ka pro­te­stanc­kiej gru­py wy­zna­nio­wej) Joh­na Dal­to­na (1766-1844). Oj­ciec Dal­to­na był tka­czem. Po­słał jed­nak syna do do­brej po­bli­skiej szko­ły, po­nie­waż chło­piec prze­ja­wiał zdol­no­ści ma­te­ma­tycz­ne i za­mi­ło­wa­nie do na­uki. Suk­ce­sy od­no­szo­ne na polu edu­ka­cji, zwłasz­cza ma­te­ma­tycz­nej, za­chę­ci­ły go do re­ali­zo­wa­nia dal­szych am­bi­cji na­uko­wych. Dal­ton osie­dlił się w po­ło­żo­nym nie­da­le­ko ro­dzin­ne­go mia­sta Man­che­ste­rze, któ­ry szyb­ko roz­wi­jał się w cza­sach re­wo­lu­cji prze­my­sło­wej. Za­czę­ły w nim do­mi­no­wać fa­bry­ki pro­du­ku­ją­ce róż­no­ra­kie do­bra. Dal­ton pra­co­wał jako wy­kła­dow­ca i pry­wat­ny na­uczy­ciel. Jako pierw­szy pro­wa­dził od­czy­ty na te­mat śle­po­ty barw, opie­ra­jąc się na wła­snych do­świad­cze­niach ży­cio­wych - dla­te­go za­bu­rze­nie roz­po­zna­wa­nia barw na­zy­wa­no wła­śnie dal­to­ni­zmem. Je­śli znasz ko­goś z tą przy­pa­dło­ścią, to za­pew­ne jest to chło­piec, po­nie­waż dziew­czyn­ki rza­dziej na nią cier­pią.

W Man­che­ster­skim To­wa­rzy­stwie Li­te­rac­kim i Fi­lo­zo­ficz­nym Dal­ton czuł się jak w domu. Jego ak­tyw­ni człon­ko­wie two­rzy­li ro­dzaj ro­dzi­ny tego nie­śmia­łe­go męż­czy­zny, któ­ry ni­g­dy się nie oże­nił. Było to jed­no z wie­lu sto­wa­rzy­szeń za­ło­żo­nych pod ko­niec XVIII wie­ku w wie­lu mia­stach Eu­ro­py i Ame­ry­ki Pół­noc­nej. Ben­ja­min Fran­klin, ba­dacz elek­trycz­no­ści, był na przy­kład jed­nym z za­ło­ży­cie­li Ame­ry­kań­skie­go To­wa­rzy­stwa Fi­lo­zo­ficz­ne­go w Fi­la­del­fii. Oczy­wi­ście fi­lo­zo­fia na­tu­ral­na była tym, co dziś na­zy­wa­my na­uką. Przy­miot­nik "li­te­rac­kie" w na­zwie man­che­ster­skie­go to­wa­rzy­stwa przy­po­mi­na nam, że na­uki nie od­dzie­la­no od in­nych ob­sza­rów in­te­lek­tu­al­nej ak­tyw­no­ści. Człon­ko­wie tej eli­tar­nej gru­py zbie­ra­li się, aby po­słu­chać od­czy­tów na róż­ne te­ma­ty - od sztuk Szek­spi­ra przez ar­che­olo­gię po che­mię. Epo­ka spe­cja­li­za­cji, gdy che­mi­cy roz­ma­wia­li głów­nie z in­ny­mi che­mi­ka­mi, a fi­zy­cy ze swo­imi ko­le­ga­mi po fa­chu, mia­ła na­dejść do­pie­ro w przy­szło­ści. Jak­że eks­cy­tu­ją­ce mu­sia­ły być tak sze­ro­kie za­in­te­re­so­wa­nia!

Dal­ton był czo­ło­wą po­sta­cią ży­cia na­uko­we­go Man­che­ste­ru i jego pra­ce stop­nio­wo za­czę­to do­ce­niać też w Eu­ro­pie i Ame­ry­ce Pół­noc­nej. Uczo­ny prze­pro­wa­dził waż­ne eks­pe­ry­men­ty che­micz­ne, ale sła­wę za­pew­ni­ła mu kon­cep­cja che­micz­ne­go ato­mu. Wcze­śniej che­mi­cy do­wie­dli, że sub­stan­cje che­micz­ne re­agu­ją ze sobą w prze­wi­dy­wal­ny spo­sób. Gdy wo­dór spa­la się w zwy­kłym po­wie­trzu za­wie­ra­ją­cym tlen, pro­duk­tem re­ak­cji jest za­wsze woda, a je­śli się do­ko­na pre­cy­zyj­nych po­mia­rów, wi­dać, że pro­por­cje obu ga­zów, łą­czą­cych się i two­rzą­cych wodę, są za­wsze ta­kie same. (Nie pró­buj tego w domu, po­nie­waż wo­dór jest ła­two­pal­ny i może eks­plo­do­wać). Ten sam ro­dzaj po­wta­rzal­no­ści ob­ser­wo­wa­no w in­nych do­świad­cze­niach che­micz­nych z ga­za­mi, cie­cza­mi i cia­ła­mi sta­ły­mi. Ale dla­cze­go?

W po­przed­nim stu­le­ciu La­vo­isier mó­wił to tym, że pier­wiast­ki są pod­sta­wo­wy­mi jed­nost­ka­mi ma­te­rii i po pro­stu nie da się ich roz­bić na mniej­sze czę­ści. Tę naj­mniej­szą jed­nost­kę ma­te­rii Dal­ton na­zwał ato­mem. Twier­dził, że wszyst­kie ato­my da­ne­go pier­wiast­ka są iden­tycz­ne, ale róż­nią się od ato­mów in­nych pier­wiast­ków. Są­dził, że ato­my to bar­dzo małe, sta­łe cząst­ki ma­te­rii, oto­czo­ne cie­płem. To cie­pło mia­ło słu­żyć ato­mom i związ­kom che­micz­nym, któ­re two­rzy­ły, do łą­cze­nia się z in­ny­mi ato­ma­mi i mo­gło przyj­mo­wać róż­ne sta­ny. Na przy­kład ato­my wo­do­ru i tle­nu mo­gły przejść w stan sta­ły, czy­li lód (gdy mia­ły naj­mniej cie­pła), ciecz lub gaz (gdy mia­ły go naj­wię­cej).

Dal­ton zro­bił mo­de­le swo­ich ato­mów. Wy­ciął je z kar­to­nu i umie­ścił na nich sym­bo­le. Dzię­ki temu oszczę­dzał miej­sce (i czas), gdy wy­pi­sy­wał na­zwy sub­stan­cji che­micz­nych i ich re­ak­cje. Po­cząt­ko­wo jego sys­tem wy­da­wał się zbyt dziw­ny, aby moż­na go było wy­ko­rzy­sty­wać w prak­ty­ce, ale oka­zał się na tyle do­bry, że che­mi­cy stop­nio­wo za­czę­li uży­wać ini­cja­łów ła­ciń­skich nazw jako sym­bo­li pier­wiast­ków (a za­tem i dal­to­now­skich ato­mów). Dla­te­go wo­dór to H, tlen - O, a wę­giel - C. Cza­sa­mi trze­ba było użyć dwóch li­ter, aby unik­nąć po­my­łek, na przy­kład od­kry­ty póź­niej hel nie mógł już mieć sym­bo­lu H, więc wy­bra­no He.

Naj­więk­szą za­le­tą teo­rii ato­mów Dal­to­na jest to, że dzię­ki niej che­mi­cy mo­gli po­zna­wać wła­ści­wo­ści tych dro­bin ma­te­rii, któ­rych ni­g­dy na­wet nie wi­dzie­li. Je­że­li wszyst­kie ato­my pier­wiast­ka są iden­tycz­ne, to mu­szą wa­żyć tyle samo, więc che­mi­cy mo­gli zmie­rzyć masę jed­ne­go ro­dza­ju ato­mów i po­rów­nać ją z in­ny­mi. Za po­mo­cą tych względ­nych pro­por­cji mo­gli usta­lić, ile jest ato­mów po­szcze­gól­nych pier­wiast­ków w związ­ku che­micz­nym. (Dal­ton nie mógł okre­ślić cię­ża­ru po­je­dyn­cze­go ato­mu, więc po­rów­ny­wał tyl­ko masę jed­nych ato­mów z masą dru­gich). Był pio­nie­rem w tej dzie­dzi­nie, ale nie za­wsze miał ra­cję. Na przy­kład za­ło­żył, że gdy z po­łą­cze­nia wo­do­ru i tle­nu po­wsta­je woda, to w re­ak­cji bie­rze udział je­den atom wo­do­ru i je­den atom tle­nu. Opie­ra­jąc się na sta­ran­nych po­mia­rach, przy­pi­sał wo­do­ro­wi masę ato­mo­wą 1 (wo­dór był naj­lżej­szym zna­nym pier­wiast­kiem), a tle­no­wi - 7, więc pro­por­cja wa­go­wa wo­do­ru do tle­nu w wo­dzie wy­nio­sła 1:7. Dal­ton za­wsze za­okrą­glał masy ato­mo­we do war­to­ści cał­ko­wi­tych, a ze względ­nych pro­por­cji, któ­ry­mi się po­słu­gi­wał, wy­ni­ka­ło, że miał ra­cję. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak pro­por­cja wa­go­wa pier­wiast­ków w wo­dzie jest bliż­sza war­to­ści 1:8. Po­nad­to wie­my, że w czą­stecz­ce wody są dwa ato­my wo­do­ru, więc sto­su­nek mas ato­mo­wych wo­do­ru do tle­nu wy­no­si 1:16. Tlen w rze­czy­wi­sto­ści ma masę ato­mo­wą rów­ną 16, a wo­dór - 1, tak jak wy­li­czył Dal­ton. Ato­my wo­do­ru są nie tyl­ko naj­lżej­sze, ale też naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­ny­mi ato­ma­mi we wszech­świe­cie.

Teo­ria ato­mi­stycz­na Dal­to­na nada­wa­ła sens re­ak­cjom che­micz­nym, gdyż po­ka­zy­wa­ła, jak pier­wiast­ki, czy­li ato­my, łą­czą się ze sobą w okre­ślo­nych pro­por­cjach. Dzie­je się tak, kie­dy wo­dór i tlen two­rzą wodę, wę­giel i tlen - dwu­tle­nek wę­gla, a azot i wo­dór - amo­niak. Taka re­gu­lar­ność i spój­ność, a tak­że wzra­sta­ją­ca do­kład­ność na­rzę­dzi po­mia­ro­wych spo­wo­do­wa­ły, że w XIX wie­ku che­mia sta­ła się no­wo­cze­sną na­uką. Teo­ria Dal­to­na sta­no­wi­ła jej fun­da­ment.

W hi­sto­rii no­wo­cze­snej che­mii za­pi­sał się też Hum­ph­ry Davy (1778-1829). W od­róż­nie­niu od spo­koj­ne­go Dal­to­na lu­bił być w cen­trum uwa­gi i miał aspi­ra­cje to­wa­rzy­skie. Tak jak Dal­ton wy­wo­dził się z kla­sy pra­cu­ją­cej i cho­dził do do­brej lo­kal­nej szko­ły w Korn­wa­lii. Miał też szczę­ście. Prak­ty­ko­wał u miej­sco­we­go me­dy­ka, któ­ry szko­lił go na le­ka­rza ro­dzin­ne­go. Ko­rzy­sta­jąc z jego bi­blio­tecz­ki, Davy na­uczył się che­mii (i ję­zy­ków ob­cych). Gdy prze­niósł się do Bri­sto­lu, zo­stał asy­sten­tem w spe­cjal­nej in­sty­tu­cji me­dycz­nej, w któ­rej pa­cjen­tów le­czo­no róż­ny­mi ga­za­mi. Pra­cu­jąc tam, eks­pe­ry­men­to­wał z pod­tlen­kiem azo­tu. Ten zwią­zek che­micz­ny wy­wo­łu­je we­so­łość u osób, któ­re go wdy­cha­ją, i dla­te­go na­zy­wa się go ga­zem roz­we­se­la­ją­cym. Wy­da­na w 1800 roku książ­ka Davy'ego o ga­zach wzbu­dzi­ła sen­sa­cję, po­nie­waż pod­tle­nek azo­tu stał się pew­ne­go ro­dza­ju używ­ką i za­pa­no­wa­ła moda na or­ga­ni­zo­wa­nie przy­jęć, na któ­rych się nim ra­czo­no. Davy od­no­to­wał tak­że, że oso­by wdy­cha­ją­ce ten gaz nie czu­ją bólu, i za­pro­po­no­wał po­da­wa­nie go le­czo­nym pa­cjen­tom. Do­pie­ro po czter­dzie­stu la­tach le­ka­rze za­sto­so­wa­li się do jego su­ge­stii. Pod­tle­nek azo­tu wciąż bywa uży­wa­ny jako śro­dek prze­ciw­bó­lo­wy przez den­ty­stów i in­nych le­ka­rzy.

Davy mógł za­spo­ko­ić swo­je am­bi­cje tyl­ko w sto­łecz­nej me­tro­po­lii. Gdy nada­rzy­ła się oka­zja, prze­niósł się do Lon­dy­nu i zo­stał wy­kła­dow­cą che­mii w Kró­lew­skim In­sty­tu­cie Wiel­kiej Bry­ta­nii, or­ga­ni­za­cji upo­wszech­nia­ją­cej na­ukę wśród kla­sy śred­niej. Tam roz­kwitł jego ta­lent show­ma­na, a od­czy­ty na te­mat che­mii przy­cią­ga­ły tłu­my wi­dzów. Wów­czas lu­dzie czę­sto cho­dzi­li na pre­lek­cje za­rów­no po to, by zdo­być wie­dzę, jak i dla roz­ryw­ki. Davy zo­stał pro­fe­so­rem Kró­lew­skie­go In­sty­tu­tu i roz­wi­nął pra­ce ba­daw­cze. Wraz z in­ny­mi che­mi­ka­mi wpadł na po­mysł, jak moż­na za­sto­so­wać stos elek­trycz­ny Vol­ty, czy­li pierw­szą ba­te­rię. W tym celu roz­pusz­czał związ­ki che­micz­ne w cie­czach, a na­stęp­nie przez roz­twór ge­ne­ro­wa­ny przez stos prze­pusz­czał prąd elek­trycz­ny i ba­dał, co się sta­nie. Po wie­lu ta­kich do­świad­cze­niach stwier­dził, że pier­wiast­ki i związ­ki che­micz­ne są przy­cią­ga­ne przez ujem­ny lub do­dat­ni ko­niec (bie­gun) sto­su. Tą me­to­dą zi­den­ty­fi­ko­wał kil­ka no­wych pier­wiast­ków, na przy­kład sód i po­tas, któ­re gro­ma­dzi­ły się na ujem­nej elek­tro­dzie. Sód wy­stę­pu­je w chlor­ku sodu, czy­li zwy­kłej soli ku­chen­nej na­da­ją­cej sło­ny smak po­tra­wom i wo­dzie mor­skiej. Po od­kry­ciu no­wych pier­wiast­ków Davy mógł eks­pe­ry­men­to­wać z nimi i usta­lać ich względ­ne masy ato­mo­we.

Stos Vol­ty z do­dat­nim i ujem­nym bie­gu­nem zmie­nił spo­sób my­śle­nia che­mi­ków o ato­mach i związ­kach che­micz­nych. Do­dat­nio na­ła­do­wa­ne cząst­ki były przy­cią­ga­ne przez ujem­ny bie­gun, a ujem­nie na­ła­do­wa­ne - przez do­dat­ni. Po­zwo­li­ło to wy­ja­śnić, dla­cze­go pier­wiast­ki mają pew­ne na­tu­ral­ne ten­den­cje do łą­cze­nia się ze sobą. Szwedz­ki che­mik Jöns Ja­cob Be­rze­lius (1779-1848) uczy­nił z tego fak­tu klu­czo­wy ele­ment ste­chio­me­trii - słyn­nej teo­rii prze­mian związ­ków che­micz­nych w re­ak­cjach che­micz­nych. Be­rze­lius miał cięż­kie dzie­ciń­stwo. Jego ro­dzi­ce zmar­li, kie­dy był mały, i wy­cho­wy­wa­li go róż­ni krew­ni. Gdy do­rósł, zo­stał jed­nym z naj­bar­dziej wpły­wo­wych che­mi­ków w Eu­ro­pie. Od­krył ra­dość pły­ną­cą z ba­dań che­micz­nych, gdy uczył się me­dy­cy­ny. Był w sta­nie utrzy­mać się z pra­cy che­mi­ka w Sztok­hol­mie, gdzie za­miesz­kał. Czę­sto po­dró­żo­wał, zwłasz­cza do Pa­ry­ża i Lon­dy­nu, któ­re wów­czas były eks­cy­tu­ją­cy­mi miej­sca­mi dla che­mi­ków.

Be­rze­lius, po­dob­nie jak Davy, uży­wał sto­su Vol­ty, by ob­ser­wo­wać za­cho­wa­nie związ­ków che­micz­nych w roz­two­rach. W ten spo­sób od­krył kil­ka ko­lej­nych pier­wiast­ków i opu­bli­ko­wał wy­kaz wszyst­kich pier­wiast­ków z jesz­cze do­kład­niej­szy­mi ma­sa­mi ato­mo­wy­mi. Usta­lał je, sta­ran­nie ana­li­zu­jąc względ­ne wagi sub­stan­cji re­agu­ją­cych i two­rzą­cych nowe związ­ki albo ule­ga­ją­cych roz­kła­do­wi związ­ków che­micz­nych, a na­stęp­nie wa­żąc pro­duk­ty tych re­ak­cji. W ta­bli­cy che­micz­nej, opra­co­wa­nej przez nie­go w 1818 roku, zna­la­zły się masy ato­mo­we czter­dzie­stu pię­ciu pier­wiast­ków, przy czym wo­dór wciąż miał masę ato­mo­wą rów­ną 1. Be­rze­lius po­dał też skład po­nad dwóch ty­się­cy związ­ków che­micz­nych. To on spo­pu­la­ry­zo­wał wy­my­ślo­ną przez Dal­to­na kon­wen­cję za­pi­su, zgod­nie z któ­rą pier­wiast­ki ozna­cza się pierw­szą li­te­rą lub dwie­ma pierw­szy­mi li­te­ra­mi ich ła­ciń­skiej na­zwy, na przy­kład C to wę­giel, Ca wapń itd. Dzię­ki temu ję­zyk za­pi­su re­ak­cji che­micz­nych stał się ła­twiej­szy do zro­zu­mie­nia. Je­śli zwią­zek che­micz­ny za­wie­rał wię­cej niż je­den atom da­ne­go pier­wiast­ka, Be­rze­lius po­da­wał ich licz­bę po li­te­ro­wym skró­cie jego na­zwy. Dziś na­ukow­cy umiesz­cza­ją tę licz­bę w in­dek­sie dol­nym i na przy­kład O2 ozna­cza czą­stecz­kę skła­da­ją­cą się z dwóch ato­mów tle­nu. Poza tym Be­rze­lius za­pi­sy­wał re­ak­cje che­micz­ne mniej wię­cej tak samo, jak ro­bi­my to współ­cze­śnie.

Be­rze­lius znacz­nie le­piej so­bie ra­dził ze związ­ka­mi nie­orga­nicz­ny­mi niż z or­ga­nicz­ny­mi. Związ­ki or­ga­nicz­ne to te, któ­re za­wie­ra­ją wę­giel i są zwią­za­ne z isto­ta­mi ży­wy­mi, na przy­kład cu­kry i biał­ka. Zwy­kle są one bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne od nie­orga­nicz­nych i mają ten­den­cję do re­ago­wa­nia w inny spo­sób niż kwa­sy, sole i mi­ne­ra­ły, prze­waż­nie bę­dą­ce przed­mio­tem ba­dań Be­rze­liu­sa. Szwed uwa­żał, że re­ak­cji che­micz­nych za­cho­dzą­cych w na­szych or­ga­ni­zmach (albo in­nych istot ży­wych, ta­kich jak drze­wa czy kro­wy) nie da się wy­ja­śnić w ten sam spo­sób jak tych za­cho­dzą­cych w la­bo­ra­to­riach. Za jego ży­cia che­mia or­ga­nicz­na roz­wi­ja­ła się we Fran­cji i w Niem­czech i choć dy­stan­so­wał się od tam­tej­szych che­mi­ków, miał swój wkład w ich ba­da­nia. Po pierw­sze, wpro­wa­dził sło­wo pro­te­ina na je­den z naj­waż­niej­szych związ­ków or­ga­nicz­nych, czy­li biał­ko. Po dru­gie, uświa­do­mił so­bie, że wie­le re­ak­cji che­micz­nych do­cho­dzi do skut­ku tyl­ko w obec­no­ści trze­ciej sub­stan­cji, któ­rą na­zwał ka­ta­li­za­to­rem. Sub­stan­cja ta po­ma­ga w re­ak­cji - czę­sto ją przy­spie­sza - ale sama nie ule­ga w niej zmia­nie w od­róż­nie­niu od in­nych związ­ków che­micz­nych, któ­re się łą­czy­ły lub roz­pa­da­ły. W przy­ro­dzie wy­stę­pu­je wie­le ka­ta­li­za­to­rów i zro­zu­mie­nie, jak dzia­ła­ją, było ce­lem wie­lu che­mi­ków od cza­sów Be­rze­liu­sa.

Po­ję­cie ato­mu po­mo­gło eu­ro­pej­skim che­mi­kom w zro­zu­mie­niu wie­lu za­gad­nień, ale wciąż było jesz­cze mnó­stwo za­ga­dek do roz­wią­za­nia. W 1811 roku wło­ski fi­zyk Ame­deo Avo­ga­dro (1776-1856) sfor­mu­ło­wał śmia­ły po­gląd. Był on tak za­ska­ku­ją­cy, że che­mi­cy od­rzu­ca­li go przez pra­wie czter­dzie­ści lat. Avo­ga­dro oświad­czył, że licz­ba czą­ste­czek do­wol­ne­go gazu w usta­lo­nej ob­ję­to­ści w tej sa­mej tem­pe­ra­tu­rze jest za­wsze taka sama. Hi­po­te­za Avo­ga­dra, jak ją wów­czas na­zwa­no, mia­ła po­waż­ne kon­se­kwen­cje. Ozna­cza­ła, że cię­żar mo­le­ku­lar­ny ga­zów moż­na ob­li­czyć bez­po­śred­nio, sto­su­jąc opra­co­wa­ny przez na­ukow­ca wzór. Pra­wo (czy też hi­po­te­za) Avo­ga­dra po­mo­gło zmo­dy­fi­ko­wać teo­rię ato­mo­wą Dal­to­na, po­nie­waż wy­ja­śnia­ło nie­ty­po­wą wła­ści­wość jed­ne­go z naj­czę­ściej ba­da­nych ga­zów - pary wod­nej. Che­mi­cy dłu­go nie mo­gli zro­zu­mieć, dla­cze­go nie zga­dza się ob­ję­tość wo­do­ru i tle­nu w okre­ślo­nej ilo­ści pary wod­nej przy za­ło­że­niu, że czą­stecz­kę wody two­rzą je­den atom wo­do­ru i je­den atom tle­nu. Oka­za­ło się, że w pa­rze wod­nej na każ­dy atom tle­nu przy­pa­da­ją dwa ato­my wo­do­ru. Che­mi­cy od­kry­li, że w przy­ro­dzie wie­le ga­zów, w tym wo­dór i tlen, wy­stę­pu­je nie w po­sta­ci ato­mo­wej, a w czą­stecz­ko­wej (zbu­do­wa­nych z co naj­mniej dwóch ato­mów), jak H2 i O2.

Je­śli wie­rzy­ło się w teo­rię ato­mo­wą Dal­to­na i kon­cep­cję do­dat­nich lub ujem­nych ato­mów pier­wiast­ków Be­rze­liu­sa, wy­da­wa­ło się, że twier­dze­nie Avo­ga­dra nie ma sen­su. Jak dwa ujem­ne ato­my tle­nu mo­gły­by się ze sobą zwią­zać? Dla­te­go hi­po­te­zę Avo­ga­dra przez dłu­gi czas od­rzu­ca­no. Jed­nak znacz­nie póź­niej oka­za­ło się, że do­sko­na­le pa­su­je ona do in­nych ele­men­tów che­micz­nej ukła­dan­ki i dziś jest jed­nym z fun­da­men­tal­nych praw che­mii. W na­uce czę­sto tak bywa, że wszyst­kie frag­men­ty wie­dzy za­czy­na­ją do sie­bie pa­so­wać do­pie­ro po ja­kimś cza­sie i wte­dy wszyst­ko na­bie­ra sen­su.

ROZDZIAŁ 22

Siły, pola i magnetyzm

Teo­ria ato­mi­stycz­na Dal­to­na sta­ła się fun­da­men­tem współ­cze­snej che­mii, ale były też inne spo­so­by pa­trze­nia na te naj­mniej­sze ele­men­ty ma­te­rii. Przede wszyst­kim ato­my po­tra­fią coś wię­cej, niż tyl­ko łą­czyć się w związ­ki che­micz­ne. Jed­nak nie wcho­dzą tak po pro­stu w re­ak­cje che­micz­ne. I Davy, i Be­rze­lius w spryt­ny spo­sób wy­ko­rzy­sta­li fakt, że ato­my w roz­two­rze przy­cią­ga do­dat­ni lub ujem­ny bie­gun, je­śli przez roz­twór prze­pusz­cza się prąd elek­trycz­ny (ato­my były też czę­ścią "elek­trycz­no­ści"). Dla­cze­go jed­nak w roz­two­rze soli mor­skiej sód miał­by się prze­miesz­czać w kie­run­ku ujem­ne­go bie­gu­na, a chlor - do­dat­nie­go?

Na po­cząt­ku XIX wie­ku ta­kie kwe­stie wzbu­dza­ły go­rą­ce dys­ku­sje. Jed­nym z waż­niej­szych po­szu­ki­wa­czy od­po­wie­dzi na te py­ta­nia był dość nie­zwy­kły czło­wiek - Mi­cha­el Fa­ra­day (1791-1867). Uro­dził się w prze­cięt­nej ro­dzi­nie i ode­brał tyl­ko pod­sta­wo­wą edu­ka­cję. W mło­do­ści uczył się in­tro­li­ga­tor­stwa, ale po­ko­chał na­ukę i więk­szość wol­ne­go cza­su po­świę­cał czy­ta­niu wszyst­kie­go, co na jej te­mat wpa­dło mu w ręce. Po­pu­lar­na książ­ka dla dzie­ci o che­mii roz­pa­li­ła jego wy­obraź­nię, a klient za­kła­du in­tro­li­ga­tor­skie­go, w któ­rym Fa­ra­day pra­co­wał, za­ofe­ro­wał mu bi­let na od­czyt Hum­ph­ry'a Davy'ego w Kró­lew­skim In­sty­tu­cie. Fa­ra­day wy­słu­chał wy­kła­du z za­chwy­tem, ro­biąc do­kład­ne no­tat­ki bar­dzo sta­ran­nym pi­smem. Pe­łen za­pa­łu po­ka­zał je Davy'emu. Ich skru­pu­lat­ność zro­bi­ła na nim wra­że­nie, ale wy­ra­ził opi­nię, że w na­uce nie ma po­sad, a in­tro­li­ga­tor­stwo jest lep­szym fa­chem dla ko­goś, kto chce za­ra­biać na ży­cie.

Jed­nak nie­dłu­go póź­niej po­trzeb­ny był ktoś na sta­no­wi­sko asy­sten­ta w Kró­lew­skim In­sty­tu­cie i Davy za­pro­po­no­wał tę pra­cę Fa­ra­day­owi. Ten ją przy­jął i po­zo­stał w tej pla­ców­ce do koń­ca ży­cia, sta­ra­jąc się uczy­nić z niej zy­skow­ną or­ga­ni­za­cję o do­brej re­pu­ta­cji. Na po­cząt­ku swo­jej ka­rie­ry roz­wią­zy­wał pro­ble­my che­micz­ne zwią­za­ne z pra­cą Davy'ego. Świet­nie so­bie ra­dził w la­bo­ra­to­rium, ale nie re­zy­gno­wał też z czy­ta­nia o ogól­niej­szych za­gad­nie­niach na­uko­wych. Był tak­że bo­go­boj­nym człon­kiem pew­nej gru­py pro­te­stan­tów. Wie­le cza­su po­świę­cał dzia­łal­no­ści ko­ściel­nej, a wia­ra kie­ro­wa­ła jego po­szu­ki­wa­nia­mi na­uko­wy­mi. Po pro­stu wie­rzył, że Bóg stwo­rzył wszech­świat taki, jaki jest, ale lu­dzie są w sta­nie zro­zu­mieć, jak wszyst­ko w nim do sie­bie pa­su­je.

Wkrót­ce po za­trud­nie­niu Fa­ra­daya w Kró­lew­skim In­sty­tu­cie Davy ze świe­żo po­ślu­bio­ną żoną uda­li się w po­dróż po Eu­ro­pie i za­bra­li go ze sobą. Wy­wo­dzą­ca się z ary­sto­kra­cji żona Davy'ego trak­to­wa­ła Fa­ra­daya jak słu­żą­ce­go, ale pod­czas osiem­na­sto­mie­sięcz­nej po­dró­ży Mi­cha­el spo­tkał wie­le czo­ło­wych po­sta­ci na­uki w Eu­ro­pie. Po po­wro­cie do Lon­dy­nu Fa­ra­day i Davy kon­ty­nu­owa­li pra­cę nad róż­ny­mi pro­ble­ma­mi prak­tycz­ny­mi. Zaj­mo­wa­li się mię­dzy in­ny­mi tym, co po­wo­du­je wy­bu­chy w ko­pal­niach, jak ulep­szyć mie­dzia­ne dna stat­ków i ja­kie są wła­ści­wo­ści optycz­ne świa­tła. W mia­rę jak Davy'ego co­raz bar­dziej po­chła­nia­ła po­li­ty­ka na­uko­wa, Fa­ra­day w co­raz więk­szym stop­niu sta­wał się sa­mo­dziel­nym pra­cow­ni­kiem na­uko­wym. Jego uwa­gę przy­ku­ła za­leż­ność mię­dzy elek­trycz­no­ścią a ma­gne­ty­zmem.

W 1820 roku duń­ski fi­zyk Hans Chri­stian ?r­sted (1777-1851) od­krył elek­tro­ma­gne­tyzm (taki spo­sób ma­ni­pu­lo­wa­nia prą­dem elek­trycz­nym, aby po­wsta­ło pole ma­gne­tycz­ne). Ma­gne­tyzm był od daw­na zna­ny, a kom­pas, ze wska­zu­ją­cą pół­noc że­la­zną igłą, wciąż oka­zy­wał się przy­dat­ny. Na­wi­ga­to­rzy po­słu­gi­wa­li się nim na dłu­go przed od­kry­ciem Ame­ry­ki przez Krzysz­to­fa Ko­lum­ba, a ucze­ni za­sta­na­wia­li się, dla­cze­go tyl­ko nie­któ­re sub­stan­cje, ta­kie jak że­la­zo, moż­na ma­gne­ty­zo­wać, bo więk­szość przed­mio­tów była obo­jęt­na wo­bec tego typu za­bie­gów. Fakt, że kom­pa­sy za­wsze wska­zy­wa­ły ten sam kie­ru­nek, ozna­czał, że sama Zie­mia dzia­ła­ła jak wiel­ki ma­gnes.

Elek­tro­ma­gne­tyzm ?r­ste­da wzbu­dził falę na­uko­we­go za­in­te­re­so­wa­nia, a Fa­ra­day na niej po­pły­nął. We wrze­śniu 1821 roku do­ko­nał jed­ne­go z naj­słyn­niej­szych eks­pe­ry­men­tów w hi­sto­rii na­uki. Stwier­dził, że mała igła ma­gne­tycz­na ob­ra­ca się do­oko­ła swo­jej osi, je­śli jest oto­czo­na dru­ta­mi, przez któ­re pły­nie prąd elek­trycz­ny. Gdy prąd pły­nął przez zwo­je dru­tu, two­rzył pole ma­gne­tycz­ne, któ­re przy­cią­ga­ło igłę i po­wo­do­wa­ło jej ob­rót. Było to efek­tem tego, co Fa­ra­day na­zwał li­nia­mi sił. Do­ce­nił ich zna­cze­nie. W tym do­świad­cze­niu po raz pierw­szy Fa­ra­day prze­kształ­cił ener­gię elek­trycz­ną (prąd) w me­cha­nicz­ną (ob­rót igły). Od­krył za­sa­dę, na któ­rej opie­ra się dzia­ła­nie wszyst­kich sil­ni­ków elek­trycz­nych. Sil­ni­ki w pral­kach, od­twa­rza­czach CD i od­ku­rza­czach za­mie­nia­ją elek­trycz­ność w moc me­cha­nicz­ną.

Przez na­stęp­ne trzy­dzie­ści lat Fa­ra­day kon­ty­nu­ował ba­da­nia nad elek­trycz­no­ścią i ma­gne­ty­zmem. Na­le­żał do naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych eks­pe­ry­men­ta­to­rów wszech cza­sów. Jego do­świad­cze­nia były głę­bo­ko prze­my­śla­ne i sta­ran­nie wy­ko­ny­wa­ne. Na­to­miast jego opra­co­wa­nia na­uko­we przy­po­mi­na­ją ra­czej za­pi­ski la­bo­ra­to­ryj­ne, po­nie­waż w ra­mach sa­mo­dziel­nej edu­ka­cji nie po­głę­bił zna­jo­mo­ści ma­te­ma­ty­ki. Szcze­gó­ło­wo opi­sy­wał w nich sprzęt, co zro­bił i co za­ob­ser­wo­wał. Jego pra­ce po­mo­gły zro­zu­mieć na­ukow­com rolę ła­dun­ków elek­trycz­nych w re­ak­cjach che­micz­nych. Na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych XIX wie­ku skon­stru­ował ge­ne­ra­tor i trans­for­ma­tor elek­trycz­ny. W ge­ne­ra­to­rze elek­trycz­nym wsu­wał sta­ły ma­gnes w zwój dru­tu i wy­su­wał go, co wzbu­dza­ło prąd. Z ko­lei w trans­for­ma­to­rze elek­trycz­nym prze­pusz­czał prąd przez drut na­wi­nię­ty na że­la­zny pier­ścień, co na krót­ko ge­ne­ro­wa­ło prąd w in­nym dru­cie, na­wi­nię­tym na dru­gą po­ło­wę pier­ście­nia. Fa­ra­day zda­wał so­bie spra­wę z to­por­no­ści tych eks­pe­ry­men­tów, a jed­no­cze­śnie ich do­nio­sło­ści. Za­leż­ność mię­dzy elek­trycz­no­ścią a ma­gne­ty­zmem oraz prze­kształ­ca­nie ener­gii elek­trycz­nej w me­cha­nicz­ną do­słow­nie na­pę­dza współ­cze­sny świat.

Fa­ra­day roz­wi­jał sze­ro­kie za­in­te­re­so­wa­nia na­uko­we i po­świę­cał spo­ro cza­su na udział w ze­bra­niach ko­mi­te­tów na­uko­wych i dzia­łal­no­ści Kró­lew­skie­go In­sty­tu­tu. Wpro­wa­dził bo­żo­na­ro­dze­nio­we od­czy­ty, któ­re do dziś cie­szą się po­pu­lar­no­ścią. Nie­któ­re z nich po­ka­zy­wa­ne są w te­le­wi­zji. Jed­nak jego naj­więk­szą mi­łoś­cią po­zo­sta­ły elek­trycz­ność i ma­gne­tyzm. Dzię­ki tej fa­scy­na­cji nasz słow­nik wzbo­ga­cił się o nowe ter­mi­ny na­uko­we, a zja­wi­ska, któ­re ba­dał Fa­ra­day, mają dziś wie­le przy­dat­nych za­sto­so­wań. Uczo­ny żar­to­wał na­wet na te­mat swo­ich wy­na­laz­ków. Za­py­ta­ny przez po­li­ty­ka o przy­dat­ność elek­trycz­no­ści w prak­ty­ce, miał po­noć od­po­wie­dzieć: "No cóż, sir, ist­nie­ją duże szan­se na to, że wkrót­ce bę­dzie pan mógł ją opo­dat­ko­wać!"

Po dru­giej stro­nie Atlan­ty­ku ogrom­ne za­in­te­re­so­wa­nie elek­trycz­no­ścią i ma­gne­ty­zmem za­owo­co­wa­ło po­ja­wie­niem się in­ne­go no­wa­tor­skie­go wy­na­laz­ku - te­le­gra­fu. Prze­sy­ła­nie sy­gna­łów za po­śred­nic­twem prze­wo­dów elek­trycz­nych roz­po­czę­to już na po­cząt­ku XIX wie­ku, ale do­pie­ro Ame­ry­ka­nin Sa­mu­el Mor­se (1791-1872) zbu­do­wał pierw­szy te­le­graf da­le­kie­go za­się­gu. W 1844 roku, uży­wa­jąc al­fa­be­tu na­zwa­ne­go póź­niej jego na­zwi­skiem, prze­słał wia­do­mość na od­le­głość po­nad 60 km, z Wa­szyng­to­nu do Bal­ti­mo­re. Wkrót­ce ko­mu­ni­ka­cja te­le­gra­ficz­na roz­wi­nę­ła się na ca­łym świe­cie, a Bry­tyj­czy­cy za­sto­so­wa­li ją do łą­cze­nia się z pla­ców­ka­mi na krań­cach roz­le­głe­go im­pe­rium. Lu­dzie zy­ska­li moż­li­wość szyb­kie­go po­ro­zu­mie­wa­nia się, a naj­śwież­sze wia­do­mo­ści moż­na było na­tych­miast prze­ka­zać da­lej.

Fa­ra­day wpro­wa­dził po­ję­cie pola elek­trycz­ne­go, aby wy­ja­śnić, dla­cze­go elek­trycz­ność i ma­gne­tyzm mają cha­rak­te­ry­stycz­ne za­dzi­wia­ją­ce wła­ści­wo­ści. Na­ukow­cy już wcze­śniej uży­wa­li kon­cep­cji pola (ob­sza­ru dzia­ła­nia), pró­bu­jąc zro­zu­mieć re­ak­cje che­micz­ne, elek­trycz­ność, ma­gne­tyzm, świa­tło i gra­wi­ta­cję. Przy­pusz­cza­li, że te zja­wi­ska za­cho­dzą w ogra­ni­czo­nej prze­strze­ni, czy­li polu, tak jak me­cze gier ze­spo­ło­wych roz­gry­wa­ne są na usta­lo­nym polu, bo­isku czy kor­cie. W wy­ja­śnie­niach do­ty­czą­cych elek­trycz­no­ści i ma­gne­ty­zmu kon­cep­cja pola od­gry­wa­ła klu­czo­wą rolę. Fa­ra­day twier­dził, że waż­niej­sze są po­mia­ry ob­sza­ru dzia­ła­nia niż sama elek­trycz­ność, świa­tło czy ma­gne­tyzm. Siłę pola elek­trycz­ne­go moż­na było po­ka­zać w eks­pe­ry­men­tach.

Fa­ra­day nie mógł uwie­rzyć, że gra­wi­ta­cja może od­dzia­ły­wać po­przez próż­nię. Dla­te­go przy­jął, że nie ist­nie­je próż­nia ab­so­lut­na. Jego zda­niem prze­strzeń wy­peł­nia­ła bar­dzo de­li­kat­na sub­stan­cja zwa­na ete­rem. Ten ko­smicz­ny eter (nie­ma­ją­cy nic wspól­ne­go z ete­rem sto­so­wa­nym jako śro­dek znie­czu­la­ją­cy) po­zwo­lił fi­zy­kom i che­mi­kom wy­ja­śnić wie­le zja­wisk po­przez od­dzia­ły­wa­nia bez­po­śred­nie. Za­tem pola Fa­ra­daya wo­kół prą­dów ma­gne­tycz­nych lub ma­gne­sów mo­gły po­wstać na sku­tek po­bu­dza­nia drob­nej ma­te­rii ete­ru przez prą­dy elek­trycz­ne lub ma­gne­sy. W ten spo­sób było też ła­twiej wy­tłu­ma­czyć gra­wi­ta­cję. Gdy­by nie ta teo­ria, mu­sia­ła­by być ona ja­kąś ta­jem­ni­czą siłą, jak ma­gicz­ne moce daw­nych al­che­mi­ków, w co Fa­ra­day nie wie­rzył. Ete­ru nie dało się zo­ba­czyć ani po­czuć, ale fi­zy­cy są­dzi­li, że jego obec­ność po­zwa­la wy­ja­śnić ich eks­pe­ry­men­ty. W Wiel­kiej Bry­ta­nii kon­cep­cją ete­ru ko­smicz­ne­go po­słu­gi­wa­no się aż do po­cząt­ku XX wie­ku, kie­dy to do­świad­czal­nie wy­ka­za­no, że coś ta­kie­go nie ist­nie­je!

Więk­szość prac Fa­ra­daya o si­łach oka­za­ła się bar­dzo przy­dat­na. Póź­niej fi­zy­cy po­sze­rzy­li wie­dzę na ten te­mat i wpro­wa­dzi­li lep­szy, ma­te­ma­tycz­ny opis elek­trycz­no­ści, ma­gne­ty­zmu oraz wie­lu in­nych zja­wisk fi­zycz­nych wy­stę­pu­ją­cych na świe­cie. Fa­ra­day był ostat­nim wiel­kim fi­zy­kiem nie­sto­su­ją­cym ma­te­ma­ty­ki.

Spu­ści­znę po Fa­ra­dayu za­bez­pie­czył Ja­mes Clerk Ma­xwell (1831-1879) z no­we­go po­ko­le­nia fi­zy­ków ma­te­ma­tycz­nych. Zwy­kle wy­mie­nia się go ra­zem z New­to­nem i Ein­ste­inem. Z pew­no­ścią na­le­żał do naj­bar­dziej kre­atyw­nych fi­zy­ków wszech cza­sów. Uro­dził się w Edyn­bur­gu. Po ukoń­cze­niu tam­tej­szych szkół stu­dio­wał na uni­wer­sy­te­cie w Cam­brid­ge. Po stu­diach wró­cił na krót­ko do Szko­cji, aby uczyć in­nych spra­gnio­nych wie­dzy. Opi­sał wów­czas pier­ście­nie Sa­tur­na. W 1860 roku prze­niósł się do King's Col­le­ge w Lon­dy­nie. Spę­dzo­ne w nim lata hi­sto­ria na­uki za­li­cza do naj­bar­dziej płod­nych w jego ży­ciu. Roz­wi­nął tam teo­rię barw i zro­bił pierw­sze ko­lo­ro­we zdję­cie. Za­wsze in­te­re­so­wa­ły go elek­trycz­ność i ma­gne­tyzm. Po­łą­czył je ze sobą na do­bre, do­star­cza­jąc od­po­wied­nich na­rzę­dzi ma­te­ma­tycz­nych. Za po­mo­cą rów­nań ma­te­ma­tycz­nych wy­ra­ził Fa­ra­day­ow­skie idee pola. Po nim fi­zy­cy uży­wa­li ich do opi­su elek­tro­ma­gne­ty­zmu. Z rów­nań Ma­xwel­la wy­ni­ka­ło, że siła elek­tro­ma­gne­tycz­na jest falą, co było jed­nym z naj­waż­niej­szych od­kryć w dzie­dzi­nie fi­zy­ki. Te fale po­ru­sza­ją się z pręd­ko­ścią świa­tła. Dziś wie­my, że świa­tło i ener­gia sło­necz­na do­cie­ra­ją do nas w po­sta­ci fal elek­tro­ma­gne­tycz­nych. W za­sa­dzie Ma­xwell prze­wi­dział cały za­kres zna­nych nam fal: ra­dio­wych do trans­mi­to­wa­nia pro­gra­mów ra­dio­sta­cji, mi­kro­fal w ku­chen­kach mi­kro­fa­lo­wych, ul­tra­fio­le­tu i pod­czer­wie­ni po­wy­żej i po­ni­żej fal wi­dzial­nych, któ­re mają ko­lo­ry tę­czy, a tak­że pro­mie­nio­wa­nia rent­ge­now­skie­go i fal gam­ma. W ży­ciu współ­cze­sne­go czło­wie­ka są one obec­ne na co dzień. Mimo że Ma­xwell gło­sił ich ist­nie­nie, więk­szość tych po­sta­ci ener­gii od­kry­to do­pie­ro póź­niej. Nic więc dziw­ne­go, że do­ro­bek na­uko­wy Ma­xwel­la zo­stał w peł­ni do­ce­nio­ny do­pie­ro po pew­nym cza­sie. Jego A Tre­ati­se on Elec­tri­ci­ty and Ma­gne­tism (Trak­tat o elek­trycz­no­ści i ma­gne­ty­zmie) z 1873 roku jest chy­ba naj­waż­niej­szym dzie­łem po­wsta­łym mię­dzy Prin­ci­pia New­to­na a dwu­dzie­sto­wiecz­ny­mi pra­ca­mi nau­ko­wy­mi.

W cza­sie pi­sa­nia tego trak­ta­tu Ma­xwell prze­niósł się do Cam­brid­ge, aby zor­ga­ni­zo­wać La­bo­ra­to­rium imie­nia Ca­ven­di­sha, w któ­rym w na­stęp­nych de­ka­dach wy­ko­na­no wie­le waż­nych ba­dań fi­zycz­nych. Umarł mło­do, w wie­ku 48 lat, ale zdą­żył prze­pro­wa­dzić fun­da­men­tal­ne ba­da­nia nad za­cho­wa­niem ga­zów, wy­ko­rzy­stu­jąc do nich spe­cjal­ny ro­dzaj ma­te­ma­ty­ki - sta­ty­sty­kę. Za jej po­mo­cą opi­sał, jak ogrom­ne ilo­ści ato­mów ga­zów, z któ­rych każ­dy po­ru­sza się z inną pręd­ko­ścią i w in­nym kie­run­ku, po­wo­du­ją zna­ne efek­ty w róż­nych tem­pe­ra­tu­rach i przy róż­nym ci­śnie­niu. Do­star­czył ma­te­ma­tycz­nych na­rzę­dzi wy­ja­śnia­ją­cych to, co Ro­bert Boy­le i Ro­bert Ho­oke ob­ser­wo­wa­li wie­le lat wcześ­niej. Ma­xwell opra­co­wał tak­że pod­sta­wo­wą kon­cep­cję me­cha­ni­zmu sprzę­że­nia zwrot­ne­go, czy­li pro­ce­sów od­by­wa­ją­cych się w pę­tlach, któ­re na­zwał re­gu­la­to­ra­mi. Te me­cha­ni­zmy są bar­dzo istot­ne w tech­ni­ce, in­for­ma­ty­ce i ro­bo­ty­ce. Za­cho­dzą tak­że w na­szych or­ga­ni­zmach. Na przy­kład, gdy robi nam się za go­rą­co, cia­ło to od­czu­wa i za­czy­na się po­cić. Pa­ru­ją­cy pot ochła­dza nas. A kie­dy jest nam zim­no, dy­go­cze­my, a kur­czą­ce się przy tym mię­śnie wy­dzie­la­ją cie­pło, któ­re nas roz­grze­wa. Te me­cha­ni­zmy sprzę­że­nia zwrot­ne­go po­zwa­la­ją nam utrzy­mać sta­łą tem­pe­ra­tu­rę cia­ła.

Ma­xwell miał po­czu­cie hu­mo­ru, był bar­dzo re­li­gij­ny i moc­no zwią­za­ny z żoną, któ­ra była dość do­mi­nu­ją­ca w związ­ku. Na przy­ję­ciach ma­wia­ła: "Ja­mes, za­czy­nasz się do­brze ba­wić - pora wra­cać do domu". Na szczę­ście nie ode­bra­ła mu ra­do­ści z pra­cy w la­bo­ra­to­rium.

ROZDZIAŁ 23

Świat dinozaurów

Gdy by­łem mały, mia­łem trud­no­ści ze wska­za­niem róż­nic mię­dzy di­no­zau­ra­mi a smo­ka­mi. Na ry­sun­kach czę­sto wy­glą­da­ły tak samo - z ogrom­ny­mi zę­ba­mi, po­tęż­ny­mi szczę­ka­mi, skó­rą po­kry­tą łu­ska­mi i ocza­mi zie­ją­cy­mi nie­na­wi­ścią. Nie­kie­dy przed­sta­wia­no, jak ata­ku­ją inne zwie­rzę­ta. Nie­wąt­pli­wie le­piej uni­kać obu tych ro­dza­jów stwo­rzeń.

Jed­nak di­no­zau­ry róż­nią się od smo­ków pod jed­nym za­sad­ni­czym wzglę­dem. Smo­ki wy­stę­pu­ją w grec­kich mi­tach, le­gen­dach zwią­za­nych z ży­ciem kró­la Ar­tu­ra i ba­śniach. Po­ja­wia­ją się w sztu­kach z róż­nych epok i na pa­ra­dach z oka­zji chiń­skie­go No­we­go Roku. Na­wet je­śli mają taką moc, że prze­trwa­ły we współ­cze­śnie two­rzo­nych opo­wie­ściach, za­wsze po­zo­sta­ną pro­duk­tem ludz­kiej wy­obraź­ni. Smo­ki ni­g­dy nie ist­nia­ły. Na­to­miast di­no­zau­ry żyły kie­dyś na zie­mi. Było to w tak za­mierz­chłej prze­szło­ści, że nie wi­dział ich ża­den czło­wiek. Kró­lo­wa­ły na na­szej pla­ne­cie oko­ło 200 mi­lio­nów lat temu. Wie­my o nich, po­nie­waż ich ko­ści za­cho­wa­ły się jako ska­mie­li­ny. Od­kry­cie szcząt­ków tych zwie­rząt na po­cząt­ku XIX wie­ku było waż­nym kro­kiem w na­uce. Pierw­si geo­lo­dzy, a póź­niej zwy­kli lu­dzie, zda­li so­bie spra­wę z tego, że Zie­mia jest znacz­nie star­sza, niż po­cząt­ko­wo są­dzo­no.

Sło­wo pa­le­on­to­lo­gia na­ro­dzi­ło się we Fran­cji w 1822 roku. Ozna­cza na­ukę zaj­mu­ją­cą się ba­da­niem ska­mie­nia­ło­ści. Ska­mie­li­ny to szcząt­ki ży­ją­cych daw­niej ro­ślin lub zwie­rząt, któ­re za­cho­wa­ły się dzię­ki sprzy­ja­ją­cym wa­run­kom. Ska­mie­li­na­mi na­zy­wa­my rów­nież ich od­ci­ski w ska­łach. Moż­na je po­dzi­wiać w wie­lu mu­ze­ach. Po­szu­ki­wa­nie i zbie­ra­nie ich do­star­cza wiel­kiej przy­jem­no­ści, ale dziś trud­no jest zna­leźć ja­kie­kol­wiek ska­mie­nia­ło­ści, gdyż więk­szość zo­sta­ła ze­bra­na przez na­ukow­ców i mu­ze­al­ni­ków. Jed­nak w nie­któ­rych miej­scach na świe­cie, ta­kich jak Lyme Re­gis na po­łu­dnio­wym wy­brze­żu An­glii, kli­fy są wciąż pod­my­wa­ne przez mor­skie fale i ule­ga­ją ero­zji, co po­wo­du­je od­sła­nia­nie ska­mie­lin.

Od ty­się­cy lat lu­dzie na­tra­fia­li na ska­mie­nia­ło­ści. Po­cząt­ko­wo sło­wo to ozna­cza­ło po pro­stu "coś wy­ko­pa­ne­go", więc mo­gły to być sta­re mo­ne­ty, frag­men­ty ce­ra­mi­ki czy ka­wał­ki ład­ne­go kwar­cu. Jed­nak więk­szość za­ko­pa­nych w zie­mi obiek­tów wy­glą­da­ła jak musz­le, sko­ru­py, zęby lub ko­ści zwie­rząt i stop­nio­wo sło­wo za­wę­ża­ło zna­cze­nie do tego, co wy­glą­da jak frag­men­ty ro­ślin lub zwie­rząt. Musz­le i sko­ru­py mor­skich stwo­rzeń cza­sa­mi znaj­do­wa­no na szczy­tach gór, da­le­ko od mórz. Spe­try­fi­ko­wa­ne (czy­li zmie­nio­ne w ka­mień) ko­ści, zęby, sko­ru­py i musz­le czę­sto nie przy­po­mi­na­ły tych, któ­re mia­ły współ­cze­śnie ży­ją­ce zwie­rzę­ta. W XVII wie­ku przy­rod­ni­cy za­pro­po­no­wa­li trzy wy­ja­śnie­nia tych zna­le­zisk. Po pierw­sze, nie­któ­rzy wie­rzy­li, że te od­kry­te frag­men­ty były efek­tem dzia­ła­nia spe­cjal­nej siły na­tu­ry, któ­ra dą­ży­ła do stwo­rze­nia no­wych ro­dza­jów or­ga­ni­zmów, co jed­nak się jej nie uda­ło. Przy­po­mi­na­ły ży­ją­ce ro­śli­ny i zwie­rzę­ta, ale nie­zu­peł­nie. Inni uzna­li, że ska­mie­li­ny to praw­dzi­we po­zo­sta­ło­ści ga­tun­ków ro­ślin i zwie­rząt, któ­re po pro­stu nie zo­sta­ły wciąż od­kry­te. Wiel­kie ob­sza­ry zie­mi nie były wów­czas jesz­cze zba­da­ne, więc ist­nia­ły szan­se na zna­le­zie­nie stwo­rzeń w od­le­głych czę­ściach świa­ta lub w oce­anach. Trze­cia gru­pa uczo­nych ośmie­li­ła się twier­dzić, że ta­kie żywe or­ga­ni­zmy żyły kie­dyś na zie­mi, ale już wy­gi­nę­ły. Gdy­by to była praw­da, zie­mia mu­siał­by być znacz­nie star­sza, niż są­dzi­ła więk­szość lu­dzi.

Do­pie­ro w XVIII wie­ku sło­wo "ska­mie­nia­ło­ści" na­bra­ło współ­cze­sne­go zna­cze­nia. Tym ter­mi­nem okre­śla­no spe­try­fi­ko­wa­ne po­zo­sta­ło­ści ro­ślin i zwie­rząt, któ­re nie­gdyś żyły na Zie­mi. Świa­do­mość kon­se­kwen­cji tego fak­tu za­czę­ła do­mi­no­wać w my­śle­niu na­uko­wym. Fran­cu­ski na­uko­wiec Geo­r­ges Cu­vier (1769-1832) prze­ko­nał cały świat, że nie­któ­re stwo­rze­nia wy­mar­ły. Jako bar­dzo do­bry ana­tom po­rów­ny­wał bu­do­wę róż­nych ga­tun­ków zwie­rząt. Szcze­gól­nie in­te­re­so­wa­ły go ryby, ale miał też spo­rą wie­dzę o resz­cie kró­le­stwa zwie­rząt. Prze­pro­wa­dzał set­ki sek­cji ciał róż­nych zwie­rząt, a na­stęp­nie po­rów­ny­wał ich or­ga­ny i za­sta­na­wiał się, do cze­go słu­żą. Twier­dził, że zwie­rzę­ta to ży­ją­ce ma­szy­ny, w któ­rych każ­dy ele­ment ma swo­je prze­zna­cze­nie, a po­nad­to współ­dzia­ła z po­zo­sta­ły­mi czę­ścia­mi cia­ła. Na przy­kład mię­so­żer­cy mie­li kły (ostre zęby) słu­żą­ce do roz­ry­wa­nia upo­lo­wa­nych ofiar. Ich układ tra­wien­ny, mię­śnie i inne ce­chy świad­czy­ły o przy­sto­so­wa­niu do po­lo­wa­nia i ży­wie­nia się mię­sem. Ro­śli­no­żer­cy, tacy jak kro­wy i owce, mie­li zęby o spłasz­czo­nych koń­cach, któ­re uła­twia­ły im żu­cie tra­wy i sia­na. Struk­tu­ra ich ko­ści i mię­śni była do­sto­so­wa­na do sta­nia, a nie bie­ga­nia i ata­ko­wa­nia ofiar.

Cu­vier wie­rzył, że zwie­rzę­ta są tak wspa­nia­le zbu­do­wa­ne, że wszyst­kie ich czę­ści do­sko­na­le do sie­bie pa­su­ją. Wy­star­czy spoj­rzeć na jed­ną z nich, aby móc dużo po­wie­dzieć o bu­do­wie zwie­rzę­cia i jego try­bie ży­cia. Mó­wił, że je­śli znaj­dzie­my kieł, to na pew­no mamy do czy­nie­nia z mię­so­żer­cą. Te same za­sa­dy za­sto­so­wał wo­bec ska­mie­lin. Wraz z in­nym ana­to­mem przy­stą­pił do szcze­gó­ło­we­go ba­da­nia szcząt­ków zna­le­zio­nych w oko­li­cach Pa­ry­ża. Na­ukow­cy za­uwa­ży­li, że więk­szość ska­mie­lin przy­po­mi­na zwie­rzę­ta, któ­re wciąż żyją w tym re­gio­nie, ale w wie­lu przy­pad­kach ska­mie­nia­łe zęby i ko­ści róż­ni­ły się drob­ny­mi, ale zna­czą­cy­mi ce­cha­mi od tych, któ­re mia­ły współ­cze­śnie ży­ją­ce ga­tun­ki. Na Sy­be­rii przy­pad­kiem od­kry­to za­mar­z­nię­te szcząt­ki du­że­go sło­nia. Cu­vier zba­dał tego wło­cha­te­go ma­mu­ta (tak go bo­wiem na­zwał). Stwier­dził, że okaz nie tyl­ko nie przy­po­mi­nał żad­ne­go zna­ne­go sło­nia, ale rów­nież, że zwie­rzę tej wiel­ko­ści z pew­no­ścią zo­sta­ło­by już za­uwa­żo­ne, gdy­by gdzieś żyło. Mu­sia­ło za­tem wy­gi­nąć.

Gdy przy­rod­ni­cy za­ak­cep­to­wa­li kon­cep­cję, że nie­któ­re ga­tun­ki ro­ślin i zwie­rząt wy­mar­ły, było im znacz­nie ła­twiej zin­ter­pre­to­wać licz­nie znaj­do­wa­ne ska­mie­li­ny. Od­kry­cia dwoj­ga An­gli­ków po­mo­gły na­brać lep­sze­go wy­obra­że­nia o pre­hi­sto­rycz­nym świe­cie. Pierw­szą z tych od­kryw­ców ama­to­rów była Mary An­ning (1799-1847), cór­ka bied­ne­go sto­la­rza miesz­ka­ją­ca w Lyme Re­gis. Ta oko­li­ca świet­nie nada­wa­ła się do szu­ka­nia ska­mie­lin, któ­re wciąż od­sła­nia­ła ero­zja. Już jako mło­da dziew­czy­na Mary zaj­mo­wa­ła się zbie­ra­niem cie­ka­wych oka­zów, któ­re moż­na było sprze­dać na­ukow­com i ko­lek­cjo­ne­rom. Ona i jej brat Jo­seph wy­ko­rzy­sta­li zna­jo­mość ro­dzin­nych oko­lic i ze zbie­ra­nia oraz sprze­da­wa­nia ska­mie­lin uczy­ni­li ro­dzin­ny biz­nes. W 1811 roku zna­leź­li czasz­kę dziw­ne­go zwie­rzę­cia, a póź­niej jego po­zo­sta­łe ko­ści. Oce­ni­li, że mie­rzy­ło oko­ło 5 me­trów dłu­go­ści i nie przy­po­mi­na żad­ne­go z do­tych­cza­so­wych zna­le­zisk. Szkie­let wy­sta­wio­no w Oks­for­dzie, a po­nie­waż zwie­rzę mia­ło płe­twy, wy­cią­gnię­to wnio­ski, że żyło w śro­do­wi­sku wod­nym, i na­zwa­no je ich­tio­zau­rem, co do­słow­nie zna­czy "ry­bo­jasz­czur­ka". Mary zna­la­zła jesz­cze inne nie­zwy­kłe ska­mie­li­ny, mię­dzy in­ny­mi zwie­rzę­cia przy­po­mi­na­ją­ce­go ogrom­ne­go żół­wia, ale naj­wy­raź­niej nie­po­sia­da­ją­ce­go sko­ru­py. Nada­no mu na­zwę ple­zjo­zaur, czy­li "pra­wie gad". Te od­kry­cia przy­spo­rzy­ły jej nie­co sła­wy i pie­nię­dzy. Jed­nak szu­ka­nie ska­mie­lin sta­wa­ło się co­raz po­pu­lar­niej­sze. W koń­cu kon­ku­ren­cja zro­bi­ła się tak ostra, że Mary mia­ła trud­no­ści z utrzy­ma­niem sie­bie i swo­jej ro­dzi­ny z tego za­ję­cia. Mary An­ning nie była wy­kształ­co­na, więc ła­two stra­ci­ła kon­tro­lę nad zna­le­zio­ny­mi przez sie­bie oka­za­mi, gdy je sprze­da­ła.

Gi­de­on Man­tell (1790-1852) bo­ry­kał się z pro­ble­ma­mi in­ne­go ro­dza­ju. Był le­ka­rzem ro­dzin­nym w Le­wes w hrab­stwie Sus­sex, rów­nież w po­łu­dnio­wej An­glii. Miał do­stęp do ska­mie­lin w po­bli­skim ka­mie­nio­ło­mie wa­pie­ni. Jako le­karz znał się na ana­to­mii i po­tra­fił zin­ter­pre­to­wać zna­le­zi­ska. Z po­wo­du na­tło­ku za­jęć i obo­wiąz­ków zwią­za­nych z prak­ty­ką me­dycz­ną oraz po­więk­sza­ją­cą się ro­dzi­ną trud­no mu było zna­leźć czas na po­szu­ki­wa­nia ska­mie­lin i zaj­mo­wa­nie się nimi. Za­mie­nił swój dom w ro­dzaj mu­zeum pa­le­on­to­lo­gicz­ne­go, co nie spodo­ba­ło się jego żo­nie. Z ko­lei po­dró­że do Lon­dy­nu w celu po­ka­za­nia zna­le­zisk na­ukow­com były cza­so­chłon­ne i kosz­tow­ne.

Mimo tych prze­szkód Man­tell nie re­zy­gno­wał ze swo­jej pa­sji, a jego wy­trwa­łość zo­sta­ła na­gro­dzo­na - od­krył kil­ka eg­zo­tycz­nych be­stii. W la­tach dwu­dzie­stych XIX wie­ku zna­lazł zęby ja­kie­goś nie­zna­ne­go stwo­rze­nia, któ­re na­zwa­no igu­ano­do­nem, czy­li "ma­ją­cym ta­kie zęby jak igu­ana" (ro­dzaj tro­pi­kal­nej jasz­czur­ki). Nie­któ­rzy jego wiel­bi­cie­le zna­leź­li i do­star­czy­li mu bar­dziej kom­plet­ny szkie­let igu­ano­do­na. Man­tell od­krył też pan­cer­ne­go hi­le­ozau­ra, po­twier­dza­jąc, że nie­któ­re z tych ogrom­nych stwo­rzeń cho­dzi­ły rów­nież po lą­dzie. Od­ko­pa­no też szcząt­ki zwie­rząt o ce­chach pta­sich. Te dziw­ne isto­ty żyły za­tem w mo­rzach, na lą­dach i w po­wie­trzu.

Gdy w mu­ze­ach wi­dzi­my zre­kon­stru­owa­ne ogrom­ne i wspa­nia­łe zwie­rzę­ta ko­pal­ne, nie­ła­two nam zro­zu­mieć, że lu­dziom, któ­rzy je od­kry­li, trud­no było od­two­rzyć ich wy­gląd. Spe­try­fi­ko­wa­ne ko­ści czę­sto były roz­rzu­co­ne po du­żym te­re­nie, a nie­któ­rych frag­men­tów szkie­le­tów bra­ko­wa­ło. Zna­le­zi­ska moż­na było po­rów­nać z ogra­ni­czo­ną licz­bą ży­ją­cych lub ska­mie­nia­łych zwie­rząt. Nie było jesz­cze współ­cze­snych tech­nik da­to­wa­nia. Roz­miar zna­le­zisk oce­nia­no, po­rów­nu­jąc od­kry­te ko­ści, na przy­kład kość udo­wą, z ko­ść­mi du­żych ży­ją­cych zwie­rząt ta­kich jak sło­nie i no­so­roż­ce. Uzy­ska­ne w ten spo­sób osza­co­wa­nia były za­wy­żo­ne. Sto­so­wa­no za­sa­dę Cu­vie­ra, aby pró­bo­wać zre­kon­stru­ować całe szkie­le­ty na pod­sta­wie czę­ści i zga­dy­wać, co dane zwie­rzę mo­gło jeść, jak się po­ru­sza­ło i gdzie żyło (na lą­dzie, w wo­dzie, w po­wie­trzu czy w róż­nych śro­do­wi­skach). Wie­le po­glą­dów trze­ba było zre­wi­do­wać, gdy od­kry­wa­no ko­lej­ne ko­ści di­no­zau­rów i le­piej po­zna­wa­no pre­hi­sto­rię Zie­mi. Ta­kie zna­le­zi­ska na za­wsze zmie­ni­ły nasz spo­sób my­śle­nia o świe­cie.

"Po­szu­ki­wa­cze di­no­zau­rów" uświa­do­mi­li spo­łe­czeń­stwu, jak sta­ra jest Zie­mia i jak skom­pli­ko­wa­ne stwo­rze­nia ją za­miesz­ki­wa­ły na dłu­go przed po­ja­wie­niem się czło­wie­ka. Ten daw­ny świat po­bu­dzał wy­obraź­nię i w wie­lu po­pu­lar­nych cza­so­pi­smach po­ja­wi­ły się fan­ta­stycz­ne ry­sun­ki. Gdy pi­sa­rze, tacy jak Ka­rol Dic­kens, od­wo­ły­wa­li się do tych wiel­kich ga­dów, wie­dzie­li, że czy­tel­ni­cy zro­zu­mie­ją, o czym pi­szą.

Na­zwy di­no­zaur po raz pierw­szy uży­to w 1842 roku. Ozna­cza­ła ona mniej wię­cej "strasz­ne­go, wiel­kie­go gada". Wciąż od­kry­wa­no nowe ga­tun­ki di­no­zau­rów i to nie tyl­ko w An­glii. Szyb­ko włą­czo­no je w ogól­ną hi­sto­rię ży­cia na Zie­mi, a okres ich wy­stę­po­wa­nia okre­ślo­no z grub­sza na pod­sta­wie wie­ku skał, w któ­rych spo­czy­wa­ły ska­mie­li­ny.

Ri­chard Owen (1804-1892), któ­ry wy­my­ślił sło­wo "di­no­zaur", wy­ko­rzy­stał swo­je pra­ce o tych isto­tach, aby roz­wi­nąć ka­rie­rę na­uko­wą. Pra­co­wał w bu­dyn­ku, w któ­rym dziś mie­ści się Mu­zeum Hi­sto­rii Na­tu­ral­nej w Lon­dy­nie. To wspa­nia­ła pla­ców­ka, a di­no­zau­ry wciąż zaj­mu­ją w niej po­cze­sne miej­sce. Wie­le wy­sta­wio­nych tam eks­po­na­tów to ory­gi­nal­ne zna­le­zi­ska Mary An­ning.

W 1851 roku w Lon­dy­nie od­by­ła się pierw­sza z se­rii Wy­staw Świa­to­wych, zwa­na Wiel­ką Wy­sta­wą. Była po­świę­co­na na­uce, tech­no­lo­gii, sztu­ce, trans­por­to­wi i kul­tu­rze na ca­łym glo­bie. Urzą­dzo­no ją w nie­zwy­kłym jak na owe cza­sy bu­dyn­ku - Pa­ła­cu Krysz­ta­ło­wym. Była to gi­gan­tycz­na szklar­nia ulo­ko­wa­na w Hyde Par­ku, w sa­mym ser­cu Lon­dy­nu. Mia­ła 33 me­try wy­so­ko­ści, 124 me­try sze­ro­ko­ści i 563 me­try dłu­go­ści. Lu­dzie my­śle­li, że nie da się zbu­do­wać cze­goś tak ogrom­ne­go ze szkła i sta­li, ale Jo­seph Pa­xton to zro­bił. Był ogrod­ni­kiem i ar­chi­tek­tem, więc miał do­świad­cze­nie w kon­stru­owa­niu du­żych oran­że­rii dla wik­to­riań­skiej szlach­ty. Ni­g­dy wcze­śniej nie zor­ga­ni­zo­wa­no tak wiel­kie­go przed­się­wzię­cia jak ta wy­sta­wa. Przez pół roku od jej otwar­cia od­wie­dzi­ło ją sześć mi­lio­nów lu­dzi z ca­łe­go świa­ta.

Po za­mknię­ciu Wiel­kiej Wy­sta­wy Krysz­ta­ło­wy Pa­łac zo­stał roz­mon­to­wa­ny i prze­nie­sio­ny do Sy­den­ham Par­ku le­żą­ce­go na po­łu­dnio­wych obrze­żach Lon­dy­nu. W ra­mach za­go­spo­da­ro­wy­wa­nia tam­te­go te­re­nu urzą­dzo­no pierw­szy na świe­cie park te­ma­tycz­ny, w do­dat­ku po­świę­co­ny di­no­zau­rom i in­nym pre­hi­sto­rycz­nym stwo­rze­niom. Gi­gan­tycz­ne re­pli­ki igu­ano­do­na, ich­tio­zau­ra, me­ga­lo­zau­ra i in­nych be­stii sta­nę­ły wo­kół sztucz­ne­go je­zio­ra. Oko­li­ca do dziś nosi na­zwę Cry­stal Pa­la­ce, choć sam pa­łac spło­nął w wiel­kim po­ża­rze w 1936 roku. Nie­któ­re ze zre­kon­stru­owa­nych di­no­zau­rów dziś nie wy­glą­da­ją zbyt do­brze. Spo­nie­wie­ra­ne i pod­nisz­czo­ne, prze­trwa­ły po­żar i na­dal moż­na je oglą­dać jako wspa­nia­łe do­wo­dy przy­po­mi­na­ją­ce o prze­szło­ści na­szej pla­ne­ty.

Dziś wie­my już znacz­nie wię­cej o epo­ce di­no­zau­rów. Zna­le­zio­no ska­mie­nia­ło­ści wie­lu ga­tun­ków tych ga­dów. Te­raz znacz­nie do­kład­niej niż Man­tell czy Owen po­tra­fi­my okre­ślić ich wiek. Cza­sa­mi mówi się, że di­no­zau­ry do­syć szyb­ko znik­nę­ły z Zie­mi. (Czas geo­lo­gicz­ny pły­nie znacz­nie wol­niej, o czym do­wie­my się z na­stęp­ne­go roz­dzia­łu). Ich gwał­tow­ne wy­gi­nię­cie na­stą­pi­ło praw­do­po­dob­nie na sku­tek zmian kli­ma­tu wy­wo­ła­nych ude­rze­niem w Zie­mię ogrom­nej aste­ro­idy przed 65 mi­lio­na­mi lat. Nie wszyst­kie jed­nak wy­mar­ły. Nie­któ­re mniej­sze ga­tun­ki prze­trwa­ły ka­ta­stro­fę i ewo­lu­owa­ły, a ich po­tom­ków mo­żesz co­dzien­nie spo­tkać wśród drzew i zie­le­ni. To pta­ki.

ROZDZIAŁ 24

Historia naszej planety

Znaj­do­wa­nie ko­ści pre­hi­sto­rycz­nych stwo­rzeń było tyl­ko jed­nym ze spo­so­bów po­zna­wa­nia prze­szło­ści Zie­mi. Pod­czas wy­cie­czek w ple­ner moż­na za­uwa­żyć, że przez śro­dek do­li­ny czę­sto pły­nie rze­ka lub stru­mień, a ota­cza­ją ją wzgó­rza lub góry. W nie­któ­rych czę­ściach świa­ta, na przy­kład w Al­pach Szwaj­car­skich, góry są wy­jąt­ko­wo strze­li­ste, a do­li­ny - głę­bo­kie.

Jak ukształ­to­wa­ła się po­wierzch­nia Zie­mi? Góry i do­li­ny nie mo­gły za­wsze wy­glą­dać tak jak dziś, po­nie­waż kra­jo­braz co roku zmie­nia­ją trzę­sie­nia zie­mi, wy­bu­chy wul­ka­nów oraz dzia­ła­nie rzek i lo­dow­ców. Zmia­na do­ko­nu­ją­ca się w cią­gu jed­ne­go roku może być nie­wiel­ka, ale już na prze­strze­ni two­je­go ży­cia sta­je się wi­docz­na. Wy­brze­ża są pod­my­wa­ne przez fale i cza­sem bu­dyn­ki spa­da­ją do mo­rza. Jesz­cze więk­sze zmia­ny za­cho­dzą w cią­gu kil­ku po­ko­leń.

Trzę­sie­nia zie­mi, erup­cje wul­ka­nów i tsu­na­mi to nic no­we­go. We­zu­wiusz pod Ne­apo­lem we Wło­szech wy­buchł w 79 roku. Znisz­czył po­bli­skie mia­sto Pom­pe­je i za­bił wie­lu miesz­kań­ców mia­stecz­ka. Lawa i po­piół znacz­nie zmie­ni­ły li­nię brze­go­wą. Dziś moż­na spa­ce­ro­wać ulicz­ka­mi Pom­pe­jów od­ko­pa­ny­mi spod war­stwy po­pio­łów i lawy.

Wie­lu lu­dzi za­sta­na­wia­ło się nad isto­tą ta­kich dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń. Nie­któ­rzy są­dzi­li, że są to zja­wi­ska nad­przy­ro­dzo­ne. Jed­nak od koń­ca XVII wie­ku ob­ser­wa­to­rzy za­czę­li trak­to­wać Zie­mię jak przed­miot hi­sto­rii na­tu­ral­nej i włą­czy­li ją do swo­ich ba­dań. Współ­cze­sna geo­lo­gia na­ro­dzi­ła się, kie­dy na­ukow­cy zmie­rzy­li się z trze­ma pro­ble­ma­mi. Pierw­szym był nowy spo­sób ro­zu­mie­nia hi­sto­rii.

W daw­nych cza­sach hi­sto­ria ozna­cza­ła "opis", więc hi­sto­ria na­tu­ral­na była po pro­stu opi­sem Zie­mi i wszyst­kie­go, co wy­stę­pu­je w na­tu­rze. Stop­nio­wo sło­wo to na­bie­ra­ło współ­cze­sne­go zna­cze­nia, czy­li ozna­cza­ło opis zmian za­cho­dzą­cych w cza­sie. Przy­wy­kli­śmy do tego, że rze­czy w na­szym oto­cze­niu ule­ga­ją szyb­kim zmia­nom: ubra­nia, mu­zy­ka, fry­zu­ry, a zwłasz­cza wszyst­ko, co do­ty­czy kom­pu­te­rów i te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych. Wy­star­czy po­pa­trzeć na zdję­cia z lat pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku, aby prze­ko­nać się, jak wte­dy ubie­ra­li się lu­dzie. To nic no­we­go; bo na przy­kład sta­ro­żyt­ni Rzy­mia­nie no­si­li tu­ni­ki a Gre­cy chi­to­ny. Obec­nie tem­po wszel­kich zmian ule­ga znacz­ne­mu przy­spie­sze­niu. Dla­te­go uzna­je­my zmia­ny za coś na­tu­ral­ne­go, a hi­sto­ria je bada.

Dru­gi pro­blem do­ty­czył cza­su. Ary­sto­te­les za­ło­żył, że Zie­mia jest wiecz­na i za­wsze wy­glą­da­ła tak jak za jego ży­cia. Sta­ro­żyt­ni chiń­scy i in­dyj­scy ucze­ni rów­nież wie­rzy­li, że Zie­mia jest bar­dzo sta­ra. Wraz z na­dej­ściem chrze­ści­jań­stwa i is­la­mu oraz wy­ni­ka­ją­cych z tych re­li­gii po­glą­dów na Zie­mię czas się skur­czył. "Czas, któ­ry po­tra­fi­my ogar­nąć, to za­le­d­wie pięć dni wię­cej od na­sze­go wie­ku", po­wie­dział pi­sarz sir Tho­mas Brow­ne w 1642 roku. Cho­dzi­ło mu o to, że Księ­ga Ro­dza­ju mówi o stwo­rze­niu przez Boga Ada­ma i Ewy w szó­stym dniu. W cią­gu po­przed­nich pię­ciu dni Bóg wy­kre­ował Zie­mię, nie­bo, gwiaz­dy, Słoń­ce, Księ­życ oraz wszyst­kie ro­śli­ny i zwie­rzę­ta. We­dług chrze­ści­jan, ta­kich jak Brow­ne, na­sza pla­ne­ta po­wsta­ła kil­ka dni przed tym, kie­dy Adam i Ewa zo­ba­czy­li pierw­szy świt w Ede­nie.

Je­śli uważ­nie prze­czy­tasz Bi­blię i do­dasz wiek wszyst­kich po­tom­ków Ada­ma i Ewy wy­mie­nio­nych w Sta­rym Te­sta­men­cie, ob­li­czysz, kie­dy mniej wię­cej żyła pierw­sza para lu­dzi. W po­ło­wie XVII wie­ku pod­jął się tego za­da­nia ir­landz­ki ar­cy­bi­skup Ussher. Jego ob­li­cze­nia wska­zy­wa­ły, że Zie­mia zo­sta­ła stwo­rzo­na 22 paź­dzier­ni­ka 4004 roku p.n.e., na do­da­tek wcze­snym wie­czo­rem! Wie­lu chrze­ści­jan wte­dy ży­ją­cych nie za­ak­cep­to­wa­ło jego wy­li­czeń. Lu­dzie jed­nak chcie­li wie­dzieć, jak po­wsta­ły róż­ne for­my ukształ­to­wa­nia po­wierzch­ni Zie­mi, a trud­no było wy­ja­śnić stop­nio­we prze­mia­ny za­cho­dzą­ce na przy­kład w do­li­nach rzecz­nych, sko­ro na­sza pla­ne­ta mia­ła nie­ca­łe 6000 lat.

Tak ogra­ni­czo­ny wiek Zie­mi utrud­nił też wy­tłu­ma­cze­nie, skąd na szczy­tach gór, a za­tem da­le­ko od dzi­siej­szych mórz i oce­anów, zna­la­zły się musz­le. Geo­lo­dzy uwa­ża­li, że Zie­mia po­trze­bo­wa­ła znacz­nie wię­cej cza­su na ufor­mo­wa­nie się. Wte­dy za­ob­ser­wo­wa­ne przez nich fak­ty da­ło­by się usze­re­go­wać w ja­kiejś roz­sąd­nej per­spek­ty­wie. Moż­na po­wie­dzieć, że geo­lo­go­wie do­da­li Zie­mi lat. Pod ko­niec XVII wie­ku przy­rod­ni­cy za­czę­li twier­dzić, że świat musi mieć wię­cej niż kil­ka ty­się­cy lat, jak wy­li­czył ar­cy­bi­skup Ussher. Kil­ka de­kad póź­niej Geo­r­ges Buf­fon (pio­nier hi­sto­rii na­tu­ral­nej, któ­re­go po­zna­li­śmy w roz­dzia­le 19) opra­co­wał mo­del łą­czą­cy ko­smo­lo­gię z geo­lo­gią. We­dług jego teo­rii Zie­mia po­cząt­ko­wo była bar­dzo go­rą­cą kulą ode­rwa­ną od Słoń­ca. Stop­nio­wo osty­gła i wte­dy ży­cie na niej sta­ło się moż­li­we. Wstęp­nie usta­lił datę od­dzie­le­nia się Zie­mi od Słoń­ca na 80 ty­się­cy lat temu. Sta­rał się nie wy­ra­żać swo­ich spo­strze­żeń ka­te­go­rycz­nie, aby nie ura­zić Ko­ścio­ła.

Trze­ci pro­blem po­le­gał na zro­zu­mie­niu na­tu­ry skał i mi­ne­ra­łów, któ­re róż­nią się mię­dzy sobą. Jed­ne są twar­de, inne - mięk­kie i kru­che. Są zbu­do­wa­ne z róż­ne­go ro­dza­ju ma­te­ria­łów. Wy­da­wa­ło się, że róż­nią się tak­że wie­kiem. Na­zwa­nie i prze­ana­li­zo­wa­nie skał i mi­ne­ra­łów po­zwo­li­ło geo­lo­gom na­kre­ślić peł­ny ob­raz hi­sto­rii Zie­mi. Znacz­ną część tych pierw­szych prac wy­ko­nał Abra­ham Wer­ner (1749-1817) w Niem­czech. Pra­co­wał na uni­wer­sy­te­cie, ale ak­tyw­nie in­te­re­so­wał się gór­nic­twem. Ko­pal­nie, z wni­ka­ją­cy­mi głę­bo­ko pod zie­mię szy­ba­mi i chod­ni­ka­mi, do­star­czy­ły na­ukow­com pró­bek ma­te­ria­łów nie­do­stęp­nych na po­wierzch­ni zie­mi. Wer­ner oparł swo­ją kla­sy­fi­ka­cję skał nie tyl­ko na pod­sta­wie ich skła­du, ale też na do­mnie­ma­nym wie­ku. Naj­star­sze były bar­dzo twar­de i ni­g­dy nie za­wie­ra­ły ska­mie­lin. Dla­te­go ro­dza­je skał znaj­do­wa­nych w da­nym miej­scu wska­zy­wa­ły na względ­ny wiek tego miej­sca w po­rów­na­niu z in­ny­mi lo­ka­li­za­cja­mi. Ko­piąc głę­biej, tra­fia­no na war­stwy skał i zie­mi (war­stwy geo­lo­gicz­ne, jak na­zy­wa­ją je geo­lo­dzy) za­wie­ra­ją­ce ska­mie­nia­ło­ści, któ­re po­zwa­la­ły na okre­śle­nie względ­ne­go wie­ku za­rów­no ska­mie­lin, jak i warstw, w któ­rych wy­stę­po­wa­ły.

Czło­wie­kiem, któ­ry wy­ka­zał, jak waż­ne są ska­mie­li­ny w pro­ce­sie da­to­wa­nia, był in­ży­nier Wil­liam Smith (1769-1839). Na po­cząt­ku XIX wie­ku po­ma­gał w bu­do­wie bry­tyj­skich ka­na­łów. Za­nim ru­szy­ła pierw­sza ko­lej, szla­ki wod­ne były naj­lep­szy­mi dro­ga­mi trans­por­tu to­wa­rów, zwłasz­cza tak cięż­kich jak wę­giel. Smith zmie­rzył ogrom­ne od­le­gło­ści, aby po­móc usta­lić naj­lep­sze tra­sy no­wych ka­na­łów. Gdy przy­go­to­wy­wał geo­lo­gicz­ną mapę An­glii i Wa­lii, zdał so­bie spra­wę z tego, że ce­chą war­stwy geo­lo­gicz­nej sko­ru­py ziem­skiej, rów­nie waż­ną jak ro­dzaj za­war­tych w niej skał, były wy­stę­pu­ją­ce w niej ska­mie­li­ny.

Wy­dłu­żo­na ska­la wie­ku Zie­mi, zna­jo­mość ro­dza­jów skał i pod­kre­ślo­ne przez Smi­tha zna­cze­nie ska­mie­lin po­zwo­li­ły geo­lo­gom pod­jąć pró­by "czy­ta­nia" hi­sto­rii Zie­mi. Na po­cząt­ku XIX wie­ku więk­szość geo­lo­gów była ka­ta­stro­fi­sta­mi, czy­li zwo­len­ni­ka­mi teo­rii mó­wią­cej o tym, że w dzie­jach Zie­mi do­cho­dzi­ło do wiel­kich ka­ta­strof zmie­nia­ją­cych jej bu­do­wę i wy­gląd. Gdy na­ukow­cy prze­ana­li­zo­wa­li in­for­ma­cje zdo­by­te w ko­pal­niach, przy bu­do­wie ka­na­łów i póź­niej ko­lei, tra­fi­li na wie­le przy­pad­ków po­twier­dza­ją­cych fakt, że wul­ka­ny i trzę­sie­nia zie­mi wpły­nę­ły na war­stwy geo­lo­gicz­ne za­ko­pa­ne głę­bo­ko pod zie­mią. Dla­te­go więk­szość przy­rod­ni­ków uwa­ża­ła, że w hi­sto­rii prze­pla­ta­ją się okre­sy sta­bil­no­ści z okre­sa­mi gwał­tow­nych ka­ta­strof. Po­wo­dzie rów­nież uzna­no za ka­ta­kli­zmy, więc geo­lo­dzy usi­ło­wa­li do­pa­so­wać zna­le­zi­ska do re­la­cji bi­blij­nych i byli usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni tym, że po­twier­dza­ją one ma­so­we i po­wszech­ne po­to­py wy­stę­pu­ją­ce w prze­szło­ści, w tym nie­daw­ny (w ka­te­go­riach geo­lo­gicz­nych), za­pew­ne ogól­no­świa­to­wy, w któ­rym Noe mógł za­brać pary wszyst­kich zwie­rząt na arkę.

Ka­ta­stro­fi­ści zna­leź­li mnó­stwo do­wo­dów po­twier­dza­ją­cych ich po­glą­dy na hi­sto­rię Zie­mi. Ska­mie­li­ny w po­szcze­gól­nych war­stwach róż­ni­ły się od tych le­żą­cych ni­żej lub wy­żej. W now­szych war­stwach geo­lo­gicz­nych spe­try­fi­ko­wa­ne ro­śli­ny i zwie­rzę­ta bar­dziej przy­po­mi­na­ły współ­cze­sne niż te ze star­szych warstw. W Pa­ry­żu Geo­r­ges Cu­vier (po­zna­ny w po­przed­nim roz­dzia­le) za­sto­so­wał ana­to­mię po­rów­naw­czą, by zre­kon­stru­ować wy­gląd zwie­rząt z mi­nio­nych epok, i przed­sta­wił je na ma­low­ni­czych ry­sun­kach. Jed­nym z jego zwo­len­ni­ków był Wil­liam Buc­kland (1784-1856), li­be­ral­ny an­giel­ski pa­stor, któ­ry wy­kła­dał geo­lo­gię na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim. Do­cie­kli­wie po­szu­ki­wał geo­lo­gicz­nych do­wo­dów na bi­blij­ny po­top. Zna­lazł wie­le śla­dów, któ­re jego zda­niem mu­sia­ły być skut­kiem dzia­ła­nia wody: gruz zmy­ty do ja­skiń oraz ska­ły, a na­wet ogrom­ne gła­zy roz­rzu­co­ne po po­lach. W la­tach dwu­dzie­stych XIX wie­ku był już cał­kiem pew­ny, że to efekt po­to­pu, z któ­re­go oca­lał Noe. W la­tach czter­dzie­stych, gdy ba­da­nia geo­lo­gicz­ne do­star­czy­ły wię­cej da­nych, nie­co stra­cił tę pew­ność. Zdał so­bie spra­wę z tego, że lo­dow­ce (po­tęż­ne rze­ki lodu) mo­gły wy­stę­po­wać na­wet w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ich dzia­łal­ność le­piej wy­ja­śnia­ła roz­rzu­co­ne gła­zy, któ­re mógł za sobą zo­sta­wić po­wo­li prze­su­wa­ją­cy się lód.

W la­tach dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych XIX wie­ku więk­szość geo­lo­gów wie­rzy­ła, że sta­ro­żyt­ne ka­ta­stro­fy mia­ły zwią­zek z po­ja­wia­niem się no­wych warstw geo­lo­gicz­nych. Po­nie­waż ska­mie­li­ny w tych war­stwach były na ogół nie­co inne, geo­lo­dzy do­szli do wnio­sku, że hi­sto­ria Zie­mi skła­da­ła się z sze­re­gu ka­ta­strof - ma­so­wych po­wo­dzi i sil­nych trzę­sień zie­mi - a po nich ro­dzi­ły się nowe ro­śli­ny i zwie­rzę­ta, któ­re przy­sto­so­wa­ły się do no­wych wa­run­ków. Na­ukow­com wy­da­wa­ło się, że roz­wój na Zie­mi pro­wa­dził do po­wsta­nia co­raz bar­dziej zło­żo­nych form ży­cia, a jego uko­ro­no­wa­niem sta­ło się po­ja­wie­nie się rasy ludz­kiej. Ten po­gląd pa­so­wał do re­la­cji bi­blij­nej w Księ­dze Ro­dza­ju, je­śli przy­ję­ło się, że sześć dni two­rze­nia było tak na­praw­dę sze­ścio­ma dłu­gi­mi okre­sa­mi albo że Bi­blia opi­su­je tyl­ko ostat­ni akt stwo­rze­nia - epo­kę lu­dzi.

W 1830 roku Char­les Ly­ell (1797-1875), mło­dy praw­nik i geo­log, pod­wa­żył ten roz­po­wszech­nio­ny po­gląd. Zba­dał ska­ły i ska­mie­nia­ło­ści we Fran­cji i Wło­szech. Stu­dio­wał geo­lo­gię na Oks­for­dzie, a jego wy­kła­dow­ca Wil­liam Buc­kland za­li­czał się do zwo­len­ni­ków ka­ta­stro­fi­zmu. Ly­el­lo­wi ta wi­zja nie od­po­wia­da­ła. Za­dał więc so­bie py­ta­nie, co moż­na wy­ka­zać, je­śli się za­ło­ży, że daw­niej siły geo­lo­gicz­ne były bar­dzo po­dob­ne do dzi­siej­szych. Zo­stał czo­ło­wym wy­znaw­cą ak­tu­ali­zmu geo­lo­gicz­ne­go, czy­li po­glą­du prze­ciw­ne­go do ka­ta­stro­fi­zmu. Chciał się prze­ko­nać, ile z geo­lo­gicz­nej hi­sto­rii Zie­mi moż­na wy­ja­śnić, przyj­mu­jąc za­ło­że­nie, że siły for­mu­ją­ce na­szą pla­ne­tę dziś są ta­kie same jak kie­dyś. Stwier­dził, że w jego cza­sach Zie­mia wciąż była ak­tyw­na geo­lo­gicz­nie, po­nie­waż do­cho­dzi­ło do wy­bu­chów wul­ka­nów, po­wo­dzi, ero­zji i trzę­sień zie­mi. Po­sta­wił py­ta­nie: je­śli tem­po tych zmian było iden­tycz­ne jak daw­niej, to czy ta­kie za­ło­że­nie wy­star­czy do wy­ja­śnie­nia wszyst­kich do­wo­dów świad­czą­cych o prze­szłych okre­so­wych ka­ta­stro­fach? Od­po­wie­dział na nie twier­dzą­co, a uza­sad­nie­nie przed­sta­wił w trzy­to­mo­wym dzie­le The Prin­ci­ples of Geo­lo­gy (Za­sa­dy geo­lo­gii), wy­da­nym w la­tach 1830-1833. Po­pra­wiał je i uzu­peł­niał przez na­stęp­ne czter­dzie­ści lat, uwzględ­nia­jąc wy­ni­ki ba­dań geo­lo­gicz­nych (swo­ich i in­nych na­ukow­ców).

Ak­tu­alizm geo­lo­gicz­ny był śmia­łą pró­bą po­zby­cia się z geo­lo­gicz­nej hi­sto­rii Zie­mi ka­ta­strof i cu­dów, ta­kich jak bi­blij­ny po­top. Ly­ell chciał za­pew­nić geo­lo­gom swo­bo­dę in­ter­pre­to­wa­nia pre­hi­sto­rii Zie­mi bez in­ge­ren­cji ze stro­ny Ko­ścio­ła. Sam był głę­bo­ko re­li­gij­ny i twier­dził, że lu­dzie to nie­zwy­kłe, ob­da­rzo­ne mo­ral­no­ścią stwo­rze­nia zaj­mu­ją­ce wy­jąt­ko­wą po­zy­cję we wszech­świe­cie. Wy­raź­niej od ka­ta­stro­fi­stów wi­dział, że więk­szość do­mnie­ma­nych ko­lej­nych ak­tów two­rze­nia się ro­ślin i zwie­rząt, zwłasz­cza tych bliż­szych współ­cze­sno­ści, wy­glą­da ra­czej na ewo­lu­cję. Gdy ka­ta­stro­fi­ści po­rów­ny­wa­li ska­mie­li­ny z głę­bo­kich i płyt­kich warstw, to do­strze­ga­li po­stęp ewo­lu­cji, na­to­miast Ly­ell twier­dził, że ich ob­ser­wa­cje wca­le nie do­wo­dzą ogól­ne­go roz­wo­ju. Był nie­zmier­nie pod­eks­cy­to­wa­ny, gdy w sta­rej, głę­bo­ko po­ło­żo­nej war­stwie od­kry­to ska­mie­li­nę ssa­ka. Ge­ne­ral­nie ssa­ki wy­stę­po­wa­ły tyl­ko w młod­szych war­stwach geo­lo­gicz­nych. Ten fakt za­su­ge­ro­wał mu, że nie było za­sad­ni­cze­go po­stę­pu w hi­sto­rii ro­ślin i zwie­rząt, z wy­jąt­kiem lu­dzi. Je­śli zna­le­zi­ska zda­wa­ły się wska­zy­wać co in­ne­go, był to tyl­ko przy­pa­dek. W po­sta­ci ska­mie­lin za­cho­wa­ła się zni­ko­ma część wszyst­kich ga­tun­ków ży­ją­cych w cza­sach pre­hi­sto­rycz­nych.

Char­les Ly­ell stwo­rzył pod­wa­li­ny no­wo­cze­snej geo­lo­gii. Wy­róż­nił się tym, że za­sto­so­wał nowy spo­sób my­śle­nia o geo­lo­gii i pro­wa­dził roz­le­głe ba­da­nia te­re­no­we. Do­wiódł, że hi­sto­ria Zie­mi jest na tyle dłu­ga, że wie­le fak­tów moż­na wy­ja­śnić, po pro­stu ob­ser­wu­jąc, co się dzie­je obec­nie, i za po­mo­cą ak­tu­al­nych wy­da­rzeń i sił geo­lo­gicz­nych wy­tłu­ma­czyć prze­szłość. Za­sa­dy geo­lo­gii Ly­el­la wy­war­ły ogrom­ne wra­że­nie na mło­dym przy­rod­ni­ku Ka­ro­lu Dar­wi­nie. Pierw­szy tom prac swo­je­go po­przed­ni­ka za­brał ze sobą (a dwa po­zo­sta­łe ka­zał so­bie przy­słać) na wy­pra­wę wo­kół kuli ziem­skiej na po­kła­dzie stat­ku HMS Be­agle. Po­wie­dział, że w trak­cie po­dró­ży pa­trzył ocza­mi Ly­el­la na świat geo­lo­gicz­ny - świat trzę­sień zie­mi, skał i ska­mie­lin. Jed­nak, za­sta­na­wia­jąc się nad tym, co zo­sta­ło uwiecz­nio­ne w ska­mie­nia­ło­ściach, do­szedł do cał­kiem in­nych wnio­sków.

ROZDZIAŁ 25

Najwspanialsze widowisko świata

Wyjdź na spa­cer, a znaj­dziesz się wśród drzew, kwia­tów, ssa­ków, pta­ków i owa­dów ty­po­wych dla czę­ści świa­ta, w któ­rej miesz­kasz. Pójdź do zoo, a zo­ba­czysz eg­zo­tycz­ne ro­śli­ny i zwie­rzę­ta przy­wie­zio­ne z da­le­ka. Od­wiedź mu­zeum hi­sto­rii na­tu­ral­nej, a będą tam ska­mie­li­ny i być może szkie­le­ty ogrom­nych di­no­zau­rów li­czą­ce mi­lio­ny lat. Czło­wie­kiem, któ­ry po­ka­zał nam, jak te wszyst­kie ży­ją­ce i ko­pal­ne ga­tun­ki są ze sobą po­wią­za­ne, był ci­chy i skrom­ny Ka­rol Dar­win (1809-1882). Na za­wsze zmie­nił nasz spo­sób my­śle­nia o nas sa­mych.

Ka­rol Lin­ne­usz (roz­dział 19) nadał na­zwy ro­śli­nom i zwie­rzę­tom, opie­ra­jąc się na za­ło­że­niu, że przed­sta­wi­cie­le da­ne­go ga­tun­ku mają pew­ne sta­łe ce­chy róż­nią­ce ich od przed­sta­wi­cie­li po­zo­sta­łych ga­tun­ków. Fau­nę i flo­rę wciąż na­zy­wa­my, sto­su­jąc sys­tem wpro­wa­dzo­ny przez Lin­ne­usza. Mo­że­my to ro­bić, bo cho­ciaż wie­my, że ro­śli­ny i zwie­rzę­ta się zmie­nia­ją, to pro­ces ten na­stę­pu­je bar­dzo wol­no. W ob­rę­bie jed­ne­go ga­tun­ku wy­stę­pu­ją róż­ne od­mia­ny. Dzie­ci mogą się róż­nić od swo­ich ro­dzi­ców - na przy­kład są wyż­sze, mają inny ko­lor wło­sów lub więk­szy nos. Mło­de musz­ki owo­co­we, któ­re la­tem krą­żą wo­kół psu­ją­cych się owo­ców, tak­że róż­nią się od swo­ich ro­dzi­ców, ale ze wzglę­du na ich roz­miar trud­no to do­strzec. Ła­twiej za­uwa­żyć zróż­ni­co­wa­nie szcze­niąt lub ko­ciąt w mio­cie. Dar­win zdał so­bie spra­wę z tego, że wa­ria­cje mię­dzy ro­dzi­ca­mi a po­tom­stwem są nie­zwy­kle istot­ne, nie­za­leż­nie od tego, czy je wi­dzi­my, czy nie. Na­wet je­śli nie za­wsze po­tra­fi­my je do­ce­nić, robi to za nas na­tu­ra. Dro­ga Dar­wi­na do tego waż­kie­go wnio­sku była peł­na przy­gód i prze­my­śleń.

Oj­ciec i dzia­dek na­ukow­ca byli sza­no­wa­ny­mi le­ka­rza­mi. Dzia­dek, Era­smus Dar­win, miał teo­rię na te­mat tego, jak ewo­lu­owa­ły ro­śli­ny i zwie­rzę­ta, i na­pi­sał wiersz o na­uce. Ka­rol był szczę­śli­wym dziec­kiem, mimo że jego mat­ka zmar­ła, gdy miał osiem lat. Od­krył mi­łość do przy­ro­dy i eks­pe­ry­men­to­wał z ze­sta­wem che­mi­ka­liów. W szko­le otrzy­my­wał jed­nak prze­cięt­ne oce­ny. Oj­ciec wy­słał go na Uni­wer­sy­tet Edyn­bur­ski na stu­dia me­dycz­ne, ale Ka­ro­la bar­dziej in­te­re­so­wa­ły bio­lo­gia i hi­sto­ria na­tu­ral­na. Na wi­dok pierw­szej ope­ra­cji chi­rur­gicz­nej do­stał mdło­ści i zro­zu­miał, że ni­g­dy nie bę­dzie le­ka­rzem. Za­wsze był bar­dzo wraż­li­wy na czy­jeś cier­pie­nia.

Po nie­po­wo­dze­niu w Edyn­bur­gu oj­ciec prze­niósł Ka­ro­la na uni­wer­sy­tet w Cam­brid­ge, aby tam zdo­był pod­sta­wo­we wy­kształ­ce­nie i zo­stał du­chow­nym an­gli­kań­skim. Ka­rol zdał eg­za­mi­ny. Jed­nak Cam­brid­ge ode­gra­ło istot­ną rolę w jego ży­ciu z in­ne­go po­wo­du. Za­przy­jaź­nił się tam z pro­fe­so­ra­mi bo­ta­ni­ki i geo­lo­gii, dzię­ki któ­rym zo­stał przy­rod­ni­kiem. Pro­fe­sor John Hen­slow za­bie­rał mło­de­go Dar­wi­na na wieś w oko­li­cach Cam­brid­ge, gdzie zbie­ra­li ro­śli­ny. Pro­fe­so­ro­wi Ada­mo­wi Sed­gwic­ko­wi Ka­rol to­wa­rzy­szył pod­czas te­re­no­wych ba­dań skał i ska­mie­lin w Wa­lii. Po tych wy­pra­wach Dar­win ukoń­czył stu­dia i nie bar­dzo wie­dział, ja­kie zna­leźć so­bie za­ję­cie. Oca­li­ła go nie­ty­po­wa pro­po­zy­cja zo­sta­nia "przy­rod­ni­kiem dżen­tel­me­nem" wy­pra­wy ba­daw­czej na po­kła­dzie stat­ku HMS Be­agle, do­wo­dzo­ne­go przez ka­pi­ta­na Ro­ber­ta Fit­zRoya z Roy­al Navy. Oj­ciec nie zgo­dził się na po­dróż syna, ale wuj prze­ko­nał go, że to w su­mie do­bry po­mysł i Ka­rol ru­szył w świat. Ten rejs przy­czy­nił się do jego suk­ce­su na­uko­we­go.

Przez pra­wie pięć lat, od grud­nia 1831 do paź­dzier­ni­ka 1836 roku, Dar­win prze­by­wał z dala od domu na po­kła­dzie stat­ku opły­wa­ją­ce­go świat. Przez więk­szość po­dró­ży mę­czy­ła go cho­ro­ba mor­ska, ale też spę­dzał spo­ro cza­su na lą­dzie, zwłasz­cza w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej. Był zna­ko­mi­tym ob­ser­wa­to­rem wszel­kie­go ro­dza­ju zja­wisk na­tu­ral­nych: kra­jo­bra­zu, lu­dzi i ich zwy­cza­jów, ro­ślin, zwie­rząt i ska­mie­nia­ło­ści. Ze­brał oka­zy ty­się­cy ga­tun­ków i przy­wiózł je do kra­ju - wszyst­kie sta­ran­nie opi­sa­ne. Dziś pew­nie pro­wa­dził­by blog, a wte­dy na­pi­sał wspa­nia­ły dzien­nik, któ­ry opu­bli­ko­wał po po­wro­cie do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Jego książ­ka Jo­ur­nal and Re­marks (Po­dróż i uwa­gi) (1839) na­tych­miast zy­ska­ła po­pu­lar­ność i po­zo­sta­je kla­sycz­ną re­la­cją z jed­nej z naj­waż­niej­szych wy­praw na­uko­wych, któ­re kie­dy­kol­wiek pod­ję­to.

Swo­je po­glą­dy na ewo­lu­cję Dar­win do­pra­co­wał póź­niej, ale już w trak­cie rej­su za­sta­na­wiał się, jak ro­śli­ny i zwie­rzę­ta zmie­nia­ły się z bie­giem cza­su. Z jego dzien­ni­ka czy­tel­ni­cy do­wie­dzie­li się o trzech wy­jąt­ko­wo waż­nych fak­tach. Po pierw­sze, w Chi­le na­uko­wiec prze­żył (bez­piecz­ny na po­kła­dzie HMS Be­agle) sil­ne trzę­sie­nie zie­mi, w efek­cie któ­re­go po­ziom wy­brze­ża pod­niósł się aż o 4,5 me­tra. Dar­win miał ze sobą eg­zem­plarz Za­sad geo­lo­gii Ly­el­la i po­zo­sta­wał pod wra­że­niem jego kon­cep­cji mó­wią­cej o tym, że gwał­tow­ne wy­da­rze­nia, ta­kie jak wstrzą­sy tek­to­nicz­ne, mogą po­móc w wy­ja­śnie­niu prze­szło­ści. Trzę­sie­nie zie­mi w Chi­le prze­ko­na­ło Dar­wi­na, że Ly­ell miał ra­cję.

Po dru­gie, Dar­wi­na ude­rzy­ły związ­ki mię­dzy ży­ją­cy­mi i nie­daw­no wy­mar­ły­mi ga­tun­ka­mi ro­ślin i zwie­rząt. Na wschod­nim wy­brze­żu Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej zna­lazł duże ży­ją­ce pan­cer­ni­ki i po­dob­ne do nich ska­mie­li­ny, ale ewi­dent­nie róż­ne od współ­cze­snych im ga­tun­ków. Tra­fił też na wie­le oka­zów i do­dał wła­sne do zna­le­zio­nych przez in­nych przy­rod­ni­ków.

Trze­cie i naj­słyn­niej­sze było jego od­kry­cie na Wy­spach Ga­la­pa­gos. Ten ar­chi­pe­lag od­dzie­la­ją set­ki ki­lo­me­trów od za­chod­nie­go wy­brze­ża Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej. Żyły na nim nie­spo­ty­ka­ne ro­śli­ny i zwie­rzę­ta, mię­dzy in­ny­mi ogrom­ne żół­wie i pięk­ne pta­ki, przy czym nie­któ­re ga­tun­ki były spe­cy­ficz­ne tyl­ko dla jed­nej wy­spy. Dar­win od­wie­dził kil­ka wysp i ze­brał oka­zy flo­ry i fau­ny. Spo­tkał sta­rusz­ka, któ­ry po­tra­fił wska­zać, z któ­rej wy­spy po­cho­dzą po­szcze­gól­ne żół­wie. Jed­nak do­pie­ro po po­wro­cie do kra­ju za­czął so­bie uświa­da­miać zna­cze­nie tych zna­le­zisk. Or­ni­to­log obej­rzał zię­by przy­wie­zio­ne z róż­nych wysp i stwier­dził, że na­le­żą do róż­nych ga­tun­ków. Każ­da z wysp ar­chi­pe­la­gu Ga­la­pa­gos oka­za­ła się mi­ni­la­bo­ra­to­rium ewo­lu­cji.

Po opusz­cze­niu brze­gów Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej HMS Be­agle po­że­glo­wał przez Pa­cy­fik do Au­stra­lii, na­stęp­nie opły­nął po­łu­dnio­wy kra­niec Afry­ki, za­wi­nął na krót­ko do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej i przy­bił do wy­brze­ży An­glii. Po po­wro­cie do kra­ju w 1836 roku Dar­win był już wy­bit­nym przy­rod­ni­kiem, zu­peł­nie nie­po­dob­nym do nie­pew­ne­go sie­bie mło­dzień­ca, któ­ry pięć lat wcze­śniej wy­ru­szał w rejs. Zy­skał re­pu­ta­cję na­uko­wą dzię­ki ra­por­tom, li­stom i oka­zom, któ­re prze­sy­łał do kra­ju z po­dró­ży.

Przez kil­ka na­stęp­nych lat ana­li­zo­wał zna­le­zi­ska przy­wie­zio­ne z eks­pe­dy­cji i na­pi­sał trzy książ­ki. Po­ślu­bił też swo­ją ku­zyn­kę Emmę We­dgwo­od i prze­niósł się do du­że­go wiej­skie­go domu w hrab­stwie Kent. W Down Ho­use miesz­kał przez resz­tę ży­cia i tam do­ko­nał naj­więk­szych od­kryć. Lu­bił prze­by­wać w domu, po­nie­waż cier­piał na ta­jem­ni­czą cho­ro­bę i czę­sto źle się czuł. Do dziś nie wia­do­mo, na co cho­ro­wał. Mimo wszyst­ko do­cho­wał się z Emmą dzie­wię­cior­ga dzie­ci. Nie­ustan­nie też pi­sał pra­ce na­uko­we i książ­ki. Jed­na z nich - On the Ori­gin of Spe­cies by Me­ans of Na­tu­ral Se­lec­tion (O po­wsta­wa­niu ga­tun­ków dro­gą na­tu­ral­ne­go do­bo­ru) z 1859 roku - na­le­ży do naj­waż­niej­szych dzieł w hi­sto­rii bio­lo­gii.

Za­nim Dar­win opu­bli­ko­wał to dzie­ło, to tuż po po­wro­cie z rej­su stat­kiem HMS Be­agle, w 1837 roku, za­czął pro­wa­dzić pry­wat­ne no­tat­ki o trans­mu­ta­cji. W 1838 roku prze­czy­tał An Es­say on the Prin­ci­ple of Po­pu­la­tion (Pra­wo lud­no­ści) Tho­ma­sa Mal­thu­sa. Au­to­ra jako du­chow­ne­go an­gli­kań­skie­go in­te­re­so­wa­ło, dla­cze­go tylu lu­dzi jest ubo­gich. Twier­dził, że bie­da­cy że­nią się zbyt wcześ­nie i mają wię­cej dzie­ci, przez co nie mogą utrzy­mać ich na przy­zwo­itym po­zio­mie. Uwa­żał, że wszyst­kie ga­tun­ki zwie­rząt wy­da­ją na świat wię­cej po­tom­stwa, niż może prze­żyć. Koty wy­da­ją trzy mio­ty rocz­nie, a w każ­dym jest co naj­mniej sześć ko­ciąt. W let­nim se­zo­nie dąb pro­du­ku­je ty­sią­ce żo­łę­dzi i z każ­de­go z nich mo­gło­by wy­ro­snąć ko­lej­ne drze­wo. Mu­chy co roku wy­da­ją na świat ty­sią­ce mło­dych much. Gdy­by całe po­tom­stwo tych ro­ślin i zwie­rząt prze­trwa­ło i gdy­by dzia­ło się tak rów­nież w ko­lej­nych po­ko­le­niach, świat wkrót­ce był­by prze­peł­nio­ny ko­ta­mi, dę­ba­mi i mu­cha­mi.

Mal­thus są­dził, że wy­da­wa­nie na świat licz­ne­go po­tom­stwa ma na celu zwięk­sze­nie szans prze­trwa­nia ga­tun­ku. Na­tu­ra jest okrut­na - nie każ­dy kot z mio­tu prze­ży­je. Dar­win, czy­ta­jąc esej Mal­thu­sa, zdał so­bie spra­wę z tego, że od­krył, dla­cze­go nie­któ­re mło­de prze­ży­wa­ją, a inne nie. To by rów­nież wy­ja­śnia­ło, dla­cze­go ro­śli­ny i zwie­rzę­ta zmie­nia­ją się stop­nio­wo i po­wo­li w dłu­gich prze­dzia­łach cza­su. Te, któ­rym uda­ło się prze­żyć, mu­sia­ły mieć ja­kąś prze­wa­gę nad ro­dzeń­stwem, a za­tem prze­ży­wa­ły te osob­ni­ki, któ­re były naj­le­piej przy­sto­so­wa­ne, czy­li na­stę­po­wa­ła se­lek­cja na­tu­ral­na, jak to na­zwał Dar­win. Ro­zu­mo­wał na­stę­pu­ją­co: całe po­tom­stwo dzie­dzi­czy pew­ne ce­chy ro­dzi­ców, ta­kie jak zdol­ność szyb­kie­go bie­ga­nia. Po­tom­stwo o naj­bar­dziej przy­dat­nych ce­chach mia­ło więk­sze szan­se na prze­ży­cie, bo na przy­kład mo­gło bie­gać szyb­ciej albo mia­ło nie­co ostrzej­sze rogi niż ro­dzeń­stwo. Te ce­chy "se­lek­cjo­no­wa­ły się", po­nie­waż nie­ma­ją­ce ich osob­ni­ki, a za­tem go­rzej przy­sto­so­wa­ne osob­ni­ki, nie żyły do­sta­tecz­nie dłu­go, aby móc się roz­mno­żyć.

Dar­win wie­dział, że zmia­ny w przy­ro­dzie za­cho­dzą bar­dzo po­wo­li. Prze­ko­ny­wał jed­nak, że wie­my, iż prze­obra­że­nia mogą być szyb­sze, je­śli za­in­ge­ru­je w nie czło­wiek, wy­bie­ra­jąc po­żą­da­ne ce­chy ro­ślin lub zwie­rząt. Na­zwał to se­lek­cją sztucz­ną. Lu­dzie sto­so­wa­li ją od ty­się­cy lat. Dar­win ho­do­wał go­łę­bie i wy­mie­niał li­sty z in­ny­mi mi­ło­śni­ka­mi tych pta­ków. Wie­dział więc, jak szyb­ko da się zmie­nić wy­gląd lub za­cho­wa­nie go­łę­bi, je­śli ho­dow­ca od­po­wied­nio do­bie­ra ce­chy roz­mna­ża­ją­cych się par. Rol­ni­cy ro­bi­li to samo w przy­pad­ku krów, owiec i świń, a ho­dow­cy ro­ślin, aby uzy­skać więk­sze plo­ny albo pięk­niej­sze kwia­ty. Do­sko­na­le wiesz, że pies pa­ster­ski jest zu­peł­nie inny niż bul­dog. Z ła­two­ścią moż­na uzy­skać róż­no­rod­ne od­mia­ny ga­tun­ku, je­że­li ho­dow­ca do­bie­rze od­po­wied­nio po­żą­da­ne ce­chy.

Dar­win wi­dział, że w przy­ro­dzie do­bór za­cho­dzi wol­niej, ale po od­po­wied­nim cza­sie i we wła­ści­wych wa­run­kach dzia­ło się mniej wię­cej to samo co w ho­dow­li kie­ro­wa­nej i kon­tro­lo­wa­nej przez czło­wie­ka. Na Wy­spach Ga­la­pa­gos na przy­kła­dzie pta­ków i żół­wi prze­ko­nał się, jak dzia­ła se­lek­cja na­tu­ral­na. Na każ­dej z wysp wa­run­ki - gle­ba, obec­ność lub brak dra­pież­ni­ków, do­stęp­ność po­ży­wie­nia - były nie­co inne. Dla­te­go miej­sco­wa flo­ra i fau­na ad­ap­to­wa­ła się do od­mien­nych wa­run­ków lo­kal­nych. Dzio­by róż­nych ga­tun­ków zięb "do­pa­so­wa­ły się" do róż­nych ro­dza­jów do­stęp­ne­go po­kar­mu: zia­ren, owo­ców lub klesz­czy ży­ją­cych na żół­wiach. Dar­win wie­dział, że w nie­któ­rych przy­pad­kach róż­ni­ce sta­wa­ły się na tyle duże, iż po­wsta­wa­ły nowe ga­tun­ki, choć wszyst­kie zię­by były na­dal ze sobą bli­sko spo­krew­nio­ne. Czas oraz izo­la­cja do­pro­wa­dzi­ły do du­żych zmian i wy­ewo­lu­owa­nia no­wych ga­tun­ków.

Dar­win dużo czy­tał i prze­pro­wa­dzał wie­le róż­nych ob­ser­wa­cji. W 1838 roku przed­sta­wił za­rys swo­jej teo­rii w ese­ju, a w 1842 roku wy­dał jego dłuż­szą wer­sję. Nie opu­bli­ko­wał jed­nak swo­ich prze­my­śleń. Dla­cze­go? Bo chciał mieć pew­ność, że się nie myli. Wie­dział, że jego po­glą­dy na przy­ro­dę są re­wo­lu­cyj­ne i na­ukow­cy ostro je skry­ty­ku­ją, je­śli nie przed­sta­wi prze­ko­nu­ją­cych do­wo­dów. W 1844 roku Ro­bert Cham­bers, edyn­bur­ski wy­daw­ca i przy­rod­nik ama­tor, ano­ni­mo­wo wy­dał wła­sną wer­sję teo­rii o trans­mu­ta­cji ga­tun­ków. Jego Ve­sti­ges of the Na­tu­ral Hi­sto­ry of Cre­ation (Śla­dy hi­sto­rii na­tu­ral­nej kre­acji) wy­wo­ła­ły sen­sa­cję. Trans­mu­ta­cja sta­ła się go­rą­cym te­ma­tem. Cham­bers ze­brał mnó­stwo do­wo­dów su­ge­ru­ją­cych, że ży­ją­ce ga­tun­ki są po­tom­ka­mi daw­nych. Jego stwier­dze­nia były dość ogól­ni­ko­we i nie pro­wa­dzi­ły do sfor­mu­ło­wa­nia teo­rii prze­bie­gu ewo­lu­cji. Po­peł­nił też wie­le błę­dów. Jego książ­ka sprze­da­wa­ła się bar­dzo do­brze, ale zo­sta­ła ostro skry­ty­ko­wa­na przez tych sa­mych wio­dą­cych na­ukow­ców, któ­rych Dar­win miał na­dzie­ję prze­ko­nać do swo­jej teo­rii. Dla­te­go wiel­ki ba­dacz cze­kał z ujaw­nie­niem wła­snych do­świad­czeń na­uko­wych. Do­koń­czył kil­ka waż­nych prac bę­dą­cych po­kło­siem wy­pra­wy do­oko­ła świa­ta. Za­jął się nie­ty­po­wym, ale bez­piecz­nym te­ma­tem - wą­so­no­ga­mi. Kro­je­nie i ba­da­nie tych ma­łych sko­ru­pia­ków mor­skich było trud­ne, ale Dar­win za­wsze twier­dził, że dzię­ki temu do­kład­nie po­znał gru­pę zwie­rząt, do któ­rej na­le­ży wie­le ży­ją­cych i wy­mar­łych ga­tun­ków i z któ­rych każ­dy ina­czej za­adap­to­wał się do swo­je­go śro­do­wi­ska.

Po wą­so­no­gach przy­szła wresz­cie ko­lej na wiel­kie dzie­ło Dar­wi­na. W 1858 roku, gdy pi­sał ob­szer­ną pra­cę o do­bo­rze na­tu­ral­nym, li­sto­nosz przy­niósł mu ka­ta­stro­fal­ną wia­do­mość. Do­star­czył mu list z Azji, w któ­rym pro­szo­no Dar­wi­na o opi­nię na te­mat krót­kie­go ar­ty­ku­łu o tym, jak do­bór na­tu­ral­ny może z cza­sem pro­wa­dzić do zmia­ny ga­tun­ków. Dar­win był za­ła­ma­ny. Au­tor ar­ty­ku­łu, Al­fred Rus­sel Wal­la­ce (1823-1913), stre­ścił po­wol­ną i bo­le­sną ścież­kę pro­wa­dzą­cą Dar­wi­na do tego sa­me­go wnio­sku.

W tej sy­tu­acji Dar­wi­no­wi po­mo­gli przy­ja­cie­le, Char­les Ly­ell i Jo­seph Ho­oker, któ­rzy zna­li jego po­glą­dy na te­mat ga­tun­ków. Zor­ga­ni­zo­wa­li pre­zen­ta­cję po­glą­dów Wal­la­ce'a i Dar­wi­na w To­wa­rzy­stwie Lin­ne­uszow­skim w Lon­dy­nie. Nikt spe­cjal­nie nie zwró­cił uwa­gi na to, co zo­sta­ło po­wie­dzia­ne na spo­tka­niu. Cho­ry Dar­win zo­stał w domu, a Wal­la­ce, od­da­lo­ny o 12 ty­się­cy ki­lo­me­trów, na­wet nie wie­dział o pre­zen­ta­cji. Jed­nak list Wal­la­ce'a zmo­bi­li­zo­wał Dar­wi­na do szyb­kie­go na­pi­sa­nia pod­su­mo­wa­nia swo­ich kon­cep­cji w książ­ce, któ­ra uka­za­ła się 24 paź­dzier­ni­ka 1859 roku. O po­wsta­wa­niu ga­tun­ków wy­dru­ko­wa­no w licz­bie 1250 eg­zem­pla­rzy, któ­re sprze­da­no w je­den dzień.

W książ­ce Dar­win przed­sta­wił swo­je dwie pod­sta­wo­we kon­cep­cje. Po pierw­sze, do­bór na­tu­ral­ny "sprzy­ja prze­trwa­niu naj­bar­dziej przy­dat­nych cech", czy­li ta­kich, któ­re po­ma­ga­ją po­je­dyn­czym osob­ni­kom prze­żyć i roz­mno­żyć się. (Sztucz­na se­lek­cja do­wo­dzi­ła, że lu­dzie, je­śli ze­chcą, mogą istot­nie wpły­nąć na ce­chy flo­ry i fau­ny). Po dru­gie, se­lek­cja na­tu­ral­na, dzia­ła­ją­ca w przy­ro­dzie przez dłu­gi czas, po­wo­do­wa­ła po­wsta­nie no­wych ga­tun­ków. Ewo­lu­owa­ły one bar­dzo po­wo­li. W po­zo­sta­łych czę­ściach pu­bli­ka­cji znaj­du­ją się bły­sko­tli­we do­wo­dy tłu­ma­czą­ce, jak te kon­cep­cje wy­ja­śnia­ją świat przy­ro­dy. Dar­win na­pi­sał o związ­kach mię­dzy ży­ją­cy­mi ga­tun­ka­mi i ich bli­ski­mi ko­pal­ny­mi przod­ka­mi. Opi­sał geo­gra­ficz­ne roz­miesz­cze­nie ro­ślin i zwie­rząt na świe­cie. Wy­ja­śnił, jak geo­gra­ficz­na izo­la­cja (taka jak na Wy­spach Ga­la­pa­gos) stwa­rza wa­run­ki do roz­wo­ju no­wych ga­tun­ków. Pod­kreś­lił, że em­brio­ny nie­któ­rych zwie­rząt są za­dzi­wia­ją­co po­dob­ne do em­brio­nów in­nych ga­tun­ków. Dar­wi­now­skie O po­wsta­wia­niu ga­tun­ków było dla bio­lo­gii tym sa­mym co Prin­ci­pia New­to­na dla fi­zy­ki. Nada­wa­ło sens ogrom­nej licz­bie fak­tów w świe­cie przy­ro­dy.

Dar­wi­na naj­bar­dziej nur­to­wa­ło dzie­dzi­cze­nie. Dla­cze­go po- ­tom­stwo może być po­dob­ne do ro­dzi­ców, a jed­no­cze­śnie nie­co się róż­nić od nich i swo­je­go ro­dzeń­stwa? Dużo o tym czy­tał i my­ślał. Za­pro­po­no­wał róż­ne wy­ja­śnie­nia, ale zda­wał so­bie spra­wę z tego, że dzie­dzi­cze­nie (ge­ne­ty­ka) jest sła­bo ro­zu­mia­ne. Wie­dział, że nie na­le­ży mó­wić, w jaki spo­sób od­by­wa się dzie­dzi­cze­nie, tyl­ko że po pro­stu za­cho­dzi.

O po­wsta­wia­niu ga­tun­ków wy­wo­ła­ło fer­ment. Lu­dzie mó­wi­li i pi­sa­li o tym dzie­le. Nie­któ­rzy wy­po­wia­da­li się o nim po­zy­tyw­nie, inni je kry­ty­ko­wa­li. Dar­win na­dal nad nim pra­co­wał. Przed śmier­cią opu­bli­ko­wał sześć wy­dań tej książ­ki. Roz­wi­nął w nich swo­je kon­cep­cje, czę­ścio­wo pod wpły­wem kry­ty­ki, a czę­ścio­wo dla­te­go, że jego po­glą­dy doj­rze­wa­ły. Na­pi­sał też za­dzi­wia­ją­co dużo in­nych ksią­żek na in­te­re­su­ją­ce go te­ma­ty: o pięk­nych or­chi­de­ach z kwia­ta­mi przy­sto­so­wa­ny­mi do za­py­la­nia ich przez owa­dy, o ro­śli­nach ła­pią­cych i tra­wią­cych owa­dy, o ro­śli­nach pną­cych się po mu­rach, a na­wet o dżdżow­ni­cach. Nic dziw­ne­go, że na­zy­wa­no go "czło­wie­kiem o nie­po­ha­mo­wa­nej cie­ka­wo­ści". Wy­da­wa­ło się, że nic nie umknie jego uwa­dze.

W książ­ce O po­wsta­wia­niu ga­tun­ków nie wspo­mniał nic o ewo­lu­cji czło­wie­ka, choć wie­dział, że jego po­glą­dy do­ty­czą rów­nież hi­sto­rii bio­lo­gii na­sze­go ga­tun­ku. Dla czy­tel­ni­ków pierw­sze­go wy­da­nia tego dzie­ła było dość oczy­wi­ste, że Dar­win wie­rzy w ewo­lu­cję ga­tun­ku ludz­kie­go, ale uczo­ny cze­kał jesz­cze po­nad de­ka­dę, za­nim przy­znał to otwar­cie w 1871 roku w książ­ce The De­scent of Man (O po­cho­dze­niu czło­wie­ka).

Dzię­ki Dar­wi­no­wi ewo­lu­cja bio­lo­gicz­na sta­ła się po­waż­ną teo­rią na­uko­wą. Nie­licz­ni ucze­ni nie byli do niej prze­ko­na­ni, jed­nak więk­szość tak, na­wet je­śli nie­któ­rzy pro­po­no­wa­li wła­sne wer­sje tego, jak i dla­cze­go za­cho­dzi ewo­lu­cja. Wiel­kie dzie­ło Dar­wi­na nie było do­sko­na­łe i wie­le szcze­gó­łów zo­sta­ło póź­niej po­pra­wio­nych przez jego na­stęp­ców. Nie mu­sia­ło być ide­al­ne - w na­uce to nor­mal­ne. Jed­nak sie­dząc w swo­im ga­bi­ne­cie lub ogro­dzie w Down Ho­use, Dar­win spra­wił, że lu­dzie ni­g­dy już nie pa­trzy­li na ży­cie na Zie­mi tak samo jak daw­niej. Ewo­lu­cyj­na hi­sto­ria na­szej pla­ne­ty to po pro­stu naj­wspa­nial­sze wi­do­wi­sko świa­ta.

ROZDZIAŁ 26

"Cegiełki" organizmu: komórki

Ist­nie­ją rze­czy, któ­rych po pro­stu nie je­ste­śmy w sta­nie zo­ba­czyć lub usły­szeć. Wie­le gwiazd leży poza za­się­giem na­sze­go wzro­ku. Nie mo­że­my do­strzec ato­mów ani mi­kro­sko­pij­nych stwo­rzeń ro­ją­cych się w ka­łu­żach desz­czów­ki. Nie do­cie­ra­ją do nas dźwię­ki od­bie­ra­ne przez wie­le pta­ków i my­szy. Ale i tak mo­że­my się cze­goś o nich do­wie­dzieć, za­da­jąc so­bie py­ta­nia i uży­wa­jąc przy­rzą­dów, któ­re po­zwo­lą nam je zo­ba­czyć lub usły­szeć. Mo­że­my ich do­świad­czyć zna­cze­nie le­piej niż za po­mo­cą wła­snych oczu i uszu. Te­le­sko­py po­ma­ga­ją nam zaj­rzeć da­lej w ko­smos, a mi­kro­sko­py - w naj­mniej­sze struk­tu­ry, z któ­rych skła­da­ją się żywe or­ga­ni­zmy.

W XVII wie­ku pio­nier mi­kro­bio­lo­gii, An­to­nie van Le­eu­wen­ho­ek (1632-1723), użył mi­kro­sko­pu do oglą­da­nia ko­mó­rek krwi i wło­sków na no­gach much. Sto lat póź­niej za po­mo­cą bar­dziej za­awan­so­wa­nych mi­kro­sko­pów przy­rod­ni­cy zba­da­li drob­ne szcze­gó­ły ana­to­mii i nie­zwy­kłą róż­no­rod­ność mi­kro­świa­ta. Mi­kro­skop zło­żo­ny po­więk­sza ob­raz jesz­cze bar­dziej niż pro­sty. To tuba z dwo­ma so­czew­ka­mi - dru­ga po­więk­sza ob­raz z pierw­szej, więc uzy­sku­je się po­więk­sze­nie bę­dą­ce ilo­czy­nem po­więk­szeń obu so­cze­wek. Wie­lu roz­waż­nych lu­dzi nie wie­rzy­ło do koń­ca tym przy­rzą­dom. Pierw­sze mi­kro­sko­py zło­żo­ne nie były do­sko­na­łe, więc po­wo­do­wa­ły znie­kształ­ce­nia ob­ra­zu lub róż­ne­go ro­dza­ju ilu­zje, na przy­kład po­ka­zy­wa­ły dziw­ne ko­lo­ry lub nie­ist­nie­ją­ce li­nie. Poza tym me­to­dy przy­go­to­wy­wa­nia pre­pa­ra­tów, to zna­czy cię­cia pró­bek na cien­kie pla­ster­ki i umiesz­cza­nia ich na szkla­nych płyt­kach, były dość pry­mi­tyw­ne. W kon­se­kwen­cji wie­lu na­ukow­ców uwa­ża­ło, że ko­rzy­sta­nie z mi­kro­sko­pów nie jest war­te wy­sił­ku, któ­ry trze­ba wło­żyć w przy­go­to­wa­nia do ob­ser­wa­cji.

Jed­nak le­ka­rze i bio­lo­dzy chcie­li zro­zu­mieć, jak dzia­ła­ją or­ga­ni­zmy w naj­mniej­szych moż­li­wych de­ta­lach. We Fran­cji Ma­rie Fra­nço­is Xa­vier Bi­chat (1771-1802) za­czął ba­dać róż­ne ludz­kie "tkan­ki", ta­kie jak twar­de ko­ści, mięk­ki tłuszcz czy płyn­ną krew. Zdał so­bie spra­wę z tego, że te same ro­dza­je tka­nek za­cho­wu­ją się w po­dob­ny spo­sób nie­za­leż­nie od tego, z któ­rej czę­ści cia­ła po­cho­dzą. Za­tem wszyst­kie mię­śnie - nóg, ra­mion, stóp czy dło­ni - były zbu­do­wa­ne z ta­kiej sa­mej tkan­ki. Ścię­gna (łą­czą­ce mię­śnie z ko­ść­mi) i bło­ny su­ro­wi­cze (cien­kie war­stwy ota­cza­ją­ce nie­któ­re or­ga­ny, jak ser­ce) były do sie­bie po­dob­ne we wszyst­kich czę­ściach cia­ła. Na­uka zaj­mu­ją­ca się ba­da­niem ko­mó­rek i tka­nek to hi­sto­lo­gia, a Bi­chat jest uzna­wa­ny za jej ojca. Jed­nak ba­dacz po­wąt­pie­wał w przy­dat­ność mi­kro­sko­pów i uży­wał tyl­ko zwy­kłe­go szkła po­więk­sza­ją­ce­go.

Jego pra­ce za­chę­ci­ły in­nych do tego, by spoj­rzeć na ro­śli­ny i zwie­rzę­ta, bio­rąc pod uwa­gę naj­mniej­sze, naj­bar­dziej pod­sta­wo­we "ce­gieł­ki" bu­du­ją­ce or­ga­ni­zmy. W pierw­szych de­ka­dach XIX wie­ku stwo­rzo­no kil­ka kon­ku­ren­cyj­nych kon­cep­cji do­ty­czą­cych tego, czym są te fun­da­men­tal­ne "ce­gieł­ki". Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych we Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii po­ja­wi­ły się nowe roz­wią­za­nia tech­nicz­ne, któ­re po­zwo­li­ły za­ra­dzić pro­ble­mom zwią­za­nym z nie­do­sko­na­ło­ścia­mi mi­kro­sko­pów zło­żo­nych. Od tam­tej pory lu­dzie pa­trzą­cy w obiek­tyw tego przy­rzą­du mo­gli mieć więk­szą pew­ność, że to, co wi­dzą, jest wier­nym ob­ra­zem rze­czy­wi­sto­ści.

W la­tach trzy­dzie­stych XIX wie­ku dwaj nie­miec­cy ucze­ni - bo­ta­nik Mat­thias Ja­cob Schle­iden (1804-1881) i le­karz Theo­dor Schwann (1810-1882) - uży­wa­jąc no­wych mi­kro­sko­pów, stwier­dzi­li, że pod­sta­wo­wy­mi "ce­gieł­ka­mi" or­ga­ni­zmów są ko­mór­ki. To z nich zbu­do­wa­ne są wszyst­kie ro­śli­ny i zwie­rzę­ta. Schwann ba­dał, jak po­wsta­ją i dzia­ła­ją ko­mór­ki. To dzię­ki za­cho­dzą­cym w nich pro­ce­som or­ga­ni­zmy po­ru­sza­ją się, tra­wią, od­dy­cha­ją i czu­ją. Ko­mór­ki współ­pra­cu­ją ze sobą i sta­no­wią klucz do zro­zu­mie­nia, jak funk­cjo­nu­ją i żyją ro­śli­ny i zwie­rzę­ta.

Gdy się ska­le­czysz, na przy­kład za­tniesz w pa­lec, uro­śnie ci nowa skó­ra, któ­ra na­pra­wi ranę. Ale tkan­ki, ta­kie jak skó­ra, są zbu­do­wa­ne z ko­mó­rek. Jak za­tem po­wsta­ją nowe ko­mór­ki? Schwann in­te­re­so­wał się też che­mią, więc za­su­ge­ro­wał, że nowe ko­mór­ki kry­sta­li­zu­ją ze spe­cjal­ne­go pły­nu, to zna­czy, że ro­sną tak jak krysz­ta­ły. Chciał wy­ja­śnić, jak roz­wi­ja­ją się za­rod­ki w jaju albo ma­ci­cy. Za­sta­na­wiał się, skąd po­cho­dzą ko­mór­ki, któ­re po­ja­wia­ją się w miej­scu za­dra­pa­nia czy stłu­cze­nia. Jako le­karz wie­dział, że miej­sce wo­kół rany jest za­czer­wie­nio­ne, a rana może za­ro­pieć. Są­dził, że ko­mór­ki ropy kry­sta­li­zu­ją z wod­ni­ste­go pły­nu, któ­ry po­ja­wia się w obrzę­ku. Ta teo­ria, łą­czą­ca w so­bie che­mię i bio­lo­gię, była dość atrak­cyj­na, ale szyb­ko oka­za­ło się, że jest zbyt uprosz­czo­na.

W mia­rę udo­sko­na­la­nia mi­kro­sko­pów co­raz wię­cej na­ukow­ców za­czę­ło ob­ser­wo­wać, co się dzie­je w ko­mór­kach. Jed­nym z nich był Ru­dolf Vir­chow (1821-1902). Zaj­mo­wał się przede wszyst­kim pa­to­lo­gią (na­uką o cho­ro­bach), a jako czło­wiek o sze­ro­kich za­in­te­re­so­wa­niach tak­że zdro­wiem pu­blicz­nym, po­li­ty­ką, an­tro­po­lo­gią i ar­che­olo­gią (po­mógł w od­ko­pa­niu Troi opi­sa­nej przez Ho­me­ra w VIII wie­ku p.n.e.). W po­ło­wie XIX wie­ku Vir­chow za­czął się za­sta­na­wiać nad tym, co teo­ria ko­mór­ko­wa ozna­cza dla me­dy­cy­ny i ba­dań nad cho­ro­ba­mi. Po­dob­nie jak Schwann, uwa­żał ko­mór­ki za pod­sta­wo­we "ce­gieł­ki" ży­wych or­ga­ni­zmów. Zro­zu­mie­nie ich funk­cji w zdro­wiu i cho­ro­bie by­ło­by klu­czem do no­wej me­dy­cy­ny opar­tej na pod­sta­wach na­uko­wych. Vir­chow przed­sta­wił swo­ją kon­cep­cję w książ­ce Die Cel­lu­lar­pa­tho­lo­gie (Pa­to­lo­gia ko­mó­rek) z 1858 roku. Wy­ka­zał, że cho­ro­by - wy­kry­wa­ne przez le­ka­rzy u pa­cjen­tów, któ­rych cia­ła bada się póź­niej w pro­sek­to­rium (gdzie prze­pro­wa­dza się sek­cję zwłok) - za­wsze są skut­kiem zda­rzeń w ko­mór­kach. Do­ty­czy­ło to roz­wo­ju no­wo­two­rów (któ­re szcze­gól­nie go in­te­re­so­wa­ły), rop­nych za­pa­leń i obrzę­ków, a tak­że cho­rób ser­ca. "Uczcie się pa­trzeć przez mi­kro­skop", czy­li zejdź­cie aż do po­zio­mu ko­mó­rek, za­wsze po­wta­rzał swo­im stu­den­tom na wy­kła­dach z pa­to­lo­gii.

Ze zna­ko­mi­tych ob­ser­wa­cji mi­kro­sko­po­wych Vir­chow wy­snuł wnio­sek wy­ra­ża­ją­cy bio­lo­gicz­ną praw­dę: "Wszyst­kie ko­mór­ki po­cho­dzą od ko­mó­rek". Tym głę­bo­kim stwier­dze­niem prze­ści­gnął Schwan­na. Miał na my­śli to, że ropa w za­ognio­nym obrzę­ku - na przy­kład po wbi­ciu się drza­zgi w pa­lec lub ob­tar­ciu skó­ry - po­wsta­je z in­nych ko­mó­rek. Nie kry­sta­li­zu­je z pły­nów ustro­jo­wych. To rów­nież ozna­cza­ło, że no­wo­twór wy­ra­sta z ko­mó­rek, któ­re nie­pra­wi­dło­wo funk­cjo­nu­ją i dzie­lą się, kie­dy nie po­win­ny. Każ­da ko­mór­ka, któ­rą mo­że­my ob­ser­wo­wać pod mi­kro­sko­pem, zo­sta­ła utwo­rzo­na przez ist­nie­ją­cą wcze­śniej ko­mór­kę (zwa­ną ko­mór­ką ma­cie­rzy­stą), któ­ra po­dzie­li­ła się na pół (na ko­mór­ki po­tom­ne). Bio­lo­dzy prze­pro­wa­dza­li co­raz wię­cej ob­ser­wa­cji mi­kro­sko­po­wych i cza­sa­mi na­wet wi­dzie­li, jak od­by­wa się taki po­dział. Jak za­uwa­ży­li, wnę­trze ko­mór­ki zmie­nia­ło się przed po­dzia­łem - dzia­ło się w niej coś szcze­gól­ne­go.

Wcze­śniej­sze ob­ser­wa­cje po­ka­za­ły, że ko­mór­ka nie jest zwy­kłym "opa­ko­wa­niem" peł­nym róż­ne­go ro­dza­ju or­ga­nel­li. W la­tach trzy­dzie­stych XIX wie­ku an­giel­ski bo­ta­nik Ro­bert Brown (1773-1858) stwier­dził, że każ­da ko­mór­ka ma w cen­trum coś ciem­niej­sze­go od ota­cza­ją­cej go sub­stan­cji - ją­dro ko­mór­ko­we. Obej­rzał mnó­stwo ko­mó­rek pod mi­kro­sko­pem i wy­da­wa­ło mu się, że wszyst­kie mają ją­dro. Wkrót­ce inni na­ukow­cy zgo­dzi­li się z nim, uzna­jąc, że ją­dro jest czę­ścią wszyst­kich ko­mó­rek. Po­zo­sta­ły ma­te­riał w ko­mór­ce na­zwa­no pro­to­pla­zmą, czy­li "pier­wot­nym two­rzy­wem". Wów­czas pro­to­pla­zmę uwa­ża­no za ży­ją­cy, we­wnętrz­ny ele­ment ko­mór­ki, któ­re­go funk­cjo­no­wa­nie za­pew­nia ży­cie ro­śli­nom i zwie­rzę­tom. Z cza­sem w ko­mór­ce wy­kry­to jesz­cze inne struk­tu­ry.

Na­ukow­cy szyb­ko za­ak­cep­to­wa­li od­kry­cie ją­dra i in­nych or­ga­nel­li ko­mór­ko­wych. Jed­nak zu­peł­nie in­nym pro­ble­mem była to­czo­na od daw­na de­ba­ta o "sa­mo­ródz­twie". Teo­ria ta do­ty­czy­ła po­ja­wia­ją­cych się w gni­ją­cym mię­sie i sto­ją­cej wo­dzie drob­nych, ale ży­ją­cych stwo­rzeń. Lu­dzie wie­dzie­li, że je­śli zo­sta­wią na sto­le nie­przy­kry­ty ka­wa­łek mię­sa, to w cią­gu kil­ku dni po­ja­wią się w nim lar­wy. Nie wie­dzie­li, że to mu­chy skła­da­ją jaja, z któ­rych wy­lę­ga­ją się lar­wy, jak więc mo­gli ina­czej wy­ja­śnić ich po­ja­wie­nie się? Je­śli pod mi­kro­sko­pem obej­rzy się kro­plę wody ze sta­wu, wi­dać, że roi się w niej od ma­leń­kich stwo­rzeń. Skąd się tam wzię­ły?

Dla XIX-wiecz­nych uczo­nych naj­prost­szym wy­ja­śnie­niem tych zja­wisk było ich sa­mo­rzut­ne po­wsta­wa­nie w śro­do­wi­sku do­star­cza­ją­cym po­kar­mu na dro­dze ja­kichś pro­ce­sów che­micz­nych. Był to roz­po­wszech­nio­ny po­gląd, któ­ry wy­da­wał się sen­sow­ny. Po­nie­waż w mię­sie nie było larw, gdy kła­dzio­no je na sto­le, to jak wy­ja­śnić ich obec­ność, nie za­kła­da­jąc, że po­wsta­ły z roz­kła­da­ją­ce­go się mię­sa? Mało kto po­my­ślał­by, że zło­żo­ne or­ga­ni­zmy, ta­kie jak dąb czy słoń, po­wsta­ły na dro­dze sa­mo­ródz­twa. Ale wy­da­wa­ło się, że pro­ste for­my ży­cia po­ja­wia­ją się bez uza­sad­nio­nej przy­czy­ny i w ja­kiś spo­sób sa­mo­rzut­nie po­wsta­ją z ota­cza­ją­cych je sub­stan­cji od­żyw­czych. Na­wet kon­cep­cja Schwan­na o kry­sta­li­za­cji ży­ją­cych ko­mó­rek ze spe­cjal­ne­go pły­nu ustro­jo­we­go za­kła­da­ła pew­ne­go ro­dza­ju spon­ta­nicz­ne na­ro­dzi­ny ży­wych ko­mó­rek z mar­twej ma­te­rii.

Przy­rod­ni­cy w XVII i XVIII wie­ku my­śle­li, że wy­ka­za­li, iż sa­mo­ródz­two nie wy­stę­pu­je, ale pro­blem wca­le nie znik­nął. Pod ko­niec lat pięć­dzie­sią­tych XIX wie­ku go­rą­co de­ba­to­wa­ło o nim dwóch fran­cu­skich na­ukow­ców. Zwy­cięz­ca wresz­cie prze­ko­nał spo­łecz­ność na­uko­wą, że do sa­mo­ródz­twa nie do­cho­dzi. Hi­sto­ria nie jest jed­nak taka pro­sta - zwy­cięz­ca (któ­ry miał ra­cję) nie grał cał­kiem uczci­wie.

Pierw­szym z tych dwóch Fran­cu­zów był che­mik Lu­dwik Pa­steur (1822-1895). W po­ło­wie XIX wie­ku za­czął po­dej­rze­wać, że żywe ko­mór­ki mogą ro­bić dość nie­zwy­kłe rze­czy. Ba­dał wła­ści­wo­ści che­micz­ne róż­nych związ­ków. Do­brze znał się na fer­men­ta­cji, czy­li pro­ce­sie, w któ­rym z wi­no­gron z do­dat­kiem droż­dży po­wsta­je wino albo z mąki zmie­sza­nej z droż­dża­mi wy­ra­sta cia­sto na chleb. Przed Pa­steu­rem są­dzo­no, że fer­men­ta­cja to szcze­gól­ny ro­dzaj re­ak­cji che­micz­nej, w któ­rej droż­dże dzia­ła­ją jak ka­ta­li­za­tor (przy­spie­sza­ją re­ak­cję, ale po­zo­sta­ją nie­zmie­nio­ne). Pa­steur udo­wod­nił, że fer­men­ta­cja to pro­ces bio­lo­gicz­ny wy­wo­ły­wa­ny przez żywe droż­dże, ży­wią­ce się cu­krem za­war­tym w wi­no­gro­nach lub mące. Ko­mór­ki droż­dży dzie­lą się, aby po­wsta­ło ich wię­cej, a skut­kiem ich pro­ce­sów ży­cio­wych jest po­wsta­wa­nie al­ko­ho­lu w wi­nie lub nada­wa­nie pie­czy­wu lek­ko­ści i pu­szy­sto­ści. Oczy­wi­ście te pro­ce­sy trze­ba było za­ha­mo­wać w od­po­wied­nim cza­sie po­przez pod­grza­nie. Gdy­by po­zwo­lić droż­dżom da­lej żyć i roz­mna­żać się, wino zmie­ni­ło­by się w ocet, a cia­sto na chleb by opa­dło. Sko­ro żywe mi­kro­or­ga­ni­zmy były od­po­wie­dzial­ne za fer­men­ta­cję, być może mia­ły też udział w in­nych pro­ce­sach uzna­wa­nych do­tąd za re­ak­cje che­micz­ne, ta­kich jak sa­mo­ródz­two. Dla­te­go Pa­steur przy­stą­pił do pu­blicz­nej de­ba­ty ze swo­im ro­da­kiem i zwo­len­ni­kiem teo­rii sa­mo­ródz­twa Félik­sem Po­uche­tem (1800-1872).

W se­rii eks­pe­ry­men­tów Pa­steur za­go­to­wał w wo­dzie sło­mę, aby ją wy­ste­ry­li­zo­wać. Na­stęp­nie wy­sta­wił wodę na dzia­ła­nie po­wie­trza i uno­szą­ce­go się w nim ku­rzu. Za­zwy­czaj, gdy zaj­rzy się do cie­czy po kil­ku dniach, roi się w niej od mi­kro­or­ga­ni­zmów. Pa­steur po­ka­zał, że je­śli wy­eli­mi­nu­je się do­stęp ku­rzu z po­wie­trza, roz­twór po­zo­sta­nie ste­ryl­ny. Aby udo­wod­nić, że te mi­kro­or­ga­ni­zmy po­cho­dzą z ku­rzu, a nie z sa­me­go po­wie­trza, za­pro­jek­to­wał spe­cjal­ną kol­bę z za­krzy­wio­ną szyj­ką (ni­czym u ła­bę­dzia), któ­ra prze­pusz­cza­ła po­wie­trze, ale nie kurz. Gdy Po­uchet prze­pro­wa­dził po­dob­ne eks­pe­ry­men­ty, w jego kol­bach po kil­ku dniach po­ja­wi­ły się mi­kro­or­ga­ni­zmy. Zin­ter­pre­to­wał ten wy­nik jako do­wód na sa­mo­ródz­two. Gdy do­świad­cze­nia nie po­szły po jego my­śli, Pa­steur uznał, że po­wo­dem było to, iż nie wy­czy­ścił do­sta­tecz­nie do­brze kol­by. Przy­pusz­czał więc, że Po­uchet za­wsze był nie­chluj­ny. Pa­steur wy­grał, mimo że spo­koj­nie zi­gno­ro­wał wy­ni­ki tych eks­pe­ry­men­tów, któ­re nie były ta­kie, jak ocze­ki­wał, i w za­sa­dzie po­twier­dza­ły sta­no­wi­sko Po­uche­ta. Za­trium­fo­wał, po­nie­waż był wy­trwa­łym, zde­ter­mi­no­wa­nym na­ukow­cem i był pe­wien, że ma ra­cję. W tym prze­ko­na­niu utwier­dza­ło go po czę­ści stwier­dze­nie Vir­cho­wa: "wszyst­kie ko­mór­ki po­cho­dzą od ko­mó­rek", któ­re zy­ski­wa­ło co­raz więk­szą po­pu­lar­ność. Lu­dzie chcie­li wie­rzyć Pa­steu­ro­wi, po­nie­waż jego teo­ria sta­no­wi­ła wiel­ki krok na­przód w po­rów­na­niu ze sta­ro­mod­ny­mi ide­ami i była bar­dzo waż­na dla na­uki.

Udo­sko­na­le­nie mi­kro­sko­pów za­owo­co­wa­ło du­żym po­stę­pem w ba­da­niach me­dycz­nych i bio­lo­gicz­nych. Ulep­szo­no tak­że na­rzę­dzia do przy­go­to­wy­wa­nia pre­pa­ra­tów do ba­dań mi­kro­sko­po­wych. Szcze­gól­nie waż­ne były spe­cjal­ne od­czyn­ni­ki che­micz­ne dzia­ła­ją­ce jak barw­ni­ki, po­nie­waż nada­wa­ły one ko­lor ba­da­nym prób­kom i pod­kre­śla­ły ele­men­ty struk­tu­ry ko­mór­ki, któ­re w in­nych wa­run­kach ła­two moż­na było prze­oczyć. Oka­za­ło się, że wy­bar­wio­ne ją­dro ko­mór­ko­we za­wie­ra sze­reg za­bar­wio­nych na ciem­no pasm, któ­re na­zwa­no chro­mo­so­ma­mi (z grec­kie­go chro­mo - 'ko­lor'). Gdy ko­mór­ka się dzie­li­ła, wy­da­wa­ło się, że chro­mo­so­my puch­ną. Zna­cze­nie tego od­kry­cia oraz zi­den­ty­fi­ko­wa­nie przez na­ukow­ców in­nych czę­ści ko­mór­ki do­ce­nio­no do­pie­ro w XX wie­ku. Jed­nak XIX-wiecz­ni le­ka­rze i bio­lo­dzy do­wie­dli, że je­śli chce się zro­zu­mieć funk­cjo­no­wa­nie ca­łych or­ga­ni­zmów ro­ślin­nych i zwie­rzę­cych, za­rów­no zdro­wych, jak i cho­rych, trze­ba za­cząć od ba­da­nia ko­mó­rek, z któ­rych się skła­da­ją. Je­den ro­dzaj ko­mó­rek, jed­no­ko­mór­ko­we or­ga­ni­zmy zwa­ne bak­te­ria­mi, oka­zał się szcze­gól­nie istot­ny dla zro­zu­mie­nia przy­czyn wie­lu cho­rób. Lu­dwik Pa­steur ode­grał klu­czo­wą rolę w usta­la­niu związ­ku mię­dzy drob­no­ustro­ja­mi a cho­ro­ba­mi i ba­da­niu wpły­wu mi­kro­or­ga­ni­zmów na wie­le aspek­tów na­sze­go co­dzien­ne­go ży­cia.

ROZDZIAŁ 27

Kaszel, kichanie i choroby

Gdy mamy ka­tar, ka­szel lub nie­straw­ność, czę­sto mó­wi­my, że "zła­pa­li­śmy" bak­te­rie albo wi­ru­sa. Mamy wów­czas na my­śli ja­kiś ro­dzaj drob­no­ustro­jów. "Ła­pa­nie" cho­ro­by jest dla nas czymś tak na­tu­ral­nym, że trud­no nam so­bie wy­obra­zić, jak zszo­ko­wa­ni byli kie­dyś lu­dzie, gdy ktoś przed­sta­wił po­mysł, że cho­ro­by mogą być wy­wo­ły­wa­ne przez za­raz­ki. Wie­ki temu le­ka­rze twier­dzi­li, że do­le­gli­wo­ści, na któ­re cier­pi­my, wy­ni­ka­ją z we­wnętrz­nych zmian w "hu­mo­rach". Jesz­cze cał­kiem nie­daw­no le­ka­rze uwa­ża­li, że za cho­ro­bę mogą ob­wi­niać złą kon­sty­tu­cję (dziś po­wie­dzie­li­by­śmy ra­czej "złe geny"), zbyt­nie fol­go­wa­nie so­bie w je­dze­niu i pi­ciu albo złe na­wy­ki, ta­kie jak nie­prze­sy­pia­nie nocy. Ni­ko­mu nie przy­szło do gło­wy, że przy­czy­ną cho­ro­by mogą być żywe or­ga­ni­zmy z ze­wnątrz. Była to nowa kon­cep­cja, któ­ra zmu­si­ła le­ka­rzy do po­now­ne­go prze­my­śle­nia tego, czym tak na­praw­dę jest cho­ro­ba.

W daw­nych cza­sach le­ka­rze mó­wi­li o "ziar­nach" cho­ro­by. Czę­sto uży­wa­li też sło­wa "wi­rus", ale wów­czas ozna­cza­ło ono po pro­stu "tru­ci­znę". To, że lu­dzie umie­ra­li od przy­pad­ko­we­go lub ce­lo­we­go za­tru­cia, nie było ni­czym no­wym. Na­to­miast no­wa­tor­skie było to, że ze­wnętrz­nym źró­dłem cho­ro­by są małe ży­jąt­ka zwa­ne mi­kro­or­ga­ni­zma­mi. Do opi­su in­fek­cji za­sto­so­wa­no ję­zyk woj­sko­wy: "za­ata­ko­wa­ne" przez za­raz­ki cia­ło "bro­ni­ło się" i mo­gło "zwal­czyć" cho­ro­bę. Teo­ria ta sta­no­wi­ła punkt zwrot­ny w hi­sto­rii me­dy­cy­ny.

Jej naj­waż­niej­sze­go bo­ha­te­ra, Lu­dwi­ka Pa­steu­ra, po­zna­li­śmy w po­przed­nim roz­dzia­le. Ba­dacz stwier­dził, że cho­ro­by są wy­wo­ły­wa­ne przez drob­no­ustro­je. In­ten­syw­nie zaj­mo­wał się ba­da­niem roli mi­kro­or­ga­ni­zmów w wie­lu co­dzien­nych sy­tu­acjach, ta­kich jak wa­rze­nie piwa, fer­men­ta­cja wi­no­gron czy pie­cze­nie chle­ba. Pa­ste­ry­za­cja mle­ka i in­nych pro­duk­tów mlecz­nych opie­ra się na do­ko­na­nych przez nie­go od­kry­ciach. Zaj­rzyj do lo­dów­ki, a za­pew­ne na opa­ko­wa­niu któ­re­goś z pro­duk­tów znaj­dziesz to sło­wo. Pa­ste­ry­zo­wa­nie mle­ka po­le­ga na pod­grza­niu go do ta­kiej tem­pe­ra­tu­ry, w któ­rej giną za­war­te w nim bak­te­rie. Dzię­ki temu mle­ko moż­na dłu­żej prze­cho­wy­wać i bez­piecz­nie pić.

Udo­wod­nie­nie, że bak­te­rie, droż­dże, grzy­by i inne mi­kro­or­ga­ni­zmy mogą po­wo­do­wać ludz­kie i zwie­rzę­ce cho­ro­by, wy­ma­ga­ło jesz­cze wy­ko­na­nia wiel­kie­go kro­ku. Zo­ba­czyć mi­kro­or­ga­ni­zmy pod mi­kro­sko­pem to jed­no, a udo­wod­nić, że to one, a nie co in­ne­go, po­wo­du­ją kon­kret­ne cho­ro­by, to już zu­peł­nie inna spra­wa. Cho­ro­by za­kaź­ne za­wsze dzie­siąt­ko­wa­ły lud­ność. Mo­ro­we po­wie­trze, czy­li dżu­ma (albo czar­na śmierć), wy­wo­ły­wa­ło wy­so­ką go­rącz­kę i bo­le­sne wrzo­dy na cie­le. Dżu­ma przez trzy­sta lat, po­cząw­szy od lat czter­dzie­stych XIV wie­ku, wie­lo­krot­nie ata­ko­wa­ła bry­tyj­skie mia­sta. Roz­no­si­ły ją pchły pa­so­ży­tu­ją­ce na szczu­rach śnia­dych. Gdy szczu­ry pa­dły, in­sek­ty prze­nio­sły się na lu­dzi. Ospa praw­dzi­wa, ty­fus i szkar­la­ty­na, ob­ja­wia­ją­ce się wy­syp­ką i go­rącz­ką, rów­nież zbie­ra­ły śmier­tel­ne żni­wo. Ro­dzi­ce mo­gli się do­cze­kać ośmior­ga dzie­ci lub wię­cej, ale więk­szość po­tom­stwa umie­ra­ła na cho­ro­by wie­ku dzie­cię­ce­go.

Le­ka­rze ba­da­ją­cy te scho­rze­nia pró­bo­wa­li wy­ja­śnić je na dwa spo­so­by. Nie­któ­rzy są­dzi­li, że cho­ro­by ca­łych spo­łecz­no­ści są za­raź­li­we. To ozna­cza­ło, że prze­no­szą się z jed­nej oso­by na dru­gą przez kon­takt - gdy zdro­wy do­tknął cho­re­go albo jego ubrań bądź po­ście­li. Wy­da­wa­ło się, że ospa praw­dzi­wa, po­wo­du­ją­ca brzyd­kie zmia­ny na skó­rze, jest cho­ro­bą za­kaź­ną, zwłasz­cza dla­te­go, że za­pa­da­li na nią zdro­wi, któ­rzy pie­lę­gno­wa­li cho­rych krew­nych lub zna­jo­mych.

Znacz­nie trud­niej było wy­ja­śnić sze­rze­nie się in­nych cho­rób wsku­tek za­ra­ża­nia się. Le­ka­rze mie­li teo­rię, że te cho­ro­by były po­wo­do­wa­ne przez "mia­zma­ty", czy­li cuch­ną­ce lub nie­zdro­we za­pa­chy albo opa­ry. Twier­dzi­li, że cho­ro­by mia­zma­tycz­ne zda­rza­ją się z po­wo­du nie­zdro­wych za­bu­rzeń w at­mos­fe­rze: fe­to­ru gni­ją­cych ro­ślin i ście­ków czy brzyd­kich za­pa­chów z po­ko­ju cho­re­go. W XIX wie­ku naj­bar­dziej oba­wia­no się epi­de­mii cho­le­ry. Po­wszech­nie wy­stę­po­wa­ła w In­diach, ale w la­tach dwu­dzie­stych XIX wie­ku roz­sze­rzy­ła się na resz­tę świa­ta. W cią­gu sze­ściu lat do­tar­ła do Wiel­kiej Bry­ta­nii, gdzie wy­wo­ła­ła pa­ni­kę, po­nie­waż była nowa i prze­ra­ża­ją­ca. Ob­ja­wia­ła się sil­ną bie­gun­ką i wy­mio­ta­mi. Czę­sto za­bi­ja­ła w cią­gu jed­ne­go dnia, a ma­ją­ca dresz­cze ofia­ra umie­ra­ła wręcz nie­god­ną śmier­cią.

Mię­dzy­na­ro­do­we po­dró­że przy­spie­szy­ły roz­prze­strze­nia­nie się tej cho­ro­by. Jed­nak po­stę­pu­je ona wol­niej. Gdy eu­ro­pej­scy le­ka­rze ob­ser­wo­wa­li, jak cho­le­ra po­wo­li obej­mu­je Azję i Eu­ro­pę Wschod­nią, nie mo­gli się zde­cy­do­wać, czy prze­no­si się ona z jed­nej oso­by na dru­gą (za­ra­że­nie) czy jest mia­zma­tycz­ną epi­de­mią. Wie­lu lu­dzi oba­wia­ło się, że sze­rzy się za po­śred­nic­twem po­wie­trza, któ­rym prze­cież wszy­scy od­dy­cha­ją.

Urzęd­ni­cy, w za­leż­no­ści od wy­zna­wa­nej teo­rii, mo­gli na róż­ne spo­so­by pró­bo­wać po­wstrzy­mać sze­rze­nie się cho­ro­by. Je­śli za jej przy­czy­nę uwa­ża­li za­ra­że­nie, naj­le­piej było za­sto­so­wać kwa­ran­tan­nę, czy­li izo­lo­wać cho­rych. W przy­pad­ku mia­zma­tów sku­tecz­ne po­win­no być sprzą­ta­nie i po­pra­wie­nie ja­ko­ści po­wie­trza. Naj­bar­dziej in­ten­syw­na de­ba­ta na ten te­mat roz­po­czę­ła się jed­nak po pierw­szym ata­ku cho­le­ry w Wiel­kiej Bry­ta­nii pod ko­niec 1831 roku. Wy­bu­chła pa­ni­ka, a opi­nie me­dycz­ne były po­dzie­lo­ne. Wy­da­wa­ło się, że kwa­ran­tan­na nie po­ma­ga. Gdy cho­ro­ba po­wró­ci­ła w 1848 i 1854 roku, bły­sko­tli­wy lon­dyń­ski le­karz John Snow (1813-1858) usta­lił, co ją wy­wo­łu­je. Roz­ma­wiał z miesz­kań­ca­mi i sta­ran­nie za­zna­czał na ma­pie każ­dy ko­lej­ny przy­pa­dek cho­le­ry w są­siedz­twie. W ten spo­sób na­brał pew­no­ści, że cho­ro­ba prze­no­si się przez wodę z pu­blicz­nej pom­py w Soho, dziel­ni­cy po­ło­żo­nej w cen­tral­nym Lon­dy­nie. Był prze­ko­na­ny, że woda zo­sta­ła za­ka­żo­na ka­łem i wy­mio­ci­na­mi ofiar cho­le­ry. Po­brał więc prób­ki wody, aby zba­dać je pod mi­kro­sko­pem. Choć nie uda­ło mu się zi­den­ty­fi­ko­wać żad­nej kon­kret­nej przy­czy­ny cho­ro­by, jego dzia­ła­nia zwró­ci­ły uwa­gę le­ka­rzy i na­ukow­ców na wpływ czy­stej wody na zdro­wie pu­blicz­ne.

Ba­da­nia Sno­wa po­ka­za­ły, jak sze­rzy się cho­le­ra, ale na­dal nie wie­dzia­no, co ją wy­wo­łu­je. Do tego po­trzeb­ne było la­bo­ra­to­rium, ta­kie jak miał Pa­steur. Fran­cu­ski uczo­ny kon­ty­nu­ował ba­da­nia mi­kro­or­ga­ni­zmów, a rząd po­pro­sił go, aby zba­dał cho­ro­bę je­dwab­ni­ków nisz­czą­cą fran­cu­ski prze­mysł tkac­ki. Pa­steur, wraz z całą ro­dzi­ną, po­słusz­nie prze­niósł się na po­łu­dnie Fran­cji, gdzie pro­du­ko­wa­no je­dwab. Pró­bu­jąc usta­lić przy­czy­nę pro­ble­mów, ko­rzy­stał z po­mo­cy żony i dzie­ci. Oka­za­ło się, że cho­ro­bę wy­wo­łu­je mi­kro­or­ga­nizm in­fe­ku­ją­cy lar­wy je­dwab­ni­ków. Pa­steur po­ka­zał, jak moż­na unik­nąć za­ra­że­nia, i tym sa­mym oca­lił fran­cu­ski prze­mysł je­dwab­ni­czy.

Ten suk­ces skło­nił Pa­steu­ra do dal­szych ba­dań nad cho­ro­ba­mi. Na­uko­wiec chciał wy­ka­zać, że mi­kro­or­ga­ni­zmy wy­wo­łu­ją wie­le cho­rób, na któ­re cier­pią lu­dzie i zwie­rzę­ta. Za­czął od wą­gli­ka - cho­ro­by zwie­rząt ho­dow­la­nych, cza­sa­mi prze­no­szą­cej się na lu­dzi. W na­szych cza­sach cho­ro­ba ta nie wy­stę­po­wa­ła do cza­su, kie­dy ter­ro­ry­ści za­gro­zi­li, że uży­ją jej jako bro­ni bio­lo­gicz­nej. Wą­glik ob­ja­wia się brzyd­ki­mi zmia­na­mi skór­ny­mi, a je­śli cho­ro­ba prze­no­si się przez krew, może być na­wet śmier­tel­na. Wy­wo­łu­je ją duża bak­te­ria, któ­rą sto­sun­ko­wo ła­two wy­kryć. Była to pierw­sza cho­ro­ba ludz­ka, któ­rej uda­ło się za­po­bie­gać za po­mo­cą szcze­pień.

W 1796 roku Edward Jen­ner (1749-1823), an­giel­ski le­karz wiej­ski, wy­na­lazł spo­sób za­po­bie­ga­nia ospie praw­dzi­wej. Ce­lo­wo wsz­cze­pił chłop­cu wi­ru­sy po­dob­nej, ale ła­god­niej­szej kro­wian­ki (ospy krów). Cza­sa­mi cho­ro­wa­ły na nią do­jar­ki i za­uwa­żo­no, że nie za­pa­da­ją one na groź­niej­szą ospę. Jen­ner na­zwał tę nową pro­ce­du­rę szcze­pie­niem (po an­giel­sku vac­ci­na­tion, od ła­ciń­skie­go sło­wa vac­ca ozna­cza­ją­ce­go 'kro­wę'). Pro­gra­my szcze­pień za­czę­to wpro­wa­dzać w wie­lu kra­jach. Dzię­ki nim ogra­ni­czo­no wy­stę­po­wa­nie po­waż­nych cho­rób.

Pa­steur chciał zro­bić coś po­dob­ne­go z wą­gli­kiem, ale nie zna­no żad­nej po­krew­nej mu cho­ro­by. Na­uczył się jed­nak osła­biać bak­te­rie wą­gli­ka, zmie­nia­jąc im wa­run­ki ży­cia, ta­kie jak tem­pe­ra­tu­rę i do­stęp­ne po­ży­wie­nie, oraz wy­sta­wia­jąc je na dzia­ła­nie po­wie­trza. Bak­te­rie po­trze­bu­ją od­po­wied­nich wa­run­ków, aby się roz­wi­jać - tak jak i my. Pa­steu­ro­wi uda­ło się zmniej­szyć szko­dli­wość tych drob­no­ustro­jów i na cześć Jen­ne­ra na­zwał osła­bio­ne bak­te­rie szcze­pion­ką. Na­stęp­nie za­pro­sił dzien­ni­ka­rzy, aby byli świad­ka­mi eks­pe­ry­men­tu. Wstrzyk­nął swo­ją szcze­pion­kę paru owcom i kro­wom. Póź­niej po­dał wą­gli­ka za­szcze­pio­nej i nie­zasz­cze­pio­nej gru­pie zwie­rząt. Eks­pe­ry­ment za­koń­czył się spek­ta­ku­lar­nym suk­ce­sem: za­szcze­pio­ne zwie­rzę­ta nie za­cho­ro­wa­ły, a nie­zasz­cze­pio­ne - pa­dły. W ten spo­sób Pa­steur po­ka­zał świa­tu po­tę­gę nauk me­dycz­nych.

Po wą­gli­ku za­czę­to ba­dać wście­kli­znę. Tę strasz­ną cho­ro­bę na ogół po­wo­du­je ugry­zie­nie za­ka­żo­ne­go nią zwie­rzę­cia. Wście­kli­zna czę­sto koń­czy się śmier­cią, a jej ofia­ry, w tym wie­le ma­łych dzie­ci, to­czą pia­nę z ust i czu­ją wo­do­wstręt. Pa­steur nie wi­dział na­wet, z czym ma do czy­nie­nia, po­nie­waż ów­cze­sne mi­kro­sko­py nie da­wa­ły tak sil­nych po­więk­szeń, by mógł zo­ba­czyć bar­dzo mały wi­rus wście­kli­zny. Na pod­sta­wie ob­ja­wów był pe­wien, że co­kol­wiek po­wo­du­je tę cho­ro­bę, ata­ku­je mózg i rdzeń krę­go­wy, czy­li naj­waż­niej­szą część ukła­du ner­wo­we­go. Dla­te­go użył rdze­nia krę­go­we­go kró­li­ków, aby sztucz­nie "wy­ho­do­wać" wi­ru­sy. Zmie­nia­jąc wa­run­ki ho­dow­li, mógł uczy­nić te drob­no­ustro­je mniej lub bar­dziej szko­dli­wy­mi. Wy­ko­rzy­stał naj­słab­sze wi­ru­sy do spo­rzą­dze­nia szcze­pion­ki. Jej pierw­sze po­da­nie czło­wie­ko­wi za­koń­czy­ło się ogrom­nym suk­ce­sem i roz­sła­wi­ło Pa­steu­ra na ca­łym świe­cie. Jo­seph Me­ister zo­stał po­gry­zio­ny przez wście­kłe­go psa. Zroz­pa­cze­ni ro­dzi­ce chłop­ca przy­pro­wa­dzi­li go do Pa­steu­ra, któ­ry zgo­dził się spró­bo­wać go ura­to­wać za po­mo­cą se­rii za­strzy­ków. Pa­steur był che­mi­kiem, więc za­strzy­ki ro­bił dziec­ku le­karz, ale szcze­pion­ki oka­za­ły się sku­tecz­ne. Chło­piec prze­żył i pra­co­wał dla Pa­steu­ra do koń­ca ży­cia. Inni lu­dzie po­gry­zie­ni przez wście­kłe zwie­rzę­ta przy­jeż­dża­li do Pa­ry­ża, aby zdo­być to cu­dow­ne le­kar­stwo. Przy­pa­dek uda­ne­go wy­le­cze­nia wy­wo­łał mię­dzy­na­ro­do­wą sen­sa­cję. Lu­dzie ofia­ro­wy­wa­li dat­ki na za­ło­że­nie In­sty­tu­tu Pa­steu­ra, w któ­rym słyn­ny che­mik pra­co­wał do koń­ca ży­cia. Po po­nad stu la­tach In­sty­tut wciąż dzia­ła i od­no­si suk­ce­sy na polu na­uko­wym.

Pa­steur za­wsze wy­ła­my­wał się ze sche­ma­tów, czy to od­no­sząc nie­by­wa­łe suk­ce­sy, czy też ba­da­jąc mi­kro­or­ga­ni­zmy. Inni na­ukow­cy uzna­li jego me­to­dę two­rze­nia szcze­pio­nek za zbyt trud­ną i nie­prak­tycz­ną.

Wie­le przy­rzą­dów la­bo­ra­to­ryj­nych do dziś uży­wa­nych do ba­da­nia bak­te­rii wy­my­ślił nie­miec­ki ry­wal Pa­steu­ra Ro­ber Koch (1843-1910). W od­róż­nie­niu od Fran­cu­za był on le­ka­rzem i pra­ce ba­daw­cze roz­po­czął w trak­cie prak­ty­ki le­kar­skiej. Koch rów­nież ba­dał do­brze wi­docz­ne bak­te­rie wą­gli­ka. Usta­lił, jak wą­glik prze­no­si się ze zwie­rząt na lu­dzi i jak wy­glą­da jego skom­pli­ko­wa­ny cykl ży­cio­wy. Cza­sa­mi bak­te­rie wą­gli­ka wcho­dzą w stan uśpie­nia, two­rząc prze­trwal­ni­ki. Bar­dzo trud­no jest je za­bić. W ta­kiej po­sta­ci mogą in­fe­ko­wać lu­dzi i zwie­rzę­ta, więc wy­wo­łu­ją cho­ro­bę wię­cej niż jed­ną dro­gą. Mimo że bak­te­ria wą­gli­ka jest jed­no­ko­mór­ko­wa, oka­za­ła się bar­dzo skom­pli­ko­wa­nym or­ga­ni­zmem.

Koch był pio­nie­rem sto­so­wa­nia fo­to­gra­fii do opi­sy­wa­nia bak­te­rii po­wo­du­ją­cych cho­ro­bę. Ho­do­wał bak­te­rie na sta­łej ga­la­ret­ce, zwa­nej aga­rem. Dzię­ki temu mógł iden­ty­fi­ko­wać i ba­dać po­szcze­gól­ne ko­lo­nie (gru­py bak­te­rii). Pa­no­wał u nie­go więk­szy po­rzą­dek niż w kol­bach i mik­stu­rach Pa­steu­ra. Je­den z asy­sten­tów Ko­cha, Ju­lius Pe­tri, wy­na­lazł małe na­czy­nie la­bo­ra­to­ryj­ne na po­żyw­kę aga­ro­wą do ho­do­wa­nia bak­te­rii, zwa­ną dziś szal­ką Pe­trie­go. Koch do­ce­nił rów­nież za­sto­so­wa­nie barw­ni­ków uła­twia­ją­cych roz­po­zna­wa­nie bak­te­rii. Te in­no­wa­cje zmie­ni­ły bak­te­rio­lo­gię i po­mo­gły mię­dzy­na­ro­do­wej gru­pie le­ka­rzy i na­ukow­ców w zba­da­niu tych mi­kro­or­ga­ni­zmów.

Koch był "łow­cą mi­kro­bów". (Mi­krob to skrót od sło­wa "mi­kro­or­ga­nizm"). Zi­den­ty­fi­ko­wał szcze­py bak­te­rii wy­wo­łu­ją­cych dwie po­waż­ne cho­ro­by XIX wie­ku. W 1882 roku ogło­sił, że od­krył prąt­ki gruź­li­cy. W tym stu­le­ciu gruź­li­ca za­bi­ła wię­cej lu­dzi niż ja­ka­kol­wiek inna cho­ro­ba, a le­ka­rze są­dzi­li, że albo jest dzie­dzicz­na, albo wy­ni­ka z nie­zdro­we­go sty­lu ży­cia. Ba­da­nia Ko­cha do­wio­dły, że to cho­ro­ba za­kaź­na roz­sie­wa­na przez gruź­li­ków. Róż­ni się od in­nych cho­rób za­kaź­nych, ta­kich jak gry­pa, odra, ty­fus i cho­le­ra, po­nie­waż roz­wi­ja się po­wo­li. Po­ma­łu się sze­rzy i po­ma­łu za­bi­ja. Zwy­kle w cią­gu kil­ku lat nisz­czy płu­ca.

Dru­gim wiel­kim od­kry­ciem Ko­cha było zi­den­ty­fi­ko­wa­nie bak­te­rii wy­wo­łu­ją­cej cho­le­rę, ko­lej­ną prze­ra­ża­ją­cą cho­ro­bę. Gdy w 1883 roku cho­ro­ba po­ja­wi­ła się w Egip­cie, Fran­cu­zi i Niem­cy wy­sła­li tam na­ukow­ców, aby usta­li­li jej przy­czy­nę. Ba­da­cze ry­wa­li­zo­wa­li ze sobą. Je­den z fran­cu­skich uczo­nych za­ra­ził się cho­le­rą i zmarł. (Pa­steur rów­nież chciał tam po­je­chać, ale był zbyt sła­by fi­zycz­nie). Koch i jego nie­miec­cy ko­le­dzy przy­pusz­cza­li, że zna­leź­li wła­ści­we drob­no­ustro­je, ale nie mie­li co do tego pew­no­ści. Koch udał się więc do In­dii, gdzie cho­le­ra ni­g­dy nie wy­ga­sa­ła. Iden­ty­fi­ku­jąc prze­cin­kow­ca cho­le­ry, po­twier­dził, że Snow miał ra­cję - bak­te­ria mia­ła coś wspól­ne­go z wodą. Zna­lazł za­raz­ki za­rów­no w od­cho­dach cho­rych, jak i w stud­niach, z któ­rych czer­pa­li wodę.

Zro­zu­mie­nie przy­czyn cho­rób za­kaź­nych za­po­cząt­ko­wa­ło wpro­wa­dza­nie lep­szej kon­tro­li i w koń­cu szcze­pień, któ­re w ubie­głym wie­ku oca­li­ły ży­cie mi­lio­nom lu­dzi.

Pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych XIX wie­ku po­praw­nie wy­od­ręb­nio­no wie­le drob­no­ustro­jów cho­ro­bo­twór­czych (póź­niej się oka­za­ło, że nie­któ­re z nich wca­le nie są nie­bez­piecz­ne). Był to wy­jąt­ko­wy okres i wie­lu le­ka­rzy są­dzi­ło, że za­po­wia­da on po­czą­tek no­wej me­dy­cy­ny i hi­gie­ny. Udo­wod­nio­no, jak waż­na jest czy­stość wody, mle­ka oraz wszyst­kich in­nych na­po­jów i po­kar­mów. Od tam­tej pory le­ka­rze za­le­ca­li, by myć ręce po sko­rzy­sta­niu z to­a­le­ty i za­sła­niać usta, gdy się kasz­le. Roz­po­zna­nie ko­lej­nych za­raz­ków ozna­cza­ło, że le­ka­rze mo­gli opra­co­wać szcze­pion­ki na wię­cej cho­rób. Umoż­li­wi­ło to tak­że roz­wój no­wo­cze­snej chi­rur­gii.

Już w la­tach sześć­dzie­sią­tych XIX wie­ku an­giel­ski chi­rurg Jo­seph Li­ster (1827-1912) wy­ko­rzy­stał od­kry­cia Pa­steu­ra. Za­ini­cjo­wał an­ty­sep­ty­kę (po­stę­po­wa­nie od­ka­ża­ją­ce) na sali ope­ra­cyj­nej. Za­pew­ne w do­mo­wej ap­tecz­ce też masz ja­kiś śro­dek od­ka­ża­ją­cy. Li­ster uży­wał kwa­su kar­bo­lo­we­go, zwa­ne­go też fe­no­lem, uży­wa­ne­go do de­zyn­fek­cji ście­ków. Płu­kał w nim na­rzę­dzia chi­rur­gicz­ne i ban­da­że za­kła­da­ne na szwy. Póź­niej wy­na­lazł przy­rząd do spry­ski­wa­nia fe­no­lem cia­ła pa­cjen­ta i rąk chi­rur­ga pod­czas ope­ra­cji. Li­ster po­rów­nał sta­ty­sty­ki do­ty­czą­ce swo­ich pa­cjen­tów ze sta­ty­sty­ka­mi do­ty­czą­cy­mi pa­cjen­tów le­ka­rzy, któ­rzy nie sto­so­wa­li jego me­tod an­ty­sep­tycz­nych. Prze­ana­li­zo­wał też li­sty osób, któ­re ope­ro­wał przed wpro­wa­dze­niem de­zyn­fek­cji. Na pod­sta­wie tego ze­sta­wie­nia stwier­dził, że w hi­gie­nicz­nych wa­run­kach znacz­nie wię­cej ope­ro­wa­nych osób prze­ży­wa za­bieg. Pa­cjen­ci nie umie­ra­li już w wy­ni­ku in­fek­cji, któ­re za­czy­na­ły się w ope­ro­wa­nym miej­scu i sze­rzy­ły po­przez układ krą­że­nia. W eks­pe­ry­men­tach oba­la­ją­cych teo­rię sa­mo­ródz­twa Lu­dwik Pa­steur do­wiódł, że za­raz­ki prze­no­szą się tak­że dro­gą po­wietrz­ną wraz z ku­rzem. Li­ster je za­bi­jał dzię­ki sto­so­wa­niu pro­ce­dur de­zyn­fek­cji kwa­sem kar­bo­lo­wym.

Koch nie tyl­ko ulep­szył na­rzę­dzia la­bo­ra­to­ryj­ne Pa­steu­ra, do­ko­nał też po­stę­pu w an­ty­sep­tycz­nej chi­rur­gii Li­ste­ra. Ce­lem Li­ste­ra było za­bi­cie wszel­kich cho­ro­bo­twór­czych za­raz­ków w ra­nie. Asep­tycz­na chi­rur­gia Ko­cha mia­ła po­le­gać na nie­do­pusz­cze­niu za­raz­ków do rany. Koch wy­na­lazł au­to­klaw, czy­li urzą­dze­nie, któ­re za po­mo­cą go­rą­cej pary ste­ry­li­zo­wa­ło in­stru­men­ty chi­rur­gicz­ne. Asep­tycz­na chi­rur­gia po raz pierw­szy po­zwo­li­ła chi­rur­gom bez­piecz­nie "wejść" do jam cia­ła (klat­ki pier­sio­wej, brzu­cha i mó­zgu). Stop­nio­wo do­pro­wa­dzi­ło to do zmian na sali ope­ra­cyj­nej i po­wsta­nia ta­kiej, jaką zna­my dziś, z ma­ska­mi i far­tu­cha­mi chi­rur­gicz­ny­mi, gu­mo­wy­mi rę­ka­wicz­ka­mi i ste­ryl­nym sprzę­tem.

Chi­rur­gia nie roz­wi­nę­ła­by się, gdy­by nie za­sa­dy no­wo­cze­snej hi­gie­ny, a tak­że ane­ste­zja, czy­li znie­czu­la­nie. Wpro­wa­dzo­no ją w la­tach czter­dzie­stych XIX wie­ku w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Była trium­fem che­mii w służ­bie me­dy­cy­ny, gdyż związ­ki che­micz­ne usy­pia­ją­ce lu­dzi - eter i chlo­ro­form - były pro­du­ko­wa­ne w la­bo­ra­to­riach che­micz­nych. (Gaz roz­we­se­la­ją­cy Hum­ph­ry'a Davy'ego, czy­li pod­tle­nek azo­tu, był ko­lej­nym z pierw­szych środ­ków usy­pia­ją­cych). Usu­nię­cie nie­zno­śne­go bólu, a cza­sa­mi unik­nię­cie śmier­ci cho­re­go na sali ope­ra­cyj­nej i po­ro­do­wej wy­da­wa­ło się nie­mal cu­dem. Jed­nym z bry­tyj­skich pio­nie­rów ane­ste­zji był John Snow, zna­ny z ba­dań nad cho­le­rą. Jego ka­rie­ra ane­ste­zjo­lo­ga osią­gnę­ła szczyt, gdy znie­czu­lał kró­lo­wą Wik­to­rię pod­czas po­ro­dów ostat­niej dwój­ki jej dzie­ci. Kró­lo­wa, któ­ra wcze­śniej bez znie­czu­le­nia wy­da­ła na świat sied­mio­ro dzie­ci, uzna­ła, że to nie­sa­mo­wi­cie do­bra rzecz.

Zro­zu­mie­nie, czym są drob­no­ustro­je cho­ro­bo­twór­cze, umoż­li­wi­ło po­stęp w chi­rur­gii. Le­ka­rze do­wie­dzie­li się, co wy­wo­łu­je cho­ro­by za­kaź­ne, któ­re spo­wo­do­wa­ły tyle bólu i zgo­nów w hi­sto­rii ludz­ko­ści. Stwo­rzo­no na­uko­we pod­sta­wy pod od­kry­cie przez Edwar­da Jen­ne­ra szcze­pio­nek chro­nią­cych przed kon­kret­ny­mi cho­ro­ba­mi. Pod­czas szcze­pie­nia war­to znieść chwi­lo­wy ból spo­wo­do­wa­ny ukłu­ciem, po­nie­waż szcze­pion­ki dają na­dzie­ję na wy­eli­mi­no­wa­nie wie­lu cho­rób za­kaź­nych na świe­cie (pod wa­run­kiem, że wszy­scy zo­sta­ną za­szcze­pie­ni). Dziś wie­my o bak­te­riach, wi­ru­sach i pa­so­ży­tach znacz­nie wię­cej niż w cza­sach Pa­steu­ra i Ko­cha. Zda­je­my też so­bie spra­wę (o czym do­wiesz się z roz­dzia­łu 36), jak mi­kro­or­ga­ni­zmy są spryt­ne i po­tra­fią się ad­ap­to­wać. Przy­sto­so­wa­ły się do nie­któ­rych le­ków i te­ra­pii, któ­ry­mi zwal­cza­ją je le­ka­rze, i na­bra­ły od­por­no­ści, co było dla nas ko­lej­ną lek­cją Dar­wi­now­skiej ewo­lu­cji. Jak uczył Ka­rol Dar­win, do­bór na­tu­ral­ny sprzy­ja prze­trwa­niu naj­le­piej przy­sto­so­wa­nych.

ROZDZIAŁ 28

Silniki i energia

"Sprze­da­ję tu, pro­szę pana, to, co cały świat chciał­by mieć - MOC". In­ży­nier Mat­thew Bo­ul­ton (1728-1809) wie­dział, o czym mówi. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych XVIII wie­ku Bo­ul­ton i inni am­bit­ni lu­dzie, tacy jak wy­na­laz­ca Ja­mes Watt (1736-1819), wy­ko­rzy­sty­wa­li ma­szy­ny pa­ro­we w gór­nic­twie i prze­my­śle wy­twór­czym. Wy­da­wa­ło się, że za­pa­no­wa­li nad ener­gią. Sta­li za re­wo­lu­cją prze­my­sło­wą w Wiel­kiej Bry­ta­nii, pierw­szym kra­ju, któ­ry się uprze­my­sło­wił i roz­wi­nął sys­tem po­dzia­łu pra­cy w fa­bry­kach. Roz­kwit tech­ni­ki na­pę­dza­ły wy­na­laz­ki na­uko­we, ogrom­ne na­kła­dy ener­gii na szyb­ką pro­duk­cję to­wa­rów oraz trans­por­to­wa­nie ich da­le­ko i na sze­ro­ką ska­lę. Współ­cze­sny świat nie ist­niał­by bez ener­gii - bez mnó­stwa ener­gii. A wszyst­ko za­czę­ło się od pary...

Ma­szy­ny (sil­ni­ki) pa­ro­we są dość pro­ste. Za­sa­dę ich dzia­ła­nia mo­żesz ob­ser­wo­wać za każ­dym ra­zem, gdy go­tu­jesz wodę w garn­ku pod przy­kry­ciem. Siła na­ci­sku pary uno­si po­kryw­kę, więc para ucho­dzi przez po­wsta­łą szcze­li­nę i po­kryw­ka pod­ska­ku­je. Te­raz wy­obraź so­bie, że za­miast garn­ka z po­kryw­ką masz za­mknię­ty cy­lin­der z ma­łym otwo­rem na jed­nym koń­cu. W cy­lin­drze umiesz­czo­ny jest ru­cho­my tłok (me­ta­lo­wy dysk szczel­nie do­pa­so­wa­ny do cy­lin­dra, z wy­stę­pem ide­al­nie pa­su­ją­cym do otwo­ru w cy­lin­drze). Ci­śnie­nie ucho­dzą­cej pary po­py­cha tłok do góry, przez co po­ru­sza tym, co jest przy­mo­co­wa­ne do tło­ka, na przy­kład wa­łem, na któ­re­go koń­cach za­mon­to­wa­ne są koła sa­mo­cho­du. Sil­nik pa­ro­wy za­mie­nia ener­gię pary na ruch, czy­li na ener­gię me­cha­nicz­ną. Taki sil­nik może wy­ko­ny­wać przy­dat­ną pra­cę, na przy­kład po­ru­szać ele­ment ma­szy­ne­rii lub wy­pom­po­wy­wać wodę z ko­pal­ni.

Ani Bo­ul­ton, ani Watt nie wy­na­leź­li ma­szy­ny pa­ro­wej. Zna­no ją od po­nad stu lat, ale jej pierw­sze mo­de­le były dość to­por­ne, za­wod­ne i nie­wy­daj­ne. Watt znacz­nie udo­sko­na­lił to urzą­dze­nie. Jego mo­del nie tyl­ko do­star­czał ener­gii, któ­ra po­zwo­li­ła zin­du­stria­li­zo­wać Wiel­ką Bry­ta­nię, ale skło­nił tak­że na­ukow­ców do zba­da­nia jed­ne­go z pod­sta­wo­wych praw na­tu­ry - po­ka­zał im, że cie­pło nie jest sub­stan­cją, jak my­ślał La­vo­isier, tyl­ko for­mą ener­gii.

W trak­cie re­wo­lu­cji prze­my­sło­wej wśród na­ukow­ców, któ­rzy in­te­re­so­wa­li się dzia­ła­niem sil­ni­ków pa­ro­wych, wy­róż­niał się szcze­gól­nie je­den ba­dacz - fran­cu­ski in­ży­nier Ni­co­las Léo­nard Sadi Car­not (1796-1832). On i Watt byli wów­czas ry­wa­la­mi. Car­not wie­dział, że Bry­tyj­czyk zro­bił po­stę­py w pro­jek­to­wa­niu sil­ni­ków pa­ro­wych i wy­ko­rzy­sty­wa­niu mocy, któ­rą ge­ne­ro­wa­ły. Chciał, aby Fran­cja do­go­ni­ła Wiel­ką Bry­ta­nię. Ob­ser­wu­jąc sil­ni­ki pa­ro­we, od­krył fun­da­men­tal­ną za­sa­dę fi­zy­ki zwią­za­ną z wy­daj­no­ścią tych sil­ni­ków.

Gdy­by sil­nik pa­ro­wy był ide­al­nie wy­daj­ny, całą ener­gię po­trzeb­ną do pod­grza­nia wody za­mie­niał­by w ruch. Moż­na zmie­rzyć ilość cie­pła wy­dzie­la­ją­ce­go się przy spa­la­niu wę­gla lub drew­na w celu wy­two­rze­nia pary, a na­stęp­nie zmie­rzyć pra­cę wy­ko­na­ną przez tłok. Gdy­by sil­nik był ide­al­nie wy­daj­ny, obie war­to­ści by­ły­by rów­ne. Tak jed­nak nie jest. Za­tem zbu­do­wa­nie sil­ni­ka ide­al­ne­go jest nie­moż­li­we.

Każ­dy sil­nik ma zbior­nik ście­ko­wy, w któ­rym para sty­gnie po wy­ko­na­niu pra­cy i zbie­ra się woda. Moż­na zmie­rzyć tem­pe­ra­tu­rę pary wcho­dzą­cej do sil­ni­ka oraz tem­pe­ra­tu­rę pary (lub wody) po­zo­sta­ją­cej na koń­cu każ­de­go cy­klu. W zbior­ni­ku ście­ko­wym, czy­li na wyj­ściu, tem­pe­ra­tu­ra jest za­wsze niż­sza niż na wej­ściu. Car­not po­ka­zał, że moż­na wy­ko­rzy­stać róż­ni­cę obu tem­pe­ra­tur do ob­li­cze­nia wy­daj­no­ści sil­ni­ka. W ide­al­nym sil­ni­ku wy­daj­ność by­ła­by rów­na 1, a w rze­czy­wi­sto­ści jest to 1 po­mniej­szo­ne o tem­pe­ra­tu­rę w zbior­ni­ku ście­ko­wym (na wyj­ściu) po­dzie­lo­ną przez tem­pe­ra­tu­rę po­cząt­ko­wą (na wej­ściu). Je­dy­nym spo­so­bem na uzy­ska­nie ide­al­nej wy­daj­no­ści by­ło­by od­bie­ra­nie ca­łe­go cie­pła od pary. Wte­dy sto­su­nek tem­pe­ra­tur był­by rów­ny 0 i z rów­na­nia wy­szło­by 1 - 0 = 1. Aby tak się sta­ło, jed­na z tem­pe­ra­tur mu­sia­ła­by być rów­na nie­skoń­czo­no­ści lub zeru, czy­li nie­skoń­cze­nie go­rą­ca para na wej­ściu albo zero ab­so­lut­ne (naj­niż­sza teo­re­tycz­nie moż­li­wa tem­pe­ra­tu­ra, o któ­rej po­wie­my nie­co da­lej) na wyj­ściu. Żad­na z tych opcji nie jest moż­li­wa w prak­ty­ce, więc wy­daj­ność za­wsze bę­dzie mniej­sza od ide­al­nej.

Pro­ste rów­na­nie Car­no­ta, słu­żą­ce do ob­li­cza­nia wy­daj­no­ści sil­ni­ka, sta­no­wi rów­nież pod­su­mo­wa­nie pod­sta­wo­we­go pra­wa przy­ro­dy. Wy­ja­śnia ono, dla­cze­go nie może ist­nieć per­pe­tu­um mo­bi­le (ma­szy­na pra­cu­ją­ca w nie­skoń­czo­ność). Do wy­pro­du­ko­wa­nia ener­gii za­wsze mu­si­my zu­żyć tro­chę ener­gii, na przy­kład mu­si­my spa­lić wę­giel lub inne pa­li­wo, aby pod­grzać wodę. W la­tach czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych XIX wie­ku ten pod­sta­wo­wy fakt w przy­ro­dzie ba­da­li tak­że inni na­ukow­cy. Jed­nym z nich był nie­miec­ki fi­zyk Ru­dolf Clau­sius (1822-1888). Więk­szość ży­cia po­świę­cił na ob­ser­wo­wa­niu, jak cie­pło prze­pły­wa w kon­tro­lo­wa­nych sy­tu­acjach do­świad­czal­nych. W tym celu wpro­wa­dził nowe po­ję­cie fi­zycz­ne - en­tro­pię - jako mia­rę nie­upo­rząd­ko­wa­nia ukła­du. Znacz­nie ła­twiej jest po­mie­szać rze­czy, niż je po­se­gre­go­wać. Je­śli wy­mie­szasz czar­ną far­bę z bia­łą, uzy­skasz sza­rą. Mie­sza­nie jest ła­twe, ale nie da się z po­wro­tem od­dzie­lić czy­stej czer­ni od czy­stej bie­li. Je­śli wy­mie­szasz her­ba­tę z cu­krem i mle­kiem, mo­żesz od­zy­skać cu­kier (ale mu­sisz nie­ma­ło się przy tym na­tru­dzić), jed­nak w ża­den spo­sób nie od­se­pa­ru­jesz mle­ka. Z ener­gią jest po­dob­nie. Gdy spa­lisz wę­giel, nie mo­żesz wy­ko­rzy­stać uzy­ska­ne­go cie­pła do od­zy­ska­nia wę­gla.

W XIX wie­ku en­tro­pia była dla lu­dzi przy­gnę­bia­ją­ca. Clau­sius oświad­czył, że wszech­świat sta­je się co­raz bar­dziej nie­upo­rząd­ko­wa­ny, po­nie­waż duża en­tro­pia jest jego "na­tu­ral­nym" sta­nem. Gdy sub­stan­cje się po­mie­sza­ją, od­dzie­le­nie ich wy­ma­ga więk­sze­go na­kła­du ener­gii, tak jak po­sprzą­ta­nie po­ko­ju jest bar­dziej mę­czą­ce od zro­bie­nia w nim ba­ła­ga­nu. We­dług Clau­siu­sa wszech­świat stop­nio­wo chy­li się ku upad­ko­wi, a na ko­niec ma­te­ria i ener­gia będą rów­no roz­ło­żo­ne w prze­strze­ni. Na­wet Słoń­ce w koń­cu się wy­pa­li (za oko­ło pięć mi­liar­dów lat), a wte­dy ży­cie na Zie­mi usta­nie. Oczy­wi­ście za­nim to na­stą­pi, ro­śli­ny, zwie­rzę­ta, lu­dzie, na­sze domy i kom­pu­te­ry będą się prze­ciw­sta­wiać dą­że­niu do kre­su prze­wi­dzia­ne­go przez Clau­siu­sa. Jak mówi sta­re przy­sło­wie, "kuj że­la­zo, póki go­rą­ce".

Fi­zy­cy i in­ży­nie­ro­wie, mar­twiąc się efek­tem en­tro­pii, jed­no­cze­śnie szu­ka­li od­po­wie­dzi na py­ta­nie, czym do­kład­nie jest ener­gia. Waż­ną jej po­sta­cią jest cie­pło, więc ba­da­nia nad ener­gią na­zwa­no ter­mo­dy­na­mi­ką. Ter­min ten łą­czy w so­bie grec­kie sło­wa ozna­cza­ją­ce "cie­pło" i "moc". W la­tach czter­dzie­stych XIX wie­ku kil­ku uczo­nych do­szło do po­dob­nych wnio­sków na te­mat za­leż­no­ści mię­dzy róż­ny­mi po­sta­cia­mi ener­gii. Ob­ser­wo­wa­li oni róż­no­rod­ne zja­wi­ska. Co się dzie­je, gdy woda za­ma­rza albo wrze? Jak na­sze mię­śnie pod­no­szą cię­ża­ry? Jak sil­ni­ki pa­ro­we wy­ko­rzy­stu­ją go­rą­cą parę wod­ną do pro­duk­cji cze­goś, co może pra­co­wać? (Pierw­sza li­nia pu­blicz­nej ko­lei na­pę­dza­nej sil­ni­ka­mi pa­ro­wy­mi zo­sta­ła otwar­ta na pół­no­cy An­glii w 1825 roku). Pa­trząc na za­gad­nie­nie pod ty­lo­ma róż­ny­mi ką­ta­mi, zda­li so­bie spra­wę z tego, że nie da się stwo­rzyć ener­gii z ni­cze­go ani cał­ko­wi­cie jej zli­kwi­do­wać. Moż­na je­dy­nie spo­wo­do­wać przej­ście z jed­nej po­sta­ci ener­gii w dru­gą. Cza­sa­mi, do­ko­nu­jąc tej za­mia­ny, wy­ko­nu­je się też pra­cę. W ten spo­sób sfor­mu­ło­wa­no za­sa­dę za­cho­wa­nia ener­gii.

Ja­mes Pre­scott Jo­ule (1818-1889), fi­zyk z Man­che­ste­ru, chciał zro­zu­mieć za­leż­ność mię­dzy cie­płem a pra­cą. Ile ener­gii po­trze­ba do wy­ko­na­nia okre­ślo­nej ilo­ści pra­cy? W se­rii po­my­sło­wych eks­pe­ry­men­tów po­ka­zał, że cie­pło i pra­ca są ze sobą bez­po­śred­nio po­wią­za­ne i moż­na to wy­ra­zić za po­mo­cą rów­na­nia ma­te­ma­tycz­ne­go. Ener­gię wy­ko­rzy­stu­je­my do wy­ko­na­nia pra­cy (na przy­kład jaz­dy na ro­we­rze), a cie­pło jest po­wszech­ną po­sta­cią ener­gii. Po­myśl o wspi­nacz­ce na gór­ski szczyt; wy­ko­rzy­stu­je­my ener­gię za każ­dym ra­zem, gdy po­ru­sza­my mię­śnia­mi. Po­cho­dzi ona ze zje­dzo­nych i stra­wio­nych po­kar­mów. Ka­lo­rie z po­ży­wie­nia "spa­la­my", zu­ży­wa­jąc do tego wdy­cha­ny tlen. Na szczyt góry moż­na wejść dwie­ma dro­ga­mi - jed­ną bar­dzo stro­mą, dru­gą ła­god­niej­szą. Jo­ule po­ka­zał, że nie­za­leż­nie od tego, któ­rą dro­gę wy­bie­rze­my, do po­ko­na­nia jej bę­dzie­my po­trze­bo­wać tyle samo ener­gii. Wcho­dze­nie stro­mą ścież­ką może skoń­czyć się bó­lem mię­śni, ale ilość ener­gii zu­ży­tej do wnie­sie­nia wła­sne­go cię­ża­ru cia­ła na szczyt nie za­le­ży od stro­mi­zny ścież­ki ani od tego, czy wcho­dzi­my, czy też wbie­ga­my. Fi­zy­cy na­dal pa­mię­ta­ją na­zwi­sko Jo­ule'a, od nie­go po­cho­dzi na­zwa jed­nost­ki ener­gii - dżul.

Lu­dzie od daw­na pró­bo­wa­li zmie­rzyć, ile cie­pła za­wie­ra dany obiekt, czy­li jaką ma tem­pe­ra­tu­rę. Ga­li­le­usz (roz­dział 12) ba­wił się ter­mo­sko­pem, czy­li przy­rzą­dem, któ­ry re­ago­wał zmia­ną na wzrost tem­pe­ra­tu­ry. Ter­mo­skop po­ka­zu­je, czy coś się ogrze­wa, czy sty­gnie. Ter­mo­metr po­zwo­lił uzu­peł­nić jego wska­za­nia o licz­bę stop­ni. Wciąż sto­su­je­my dwie ska­le tem­pe­ra­tur opra­co­wa­ne daw­no temu. Jed­ną z nich wy­my­ślił nie­miec­ki fi­zyk Da­niel Ga­briel Fah­ren­he­it (1686-1736). Ko­rzy­stał z ter­mo­me­trów rtę­cio­wych i al­ko­ho­lo­wych. We­dług jego ska­li woda za­ma­rza przy 32°F, a na­sze cia­ła mają tem­pe­ra­tu­rę 96°F. An­ders Cel­sius (1701-1744) opra­co­wał ska­lę, wy­ko­rzy­stu­jąc tem­pe­ra­tu­ry dwóch punk­tów: top­nie­nia lodu oraz wrze­nia wody. Pierw­sze­mu przy­pi­sał tem­pe­ra­tu­rę 0°C, dru­gie­mu 100°C. Jego ter­mo­metr mie­rzył tem­pe­ra­tu­ry za­war­te w tym za­kre­sie. Obie ska­le przy­da­ją nam się na co dzień - od spraw­dza­nia, w ja­kiej tem­pe­ra­tu­rze mamy upiec cia­sto, po na­rze­ka­nie na po­go­dę.

Szkoc­ki fi­zyk Wil­liam Thom­son (1824-1907) za­pro­po­no­wał ko­lej­ną ska­lę. Szcze­gól­nie in­te­re­so­wał się tym, jak cie­pło i inne po­sta­cie ener­gii dzia­ła­ją w przy­ro­dzie. Był pro­fe­so­rem na uni­wer­sy­te­cie w Glas­gow, a póź­niej uzy­skał ty­tuł lor­da Ke­lvin. Po­słu­gu­jąc się bar­dzo pre­cy­zyj­ny­mi przy­rzą­da­mi i za­sa­da­mi fi­zy­ki, opra­co­wał ska­lę, zwa­ną dziś ska­lą Ke­lvi­na. W po­rów­na­niu z nią ska­le Cel­siu­sa i Fah­ren­he­ita wy­da­ją się bar­dzo nie­do­kład­ne.

Ska­lę Ke­lvi­na de­fi­niu­je punkt po­trój­ny wody. To punkt, w któ­rym trzy sta­ny sku­pie­nia wody - sta­ły (lód), cie­kły (woda) i ga­zo­wy (para wod­na) - po­zo­sta­ją w rów­no­wa­dze ter­mo­dy­na­micz­nej. Rów­no­wa­ga ter­mo­dy­na­micz­na ma miej­sce w ukła­dzie do­świad­czal­nym, kie­dy sub­stan­cja jest izo­lo­wa­na od oto­cze­nia, a jej tem­pe­ra­tu­ra i ci­śnie­nie są sta­łe. Nie za­cho­dzą zmia­ny sta­nów sku­pie­nia sub­stan­cji, a układ nie po­bie­ra ani nie od­da­je ener­gii. Za­tem punkt po­trój­ny wody to taki stan, w któ­rym lód, woda i para wod­na po­zo­sta­ją w ide­al­nej rów­no­wa­dze. Gdy tyl­ko tem­pe­ra­tu­ra lub ci­śnie­nie się zmie­ni, układ tra­ci rów­no­wa­gę.

Gdy robi się zim­no, tem­pe­ra­tu­ry na ska­lach Cel­siu­sa i Fahr­en­he­ita mają war­to­ści ujem­ne. Zimą czę­sto moż­na usły­szeć pro­gno­zy po­go­dy mó­wią­ce o na przy­kład "mi­nus dwóch lub trzech stop­niach". Na ska­li Ke­lvi­na nie ma ujem­nych tem­pe­ra­tur. Woda za­ma­rza przy 273,16 kel­wi­nach (0°C i 32°F). W mia­rę zbli­ża­nia się do 0K robi się bar­dzo zim­no, ale na tej ska­li zero na­praw­dę ozna­cza zero ab­so­lut­ne (zero bez­względ­ne). W tej tem­pe­ra­tu­rze jest tak zim­no, że wszel­ki ruch za­mie­ra, ener­gia jest naj­niż­sza z moż­li­wych. Tak jak nie mo­że­my zbu­do­wać ide­al­ne­go sil­ni­ka, tak też ni­g­dy nie osią­gnie­my tem­pe­ra­tu­ry zera bez­względ­ne­go.

Ke­lvin i inni ba­da­cze po­mo­gli wy­ja­śnić na­uko­we i prak­tycz­ne za­sa­dy dzia­ła­nia wszyst­kich ro­dza­jów sil­ni­ków. W XIX wie­ku trzy opi­sa­ne w tym roz­dzia­le od­kry­cia wią­za­ły się z pierw­szą, dru­gą i trze­cią za­sa­dą ter­mo­dy­na­mi­ki, czy­li pra­wem za­cho­wa­nia ener­gii, za­sa­dą en­tro­pii oraz po­stu­la­tem o cał­ko­wi­tym bez­ru­chu ato­mów w tem­pe­ra­tu­rze zera bez­względ­ne­go. Te za­sa­dy mó­wią o istot­nych ce­chach ener­gii, pra­cy i mocy.

No­wo­cze­sny świat nie mógł się na­sy­cić nowo od­kry­tą ener­gią na­pę­dza­ją­cą fa­bry­ki, okrę­ty, po­cią­gi, a pod ko­niec ży­cia Ke­lvi­na tak­że i sa­mo­cho­dy. Po­cią­gi i stat­ki pa­ro­we na­pę­dza­ły sil­ni­ki, w któ­rych cie­pło z wę­gla spa­la­ne­go w pie­cach za­mie­nia­ło wodę w parę. Jed­nak sa­mo­cho­dy mia­ły nowy ro­dzaj sil­ni­ka - o spa­la­niu we­wnętrz­nym. Wy­ma­gał on za­sto­so­wa­nia lot­ne­go pa­li­wa, zwa­ne­go ben­zy­ną, któ­rą wy­na­le­zio­no pod ko­niec XIX wie­ku. Ropa naf­to­wa sta­ła się jed­nym z naj­waż­niej­szych su­row­ców na­stęp­ne­go stu­le­cia. Te­raz, w no­wym ty­siąc­le­ciu, wciąż na­le­ży do naj­bar­dziej po­żą­da­nych i cen­nych za­so­bów na świe­cie.

ROZDZIAŁ 29

Tablica pierwiastków

Za każ­dym ra­zem, gdy mie­sza­my skład­ni­ki, aby coś upiec, prze­pro­wa­dza­my re­ak­cje che­micz­ne. Che­mia pra­cu­je dla nas tak­że wte­dy, gdy sły­szy­my syk bą­bel­ków przy usu­wa­niu ka­mie­nia z czaj­ni­ka. Pla­sti­ko­we bu­tel­ki na na­po­je czy ko­lo­ro­we ubra­nia mo­gły po­wstać dzię­ki che­micz­nej wie­dzy gro­ma­dzo­nej przez set­ki lat.

Che­mia - jak za­pew­ne pa­mię­tasz - sta­ła się bar­dziej no­wo­cze­sna w XIX wie­ku. Na po­cząt­ku stu­le­cia che­mi­cy przy­ję­li teo­rię ato­mo­wą Dal­to­na (roz­dział 21). Na­stęp­nie do­ło­ży­li sta­rań, aby stwo­rzyć spe­cjal­ny ję­zyk, któ­ry był­by zro­zu­mia­ły dla wszyst­kich che­mi­ków po­cho­dzą­cych z róż­nych kra­jów świa­ta. Wpro­wa­dzi­li sys­tem sym­bo­li do ozna­cza­nia pier­wiast­ków, na przy­kład H2 to dwa ato­my wo­do­ru. Wszy­scy zgo­dzi­li się, że atom jest naj­mniej­szą jed­nost­ką ma­te­rii. Pier­wiast­kiem che­micz­nym na­zwa­li sub­stan­cję zło­żo­ną z ato­mów wy­łącz­nie jed­ne­go ro­dza­ju, jak wę­giel. Zwią­zek che­micz­ny za­wie­rał co naj­mniej dwa pier­wiast­ki po­łą­czo­ne wią­za­nia­mi che­micz­ny­mi. Moż­na go roz­ło­żyć na pier­wiast­ki (na przy­kład amo­niak na azot i wo­dór), ale po­je­dyn­czych pier­wiast­ków nie da się już roz­bić.

Mimo że ato­my z pew­no­ścią nie są ma­ły­mi, twar­dy­mi kul­ka­mi, jak su­ge­ro­wał Dal­ton, che­mi­cy mie­li po­waż­ne trud­no­ści z okre­śle­niem, czym są do­kład­nie. W za­mian za­czę­li od­kry­wać, jak się za­cho­wu­ją, gdy umie­ści się je w po­bli­żu in­nych ato­mów lub związ­ków che­micz­nych. Nie­któ­re pier­wiast­ki nie były w ogó­le za­in­te­re­so­wa­ne re­ago­wa­niem z in­ny­mi, nie­za­leż­nie od tego, co się zro­bi­ło. Inne z ko­lei re­ago­wa­ły tak gwał­tow­nie, że trze­ba było uwa­żać, aby nie do­szło do eks­plo­zji. Cza­sa­mi re­ak­cja za­cho­dzi­ła do­pie­ro wte­dy, gdy się ją za­ini­cjo­wa­ło. Tlen i wo­dór moż­na było umie­ścić w jed­nej kol­bie i nic się nie dzia­ło. Wy­star­czy­ło jed­nak przy­ło­żyć iskrę i trze­ba było się pil­no­wać, bo do­cho­dzi­ło do gwał­tow­nej eks­plo­zji, w efek­cie któ­rej po­wsta­wa­ła tyl­ko zwy­kła woda. Je­że­li na­to­miast umiesz­cza­no ma­gnez i wę­giel w kol­bie po­zba­wio­nej po­wie­trza i pod­grze­wa­no je bar­dzo dłu­go, nic się nie dzia­ło. Ale po wpusz­cze­niu odro­bi­ny po­wie­trza po­ja­wia­ły się ja­sny błysk i bar­dzo dużo cie­pła.

Na­ukow­cy zna­li róż­ne re­ak­cje che­micz­ne. Byli też cie­ka­wi, ja­kie są ich przy­czy­ny i we­dług ja­kich re­guł do nich do­cho­dzi. Po­dzie­li swo­je eks­pe­ry­men­ty na dwie pod­sta­wo­we ka­te­go­rie: syn­te­zy i ana­li­zy. Re­ak­cja syn­te­zy (two­rze­nia) to łą­cze­nie się sub­stan­cji. Za­czy­na się od pier­wiast­ków lub pro­stych związ­ków che­micz­nych, któ­re wcho­dzą ze sobą w re­ak­cję, two­rząc bar­dziej zło­żo­ne pro­duk­ty. Che­mik bada, co po­wsta­ło. Re­ak­cja ana­li­zy (roz­kła­du) prze­bie­ga od­wrot­nie - zło­żo­ny zwią­zek che­micz­ny ule­ga roz­kła­do­wi na pier­wiast­ki lub prost­sze związ­ki che­micz­ne. Ob­ser­wu­jąc pro­duk­ty roz­kła­du, ba­dacz może pró­bo­wać od­po­wie­dzieć so­bie na py­ta­nie, jaki zwią­zek che­micz­ny zo­stał roz­ło­żo­ny. Dzię­ki ta­kim me­to­dom che­mi­cy za­czę­li orien­to­wać się, z cze­go są zbu­do­wa­ne sto­sun­ko­wo pro­ste związ­ki che­micz­ne. Wte­dy ła­twiej im już było two­rzyć te bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne przez do­da­wa­nie związ­ków lub pier­wiast­ków do zna­nych im sub­stan­cji.

Na pod­sta­wie tych do­świad­czeń w mia­rę oczy­wi­ste sta­ły się dwa fak­ty. Po pierw­sze, jak się już wcze­śniej do­wie­dzie­li­śmy, pier­wiast­ki mają albo ujem­ne, albo do­dat­nie "ten­den­cje". Jak mówi sta­re przy­sło­wie, prze­ci­wień­stwa się przy­cią­ga­ją. Na przy­kład sód, pier­wia­stek z na­tu­ry po­sia­da­ją­cy do­dat­ni ła­du­nek elek­trycz­ny, ła­two łą­czy się z chlo­rem, któ­ry ma ujem­ny ła­du­nek. Po­wsta­je chlo­rek sodu, czy­li sól ku­chen­na, któ­rą co­dzien­nie do­pra­wiasz po­tra­wy. Do­dat­nie i ujem­ne ła­dun­ki zno­szą się na­wza­jem, więc sól jest elek­trycz­nie obo­jęt­na. Wszyst­kie sta­bil­ne związ­ki che­micz­ne (te, któ­re nie zmie­nia­ją się same z sie­bie, a do­pie­ro wte­dy, gdy pod­da się je ja­kimś dzia­ła­niom) są obo­jęt­ne elek­trycz­nie, mimo że skła­da­ją się z pier­wiast­ków ob­da­rzo­nych ła­dun­kiem elek­trycz­nym. Łą­cze­nie się sodu z chlo­rem to przy­kład re­ak­cji syn­te­zy. Mo­żesz prze­pro­wa­dzić che­micz­ną ana­li­zę uzy­ska­nej soli. Roz­puść ją w wo­dzie, przy­łóż do roz­two­ru pole elek­trycz­ne z do­dat­nim i ujem­nym bie­gu­nem, a sól zno­wu roz­pad­nie się na sód i chlor. Sód bę­dzie przy­cią­ga­ny przez ujem­ny bie­gun, a chlor - przez do­dat­ni. Set­ki po­dob­nych do­świad­czeń prze­ko­na­ły che­mi­ków, że ato­my ta­kich pier­wiast­ków rze­czy­wi­ście mają do­dat­nie i ujem­ne ła­dun­ki elek­trycz­ne. Te wła­ści­wo­ści od­gry­wa­ją istot­ną rolę w usta­la­niu, co się sta­nie, gdy pier­wiast­ki wej­dą ze sobą w re­ak­cję.

Po dru­gie, pod­czas eks­pe­ry­men­tów nie­któ­re gru­py ato­mów trzy­ma­ją się ra­zem i za­cho­wu­ją się jak ca­łość. Na­zwa­no je rod­ni­ka­mi i one rów­nież mogą być do­dat­nie lub ujem­ne. Naj­więk­sze zna­cze­nie mają w che­mii or­ga­nicz­nej, któ­ra zaj­mu­je się ba­da­niem in­nych po­krew­nych związ­ków che­micz­nych za­wie­ra­ją­cych wę­giel, ta­kich jak es­try, al­ko­ho­le i ben­ze­ny. To fa­scy­nu­ją­ca gru­pa związ­ków ma­ją­cych struk­tu­rę pier­ście­nio­wą. Wie­lu che­mi­ków z za­pa­łem przy­stą­pi­ło do prób ich skla­sy­fi­ko­wa­nia, aby zro­zu­mieć, jak są zbu­do­wa­ne i jak re­agu­ją. I zro­bio­no to nie tyl­ko dla­te­go, że wie­le z tych sub­stan­cji zna­la­zło za­sto­so­wa­nie w prze­my­śle. Co­raz czę­ściej ta­kie che­mi­ka­lia prze­my­sło­we po­wsta­wa­ły nie w ma­łych la­bo­ra­to­riach, a w fa­bry­kach. Ro­sło za­po­trze­bo­wa­nie na na­wo­zy sztucz­ne, far­by, leki, barw­ni­ki i - zwłasz­cza od po­ło­wy XIX wie­ku - na pro­duk­ty ro­po­po­chod­ne. Po­wstał współ­cze­sny prze­mysł che­micz­ny, a by­cie che­mi­kiem sta­ło się za­wo­dem, a nie pa­sją lu­dzi cie­ka­wych świa­ta lub bo­ga­tych.

Pier­wiast­ki mają wła­sne uni­kal­ne wła­ści­wo­ści che­micz­ne i fi­zycz­ne. W mia­rę ich po­zna­wa­nia ba­da­cze za­czę­li do­strze­gać w nich pew­ne pra­wi­dło­wo­ści. Wy­da­wa­ło się, że ato­my nie­któ­rych pier­wiast­ków, ta­kich jak wo­dór, sód czy chlor, chcia­ły łą­czyć się z in­ny­mi ato­ma­mi tyl­ko po­je­dyn­czo. Na przy­kład je­den atom wo­do­ru i je­den atom chlo­ru two­rzy­ły sil­ny kwas sol­ny (HCl). Po­je­dyn­cze ato­my in­nych pier­wiast­ków, mię­dzy in­ny­mi tle­nu, baru i ma­gne­zu, przy­łą­cza­ją do sie­bie pary in­nych ato­mów lub rod­ni­ków, więc na je­den atom tle­nu po­trzeb­ne są dwa ato­my wo­do­ru, aby po­wsta­ła czą­stecz­ka wody. Nie­któ­re pier­wiast­ki są jesz­cze bar­dziej ela­stycz­ne, a poza tym za­wsze ist­nie­ją wy­jąt­ki, któ­re utrud­nia­ją sfor­mu­ło­wa­nie ogól­nych, jed­no­li­tych re­guł. Pier­wiast­ki (i rod­ni­ki) róż­nią się mię­dzy sobą tak­że go­to­wo­ścią do wcho­dze­nia w re­ak­cje che­micz­ne. Fos­for jest tak ak­tyw­ny, że trze­ba z nim po­stę­po­wać bar­dzo ostroż­nie, z ko­lei krzem z tru­dem wcho­dzi w re­ak­cje che­micz­ne, przez co jest dużo mniej nie­bez­piecz­ny.

Pier­wiast­ki znacz­nie róż­nią się też wła­ści­wo­ścia­mi fi­zycz­ny­mi. W nor­mal­nych tem­pe­ra­tu­rach wo­dór, tlen, azot i chlor przyj­mu­ją po­stać ga­zo­wą, a rtęć i sód - cie­kłą. Więk­szość pier­wiast­ków wy­stę­pu­je w sta­łym sta­nie sku­pie­nia, w tym me­ta­le, ta­kie jak ołów, miedź, ni­kiel i zło­to, oraz nie­me­ta­le, przede wszyst­kim wę­giel i siar­ka (do­kład­nie prze­ba­da­ne). Wy­star­czy jed­nak umie­ścić więk­szość ciał sta­łych w pie­cu, a z ła­two­ścią się roz­to­pią, a cza­sa­mi na­wet wy­pa­ru­ją (zmie­nią się w gaz). Płyn­na rtęć i sód rów­nież bez pro­ble­mu (co groź­ne) pa­ru­ją. Dzie­więt­na­sto­wiecz­ni che­mi­cy nie byli w sta­nie osią­gnąć do­sta­tecz­nie ni­skich tem­pe­ra­tur, aby za­mie­nić gazy, ta­kie jak tlen i azot, w cie­cze. Zda­wa­li so­bie jed­nak spra­wę z tego, że pro­blem ma wy­łącz­nie tech­nicz­ny cha­rak­ter. Ge­ne­ral­nie każ­dy pier­wia­stek może - w od­po­wied­nich wa­run­kach - ist­nieć w trzech sta­nach sku­pie­nia: sta­łym, cie­kłym i ga­zo­wym.

W po­ło­wie XIX wie­ku che­mia była już na­uką doj­rza­łą i w tym eks­cy­tu­ją­cym okre­sie trwa­ły dys­pu­ty o względ­nej ma­sie ato­mów, spo­so­bach wią­za­nia ich w czą­stecz­ki, róż­ni­cach mię­dzy związ­ka­mi or­ga­nicz­ny­mi a nie­orga­nicz­ny­mi oraz o wie­lu in­nych za­gad­nie­niach. W la­tach sześć­dzie­sią­tych XIX wie­ku mia­ło miej­sce coś, co po­mo­gło stwo­rzyć no­wo­cze­sną che­mię. Dziś wy­da­je się to czymś cał­kiem nor­mal­nym, ale wów­czas było nie­zwy­kłe - mię­dzy­na­ro­do­wa kon­fe­ren­cja. Przed po­ja­wie­niem się te­le­fo­nów i e-ma­ili, gdy po­dró­żo­wa­nie nie było tak ła­twe jak dziś, na­ukow­cy rzad­ko się spo­ty­ka­li. Na ogół ko­mu­ni­ko­wa­li się dro­gą li­stow­ną. Wy­słu­cha­nie na­ukow­ca z za­gra­ni­cy, roz­mo­wa o jego pra­cy i otwar­ta dys­ku­sja po jego wy­stą­pie­niu były nie­zwy­kle rzad­ki­mi wy­da­rze­nia­mi. Mię­dzy­na­ro­do­we sym­po­zja za­czę­to or­ga­ni­zo­wać w po­ło­wie XIX wie­ku, gdy po­cią­gi i stat­ki pa­ro­we uła­twi­ły po­dró­że. Na­ukow­cy mo­gli spo­tkać się z ko­le­ga­mi z róż­nych kra­jów i po­dy­sku­to­wać. Ta­kie kon­fe­ren­cje były tak­że gło­sze­niem świa­tu sze­ro­ko po­dzie­la­nej przez śro­do­wi­sko na­uko­we wia­ry, że na­uka jest obiek­tyw­na i mię­dzy­na­ro­do­wa, że stoi po­nad re­li­gią i po­li­ty­ką, któ­re czę­sto dzie­lą lu­dzi, a na­wet pcha­ją całe na­ro­dy do wo­jen.

Trzy­dnio­wy zjazd che­mi­ków od­był się w 1860 roku w Karls­ru­he, w Niem­czech. Przy­je­cha­ło wów­czas wie­lu wy­bit­nych mło­dych ba­da­czy z ca­łej Eu­ro­py, w tym trzech, któ­rzy mie­li wy­ty­czać kie­run­ki roz­wo­ju che­mii przez resz­tę stu­le­cia. Te­ma­ty spo­tka­nia okre­ślił Frie­drich Au­gust Ke­ku­lé (1829-1896). Chciał, aby che­mi­cy z róż­nych kra­jów uzgod­ni­li wspól­ne sta­no­wi­sko do­ty­czą­ce słow­nic­twa uży­wa­ne­go do de­fi­nio­wa­nia ba­da­nych sub­stan­cji, a tak­że na­tu­ry ato­mów i czą­ste­czek. Za­pal­czy­wy wło­ski che­mik z Sy­cy­lii, Sta­ni­slao Can­niz­za­ro (1826-1910), już wcze­śniej się za tym opo­wia­dał, więc chęt­nie przy­łą­czył się do po­stu­la­tów ko­le­gi. Po­dob­nie zro­bił ro­syj­ski che­mik z Sy­be­rii, Dmi­trij Iwa­no­wicz Men­de­le­jew (1834-1907). De­le­ga­ci przez trzy dni dys­ku­to­wa­li na te­ma­ty za­pro­po­no­wa­ne przez Ke­ku­légo i choć nie osią­gnę­li peł­nej zgo­dy, ziar­na zo­sta­ły za­sia­ne.

Na zjeź­dzie wie­lu na­ukow­ców otrzy­ma­ło ko­pie ar­ty­ku­łu opu­bli­ko­wa­ne­go przez Can­niz­za­ra w 1858 roku. Pod­su­mo­wał w nim hi­sto­rię che­mii w pierw­szej po­ło­wie stu­le­cia. Na­wo­ły­wał che­mi­ków, aby po­waż­nie po­trak­to­wa­li pra­ce jego ko­le­gi Avo­ga­dra, któ­ry jed­no­znacz­nie od­róż­nił atom od czą­stecz­ki. Po­nad­to Can­niz­za­ro prze­ko­ny­wał, jak waż­ne jest usta­le­nie względ­nych mas ato­mo­wych pier­wiast­ków, i po­ka­zał, jak moż­na je wy­li­czyć.

Men­de­le­jew po­cho­dził z wie­lo­dziet­nej ro­dzi­ny. Wie­le za­wdzię­czał swo­jej wspa­nia­łej mat­ce, dzię­ki któ­rej mógł uczyć się che­mii w Sankt Pe­ters­bur­gu. Jak wie­lu wy­bit­nych che­mi­ków tam­tych cza­sów, na­pi­sał pod­ręcz­nik opar­ty na wła­snych eks­pe­ry­men­tach i tym, cze­go uczył swo­ich stu­den­tów. Po­dob­nie jak Can­ni­zza­ro, chciał za­pro­wa­dzić po­rzą­dek w da­nych na te­mat od­kry­tych pier­wiast­ków. Nie­któ­re sche­ma­ty już roz­pra­co­wa­no, na przy­kład wszyst­kie ha­lo­ge­ny (flu­orow­ce), do któ­rych za­li­cza się mię­dzy in­ny­mi chlor, brom i jod, re­ago­wa­ły w po­dob­ny spo­sób. W re­ak­cjach che­micz­nych moż­na też było za­stą­pić je­den flu­oro­wiec dru­gim. Nie­któ­re me­ta­le, jak miedź i sre­bro, rów­nież wy­ka­zy­wa­ły pew­ne po­do­bień­stwa w re­ago­wa­niu. Men­de­le­jew za­czął two­rzyć li­stę pier­wiast­ków, po­rząd­ku­jąc je we­dług względ­nych mas ato­mo­wych (wo­dór wciąż miał masę ato­mo­wą rów­ną 1). Swo­je kon­cep­cje przed­sta­wił w 1869 roku.

Men­de­le­jew zro­bił coś wię­cej, niż tyl­ko usze­re­go­wał pier­wiast­ki we­dług mas ato­mo­wych. Stwo­rzył ta­bli­cę z rzę­da­mi i ko­lum­na­mi. Czy­ta­jąc ją, moż­na było do­strzec okre­so­wo po­wta­rza­ją­ce się za­leż­no­ści mię­dzy pier­wiast­ka­mi o po­dob­nych wła­ści­wo­ściach che­micz­nych. Po­cząt­ko­wo ta "ta­bli­ca okre­so­wa", jak na­zwał ją Men­de­le­jew, była do­syć pro­sta i nie­wie­lu che­mi­ków zwró­ci­ło na nią uwa­gę. Gdy Men­de­le­jew za­czął ją uzu­peł­niać szcze­gó­ło­wy­mi da­ny­mi, sta­ło się coś cie­ka­we­go - zo­rien­to­wał się, że w nie­któ­rych miej­scach jak­by bra­ko­wa­ło ja­kichś pier­wiast­ków. Z ta­bli­cy wy­ni­ka­ło, że po­win­ny ist­nieć sub­stan­cje pa­su­ją­ce do sche­ma­tu, ale nie zo­sta­ły jesz­cze od­kry­te. Praw­dę mó­wiąc, bra­ko­wa­ło jesz­cze ca­łej gru­py pier­wiast­ków (ca­łej ko­lum­ny póź­niej­sze­go ukła­du okre­so­we­go), na co wska­zy­wa­ły względ­ne masy ato­mo­we. Wie­le lat póź­niej oka­za­ło się, że w ta­bli­cy po­win­ny jesz­cze zna­leźć się nie­re­ak­tyw­ne gazy, zwa­ne ga­za­mi szla­chet­ny­mi. Naj­waż­niej­sze z nich od­kry­to już w ostat­nim dzie­się­cio­le­ciu XIX wie­ku. Men­de­le­jew po­cząt­ko­wo nie chciał za­ak­cep­to­wać tych od­kryć. Wkrót­ce jed­nak usta­lo­no masy ato­mo­we helu, neo­nu i ar­go­nu i zdał so­bie spra­wę z tego, że pier­wiast­ki te pa­su­ją do jego ta­bli­cy okre­so­wej.

W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku che­mi­cy od­kry­li kil­ka pier­wiast­ków, któ­re Men­de­le­jew "prze­wi­dział" na pod­sta­wie swo­jej ta­bli­cy. Wie­lu uczo­nych od­rzu­ci­ło jego su­ge­stie, że mu­szą ist­nieć pier­wiast­ki na­zwa­ne be­ry­lem i ga­lem, i uzna­ło je za nie­do­rzecz­ne spe­ku­la­cje. Jed­nak do­ce­nio­no po­tę­gę ta­bli­cy Men­de­le­je­wa, gdy po­przez ko­lej­ne od­kry­cia stop­nio­wo za­czę­to uzu­peł­niać wska­za­ne przez nie­go bra­ku­ją­ce w niej po­zy­cje. Z ta­bli­cy wy­ni­ka­ło, ja­kich no­wych pier­wiast­ków na­le­ży szu­kać w przy­ro­dzie, ja­kie są ich wła­ści­wo­ści i zdol­no­ści re­ago­wa­nia z in­ny­mi sub­stan­cja­mi. To, co Men­de­le­jew stwo­rzył, aby le­piej zro­zu­mieć ce­chy pier­wiast­ków, sta­ło się klu­czem do zro­zu­mie­nia, jak za­cho­wu­je się sama na­tu­ra. Na pod­sta­wie tej ta­bli­cy opra­co­wa­no układ okre­so­wy pier­wiast­ków, któ­ry te­raz wisi w szkol­nych kla­sach i la­bo­ra­to­riach che­micz­nych na ca­łym świe­cie.

Przez więk­szość XIX wie­ku che­mi­cy zaj­mo­wa­li się usta­la­niem skła­du związ­ków che­micz­nych, to zna­czy two­rzą­cych je ato­mów i rod­ni­ków. Po­my­sło­daw­ca pierw­sze­go mię­dzy­na­ro­do­we­go kon­gre­su che­mi­ków, Frie­drich Au­gust Ke­ku­lé, po­szedł da­lej. Za­chę­cał ko­le­gów, aby sta­ra­li się usta­lić struk­tu­rę związ­ków che­micz­nych. Współ­cze­sna che­mia i bio­lo­gia mo­le­ku­lar­na opie­ra­ją się na wie­dzy o tym, jak ato­my i czą­stecz­ki są upo­rząd­ko­wa­ne w związ­ku che­micz­nym - jaką struk­tu­rę two­rzą i w któ­rych miej­scach tej struk­tu­ry się znaj­du­ją. Bez tej wie­dzy nie by­ło­by moż­li­we na przy­kład opra­co­wy­wa­nie no­wych le­ków. Ke­ku­lé był pio­nie­rem w tej dzie­dzi­nie. Opo­wia­dał, że miał sen, w któ­rym zo­ba­czył łań­cuch ato­mów wę­gla zwi­ja­ją­cy się ni­czym wąż zja­da­ją­cy wła­sny ogon. Sen był in­spi­ra­cją jed­ne­go z jego naj­więk­szych do­ko­nań - od­kry­cia struk­tu­ry ben­ze­nu. Ten zbu­do­wa­ny z wo­do­ru i wę­gla zwią­zek che­micz­ny ma za­mknię­tą struk­tu­rę pier­ście­nio­wą, a rod­ni­ki lub ato­my mogą się przy­cze­piać do nie­go w okre­ślo­nych po­zy­cjach. Był to zna­czą­cy po­stęp w che­mii or­ga­nicz­nej.

Sny to jed­no, żmud­na pra­ca to dru­gie. Ke­ku­lé spę­dził wie­le go­dzin w la­bo­ra­to­rium, wy­ko­nu­jąc do­świad­cze­nia. Nadał sens che­mii or­ga­nicz­nej, czy­li che­mii związ­ków wę­gla. Uczył całą spo­łecz­ność che­mi­ków, jak kla­sy­fi­ko­wać związ­ki or­ga­nicz­ne w na­tu­ral­ne ro­dzi­ny. Fa­scy­no­wa­ła go uni­wer­sal­na zdol­ność wę­gla do przy­łą­cza­nia in­nych ato­mów i rod­ni­ków. Me­tan - gaz po­wszech­nie sto­so­wa­ny do ogrze­wa­nia i oświe­tla­nia - miał wzór CH4, czy­li je­den atom wę­gla przy­łą­czał czte­ry ato­my wo­do­ru. Dwa ato­my tle­nu mo­gły się po­łą­czyć z jed­nym ato­mem wę­gla i utwo­rzyć dwu­tle­nek wę­gla CO2. Jed­nak te "pre­fe­ren­cje" ato­mów nie były tak ści­słe, jak się po­cząt­ko­wo wy­da­wa­ło, cze­go do­wo­dził fakt, że wę­giel i tlen mo­gły też utwo­rzyć CO - śmier­tel­nie tru­ją­cy tle­nek wę­gla.

Che­mi­cy wy­my­śli­li sło­wo na­zy­wa­ją­ce ta­kie wzor­ce po­łą­czeń - war­to­ścio­wość. Moż­na było ją wy­de­du­ko­wać na po­sta­wie po­zy­cji pier­wiast­ka w ta­bli­cy Men­de­le­je­wa. Ucze­ni za­sta­na­wia­li się, dla­cze­go tak jest. Zro­zu­mie­li to wraz z od­kry­ciem przez fi­zy­ków we­wnętrz­nej struk­tu­ry ato­mu i elek­tro­nu. Elek­tron po­łą­czył wie­dzę che­mi­ków o ato­mie z wy­ni­ka­mi ba­dań fi­zy­ków nad ato­mem, o czym opo­wie­my w na­stęp­nym roz­dzia­le.

ROZDZIAŁ 30

Wewnątrz atomu

Che­mi­cy lu­bi­li atom. To on wcho­dził w re­ak­cje che­micz­ne i zaj­mo­wał okre­ślo­ne miej­sca w czą­stecz­kach. Miał wła­ści­wo­ści, któ­re naj­ogól­niej de­fi­nio­wa­ła jego po­zy­cja w ta­bli­cy Men­de­le­je­wa. Każ­dy atom, łą­cząc się z in­ny­mi ato­ma­mi, przyj­mo­wał do­dat­ni lub ujem­ny ła­du­nek i inne wzor­ce two­rze­nia wią­zań che­micz­nych, czy­li war­to­ścio­wość. Che­mi­cy do­ce­nia­li tak­że róż­ni­ce mię­dzy po­je­dyn­czym ato­mem a gru­pą po­wią­za­nych ato­mów w czą­stecz­ce. Wie­dzie­li, że więk­szość pier­wiast­ków ist­nie­je w po­sta­ci jed­no­ato­mo­wej, ale nie­któ­re ato­my, na przy­kład wo­dór i tlen, na­tu­ral­nie wy­stę­pu­ją w po­sta­ci czą­stecz­ko­wej (H2 i O2). Z co­raz więk­szą do­kład­no­ścią do­ko­ny­wa­li po­mia­rów względ­nych mas ato­mo­wych, przy czym wo­do­ro­wi za­wsze przy­pi­sy­wa­li masę rów­ną 1.

Jed­nak ża­den z tych fak­tów nie przy­bli­żał che­mi­ków do po­zna­nia struk­tu­ry ato­mów. Mo­gli nimi ma­ni­pu­lo­wać w la­bo­ra­to­riach, ale nie po­tra­fi­li po­wie­dzieć, jak i z cze­go zbu­do­wa­ny jest atom.

Przez pra­wie cały XIX wiek fi­zy­cy in­te­re­so­wa­li się głów­nie kwe­stia­mi: jak za­cho­wać ener­gię, jak zmie­rzyć elek­trycz­ność i ma­gne­tyzm, jaka jest na­tu­ra cie­pła i dla­cze­go gazy za­cho­wu­ją się tak, a nie ina­czej. Fi­zycz­na teo­ria ga­zów, zwa­na teo­rią ki­ne­tycz­ną, opie­ra­ła się na ato­mach i czą­stecz­kach. Jed­nak fi­zy­cy, po­dob­nie jak che­mi­cy, zgo­dzi­li się, że choć teo­ria ato­mo­wa jest bar­dzo po­moc­na w wy­ja­śnia­niu ob­ser­wa­cji i po­mia­rów, praw­dzi­wą na­tu­rę ato­mów trud­no jest zro­zu­mieć.

Pierw­szym sy­gna­łem, że ato­my nie są pro­sty­mi, naj­mniej­szy­mi jed­nost­ka­mi ma­te­rii, było od­kry­cie jed­ne­go z two­rzą­cych je ele­men­tów - elek­tro­nu. Z do­świad­czeń wy­ni­ka­ło, że ato­my mogą mieć ła­du­nek elek­trycz­ny, po­nie­waż przy prze­pusz­cza­niu prą­du elek­trycz­ne­go przez roz­twór nie­któ­re ato­my były przy­cią­ga­ne przez bie­gun do­dat­ni, inne - przez ujem­ny. Fi­zy­cy nie byli pew­ni, czy wła­ści­wo­ści elek­trycz­ne ato­mów od­gry­wa­ją ja­ką­kol­wiek rolę w re­ak­cjach che­micz­nych. Mimo wszyst­ko zmie­rzy­li ich ła­dun­ki i oka­za­ło się, że są one wie­lo­krot­no­ścia­mi pew­nej wiel­ko­ści. Tę jed­nost­kę ła­dun­ku elek­trycz­ne­go na­zwa­no elek­tro­nem w 1894 roku, tuż po tym, jak Jo­seph John Thom­son (1856-1940) z Cam­brid­ge za­czął uży­wać lam­py ka­to­do­wej w swo­ich eks­pe­ry­men­tach.

Lam­pa ka­to­do­wa to dość pro­ste urzą­dze­nie. Za­dzi­wia­ją­ce, że coś tak nie­skom­pli­ko­wa­ne­go mo­gło do­star­czyć in­for­ma­cji, któ­re do­pro­wa­dzi­ły do po­zna­nia fun­da­men­tal­nej struk­tu­ry ato­mu i wszech­świa­ta. Z lam­py od­sy­sa­no więk­szość po­wie­trza, aby uzy­skać wa­run­ki zbli­żo­ne do próż­ni. Na obu koń­cach lam­py umiesz­cza­no elek­tro­dy. Gdy przez lam­pę pły­nął prąd elek­trycz­ny, dzia­ły się in­te­re­su­ją­ce rze­czy, mię­dzy in­ny­mi po­ja­wia­ło się pro­mie­nio­wa­nie (stru­mie­nie ener­gii albo czą­stek). W lam­pie ka­to­do­wej były to głów­nie szyb­ko po­ru­sza­ją­ce się, na­ła­do­wa­ne cząst­ki. Thom­son wraz z ko­le­ga­mi z La­bo­ra­to­rium im. Ca­ven­di­sha zmie­rzył ła­du­nek elek­trycz­ny i wagę nie­któ­rych z nich. Pró­bo­wał usta­lić, jak te dwie war­to­ści są ze sobą po­wią­za­ne. W 1897 roku Thom­son przed­sta­wił teo­rię, że za­ob­ser­wo­wa­ne pro­mie­nio­wa­nie to stru­mie­nie na­ła­do­wa­nych czą­stek ele­men­tar­nych, czy­li we­wnętrz­nych ele­men­tów ato­mu. Oce­niał, że ich waga sta­no­wi tyl­ko uła­mek masy naj­lżej­sze­go ato­mu - wo­do­ru. Fi­zy­cy do­pie­ro po kil­ku la­tach przy­zna­li, że Thom­son rze­czy­wi­ście od­krył elek­tron - jed­nost­kę ła­dun­ku elek­trycz­ne­go, któ­rą od pew­ne­go cza­su mie­rzy­li.

Za­tem ato­my za­wie­ra­ją elek­tro­ny. Co jesz­cze? Od­po­wiedź po­zna­wa­no stop­nio­wo na pod­sta­wie wy­ni­ków do­świad­czeń z lam­pą ka­to­do­wą. Gdy w jej wnę­trzu uda­ło się uzy­skać lep­szą próż­nię, moż­na było prze­pusz­czać przez nią sil­niej­szy prąd elek­trycz­ny. Te udo­sko­na­le­nia tech­nicz­ne wy­ko­rzy­stał mię­dzy in­ny­mi daw­ny stu­dent, współ­pra­cow­nik i kon­ty­nu­ator prac Thom­so­na w La­bo­ra­to­rium im. Ca­ven­di­sha w Cam­brid­ge, No­wo­ze­land­czyk Er­nest Ru­ther­ford (1873-1937). W ostat­nich la­tach XIX wie­ku Ru­ther­ford i Thom­son zi­den­ty­fi­ko­wa­li dwa ro­dza­je pro­mie­nio­wa­nia emi­to­wa­ne­go przez uran - pier­wiast­ka o du­żym zna­cze­niu w fi­zy­ce.

Je­den ro­dzaj tego pro­mie­nio­wa­nia moż­na było od­chy­lić w polu ma­gne­tycz­nym, dru­gi - nie. Ru­ther­ford, nie wie­dząc, czym są te pro­mie­nio­wa­nia, na­zwał je po pro­stu "alfa" i "beta" (czy­li A i B w ję­zy­ku grec­kim). Na­zwy się przy­ję­ły. Na­uko­wiec przez ko­lej­ne de­ka­dy eks­pe­ry­men­to­wał z obo­ma ro­dza­ja­mi dziw­ne­go pro­mie­nio­wa­nia. Oka­za­ło się, że nie tyl­ko uran je emi­tu­je, robi to cała gru­pa pier­wiast­ków. Na po­cząt­ku XX wie­ku wzbu­dzi­ły one duże za­in­te­re­so­wa­nie wśród fi­zy­ków i do dziś po­zo­sta­ły bar­dzo waż­ne. To pier­wiast­ki pro­mie­nio­twór­cze, wśród któ­rych naj­czę­ściej wy­stę­pu­ją uran, rad i tor. Gdy na­ukow­cy za­czę­li ba­dać ich wy­jąt­ko­we wła­ści­wo­ści, do­wie­dzie­li się istot­nych rze­czy o struk­tu­rze ato­mu.

Naj­waż­niej­sze było pro­mie­nio­wa­nie alfa. (Mówi się też o cząst­kach alfa, ale w bar­dzo ma­łym i bar­dzo szyb­kim świe­cie fi­zy­ki ato­mo­wej to roz­róż­nie­nie się za­cie­ra). Ru­ther­ford i jego współ­pra­cow­ni­cy kie­ro­wa­li to pro­mie­nio­wa­nie na bar­dzo cien­kie ar­ku­sze me­ta­lu i ob­ser­wo­wa­li jego za­cho­wa­nie. Zwy­kle czą­stecz­ki prze­cho­dzi­ły przez ar­kusz me­ta­lu. Cza­sa­mi jed­nak się od nie­go od­bi­ja­ły. Moż­na wy­obra­zić so­bie za­sko­cze­nie Ru­ther­for­da, gdy za­sta­na­wiał się nad tym, co wi­dział; to tak jak­by strze­lał cięż­ki­mi ku­la­mi ar­mat­ni­mi w kart­kę pa­pie­ru, a ona nie­któ­re z nich od­bi­ja­ła. Z eks­pe­ry­men­tu wy­ni­ka­ło, że od­bi­te cząst­ki alfa na­tra­fi­ły na bar­dzo gę­stą część ato­mów, z któ­rych zbu­do­wa­ny był ar­kusz me­ta­lu. To za­gęsz­cze­nie na­zwa­no ją­drem ato­mo­wym. Do­świad­cze­nia Ru­ther­for­da po­ka­za­ły, że ato­my skła­da­ją się głów­nie z pu­stej prze­strze­ni i dla­te­go więk­szość czą­stek alfa prze­cho­dzi na dru­gą stro­nę ar­ku­sza me­ta­lu. Tyl­ko te, któ­re zde­rzy­ły się z sil­nie skon­cen­tro­wa­ną masą w cen­tral­nym ją­drze, od­bi­ja­ły się od po­wierzch­ni. Ko­lej­ne eks­pe­ry­men­ty po­ka­za­ły, że ją­dro jest na­ła­do­wa­ne do­dat­nio. Fi­zy­cy za­czę­li po­dej­rze­wać, że do­dat­ni ła­du­nek ją­dra rów­no­wa­żą ujem­nie na­ła­do­wa­ne elek­tro­ny, któ­re krą­żą w pu­stej prze­strze­ni wo­kół ją­dra.

Ru­ther­for­da uzna­no za twór­cę fi­zy­ki ją­dro­wej. Za swo­je od­kry­cia w 1908 roku otrzy­mał Na­gro­dę No­bla w dzie­dzi­nie che­mii. (Na­gro­da upa­mięt­nia jej szwedz­kie­go fun­da­to­ra i jest naj­wyż­szym wy­róż­nie­niem na­uko­wym od cza­su jej usta­no­wie­nia w 1901 roku. Zdo­by­cie jej jest ce­lem wie­lu am­bit­nych na­ukow­ców).

Ru­ther­ford po­tra­fił przy­cią­gać wy­bit­nych stu­den­tów i współ­pra­cow­ni­ków, kil­ku z nich za swo­ją dzia­łal­ność rów­nież do­sta­ło Na­gro­dy No­bla. Jed­nym z nich był Niels Bohr (1885-1962) z Da­nii. Sko­rzy­stał z mo­de­lu bu­do­wy ato­mu Ru­ther­for­da, z pra­wie całą masą ato­mu skon­cen­tro­wa­ną w nie­wiel­kim ją­drze, i za­sto­so­wał wo­bec nie­go po­stu­la­ty no­wej fi­zy­ki kwan­to­wej. W ten spo­sób w 1913 roku opra­co­wał mo­del bu­do­wy ato­mu, na­zwa­ny jego na­zwi­skiem. Mo­del Boh­ra do­brze od­da­wał to, co dzie­je się we­wnątrz ato­mu, zgod­nie z ów­cze­snym sta­nem wie­dzy. Duń­ski che­mik wy­obra­ził so­bie, że struk­tu­ra ato­mu przy­po­mi­na Układ Sło­necz­ny. (Słoń­ce to ją­dro po­ło­żo­ne w cen­trum, a pla­ne­ty to elek­tro­ny krą­żą­ce wo­kół nie­go po or­bi­tach). W tym mo­de­lu cię­żar do­dat­nio na­ła­do­wa­ne­go ją­dra nada­wał ato­mo­wi masę, a za­tem wy­zna­czał mu miej­sce w ta­be­li Men­de­le­je­wa. Ją­dro two­rzy­ły do­dat­nio na­ła­do­wa­ne pro­to­ny. Im cięż­szy atom, tym wię­cej pro­to­nów ma w ją­drze. Licz­ba pro­to­nów i elek­tro­nów mu­sia­ła być rów­na, aby atom jako ca­łość po­zo­stał elek­trycz­nie obo­jęt­ny. Elek­tro­ny krą­ży­ły wo­kół ją­dra po róż­nych or­bi­tach (i wła­śnie w tym miej­scu wkra­cza­ła fi­zy­ka kwan­to­wa). Jed­ną z naj­bar­dziej bły­sko­tli­wych kon­cep­cji fi­zy­ki kwan­to­wej jest stwier­dze­nie, że wszyst­ko w przy­ro­dzie wy­stę­pu­je w ści­śle okre­ślo­nych por­cjach, czy­li kwan­tach (o nich opo­wie­my w roz­dzia­le 32). Do­ty­czy to masy, ener­gii i in­nych ele­men­tów. W mo­de­lu Boh­ra elek­tro­ny krą­żą­ce wo­kół ją­dra wy­stę­po­wa­ły w róż­nych, od­ręb­nych sta­nach kwan­to­wych. Elek­tro­ny znaj­du­ją­ce się naj­bli­żej ją­dra były naj­moc­niej przy­cią­ga­ne przez ją­dro. Te bar­dziej od­da­lo­ne były sła­biej zwią­za­ne z ją­drem i mo­gły uczest­ni­czyć w re­ak­cjach che­micz­nych albo ge­ne­ro­wać elek­trycz­ność lub ma­gne­tyzm.

Je­śli wy­da­je ci się to dość trud­ne, nie przej­muj się. Fi­zy­ka kwan­to­wa jest skom­pli­ko­wa­na. Bohr o tym wie­dział, ale jego mo­del po­zwo­lił fi­zy­kom i che­mi­kom mó­wić tym sa­mym ję­zy­kiem. Jego mo­del opie­rał się na wy­ni­kach do­świad­czeń fi­zycz­nych, ale wy­cho­dził też poza nie, aby wy­ja­śniać ob­ser­wa­cje, któ­rych do­ko­ny­wa­li che­mi­cy w la­bo­ra­to­riach. W szcze­gól­no­ści po­mógł im zro­zu­mieć, dla­cze­go pier­wiast­ki w ta­bli­cy Men­de­le­je­wa za­cho­wu­ją się tak, a nie ina­czej, i mają róż­ną war­to­ścio­wość, czy­li róż­ne wzor­ce two­rze­nia wią­zań che­micz­nych. Ato­my pier­wiast­ków, któ­re przy­łą­cza­ły się do in­nych po­je­dyn­czo, ro­bi­ły tak dla­te­go, że mia­ły tyl­ko je­den wol­ny elek­tron. Po­zo­sta­łe ato­my przy­bie­ra­ły inną war­to­ścio­wość, po­nie­waż mia­ły wię­cej wol­nych elek­tro­nów. Mo­del ato­mu Boh­ra stał się jed­ną z ikon współ­cze­snej na­uki, mimo że obec­nie wie­my, iż ato­my są znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne, niż są­dził Bohr.

Po­ja­wi­ło się mnó­stwo ko­lej­nych py­tań. Po pierw­sze, jak do­dat­nio na­ła­do­wa­ne pro­to­ny utrzy­mu­ją się w cia­snej prze­strze­ni ją­dra ato­mo­we­go? W przy­pad­ku ła­dun­ków elek­trycz­nych, tak jak i ma­gne­sów, iden­tycz­ne się od­py­cha­ją, a prze­ciw­ne przy­cią­ga­ją. Dla­cze­go za­tem pro­to­ny nie od­py­cha­ją się na­wza­jem i nie przy­cią­ga­ją do sie­bie elek­tro­nów? Po dru­gie, naj­lżej­szym zna­nym ato­mem jest wo­dór o ma­sie ato­mo­wej rów­nej 1. Za­łóż­my, że skła­da się z jed­ne­go pro­to­nu i pra­wie nic nie­wa­żą­ce­go elek­tro­nu. Moż­na z do­brym przy­bli­że­niem przy­jąć, że pro­ton ma masę ato­mo­wą rów­ną 1. Dla­cze­go za­tem masy ato­mo­we pier­wiast­ków w ta­bli­cy Men­de­le­je­wa nie ro­sną stop­nio­wo, to zna­czy nie przyj­mu­ją war­to­ści 1, 2, 3, 4, 5 itd.?

Z od­po­wie­dzią na pierw­sze py­ta­nie trze­ba było po­cze­kać, aż me­cha­ni­ka kwan­to­wa bar­dziej się roz­wi­nie. Dru­ga za­gad­ka, do­ty­czą­ca prze­sko­ków w se­kwen­cji mas ato­mo­wych, zo­sta­ła roz­wią­za­na znacz­nie wcze­śniej przez in­ne­go ko­le­gę Ru­ther­for­da z Cam­brid­ge, Ja­me­sa Cha­dwic­ka (1891-1974). W 1932 roku Cha­dwick ogło­sił wy­ni­ki swo­ich do­świad­czeń z bom­bar­do­wa­niem ma­te­rii pro­mie­nio­wa­niem. Już dla Ru­ther­for­da była to waż­na me­to­da ba­da­nia struk­tu­ry ato­mu. Cha­dwick wy­słał stru­mień czą­stek alfa w swój ulu­bio­ny me­tal - be­ryl. Stwier­dził, że be­ryl cza­sa­mi emi­tu­je cząst­kę o ma­sie ato­mo­wej rów­nej 1, ale bez ła­dun­ku elek­trycz­ne­go, czy­li neu­tron. Tym po­ję­ciem po­słu­żył się już Ru­ther­ford, ale są­dził, że to para pro­ton i elek­tron. Wkrót­ce jed­nak sta­ło się ja­sne, że to osob­na cząst­ka ele­men­tar­na. Neu­tron sta­no­wił ro­dzaj bra­ku­ją­ce­go ogni­wa po­zwa­la­ją­ce­go fi­zy­kom wy­ja­śnić wiel­kość mas ato­mo­wych pier­wiast­ków i ich po­zy­cje w ta­bli­cy Men­de­le­je­wa. Ta ta­bli­ca, stop­nio­wo udo­sko­na­la­na i zmie­nio­na w układ okre­so­wy pier­wiast­ków, wciąż oka­zy­wa­ła się bar­dzo przy­dat­ną re­pre­zen­ta­cją pod­sta­wo­wych jed­no­stek ma­te­rii na na­szej pla­ne­cie. Od­kry­cie neu­tro­nu za­owo­co­wa­ło od­kry­ciem izo­to­pów. Cza­sa­mi ato­my tego sa­me­go pier­wiast­ka mają od­mien­ne masy ato­mo­we, jak­by róż­ni­ły się licz­bą neu­tro­nów w ją­drze. Izo­to­py są za­tem ato­ma­mi tego sa­me­go pier­wiast­ka, ale o róż­nej ma­sie ato­mo­wej. Na­wet wo­dór może cza­sa­mi mieć masę ato­mo­wą 2, za­miast 1, gdy w ją­drze oprócz pro­to­nu ma też neu­tron. Cha­dwick zo­stał lau­re­atem Na­gro­dy No­bla w dzie­dzi­nie fi­zy­ki za od­kry­cie neu­tro­nu i jego wła­ści­wo­ści (sta­ło się to za­le­d­wie trzy lata po prze­pro­wa­dze­niu przez nie­go ba­dań).

Neu­tron oka­zał się po­tęż­ną bro­nią do bom­bar­do­wa­nia ją­der ato­mów. Po­nie­waż nie ma żad­ne­go ła­dun­ku, nie jest w na­tu­ral­ny spo­sób od­py­cha­ny przez cięż­kie, do­dat­nio na­ła­do­wa­ne ją­dro, z cia­sno upa­ko­wa­ny­mi pro­to­na­mi. Cha­dwick to za­uwa­żył. Po­nad­to wie­dział, że je­śli chce się roz­bi­jać ato­my, po­trzeb­na jest ma­szy­na, któ­ra mo­gła­by przy­spie­szać neu­tro­ny do du­żych pręd­ko­ści i nada­wać im po­tęż­ną ener­gię. Taka ma­szy­na to ak­ce­le­ra­tor czą­stek, a je­śli ma bu­do­wę ko­ło­wą, na­zy­wa się cy­klo­tro­nem bądź syn­chro­tro­nem. W ak­ce­le­ra­to­rach uży­wa się bar­dzo sil­nych pól ma­gne­tycz­nych, któ­re roz­pę­dza­ją ato­my i cząst­ki nie­mal do pręd­ko­ści świa­tła. Aby prze­pro­wa­dzić tego typu ba­da­nia, Cha­dwick opu­ścił Cam­brid­ge i prze­niósł się na uni­wer­sy­tet w Li­ver­po­olu, któ­ry otrzy­mał fun­du­sze na bu­do­wę cy­klo­tro­nu. Tam prze­ko­nał się, że ude­rza­jąc szyb­ki­mi neu­tro­na­mi w cięż­kie ato­my, ta­kie jak uran, moż­na wy­ge­ne­ro­wać ogrom­ne ilo­ści ener­gii. Je­śli taka ener­gia zo­sta­ła­by wy­ko­rzy­sta­na, mo­gła­by za­po­cząt­ko­wać re­ak­cję łań­cu­cho­wą pro­wa­dzą­cą do waż­ne­go re­zul­ta­tu - roz­sz­cze­pie­nia ato­mu. Bom­ba ato­mo­wa, zbu­do­wa­na i uży­ta pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej, to efekt tych prac, a Cha­dwick był sze­fem pro­jek­tu Man­hat­tan po stro­nie bry­tyj­skiej. (Pro­jekt Man­hat­tan to na­zwa pro­gra­mu na­uko­wo-ba­daw­cze­go zmie­rza­ją­ce­go do kon­struk­cji i pro­duk­cji bom­by ato­mo­wej).

Wie­lu na­ukow­ców są­dzi­ło, że od­kry­cie neu­tro­nu przez Chad­wic­ka roz­wią­za­ło pro­ble­my ze struk­tu­rą ato­mów (pod­sta­wo­wych jed­no­stek bu­do­wy ma­te­rii we wszech­świe­cie). Jed­nak się my­lo­no. Wie­le za­ska­ku­ją­cych fak­tów cze­ka­ło jesz­cze na od­kry­cie. Już na­wet ro­zu­mie­nie pod­sta­wo­wych wła­sno­ści elek­tro­nu, pro­to­nu i neu­tro­nu po­sta­wi­ło fi­zy­ków przed fak­tem ist­nie­nia róż­nych fal i czą­stek, ta­kich jak alfa, beta i gam­ma. Mu­sie­li jesz­cze wy­ja­śnić inne bli­żej nie­zna­ne zja­wi­ska, mię­dzy in­ny­mi pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie i wy­mia­nę kwan­tów. Fi­zy­ka ją­dro­wa i me­cha­ni­ka kwan­to­wa to ob­sza­ry naj­bar­dziej za­awan­so­wa­nej na­uki XX wie­ku.

ROZDZIAŁ 31

Promieniotwórczość

Kie­dy zła­miesz kość albo przy­pad­ko­wo coś po­łkniesz, w przy­chod­ni lub szpi­ta­lu wy­ko­nu­ją ci prze­świe­tle­nie, aby le­karz mógł zaj­rzeć do wnę­trza two­je­go cia­ła bez otwie­ra­nia go ope­ra­cyj­nie. Zdję­cia rent­ge­now­skie to dzi­siaj co­dzien­ność. Pod ko­niec XIX wie­ku wy­wo­ła­ły sen­sa­cję. Pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie było pierw­szym ro­dza­jem pro­mie­nio­wa­nia ujarz­mio­ne­go i wy­ko­rzy­sta­ne­go, za­nim na­wet jesz­cze w peł­ni zro­zu­mia­no jego zna­cze­nie. Póź­niej za­ję­to się pro­mie­nio­twór­czo­ścią, zwa­ną też ra­dio­ak­tyw­no­ścią, i bom­ba­mi ato­mo­wy­mi.

Pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie na­zwa­no na cześć nie­miec­kie­go fi­zy­ka Wil­hel­ma Rönt­ge­na (1845-1923). On sam na­zwał je pro­mie­nia­mi X i do dziś tę na­zwę sto­su­je się w kra­jach an­glo­sa­skich. Nie on pierw­szy do­strzegł ich moc, ale pierw­szy zdał so­bie spra­wę z tego, co wi­dzi. W na­uce czę­sto tak bywa - nie wy­star­czy po pro­stu zo­ba­czyć, trze­ba jesz­cze zro­zu­mieć, na co się pa­trzy.

Pod ko­niec XIX wie­ku Rönt­gen i inni fi­zy­cy (wy­star­czy wspo­mnieć Jo­se­pha Joh­na Thom­so­na) uży­wa­li lam­py ka­to­do­wej. Ósme­go li­sto­pa­da 1895 roku nie­miec­ki fi­zyk za­uwa­żył, że od­da­lo­na od lam­py ka­to­do­wej płyt­ka fo­to­gra­ficz­na, mimo że była przy­kry­ta czar­nym pa­pie­rem chro­nią­cym ją przed świa­tłem, zo­sta­ła w ta­jem­ni­czy spo­sób na­świe­tlo­na. W tam­tych cza­sach ucze­ni za­kła­da­li, że pro­mie­nie ka­to­do­we nie dzia­ła­ją na taką od­le­głość. Przez na­stęp­ne sześć ty­go­dni Rönt­gen zgłę­biał to, co się sta­ło. Inni fi­zy­cy za­ob­ser­wo­wa­li to samo zja­wi­sko, ale nie za­ję­li się nim, a Rönt­gen od­krył, że jest to nowe pro­mie­nio­wa­nie, któ­re roz­cho­dzi się w li­nii pro­stej, a pole ma­gne­tycz­ne nie ma na nie wpły­wu. Ina­czej niż w przy­pad­ku świa­tła nie od­bi­ja­ły go ani nie od­chy­la­ły szkla­ne so­czew­ki. Mo­gło na­to­miast prze­nik­nąć przez cia­ła sta­łe, w tym przez rękę żony na­ukow­ca! Pani Rönt­gen po­zo­wa­ła do pierw­sze­go zdję­cia rent­ge­now­skie­go, a jej pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy jest wy­raź­nie wi­docz­ny wraz z ko­ść­mi jej dło­ni. Po­nie­waż Rönt­gen nie wie­dział, czym do­kład­nie jest to pro­mie­nio­wa­nie, na­zwał je po pro­stu pro­mie­nia­mi X. Po sze­ściu ty­go­dniach cięż­kiej pra­cy ogło­sił swo­je od­kry­cie świa­tu.

Zdję­cia rent­ge­now­skie na­tych­miast sta­ły się hi­tem. Od razu zda­no so­bie spra­wę z ich me­dycz­ne­go za­sto­so­wa­nia do dia­gno­zo­wa­nia zła­mań ko­ści albo lo­ka­li­zo­wa­nia w cie­le przed­mio­tów, któ­re nie po­win­ny się w nim zna­leźć. Mało od­kryć zo­sta­ło z miej­sca pod­chwy­co­nych przez sze­ro­ką pu­blicz­ność. W sprze­da­ży pra­wie na­tych­miast po­ja­wi­ła się bie­li­zna od­por­na na pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie, a fi­zy­cy de­ba­to­wa­li nad na­tu­rą pro­mie­ni X po­nad ko­lej­ną de­ka­dę. W trak­cie dal­szych ba­dań usta­lo­no, że jest to pro­mie­nio­wa­nie o wy­jąt­ko­wo krót­kiej dłu­go­ści fali i wy­so­kiej ener­gii. Dość wcze­śnie pra­cow­ni­cy la­bo­ra­to­ryj­ni za­uwa­ży­li, że może ono nisz­czyć ludz­kie cia­ło, po­wo­du­jąc opa­rze­nia. Dla­te­go już w 1896 roku pró­bo­wa­no wy­ko­rzy­stać je do zwal­cza­nia ko­mó­rek no­wo­two­ro­wych. Nie­co dłu­żej za­ję­ło lu­dziom uświa­do­mie­nie so­bie, jak może ono być nie­bez­piecz­ne. Na sku­tek na­pro­mie­nio­wa­nia kil­ku z pierw­szych ba­da­czy zmar­ło na bia­łacz­kę, czy­li no­wo­twór ukła­du krwio­twór­cze­go. Za­tem pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie może za­rów­no zwal­czać raka, jak i go wy­wo­ły­wać.

W cza­sie gdy Rönt­gen pra­co­wał nad pro­mie­nia­mi X, we Fran­cji od­kry­to inny ro­dzaj pro­mie­nio­wa­nia - ra­dio­ak­tyw­ność (pro­mie­nio­twór­czość). Hen­ri Be­cqu­erel (1852-1908) zaj­mo­wał się ba­da­niem flu­ore­scen­cji, czy­li na­tu­ral­ne­go zja­wi­ska emi­to­wa­nia świa­tła przez nie­któ­re sub­stan­cje. Uży­wał świe­cą­ce­go flu­ore­scen­cyj­nie związ­ku ura­nu. Gdy stwier­dził, że ten zwią­zek prze­świe­tla płyt­kę fo­to­gra­ficz­ną, po­dob­nie jak pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie, uznał, że po pro­stu zna­lazł inne źró­dło tego sa­me­go ta­jem­ni­cze­go pro­mie­nio­wa­nia. Jed­nak w 1896 roku od­krył, że jego pro­mie­nie nie dzia­ła­ją tak jak rent­ge­now­skie. Był to inny ro­dzaj pro­mie­nio­wa­nia, któ­re co praw­da nie umoż­li­wia­ło "za­glą­da­nia" pod ubra­nie czy skó­rę, ale i tak war­to było mu się przyj­rzeć.

W Pa­ry­żu to am­bit­ne wy­zwa­nie pod­ję­ło mał­żeń­stwo słyn­nych fi­zy­ków: Pier­re Cu­rie (1859-1906) i Ma­ria Skło­dow­ska-Cu­rie (1867-1934). W 1898 roku do­sta­li tonę blen­dy ura­no­wej, czy­li smo­li­stą rudę bo­ga­tą w uran. Gdy wy­od­ręb­ni­li z niej czy­sty uran, do­zna­li po­pro­mien­nych po­pa­rzeń rąk. Od­kry­li tak­że dwa nowe pier­wiast­ki ra­dio­ak­tyw­ne, któ­re na­zwa­li rad i po­lon (na cześć oj­czy­zny Ma­rii). Mia­ły one wła­ści­wo­ści po­dob­ne do ura­nu, więc na­ukow­cy z ca­łe­go świa­ta chcie­li do­wie­dzieć się jak naj­wię­cej o ich sil­nym pro­mie­nio­wa­niu. Pier­wiast­ki te emi­to­wa­ły pro­mie­nio­wa­nie beta (stru­mie­nie elek­tro­nów), alfa (bę­dą­ce ato­ma­mi helu bez elek­tro­nów, a za­tem do­dat­nio na­ła­do­wa­ny­mi, co w 1899 roku wy­ka­zał Ru­ther­ford) oraz gam­ma (bez ła­dun­ku; póź­niej do­wie­dzio­no, że są to fale elek­tro­ma­gne­tycz­ne po­dob­ne do pro­mie­nio­wa­nia rent­ge­now­skie­go). Mał­żeń­stwo Cu­rie z praw­dzi­wym od­da­niem po­świę­ci­ło się na­uce, a ich do­ko­na­nia zo­sta­ły uho­no­ro­wa­ne Na­gro­dą No­bla. Po śmier­ci Pier­re'a w wy­pad­ku ulicz­nym Ma­ria kon­ty­nu­owa­ła ich dzie­ło, mimo że mu­sia­ła tak­że zaj­mo­wać się wy­cho­wa­niem dwóch ma­łych có­rek.

Od­kry­cie pro­mie­nio­twór­czo­ści było nie­mal speł­nie­niem daw­ne­go ma­rze­nia al­che­mi­ków o trans­mu­ta­cji jed­ne­go pier­wiast­ka w dru­gi. "Nie­mal", po­nie­waż al­che­mi­cy chcie­li zmie­niać ołów lub inny zwy­kły me­tal w zło­to. Pro­mie­nio­twór­czość zmie­nia­ła uran w ołów, czy­li bez­cen­ny me­tal w zwy­kły! Ale jed­nak. Na­tu­ra po­tra­fi­ła do­ko­nać cze­goś, o czym al­che­mi­cy mo­gli je­dy­nie śnić.

Pro­mie­nio­twór­czość, po­dob­nie jak pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie, ma za­sto­so­wa­nie w me­dy­cy­nie. Szcze­gól­nie przy­dat­ny oka­zał się rad. Za­czę­to go uży­wać do za­bi­ja­nia ko­mó­rek ra­ko­wych. Jed­nak ra­dio­ak­tyw­ność w zbyt du­żej daw­ce, tak jak pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie, po­wo­du­je po­wsta­wa­nie no­wo­two­rów. Wie­lu pierw­szych ba­da­czy, w tym sama Ma­ria Skło­dow­ska-Cu­rie, zmar­ło na sku­tek pro­mie­nio­twór­czo­ści, za­nim wdro­żo­no od­po­wied­nie za­sa­dy bez­pie­czeń­stwa. Jej cór­ka, Ir?ne Jo­liot-Cu­rie, któ­ra rów­nież do­sta­ła Na­gro­dę No­bla w dzie­dzi­nie che­mii, zmar­ła wcze­śnie na bia­łacz­kę.

Uran, tor, po­lon i rad są pier­wiast­ka­mi pro­mie­nio­twór­czy­mi. Co to ozna­cza? Fi­zy­cy mó­wią o nich, że są "cięż­kie". Ją­dra ato­mo­we mają gę­sto "upa­ko­wa­ne" i przez to nie­sta­bil­ne. Skut­ki tej nie­sta­bil­no­ści wy­kry­wa­my jako pro­mie­nio­wa­nie ra­dio­ak­tyw­ne. Na­stę­pu­je roz­pad pro­mie­nio­twór­czy, po­nie­waż przy emi­sji czą­stek pier­wia­stek do­słow­nie roz­pa­da się i sta­je in­nym pier­wiast­kiem, zaj­mu­ją­cym inne miej­sce w ukła­dzie okre­so­wym. Ba­da­nia tych roz­pa­dów po­zwo­li­ły uzu­peł­nić ko­lej­ne wol­ne miej­sca w ta­bli­cy Men­de­le­je­wa.

Roz­pa­dy pro­mie­nio­twór­cze sta­ły się rów­nież pod­sta­wą me- tody da­to­wa­nia wy­da­rzeń w hi­sto­rii Zie­mi, czy­li tzw. da­to­wa­nia ra­dio­me­trycz­ne­go. Er­nest Ru­ther­ford był w tym pio­nie­rem i w 1905 roku za­su­ge­ro­wał, że ta tech­ni­ka po­mo­że w usta­le­niu wie­ku Zie­mi. Fi­zy­cy ob­li­cza­ją, ile cza­su po­ło­wie ato­mów na­tu­ral­nie ra­dio­ak­tyw­ne­go pier­wiast­ka (na przy­kład ura­nu) zaj­mu­je roz­pad aż do pro­duk­tu koń­co­we­go (w przy­pad­ku ura­nu do oło­wiu). Ten prze­dział cza­so­wy na­zwa­no okre­sem po­ło­wicz­ne­go roz­pa­du. W za­leż­no­ści od pier­wiast­ka pro­mie­nio­twór­cze­go może on wy­no­sić od kil­ku se­kund do mi­lio­nów lat. Zna­jąc okre­sy po­ło­wicz­ne­go roz­pa­du pier­wiast­ka, moż­na da­to­wać wy­da­rze­nia w dzie­jach Zie­mi na pod­sta­wie do­wol­nej na­tu­ral­nej prób­ki, ta­kiej jak ska­mie­li­na lub ska­ła. Wy­star­czy spraw­dzić, ile za­wie­ra pier­wot­ne­go pier­wiast­ka i pro­duk­tu jego roz­pa­du. Sto­su­nek tych dwóch po­mia­rów wska­zu­je wiek prób­ki. Je­den z nie­ty­po­wych izo­to­pów wę­gla (C14) wy­ka­zu­je na­tu­ral­ną pro­mie­nio­twór­czość, a za­tem jego okres po­ło­wicz­ne­go roz­pa­du moż­na wy­ko­rzy­sty­wać do da­to­wa­nia ska­mie­nia­łych szcząt­ków ro­ślin i zwie­rząt ży­ją­cych w daw­nych epo­kach. Ta me­to­da to da­to­wa­nie ra­dio­wę­glo­we. Wszyst­kie or­ga­ni­zmy żywe po­bie­ra­ją wę­giel przez całe swo­je ży­cie. Gdy umie­ra­ją, pro­ces ten zo­sta­je za­trzy­ma­ny. Dla­te­go, mie­rząc za­war­tość ra­dio­ak­tyw­ne­go wę­gla w ska­mie­li­nach, moż­na usta­lić, kie­dy po­wsta­ły. Da­to­wa­nie ra­dio­wę­glo­we moż­na za­sto­so­wać tak­że do ba­da­nia wie­ku skał. Ta tech­ni­ka zmie­ni­ła pa­le­on­to­lo­gię, po­nie­waż dzię­ki niej zna­my przy­bli­żo­ny wiek ska­mie­nia­łych or­ga­ni­zmów, a nie tyl­ko po­tra­fi­my wska­zać, któ­re są star­sze albo młod­sze.

Fi­zy­cy szyb­ko do­strze­gli, że przy emi­sjach ra­dio­ak­tyw­nych wy­dzie­la się dużo ener­gii. W przy­ro­dzie rzad­ko wy­stę­pu­ją na­tu­ral­nie ra­dio­ak­tyw­ne pier­wiast­ki (np. uran), oraz izo­to­py pro­mie­nio­twór­cze roz­po­wszech­nio­nych pier­wiast­ków (np. wę­giel). Jed­nak gdy zbom­bar­du­je się ato­my cząst­ka­mi alfa lub neu­tro­na­mi, moż­na spra­wić, że wie­le pier­wiast­ków bę­dzie sztucz­nie pro­mie­nio­wać. Dzię­ki temu usta­lo­no, ile ener­gii jest zgro­ma­dzo­nej w ją­drach pier­wiast­ków. W ostat­nim stu­le­ciu wie­lu fi­zy­ków za­sta­na­wia­ło się nad tym, jak ją wy­ko­rzy­stać.

Gdy zbom­bar­du­je­my atom i spo­wo­du­je­my, że za­cznie emi­to­wać cząst­ki alfa ze swo­je­go ją­dra, roz­sz­cze­pia­my go i po­wsta­je inny pier­wia­stek. To roz­pad pro­mie­nio­twór­czy ją­der ato­mo­wych. Pro­ces od­wrot­ny, czy­li fu­zja ją­dro­wa (syn­te­za ją­dro­wa), za­cho­dzi, gdy ją­dro ato­mu wchła­nia czą­stecz­kę i zaj­mu­je nowe miej­sce w ukła­dzie okre­so­wym pier­wiast­ków. Za­rów­no przy roz­pa­dzie, jak i fu­zji uwal­nia­na jest ener­gia. Moż­li­wość syn­te­zy ją­dro­wej zo­sta­ła udo­wod­nio­na pod ko­niec lat trzy­dzie­stych XX wie­ku przez nie­miec­kich i au­striac­kich fi­zy­ków, mię­dzy in­ny­mi Lise Me­it­ner (1878-1968). Me­it­ner, z po­cho­dze­nia Ży­dów­ka, prze­szła na chrze­ści­jań­stwo, ale i tak w 1938 roku mu­sia­ła ucie­kać z na­zi­stow­skiej Rze­szy. Omó­wi­ła fu­zję dwóch ato­mów wo­do­ru w atom helu, któ­ry jest na­stęp­nym pier­wiast­kiem ukła­du okre­so­we­go. Z ba­dań Słoń­ca i in­nych gwiazd wy­ni­ka­ło, że prze­kształ­ce­nie wo­do­ru w hel jest pod­sta­wo­wym źró­dłem ener­gii tych ciał nie­bie­skich. (Hel zo­stał od­kry­ty na Słoń­cu wcze­śniej niż na Zie­mi. Jego ato­my mają cha­rak­te­ry­stycz­ną dłu­gość fali, któ­rą bada się za po­mo­cą spek­tro­sko­pu). Ta re­ak­cja za­cho­dzi w bar­dzo wy­so­kich tem­pe­ra­tu­rach, a w la­tach trzy­dzie­stych nie dało się jej osiąg­nąć w la­bo­ra­to­rium. Jed­nak teo­re­tycz­nie moż­na skon­stru­ować bom­bę wo­do­ro­wą (opar­tą na fu­zji ją­dro­wej), któ­ra pod­czas eks­plo­zji uwal­nia­ła­by ogrom­ną ener­gię.

W la­tach trzy­dzie­stych XX wie­ku w za­się­gu moż­li­wo­ści było na­to­miast skon­stru­owa­nie bom­by ato­mo­wej (opar­tej na roz­pa­dzie pro­mie­nio­twór­czym). Na­zi­ści kon­ty­nu­owa­li agre­sję w Eu­ro­pie i woj­na wy­da­wa­ła się co­raz bar­dziej praw­do­po­dob­na. Na­ukow­cy z kil­ku kra­jów, w tym Nie­miec, pra­co­wa­li w ta­jem­ni­cy nad skon­stru­owa­niem tej śmier­cio­no­śnej bro­ni. Naj­więk­sze zna­cze­nie dla tego pro­ce­su mia­ły pra­ce wło­skie­go fi­zy­ka En­ri­ca Fer­mie­go (1901-1954). Jego ze­spół ba­daw­czy wy­ka­zał, że bom­bar­do­wa­nie ato­mów "spo­wol­nio­ny­mi" neu­tro­na­mi może wy­wo­łać po­żą­da­ny roz­pad pro­mie­nio­twór­czy. Spo­wol­nie­nie na­stę­po­wa­ło, gdy neu­tro­ny prze­cho­dzi­ły przez pa­ra­fi­nę (lub po­dob­ną sub­stan­cję) w dro­dze do bom­bar­do­wa­ne­go celu. Wol­niej­sze neu­tro­ny mia­ły więk­sze szan­se tra­fić w ją­dra ato­mo­we i spo­wo­do­wać ich roz­pad. Fer­mi opu­ścił Wło­chy w 1938 roku, ucie­ka­jąc przed fa­szy­stow­skim re­żi­mem sym­pa­ty­zu­ją­cym z na­zi­sta­mi. Po­je­chał do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, po­dob­nie jak wie­lu naj­lep­szych na­ukow­ców (oraz pi­sa­rzy, ar­ty­stów i my­śli­cie­li) w tam­tym cza­sie. Dzi­siaj nie­kie­dy mówi się o "dre­na­żu mó­zgów", co ozna­cza, że naj­lep­si na­ukow­cy opusz­cza­ją oj­czy­znę w po­szu­ki­wa­niu lep­szych wa­run­ków ży­cia w in­nych kra­jach: więk­szych za­rob­ków, le­piej wy­po­sa­żo­nych la­bo­ra­to­riów czy lep­szych szans na ży­cie zgod­ne z ich ma­rze­nia­mi. Na prze­ło­mie lat trzy­dzie­stych i czter­dzie­stych XX wie­ku ucze­ni emi­gro­wa­li, po­nie­waż wy­rzu­ca­no ich z pra­cy. Oba­wia­li się też o wła­sne ży­cie i ży­cie swo­ich ro­dzin. Na­zi­ści i fa­szy­ści byli bez­względ­ni. Zmie­ni­li tak­że ob­li­cze na­uki. Ale na "dre­na­żu mó­zgów" naj­wię­cej zy­ska­ły Wiel­ka Bry­ta­nia i Sta­ny Zjed­no­czo­ne.

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych wie­lu uchodź­ców przy­stą­pi­ło do taj­ne­go pro­jek­tu Man­hat­tan. Był to je­den z naj­droż­szych pro­gra­mów na­uko­wych, jaki kie­dy­kol­wiek zre­ali­zo­wa­no, ale tam­te cza­sy zmu­sza­ły do de­spe­rac­kich kro­ków. Pod ko­niec lat trzy­dzie­stych znacz­ny po­stęp w wie­dzy o pro­mie­nio­twór­czo­ści prze­ko­nał wie­lu fi­zy­ków, że da się wy­wo­łać eks­plo­zję nu­kle­ar­ną. Trud­ność po­le­ga­ła na jej kon­tro­lo­wa­niu. Nie­któ­rzy są­dzi­li, że bę­dzie to zbyt nie­bez­piecz­ne - za­po­cząt­ku­je re­ak­cję łań­cu­cho­wą, któ­ra znisz­czy całą pla­ne­tę. Gdy w 1939 roku wy­bu­chła woj­na, bry­tyj­scy i ame­ry­kań­scy fi­zy­cy byli prze­ko­na­ni, że na­ukow­cy nie­miec­cy i ja­poń­scy pra­cu­ją nad skon­stru­owa­niem bom­by ato­mo­wej, więc alian­ci mu­szą zro­bić to samo. Kil­ku uczo­nych na­pi­sa­ło list do pre­zy­den­ta USA Fran­kli­na De­la­no Ro­ose­vel­ta, wzy­wa­ją­cy go do wy­da­nia zgo­dy na uru­cho­mie­nie pro­gra­mu kon­struk­cji bro­ni ją­dro­wej. Wśród nich był Al­bert Ein­ste­in, naj­słyn­niej­szy fi­zyk świa­ta i uchodź­ca z na­zi­stow­skiej Rze­szy.

Pre­zy­dent Ro­ose­velt wy­dał zgo­dę. Wie­le ba­dań, bę­dą­cych skut­kiem tego fa­tal­ne­go kro­ku, pro­wa­dzo­no w Ten­nes­see, Chi­ca­go i No­wym Mek­sy­ku. Pro­jekt Man­hat­tan był ob­ję­ty ta­jem­ni­cą woj­sko­wą. Na­ukow­cy prze­sta­li pu­bli­ko­wać wy­ni­ki swo­ich ba­dań. Mu­sie­li za­po­mnieć o pod­sta­wo­wych ide­ach na­uki: otwar­to­ści i wy­mia­nie in­for­ma­cji. Woj­na zmie­ni­ła war­to­ści i prio­ry­te­ty lu­dzi. In­for­ma­cje o pro­jek­cie za­ta­jo­no na­wet przed Związ­kiem Ra­dziec­kim, choć był głów­nym so­jusz­ni­kiem Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Wiel­kiej Bry­ta­nii, jed­nak nie dość za­ufa­nym w spra­wie taj­nej bro­ni. W 1945 roku pra­ce nad bom­bą ato­mo­wą w Niem­czech, Ja­po­nii i Związ­ku Ra­dziec­kim nie były zbyt za­awan­so­wa­ne, mimo że je­den z na­ukow­ców pra­cu­ją­cych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych prze­ka­zy­wał in­for­ma­cje o niej Ro­sja­nom. W ra­mach pro­jek­tu Man­hat­tan po­wsta­ły dwie bom­by. W jed­nej za­sto­so­wa­no uran, w dru­giej - plu­ton (sztucz­ny pier­wia­stek pro­mie­nio­twór­czy). Mniej­sza z prób­nych bomb eks­plo­do­wa­ła na ame­ry­kań­skiej pu­sty­ni. Za­dzia­ła­ła. Bom­by ato­mo­we były go­to­we do uży­cia.

Trze­cia Rze­sza ska­pi­tu­lo­wa­ła 8 maja 1945 roku, więc na Eu­ro­pę nie spa­dła żad­na bom­ba ato­mo­wa. Ja­po­nia kon­ty­nu­owa­ła woj­nę na Pa­cy­fi­ku. Nowy pre­zy­dent USA Har­ry Tru­man ka­zał zrzu­cić bom­bę ura­no­wą na Hi­ro­szi­mę. Zde­to­no­wa­no ją 6 sierp­nia, od­pa­la­jąc je­den ła­du­nek ura­no­wy w dru­gi. Ja­po­nia wciąż się nie pod­da­wa­ła. Trzy dni póź­niej Tru­man ka­zał spu­ścić bom­bę plu­to­no­wą na dru­gie ja­poń­skie mia­sto, Na­ga­sa­ki. Zgi­nę­ło wte­dy oko­ło 300 ty­się­cy lu­dzi, głów­nie cy­wi­lów. Ja­po­nia ska­pi­tu­lo­wa­ła. Woj­na się skoń­czy­ła. Dzi­siaj każ­dy zna po­tę­gę ener­gii ją­dro­wej. Nasz świat zmie­nił się na za­wsze. Wie­lu na­ukow­ców, któ­rzy wy­pro­du­ko­wa­li tę broń ma­so­wej za­gła­dy, wie­dzia­ło, że ich do­ko­na­nia po­zwo­li­ły za­koń­czyć strasz­ną woj­nę, ale jed­no­cze­śnie oba­wia­ło się tej po­twor­nej bro­ni.

Ener­gia ato­mo­wa wciąż jest waż­na w na­szym świe­cie. Cały czas ist­nie­je re­al­na groź­ba jej uży­cia. Po dru­giej woj­nie świa­to­wej na­pię­cia mię­dzy Związ­kiem Ra­dziec­kim a Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi do­pro­wa­dzi­ły do zim­nej woj­ny. Oba kra­je zgro­ma­dzi­ły duże za­pa­sy bro­ni nu­kle­ar­nej. Na szczę­ście ni­g­dy jej nie uży­ły. I choć z bie­giem cza­su zre­du­ko­wa­ły jej ilość na mocy za­wie­ra­nych po­ro­zu­mień, licz­ba kra­jów po­sia­da­ją­cych broń ją­dro­wą wzro­sła.

Fi­zy­cy pra­cu­ją­cy przy pro­jek­cie Man­hat­tan zo­sta­li rów­nież wy­ko­rzy­sta­ni do bar­dziej po­ko­jo­we­go i kon­tro­lo­wa­ne­go uwal­nia­nia ener­gii. Elek­trow­nie ato­mo­we mogą do­star­czać prąd elek­trycz­ny, emi­tu­jąc do at­mos­fe­ry je­dy­nie uła­mek ga­zów cie­plar­nia­nych po­wsta­ją­cych przy spa­la­niu wę­gla i in­nych pa­liw ko­pal­nych. We Fran­cji pra­wie trzy czwar­te ener­gii elek­trycz­nej po­cho­dzi z elek­trow­ni ato­mo­wych, a w Ja­po­nii - jed­na czwar­ta. Nie­bez­pie­czeń­stwo awa­rii i groź­by za­ma­chów ter­ro­ry­stycz­nych po­wo­du­ją, że wie­le osób oba­wia się ener­gii ją­dro­wej mimo ko­rzy­ści, ja­kie ona przy­no­si. Róż­ne za­gad­nie­nia współ­cze­snej na­uki i tech­no­lo­gii le­piej ilu­stru­ją na­kła­da­nie się po­li­ty­ki i war­to­ści spo­łecz­nych niż py­ta­nie: co po­win­ni­śmy zro­bić z wie­dzą o ener­gii ją­dro­wej?

ROZDZIAŁ 32

Zmiana zasad: Einstein

Al­bert Ein­ste­in (1879-1955) zna­ny jest z grzy­wy si­wych wło­sów oraz teo­rii ma­te­rii, ener­gii, prze­strze­ni i cza­su, a tak­że z rów­na­nia E = mc2. Jego kon­cep­cje bar­dzo trud­no zro­zu­mieć, ale zmie­ni­ły nasz spo­sób my­śle­nia o wszech­świe­cie. Pew­ne­go razu za­py­ta­no go, jak wy­glą­da jego la­bo­ra­to­rium. W od­po­wie­dzi Ein­ste­in wy­cią­gnął z kie­sze­ni pió­ro. A to dla­te­go, że był my­śli­cie­lem i fi­zy­kiem teo­re­ty­kiem, a nie na­ukow­cem prze­pro­wa­dza­ją­cym do­świad­cze­nia. Pra­co­wał przy biur­ku albo ta­bli­cy, a nie przy sto­le la­bo­ra­to­ryj­nym.

Mimo wszyst­ko do swo­ich prze­my­śleń po­trze­bo­wał da­nych, któ­re moż­na ze­brać tyl­ko w dro­dze eks­pe­ry­men­tów. W szcze­gól­no­ści opie­rał się na pra­cach nie­miec­kie­go fi­zy­ka Mak­sa Planc­ka (1858-1947), któ­ry zaj­mo­wał się za­rów­no teo­rią, jak i do­świad­cze­nia­mi. Planck był czter­dzie­sto­let­nim pra­cow­ni­kiem uni­wer­sy­te­tu w Ber­li­nie, gdy do­ko­nał fun­da­men­tal­ne­go od­kry­cia. W ostat­nich la­tach XIX wie­ku za­czął pra­co­wać nad ża­rów­ka­mi, aby do­wie­dzieć się, jak wy­pro­du­ko­wać taką, któ­ra daje jak naj­wię­cej świa­tła, ale zu­ży­wa mało prą­du. W eks­pe­ry­men­tach wy­ko­rzy­sty­wał kon­cep­cję cia­ła do­sko­na­le czar­ne­go, czy­li hi­po­te­tycz­ne­go obiek­tu, któ­ry ab­sor­bu­je całe pa­da­ją­ce na nie­go świa­tło i nic nie od­bi­ja. Po­myśl, jak ci go­rą­co, gdy za­ło­żysz czar­ną ko­szul­kę w upał, a jak ci jest chłod­niej w bia­łej. Czar­ne ubra­nie po­chła­nia ener­gię pro­mie­nio­wa­nia sło­necz­ne­go, tak­że ener­gię do­star­cza­ną wraz ze świa­tłem. Jed­nak cia­ło do­sko­na­le czar­ne nie może prze­cho­wy­wać ca­łej tej ener­gii. W jaki spo­sób za­tem ją od­da­je?

Planck wie­dział, że ilość ab­sor­bo­wa­nej ener­gii za­le­ży od dłu­go­ści (a za­tem i czę­sto­tli­wo­ści) fal świa­tła. Na pod­sta­wie bar­dzo do­kład­nych po­mia­rów ener­gii i dłu­go­ści fal sfor­mu­ło­wał rów­na­nie E = h?. Mówi ono, że ener­gia (E) jest rów­na czę­sto­tli­wo­ści fali (?) po­mno­żo­nej przez pew­ną sta­łą war­tość (h). Od­da­wa­na ener­gia, któ­rą mie­rzył, za­wsze była war­to­ścią cał­ko­wi­tą, nie ułam­ko­wą. To waż­ne, po­nie­waż ozna­cza, że ener­gia jest emi­to­wa­na tyl­ko w okre­ślo­nych por­cjach. Na­zwał je kwan­ta­mi (z ła­ci­ny - 'ilość'). Pra­cę na ten te­mat opu­bli­ko­wał w 1900 roku, wpro­wa­dza­jąc fi­zy­kę w nowe stu­le­cie. Od tam­tej pory fi­zy­ka i na­sze ro­zu­mie­nie świa­ta się zmie­ni­ły. Na jego cześć sta­łą h na­zwa­no sta­łą Planc­ka. Jego rów­na­nie oka­za­ło się rów­nie waż­ne jak słyn­ne E = mc2 Ein­ste­ina.

Tro­chę trwa­ło, za­nim fi­zy­cy do­ce­ni­li zna­cze­nie eks­pe­ry­men­tów Planc­ka. Jed­nym z tych, któ­rzy od razu zro­zu­mie­li jego war­tość, był Ein­ste­in. Na po­cząt­ku XX wie­ku pra­co­wał w biu­rze pa­ten­to­wym w Zu­ry­chu, a w wol­nym cza­sie zaj­mo­wał się fi­zy­ką. W 1905 roku opu­bli­ko­wał trzy pra­ce, któ­re go roz­sła­wi­ły. Pierw­sza, wy­róż­nio­na Na­gro­dą No­bla w 1921 roku, wzno­si­ła do­ko­na­nia Planc­ka na nowy po­ziom. Ein­ste­in głę­biej prze­my­ślał pro­mie­nio­wa­nie cia­ła do­sko­na­le czar­ne­go i się­gnął po świe­żą kon­cep­cję kwan­tów. W bły­sko­tli­wie prze­pro­wa­dzo­nych ob­li­cze­niach wy­ka­zał, że świa­tło jest ener­gią emi­to­wa­ną w ma­łych por­cjach. Te por­cje ener­gii po­ru­sza­ły się nie­za­leż­nie od sie­bie, choć ra­zem two­rzy­ły falę. Była to re­wo­lu­cyj­na kon­cep­cja, po­nie­waż od cza­sów Tho­ma­sa Youn­ga fi­zy­cy ba­da­li świa­tło, za­kła­da­jąc, że jest ono cią­głą falą. Nie­wąt­pli­wie na ogół za­cho­wy­wa­ło się jak fala, a tu na­gle mło­dy, ni­ko­mu nie­zna­ny urzęd­nik biu­ra pa­ten­to­we­go stwier­dził, że może być stru­mie­niem czą­ste­czek - fo­to­nów, czy­li kwan­tów świa­tła.

Na­stęp­na pra­ca Ein­ste­ina z 1905 roku była rów­nie in­no­wa­cyj­na. Przed­sta­wił w niej szcze­gól­ną teo­rię względ­no­ści, zgod­nie z któ­rą wszel­ki ruch jest względ­ny, czy­li moż­na go mie­rzyć tyl­ko wzglę­dem cze­goś in­ne­go. To bar­dzo skom­pli­ko­wa­na teo­ria, ale moż­na ją wy­tłu­ma­czyć w cał­kiem pro­sty spo­sób, o ile uży­je się wy­obraź­ni. (Ein­ste­in do­sko­na­le ra­dził so­bie z bra­niem pod roz­wa­gę zna­nych da­nych i za­sta­na­wia­niem się, co by było, gdy­by...). Wy­obraź so­bie po­ciąg ru­sza­ją­cy ze sta­cji. W jed­nym z wa­go­nów wisi mi­ga­ją­ca ża­rów­ka wy­sy­ła­ją­ca sy­gna­ły świetl­ne do przo­du i do tyłu do­kład­nie w tej sa­mej chwi­li. Te sy­gna­ły od­bi­ja­ją się od lu­ster za­wie­szo­nych na obu koń­cach wa­go­nu. Gdy­by­śmy sta­li do­kład­nie po­środ­ku wa­go­nu, zo­ba­czy­li­by­śmy, że świa­tło od­bi­ja się od lu­ster do­kład­nie w tej sa­mej chwi­li. Jed­nak dla ko­goś sto­ją­ce­go na pe­ro­nie i pa­trzą­ce­go na mi­ja­ją­cy go wa­gon bły­ski na­stę­po­wa­ły­by je­den po dru­gim. Świa­tło do­cie­ra rów­no­cze­śnie do obu lu­ster, ale po­ciąg je­dzie, więc z pe­ro­nu naj­pierw wi­dać od­bi­cie od dal­sze­go lu­stra (z przo­du wa­go­nu), a po­tem od bliż­sze­go lu­stra (z tyłu wa­go­nu). Pręd­kość świa­tła po­zo­sta­je taka sama, ale to, kie­dy wi­dać od­bi­cia, za­le­ży od tego, czy ob­ser­wa­tor stoi czy się po­ru­sza. Ein­ste­in ar­gu­men­to­wał (oczy­wi­ście za po­mo­cą skom­pli­ko­wa­nych rów­nań), że czas jest fun­da­men­tal­nym wy­mia­rem rze­czy­wi­sto­ści. Od tam­tej pory fi­zy­cy mu­sie­li uwzględ­niać nie tyl­ko trzy do­brze zna­ne wy­mia­ry - dłu­gość, sze­ro­kość i wy­so­kość - ale też i czas.

Ein­ste­in po­ka­zał, że pręd­kość świa­tła jest sta­ła, nie­za­leż­nie od tego, czy od­da­la się ono od nas, czy też do nas zbli­ża. (Z pręd­ko­ścią dźwię­ku jest ina­czej i dla­te­go, gdy po­ciąg się do nas zbli­ża, jego gwiz­dek brzmi ina­czej niż wte­dy, gdy się od nas od­da­la). Za­tem względ­ność w szcze­gól­nej teo­rii względ­no­ści nie do­ty­czy pręd­ko­ści świa­tła, a po­le­ga na róż­nych spo­strze­że­niach ob­ser­wa­to­rów i fak­cie, że trze­ba uwzględ­nić czas. Czas prze­stał być war­to­ścią ab­so­lut­ną, a stał się względ­ną. Szyb­ciej pły­nie, gdy po­dró­żu­je­my, co wi­dać na re­je­stru­ją­cych go ze­ga­rach. Sze­ro­ko zna­na jest aneg­do­ta o astro­nau­cie, któ­ry po po­dró­żach w ko­smo­sie, od­by­wa­ją­cych się nie­mal z pręd­ko­ścią świa­tła, wró­cił na Zie­mię. Zo­ba­czył, że na Zie­mi upły­nę­ło mnó­stwo cza­su. Wszy­scy, któ­rych znał, ze­sta­rze­li się i zmar­li, ale on sam nie jest dużo star­szy niż przed wy­lo­tem. Dla­cze­go? Po­nie­waż jego ze­gar zwol­nił. Astro­nau­ta nie wie­dział, jak dłu­go go nie było na Zie­mi. (To je­dy­nie eks­pe­ry­ment my­ślo­wy, a taka sy­tu­acja może się zda­rzyć je­dy­nie w fan­ta­zji na­uko­wej).

Jak­by tego było mało, słyn­ne rów­na­nie Ein­ste­ina E = mc2 po­wią­za­ło masę (m) i ener­gię (E) w nowy spo­sób. Sta­ła c jest pręd­ko­ścią świa­tła. Z tego rów­na­nia wy­ni­ka, że masa i ener­gia są dwo­ma aspek­ta­mi ma­te­rii. Pręd­kość świa­tła jest bar­dzo dużą licz­bą, a po pod­nie­sie­niu do kwa­dra­tu jesz­cze więk­szą, więc na­wet bar­dzo mała masa, w ca­ło­ści za­mie­nio­na w ener­gię, da­ła­by jej mnó­stwo. Na­wet w bom­bie ato­mo­wej tyl­ko zni­ko­ma część masy jest prze­kształ­ca­na w ener­gię. Gdy­by masę two­je­go cia­ła w ca­ło­ści za­mie­nić w ener­gię, moż­na by­ło­by uzy­skać moc od­po­wia­da­ją­cą czter­dzie­stu albo pięć­dzie­się­ciu du­żym bom­bom wo­do­ro­wym!

Przez kil­ka na­stęp­nych lat Ein­ste­in do­pra­co­wy­wał swo­je kon­cep­cje i w 1916 roku przed­sta­wił bar­dziej uni­wer­sal­ną za­sa­dę. Była to ogól­na teo­ria względ­no­ści. Wpro­wa­dza­ła za­leż­ność mię­dzy gra­wi­ta­cją i przy­spie­sze­niem a struk­tu­rą wszech­świa­ta. Ein­ste­in po­ka­zał, że gra­wi­ta­cja i przy­spie­sze­nie są rów­no­waż­ne. Wy­obraź so­bie, że sto­isz w win­dzie i wy­pusz­czasz jabł­ko z dło­ni. Upad­nie ono na pod­ło­gę win­dy. Za­łóż­my te­raz, że w chwi­li, gdy pusz­czasz jabł­ko, ktoś prze­ci­na liny, na któ­rych wisi win­da. Win­da za­czy­na spa­dać ra­zem z jabł­kiem. W każ­dej chwi­li mo­żesz po pro­stu się­gnąć i zła­pać jabł­ko. W spa­da­ją­cej win­dzie owoc ni­g­dy nie do­tknie pod­ło­gi. W ko­smo­sie, gdzie nie ma gra­wi­ta­cji, dzie­je się to samo. W za­sa­dzie astro­nau­ci i ich stat­ki ko­smicz­ne cały czas swo­bod­nie spa­da­ją.

Z ogól­nej teo­rii względ­no­ści wy­ni­ka, że prze­strzeń, a ra­czej cza­so­prze­strzeń, jest za­krzy­wio­na. Na pod­sta­wie tej teo­rii dało się też usta­lić kil­ka fak­tów, któ­rych fi­zy­cy od daw­na nie mo­gli wy­ja­śnić. Prze­wi­du­je ona, że pro­mień świa­tła nie­co się od­chy­la, mi­ja­jąc ma­syw­ny obiekt. Dzie­je się tak dla­te­go, że świa­tło to stru­mień fo­to­nów, a duży obiekt przy­cią­ga je gra­wi­ta­cyj­nie. Po­mia­ry pod­czas za­ćmie­nia Słoń­ca po­ka­za­ły, że ta­kie zja­wi­sko na­praw­dę za­cho­dzi. Teo­ria Ein­ste­ina wy­ja­śni­ła rów­nież cie­ka­we ce­chy or­bi­ty Mar­sa okrą­ża­ją­ce­go Słoń­ce, cze­go nie dało się zro­bić za po­mo­cą pra­wa gra­wi­ta­cji New­to­na.

Ein­ste­in zaj­mo­wał się bar­dzo ma­ły­mi (fo­to­ny świa­tła) i bar­dzo du­ży­mi (cały wszech­świat) obiek­ta­mi. Za­pro­po­no­wał nowy, in­te­re­su­ją­cy spo­sób po­wią­za­nia ich ze sobą. Wniósł wkład w me­cha­ni­kę kwan­to­wą, a jed­no­cze­śnie wpro­wa­dził wła­sne teo­rie względ­no­ści. Jego kon­cep­cje i sto­ją­ca za nimi ma­te­ma­ty­ka po­mo­gły fi­zy­kom usta­lić spo­sób my­śle­nia o ma­łych i du­żych obiek­tach. Ein­ste­in nie po­chwa­lał jed­nak wie­lu no­wych kie­run­ków ba­dań, któ­re ob­ra­li fi­zy­cy. Ni­g­dy nie stra­cił wia­ry w to, że wszech­świa­tem (z jego ato­ma­mi, elek­tro­na­mi i in­ny­mi cząst­ka­mi) rzą­dzą pra­wa przy­czy­no­wo­ści i skut­ku. Słyn­ne jest jego stwier­dze­nie: "Bóg nie gra w ko­ści". Cho­dzi­ło mu o to, że zda­rze­nia za­wsze za­cho­dzą w re­gu­lar­ny, prze­wi­dy­wal­ny spo­sób. Nie wszy­scy się z tym zgo­dzi­li. Nie­któ­rzy fi­zy­cy, wy­cho­dząc od kon­cep­cji kwan­tów Planc­ka, do­szli do cał­kiem in­nych wnio­sków.

Elek­tron był bar­dzo waż­nym ele­men­tem wie­lu in­nych wczes­nych prac z za­kre­su teo­rii kwan­tów. W roz­dzia­le 30 omó­wi­li­śmy mo­del skwan­to­wa­ne­go ato­mu Nie­lsa Boh­ra z 1913 roku. W tym mo­de­lu elek­tro­ny krą­żą wo­kół cen­tral­ne­go ją­dra po usta­lo­nych or­bi­tach i mają okre­ślo­ną ener­gię. Wło­żo­no wie­le pra­cy, aby za po­mo­cą ma­te­ma­ty­ki opi­sać te re­la­cje. Zwy­kła ma­te­ma­ty­ka do tego nie wy­star­czy­ła. Aby roz­wią­zać pro­blem, fi­zy­cy się­gnę­li po ma­cie­rze. W zwy­kłej al­ge­brze 2 x 3 jest rów­ne 3 x 2. W przy­pad­ku ma­cie­rzy jest ina­czej. W 1926 roku Er­win Schrödin­ger (1887-1961) za­pro­po­no­wał nowe rów­na­nia opar­te na ma­cie­rzach. Jego rów­na­nia fa­lo­we opi­su­ją za­cho­wa­nie elek­tro­nów na ze­wnętrz­nych or­bi­tach ato­mu. To był po­czą­tek me­cha­ni­ki kwan­to­wej, któ­ra dla bar­dzo ma­łych od­le­gło­ści była tym, czym fi­zy­ka new­to­now­ska dla bar­dzo du­żych. Schrödin­ger, tak jak wie­lu in­nych fi­zy­ków, któ­rzy na po­cząt­ku XX wie­ku zmie­ni­li nasz spo­sób my­śle­nia o świe­cie, mu­siał ucie­kać przed na­zi­sta­mi. Woj­nę spę­dził w Du­bli­nie. Ein­ste­in, jak wie­my, wy­emi­gro­wał do Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Rów­na­nia fa­lo­we Schrödin­ge­ra wpro­wa­dzi­ły pe­wien po­rzą­dek w opi­sie wszech­świa­ta. Jed­nak w 1927 roku Wer­ner He­isen­berg (1901-1976) sfor­mu­ło­wał za­sa­dę nie­ozna­czo­no­ści, któ­ra po czę­ści była za­sa­dą fi­lo­zo­ficz­ną i po czę­ści eks­pe­ry­men­tal­ną. He­isen­berg po­wie­dział, że każ­dy akt ob­ser­wa­cji elek­tro­nów wpły­wa na te cząst­ki. To ogra­ni­cza na­sze moż­li­wo­ści zdo­by­cia wie­dzy. Mo­że­my znać albo pęd elek­tro­nu (ilo­czyn jego masy i pręd­ko­ści), albo jego po­ło­że­nie, ale ni­g­dy obu war­to­ści na­raz. Po­miar jed­nej war­to­ści po­wo­du­je zmia­nę dru­giej. Ein­ste­in (i nie tyl­ko) był prze­ra­żo­ny tą ideą i po­sta­no­wił oba­lić za­sa­dę nie­ozna­czo­no­ści. Nie uda­ło mu się i przy­znał się do po­raż­ki. Do dziś ta za­sa­da po­zo­sta­je w mocy. Po pro­stu ist­nie­ją gra­ni­ce na­szej wie­dzy o bar­dzo ma­łych cząst­kach.

Elek­tron był waż­ny tak­że dla Pau­la Di­ra­ca (1902-1984). Ten wy­bit­ny ba­dacz an­giel­ski zo­stał uzna­ny nie­mal za dru­gie­go Ein­ste­ina. Jego książ­ka o me­cha­ni­ce kwan­to­wej wy­prze­dzi­ła swo­je cza­sy o trzy de­ka­dy. Wy­da­wa­ło się, że jego rów­na­niu kwan­to­wej ak­tyw­no­ści ato­mów i czą­stek ele­men­tar­nych bra­ku­je nie­co ele­gan­cji. Pro­blem po­le­gał na tym, że aby rów­na­nie mo­gło mieć sens, mu­sia­ła­by ist­nieć dziw­na cząst­ka - do­dat­nio na­ła­do­wa­ny elek­tron. To było rów­no­znacz­ne ze stwier­dze­niem, że oprócz ma­te­rii ist­nie­je an­ty­ma­te­ria. Kon­cep­cja an­ty­ma­te­rii wy­da­wa­ła się dzi­wacz­na, po­nie­waż ma­te­ria jest czymś so­lid­nym. W cią­gu kil­ku lat po­szu­ki­wa­nia ta­kiej cząst­ki za­koń­czy­ły się suk­ce­sem - od­kry­to po­zy­tron. Ten bliź­niak elek­tro­nu ma do­dat­ni ła­du­nek elek­trycz­ny. Na sku­tek od­dzia­ły­wa­nia elek­tro­nu z po­zy­tro­nem do­cho­dzi do emi­sji ener­gii i obie cząst­ki zni­ka­ją. W mgnie­niu oka na­stę­pu­je ani­hi­la­cja (uni­ce­stwie­nie) ma­te­rii i an­ty­ma­te­rii.

Od­kry­cie po­zy­tro­nu wska­za­ło fi­zy­kom, że ato­my są zbu­do­wa­ne nie tyl­ko z elek­tro­nów, pro­to­nów i neu­tro­nów. Nie­któ­re z tych do­nio­słych od­kryć omó­wi­my w dal­szej czę­ści tej książ­ki. Do­szło do nich, gdy fi­zy­cy na­uczy­li się osią­gać ogrom­ne ener­gie w ukła­dach do­świad­czal­nych, aby ba­dać ato­my i cząst­ki. "Ba­da­nie" nie jest tu cał­kiem od­po­wied­nim sło­wem. Gdy fi­zy­cy pra­cu­ją w za­kre­sie wy­so­kich ener­gii, nie są w sta­nie bez­po­śred­nio zo­ba­czyć, co się dzie­je w ich eks­pe­ry­men­tach. Ob­ser­wu­ją je­dy­nie krop­ki na ekra­nach kom­pu­te­rów albo zmia­ny pola ma­gne­tycz­ne­go lub ener­gii w ukła­dzie do­świad­czal­nym. Ale bom­by ato­mo­we, ener­gia ją­dro­wa i na­wet moż­li­wość ob­li­czeń kwan­to­wych świad­czą o po­tę­dze i ta­jem­ni­cy na­tu­ry, na­wet je­śli nie moż­na tego zo­ba­czyć.

Por­cje ener­gii Planc­ka, czy­li kwan­ty, oraz stwier­dze­nie Ein­stei­na, że masa i ener­gia to dwie po­sta­cie tego sa­me­go, na za­wsze zmie­ni­ły nasz spo­sób ro­zu­mie­nia świa­ta. Masa i ener­gia, fala i czą­stecz­ka, czas i prze­strzeń - na­tu­ra od­kry­wa swe ta­jem­ni­ce tyl­ko po­przez pary tych aspek­tów wszech­świa­ta, a nie przez je­den albo dru­gi. Ta wie­dza po­mo­gła nam wy­ja­śnić struk­tu­rę ato­mów i po­wsta­nie ko­smo­su, a na co dzień uła­twia nam po­wrót do domu nocą. Kon­struk­to­rzy sa­te­li­tów krą­żą­cych wy­so­ko nad Zie­mią wy­ko­rzy­stu­ją szcze­gól­ną teo­rię względ­no­ści. Gdy­by jej nie uwzględ­ni­li, szyb­ko by­śmy się zgu­bi­li.

ROZDZIAŁ 33

Wędrówka kontynentów

Trzę­sie­nia zie­mi są prze­ra­ża­ją­ce i nie­bez­piecz­ne. Prze­ra­ża­ją, po­nie­waż zie­mia pod na­szy­mi sto­pa­mi nie po­win­na się po­ru­szać. Są nie­bez­piecz­ne, po­nie­waż po­wo­du­ją ofia­ry śmier­tel­ne, ra­nią lu­dzi i wy­wo­łu­ją ma­so­we znisz­cze­nia. Jed­nak więk­szo­ści tego, co się w trak­cie nich dzie­je, nie wi­dzi­my i nie czu­je­my. Zro­zu­mie­nie struk­tu­ry Zie­mi - jak więk­szość przed­mio­tów ba­dań na­uki - po­le­ga­ło na zmie­rze­niu tego, cze­go nie wi­dać, i prze­ko­na­niu in­nych, że w tej kwe­stii ma się ra­cję. Kon­ty­nen­ty i dna oce­anów prze­miesz­cza­ją się.

Ten wy­ci­nek hi­sto­rii Zie­mi, któ­re­go je­ste­śmy świad­ka­mi za na­sze­go ży­cia, to je­dy­nie krót­ka chwi­la w ska­li ca­łe­go pro­ce­su. Geo­lo­dzy po­słu­gu­ją się tech­ni­ka­mi na­uko­wy­mi, ale też ko­rzy­sta­ją ze swo­jej wy­obraź­ni i nie­sza­blo­no­we­go my­śle­nia. Ro­bią to wszy­scy do­brzy na­ukow­cy, na­wet je­śli pra­cu­ją w la­bo­ra­to­rium, gdy kon­fron­tu­ją swo­je idee ze zgro­ma­dzo­ny­mi fak­ta­mi.

W XIX wie­ku geo­lo­dzy uży­wa­li tra­dy­cyj­nych na­rzę­dzi: szu­ka­li ska­mie­nia­ło­ści, ba­da­li i kla­sy­fi­ko­wa­li ska­ły, przy­glą­da­li się efek­tom trzę­sień zie­mi i wy­bu­chom wul­ka­nów. Wszyst­ko to pró­bo­wa­li w ja­kiś roz­sąd­ny spo­sób wpleść w hi­sto­rię Zie­mi. Więk­szość ich od­kryć do dziś jest ak­tu­al­na. Ze­tknę­li się jed­nak z sze­re­giem pro­ble­mów, któ­re nie da­wa­ły im spo­ko­ju, a któ­rych nie po­tra­fi­li roz­wią­zać do­pó­ty, do­pó­ki nie wpa­da­li na nowe, śmia­łe idee. Daw­ni ka­ta­stro­fi­ści wie­rzy­li w dzia­ła­nie róż­ne­go ro­dza­ju sił, a na­wet cu­dow­ne bo­skie in­ter­wen­cje, jak bi­blij­ny po­top, z któ­re­go Noe ra­to­wał zwie­rzę­ta. Nowe po­dej­ście po­le­ga­ło na skon­cen­tro­wa­niu uwa­gi na cza­sie - trwa­ją­cych mi­lio­ny lat okre­sach, zwa­nych głę­bo­ką prze­szło­ścią. Jaka była Zie­mia 200 mi­lio­nów lat temu? A dwa lub trzy razy wcze­śniej?

Jak głę­bo­ka prze­szłość mo­gła­by po­móc od­po­wie­dzieć na trzy klu­czo­we py­ta­nia? Po pierw­sze, dla­cze­go głów­ne kon­ty­nen­ty wy­glą­da­ją jak ogrom­ne, pa­su­ją­ce do sie­bie ka­wał­ki ukła­dan­ki? Wschod­nie wy­brze­że Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej cał­kiem nie­źle pa­so­wa­ło­by do za­chod­nie­go wy­brze­ża Afry­ki. Czy to przy­pa­dek?

Po dru­gie, dla­cze­go for­ma­cje skal­ne w Afry­ce Po­łu­dnio­wej są ta­kie same jak w Bra­zy­lii, po dru­giej stro­nie Atlan­ty­ku? Dla­cze­go tak nie­du­ża wy­spa jak Wiel­ka Bry­ta­nia jest tak bar­dzo zróż­ni­co­wa­na: wy­ży­ny Szko­cji, ze stro­my­mi ska­ła­mi i je­zio­ra­mi, znacz­nie róż­nią się od ła­god­nie po­fa­lo­wa­nej kra­iny We­ald w po­łu­dnio­wo-wschod­niej An­glii? Czy Wiel­ka Bry­ta­nia za­wsze była od­dzie­lo­na od kon­ty­nen­tu eu­ro­pej­skie­go? A Ala­ska od Azji?

Po trze­cie, roz­miesz­cze­nie flo­ry i fau­ny wy­ka­zu­je dziw­ne pra­wi­dło­wo­ści. Dla­cze­go nie­któ­re ga­tun­ki śli­ma­ków wy­stę­pu­ją w Eu­ro­pie i na wschod­nim wy­brze­żu Ame­ry­ki Pół­noc­nej, ale nie ma ich na za­cho­dzie tego kon­ty­nen­tu? Dla­cze­go au­stra­lij­skie tor­ba­cze tak bar­dzo róż­nią się od zwie­rząt z in­nych stron świa­ta? W po­ło­wie XIX wie­ku Dar­win i Wal­la­ce jako pierw­si udzie­li­li od­po­wie­dzi na nie­któ­re z tych py­tań, a teo­ria ewo­lu­cji była w tym nie­zwy­kle po­moc­na. Dar­win prze­pro­wa­dził kil­ka bar­dzo "śmier­dzą­cych" eks­pe­ry­men­tów - przez wie­le mie­się­cy trzy­mał na­sio­na w ka­dziach z wodą mor­ską. Chciał im stwo­rzyć ta­kie wa­run­ki jak pod­czas dłu­giej po­dró­ży mor­skiej. Na­stęp­nie je wy­siał, aby spraw­dzić, czy wy­kieł­ku­ją i wy­ro­sną z nich ro­śli­ny. Nie­któ­re wze­szły, co zna­czy­ło, że mo­gły prze­pły­nąć oce­an i sko­lo­ni­zo­wać nowe lądy. Zna­lazł rów­nież spo­sób na to, aby spraw­dzić, czy pta­ki mogą prze­no­sić ziar­na, owa­dy i inne żywe stwo­rze­nia na bar­dzo duże od­le­gło­ści. Mogą. Ale to i tak nie wy­ja­śnia­ło wszyst­kich za­ga­dek.

Po­ja­wił się jed­nak ra­dy­kal­ny po­mysł, któ­ry mógł po­móc w zna­le­zie­niu od­po­wie­dzi na więk­szość py­tań. Nowa teo­ria za­kła­da­ła, że kon­ty­nen­ty nie za­wsze znaj­do­wa­ły się tam, gdzie dziś, albo że nie­gdyś łą­czy­ły je pasy lądu, tak zwa­ne po­mo­sty lą­do­we. Pod ko­niec XIX wie­ku wie­lu geo­lo­gów są­dzi­ło, że po­mo­sty lą­do­we ist­nia­ły w kil­ku miej­scach. Mie­li oni so­lid­ne do­wo­dy na to, że Wiel­ka Bry­ta­nia była kie­dyś po­łą­czo­na z Eu­ro­pą. To tłu­ma­czy­ło, dla­cze­go na Wy­spach Bry­tyj­skich znaj­do­wa­no ska­mie­nia­łe ko­ści niedź­wie­dzi, hien i in­nych zwie­rząt nie­wy­stę­pu­ją­cych tam w cza­sach współ­cze­snych. Ame­ry­ka Pół­noc­na była kie­dyś po­łą­czo­na z Azją przez Cie­śni­nę Be­rin­ga i nie­wąt­pli­wie prze­szli tam­tę­dy rdzen­ni Ame­ry­ka­nie oraz zwie­rzę­ta. Po­mo­sty lą­do­we mię­dzy Afry­ką a Ame­ry­ką Po­łu­dnio­wą wy­da­wa­ły się mniej praw­do­po­dob­ne, ale wy­bit­ny au­striac­ki geo­log Edu­ard Su­ess (1831-1614) opto­wał za nimi w pię­cio­to­mo­wym dzie­le Das An­tlitz der Erde (Ob­li­cze Zie­mi) wy­da­nym w la­tach 1883-1909. Uznał, że ich ist­nie­nie było moż­li­we z po­wo­du cią­głe­go wzno­sze­nia się i opa­da­nia po­wierzch­ni zie­mi w cią­gu jej hi­sto­rii geo­lo­gicz­nej. To, co za jego cza­sów było dnem mo­rza, daw­nej mia­ło łą­czyć oba kon­ty­nen­ty. Nie wszy­scy byli prze­ko­na­ni do jego po­my­słów, choć w dzie­le sta­rał się je do­kład­nie wy­tłu­ma­czyć.

Geo­lo­gią i kli­ma­tem Zie­mi był tak­że za­in­te­re­so­wa­ny Al­fred We­ge­ner (1880-1930). W 1912 roku wy­gło­sił wy­kład o wę­drów­ce (dryf­cie) kon­ty­nen­tów. Trzy lata póź­niej opu­bli­ko­wał książ­kę, w któ­rej wy­ja­śnił swo­ją teo­rię. Resz­tę ży­cia po­świę­cił szu­ka­niu do­wo­dów po­twier­dza­ją­cych dryft. Zgi­nął pod­czas eks­pe­dy­cji na Gren­lan­dię, gdzie szu­kał ko­lej­nych świa­dectw. We­dług nie­go oko­ło 200 mi­lio­nów lat temu na Zie­mi był tyl­ko je­den duży, oto­czo­ny oce­anem kon­ty­nent - Pan­gea. Stop­nio­wo roz­pa­dał się na czę­ści, któ­re pły­wa­ły po oce­anie ni­czym góry lo­do­we ode­rwa­ne od cza­py lo­do­wej i uno­szą­ce się na mo­rzu. Czę­ści Pan­gei nie roz­to­pi­ły się jak lód i utwo­rzy­ły kon­ty­nen­ty. Nie był to jed­nak ko­niec. We­ge­ner uwa­żał, że masy lądu wciąż się prze­miesz­cza­ją z pręd­ko­ścią oko­ło 10 me­trów rocz­nie. Jego sza­cun­ki były moc­no za­wy­żo­ne. Dzi­siej­sze po­mia­ry wska­zu­ją, że jest to za­le­d­wie kil­ka mi­li­me­trów rocz­nie. Jaka by to nie była war­tość, to w dłu­gim okre­sie i tak re­zul­tat bę­dzie nie­ba­ga­tel­ny.

We­ge­ner miał kil­ku zwo­len­ni­ków, głów­nie w ro­dzin­nych Niem­czech. Jed­nak więk­szość geo­lo­gów uzna­ła jego po­my­sły za zbyt na­cią­ga­ne - nie­mal za fan­ta­sty­kę na­uko­wą. Pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej za­czę­to pro­wa­dzić ba­da­nia dna oce­anicz­ne­go z okrę­tów pod­wod­nych. Po woj­nie ujaw­nio­no, jak wy­glą­da pod­wod­ny kra­jo­braz z ogrom­ny­mi grzbie­ta­mi i do­li­na­mi oraz wy­ga­sły­mi i czyn­ny­mi wul­ka­na­mi. Har­ry Hess (1906-1969), geo­log pra­cu­ją­cy dla ame­ry­kań­skiej ma­ry­nar­ki wo­jen­nej, prze­śle­dził prze­bieg tych grzbie­tów i do­lin pod wodą i na le­piej zna­nym su­chym lą­dzie. Wy­zna­czył też li­nie usko­ków, czy­li miej­sca na lą­dzie i pod wodą, gdzie jest naj­wię­cej trzę­sień zie­mi i wul­ka­nów. Od­krył, że masy lądu i dno oce­anicz­ne za­cho­wu­ją pew­ną cią­głość i zde­rza­ją się ze sobą. Lądy nie uno­si­ły się na wo­dzie, tak jak my­ślał We­ge­ner. Jak za­tem kon­ty­nen­ty mo­gły się prze­miesz­czać?

Do Hes­sa do­łą­czy­li fi­zy­cy, me­te­oro­lo­go­wie (ob­ser­wa­to­rzy po­go­dy), oce­ano­gra­fo­wie (ba­da­cze oce­anów), sej­smo­lo­go­wie (spe­cja­li­ści od trzę­sień zie­mi) i jego ko­le­dzy po fa­chu. Wszy­scy pró­bo­wa­li roz­wi­kłać za­gad­ki hi­sto­rii Zie­mi, po­słu­gu­jąc się na­rzę­dzia­mi spe­cy­ficz­ny­mi dla swo­ich dzie­dzin na­uki. Nie było to ła­twe. Po zej­ściu pod po­wierzch­nię Zie­mi szyb­ko robi się bar­dzo go­rą­co i przy­rzą­dy ba­daw­cze roz­ta­pia­ją się. Dla­te­go znacz­ną część na­szej wie­dzy o skła­dzie i struk­tu­rze wnę­trza Zie­mi zdo­by­to me­to­da­mi po­śred­ni­mi. W na­uce czę­sto tak bywa.

Wy­rzu­ca­nie roz­to­pio­nej lawy z wul­ka­nów przez dłu­gi czas trak­to­wa­no jako po­zby­wa­nie się przez Zie­mię nad­mia­ru cie­pła zgro­ma­dzo­ne­go pod po­wierzch­nią. W pew­nym sen­sie jest to praw­da, ale nie­peł­na i nie­wy­ja­śnia­ją­ca pro­ble­mu do koń­ca. Po od­kry­ciu pier­wiast­ków pro­mie­nio­twór­czych, ta­kich jak uran, któ­re pod­czas roz­pa­du uwal­nia­ją mnó­stwo ener­gii, uzna­no je za ko­lej­ne źró­dło we­wnętrz­ne­go cie­pła pla­ne­ty. Jed­nak ra­dio­ak­tyw­ność jest sta­łym źró­dłem cie­pła, a za­tem sta­ra kon­cep­cja Zie­mi jako nie­gdyś bar­dzo go­rą­cej kuli, któ­ra stop­nio­wo sty­gnie, oka­za­ła się zbyt uprosz­czo­na.

An­giel­ski geo­log Ar­thur Hol­mes (1890-1965), któ­ry ten po­gląd pod­wa­żał, twier­dził, że Zie­mia po­zby­wa się nad­mia­ru cie­pła w do­brze zna­nym pro­ce­sie prze­ka­zy­wa­nia cie­pła - kon­wek­cji. We­dług nie­go waż­ne było to, że kon­wek­cja nie za­cho­dzi w gór­nej war­stwie - sko­ru­pie ziem­skiej - na któ­rej ży­je­my, ale głę­biej. War­stwa, w któ­rej się to od­by­wa, to płaszcz ziem­ski. Hol­mes był prze­ko­na­ny, że roz­to­pio­ne ska­ły stop­nio­wo uno­szą się z płasz­cza ziem­skie­go ku gó­rze jak go­rą­ca woda w ką­pie­li. Gdy od­da­lą się od bar­dziej go­rą­ce­go ob­sza­ru, za­czy­na­ją sty­gnąć, więc zno­wu opa­da­ją, a ich miej­sce zaj­mu­ją inne roz­to­pio­ne ska­ły. Ten cykl trwa bez koń­ca. Część wzno­szą­cych się, roz­to­pio­nych skał wy­rzu­ca­ją wul­ka­ny. Jed­nak więk­szość skał ni­g­dy nie do­cie­ra do po­wierzch­ni, ale roz­pły­wa się, sty­gnie, a na­stęp­nie opa­da. Ich prze­miesz­cza­nie się po­wo­du­je dryft kon­ty­nen­tów mi­li­metr po mi­li­me­trze.

W mia­rę po­stę­pu ba­dań w głę­biach oce­anów i pod zie­mią, sto­su­jąc me­to­dę oce­ny wie­ku skał, stwier­dzo­no, jak bar­dzo głę­bo­ką prze­szłość ma na­sza pla­ne­ta. Tech­ni­kę da­to­wa­nia ra­dio­me­trycz­ne­go za­wdzię­cza­my fi­zy­kom, któ­rzy od­kry­li pro­mie­nio­twór­czość (roz­dział 31). Za jej po­mo­cą na­ukow­cy mo­gli da­to­wać ska­ły, po­rów­nu­jąc ilość pier­wiast­ka pro­mie­nio­twór­cze­go z ilo­ścią jego pro­duk­tów roz­pa­du (na przy­kład ura­nu z oło­wiem) w prób­kach skał. Sto­su­jąc tę tech­ni­kę, moż­na usta­lić, ile lat mają ska­ły, po­nie­waż od chwi­li ich ufor­mo­wa­nia nie był do nich do­da­wa­ny ża­den nowy ma­te­riał. Zna­jo­mość wie­ku po­szcze­gól­nych warstw skal­nych po­zwo­li­ła z ko­lei zro­zu­mieć, ile lat może mieć cała Zie­mia. Zna­le­zio­no ska­ły da­to­wa­ne na po­nad 4 mi­liar­dy lat. Te na dnie oce­anów są za­wsze now­sze. Oce­any nie ist­nie­ją tak dłu­go jak kon­ty­nen­ty - umie­ra­ją i ro­dzą się na nowo. Oczy­wi­ście zaj­mu­je to bar­dzo dużo cza­su, więc nie martw się o na­stęp­ne wa­ka­cje nad mo­rzem. (Z dru­giej stro­ny wy­wo­ła­ne przez czło­wie­ka glo­bal­ne ocie­ple­nie może do­pro­wa­dzić do dal­sze­go to­pie­nia się po­kry­wy lo­do­wej na bie­gu­nach i nie­bez­piecz­ne­go pod­nie­sie­nia się po­zio­mu mo­rza w naj­bliż­szych de­ka­dach).

Ska­ły w fa­zie for­mo­wa­nia się nie tyl­ko wchła­nia­ją pier­wiast­ki ra­dio­ak­tyw­ne, ale za­cho­wu­ją orien­ta­cję ma­gne­tycz­ną w że­la­zie i in­nych ma­te­ria­łach ma­gne­tycz­nych. Ma­gne­tyzm, po­dob­nie jak pro­mie­nio­twór­czość, po­mógł geo­lo­gom usta­lić wiek skał. Pole ma­gne­tycz­ne Zie­mi było sta­łe w dłu­gich okre­sach jej ist­nie­nia. Nie­kie­dy pół­noc­ny i po­łu­dnio­wy bie­gun prze­su­wa­ły się, więc orien­ta­cja pół­noc-po­łu­dnie rów­nież wska­zu­je na czas po­wsta­nia ska­ły. Kom­pas po­ka­że pół­noc za ży­cia na­sze­go i na­szych wnu­ków, ale nie za­wsze tak było i nie za­wsze tak bę­dzie w od­le­głej przy­szło­ści, je­śli mo­że­my co­kol­wiek wnio­sko­wać na pod­sta­wie mi­nio­nych wie­ków.

Ma­gne­tyzm, kon­wek­cja, pod­wod­ne kra­jo­bra­zy i da­to­wa­nie ra­dio­me­trycz­ne do­star­czy­ły cen­nych wska­zó­wek o wa­run­kach pa­nu­ją­cych daw­niej na Zie­mi. Łącz­nie wy­star­czy­ły one do tego, by prze­ko­nać na­ukow­ców, że We­ge­ner miał w za­sa­dzie ra­cję. Nie my­lił się w kwe­stii prze­su­wa­nia się kon­ty­nen­tów, co po­twier­dzi­ły pre­cy­zyj­ne po­mia­ry do­ko­na­ne przez sa­te­li­ty. Ale jego teo­rie na te­mat dry­ftu i uno­sze­nia się kon­ty­nen­tów na wo­dzie są błęd­ne. John Wil­son (1908-1993) i inni do­koń­czy­li śmia­ły tok my­śle­nia We­ge­ne­ra i ogło­si­li, że gór­na war­stwa płasz­cza ziem­skie­go zbu­do­wa­na jest z sze­re­gu gi­gan­tycz­nych płyt tek­to­nicz­nych. Te pły­ty pa­su­ją do sie­bie i po­kry­wa­ją całą po­wierzch­nię pla­ne­ty, a ich gra­ni­ce prze­bie­ga­ją w po­przek mórz i lą­dów. Do­pa­so­wa­nie nie jest ide­al­ne, a w miej­scach sty­ku płyt wy­stę­pu­ją li­nie usko­ku. Na­ukę o tym, co się dzie­je, gdy pły­ty tek­to­nicz­ne się ście­ra­ją, za­cho­dzą na sie­bie lub zde­rza­ją się, na­zy­wa­my tek­to­ni­ką płyt. Po­myśl o Mo­unt Eve­re­ście w Hi­ma­la­jach. Jest naj­wyż­szą górą na Zie­mi, po­nie­waż Hi­ma­la­je po­wsta­ły w wy­ni­ku zde­rze­nia się dwóch płyt tek­to­nicz­nych, któ­re roz­po­czę­ło się oko­ło 70 mi­lio­nów lat temu. Nie przy­zna­je się Na­gro­dy No­bla w dzie­dzi­nie geo­lo­gii, a być może na­le­ża­ło­by. Tek­to­ni­ka płyt do­star­czy­ła nam wie­lu in­for­ma­cji o trzę­sie­niach zie­mi i tsu­na­mi, gó­rach i ska­łach, ska­mie­li­nach oraz ży­ją­cych ro­śli­nach i zwie­rzę­tach. Zie­mia jest bar­dzo sta­ra, ale to wy­jąt­ko­we miej­sce w ko­smo­sie.

ROZDZIAŁ 34

Co dziedziczymy?

Kogo bar­dziej przy­po­mi­nasz - mamę czy tatę? A może dziad­ka lub cio­cię? Czy ktoś z two­jej ro­dzi­ny bie­ga rów­nie szyb­ko jak ty albo do­brze gra na gi­ta­rze lub skrzyp­cach? Po kimś, kto jest bio­lo­gicz­nie z tobą spo­krew­nio­ny, mo­żesz odzie­dzi­czyć pew­ne ce­chy lub ta­lent. Po­wi­no­wa­ci, tacy jak ma­co­cha lub oj­czym, mogą zro­bić dla cie­bie coś wspa­nia­łe­go, ale nie odzie­dzi­czysz po nich żad­ne­go z ge­nów.

Wie­my, że ce­chy ta­kie jak ko­lor oczu i wło­sów za­le­żą od ge­nów, któ­re są prze­ka­zy­wa­ne z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Ge­ne­ty­ka to na­uka o ge­nach, w któ­rych za­war­te są in­for­ma­cje do­ty­czą­ce dzie­dzi­cze­nia cech. Geny w du­żym stop­niu de­cy­du­ją o tym, jacy je­ste­śmy. Czy lu­dzie zda­ją so­bie spra­wę z ich zna­cze­nia?

Wróć­my na chwi­lę do Ka­ro­la Dar­wi­na (roz­dział 25). Dzie­dzi­cze­nie było głów­nym te­ma­tem jego pra­cy. Od­gry­wa­ło klu­czo­wą rolę w teo­rii ewo­lu­cji ga­tun­ków, mimo że Dar­win nie wie­dział, jak do­kład­nie się od­by­wa. Bio­lo­dzy jesz­cze dłu­go de­ba­to­wa­li o wro­dzo­nych ce­chach prze­ka­zy­wa­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie po pu­bli­ka­cji dar­wi­now­skie­go dzie­ła O po­wsta­wa­niu ga­tun­ków w 1859 roku. W szcze­gól­no­ści in­te­re­so­wa­ło ich, czy cza­sem może dojść do "mięk­kie­go" dzie­dzi­cze­nia. Mięk­kie dzie­dzi­cze­nie to kon­cep­cja wy­su­nię­ta przez fran­cu­skie­go przy­rod­ni­ka Je­ana-Bap­ti­ste'a de La­marc­ka (1744-1829), któ­ry rów­nież wie­rzył w roz­wój ga­tun­ków dro­gą ewo­lu­cyj­nych zmian. Po­myśl o dłu­giej szyi ży­ra­fy. W jaki spo­sób wy­ewo­lu­owa­ła? La­marck twier­dził, że ży­ra­fa nie­ustan­nie wy­cią­ga szy­ję w górę, aby się­gnąć po li­ście na naj­wyż­szych drze­wach, więc nie­wiel­kie zmia­ny w dłu­go­ści szyi były prze­ka­zy­wa­ne ko­lej­nym po­ko­le­niom tego ga­tun­ku. Z cza­sem prze­sta­ły się ro­dzić zwie­rzę­ta o krót­kich szy­jach. Śro­do­wi­sko wpły­wa na or­ga­ni­zmy, kształ­tu­jąc je lub przy­sto­so­wu­jąc, a po­ja­wia­ją­ce się w ten spo­sób zmia­ny są prze­ka­zy­wa­ne z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie.

Eks­pe­ry­men­tal­ne wy­ka­za­nie ta­kie­go mięk­kie­go dzie­dzi­cze­nia oka­za­ło się bar­dzo trud­ne. Ku­zyn Dar­wi­na, Fran­cis Gal­ton (1822-1911), prze­pro­wa­dził se­rię sta­ran­nie za­pla­no­wa­nych eks­pe­ry­men­tów, w któ­rych bia­łym kró­li­kom wstrzy­ki­wał krew czar­nych osob­ni­ków. Nie mia­ło to żad­ne­go wpły­wu na po­tom­stwo kró­li­ków, któ­re prze­szły trans­fu­zję. Przez kil­ka po­ko­leń od­ci­nał szczu­rom ogo­ny, ale nie stwo­rzył rasy szczu­rów bez ogo­nów. Za­bieg ob­rze­zy­wa­nia mę­skich nie­mow­ląt nie miał żad­ne­go wpły­wu na na­stęp­ne po­ko­le­nia chłop­ców.

Ar­gu­men­ty za i prze­ciw mięk­kie­mu dzie­dzi­cze­niu wy­su­wa­no aż do prze­ło­mu XIX i XX wie­ku. Wów­czas to dwa fak­ty prze­ko­na­ły bio­lo­gów, że ce­chy ro­ślin i zwie­rząt, na­by­te pod­czas ich ży­cia, nie są prze­ka­zy­wa­ne po­tom­stwu. Po pierw­sze, na nowo od­kry­to pra­ce za­kon­ni­ka Gre­go­ra Men­dla (1822-1884) z Mo­raw (obec­nie Cze­chy, wów­czas Au­stro-Wę­gry). W la­tach sześć­dzie­sią­tych XIX wie­ku Men­del opu­bli­ko­wał (w mało po­czyt­nym cza­so­pi­śmie) wy­ni­ki swo­ich ba­dań prze­pro­wa­dzo­nych w klasz­tor­nym ogro­dzie. Dużo wcze­śniej, za­nim Gal­ton za­czął od­ci­nać szczu­rom ogo­ny, Men­dla za­fa­scy­no­wał groch zwy­czaj­ny. Na­uko­wiec za­sta­na­wiał się, co się sta­nie, je­śli skrzy­żu­je od­mia­ny tej ro­śli­ny o pew­nych ce­chach (ro­śli­ny o róż­no­ko­lo­ro­wych kwia­tach upra­wia­no ra­zem). Groch do­sko­na­le nada­wał się do eks­pe­ry­men­tów, po­nie­waż ro­śnie szyb­ko, więc w krót­kim cza­sie moż­na było wy­ho­do­wać na­stęp­ne po­ko­le­nia. Poza tym strącz­ki gro­chu mia­ły wy­raź­ne ce­chy - żół­te lub zie­lo­ne na­sio­na, z gład­ką lub po­marsz­czo­ną skór­ką. Men­del od­krył, że te ce­chy są dzie­dzi­czo­ne z ma­te­ma­tycz­ną pre­cy­zją, ale w spo­sób, któ­ry ła­two prze­oczyć. Gdy skrzy­żu­je­my ro­śli­nę o zie­lo­nych na­sio­nach z ro­śli­ną o żół­tych, całe pierw­sze po­ko­le­nie bę­dzie mia­ło żół­te na­sio­na. Ale je­śli prze­pro­wa­dzi się krzy­żów­kę mię­dzy osob­ni­ka­mi tego pierw­sze­go po­ko­le­nia, to w dru­gim trzy czwar­te ro­ślin bę­dzie mia­ło żół­te na­sio­na, a jed­na czwar­ta - zie­lo­ne. Ko­lor żół­ty był ce­chą do­mi­nu­ją­cą w pierw­szym po­ko­le­niu, ale już w dru­gim ujaw­nia­ła się ce­cha re­ce­syw­na (ko­lor zie­lo­ny). Co ozna­czał tak sztyw­no okre­ślo­ny wzór dzie­dzi­cze­nia? Men­del do­szedł do wnio­sku, że ro­śli­ny i zwie­rzę­ta dzie­dzi­czą ce­chy w od­dziel­nych jed­nost­kach dzie­dzi­cze­nia. Pro­ces dzie­dzi­cze­nia był dość ści­śle okre­ślo­ny, co wy­klu­cza­ło stop­nio­we zmia­ny w ra­mach mięk­kie­go dzie­dzi­cze­nia czy uśred­nia­nia cech ro­dzi­ców. Groch mógł być albo żół­ty, albo zie­lo­ny - nie było po­śred­nich od­cie­ni.

Pra­ce Men­dla prze­szły nie­zau­wa­żo­ne, tym bar­dziej, że za­kon­nik sku­pił się głów­nie na swo­im ży­ciu re­li­gij­nym. Ale Au­gust We­ismann (1834-1914), zde­ter­mi­no­wa­ny na­uko­wiec, przy­pu­ścił dru­gi atak na mięk­kie dzie­dzi­cze­nie. Ten wy­bit­ny nie­miec­ki bio­log głę­bo­ko wie­rzył, że po­glą­dy ewo­lu­cyj­ne Dar­wi­na były po­praw­ne. Do­strzegł jed­nak, że bra­ku­je w nich do­bre­go wy­tłu­ma­cze­nia me­cha­ni­zmów dzie­dzi­cze­nia. Roz­wią­za­nie zna­lazł w fa­scy­nu­ją­cych go ko­mór­kach i ich po­dzia­łach.

Za­nim Men­del prze­pro­wa­dził swo­je do­świad­cze­nia na ro­śli­nach, kil­ka lat wcze­śniej Ru­dolf Vir­chow ogło­sił teo­rię o po­dzia­le ko­mó­rek (roz­dział 26). W la­tach osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych XIX wie­ku We­ismann za­uwa­żył, że aby po­wsta­ła ko­mór­ka ja­jo­wa albo plem­nik, ko­mór­ki ma­cie­rzy­ste or­ga­ni­zmu uczest­ni­czą­ce­go w re­pro­duk­cji dzie­li­ły się w inny spo­sób niż po­zo­sta­łe. Ta róż­ni­ca była klu­czem do po­zna­nia ta­jem­ni­cy. Dziś taki pro­ces po­dzia­łu ko­mór­ki nosi na­zwę me­jo­zy. Chro­mo­so­my (struk­tu­ry bę­dą­ce no­śni­kiem ma­te­ria­łu ge­ne­tycz­ne­go) dzie­lą się i po­ło­wa z nich tra­fia do każ­dej z ko­mó­rek po­tom­nych. W po­zo­sta­łych ko­mór­kach or­ga­ni­zmu ko­mór­ki po­tom­ne mają tyle samo chro­mo­so­mów co ma­cie­rzy­ste. (Ko­mór­ki ma­cie­rzy­ste to do­wol­ne ko­mór­ki, któ­re dzie­lą się na dwie po­tom­ne. Wy­stę­pu­ją w ca­łym or­ga­ni­zmie i nie mają nic wspól­ne­go z mat­ka­mi i po­tom­stwem). Gdy ko­mór­ka ja­jo­wa łą­czy się z plem­ni­kiem, dwie po­ło­wy kom­ple­tu chro­mo­so­mów łą­czą się w je­den. Za­płod­nio­ne jajo ma więc znów tyle chro­mo­so­mów, co trze­ba. Ko­mór­ki roz­rod­cze są inne niż po­zo­sta­łe ko­mór­ki or­ga­ni­zmu. We­ismann ar­gu­men­to­wał, że nie ma zna­cze­nia, co dzie­je się z ko­mór­ka­mi mię­śni, ko­ści, krwi czy ner­wów. Or­ga­nizm po­tom­ny dzie­dzi­czy tyl­ko to, co za­wie­ra­ją ko­mór­ki roz­rod­cze. W przy­pad­ku ży­ra­fy ewen­tu­al­ne roz­cią­ga­nie szyi nie bę­dzie mia­ło żad­ne­go wpły­wu na ko­mór­ki ja­jo­we i plem­ni­ki, któ­re za­wie­ra­ją to, co We­ismann na­zwał pla­zmą za­rod­ko­wą. W chro­mo­so­mach ko­mór­ki ja­jo­wej i plem­ni­ków była prze­ka­zy­wa­na pla­zma za­rod­ko­wa, a samo dzie­dzi­cze­nie na­zwał cią­gło­ścią pla­zmy za­rod­ko­wej.

W 1900 roku aż trzech uczo­nych się­gnę­ło po za­ku­rzo­ne eg­zem­pla­rze cza­so­pi­sma, w któ­rym uka­zał się ar­ty­kuł Men­dla. Po­wia­do­mi­li spo­łecz­ność na­uko­wą o wy­ni­kach eks­pe­ry­men­tów Men­dla prze­pro­wa­dzo­nych na gro­chu. Bio­lo­dzy zda­li so­bie spra­wę z tego, że za­kon­nik do­star­czył naj­lep­szych moż­li­wych do­wo­dów eks­pe­ry­men­tal­nych na cią­głość pla­zmy za­rod­ko­wej We­isman­na i że pra­wa Men­dla, jak wkrót­ce je na­zwa­no, mają so­lid­ne pod­sta­wy na­uko­we.

Na­ukow­cy po­dzie­li­li się na dwie gru­py - zwo­len­ni­ków Men­dla i bio­me­trii. Bio­me­try­cy, pod wo­dzą eks­per­ta od sta­ty­sty­ki Kar­la Pe­ar­so­na (1857-1936), wie­rzy­li w cią­głość dzie­dzi­cze­nia. Uwa­ża­li, że dzie­dzi­czy­my śred­nią cech (mie­szan­kę) na­szych ro­dzi­ców. Prze­pro­wa­dzi­li po­waż­ne ba­da­nia te­re­no­we, mie­rząc drob­ne róż­ni­ce wśród śli­ma­ków i zwie­rząt mor­skich. Wy­ka­za­li, że ta­kie de­ta­le mogą de­cy­do­wać o tym, jak wie­le po­tom­stwa prze­ży­je (na­zy­wa­my to suk­ce­sem re­pro­duk­cyj­nym ga­tun­ku). Dru­giej gru­pie prze­wo­dził Wil­liam Ba­te­son (1861-1926), bio­log z Cam­brid­ge, któ­ry wy­my­ślił ter­min ge­ne­ty­ka. Zwo­len­ni­cy Men­dla pod­kre­śla­li dzie­dzi­cze­nie dys­kret­nych (od­dziel­nych) cech, pro­ces, któ­ry wy­ka­za­ły ob­ser­wa­cje za­kon­ni­ka. Twier­dzi­li, że zmia­ny bio­lo­gicz­ne za­cho­dzą sko­ko­wo, a nie po­wo­li, w spo­sób cią­gły, jak chcie­li bio­me­try­cy. Obie gru­py zgo­dzi­ły się z ist­nie­niem ewo­lu­cji, a spie­ra­ły się je­dy­nie o to, w jaki spo­sób się ona od­by­wa.

Spo­ry trwa­ły pra­wie przed dwa dzie­się­cio­le­cia. W la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku kil­ku ba­da­czy do­wio­dło, że obie gru­py jed­no­cze­śnie mia­ły ra­cję i za­ra­zem się my­li­ły. Po pro­stu pa­trzy­ły ina­czej na róż­ne aspek­ty tego sa­me­go pro­ble­mu. Dzie­dzi­cze­nie wie­lu cech bio­lo­gicz­nych od­by­wa się w spo­sób bio­me­trycz­ny (jako mie­szan­ka cech). Wy­so­ki oj­ciec i ni­ska mat­ka będą mieć po­tom­stwo śred­nio wy­so­kie, czy­li ma­ją­ce "mie­szan­kę" wy­so­ko­ści ro­dzi­ców. Nie­któ­re dzie­ci będą do­rów­ny­wać wzro­stem ojcu (albo na­wet będą wyż­sze od nie­go), ale już prze­cięt­ny wzrost ich po­tom­stwa bę­dzie mniej wię­cej w po­ło­wie mię­dzy wy­so­ko­ścia­mi ro­dzi­ców. Inne ce­chy, ta­kie jak ko­lor ludz­kich oczu (jak ko­lor gro­chu), są dzie­dzi­czo­ne na za­sa­dzie albo - albo, a nie jako mie­szan­ka. Spór mię­dzy zwo­len­ni­ka­mi praw Men­dla i bio­me­trii zo­stał roz­strzyg­nię­ty, kie­dy ko­lej­ni bio­lo­dzy prze­pro­wa­dzi­li po­mia­ry ca­łych po­pu­la­cji, a na­stęp­nie za­sto­so­wa­li ro­zu­mo­wa­nie ma­te­ma­tycz­ne. Do tych bio­lo­gów za­li­czał się mię­dzy in­ny­mi John B. S. Hal­da­ne (1892-1964). Do­ce­nił on bły­sko­tli­wość ory­gi­nal­nych po­glą­dów Dar­wi­na. Uświa­do­mił so­bie, że w każ­dej po­pu­la­cji wy­stę­pu­ją pew­ne mu­ta­cje, któ­re mogą być dzie­dzi­czo­ne. Je­śli dają prze­wa­gę, to ro­śli­ny i zwie­rzę­ta, któ­re je po­sia­da­ją, prze­trwa­ją, a inne mu­ta­cje wy­gi­ną wraz z ich no­si­cie­la­mi.

Bar­dzo waż­ny jest rów­nież fakt, w jaki spo­sób dzie­dzi­czy­my to, co póź­niej ro­bi­my. Był to na­stęp­ny ele­ment ge­ne­tycz­nej ukła­dan­ki. Więk­szość pre­kur­sor­skich prac w tym za­kre­sie zo­sta­ła prze­pro­wa­dzo­na w la­bo­ra­to­rium przez Tho­ma­sa Hun­ta Mor­ga­na (1866-1945) na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia w No­wym Jor­ku. Mor­gan za­czął ka­rie­rę od ob­ser­wa­cji, jak za­czy­na się ży­cie zwie­rząt i jak roz­wi­ja­ją się em­brio­ny. Ni­g­dy nie stra­cił za­in­te­re­so­wa­nia em­brio­lo­gią, ale na po­cząt­ku XX wie­ku jego uwa­gę przy­ku­ła nowa dzie­dzi­na na­uki - ge­ne­ty­ka. La­bo­ra­to­rium Mor­ga­na nie było zwy­kłym miej­scem. Przy­lgnę­ło do nie­go okre­śle­nie "sala much", po­nie­waż sta­ło się do­mem ty­się­cy po­ko­leń mu­szek owo­co­wych (Dro­so­phi­la me­la­no­ga­ster). Były one do­bry­mi kan­dy­dat­ka­mi do ba­dań, po­nie­waż w ją­drze ko­mór­ko­wym mają tyl­ko czte­ry chro­mo­so­my, a wła­śnie ich rolę chciał zro­zu­mieć Mor­gan. Po­sta­wił py­ta­nie: na ile waż­ne są chro­mo­so­my w prze­ka­zy­wa­niu dzie­dzi­czo­nych cech? Chro­mo­so­my mu­szek owo­co­wych są duże, a przez to ła­two je oglą­dać pod mi­kro­sko­pem. Poza tym te owa­dy bar­dzo szyb­ko się roz­mna­ża­ją (zo­staw na wierz­chu ta­lerz z owo­ca­mi i ob­ser­wuj, co się wy­da­rzy). Dzię­ki temu w krót­kim cza­sie moż­na prze­ba­dać wie­le po­ko­leń mu­szek, aby zo­ba­czyć, co się sta­nie, gdy musz­ki o okre­ślo­nych ce­chach skrzy­żu­ją się z in­ny­mi. Wy­obraź so­bie tego ro­dza­ju pra­cę do­świad­czal­ną na sło­niach, a zro­zu­miesz, cze­mu wy­bra­no musz­ki owo­co­we.

Po­kój much Mor­ga­na stał się sław­ny i przy­cią­gał za­rów­no stu­den­tów, jak i na­ukow­ców. Ame­ry­kań­ski uczo­ny był pio­nie­rem współ­cze­snych spo­so­bów pro­wa­dze­nia ba­dań: gru­pa mło­dych na­ukow­ców pra­co­wa­ła pod kie­run­kiem sze­fa - Mor­ga­na, któ­ry po­ma­gał zde­fi­nio­wać pro­ble­my i nad­zo­ro­wał wy­ko­ny­wa­nie przez nich eks­pe­ry­men­tów. Za­chę­cał wszyst­kich, aby roz­ma­wia­li i ra­zem pra­co­wa­li, więc trud­no było po­tem usta­lić, kto i co do­kład­nie zro­bił. (Gdy Mor­gan do­stał Na­gro­dę No­bla, po­dzie­lił się pie­niędz­mi z młod­szy­mi ko­le­ga­mi).

Mor­gan do­ko­nał prze­ło­mo­we­go od­kry­cia nie­mal przy­pad­kiem. Za­uwa­żył, że jed­na musz­ka z ostat­nie­go lęgu mia­ła czer­wo­ne oczy, a nie bia­łe jak po­zo­sta­łe. Od­dzie­lił ten wy­jąt­ko­wy okaz od po­zo­sta­łych, za­nim skrzy­żo­wał go z musz­ka­mi o ty­po­wych, bia­łych oczach. Gdy pa­trzył na jej po­tom­stwo, od­krył, że wszyst­kie czer­wo­no­okie musz­ki są sa­mi­ca­mi. To po­zwo­li­ło mu za­ło­żyć, że gen od­po­wie­dzial­ny za ko­lor oczu był prze­no­szo­ny na chro­mo­so­mie płci, czy­li de­cy­du­ją­cym o tym, czy po­to­mek bę­dzie sam­cem czy sa­mi­cą. Po dru­gie, dzie­dzi­cze­nie ko­lo­ru oczu od­by­wa­ło się we­dług tych sa­mych praw co w przy­pad­ku gro­chu Men­dla. To zna­czy, że oczy za­wsze były bia­łe albo czer­wo­ne, ale ni­g­dy w od­cie­niu różu. Mor­gan przyj­rzał się in­nym dzie­dzi­czo­nym ce­chom mu­szek, ta­kim jak wiel­kość i kształt skrzy­deł. Wraz z ko­le­ga­mi zba­dał chro­mo­so­my pod mi­kro­sko­pem i za­czął two­rzyć "mapę" każ­de­go chro­mo­so­mu, po­ka­zu­ją­cą, gdzie są zlo­ka­li­zo­wa­ne jed­nost­ki dzie­dzi­cze­nia (czy­li geny, jak je na­zwa­no). Mu­ta­cje (zmia­ny), ta­kie jak na­głe po­ja­wie­nie się czer­wo­nych oczu, po­mo­gły usta­lić po­ło­że­nie po­szcze­gól­nych ge­nów, gdyż sta­ran­nie ana­li­zo­wa­no, co ro­bią chro­mo­so­my pod­czas po­dzia­łu ko­mór­ko­we­go. Je­den ze stu­den­tów Mor­ga­na, Her­mann Jo­seph Mul­ler (1890-1967), od­krył, że pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie przy­spie­sza mu­ta­cje. W 1948 roku zo­stał za to wy­róż­nio­ny Na­gro­dą No­bla, a jego od­kry­cie ostrze­gło świat przed nie­bez­pie­czeń­stwem, ja­kie nio­są bom­by ato­mo­we, a tak­że wy­ko­ny­wa­nie zdjęć rent­ge­now­skich w ce­lach me­dycz­nych. Mor­gan po­ka­zał rów­nież, że chro­mo­so­my wy­mie­nia­ją się ma­te­ria­łem ge­ne­tycz­nym pod­czas po­dzia­łów. Ten pro­ces nosi na­zwę cros­sing-over i jest ko­lej­nym do­wo­dem na to, jak na­tu­ra sama wpły­wa na zmien­ność ro­ślin i zwie­rząt.

Mor­gan i jego współ­pra­cow­ni­cy, a tak­że wie­lu in­nych ba­da­czy na ca­łym świe­cie, spra­wi­li, że ge­ne­ty­ka sta­ła się jed­ną z naj­bar­dziej fa­scy­nu­ją­cych dzie­dzin na­uki, któ­ra zaj­mo­wa­ła wie­lu uczo­nych szcze­gól­nie w la­tach 1910-1940. Gen co­raz po­wszech­niej uzna­wa­no za waż­ny ma­te­riał. Umiesz­czo­ne w chro­mo­so­mach ko­mó­rek jed­nost­ki dzie­dzi­cze­nia są prze­ka­zy­wa­ne po­tom­stwu przez żeń­ską ko­mór­kę ja­jo­wą i plem­nik, a każ­de z ro­dzi­ców ma jed­na­ko­wy wkład w po­wsta­nie przy­szłe­go po­ko­le­nia. Mu­ta­cje oka­za­ły się jed­nym z me­cha­ni­zmów ewo­lu­cyj­nych zmian. Po­wo­du­ją po­ja­wie­nie się róż­nic. Wy­stę­pu­ją na­tu­ral­nie, ale moż­na je też wy­wo­łać sztucz­ny­mi me­to­da­mi, któ­re ba­dał Mul­ler. Nowa ge­ne­ty­ka sta­ła się pod­sta­wą ewo­lu­cyj­ne­go my­śle­nia, mimo że nie było do koń­ca wia­do­mo, czym jest gen. Jego ist­nie­nie nie bu­dzi­ło jed­nak żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Nowe po­dej­ście do ge­ne­ty­ki mia­ło też ciem­ne stro­ny i skut­ki spo­łecz­ne. Sko­ro nie ist­nia­ło mięk­kie dzie­dzi­cze­nie, to lep­sze od­ży­wia­nie się, upra­wia­nie spor­tów czy by­cie do­brym czło­wie­kiem nie mo­gło zmie­nić ge­nów dzie­ci. Na­le­ża­ło­by za­sto­so­wać inne me­to­dy, aby ulep­szyć na­stęp­ne po­ko­le­nia. Sztucz­ną se­lek­cję Dar­wi­na od stu­le­ci prak­ty­ko­wa­li ho­dow­cy zwie­rząt go­spo­dar­skich i ro­ślin, któ­rzy sta­ra­li się uzy­skać po­żą­da­ne ce­chy w ho­dow­li. Kro­wy mia­ły da­wać wię­cej mle­ka, a po­mi­do­ry być bar­dziej so­czy­ste. W 1904 roku Fran­cis Gal­ton (ku­zyn Dar­wi­na) za­ło­żył la­bo­ra­to­rium eu­ge­nicz­ne. Wy­my­ślił ter­min "eu­ge­ni­ka", ozna­cza­ją­cy 'do­brze uro­dzo­ny'. Pró­bo­wał zmie­nić zwy­cza­je re­pro­duk­cyj­ne lu­dzi. Sko­ro moż­na po­ka­zać, że w nie­któ­rych ro­dzi­nach do­mi­nu­je in­te­li­gen­cja, kre­atyw­ność, skłon­no­ści prze­stęp­cze, cho­ro­wi­tość czy le­ni­stwo (a Gal­ton w to wie­rzył), sen­sow­ne by­ło­by za­chę­ca­nie lu­dzi o do­brych ce­chach do po­sia­da­nia więk­szej licz­by dzie­ci (eu­ge­ni­ka po­zy­tyw­na) oraz za­po­bie­ga­nie roz­mna­ża­niu się złych (eu­ge­ni­ka ne­ga­tyw­na). W Wiel­kiej Bry­ta­nii oczy­wi­ście zdo­by­ła po­pu­lar­ność eu­ge­ni­ka po­zy­tyw­na. W kam­pa­niach spo­łecz­nych za­chę­ca­no mał­żeń­stwa z wy­kształ­co­nej kla­sy śred­niej, aby mia­ły wię­cej dzie­ci, gdyż za­kła­da­no, że te pary są w ja­kiś spo­sób lep­sze niż prze­cięt­ni ro­bot­ni­cy i ich żony. W ostat­nim dzie­się­cio­le­ciu XIX wie­ku rząd był za­nie­po­ko­jo­ny fa­tal­ną kon­dy­cją re­kru­tów wy­sy­ła­nych na woj­ny bur­skie w po­łu­dnio­wej Afry­ce. Znacz­ną część ochot­ni­ków od­rzu­co­no jako fi­zycz­nie nie­zdol­nych do peł­nie­nia służ­by woj­sko­wej, a na­wet do no­sze­nia ka­ra­bi­nu. Pod­czas pierw­szej woj­ny świa­to­wej (1914-1918) do­szło do ma­so­wych rze­zi na po­lach bi­tew w Eu­ro­pie. Wie­le osób są­dzi­ło, że zgi­nę­li naj­lep­si. Każ­da na­cja świa­ta za­chod­nie­go oba­wia­ła się o ja­kość i siłę swo­jej po­pu­la­cji.

Eu­ge­ni­ka ne­ga­tyw­na mia­ła dużo mrocz­niej­sze ob­li­cze. Wie­lu jej zwo­len­ni­ków uwa­ża­ło, że na­le­ży izo­lo­wać oso­by o za­bu­rze­niach psy­chicz­nych, kry­mi­na­li­stów, a na­wet in­wa­li­dów i oso­by z mar­gi­ne­su spo­łecz­ne­go. W USA w nie­któ­rych sta­nach wpro­wa­dzo­no prze­pi­sy wy­mu­sza­ją­ce ste­ry­li­za­cję, aby tacy lu­dzie nie mie­li dzie­ci. Na­zi­ści w Niem­czech, od lat trzy­dzie­stych XX wie­ku aż do za­koń­cze­nia dru­giej woj­ny świa­to­wej w 1945 roku, do­pu­ści­li się naj­gor­szych okru­cieństw. W imie­niu pań­stwa naj­pierw wię­zi­li, a na­stęp­nie mor­do­wa­li mi­lio­ny lu­dzi, któ­rzy ich zda­niem sta­no­wi­li za­gro­że­nie dla aryj­skiej, czy­stej rasy. Ży­dzi, Cy­ga­nie, ho­mo­sek­su­ali­ści, nie­do­ro­zwi­nię­ci umy­sło­wo, nie­zrów­no­wa­że­ni psy­chicz­nie i kry­mi­na­li­ści byli aresz­to­wa­ni i póź­niej albo wy­sy­ła­ni do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, gdzie cze­ka­ła na nich naj­czę­ściej śmierć, albo po pro­stu za­bi­ja­ni.

W okre­sie na­zi­stow­skim sło­wo "eu­ge­ni­ka" na­bra­ło pe­jo­ra­tyw­ne­go wy­dźwię­ku. Jak póź­niej się do­wiesz, nie­któ­rzy lu­dzie wie­rzy­li, że tyl­ny­mi drzwia­mi mógł­by na­stą­pić po­wrót do eu­ge­ni­ki, gdy na­ukow­cy uzy­ski­wa­li co­raz szer­szą wie­dzę o dzie­dzi­cze­niu i jego wpły­wie na to, jacy je­ste­śmy. Wszy­scy po­trze­bu­je­my na­uki, ale mu­si­my się upew­nić, czy bę­dzie wy­ko­rzy­sty­wa­na w do­brym, a nie złym celu.

ROZDZIAŁ 35

Skąd pochodzimy?

Obec­nie wia­do­mo, że 94% na­sze­go ge­no­mu jest iden­tycz­ne jak u na­szych naj­bliż­szych krew­nych spo­śród zwie­rząt, czy­li szym­pan­sów. To bar­dzo duże po­do­bień­stwo, ale mię­dzy ludź­mi a szym­pan­sa­mi są też za­uwa­żal­ne go­łym okiem istot­ne róż­ni­ce. Lu­dzie po­słu­gu­ją się mową, ko­mu­ni­ku­ją się wer­bal­nie, co ich od­róż­nia od in­nych stwo­rzeń. Po­tra­fią czy­tać i pi­sać. Tych umie­jęt­no­ści nie po­sia­da­ją żad­ne mał­py. Lu­dzie i szym­pan­sy, wraz z go­ry­la­mi i oran­gu­ta­na­mi, na­le­żą do ro­dzi­ny czło­wie­ko­wa­tych (Ho­mi­ni­dae), ina­czej ho­mi­ni­dów. Je­ste­śmy mniej po­dob­ni do go­ry­li czy oran­gu­ta­nów, ale w któ­rymś mo­men­cie prze­szło­ści te czte­ry ga­tun­ki mia­ły wspól­ne­go przod­ka, od któ­re­go wy­ewo­lu­owa­ły. Było to w za­mierz­chłych cza­sach, może na­wet 15 mi­lio­nów lat temu.

Nasi czło­wie­ko­wa­ci "ku­zy­ni" fa­scy­nu­ją, a za­ra­zem bu­dzą w nas lek­ki nie­po­kój. Od­czu­wa­li to tak­że ci, któ­rzy ich ba­da­li i pi­sa­li o nich w prze­szło­ści. Za­sta­na­wia­li się, gdzie w ak­cie stwo­rze­nia jest miej­sce na te dzi­kie zwie­rzę­ta, tak do nas po­dob­ne i za­ra­zem tak od nas róż­ne. W 1699 roku an­giel­ski ana­tom Edward Ty­son (1651-1708) do­stał zwło­ki szym­pan­sa. Prze­pro­wa­dził sek­cję tej eg­zo­tycz­nej mał­py i to, co za­ob­ser­wo­wał, po­rów­nał z ak­tu­al­ną wie­dzą o ana­to­mii czło­wie­ka. Był pierw­szym na­ukow­cem, któ­ry tak uważ­nie przyj­rzał się bu­do­wie szym­pan­sa. Ty­son umie­ścił go w wiel­kim łań­cu­chu istot Ary­sto­te­le­sa tuż po­ni­żej lu­dzi. Uwa­żał za na­tu­ral­ne to, że nie­któ­re ga­tun­ki wy­peł­nia­ją lukę mię­dzy nami a resz­tą kró­le­stwa zwie­rząt. Nie po­wie­dział tego wprost, ale za­su­ge­ro­wał po­trze­bę ist­nie­nia bra­ku­ją­ce­go ogni­wa w tym łań­cu­chu, któ­re łą­czy­ło­by lu­dzi z in­ny­mi zwie­rzę­ta­mi.

W Wiel­kiej Bry­ta­nii, Niem­czech i Fran­cji znaj­do­wa­no co­raz wię­cej wy­two­rów, ta­kich jak krze­mien­ne gro­ty strzał i obu­chy to­po­rów. Sta­no­wi­ły one do­wo­dy obec­no­ści lu­dzi na tych zie­miach już przed ty­sią­ca­mi lat. Te na­rzę­dzia czę­sto od­kry­wa­no w ja­ski­niach i po­śród ska­mie­nia­łych szcząt­ków wy­mar­łych ga­tun­ków zwie­rząt, ta­kich jak bu­dzą­ce gro­zę ty­gry­sy sza­blo­zęb­ne i ogrom­ne, wło­cha­te ma­mu­ty. Lu­dzie epo­ki ka­mien­nej, któ­rzy zro­bi­li te pro­ste na­rzę­dzia, nie­wąt­pli­wie żyli w tym sa­mym cza­sie co wy­mar­łe zwie­rzę­ta. Za­tem czło­wiek ist­niał na Zie­mi od dzie­sią­tek ty­się­cy lat, a nie kró­cej, jak do­tąd są­dzo­no. Nie wszy­scy zgo­dzi­li się z tym wnio­skiem, ale przy­ja­ciel Dar­wi­na, Tho­mas Hen­ry Hux­ley (1825-1895), nie miał wąt­pli­wo­ści. Hux­ley był pod­eks­cy­to­wa­ny od­kry­ciem w 1856 roku czło­wie­ka ne­an­der­tal­skie­go w ja­ski­ni w do­li­nie Ne­an­der­tal w Niem­czech. W książ­ce Evi­den­ce as to Man's Pla­ce in Na­tu­re (Sta­no­wi­sko czło­wie­ka w przy­ro­dzie) z 1863 roku na­pi­sał o tej ska­mie­li­nie, współ­cze­snych lu­dziach i czło­wie­ko­wa­tych. Dziś wie­my, że były to pierw­sze zna­le­zio­ne szcząt­ki osob­ni­ka z pod­ple­mie­nia Ho­mi­ni­na, nie­na­le­żą­ce­go do ga­tun­ku Homo sa­piens, jak na­zwał go Lin­ne­usz (roz­dział 19). Pod­ple­mię Ho­mi­ni­na obej­mu­je lu­dzi i na­szych wy­mar­łych przod­ków. W mia­rę znaj­do­wa­nia ko­lej­nych ska­mie­nia­ło­ści gru­pa czło­wie­ko­wa­tych się po­więk­sza­ła. Drze­wo ży­cia roz­ra­sta­ło się i stop­nio­wo je uzu­peł­nia­no.

Hux­ley był na tyle ostroż­nym na­ukow­cem, że wie­dział, iż jed­no zna­le­zi­sko nie po­wie nam wszyst­kie­go o ca­łym ga­tun­ku i dla­te­go przy­pi­sał ne­an­der­tal­czy­ka do ga­tun­ku ludz­kie­go. Był jed­nak prze­ko­na­ny, że na­le­ży on do bar­dzo sta­re­go ga­tun­ku, któ­ry żył na Zie­mi do­sta­tecz­nie dłu­go, aby ulec ewo­lu­cji. Z pew­no­ścią za­szły w nim zmia­ny, gdyż ne­an­der­tal­czyk był dość po­dob­ny do nas, ale jed­nak się od nas róż­nił. Jego czasz­ka mia­ła sil­nie roz­wi­nię­te łuki na­do­czo­do­ło­we i duże wgłę­bie­nie na nos. Pro­por­cje koń­czyn i tu­ło­wia były inne niż u nas. Ucze­ni bra­li pod uwa­gę moż­li­wość, że wca­le nie na­le­żał do in­ne­go ga­tun­ku, tyl­ko szkie­let uległ de­for­ma­cji. Póź­niej do­wie­dzie­li się, że ne­an­der­tal­czy­cy jako pierw­si z pod­ple­mie­nia Ho­mi­ni­na grze­ba­li swo­ich zmar­łych.

Hux­ley znał teo­rie Dar­wi­na o ewo­lu­cji lu­dzi, za­nim ten opu­bli­ko­wał dwa dzie­ła przed­sta­wia­ją­ce swo­je kon­cep­cje i do­wo­dy na na­sze po­cho­dze­nie. W 1871 roku Dar­win w książ­ce O po­cho­dze­niu czło­wie­ka po­dał fak­ty o ludz­kiej ra­sie, któ­re wcze­śniej po­mi­nął w O po­wsta­wa­niu ga­tun­ków. W 1872 roku w dzie­le O wy­ra­ża­niu emo­cji u czło­wie­ka i zwie­rząt uzu­peł­nił swo­ją ar­gu­men­ta­cję o waż­ny rys psy­cho­lo­gicz­ny. Dla po­trzeb swo­ich teo­rii wy­ko­rzy­stał mię­dzy in­ny­mi wie­dzę o uśmie­chach i gry­ma­sach za­ob­ser­wo­wa­nych u wła­snych dzie­ci. Lu­dzie są czę­ścią ży­cia na Zie­mi, tak jak inne ga­tun­ki flo­ry i fau­ny. Dar­win przy­pusz­czał, że nasi przod­ko­wie za­pew­ne żyli w Afry­ce, gdzie wy­ewo­lu­ował ga­tu­nek ludz­ki.

Z dar­wi­now­skie­go przed­sta­wie­nia ewo­lu­cji w po­sta­ci drze­wa ży­cia wy­ni­ka­ło, że nie mo­że­my po­cho­dzić od współ­cze­snych małp. Uwa­gę opi­nii pu­blicz­nej na­tych­miast zwró­ci­ło po­łą­cze­nie mał­pa - czło­wiek. Kon­cep­cje ewo­lu­cji Dar­wi­na prze­dys­ku­to­wa­no naj­pierw pod­czas pu­blicz­nej de­ba­ty oks­fordz­kiej na tłum­nym po­sie­dze­niu Bry­tyj­skie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Po­pie­ra­nia Nauk. Za­da­niem Sto­wa­rzy­sze­nia było przy­bli­ża­nie wszyst­kim naj­now­szych od­kryć na­uko­wych. Co roku or­ga­ni­zo­wa­no po­sie­dze­nie, na któ­rym ucze­ni de­ba­to­wa­li o no­wi­nach w na­uce. Spo­tka­niu w 1860 roku to­wa­rzy­szy­ło wie­le emo­cji, tak sen­sa­cyj­ny był po­mysł po­cho­dze­nia czło­wie­ka od mał­py. Z na­pię­ciem wy­cze­ki­wa­no dys­ku­sji an­ty­dar­wi­ni­stów, na cze­le z bi­sku­pem Sa­mu­elem Wil­ber­for­cem, ze zwo­len­ni­ka­mi Dar­wi­na pod wo­dzą Hux­leya. Bi­skup Wil­ber­for­ce, są­dząc, że jest spryt­ny, za­py­tał Hux­leya, czy po­cho­dzi od mał­py ze stro­ny dziad­ka czy bab­ki. Hux­ley od­po­wie­dział, że woli po­cho­dzić od mał­py, niż tra­cić czas i wy­si­łek umy­sło­wy na ta­kie głu­pie py­ta­nie, i że bi­skup nie ro­zu­mie isto­ty spra­wy. Tego dnia górą był Hux­ley i zwo­len­ni­cy ewo­lu­cji, choć nie prze­ko­na­li scep­tycz­nie na­sta­wio­ne­go bi­sku­pa.

Od­kry­cie, że ludz­kość ist­nie­je na Zie­mi od daw­na, za­chę­ci­ło przy­rod­ni­ków, an­tro­po­lo­gów (któ­rzy zaj­mu­ją się wie­dzą o czło­wie­ku) i ar­che­olo­gów do po­sta­wie­nia py­ta­nia: ja­kie były pier­wot­ne wa­run­ki ży­cia lu­dzi? W tym cza­sie w gro­tach na te­re­nie Eu­ro­py od­na­le­zio­no śla­dy ży­cia tzw. czło­wie­ka ja­ski­nio­we­go. Miesz­kań­cy ja­skiń uży­wa­li ognia. Zna­le­zio­no na­le­żą­ce do nich broń, ka­mien­ne na­rzę­dzia i przy­bo­ry do go­to­wa­nia. An­tro­po­lo­dzy i ba­da­cze od­kry­li rów­nież gru­py zbie­rac­ko-my­śliw­skie w Afry­ce, Azji i Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej i do­szli do wnio­sku, że wszyst­kie ludz­kie spo­łecz­no­ści prze­cho­dzi­ły przez po­dob­ne eta­py roz­wo­ju spo­łecz­ne­go. Edward Bur­nett Ty­lor (1832-1917) zo­stał pierw­szym pro­fe­so­rem an­tro­po­lo­gii w Oks­for­dzie. Wpro­wa­dził kon­cep­cję prze­żyt­ków, aby na­kre­ślić wiel­ką ścież­kę ludz­kiej ewo­lu­cji spo­łecz­nej i kul­tu­ro­wej. Przez prze­żyt­ki ro­zu­miał zwy­cza­je spo­łecz­ne i re­li­gij­ne, prze­są­dy i róż­ne spo­so­by or­ga­ni­zo­wa­nia wię­zi ro­dzin­nych. We­dług Ty­lo­ra te prze­żyt­ki były "za­mro­żo­ne" mię­dzy in­ny­mi u pry­mi­tyw­nych lu­dów Afry­ki i sta­no­wi­ły wska­zów­ki do­ty­czą­ce wspól­nej prze­szło­ści ludz­kiej rasy. Ty­lor i jego zwo­len­ni­cy chcie­li po­znać ko­rze­nie mowy ludz­kiej, więc ana­li­zo­wa­li ge­sty i inne spo­so­by ko­mu­ni­ko­wa­nia się.

Pierw­si an­tro­po­lo­dzy prze­ciw­sta­wi­li dy­na­micz­ną Eu­ro­pę, Ame­ry­kę Pół­noc­ną, Au­stra­lię i Nową Ze­lan­dię rze­ko­mo nie­zmien­nym, pry­mi­tyw­nym lu­dom, a na­wet wie­lo­wie­ko­wym i zło­żo­nym kul­tu­rom In­dii i Chin. Dziś wie­my, że było to aro­ganc­kie. Wy­da­wa­ło się, że idea ewo­lu­cyj­nej kon­ku­ren­cji i wal­ki w od­nie­sie­niu do za­chod­nie­go spo­łe­czeń­stwa wy­ja­śnia, dla­cze­go nie­któ­re jed­nost­ki świet­nie so­bie ra­dzą w ży­ciu, a inne nie. W mia­rę jak ka­pi­ta­lizm prze­my­sło­wy rósł w siłę, za­czę­to po­słu­gi­wać się kon­cep­cją dar­wi­ni­zmu spo­łecz­ne­go (ewo­lu­cji prze­nie­sio­nej na grunt kul­tu­ry) do wy­ja­śnie­nia, dla­cze­go nie­któ­rzy lu­dzie są bo­ga­ci, a inni bied­ni, dla­cze­go nie­któ­re na­ro­dy są po­tęż­ne, a inne nie. Dar­wi­nizm spo­łecz­ny uza­sad­niał triumf sil­nych jed­no­stek, ras i na­ro­dów nad słab­szy­mi.

Gdy jed­ni dys­ku­to­wa­li o dar­wi­ni­zmie spo­łecz­nym, inni de­ba­to­wa­li o bio­lo­gicz­nej ewo­lu­cji. Aż do ostat­nie­go dzie­się­cio­le­cia XIX wie­ku wszyst­kie zna­le­zio­ne ska­mie­li­ny ludz­kie uwa­ża­no za szcząt­ki Homo sa­piens. Sta­tus ne­an­der­tal­czy­ka wciąż jed­nak po­zo­sta­wał nie­pew­ny. Wte­dy ho­len­der­ski an­tro­po­log Eu­g?ne Du­bo­is (1858-1940) po­je­chał do Ho­len­der­skich In­dii Wschod­nich, aby w kra­ju oran­gu­ta­nów szu­kać do­wo­dów ludz­kiej ewo­lu­cji. Na Ja­wie zna­lazł ska­mie­nia­ły dach czasz­ki na­le­żą­cej do ho­mi­ni­da cho­dzą­ce­go w po­sta­wie wy­pro­sto­wa­nej, ale nie­bę­dą­ce­go czło­wie­kiem. Na­zwał go czło­wie­kiem ja­waj­skim. Wów­czas uwa­gę na­ukow­ców przy­ku­ła Azja, w któ­rej czło­wie­ko­wa­te rów­nież ewo­lu­owa­ły. Od­kry­cie czło­wie­ka ja­waj­skie­go (pi­te­kan­tro­pa) i szkie­le­tu w Cro-Ma­gnon we Fran­cji zro­dzi­ły ko­lej­ne py­ta­nie: co było pierw­sze - po­sta­wa wy­pro­sto­wa­na, duży mózg czy ję­zyk i ży­cie w gru­pach spo­łecz­nych?

W Azji zna­le­zio­no jesz­cze wie­le szcząt­ków czło­wie­ko­wa­tych. Jed­nak w XX wie­ku oka­za­ło się, że prze­czu­cie Dar­wi­na co do Afry­ki było słusz­ne. W 1924 roku au­stra­lij­ski ana­tom Ray­mond Dart (1893-1988) od­krył szcząt­ki dziec­ka z Taung. W obro­nie zna­cze­nia tego od­kry­cia sta­nął po­łu­dnio­wo­afry­kań­ski le­karz Ro­bert Bro­om (1866-1951). Dziec­ko z Taung mia­ło zęby jak czło­wiek, ale jego mózg był po­dob­ny do mał­pie­go. Bro­om wie­rzył, że zna­le­zi­sko Dar­ta (i kil­ka in­nych póź­niej­szych, w tym szcząt­ki do­ro­słej isto­ty) to szcząt­ki przod­ków czło­wie­ka. Dart na­zwał ten ga­tu­nek Au­stra­lo­pi­the­cus afri­ca­nus, do­słow­nie "po­łu­dnio­wa mał­pa z Afry­ki". Dziś wiek tego ga­tun­ku sza­cu­je­my na 2,4-3 mi­lio­nów lat. Po dziec­ku z Taung w Afry­ce od­kry­to jesz­cze wie­le in­nych waż­nych ska­mie­lin, któ­re po­mo­gły od­two­rzyć ewo­lu­cję przod­ków czło­wie­ka. Lo­uis (1903-1972) i Mary (1913-1996) Le­akey­owie swo­imi do­ko­na­nia­mi jesz­cze bar­dziej roz­sła­wi­li dzie­je ga­tun­ku ludz­kie­go. W la­tach pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku pra­co­wa­li głów­nie w wą­wo­zie Ol­du­vai w Ke­nii. Lo­uis Le­akey pod­kre­ślał, że wcze­sne ho­mi­ni­dy wy­twa­rza­ły na­rzę­dzia. Jed­ne­go z ho­mi­ni­dów, ży­ją­ce­go 1,6-2,4 mi­lio­nów lat temu, na­zwał Homo ha­bi­lis, czy­li czło­wiek zręcz­ny. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych Mary Le­akey od­kry­ła od­ci­ski stóp sprzed 3,6 mi­lio­na lat, za­cho­wa­ne w ska­mie­nia­łym po­pie­le wul­ka­nicz­nym. Na­le­ża­ły do trzech ho­mi­ni­dów idą­cych w po­sta­wie wy­pro­sto­wa­nej oraz in­nych zwie­rząt, co su­ge­ro­wa­ło, że cho­dze­nie na dwóch no­gach po­ja­wi­ło się wcze­śniej, za­nim wy­kształ­cił się duży mózg.

W pierw­szej po­ło­wie XX wie­ku pro­wa­dze­nie ba­dań nad ska­mie­nia­ły­mi ko­ść­mi ludz­ki­mi skom­pli­ko­wa­ły dziw­ne zna­le­zi­ska w żwi­row­ni w wio­sce Pilt­down w po­łu­dnio­wej An­glii. Pierw­sze­go do­ko­na­no w 1908 roku. Czte­ry lata póź­niej miej­sco­wy ar­che­olog ama­tor Char­les Daw­son (1864-1916) ogło­sił zna­le­zie­nie czasz­ki w Pilt­down. Wzbu­dzi­ło ono ogrom­ne za­in­te­re­so­wa­nie. Czło­wiek z Pilt­down miał współ­cze­śnie wy­glą­da­ją­cą czasz­kę i szczę­kę jak u mał­py. Wy­da­wał się bra­ku­ją­cym ogni­wem ewo­lu­cji mię­dzy mał­pa­mi a współ­cze­snym czło­wie­kiem. Wie­lu wy­bit­nych na­ukow­ców opu­bli­ko­wa­ło pra­ce na te­mat tego nie­zwy­kłe­go od­kry­cia. Trud­no jed­nak było je wpa­so­wać w sze­reg ska­mie­lin no­wych ho­mi­ni­dów i pre­hi­sto­rycz­nych małp. Zna­le­zi­sko z Pilt­down za­wsze bu­dzi­ło po­dej­rze­nia, a na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku tech­ni­ki da­to­wa­nia, nie­zna­ne jesz­cze w 1908 roku, ujaw­ni­ły, że to mi­sty­fi­ka­cja. Ktoś po­łą­czył współ­cze­sną czasz­kę ze szczę­ką oran­gu­ta­na i na­mo­czył je w che­mi­ka­liach, aby wy­glą­da­ły na star­sze niż w rze­czy­wi­sto­ści. Zęby też zo­sta­ły wsta­wio­ne. Nie ma pew­no­ści, kto tego do­ko­nał. Było kil­ku po­dej­rza­nych, ale żad­ne­go win­ne­go. Sam Daw­son pla­su­je się wy­so­ko na li­ście po­dej­rza­nych o fał­szer­stwo.

Gdy stwier­dzo­no, że od­kry­cie z Pilt­down to oszu­stwo, uda­ło się upo­rząd­ko­wać inne ska­mie­li­ny ho­mi­ni­dów w bar­dziej praw­do­po­dob­ną se­kwen­cję, wy­ko­rzy­stu­jąc tech­ni­kę da­to­wa­nia ra­dio­me­trycz­ne­go do usta­le­nia ich wie­ku i po­rów­nu­jąc ich ce­chy fi­zycz­ne. Wy­jąt­ko­wą sła­wę zy­ska­ła ska­mie­li­na na­zwa­na Lucy, któ­rą wy­sta­wia­no w wie­lu mia­stach. Po­wsta­ła na­wet jej "bio­gra­fia". Po­nad po­ło­wę szkie­le­tu Lucy zna­le­zio­no w Etio­pii w 1978 roku. Ko­bie­ta żyła 3-4 mi­lio­ny lat temu, a za­tem dużo wcze­śniej niż dziec­ko z Taung. Lucy (po­dob­nie jak dziec­ko z Taung) za­kwa­li­fi­ko­wa­no do ro­dza­ju Au­stra­lo­pi­the­cus, ale do star­sze­go ga­tun­ku afa­ren­sis (czy­li mał­pa z Afar). Jej nogi, mied­ni­ca i sto­py wska­zu­ją na to, że praw­do­po­dob­nie cho­dzi­ła wy­pro­sto­wa­na oraz wspi­na­ła się na drze­wa lub ska­ły. Po­jem­ność jej mó­zgu nie była dużo więk­sza niż u współ­cze­snych szym­pan­sów, ale w po­rów­na­niu do cia­ła i tak była więk­sza niż u tych małp. (Pro­por­cja mó­zgu do cia­ła le­piej in­for­mu­je o funk­cjach umy­sło­wych niż sama wiel­kość mó­zgu; sło­nie mają więk­sze mó­zgi niż lu­dzie, ale mniej­szy współ­czyn­nik mózg : cia­ło. Oczy­wi­ście na in­te­li­gen­cję wpły­wa też wie­le in­nych czyn­ni­ków, nie tyl­ko wiel­kość mó­zgu). Lucy wy­ka­zu­je ce­chy mie­sza­ne, nie "na­giej mał­py", ale osob­nej isto­ty, któ­ra od­nio­sła suk­ces ewo­lu­cyj­ny.

Set­ki ska­mie­nia­ło­ści ho­mi­ni­dów z róż­nych za­kąt­ków świa­ta po­zwo­li­ły nam dość do­brze po­znać ścież­kę ewo­lu­cyj­ną pro­wa­dzą­cą do po­wsta­nia współ­cze­sne­go czło­wie­ka. Po­tra­fi­my na­wet po­wie­dzieć, co ja­da­li nasi przod­ko­wie i ja­kie pa­so­ży­ty im do­ku­cza­ły. W tej ukła­dan­ce bra­ku­je jesz­cze wie­lu ka­wał­ków i trwa­ją dys­ku­sje ma­ją­ce na celu usta­le­nie no­wych szcze­gó­łów (np. co mówi nam ten ząb albo kształt ko­ści udo­wej?) Cze­ka nas jesz­cze mnó­stwo nie­spo­dzia­nek, po­nie­waż wciąż wy­ko­pu­je­my ko­lej­ne ska­mie­li­ny. W 2003 roku w In­do­ne­zji au­stra­lij­ski ar­che­olog Mike Mor­wo­od (1950-2013) wraz ko­le­ga­mi zna­lazł małe ho­mi­ni­dy z wy­spy Flo­res. Żyły za­le­d­wie 15 ty­się­cy lat temu, ale na­le­ża­ły do przy­pusz­czal­nie nie­zna­ne­go ga­tun­ku. Do­kład­ny sta­tus Homo flo­re­sien­sis (czło­wiek z Flo­res, zwa­ny hob­bi­tem) jest wciąż nie­pew­ny. Pró­by ana­li­zy jego DNA (naj­pew­niej­szy spo­sób usta­la­nia bio­lo­gicz­ne­go po­kre­wień­stwa) na ra­zie nie przy­nio­sły re­zul­ta­tów.

Roz­pra­co­wy­wa­nie re­la­cji łą­czą­cych ne­an­der­tal­czy­ków ze współ­cze­sny­mi ludź­mi to eks­cy­tu­ją­ce wy­zwa­nie. Ten ga­tu­nek z pew­no­ścią żył w Eu­ro­pie oko­ło 50 ty­się­cy lat temu, w tym sa­mym cza­sie co Homo sa­piens. Mamy część jego ge­nów. Czy Homo sa­piens przy­czy­nił się do wy­gi­nię­cia ne­an­der­tal­czy­ków? Przy­pusz­czal­nie tak. Oba ga­tun­ki mu­sia­ły zno­sić bar­dzo ni­skie tem­pe­ra­tu­ry pod­czas ostat­nie­go zlo­do­wa­ce­nia w Eu­ro­pie i ne­an­der­tal­czy­cy go nie prze­ży­li.

Aby zre­kon­stru­ować drze­wo ro­dzin­ne lu­dzi na pod­sta­wie ska­mie­lin z róż­nych cza­sów i miejsc, na­ukow­cy uży­wa­ją ta­kich sa­mych na­rzę­dzi i tech­nik, z ja­kich ko­rzy­sta­ją przy ba­da­niu in­nych istot, np. koni czy hi­po­po­ta­mów. Jed­nak przy pra­cy nad hi­sto­rią ga­tun­ku ludz­kie­go to­wa­rzy­szy im znacz­nie wię­cej emo­cji. Twar­de do­wo­dy, któ­re pa­le­on­to­lo­dzy, an­tro­po­lo­dzy, ar­che­olo­dzy i inni spe­cja­li­ści usi­łu­ją po­skła­dać w ca­łość, pro­wa­dzą do usta­leń, że ho­mi­ni­dy, w tym Homo sa­piens, naj­pierw żyły w Afry­ce, a stam­tąd roz­prze­strze­ni­ły się na inne ob­sza­ry. Na­ukow­com bra­ku­je jesz­cze wie­lu in­for­ma­cji, mię­dzy in­ny­mi o mi­gra­cjach wcze­snych ho­mi­ni­dów. Czy było kil­ka fal mi­gra­cji z Afry­ki? Co do­pro­wa­dzi­ło do szyb­kiej ewo­lu­cji du­że­go mó­zgu, któ­ry od­róż­nia nasz ga­tu­nek od po­krew­nych? Na­uka zaj­mu­je się szu­ka­niem od­po­wie­dzi głów­nie na py­ta­nie "jak", nie "dla­cze­go". Szcze­gól­nie do­ty­czy to wie­dzy o na­szych przod­kach i - jak to okre­ślił Hux­ley - "miej­sca czło­wie­ka w przy­ro­dzie".

ROZDZIAŁ 36

Cudowne leki

Na Zie­mi może być na­wet 5 mi­lio­nów bi­lio­nów bi­lio­nów bak­te­rii (5 x 1030, czy­li piąt­ka i trzy­dzie­ści zer). To wręcz nie­wy­obra­żal­na licz­ba. Bak­te­rie mogą żyć pra­wie wszę­dzie: w gle­bie, oce­anach, ark­tycz­nym lo­dzie, go­rą­cej wo­dzie gej­ze­rów, głę­bo­ko pod zie­mią w ska­łach, na na­szej skó­rze i we­wnątrz na­szych ciał. Ro­bią wie­le po­ży­tecz­nych rze­czy. Gdy­by ich za­bra­kło, co by się sta­ło ze wszyst­ki­mi od­pad­ka­mi, któ­re roz­kła­da­ją? Nasz or­ga­nizm wy­ko­rzy­stu­je ich zdol­ność do tra­wie­nia. Bak­te­rie ży­ją­ce w na­szym prze­wo­dzie po­kar­mo­wym roz­kła­da­ją zje­dzo­ne przez nas po­kar­my, uwal­nia­jąc biał­ka i wi­ta­mi­ny. Nie­któ­re bak­te­rie, a tak­że inne mi­kro­or­ga­ni­zmy (np. grzy­by) po­tra­fią wy­twa­rzać sub­stan­cje lecz­ni­cze, zwa­ne an­ty­bio­ty­ka­mi. Więk­szość z nas już za­ży­wa­ła te pre­pa­ra­ty.

W XIX wie­ku ucze­ni od­kry­li, że nie­któ­re bak­te­rie wy­wo­łu­ją po­waż­ne cho­ro­by i za­ka­ża­ją rany. W roz­dzia­le 27 opo­wie­dzia­łem o tym, jak przy­ję­to teo­rię drob­no­ustro­jów cho­ro­bo­twór­czych. Na­ukow­cy na­tych­miast za­czę­li szu­kać ta­kich le­ków, któ­re za­bi­ja­ją ata­ku­ją­ce nas bak­te­rie, ale nie uszka­dza­ją ko­mó­rek na­sze­go cia­ła. Było to po­szu­ki­wa­nie "ma­gicz­nych kul", jak po­wie­dział nie­miec­ki le­karz Paul Ehr­lich (1854-1915). Wy­na­lazł on lek na sy­fi­lis, ale me­dy­ka­ment za­wie­rał tru­ją­cy ar­sze­nik, któ­ry wy­wo­ły­wał po­waż­ne skut­ki ubocz­ne, więc trze­ba było bar­dzo ostroż­nie go daw­ko­wać.

W po­ło­wie lat trzy­dzie­stych XX wie­ku nie­miec­ki le­karz Ger­hard Do­magk (1895-1964) do le­cze­nia za­czął uży­wać siar­ki. Stwier­dził, że zwią­zek che­micz­ny o na­zwie pron­to­sil sku­tecz­nie li­kwi­du­je kil­ka ro­dza­jów cho­ro­bo­twór­czych bak­te­rii. Jed­ną z pierw­szych pa­cjen­tek, na któ­rych spraw­dzał dzia­ła­nie tego pre­pa­ra­tu, była jego cór­ka za­ka­żo­na pa­cior­kow­ca­mi po­wo­du­ją­cy­mi in­fek­cje skó­ry. Pron­to­sil po­ma­gał tak­że na szkar­la­ty­nę i go­rącz­kę po­ło­go­wą, któ­ra za­bi­ja­ła ko­bie­ty po po­ro­dzie. W 1936 roku lek wszedł do po­wszech­ne­go użyt­ku i przy­czy­nił się do wy­raź­ne­go spad­ku śmier­tel­no­ści z po­wo­du za­ka­żeń pa­cior­kow­ca­mi. Pron­to­sil i inne pre­pa­ra­ty na ba­zie siar­ki były naj­lep­szy­mi środ­ka­mi, któ­re le­ka­rze mo­gli prze­pi­sać na okre­ślo­ne in­fek­cje bak­te­ryj­ne. W 1939 roku Do­magk otrzy­mał Na­gro­dę No­bla (choć w tym cza­sie już na­zi­ści za­bra­nia­li Niem­com jej od­bie­ra­nia).

Na­stęp­ną Na­gro­dę No­bla za od­kry­cie leku przy­zna­no po woj­nie, w 1945 roku. Trzech na­ukow­ców - Szkot Ale­xan­der Fle­ming (1881-1955), Au­stra­lij­czyk Ho­ward Flo­rey (1898-1968) i nie­miec­ki uchodź­ca Ernst Cha­in (1906-1979) - po­dzie­li­li się na­gro­dą za od­kry­cie pe­ni­cy­li­ny (pierw­sze­go an­ty­bio­ty­ku). An­ty­bio­tyk to sub­stan­cja pro­du­ko­wa­na przez je­den mi­kro­or­ga­nizm, za­bi­ja­ją­ca inne mi­kro­or­ga­ni­zmy. Pe­ni­cy­li­nę wy­od­ręb­nia­no z na­tu­ral­ne­go źró­dła - Pe­ni­cil­lium no­ta­tum, czy­li pędz­la­ka, bę­dą­ce­go ro­dza­jem grzy­ba. Na sta­rym chle­bie moż­na zo­ba­czyć nie­bie­ska­we wy­kwi­ty ple­śni - to są wła­śnie grzy­by ta­kie jak pędz­lak. Sza­cu­je się, że na na­szej pla­ne­cie wy­stę­pu­je pół mi­lio­na ga­tun­ków grzy­bów ple­śnio­wych. Mają skom­pli­ko­wa­ny cykl ży­cio­wy, w tym sta­dium za­rod­ni­ko­we przy­po­mi­na­ją­ce na­sio­na ro­ślin. Współ­cze­sne an­ty­bio­ty­ki pro­du­ku­je się w la­bo­ra­to­riach, a nie uzy­sku­je z na­tu­ral­nych źró­deł (czy­li grzy­bów), ale mają one iden­tycz­ne dzia­ła­nie.

Hi­sto­ria pe­ni­cy­li­ny za­czę­ła się na do­bre w la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku. Jak wszyst­kie cie­ka­we hi­sto­rie ma kil­ka wer­sji. We­dług jed­nej z nich w 1928 roku za­rod­ni­ki ple­śni wle­cia­ły przez okno do la­bo­ra­to­rium Ale­xan­dra Fle­min­ga w lon­dyń­skim szpi­ta­lu Świę­tej Ma­rii. Le­karz za­uwa­żył, że bak­te­rie ho­do­wa­ne na szal­kach Pe­trie­go prze­sta­ły ro­snąć tam, gdzie osia­dły za­rod­ni­ki. Stwier­dził, że są to za­rod­ni­ki pędz­la­ków. Prze­pro­wa­dził ba­da­nia i opu­bli­ko­wał wy­ni­ki, aby po­dzie­lić się nimi z bak­te­rio­lo­ga­mi. Nie wie­dział jed­nak, jak uzy­skać wię­cej sub­stan­cji wy­pro­du­ko­wa­nej przez za­rod­ni­ki. Fle­ming ogra­ni­czył się więc do in­te­re­su­ją­cej i obie­cu­ją­cej la­bo­ra­to­ryj­nej ob­ser­wa­cji.

De­ka­dę póź­niej Eu­ro­pę ogar­nę­ła dru­ga woj­na świa­to­wa. Kon­flik­ty zbroj­ne za­wsze sprzy­ja­ły wy­bu­chom cho­rób za­kaź­nych wśród żoł­nie­rzy i cy­wi­lów. Dla­te­go miesz­ka­ją­ce­go w An­glii pa­to­lo­ga Ho­war­da Flo­reya po­pro­szo­no o zna­le­zie­nie sku­tecz­ne­go leku prze­ciw in­fek­cjom. Je­den z jego współ­pra­cow­ni­ków, Ernst Cha­in, za­czął czy­tać wszyst­ko na ten te­mat, do cze­go tyl­ko miał do­stęp, mię­dzy in­ny­mi sta­rą pra­cę Fle­min­ga. Na­stęp­nie spró­bo­wał wy­eks­tra­ho­wać ak­tyw­ną sub­stan­cję wy­twa­rza­ną przez pędz­la­ka. W mar­cu 1940 roku inny z asy­sten­tów Flo­reya, Nor­man He­atley (1911-2004), zna­lazł lep­szy spo­sób po­zy­ski­wa­nia tej obie­cu­ją­cej sub­stan­cji. Pra­cu­jąc w cięż­kich wo­jen­nych wa­run­kach, na­ukow­cy mu­sie­li so­bie ra­dzić bez do­sta­tecz­nych środ­ków fi­nan­so­wych na ba­da­nia. Do ho­dow­li roz­two­rów ple­śni uży­wa­li szpi­tal­nych noc­ni­ków i ma­sel­nic. Mimo to uda­ło im się uzy­skać sto­sun­ko­wo czy­stą pe­ni­cy­li­nę. Te­sty na my­szach po­ka­za­ły, że bar­dzo sku­tecz­nie ogra­ni­cza ona in­fek­cje. Jed­nak wy­izo­lo­wa­nie tej cu­dow­nej sub­stan­cji było bar­dzo trud­ne. Po­trze­ba było aż tony su­ro­we­go roz­two­ru pe­ni­cy­li­ny, aby uzy­skać dwa gra­my le­kar­stwa. Pierw­szym pa­cjen­tem le­czo­nym pe­ni­cy­li­ną był po­li­cjant, któ­re­mu po za­dra­pa­niu kol­cem róży wda­ło się za­ka­że­nie. Po po­da­niu leku jego stan na krót­ko się po­pra­wił. Na­ukow­cy fil­tro­wa­li jego mocz, aby od­zy­ski­wać cen­ny lek. Jed­nak gdy za­pa­sy pe­ni­cy­li­ny się skoń­czy­ły, po­li­cjant zmarł.

W cza­sie woj­ny Wiel­ka Bry­ta­nia nie mia­ła dość za­so­bów prze­my­sło­wych, aby wy­pro­du­ko­wać wy­star­cza­ją­cą ilość pe­ni­cy­li­ny. Dla­te­go w lip­cu 1941 roku Flo­rey i He­atley po­le­cie­li do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, aby na­kło­nić do tego ame­ry­kań­skie fir­my far­ma­ceu­tycz­ne. Flo­rey był na­ukow­cem sta­rej daty. Wie­rzył, że ta­kie od­kry­cia po­win­ny słu­żyć ogól­ne­mu do­bru i nie na­le­ży ich pa­ten­to­wać. (Pa­tent to spo­sób na ochro­nę po­my­słu wy­na­laz­cy, gwa­ran­tu­ją­cy, że nikt inny go nie sko­piu­je). Ame­ry­ka­nie mie­li do tego inne po­dej­ście. Dwie fir­my opra­co­wa­ły spe­cjal­ne me­to­dy pro­duk­cji pe­ni­cy­li­ny na ma­so­wą ska­lę. Aby zwró­ci­ły im się pie­nią­dze za­in­we­sto­wa­ne w ba­da­nia, opa­ten­to­wa­li te me­to­dy, co ozna­cza­ło, że nikt inny nie może ich za­sto­so­wać do pro­duk­cji leku. W 1943 roku pe­ni­cy­li­nę wpro­wa­dzo­no do użyt­ku woj­sko­we­go i w ogra­ni­czo­nym stop­niu cy­wil­ne­go. Oka­za­ło się, że sku­tecz­nie zwal­cza pa­cior­kow­ce i nie­któ­re mi­kro­or­ga­ni­zmy wy­wo­łu­ją­ce za­pa­le­nie płuc, mnó­stwo in­fek­cji ran oraz okre­ślo­ne cho­ro­by prze­no­szo­ne dro­gą płcio­wą. Wkrót­ce pro­du­ko­wa­no już tyle pe­ni­cy­li­ny, że po­da­wa­no ją tym, któ­rzy jej po­trze­bo­wa­li, zwłasz­cza żoł­nie­rzom na fron­cie, by jak naj­szyb­ciej do­pro­wa­dzić do za­koń­cze­nia woj­ny.

W cza­sie gdy Flo­rey i jego ze­spół zaj­mo­wa­li się pe­ni­cy­li­ną, Sel­man Wak­sman (1888-1973), któ­ry przy­je­chał do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w 1910 roku z Ukra­iny, pro­wa­dził pro­jekt ba­daw­czy nad an­ty­bio­ty­ko­wy­mi wła­ści­wo­ścia­mi bak­te­rii. Fa­scy­no­wa­ły go mi­kro­or­ga­ni­zmy ży­ją­ce w gle­bie. Za­uwa­żył, że nie­któ­re z nich za­bi­ja­ją bak­te­rie gle­bo­we. Od koń­ca lat trzy­dzie­stych pró­bo­wał wy­izo­lo­wać z nich sub­stan­cje, któ­re mo­gły dzia­łać jak an­ty­bio­tyk. Wraz ze stu­den­ta­mi po­zy­skał kil­ka sku­tecz­nych sub­stan­cji, ale oka­za­ły się one zbyt tok­sycz­ne dla lu­dzi. W 1943 roku je­den z jego stu­den­tów wy­izo­lo­wał strep­to­my­cy­nę z pro­mie­niow­ców (Strep­to­my­ces, ro­dzaj bak­te­rii). Była sku­tecz­na i mało szko­dli­wa dla pa­cjen­tów. Zwal­cza­ła prąt­ki gruź­li­cy, a ta cho­ro­ba za­bi­ła w XIX wie­ku wię­cej lu­dzi niż ja­ka­kol­wiek inna. Co praw­da w la­tach czter­dzie­stych XX wie­ku była już mniej roz­po­wszech­nio­na na Za­cho­dzie, ale wciąż jesz­cze zbie­ra­ła śmier­tel­ne żni­wo na świe­cie. Jej ofia­rą zwy­kle pa­da­li mło­dzi lu­dzie, zo­sta­wia­jąc owdo­wia­łe żony lub mę­żów oraz osie­ro­co­ne dzie­ci.

Pe­ni­cy­li­na i strep­to­my­cy­na były pierw­szy­mi le­kar­stwa­mi z du­żej gru­py an­ty­bio­ty­ków i in­nych pre­pa­ra­tów prze­ciw cho­ro­bom za­kaź­nym. Po dru­giej woj­nie świa­to­wej dały lu­dziom na­dzie­ję, że dzię­ki po­tę­dze me­dy­cy­ny ta­kie cho­ro­by zo­sta­ną po­ko­na­ne, a na­wet cał­ko­wi­cie wy­eli­mi­no­wa­ne. Na Za­cho­dzie co­raz mniej lu­dzi umie­ra z po­wo­du in­fek­cji, ale nie uda­ło się ich cał­ko­wi­cie po­ko­nać. Co ja­kiś czas na­stę­pu­je gwał­tow­ny wzrost umie­ral­no­ści z po­wo­du no­wych cho­rób, ta­kich jak AIDS. Mimo to w XXI wie­ku wie­lu mło­dych lu­dzi jest zdrow­szych od swo­ich ro­dzi­ców i dziad­ków.

Gdy­by jed­nak opty­mi­ści z lat sześć­dzie­sią­tych XX wie­ku uważ­niej prze­śle­dzi­li hi­sto­rię wcze­śniej­szych od­kryć far­ma­ceu­tycz­nych, zda­li­by so­bie spra­wę z tego, że cuda się nie zda­rza­ją. Do­wo­dzi tego przy­kład in­su­li­ny sto­so­wa­nej do le­cze­nia cu­krzy­cy od lat dwu­dzie­stych XX wie­ku. Cu­krzy­ca to cięż­ka cho­ro­ba, któ­ra może wy­stę­po­wać w dwóch po­sta­ciach (typ 1 i typ 2). Je­śli się jej nie le­czy, cho­rzy na cu­krzy­cę typu 1 tra­cą wagę i sta­ją się cho­ro­bli­wie chu­dzi, są cią­gle spra­gnie­ni, czę­sto od­da­ją mocz, wpa­da­ją w śpiącz­kę i w koń­cu umie­ra­ją. Scho­rze­nie to na ogół ata­ku­je mło­dych lu­dzi. To skom­pli­ko­wa­na cho­ro­ba, a jej pod­sta­wo­wą przy­czy­ną jest to, że pro­du­ku­ją­ce in­su­li­nę ko­mór­ki trzust­ki (or­gan w po­bli­żu żo­łąd­ka) prze­sta­ją dzia­łać. In­su­li­na to hor­mon, czy­li che­micz­ny "prze­kaź­nik", któ­ry po­zwa­la utrzy­mać stę­że­nie cu­kru we krwi na pra­wi­dło­wym po­zio­mie.

Pe­ni­cy­li­nę od­kry­to dzię­ki szczę­śli­we­mu przy­pad­ko­wi, na­to­miast uzy­ska­nie in­su­li­ny było efek­tem żmud­nych ba­dań nad dzia­ła­niem róż­nych czę­ści ludz­kie­go or­ga­ni­zmu. Na­ukow­cy wy­ka­za­li zna­cze­nie trzust­ki, usu­wa­jąc ją psom (i in­nym zwie­rzę­tom), któ­re póź­niej za­pa­da­ły na cho­ro­bę po­dob­ną do cu­krzy­cy. La­tem 1921 roku szef in­sty­tu­tu ba­daw­cze­go na uni­wer­sy­te­cie w To­ron­to (Ka­na­da), pro­fe­sor John Ja­mes Ri­chard Mac­le­od (1876-1935), był nie­obec­ny. Mło­dy chi­rurg Fre­de­rick Ban­ting (1891-1941) i jego asy­stent, stu­dent Char­les Best (1899-1978), prze­pro­wa­dzi­li w tym cza­sie se­rię pro­stych do­świad­czeń. Z po­mo­cą bio­che­mi­ka Ja­me­sa Col­li­pa (1892-1965) uda­ło im się wy­izo­lo­wać i oczy­ścić in­su­li­nę z trzu­stek psów. Gdy po­da­li ją zwie­rzę­tom do­świad­czal­nym, któ­rym wcze­śniej usu­nę­li trzust­ki, cu­krzy­ca ustą­pi­ła.

In­su­li­na zo­sta­ła opi­sa­na jako "siła o ma­gicz­nym dzia­ła­niu". Do­słow­nie ra­to­wa­ła od pew­nej śmier­ci cho­rych na cu­krzy­cę typu 1. W 1922 roku jed­nym z nich był czter­na­sto­let­ni Le­onard Thomp­son, pierw­szy pa­cjent le­czo­ny za­strzy­ka­mi z in­su­li­ny. Cho­ry miał po­waż­ną nie­do­wa­gę i był tak sła­by, że nie wsta­wał ze szpi­tal­ne­go łóż­ka. Za­strzy­ki ob­ni­ży­ły po­ziom cu­kru w jego krwi, przy­brał na wa­dze i mógł opu­ścić szpi­tal ze strzy­kaw­ką i za­pa­sem in­su­li­ny.

Rok póź­niej Ban­ting i pro­fe­sor Mac­le­od otrzy­ma­li Na­gro­dę No­bla i po­dzie­li się pie­niędz­mi z Be­stem i Col­li­pem. Tak szyb­kie wy­róż­nie­nie na­ukow­ców świad­czy­ło o tym, że wszy­scy do­ce­ni­li wagę ich pra­cy. In­su­li­na była bar­dzo waż­na. Dała wie­le do­dat­ko­wych lat ży­cia ca­łej rze­szy mło­dych lu­dzi, ale nie gwa­ran­to­wa­ła nor­mal­nej eg­zy­sten­cji. Cu­krzy­cy mu­sie­li sto­so­wać die­tę, re­gu­lar­nie przyj­mo­wać in­su­li­nę w za­strzy­kach i czę­sto ba­dać po­ziom cu­kru. Taki lek był jed­nak lep­szy niż ża­den. De­ka­dę lub dwie póź­niej wie­lu z nich za­czę­ło cier­pieć z po­wo­du in­nych do­le­gli­wo­ści: nie­wy­dol­no­ści ne­rek, cho­rób ser­ca, za­bu­rzeń wzro­ku i bo­le­snych wrzo­dów na no­gach, któ­re nie chcia­ły się goić. In­su­li­na zmie­ni­ła ostrą, śmier­tel­ną cho­ro­bę w trwa­ją­ce do koń­ca ży­cia scho­rze­nia, któ­re wy­ma­ga­ły nie­ustan­ne­go le­cze­nia. Te same pro­ble­my po­ja­wi­ły się w przy­pad­ku cu­krzy­cy typu 2, któ­ra do­ty­ka głów­nie lu­dzi oty­łych. Obec­nie jest to naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­na od­mia­na tej cho­ro­by i za­pa­da na nią co­raz wię­cej osób. Współ­cze­sna die­ta za­wie­ra zbyt dużo cu­kru i opie­ra się na prze­two­rzo­nej żyw­no­ści, a oty­łość przy­bra­ła roz­mia­ry glo­bal­nej epi­de­mii. Na­uka i me­dy­cy­na po­mo­gły: ta­blet­ki ob­ni­ża­ją po­ziom cu­kru we krwi, ale w póź­niej­szych la­tach cho­rzy na cu­krzy­cę typu 2 mu­szą zma­gać się z ta­ki­mi sa­my­mi do­le­gli­wo­ścia­mi co inni cu­krzy­cy. Leki nie są tak do­bre w re­gu­lo­wa­niu po­zio­mu cu­kru w or­ga­ni­zmie jak na­sze wła­sne or­ga­ny.

Na­tu­ra po­ka­za­ła nam, że nie mo­że­my cał­ko­wi­cie po­le­gać na pe­ni­cy­li­nie i in­nych an­ty­bio­ty­kach. Te leki wciąż są przy­dat­ne, ale bak­te­rie szyb­ko przy­sto­so­wu­ją się do no­wych wa­run­ków i sta­ją się na nie opor­ne. Od­kry­ty przez Dar­wi­na do­bór na­tu­ral­ny dzia­ła w ca­łej przy­ro­dzie i bak­te­rie wy­two­rzy­ły me­cha­ni­zmy obron­ne przed le­ka­mi, któ­re mia­ły je za­bi­jać. Szcze­gól­nie do­brze przy­sto­so­wu­ją się gron­kow­ce i prąt­ki gruź­li­cy. Ich geny, tak jak wszyst­kich in­nych istot ży­wych, cza­sa­mi ule­ga­ją mu­ta­cjom, któ­re po­zwa­la­ją im prze­trwać i są prze­ka­zy­wa­ne na­stęp­ne­mu po­ko­le­niu. Dziś le­cze­nie in­fek­cji to swe­go ro­dza­ju za­ba­wa w kot­ka i mysz­kę - opra­co­wu­je­my nowe leki, aby ata­ko­wać za­raz­ki od­por­ne pra­wie na każ­dą broń, któ­rą je­ste­śmy w sta­nie prze­ciw nim wy­to­czyć. Jed­nym z ostat­nich pro­ble­mów jest gron­ko­wiec zło­ci­sty opor­ny na me­ty­cy­li­nę (MRSA, z ang. me­thi­cyl­lin-re­si­stant Sta­phy­lo­coc­cus au­reus). To jed­na z tych bak­te­rii, któ­re nor­mal­nie żyją w na­szych cia­łach, a w ra­zie za­dra­pa­nia mogą wy­wo­łać nie­wiel­ką in­fek­cję. Groź­na jest do­pie­ro od­mia­na opor­na na an­ty­bio­ty­ki, któ­ra czę­sto wy­stę­pu­je w szpi­ta­lach. Po­nie­waż tam uży­wa się wie­lu an­ty­bio­ty­ków, prze­ży­wa­ją je­dy­nie naj­sil­niej­sze bak­te­rie, któ­re wy­kształ­ci­ły na nie opor­ność. Nie tyl­ko bak­te­rie prze­ciw­sta­wia­ją się pró­bom kon­tro­lo­wa­nia cho­rób. Pra­wie ża­den lek nie dzia­ła rów­nież na nie­któ­re pa­so­ży­ty wy­wo­łu­ją­ce ma­la­rię.

Wie­my już, że drob­no­ustro­je sta­ją się opor­ne na leki, gdy pa­cjen­ci nie za­ży­wa­ją ca­łej prze­pi­sa­nej im daw­ki leku albo kie­dy le­ka­rze nie­wła­ści­wie do­zu­ją le­kar­stwa. Pro­wa­dzi do tego tak­że nie­od­po­wied­nie sto­so­wa­nie an­ty­bio­ty­ków - czę­sto są nie­po­trzeb­nie po­da­wa­ne na prze­zię­bie­nia, in­fek­cje i bóle gar­dła wy­wo­ły­wa­ne przez wi­ru­sy. (An­ty­bio­ty­ki zwal­cza­ją bak­te­rie, ale nie dzia­ła­ją na wi­ru­sy). Je­śli daw­ka an­ty­bio­ty­ku jest nie­wy­star­cza­ją­ca do za­bi­cia cho­ro­bo­twór­czych bak­te­rii, le­cze­nie po­wo­du­je wy­kształ­ce­nie opor­nych szcze­pów. W przy­szło­ści mogą one wy­wo­łać cho­ro­bę, któ­rej nie bę­dzie­my po­tra­fi­li ni­czym wy­le­czyć.

Mimo tych wszyst­kich pro­ble­mów le­ka­rze mają dziś dużo wię­cej sil­nych i sku­tecz­nych le­karstw niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Nie­któ­re, jak in­su­li­na, po­zwa­la­ją ra­czej kon­tro­lo­wać cho­ro­bę, niż z niej wy­le­czyć, ale wszyst­kie współ­cze­sne leki dają lu­dziom szan­se na dłuż­sze ży­cie. W wie­lu kra­jach, szcze­gól­nie wy­so­ko roz­wi­nię­tych, wzro­sła tak­że śred­nia dłu­gość ży­cia. Po­waż­ne pro­ble­my, zwłasz­cza w ubo­gich spo­łe­czeń­stwach, jed­nak po­zo­sta­ły: nie za­wsze ła­two do­stać się do le­ka­rza, zdo­być wy­star­cza­ją­cą ilość po­ży­wie­nia, pić czy­stą wodę lub miesz­kać w wy­god­nym domu. Od po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wie­ku po­więk­sza się prze­paść mię­dzy za­moż­ny­mi a bied­ny­mi ludź­mi w bo­ga­tych kra­jach, a tak­że mię­dzy za­moż­ny­mi a bied­ny­mi kra­ja­mi, a tak nie po­win­no być.

Za­pew­nie­nie opie­ki me­dycz­nej kosz­tu­je dziś bar­dzo dużo. Wy­ko­rzy­stu­je się za­awan­so­wa­ne tech­no­lo­gie do dia­gno­zo­wa­nia cho­rób, a po­tem do le­cze­nia pa­cjen­tów. Opra­co­wa­nie i prze­te­sto­wa­nie no­wych le­ków to obec­nie znacz­nie więk­szy wy­da­tek fi­nan­so­wy niż kie­dyś wy­pro­du­ko­wa­nie pe­ni­cy­li­ny. Mu­si­my za­tem sami dbać o sie­bie, je­śli tyl­ko mo­że­my. Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo roz­wi­ja się me­dy­na, praw­dzi­we za­wsze po­zo­sta­nie po­wie­dze­nie: "Le­piej za­po­bie­gać, niż le­czyć".

ROZDZIAŁ 37

"Cegiełki" komórki: RNA i DNA

Z bie­giem cza­su na­ukow­cy za­czę­li się spe­cja­li­zo­wać w wy­bra­nych dzie­dzi­nach. Bio­lo­dzy tra­dy­cyj­nie zaj­mo­wa­li się bio­lo­gią, che­mi­cy - che­mią, a fi­zy­cy - fi­zy­ką. Co za­tem w la­tach trzy­dzie­stych XX wie­ku spo­wo­do­wa­ło, że naj­pierw che­mi­cy, a na­stęp­nie fi­zy­cy po­sta­no­wi­li wkro­czyć w sfe­rę pro­ble­mów przy­pi­sa­nych bio­lo­gom? Che­mia to na­uka o związ­kach che­micz­nych i re­ak­cjach. Jed­nak sta­ło się ja­sne, że żywe or­ga­ni­zmy - przed­miot ba­dań bio­lo­gii - skła­da­ją się z nie­któ­rych pier­wiast­ków ukła­du okre­so­we­go, ta­kich jak wę­giel, wo­dór, tlen i azot. Fi­zy­ka to na­uka o ma­te­rii i ener­gii, o ato­mach i cząst­kach ele­men­tar­nych. Czyż nie była spo­so­bem na lep­sze zro­zu­mie­nie isto­ty pier­wiast­ków che­micz­nych? Czy che­mia i fi­zy­ka nie mo­gły­by za­tem opi­sać ży­wych or­ga­ni­zmów jako sze­re­gu re­ak­cji che­micz­nych i struk­tur ato­mo­wych? I być może po­mo­gły­by zna­leźć od­po­wiedź na jed­no z naj­star­szych py­tań w na­uce: czym jest ży­cie?

W pierw­szych de­ka­dach XX wie­ku Tho­mas Hunt Mor­gan na przy­kła­dzie mu­szek owo­co­wych po­ka­zał, że chro­mo­so­my (struk­tu­ra bę­dą­ca no­śni­kiem in­for­ma­cji ge­ne­tycz­nej) znaj­du­ją­ce się w ją­drze ko­mór­ko­wym prze­no­szą ma­te­riał umoż­li­wia­ją­cy dzie­dzi­cze­nie cech. "Ma­te­riał" był tu do­brym okre­śle­niem. Ge­ne­ty­cy po­tra­fi­li cał­kiem do­brze wy­tłu­ma­czyć, co ten ma­te­riał robi. Spraw­dzi­li, że geny po­ło­żo­ne na róż­nych od­cin­kach chro­mo­so­mu od­po­wia­da­ją za roz­wój oka czy skrzy­dła. Mo­gli na­wet po­ka­zać, jak mu­ta­cje wy­wo­ła­ne pro­mie­nio­wa­niem rent­ge­now­skim pro­wa­dzą do wy­kształ­ce­nia skrzy­deł o nie­ty­po­wym kształ­cie - po­nie­waż byli prze­ko­na­ni, że pro­mie­nie X wpły­wa­ją na geny. Nie wie­dzie­li jed­nak, czym są geny.

Czy tym ma­te­ria­łem ge­ne­tycz­nym mo­gły­by być biał­ka? Bio­rą one udział w wie­lu waż­nych re­ak­cjach w na­szych or­ga­ni­zmach. Były pierw­szą gru­pą związ­ków sys­te­ma­tycz­nie prze­ba­da­nych przez bio­lo­gów mo­le­ku­lar­nych. Bio­lo­gia mo­le­ku­lar­na jest na­uką po­zwa­la­ją­cą zro­zu­mieć che­micz­ny aspekt i spo­sób dzia­ła­nia mo­le­kuł (czą­ste­czek) w ży­wych or­ga­ni­zmach. Biał­ka to prze­waż­nie bar­dzo duże, skom­pli­ko­wa­ne czą­stecz­ki zło­żo­ne z grup ami­no­kwa­sów bę­dą­cych mniej­szy­mi i prost­szy­mi ele­men­ta­mi. Po­nie­waż ami­no­kwa­sy mają prost­szą bu­do­wę, ła­twiej było usta­lić, z cze­go się skła­da­ją, prze­pro­wa­dza­jąc zwy­kłe re­ak­cje che­micz­ne syn­te­zy i ana­li­zy. Ist­nie­je oko­ło dwu­dzie­stu ami­no­kwa­sów, któ­re w róż­nych kom­bi­na­cjach two­rzą biał­ka ro­ślin­ne i zwie­rzę­ce.

Znacz­nie trud­niej było się do­wie­dzieć, w ja­kie struk­tu­ry łą­czą się ami­no­kwa­sy, aby po­wsta­ły biał­ka. W tej kwe­stii po­mo­gli fi­zy­cy i pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie. Ba­da­ne biał­ko naj­pierw trze­ba było zmie­nić w krysz­tał, a na­stęp­nie bom­bar­do­wać go pro­mie­nio­wa­niem rent­ge­now­skim. Pro­mie­nie X tra­fia­ją­ce w krysz­tał ugi­na­ją się i prze­cho­dzą da­lej albo od­bi­ja­ją się z po­wro­tem, two­rząc okre­ślo­ny wzór zwa­ny ob­ra­zem dy­frak­cyj­nym. Moż­na go utrwa­lić na kli­szy fo­to­gra­ficz­nej.

Od­czy­ty­wa­nie ob­ra­zów dy­frak­cyj­nych z klisz fo­to­gra­ficz­nych jest trud­nym za­da­niem. Wi­dać je­dy­nie mnó­stwo kro­pek i cie­ni ukła­da­ją­cych się w mi­ster­ny wzór. Pa­trzy się na pła­ski ob­raz, ale trze­ba my­śleć trój­wy­mia­ro­wo, a za­ło­że­nie oku­la­rów 3D nic nie po­mo­że. Trze­ba nie tyl­ko umieć wy­obra­zić so­bie trój­wy­mia­ro­wą struk­tu­rę, ale też znać się na che­mii i ro­zu­mieć, jak pier­wiast­ki łą­czą się ze sobą. Trze­ba też być do­brym ma­te­ma­ty­kiem. To wy­zwa­nie pod­ję­ła che­micz­ka pra­cu­ją­ca na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim - Do­ro­thy Hodg­kin (1910-1994). Jej ba­da­niom rent­ge­no­gra­ficz­nym za­wdzię­cza­my znacz­ną część na­szej wie­dzy o struk­tu­rze pe­ni­cy­li­ny, wi­ta­mi­ny B12 oraz in­su­li­ny. W 1964 roku otrzy­ma­ła za to Na­gro­dę No­bla.

Li­nus Pau­ling (1901-1994) rów­nież po­tra­fił umie­jęt­nie wy­ko­rzy­stać pro­mie­nio­wa­nie rent­ge­now­skie do ba­da­nia struk­tu­ry skom­pli­ko­wa­nych związ­ków che­micz­nych. Prze­pro­wa­dził ra­zem ze swo­imi współ­pra­cow­ni­ka­mi se­rię cie­ka­wych eks­pe­ry­men­tów, w któ­rych wy­ka­zał, że je­śli czą­stecz­ce he­mo­glo­bi­ny we krwi bra­ku­je za­le­d­wie jed­ne­go ami­no­kwa­su, po­wo­du­je to po­waż­ną cho­ro­bę - ane­mię sier­po­wa­tą. (Czer­wo­ne krwin­ki, za­miast być okrą­głe, sta­ją się pół­księ­ży­co­wa­te). Ta wada krwi naj­czę­ściej wy­stę­pu­je u miesz­kań­ców Afry­ki, gdzie sze­rzy się ma­la­ria. Sta­no­wi ona przy­kład ludz­kiej ewo­lu­cji. Po­sia­da­cze tyl­ko jed­nej ko­pii wa­dli­we­go genu (któ­re­go dzie­dzi­cze­nie od­by­wa się tak samo jak w przy­pad­ku gro­chu ba­da­nym przez Men­dla) w umiar­ko­wa­nym stop­niu cier­pią na nie­do­krwi­stość, ale są bar­dziej od­por­ni na ma­la­rię. Po­tom­stwo, któ­re odzie­dzi­czy ten gen po oboj­gu ro­dzi­cach, ma cięż­ką po­stać ane­mii. Symp­to­my ane­mii sier­po­wa­tej zi­den­ty­fi­ko­wa­no na po­cząt­ku XX wie­ku. Pięć lat póź­niej Pau­ling za­sto­so­wał nową tech­ni­kę bio­lo­gii mo­le­ku­lar­nej, aby usta­lić, na czym po­le­ga ta cho­ro­ba. Jego ba­da­nia za­po­cząt­ko­wa­ły nową erę w me­dy­cy­nie - me­dy­cy­nę mo­le­ku­lar­ną.

Po suk­ce­sach w ba­da­niu bia­łek Pau­lin­go­wi nie­mal uda­ło się roz­wią­zać naj­trud­niej­szą za­gad­kę - od­kryć struk­tu­rę mo­le­ku­lar­ną ge­nów. Z jego eks­pe­ry­men­tów rent­ge­no­gra­ficz­nych wy­ni­ka­ło, że wie­le bia­łek, na przy­kład te, któ­re bu­du­ją wło­sy i mięś­nie lub prze­no­szą tlen (he­mo­glo­bi­na), ma spe­cy­ficz­ny kształt. Czę­sto zwi­ja­ły się w spi­ra­lę (he­li­sę). Na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku wie­lu na­ukow­ców są­dzi­ło, że geny są zbu­do­wa­ne z kwa­su de­ok­sy­ry­bo­nu­kle­ino­we­go, le­piej zna­ne­go jako DNA. Kwas ten od­kry­to już w 1869 roku, ale usta­le­nie, jak wy­glą­da i do cze­go słu­ży, za­ję­ło uczo­nym mnó­stwo cza­su. W 1952 roku Pau­ling za­su­ge­ro­wał, że DNA ma po­stać dłu­giej czą­stecz­ki skrę­co­nej z trzech nici, czy­li po­trój­nej he­li­sy.

Gdy Pau­ling pra­co­wał w Ka­li­for­nii, dwie gru­py uczo­nych z An­glii ro­bi­ły wszyst­ko, aby do­kład­nie zba­dać DNA. W lon­dyń­skim King's Col­le­ge fi­zyk Mau­ri­ce Wil­kins (1916-2004) i che­micz­ka Ro­sa­lind Fran­klin (1920-1958) za­ję­li się bio­lo­gią mo­le­ku­lar­ną. Fran­klin świet­nie ro­bi­ła i od­czy­ty­wa­ła rent­ge­no­gra­my (dy­frak­to­gra­my). W Cam­brid­ge mło­dy Ame­ry­ka­nin Ja­mes Wat­son (ur. 1928) po­rzu­cił do­tych­cza­so­we za­in­te­re­so­wa­nie or­ni­to­lo­gią (na­uką o pta­kach) i za­czął współ­pra­cę z Fran­ci­sem Cric­kiem (1916-2004). Crick stu­dio­wał fi­zy­kę i po pra­cy dla Ad­mi­ra­li­cji pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej wró­cił na uni­wer­sy­tet jako do­ro­sły stu­dent tym ra­zem po to, aby zgłę­biać bio­lo­gię. Wat­son i Crick stwo­rzy­li je­den z naj­słyn­niej­szych du­etów na­uko­wych.

Crick wniósł do ze­spo­łu do­świad­cze­nie w ana­li­zo­wa­niu rent­ge­no­gra­mów struk­tu­ry bia­łek. Obaj wie­dzie­li, że DNA wy­stę­pu­je w chro­mo­so­mach w ją­drze ko­mór­ko­wym - tych sa­mych ele­men­tach ko­mór­ki, któ­re trzy­dzie­ści lat wcze­śniej ba­dał Mor­gan. Bu­do­wa­li wy­cię­te z pa­pie­ru mo­de­le, któ­re mia­ły im po­móc zro­zu­mieć moż­li­we struk­tu­ry DNA. Ko­rzy­sta­li tak­że ze zdjęć zro­bio­nych przez Fran­klin. Na po­cząt­ku 1953 roku zbu­do­wa­li mo­del pa­su­ją­cy do wszyst­kich da­nych z rent­ge­no­gra­mów. Uzna­li, że jest wła­ści­wy. We­dług aneg­do­ty wie­czo­rem po­szli do pubu świę­to­wać od­kry­cie "ta­jem­ni­cy ży­cia", jak to sami okre­śli­li. Za­pew­ne inni go­ście pubu nie bar­dzo się orien­to­wa­li, co ucze­ni mie­li na my­śli, ale wkrót­ce do­wie­dzie­li się o tym czy­tel­ni­cy ty­go­dni­ka na­uko­we­go Na­tu­re. Crick i Wat­son opu­bli­ko­wa­li wy­ni­ki swo­je­go od­kry­cia w nu­me­rze z 25 kwiet­nia 1953 roku. W cza­so­pi­śmie uka­zał się też tekst ze­spo­łu lon­dyń­skie­go - Wil­kin­sa i Fran­klin. Jed­nak­że to Crick i Wat­son do­wie­dli, że DNA two­rzą dwie skrę­co­ne nici, a nie trzy, jak są­dził Pau­ling. Nici były po­łą­czo­ne po­przecz­ka­mi, więc ca­łość wy­glą­da­ła jak dłu­ga, ela­stycz­na dra­bi­na, któ­ra zo­sta­ła skrę­co­na spi­ral­nie. Słup­ki dra­bi­ny zbu­do­wa­ne są z czą­ste­czek cu­kru de­ok­sy­ry­bo­zy (D) oraz fos­fo­ru. Każ­dy szcze­bel dra­bi­ny two­rzy para czą­ste­czek: ade­ni­na (A) i ty­mi­na (T) lub cy­to­zy­na (C) i gu­ani­na (G). To tak zwa­ne kom­ple­men­tar­ne pary za­sad. Sko­ro DNA ma taką struk­tu­rę, to w jaki spo­sób wy­ja­śnia ona "ta­jem­ni­cę ży­cia"?

Pary za­sad są po­łą­czo­ne wią­za­nia­mi wo­do­ro­wy­mi. Gdy ko­mór­ka się dzie­li, he­li­sa się roz­wi­ja, a nici od­dzie­la­ją - jak­by ktoś roz­su­wał su­wak mię­dzy nimi. Obie po­łów­ki he­li­sy sta­ją się wzo­ra­mi, we­dług któ­rych ko­mór­ka two­rzy kom­ple­men­tar­ne do nich nici. Po­wsta­ją więc dwa iden­tycz­ne łań­cu­chy DNA. Crick i Wat­son po­ka­za­li, w jaki spo­sób geny są prze­ka­zy­wa­ne po­tom­stwu i jak to się dzie­je, że ko­mór­ki po­tom­ne za­wie­ra­ją ten sam ze­staw ge­nów co ma­cie­rzy­ste. Pro­ces był pro­sty i ele­ganc­ki i na­tych­miast stał się dla wszyst­kich ja­sny. W 1962 roku, kie­dy śro­do­wi­sko na­uko­we w peł­ni za­ak­cep­to­wa­ło wy­ni­ki ba­dań nad struk­tu­rą i rolą DNA, Crick, Wat­son i Wil­kins do­sta­li Na­gro­dę No­bla. Ofi­cjal­nie jed­ną na­gro­dę moż­na przy­znać tyl­ko trzem oso­bom. Ro­sa­lind Fran­klin zo­sta­ła po­mi­nię­ta. W 1958 roku zmar­ła na raka jaj­ni­ków w wie­ku za­le­d­wie trzy­dzie­stu ośmiu lat.

Fran­cis Crick wraz z in­ny­mi kon­ty­nu­ował ba­da­nia, aby wy­jaś­nić, dla­cze­go geny są tak waż­ne dla or­ga­ni­zmów ży­wych, oprócz tego, że de­cy­du­ją o dzie­dzi­cze­niu cech. Na co dzień ich za­da­niem jest udział w syn­te­zo­wa­niu bia­łek. Kod ge­ne­tycz­ny two­rzą trzy są­sied­nie szcze­ble dra­bi­ny, a każ­da trój­ka za­sad (ko­don albo tri­plet) ko­du­je je­den ami­no­kwas. Crick wy­ka­zał, że nie­wiel­kie frag­men­ty (se­kwen­cje) czą­stecz­ki DNA do­star­cza­ją kodu do syn­te­ty­zo­wa­nia ami­no­kwa­sów, z któ­rych skła­da­ją się biał­ka ta­kie jak he­mo­glo­bi­na czy in­su­li­na. Ge­ne­ty­cy zda­li so­bie spra­wę z tego, jak istot­na jest ko­lej­ność par za­sad (szcze­bli dra­bi­ny) w czą­stecz­ce DNA. De­cy­du­je ona, któ­ry ami­no­kwas zo­sta­nie wbu­do­wa­ny w biał­ko. Czą­stecz­ki bia­łek mają bar­dzo skom­pli­ko­wa­ną bu­do­wę, cza­sa­mi za­wie­ra­ją dzie­siąt­ki ami­no­kwa­sów, więc do za­ko­do­wa­nia biał­ka po­trzeb­na jest dłu­ga se­kwen­cja DNA.

Dzię­ki tej pod­sta­wo­wej wie­dzy o dzia­ła­niu DNA na­ukow­cy mo­gli zro­zu­mieć wy­ni­ki ob­ser­wa­cji do­ko­na­nych przez Mor­ga­na w "po­ko­ju much". Mor­gan re­je­stro­wał wi­docz­ne ce­chy ca­łe­go or­ga­ni­zmu - w tym przy­pad­ku bia­łe oczy u zwy­kłych much i czer­wo­ne u zmu­to­wa­nych. Ten ro­dzaj wi­docz­nych cech na­zy­wa­my fe­no­ty­pem. Od cza­su od­kryć Cric­ka i Wat­so­na na­ukow­cy mo­gli za­cząć pra­co­wać na niż­szym po­zio­mie niż cały or­ga­nizm - na po­zio­mie ge­nów, czy­li zaj­mo­wać się ge­no­ty­pem.

Po­zna­nie struk­tu­ry DNA było punk­tem zwrot­nym w dzie­jach współ­cze­snej bio­lo­gii. Do­wio­dło, że bio­lo­dzy mogą ba­dać or­ga­ni­zmy w ka­te­go­rii czą­ste­czek za­war­tych w ko­mór­kach, czym wcze­śniej zaj­mo­wa­li się che­mi­cy. Te­raz wie­lu uczo­nych chcia­ło nad tym pra­co­wać. Póź­niej­sze ba­da­nia ujaw­ni­ły, że ami­no­kwa­sy, a w efek­cie biał­ka, po­wsta­ją w cy­to­pla­zmie ko­mór­ko­wej - płyn­nej sub­stan­cji wo­kół ją­dra. Jed­nym z kro­ków na dro­dze do usta­le­nia, jak dzia­ła ta mała "fa­bry­ka" bia­łek, było od­kry­cie kwa­su ry­bo­nu­kle­ino­we­go (RNA). Jest on po­dob­ny do DNA, ale ma tyl­ko jed­ną nić, a nie dwie, i jej pod­sta­wo­wym ele­men­tem jest inny ro­dzaj cu­kru. RNA od­gry­wa waż­ną rolę w prze­ka­zy­wa­niu in­for­ma­cji z DNA w ją­drze ko­mór­ko­wym do "fa­bry­ki" bia­łek w cy­to­pla­zmie.

Bio­lo­dzy mo­le­ku­lar­ni wy­ko­rzy­sta­li zdo­by­tą wie­dzę do usta­la­nia przy­czyn cho­rób. Od­kry­li, w jaki spo­sób biał­ka wy­ko­nu­ją swo­je za­da­nia, na przy­kład jak in­su­li­na re­gu­lu­je po­ziom cu­kru we krwi. Le­piej po­zna­li przy­czy­ny po­wsta­wa­nia no­wo­two­rów, któ­re dziś na­le­żą do cho­rób bu­dzą­cych naj­więk­szy strach. No­wo­twór może ob­jąć całe cia­ło i stać się cho­ro­bą ogól­no­ustro­jo­wą, ale zwy­kle za­czy­na się od jed­nej zmu­to­wa­nej ko­mór­ki, któ­ra nie­pra­wi­dło­wo się za­cho­wu­je i nie prze­sta­je się dzie­lić we wła­ści­wym mo­men­cie. Ta­kie "zbun­to­wa­ne" ko­mór­ki są za­chłan­ne. Zu­ży­wa­ją skład­ni­ki od­żyw­cze, a gdy do­sta­ną się do waż­ne­go or­ga­nu, za­kłó­ca­ją jego funk­cjo­no­wa­nie, pro­wa­dząc do roz­wo­ju cho­ro­by. Usta­le­nie, jak to się od­by­wa na po­zio­mie czą­stecz­ko­wym, jest ko­niecz­ne do tego, aby moż­na było wy­na­leźć leki, któ­re spo­wol­nią pro­ces cho­ro­bo­wy lub go za­trzy­ma­ją.

Ba­da­nie tych dy­na­micz­nych pro­ce­sów w du­żych, zło­żo­nych or­ga­ni­zmach, ta­kich jak ludz­kie cia­ło, jest trud­ne. Dla­te­go pra­ca bio­lo­gów mo­le­ku­lar­nych po­le­ga głów­nie na ba­da­niu prost­szych or­ga­ni­zmów. Wie­le wcze­snych ba­dań nad funk­cja­mi DNA i RNA prze­pro­wa­dzo­no na bak­te­riach, a ba­da­nia nad ra­kiem - na my­szach. Za­sto­so­wa­nie wy­ni­ków tych ba­dań na or­ga­ni­zmie czło­wiek­sa nie jest ła­twe, ale w ten spo­sób dzia­ła współ­cze­sna na­uka - prze­cho­dzi się od rze­czy prost­szych do bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych. Ta me­to­da po­zwa­la zro­zu­mieć pro­ce­sy ste­ru­ją­ce ewo­lu­cją od mi­lio­nów lat. Oka­za­ło się, że DNA jest czą­stecz­ką kon­tro­lu­ją­cą na­sze prze­zna­cze­nie.

ROZDZIAŁ 38

Projekt poznania ludzkiego genomu

Lu­dzie mają oko­ło 22 ty­się­cy ge­nów (do­kład­niej­sze li­cze­nie trwa). Żeby je po­znać, na­ukow­cy w la­bo­ra­to­riach na ca­łym świe­cie współ­pra­co­wa­li w ra­mach pro­jek­tu opra­co­wa­nia ludz­kie­go ge­no­mu. Ten am­bit­ny pro­gram po­le­gał na li­cze­niu ge­nów po­przez se­kwen­cjo­no­wa­nie DNA, czy­li od­czy­ty­wa­nie ko­lej­no­ści wszyst­kich trzech mi­liar­dów par za­sad w chro­mo­so­mach two­rzą­cych nasz ge­nom. To cał­kiem spo­ro czą­ste­czek ade­ni­ny, ty­mi­ny, cy­to­zy­ny i gu­ani­ny uło­żo­nych w po­dwój­ne he­li­sy w ją­drze każ­dej z na­szych ko­mó­rek.

Je­śli zro­zu­mie­nie struk­tu­ry DNA było po­zna­niem "ta­jem­ni­cy ży­cia", to pro­jekt po­zna­nia ludz­kie­go ge­no­mu jest czy­ta­niem "księ­gi ży­cia". Bo tym wła­śnie jest ge­nom - ge­na­mi ko­du­ją­cy­mi wszyst­kie in­for­ma­cje o czło­wie­ku - od ko­lo­ru wło­sów i oczu po kształt ma­łe­go pal­ca. Za­pi­sa­ne są w nim tak­że in­for­ma­cje, któ­rych nie da się tak ła­two zo­ba­czyć - in­struk­cje, jak jed­na za­płod­nio­na ko­mór­ka ja­jo­wa ma się po­dzie­lić na dwie, a na­stęp­nie na czte­ry ko­mór­ki i tak da­lej, aż w ma­ci­cy po­wsta­nie dziec­ko. Ge­nom kon­tro­lu­je bio­lo­gicz­ne pro­gra­my w ko­mór­kach. Zgod­nie z tymi pro­gra­ma­mi po­wsta­ją biał­ka, ta­kie jak in­su­li­na re­gu­lu­ją­ca po­ziom cu­kru we krwi. Ge­nom uru­cha­mia pro­gra­my od­po­wia­da­ją­ce za sub­stan­cje che­micz­ne w mó­zgu, któ­re prze­ka­zu­ją wia­do­mo­ści z jed­ne­go ner­wu do dru­gie­go.

Pra­ce nad pro­jek­tem po­zna­nia ludz­kie­go ge­no­mu pod­ję­to w 1990 roku. Mia­ły się one za­koń­czyć do 2005 roku. Jed­nak w kul­mi­na­cyj­nym mo­men­cie, 26 czerw­ca 2000 roku, pięć lat przed wy­zna­czo­nym ter­mi­nem, wy­da­rzy­ło się coś nie­spo­dzie­wa­ne­go. Przy dźwię­ku fan­far w bez­po­śred­niej trans­mi­sji te­le­wi­zyj­nej pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych i pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii ogło­si­li, że pierw­szy szkic pro­jek­tu jest już go­to­wy. Po­li­ty­kom to­wa­rzy­szy­ło kil­ku na­ukow­ców, któ­rzy wy­ko­na­li to za­da­nie. Sam fakt ob­wiesz­cze­nia tego do­ko­na­nia przez dwóch świa­to­wych li­de­rów świad­czył o do­nio­sło­ści tego wy­da­rze­nia i wa­dze po­zna­nia ge­no­mu.

Przy­go­to­wa­nie znacz­nie lep­szej wer­sji księ­gi ży­cia trwa­ło ko­lej­ne trzy lata - aż do 2003 roku uzu­peł­nia­no bra­ki i po­pra­wia­no błę­dy. I tak pra­ce za­koń­czo­no dwa lata przed wy­zna­czo­nym ter­mi­nem. W trak­cie trwa­nia pro­jek­tu sto­so­wa­ne przez na­ukow­ców me­to­dy i tech­ni­ki, zwłasz­cza kom­pu­te­ro­we, zo­sta­ły znacz­nie ulep­szo­ne, co nie­wąt­pli­wie mia­ło wpływ na przy­spie­sze­nie tem­pa ba­dań.

Pro­jekt po­zna­nia ludz­kie­go ge­no­mu był prze­dłu­że­niem i zwień­cze­niem de­kad ba­dań prze­pro­wa­dzo­nych po od­kry­ciu DNA przez Cric­ka i Wat­so­na w 1953 roku. Waż­nym ce­lem sta­ło się sklo­no­wa­nie nici DNA, aby moż­na było uzy­skać in­te­re­su­ją­ce frag­men­ty czą­stecz­ki DNA do dal­szych ana­liz. Bio­lo­dzy mo­le­ku­lar­ni pra­co­wa­li nad tym w la­tach sześć­dzie­sią­tych XX wie­ku, uży­wa­jąc en­zy­mów i bak­te­rii. En­zy­my to biał­ka zróż­ni­co­wa­ne pod wzglę­dem bu­do­wy i funk­cji. W tym przy­pad­ku wy­ko­rzy­sta­no je zgod­nie z ich na­tu­ral­nym prze­zna­cze­niem - do cię­cia DNA na krót­kie od­cin­ki, któ­re w spe­cjal­ny spo­sób prze­no­szo­no do ko­mó­rek bak­te­rii. Drob­no­ustro­je mno­żą się bar­dzo szyb­ko, więc zmo­dy­fi­ko­wa­ne bak­te­rie roz­mna­ża­jąc się, ko­pio­wa­ły tak­że do­da­ne od­cin­ki DNA. Te ko­pie, czy­li klo­ny, moż­na było ze­brać i wy­ko­rzy­stać do dal­szych ba­dań. Pro­ces wzbu­dził duże pod­eks­cy­to­wa­nie, ale to był do­pie­ro po­czą­tek. Moż­na sklo­no­wać całe ko­mór­ki, a tak­że ka­wał­ki DNA. Owca Dol­ly była pierw­szym ssa­kiem sklo­no­wa­nym z do­ro­słej owcy. Uro­dzi­ła się w 1996 roku, a zmar­ła w 2003. Tech­ni­ki klo­no­wa­nia są sta­le roz­wi­ja­ne i bu­dzą naj­więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie me­diów spo­śród wszyst­kich do­ko­nań w dzie­dzi­nie bio­lo­gii mo­le­ku­lar­nej.

Gdy na­ukow­cy mie­li już dużo od­cin­ków DNA po­trzeb­nych do ba­dań, przy­stą­pi­li do roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów z se­kwen­cjo­no­wa­niem DNA, czy­li po­zna­wa­nia ko­lej­no­ści par za­sad w czą­stecz­ce DNA. To za­da­nie zle­co­no an­giel­skie­mu bio­che­mi­ko­wi Fre­de­ric­ko­wi San­ge­ro­wi (1918-2013) pra­cu­ją­ce­mu w Cam­brid­ge. Ten uczo­ny w 1958 roku do­stał Na­gro­dę No­bla za wkład w usta­le­nie ko­lej­no­ści ami­no­kwa­sów w in­su­li­nie.

Jed­na z pod­sta­wo­wych róż­nic mię­dzy ami­no­kwa­sa­mi a DNA po­le­ga na tym, że czą­stecz­ki DNA są znacz­nie dłuż­sze i mają dużo wię­cej par za­sad, niż jest ami­no­kwa­sów w biał­kach. Poza tym ami­no­kwa­sy róż­nią się nie­co mię­dzy sobą pod wzglę­dem che­micz­nym, na­to­miast za­sa­dy w DNA ce­chu­je duże po­do­bień­stwo, przez co znacz­nie trud­niej jest je zi­den­ty­fi­ko­wać. Opie­ra­jąc się na swo­ich wcze­śniej­szych pra­cach i do­ko­na­niach in­nych, San­ger zna­lazł spo­sób na przy­go­to­wa­nie krót­kich nici DNA - użył ra­dio­ak­tyw­nych znacz­ni­ków, związ­ków che­micz­nych i en­zy­mów. Za­adap­to­wał róż­ne me­to­dy bio­che­micz­ne, aby zna­leźć spo­sób na od­róż­nia­nie od sie­bie ade­ni­ny, ty­mi­ny, cy­to­zy­ny i gu­ani­ny. W tym celu wy­ko­rzy­stał fakt, że mają nie­co inne wła­ści­wo­ści che­micz­ne i fi­zycz­ne. Naj­lep­sze re­zul­ta­ty da­wa­ła me­to­da zwa­na elek­tro­fo­re­zą.

Aby być pew­nym, że wy­ni­ki są po­praw­ne, San­ger i jego ze­spół prze­twa­rza­li wie­le ko­pii każ­dej nici po kil­ka razy i po­rów­ny­wa­li wy­ni­ki. Był to bar­dzo cza­so­chłon­ny i żmud­ny pro­ces. Jed­nak dzię­ki temu, że uży­wa­li krót­kich nici dłu­giej czą­stecz­ki, a po­tem spraw­dza­li, gdzie te od­cin­ki się za­czy­na­ją i koń­czą, uda­ło im się je do­pa­so­wać i uzy­skać czy­tel­ną se­kwen­cję DNA. W 1977 roku od­nie­śli pierw­szy suk­ces w od­czy­ty­wa­niu ge­no­mu dość skrom­ne­go or­ga­ni­zmu. Był to bak­te­rio­fag ?x 174. Bak­te­rio­fa­gi to wi­ru­sy ata­ku­ją­ce bak­te­rie, a ?x 174 czę­sto wy­ko­rzy­sty­wa­no jako na­rzę­dzie w la­bo­ra­to­riach bio­lo­gii mo­le­ku­lar­nej. W 1980 roku San­ger do­stał dru­gą Na­gro­dę No­bla za te pra­ce.

Do ma­po­wa­nia ge­no­mów przy­go­to­wy­wa­no inne or­ga­ni­zmy la­bo­ra­to­ryj­ne. Mimo że bar­dzo trud­no jest utwo­rzyć czy­tel­ną se­kwen­cję DNA, bio­lo­dzy mo­le­ku­lar­ni kon­ty­nu­owa­li ba­da­nia. W mię­dzy­cza­sie po­ja­wi­ły się in­no­wa­cje kom­pu­te­ro­we, któ­re po­mo­gły w ana­li­zo­wa­niu wzo­rów za­sad na krót­kich ni­ciach. Na­ukow­cy pra­co­wa­li z za­pa­łem. Gdy­by do­kład­nie wie­dzie­li, ja­kie geny ma or­ga­nizm i za po­wsta­nie któ­rych bia­łek od­po­wia­da­ją po­szcze­gól­ne geny, mo­gli­by uzy­skać spo­ro in­for­ma­cji o tym, jak two­rzą się or­ga­ni­zmy - do­słow­nie ko­mór­ka po ko­mór­ce, od za­płod­nio­nej ko­mór­ki ja­jo­wej po do­ro­sły or­ga­nizm.

Oczy­wi­stą kan­dy­dat­ką do ba­dań była musz­ka owo­co­wa. Już przed 1950 ro­kiem Tho­mas Hunt Mor­gan i jego gru­pa do­wie­dzie­li się dużo o wzor­cach dzie­dzi­cze­nia i z grub­sza prze­pro­wa­dzi­li ma­po­wa­nie ge­nów musz­ki. Ko­lej­nym do­brym ma­te­ria­łem ba­daw­czym był mały ni­cień z ga­tun­ku Ca­enor­hab­di­tis ele­gans. Ma za­le­d­wie mi­li­metr dłu­go­ści i 959 ko­mó­rek, w tym pro­sty układ ner­wo­wy. Nie wy­glą­da na zwie­rząt­ko do­mo­we, ale przez wie­le lat był ulu­bio­nym zwie­rzę­ciem la­bo­ra­to­ryj­nym Syd­neya Bren­ne­ra (ur. 1927). W 1956 roku Bren­ner przy­je­chał z Afry­ki Po­łu­dnio­wej do La­bo­ra­to­rium Bio­lo­gii Mo­le­ku­lar­nej w Cam­brid­ge. W la­tach sześć­dzie­sią­tych ba­dał roz­wój ni­cie­nia, po­nie­waż jego ko­mór­ki były wy­raź­nie wi­docz­ne. Uwa­żał, że uda się usta­lić, czym każ­da ko­mór­ka em­brio­na sta­je się u osob­ni­ka do­ro­słe­go. Miał na­dzie­ję, że je­śli po­zna ge­nom ro­ba­ka, zdo­ła tak­że po­wią­zać geny z funk­cja­mi ży­cio­wy­mi.

W trak­cie pra­cy Bren­ner i jego ze­spół na­uczy­li się też wie­le o ży­ciu ko­mó­rek zwie­rząt, w tym o bar­dzo waż­nym za­da­niu, któ­re ma przed sobą każ­da ko­mór­ka - umie­ra­niu, kie­dy przyj­dzie na to od­po­wied­ni czas. W or­ga­ni­zmach ro­ślin­nych i zwie­rzę­cych cią­gle po­wsta­ją nowe ko­mór­ki. Po­myśl o swo­jej skó­rze i o tym, jak się ście­ra, je­śli po­sie­dzisz dłu­go w ką­pie­li. Po­zby­wa­my się mar­twych ko­mó­rek i za­stę­pu­je­my je no­wy­mi, ży­wy­mi. Ży­cie i umie­ra­nie ko­mó­rek to nor­mal­na ce­cha na­tu­ry, a cały pro­ces jest za­pro­gra­mo­wa­ny w ge­nach. Dla­te­go też ko­mór­ki no­wo­two­ro­we są tak nie­bez­piecz­ne - nie umie­ra­ją wte­dy, kie­dy po­win­ny. Znacz­na część współ­cze­snych ba­dań nad ra­kiem spro­wa­dza się do tego, jak wpły­nąć na gen, któ­re­mu nie uda­ło się prze­ka­zać ko­mór­ce, że na­de­szła pora, aby prze­sta­ła się dzie­lić. W 2002 roku Bren­ner i jego dwóch współ­pra­cow­ni­ków otrzy­ma­li Na­gro­dę No­bla za wiel­ką pra­cę nad ma­łym ni­cie­niem.

Przez ten czas je­den z na­uko­wych ko­le­gów Bren­ne­ra, John Sul­ston (ur. 1942), był kie­row­ni­kiem bry­tyj­skiej gru­py bio­rą­cej udział w pro­jek­cie po­zna­nia ludz­kie­go ge­no­mu. Pro­jekt stał się sym­bo­lem no­wo­cze­snej na­uki. Był kosz­tow­ny i pra­co­wa­ły przy nim ty­sią­ce lu­dzi. Współ­cze­sny ba­dacz rzad­ko bo­wiem jest wol­nym strzel­cem. Dzi­siej­sze pra­ce na­uko­we zwy­kle mają dzie­siąt­ki, a na­wet set­ki au­to­rów. Do wy­ko­na­nia za­da­nia po­trze­ba wie­lu spe­cja­li­stów o róż­nych umie­jęt­no­ściach. Mi­nę­ło spo­ro cza­su, od kie­dy Wil­liam Ha­rvey sam ba­dał ser­ce albo La­vo­isier ko­rzy­stał w la­bo­ra­to­rium je­dy­nie z po­mo­cy żony. Nad zse­kwen­cjo­no­wa­niem ludz­kie­go genu pra­co­wa­ło kil­ka du­żych la­bo­ra­to­riów. Każ­de­mu ze­spo­ło­wi przy­dzie­lo­no inne chro­mo­so­my, więc nie­zbęd­ne były współ­pra­ca i za­ufa­nie. Wszyst­kie pla­ców­ki na­uko­we mu­sia­ły też od­czy­ty­wać se­kwen­cje z tą samą, wy­so­ką do­kład­no­ścią. Uży­wa­ły wie­lu mniej­szych ka­wał­ków DNA, a na­stęp­nie, za po­mo­cą ana­li­zy kom­pu­te­ro­wej, łą­czy­ły je w jed­ną se­kwen­cję. Utrzy­ma­nie tych labo­ra­to­riów wy­ma­ga­ło du­żych na­kła­dów fi­nan­so­wych. Rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych wspie­rał za­kła­dy Na­ro­do­wych In­sty­tu­tów Zdro­wia i po­zo­sta­łe bio­rą­ce udział w pro­jek­cie. W Wiel­kiej Bry­ta­nii ba­da­nia naj­pierw fi­nan­so­wa­no z rzą­do­wych gran­tów, a na­stęp­nie z do­ta­cji Wel­l­co­me Trust - du­żej pry­wat­nej fun­da­cji wspie­ra­ją­cej ba­da­nia me­dycz­ne. Rzą­dy fran­cu­ski i ja­poń­ski opła­ci­ły mniej­sze la­bo­ra­to­ria, dzię­ki cze­mu pro­gram miał na­praw­dę mię­dzy­na­ro­do­wy cha­rak­ter.

Pro­jekt po­zna­nia ludz­kie­go ge­no­mu - a w za­sa­dzie cała współ­cze­sna na­uka - był­by nie­moż­li­wy bez szyb­kich kom­pu­te­rów. Na­ukow­cy mu­sie­li prze­ana­li­zo­wać duże ilo­ści da­nych, gdy przy­glą­da­li się każ­dej nici DNA i pró­bo­wa­li usta­lić, gdzie się za­czy­na i gdzie koń­czy. Dla lu­dzi ta pra­ca by­ła­by przy­tła­cza­ją­ca, ale kom­pu­te­ry bły­ska­wicz­nie ją wy­ko­na­ły. Dziś w wie­lu pro­gra­mach na­uko­wych bio­rą udział in­for­ma­ty­cy zaj­mu­ją­cy się sprzę­tem kom­pu­te­ro­wym i jego opro­gra­mo­wa­niem, a nie musz­ka­mi owo­co­wy­mi czy pro­bów­ka­mi.

War­to pa­mię­tać tak­że o tym, że współ­cze­sna na­uka to duży biz­nes, na któ­rym moż­na spo­ro za­ro­bić, ale naj­pierw trze­ba też w nie­go spo­ro za­in­we­sto­wać. Pro­jekt po­zna­nia ludz­kie­go ge­no­mu stał się wy­ści­giem mię­dzy ze­spo­ła­mi fi­nan­so­wa­ny­mi z pu­blicz­nych środ­ków a pry­wat­ną fir­mą za­ło­żo­ną przez ame­ry­kań­skie­go przed­się­bior­cę Cra­iga Ven­te­ra (ur. 1946). Jako uta­len­to­wa­ny bio­tech­no­log Ven­ter po­mógł udo­sko­na­lić sprzęt, któ­ry przy­spie­szył se­kwen­cjo­no­wa­nie DNA. Chciał pierw­szy od­czy­tać ludz­ki ge­nom, aby zdo­być pa­tent na tę wie­dzę i ka­zać pła­cić na­ukow­com i fir­mom far­ma­ceu­tycz­nym za ko­rzy­sta­nie z niej. Osta­tecz­nie osią­gnię­to jed­nak kom­pro­mis mię­dzy pry­wat­ną chę­cią zy­sku a do­brem na­uki. Cały ludz­ki ge­nom jest do­stęp­ny bez­płat­nie, ale nie­któ­re spo­so­by wy­ko­rzy­sta­nia tych in­for­ma­cji mogą zo­stać opa­ten­to­wa­ne, a uzy­ska­ne w ten spo­sób leki i te­sty dia­gno­stycz­ne moż­na sprze­da­wać w celu osią­gnię­cia zy­sku. Oczy­wi­ście dzi­siaj lu­dzie pła­cą za zse­kwen­cjo­no­wa­nie swo­je­go DNA, gdyż mają na­dzie­ję, że ta wie­dza po­mo­że im za­cho­wać zdro­wie i unik­nąć cho­rób, na któ­re mo­gli­by za­paść w przy­szło­ści.

Pro­jekt po­zna­nia ludz­kie­go ge­no­mu jest wy­mow­nym przy­kła­dem tego, ile szu­mu i re­kla­my robi się współ­cze­śnie wo­kół waż­nych dzie­dzin na­uki. Na­ukow­cy mu­szą kon­ku­ro­wać o ogra­ni­czo­ne fun­du­sze, więc cza­sa­mi za­wy­ża­ją zna­cze­nie swo­ich ba­dań, aby do­stać gran­ty. Dzien­ni­ka­rze opi­su­ją ich hi­sto­rie, sta­ra­jąc się mak­sy­mal­nie udra­ma­ty­zo­wać wia­do­mość, po­nie­waż zwy­kła na­uka to ża­den news. Każ­da wzmian­ka o od­kry­ciu czy prze­ło­mo­wym do­ko­na­niu tra­fia w ocze­ki­wa­nia opi­nii pu­blicz­nej, któ­ra li­czy na to, że lek lub me­to­da le­cze­nia jest już nie­mal na wy­cią­gnię­cie ręki. Zwy­kle jed­nak upły­wa bar­dzo dużo cza­su, za­nim efek­ty ba­dań na­uko­wych da się wy­ko­rzy­stać w prak­ty­ce. Nową wie­dzę zdo­by­wa­my co­dzien­nie i re­gu­lar­nie wpro­wa­dza­my nowe te­ra­pie. Nie­ste­ty więk­szość po­stę­pów w na­uce od­by­wa się krok po kro­ku i rzad­ko to­wa­rzy­szą temu bły­ski fle­szów.

Od­czy­ta­nie ludz­kie­go ge­no­mu było ogrom­nym osią­gnię­ciem, po­nie­waż do­star­czy­ło nam du­żej wie­dzy o zdro­wiu i cho­ro­bach. Dzię­ki temu za ja­kiś czas opra­cu­je­my nowe leki prze­ciw no­wo­two­rom, cho­ro­bom ser­ca, cu­krzy­cy, de­men­cji i in­nym śmier­tel­nym scho­rze­niom na­szych cza­sów. Dzię­ki pra­cy ty­się­cy na­ukow­ców róż­nych spe­cjal­no­ści i z róż­nych kra­jów wszy­scy bę­dzie­my mo­gli wieść zdrow­sze ży­cie.

Roz­dzial 39

Wielki Wybuch

Gdy­by po­wstał film o dzie­jach wszech­świa­ta, cze­go by­śmy się do­wie­dzie­li, gdy­by­śmy go pu­ści­li od tyłu? Oko­ło 5 mi­liar­dów lat temu znik­nę­ła­by na­sza pla­ne­ta, po­nie­waż wła­śnie wte­dy naj­praw­do­po­dob­niej ufor­mo­wa­ła się z mgła­wi­cy sło­necz­nej. Co­faj­my się da­lej, aż do po­cząt­ku. Co wte­dy na­stą­pi­ło? Wiel­ki Wy­buch - eks­plo­zja tak po­tęż­na, że jego tem­pe­ra­tu­ra i siła są od­czu­wa­ne do dziś, po 13,8 mi­liar­da lat.

Przy­naj­mniej tak (z co­raz więk­szym prze­ko­na­niem) od lat czter­dzie­stych XX wie­ku twier­dzą na­ukow­cy. Wszech­świat za­czął się od punk­tu nie­wy­obra­żal­nie go­rą­ce­go i gę­ste­go sta­nu, a po­tem na­stą­pił Wiel­ki Wy­buch. Od tam­tej chwi­li sty­gnie i roz­sze­rza się, więc ga­lak­ty­ki od­da­la­ją się od punk­tu po­cząt­ko­we­go. Na­sza ga­lak­ty­ka jest dy­na­micz­na i eks­cy­tu­ją­ca, a my je­ste­śmy w niej naj­mniej­szą z ma­łych kro­pek. Wszech­świat skła­da się z gwiazd, pla­net i ko­met two­rzą­cych wi­docz­ne ga­lak­ty­ki, a tak­że z du­żej ilo­ści nie­wi­dzial­nych czar­nych dziur oraz wy­stę­pu­ją­cych w znacz­nie więk­szej ilo­ści ciem­nej ma­te­rii i ciem­nej ener­gii.

Czy Wiel­ki Wy­buch na­praw­dę na­stą­pił i wy­ja­śnia po­wsta­nie wszech­świa­ta? Oczy­wi­ście nikt tego do­kład­nie nie wie. A co się sta­ło tuż przez Wiel­kim Wy­bu­chem? Na te py­ta­nia nie po­tra­fi­my od­po­wie­dzieć na­wet z ja­kim­kol­wiek stop­niem praw­do­po­do­bień­stwa, a szu­ka­nie od­po­wie­dzi na nie wy­ma­ga sto­so­wa­nia nie­zwy­kle za­awan­so­wa­nej fi­zy­ki oraz ko­smo­lo­gii (na­uka o struk­tu­rze i ewo­lu­cji wszech­świa­ta). Przez ostat­nie pół wie­ku te py­ta­nia wy­wo­ły­wa­ły dużo dys­ku­sji, któ­re na­dal się to­czą.

Oko­ło 1800 roku La­pla­ce, fran­cu­ski zwo­len­nik fi­zy­ki new­to­now­skiej, przed­sta­wił hi­po­te­zę do­ty­czą­cą po­wsta­nia mgła­wi­cy sło­necz­nej. Uwa­żał, że Układ Sło­necz­ny zro­dził się z ogrom­nej chmu­ry gazu. Prze­ko­nał wie­lu ba­da­czy, że Zie­mia ma dłu­gą hi­sto­rię, co po­mo­gło wy­ja­śnić nie­któ­re fak­ty, ta­kie jak cie­pło w środ­ku pla­ne­ty, ska­mie­li­ny i inne ce­chy geo­lo­gicz­ne na­szej pla­ne­ty. Wie­lu XIX-wiecz­nych na­ukow­ców z za­pa­łem dys­ku­to­wa­ło nad wie­kiem Zie­mi i na­szej ga­lak­ty­ki - Dro­gi Mlecz­nej. W pierw­szych de­ka­dach XX wie­ku dwa wy­da­rze­nia ra­dy­kal­nie zmie­ni­ły treść po­sta­wio­nych wcze­śniej py­tań.

Pierw­szym było opra­co­wa­nie przez Ein­ste­ina ogól­nej teo­rii względ­no­ści, któ­ra zmie­ni­ła poj­mo­wa­nie cza­su i prze­strze­ni. Ein­ste­in, ob­sta­jąc przy tym, że te dwa po­ję­cia są ze sobą bli­sko zwią­za­ne i two­rzą cza­so­prze­strzeń, nadał wszech­świa­to­wi nowy wy­miar. Po­nad­to z jego prac ma­te­ma­tycz­nych wy­ni­ka­ło, że prze­strzeń jest za­krzy­wio­na, więc geo­me­tria eu­kli­de­so­wa nie opi­su­je jej pra­wi­dło­wo, je­śli roz­pa­tru­je­my duże od­le­gło­ści. We wszech­świe­cie Eu­kli­de­sa li­nie rów­no­le­głe cią­gną się w nie­skoń­czo­ność i ni­g­dy się nie prze­tną i dla­te­go za­ło­żył on, że prze­strzeń jest pła­ska. W pła­skim świe­cie Eu­kli­de­sa suma ką­tów w trój­ką­cie za­wsze wy­no­si 180°. Je­śli jed­nak mie­rzy się trój­kąt na­ry­so­wa­ny na kuli, któ­rej po­wierzch­nia jest za­krzy­wio­na, geo­me­tria eu­kli­de­so­wa nie dzia­ła. A sko­ro prze­strzeń jest za­krzy­wio­na, po­trze­bu­je­my in­nej ma­te­ma­ty­ki do jej opi­su.

Po za­ak­cep­to­wa­niu tych fun­da­men­tal­nych prawd wy­ni­ka­ją­cych z bły­sko­tli­wej pra­cy Ein­ste­ina, fi­zy­cy i ko­smo­lo­go­wie mu­sie­li wszyst­ko prze­my­śleć na nowo. Za­po­cząt­ko­wa­na przez Ein­ste­ina re­wo­lu­cja w na­uce do­ty­czy­ła głów­nie teo­rii, ale dru­ga po­waż­na zmia­na w ko­smo­lo­gii nie była już teo­re­tycz­na. Ba­zo­wa­ła na nie­pod­wa­żal­nych ob­ser­wa­cjach, zwłasz­cza prze­pro­wa­dzo­nych przez ame­ry­kań­skie­go astro­no­ma Edwi­na Hub­ble'a (1889-1953). Uczczo­no go, na­zy­wa­jąc jego imie­niem te­le­skop ko­smicz­ny, któ­ry wa­ha­dło­wiec wy­niósł na or­bi­tę oko­ło­ziem­ską w 1990 roku. Przy­rząd ten po­ka­zał znacz­nie wię­cej, niż było wi­dać przez te­le­skop w ka­li­for­nij­skim ob­ser­wa­to­rium Mo­unt Wil­son, gdzie pra­co­wał na­uko­wiec. W la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku Hub­ble zaj­rzał da­lej w ko­smos niż kto­kol­wiek przed nim. Do­wiódł, że na­sza ga­lak­ty­ka (Dro­ga Mlecz­na) nie jest na­wet po­cząt­kiem koń­ca wszech­świa­ta. Jest za­le­d­wie jed­ną z nie­prze­li­czo­nych ty­się­cy in­nych ga­lak­tyk roz­cią­ga­ją­cych się tak da­le­ko, jak tyl­ko dało się spraw­dzić za po­mo­cą te­le­sko­pu.

Ko­smo­lo­go­wie pa­mię­ta­ją o Hub­ble'u tak­że z po­wo­du sta­łej na­zwa­nej jego imie­niem. (Być może pa­mię­tasz sta­łą Planc­ka? Tu idea była po­dob­na). Gdy świa­tło się od nas od­da­la, na­stę­pu­je prze­su­nię­cie jego wi­dzial­ne­go spek­trum w stro­nę więk­szych dłu­go­ści fal, czy­li prze­su­nię­cie ku czer­wie­ni. Gdy świa­tło zbli­ża się do nas, prze­su­nię­cie od­by­wa się w prze­ciw­ną stro­nę - ku fio­le­to­wi. Ten efekt astro­no­mo­wie mogą z ła­two­ścią zmie­rzyć. Po­le­ga on na tym sa­mym co zmia­na dźwię­ku nad­jeż­dża­ją­ce­go i od­da­la­ją­ce­go się po­cią­gu. Hub­ble za­ob­ser­wo­wał, że świa­tło od­le­głych gwiazd wy­ka­zu­je prze­su­nię­cie ku czer­wie­ni. Do­szedł za­tem do wnio­sku, że gwiaz­dy od­da­la­ją się od nas i że im da­lej się znaj­du­ją, tym szyb­ciej się po­ru­sza­ją. Wszech­świat się roz­sze­rza i wy­da­je się, że tem­po tego pro­ce­su ro­śnie. Hub­ble zmie­rzył od­le­głość gwiazd od Zie­mi i wiel­kość prze­su­nię­cia ku czer­wie­ni. Na­nie­sio­ne na układ współ­rzęd­nych wy­ni­ki ukła­da­ły się nie­mal w li­nię pro­stą. Na tej pod­sta­wie astro­nom ob­li­czył sta­łą Hub­ble'a, a wy­nik opu­bli­ko­wał w 1929 roku w po­wa­ża­nym cza­so­pi­śmie na­uko­wym. Ta licz­ba po­zwo­li­ła ko­smo­lo­gom ob­li­czyć wiek wszech­świa­ta.

Od tam­tej pory zdo­ła­no uści­ślić war­tość sta­łej Hub­ble'a, po­nie­waż za­ob­ser­wo­wa­no jesz­cze dal­sze gwiaz­dy i do­kład­niej zmie­rzo­no prze­su­nię­cie ku czer­wie­ni. Nie­któ­re z tych gwiazd są od nas od­da­lo­ne o mi­lio­ny lat świetl­nych. Rok świetl­ny to od­le­głość, jaką świa­tło po­ko­nu­je w próż­ni przez rok, czy­li oko­ło 9,5 bi­lio­na ki­lo­me­trów. Do­tar­cie ze Słoń­ca na Zie­mię zaj­mu­je pro­mie­niom sło­necz­nym za­le­d­wie osiem mi­nut. Gdy­by­śmy od­bi­li je z po­wro­tem w kie­run­ku Słoń­ca, to w cią­gu roku mo­gły­by wy­ko­nać 32 ty­sią­ce po­dró­ży w tę i z po­wro­tem. Ta­kie sza­cun­ki po­zwa­la­ją nam le­piej zro­zu­mieć, z ja­ki­mi od­le­gło­ścia­mi i ogrom­ny­mi prze­dzia­ła­mi cza­su mamy do czy­nie­nia w ko­smo­sie. Część z tego, co wi­dzi­my na noc­nym nie­bie, to świa­tło, któ­re roz­po­czę­ło swo­ją po­dróż bar­dzo daw­no temu, a gwiaz­dy, któ­re je wy­sła­ły, prze­sta­ły już ist­nieć. Aby bar­dzo do­kład­nie wy­zna­czyć war­tość sta­łej Hub­ble'a, mu­si­my wie­dzieć, jak da­le­ko od nas znaj­du­ją się od­le­głe gwiaz­dy i ga­lak­ty­ki. Po­mi­mo tych kom­pli­ka­cji sta­ła Hub­ble'a po­zwa­la nam w przy­bli­że­niu okre­ślić, jak dłu­go świa­tło do nas po­dró­żo­wa­ło. A na tej pod­sta­wie sza­cu­je­my wiek wszech­świa­ta, któ­ry za­czął się od Wiel­kie­go Wy­bu­chu.

Kon­cep­cję Wiel­kie­go Wy­bu­chu spo­pu­la­ry­zo­wał Geo­r­ge Ga­mow (1904-1968) w la­tach czter­dzie­stych XX wie­ku. Ten uro­dzo­ny w Ro­sji fi­zyk przy­je­chał do Sta­nów Zjed­no­czo­nych na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych. Miał nie­zwy­kle barw­ną oso­bo­wość i kre­atyw­ny umysł i wniósł wie­le do bio­lo­gii mo­le­ku­lar­nej, a tak­że fi­zy­ki i teo­rii względ­no­ści. Na po­zio­mie sub­a­to­mo­wym ra­zem z ko­le­ga­mi ba­dał, w jaki spo­sób pod­czas roz­pa­du ją­dra ato­mo­we­go do­cho­dzi do emi­sji elek­tro­nów (czą­stek beta). Na po­zio­mie ko­smicz­nym in­te­re­so­wa­ło go, jak for­mu­ją się mgła­wi­ce (ogrom­ne chmu­ry go­rą­cych czą­ste­czek i pyłu mię­dzy­gwiezd­ne­go). Teo­ria Wiel­kie­go Wy­bu­chu, któ­rą wraz z in­ny­mi opra­co­wał w 1948 roku, opie­ra­ła się za­rów­no na zna­jo­mo­ści bu­do­wy ato­mu, jak i na mo­de­lu zda­rzeń, któ­re mo­gły zajść na po­cząt­ku wszech­świa­ta.

Kom­po­nen­ta­mi ato­mu były cząst­ki i siły. Pod ko­niec lat czter­dzie­stych XX wie­ku dzie­dzi­nę fi­zy­ki, któ­ra się nimi zaj­mo­wa­ła, na­zy­wa­no elek­tro­dy­na­mi­ką kwan­to­wą. Jed­nym z tych, któ­rzy po­mo­gli nadać jej sens, był ame­ry­kań­ski fi­zyk Ri­chard Feyn­man (1918-1988). Sły­nął z dia­gra­mów, któ­re ry­so­wał (cza­sem na re­stau­ra­cyj­nych ser­wet­kach), chcąc wy­ja­śnić pew­ne teo­rie. Grał też na bęb­nach bon­go. W 1965 roku otrzy­mał Na­gro­dę No­bla, głów­nie za pra­ce z dzie­dzi­ny elek­tro­dy­na­mi­ki kwan­to­wej, po­nie­waż roz­wi­nął apa­rat ma­te­ma­tycz­ny do opi­su jesz­cze mniej­szych czą­stek i sił, któ­ry­mi zaj­mie­my się w dal­szej czę­ści tego roz­dzia­łu.

Po dru­giej woj­nie świa­to­wej fi­zy­cy na­dal przy­spie­sza­li ato­my i cząst­ki w co­raz po­tęż­niej­szych ak­ce­le­ra­to­rach, w któ­rych do­cho­dzi do roz­bi­cia ato­mów na mniej­sze cząst­ki (co jest pro­ce­sem od­wrot­nym do tego, któ­ry mógł za­cho­dzić kil­ka chwil po Wiel­kim Wy­bu­chu). Gdy tuż po Wiel­kim Wy­bu­chu roz­po­czę­ło się sty­gnię­cie, za­czę­ły się też for­mo­wać cząst­ki ma­te­rii. Po­wsta­ły z nich ato­my, a z ato­mów pier­wiast­ki i tak da­lej - aż do ro­ślin i gwiazd.

Rów­na­nie Ein­ste­ina E = mc2 su­ge­ru­je, że przy bar­dzo du­żych pręd­ko­ściach, ja­kie osią­ga się w ak­ce­le­ra­to­rach - bli­skich pręd­ko­ści świa­tła - masa zmie­nia się głów­nie w ener­gię. Fi­zy­cy od­kry­li, że ta­kie bar­dzo szyb­kie cząst­ki ro­bią fa­scy­nu­ją­ce rze­czy. Elek­tron wy­cho­dzi z ak­ce­le­ra­to­ra nie­zmie­nio­ny. Na­le­ży do ro­dzi­ny czą­stek pod­le­ga­ją­cych od­dzia­ły­wa­niom sła­bym i zwa­nych lep­to­na­mi. Oka­za­ło się, że pro­ton i neu­tron są zbu­do­wa­ne z jesz­cze mniej­szych czą­stek - kwar­ków. Ist­nie­je kil­ka ro­dza­jów kwar­ków, a każ­dy z nich ma ła­du­nek elek­trycz­ny. Łą­czą się trój­ka­mi, two­rząc neu­tro­ny lub pro­to­ny.

We wszech­świe­cie dzia­ła­ją czte­ry ro­dza­je sił. Zro­zu­mie­nie, jak są ze sobą po­wią­za­ne, było jed­nym z naj­więk­szych wy­zwań XX wie­ku. Gra­wi­ta­cja to naj­słab­sze od­dzia­ły­wa­nie, ale o nie­skoń­czo­nym za­się­gu. Nie od­kry­to jesz­cze jego wszyst­kich ta­jem­nic, choć ucze­ni zaj­mu­ją się tym od cza­su jabł­ka New­to­na. Elek­tro­ma­gne­tyzm od­dzia­łu­je na róż­ne aspek­ty rze­czy­wi­sto­ści. Siły elek­tro­ma­gne­tycz­ne utrzy­mu­ją elek­tro­ny na or­bi­tach ato­mu, a dzię­ki świa­tłu, któ­re co­dzien­nie do nas do­cie­ra, wie­my, że Słoń­ce wciąż świe­ci. W ato­mie ist­nie­ją tak­że od­dzia­ły­wa­nia sła­be i od­dzia­ły­wa­nia sil­ne. Wią­żą one cząst­ki w ją­drze ato­mo­wym. Wszyst­kie od­dzia­ły­wa­nia (poza gra­wi­ta­cją) od­by­wa­ją się po­przez wy­mia­nę czą­ste­czek - no­śni­ków sił - zwa­nych bo­zo­na­mi. Za­li­cza się do nich ein­ste­inow­ski kwant świa­tła, czy­li fo­ton, bę­dą­cy no­śni­kiem sił elek­tro­ma­gne­tycz­nych.

Chy­ba naj­słyn­niej­szym bo­zo­nem jest ten, któ­re­go przez dłu­gi czas bra­ko­wa­ło - bo­zon Hig­g­sa. Fi­zy­cy szu­ka­li go od lat sześć­dzie­sią­tych XX wie­ku. Są­dzi­li, że na­da­je masę in­nym cząst­kom. Zna­le­zie­nie go po­mo­że wy­ja­śnić, w jaki spo­sób czą­stecz­ki uzy­ska­ły masę za­raz po Wiel­kim Wy­bu­chu. Fi­zy­cy byli prze­ko­na­ni, że za­re­je­stru­ją bo­zon Hig­g­sa w naj­więk­szym na świe­cie ak­ce­le­ra­to­rze - Wiel­kim Zder­za­czu Ha­dro­nów pod Ge­ne­wą w Szwaj­ca­rii. Uda­ło im się to w 2012 roku. Wiel­ki Zder­zacz Ha­dro­nów zo­stał zbu­do­wa­ny w la­tach 1998-2008 przez Eu­ro­pej­ską Or­ga­ni­za­cję Ba­dań Ją­dro­wych (z fran­cu­skie­go: CERN). Zo­sta­ła ona za­ło­żo­na w 1954 roku w celu ko­or­dy­no­wa­nia współ­pra­cy na­uko­wej kil­ku eu­ro­pej­skich państw. Je­den kraj nie udźwi­gnął­by ta­kie­go za­da­nia, po­nie­waż ba­da­nia fi­zy­ków w tym spe­cja­li­stycz­nym za­kre­sie są bar­dzo kosz­tow­ne, a do ob­słu­gi sprzę­tu oraz in­ter­pre­ta­cji da­nych uzy­ska­nych w ak­ce­le­ra­to­rze dla ma­łych czą­stek i ogrom­nych ener­gii po­trze­ba wie­lu na­ukow­ców, tech­ni­ków i in­for­ma­ty­ków.

Od­kry­cie prze­wi­dzia­ne­go przez mo­del stan­dar­do­wy bo­zo­nu Hig­g­sa po­twier­dzi­ło do­świad­czal­nie tę teo­rię, obej­mu­ją­cą wszyst­kie od­dzia­ły­wa­nia oprócz gra­wi­ta­cji. Zbli­ża nas to - być może po­przez teo­rię strun - do po­zna­nia "teo­rii wszyst­kie­go", czy­li wszyst­kich sił i czą­ste­czek. Teo­ria strun ba­zu­je na za­ło­że­niu, że fun­da­men­tal­ne siły przy­ro­dy moż­na roz­pa­try­wać tak, jak­by były jed­no­wy­mia­ro­wy­mi, drga­ją­cy­mi stru­na­mi. Po­trzeb­na jest do tego bar­dzo za­awan­so­wa­na ma­te­ma­ty­ka. Pra­ce nad tą teo­rią wciąż trwa­ją.

Fi­zy­kę czą­stek ele­men­tar­nych do­syć trud­no jest po­wią­zać ze zwy­kłym świa­tem, w któ­rym ży­je­my. Jed­nak na­ukow­cy znaj­du­ją dla niej co­raz wię­cej za­sto­so­wań waż­nych w na­szym co­dzien­nym ży­ciu, ta­kich jak ener­gia ją­dro­wa, te­le­wi­zja, kom­pu­te­ry, ob­li­cze­nia kwan­to­we i sprzęt do dia­gno­sty­ki me­dycz­nej. Lecz to nie je­dy­ne za­da­nie ba­da­czy. Mu­szą się jesz­cze dużo do­wie­dzieć, aby wy­tłu­ma­czyć teo­rię Wiel­kie­go Wy­bu­chu na pod­sta­wie tego, co moż­na i cze­go nie moż­na zo­ba­czyć na od­le­głych krań­cach ko­smo­su.

W la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku ro­syj­ski fi­zyk Alek­san­der Fried­man (1888-1925) jako je­den z pierw­szych szyb­ko włą­czył ogól­ną teo­rię względ­no­ści Ein­ste­ina do swo­je­go apa­ra­tu ma­te­ma­tycz­ne­go uła­twia­ją­ce­go ro­zu­mie­nie wszech­świa­ta. Rów­na­nia Fried­ma­na to re­gu­ły do­ty­czą­ce roz­sze­rza­ją­ce­go się kos­mosu. Na­ukow­ca za­sta­na­wia­ło tak­że, czy ma zna­cze­nie fakt, że pa­trzy­my na gwiaz­dy z Zie­mi. Dla nas to wy­jąt­ko­we miej­sce, ale czy jest ono szcze­gól­nym miej­scem do pro­wa­dze­nia ob­ser­wa­cji ko­smo­su? Uwa­żał, że nie. Po pro­stu przy­pad­kiem je­ste­śmy aku­rat tu­taj. Wszech­świat nie wy­glą­dał­by ina­czej, gdy­by­śmy pa­trzy­li na nie­go z in­nej pla­ne­ty, od­da­lo­nej o całe lata świetl­ne. To stwier­dze­nie w ję­zy­ku ma­te­ma­ty­ki prze­kła­da się na sta­łą ko­smo­lo­gicz­ną Fried­ma­na. Wy­ni­ka z nie­go jesz­cze je­den waż­ny wnio­sek: ma­te­ria we wszech­świe­cie jest roz­ło­żo­na jed­no­rod­nie. Oczy­wi­ście są lo­kal­ne od­stęp­stwa, na przy­kład Zie­mia jest znacz­nie gęst­sza od ota­cza­ją­cej ją at­mos­fe­ry. Gdy jed­nak po­pa­trzy się z dal­szej per­spek­ty­wy, wnio­sek wy­da­je się praw­dzi­wy. Współ­cze­sna ko­smo­lo­gia w znacz­nej mie­rze wciąż ba­zu­je na mo­de­lu Fried­ma­na. Musi tak­że opi­sy­wać tak ta­jem­ni­cze zja­wi­ska jak czar­ne dziu­ry i ciem­na ma­te­ria.

Człon­ko­wie To­wa­rzy­stwa Kró­lew­skie­go w Lon­dy­nie dys­ku­to­wa­li o ciem­nej ma­te­rii w XVIII wie­ku. Opi­sa­nie jej dzi­siej­sze­go od­po­wied­ni­ka, czy­li czar­nych dziur, było dzie­łem ge­nial­ne­go współ­cze­sne­go ma­te­ma­ty­ka Ro­ge­ra Pen­ro­se'a (ur. 1931) i zna­ko­mi­te­go fi­zy­ka teo­re­ty­ka Ste­phe­na Haw­kin­ga (ur. 1942). Aż do przej­ścia na ren­tę Haw­king zaj­mo­wał to samo sta­no­wi­sko co kie­dyś Isa­ac New­ton - pro­fe­so­ra ka­te­dry Lu­ca­sa na uni­wer­sy­te­cie w Cam­brid­ge. Pen­ro­se i Haw­king wy­ja­śni­li, dla­cze­go ła­two wy­obra­zić so­bie czar­ne dziu­ry, ale nie moż­na ich zo­ba­czyć. Są to miej­sca w ko­smo­sie, gdzie stop­nio­wo za­pa­da­ją się umie­ra­ją­ce gwiaz­dy. W trak­cie tego pro­ce­su ich ma­te­ria osią­ga co­raz więk­szą gę­stość, więc siła gra­wi­ta­cji sta­je się tak duża, że fo­to­ny świa­tła wpa­da­ją w pu­łap­kę i nie mogą z niej uciec.

Ist­nie­ją tak­że su­per­ma­syw­ne czar­ne dziu­ry. W 2008 roku w Chi­le, po szes­na­stu la­tach po­szu­ki­wań za po­mo­cą te­le­sko­pu, po­twier­dzo­no ist­nie­nie su­per­ma­syw­nej czar­nej dziu­ry w Dro­dze Mlecz­nej - to Sa­git­ta­rius A*. Astro­no­mo­wie, pod kie­run­kiem nie­miec­kie­go astro­fi­zy­ka Re­in­har­da Gen­ze­la (ur. 1952), ob­ser­wo­wa­li ruch gwiazd or­bi­tu­ją­cych wo­kół czar­nej dziu­ry w cen­trum Ga­lak­ty­ki. Ko­rzy­sta­li z po­mia­rów pod­czer­wie­ni, po­nie­waż mię­dzy Zie­mią a czar­ną dziu­rą, od­da­lo­ną od nas o 27 ty­się­cy lat świetl­nych, jest bar­dzo dużo gwiezd­ne­go pyłu.

Su­per­ma­syw­ne czar­ne dziu­ry mo­gły mieć wpływ na for­mo­wa­nie się ga­lak­tyk i czę­ści ko­smo­su, któ­rej nie wi­dzi­my bez­po­śred­nio - ciem­ną ma­te­rię. Dziś uwa­ża się, że ciem­na ma­te­ria sta­no­wi aż 23% ca­łej ma­te­rii ko­smo­su, a wi­docz­ne gwiaz­dy, pla­ne­ty, gaz i ko­smicz­ny pył - tyl­ko 4%. Ciem­ną ma­te­rię włą­czo­no do ba­dań teo­re­tycz­nych w la­tach trzy­dzie­stych XX wie­ku, aby wy­ja­śnić, dla­cze­go znacz­ne ob­sza­ry ko­smo­su nie za­cho­wu­ją się zgod­nie z ów­cze­sny­mi prze­wi­dy­wa­nia­mi. Na­ukow­cy zda­li so­bie spra­wę z tego, że nie zga­dza się masa wi­docz­nej czę­ści ma­te­rii z ob­ser­wo­wa­ny­mi efek­ta­mi gra­wi­ta­cyj­ny­mi. Cze­goś bra­ko­wa­ło. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych astro­nom Vera Ru­bin (ur. 1928) śle­dzi­ła, jak po­ru­sza­ją się szyb­kie gwiaz­dy na skra­ju ga­lak­tyk. Ich pręd­ko­ści były więk­sze, niż za­kła­da­no. Tra­dy­cyj­nie uwa­ża się, że im da­lej od cen­trum ga­lak­ty­ki znaj­du­ją się gwiaz­dy, tym wol­niej po­win­ny wo­kół nie­go krą­żyć. Do­dat­ko­wą siłę gra­wi­ta­cji, któ­ra nada­wa­ła­by gwiaz­dom więk­szą pręd­kość, mo­gła­by wy­two­rzyć ciem­na ma­te­ria. Po­śred­nio Ru­bin wy­ka­za­ła za­tem ist­nie­nie ciem­nej ma­te­rii, a na­ukow­cy się z nią zgo­dzi­li. Jed­nak ciem­na ma­te­ria po­zo­sta­je da­lej ta­jem­ni­cą - w przy­szło­ści trze­ba ją zna­leźć albo wy­klu­czyć jej ist­nie­nie.

Współ­cze­sna ko­smo­lo­gia wy­ro­sła z teo­rii Ein­ste­ina, ty­się­cy ob­ser­wa­cji, kom­pu­te­ro­wych ana­liz da­nych oraz przed­sta­wio­nej w 1948 roku przez Ga­mo­wa kon­cep­cji Wiel­kie­go Wy­bu­chu. Przez dwie de­ka­dy po jej opra­co­wa­niu fi­zy­cy nie­spe­cjal­nie in­te­re­so­wa­li się po­cząt­kiem wszech­świa­ta. Ale, jak każ­da do­bra teo­ria na­uko­wa, kon­cep­cja Wiel­kie­go Wy­bu­chu Ga­mo­wa zo­sta­ła zmo­dy­fi­ko­wa­na. Mu­sia­ła kon­ku­ro­wać z in­nym mo­de­lem wszech­świa­ta, zwa­nym mo­de­lem sta­nu sta­cjo­nar­ne­go i ko­ja­rzo­nym głów­nie z Fre­dem Hoy­lem (1915-2001). Mo­del Hoy­le'a cie­szył się pew­nym po­par­ciem wśród na­ukow­ców w la­tach pięć­dzie­sią­tych. We­dług nie­go świat był nie­skoń­czo­ny - bez po­cząt­ku i koń­ca. Cią­gle two­rzy­ła się w nim ma­te­ria. Ta hi­po­te­za stwa­rza­ła wie­le pro­ble­mów, a jej ży­wot był bar­dzo krót­ki.

Dziś fi­zy­cy dys­po­nu­ją ze­bra­ny­mi w ak­ce­le­ra­to­rach in­for­ma­cja­mi o krót­ko ży­ją­cych czą­stecz­kach i si­łach. Zna­ją wy­ni­ki ob­ser­wa­cji w od­le­głych re­jo­nach ko­smo­su. Byli w sta­nie do­pra­co­wać teo­rię Wiel­kie­go Wy­bu­chu. Jej szcze­gó­ły, a na­wet fun­da­men­tal­ne za­sa­dy, wciąż jesz­cze bu­dzą wie­le kon­tro­wer­sji, ale w na­uce nie jest to ni­czym nie­zwy­kłym. Teo­ria Wiel­kie­go Wy­bu­chu na­da­je sens więk­szo­ści do­ko­ny­wa­nych obec­nie po­mia­rów, w tym prze­su­nię­ciu ku czer­wie­ni świa­tła od­le­głych gwiazd, pro­mie­nio­wa­niu tła i fun­da­men­tal­nym si­łom ato­mo­wym. Uwzględ­nia czar­ne dziu­ry i ciem­ną ma­te­rię. Nie mówi jed­nak, dla­cze­go do­szło do Wiel­kie­go Wy­bu­chu. Ale na­uka zaj­mu­je się prze­cież od­po­wia­da­niem na py­ta­nie "jak", a nie "dla­cze­go". Nie­któ­rzy fi­zy­cy i ko­smo­lo­go­wie, tak jak przed­sta­wi­cie­le in­nych dzie­dzin na­uki, wy­zna­ją ja­kąś wia­rę, inni - nie. I tak po­win­no być. Naj­lep­sza na­uka ro­dzi się w at­mos­fe­rze to­le­ran­cji.

ROZDZIAŁ 40

Nauka w erze cyfrowej

Gdy na­stęp­nym ra­zem włą­czysz kom­pu­ter, praw­do­po­dob­nie nie bę­dziesz ro­bić żad­nych ob­li­czeń. Za­pew­ne coś obej­rzysz, na­pi­szesz ma­ile do zna­jo­mych albo spraw­dzisz wy­nik ostat­nie­go me­czu. Po­cząt­ko­wo jed­nak kom­pu­te­ry mia­ły być ma­szy­na­mi li­czą­cy­mi szyb­ciej i do­kład­niej niż na­sze mó­zgi.

Kom­pu­te­ry to dla nas szczyt tech­ni­ki, lecz sama idea pro­wa­dzą­ca do ich skon­stru­owa­nia jest bar­dzo sta­ra. W XIX wie­ku an­giel­ski ma­te­ma­tyk Char­les Bab­ba­ge (1791-1871) wy­my­ślił ma­szy­nę li­czą­cą, któ­rą da­ło­by się za­pro­gra­mo­wać. Na przy­kład moż­na było ją usta­wić tak, aby od­li­czy­ła licz­by cał­ko­wi­te do mi­lio­na, a póź­niej prze­sko­czy­ła do 1 000 002. Każ­dy, kto uważ­nie ob­ser­wo­wał­by od­li­cza­nie od mi­lio­na, był­by zdzi­wio­ny, że da­lej bra­ku­je jed­nej licz­by. Bab­ba­ge chciał po­ka­zać, że ma­szy­na może ro­bić rze­czy, któ­rych się nie spo­dzie­wa­my, bo nie są zgod­ne z nor­mal­nym bie­giem rze­czy.

Pod ko­niec XIX wie­ku ame­ry­kań­ski ma­te­ma­tyk i wy­na­laz­ca Her­man Hol­le­rith (1860-1929) zbu­do­wał nie­zwy­kłą ma­szy­nę elek­trycz­ną wy­ko­rzy­stu­ją­cą dziur­ko­wa­ne kar­ty do ana­li­zo­wa­nia du­żych ilo­ści da­nych. Je­śli kar­ta zo­sta­ła od­po­wied­nio po­dziur­ko­wa­na i wło­żo­na do czyt­ni­ka, ma­szy­na od­czy­ty­wa­ła ją i prze­twa­rza­ła dane. Ma­szy­na Hol­le­ri­tha przy­da­wa­ła się do ana­li­zo­wa­nia in­for­ma­cji z for­mu­la­rzy spi­su lud­no­ści, któ­re rząd zbie­rał na po­trze­by sta­ty­stycz­ne, aby wię­cej wie­dzieć o spo­łe­czeń­stwie. Urzą­dze­nie to po­tra­fi­ło bar­dzo szyb­ko prze­li­czyć pro­ste dane, ta­kie jak wy­so­kość za­rob­ków, licz­bę osób w każ­dym go­spo­dar­stwie do­mo­wym oraz ich wiek i płeć. Aż do dru­giej woj­ny świa­to­wej kar­ty dziur­ko­wa­ne po­zo­sta­ły głów­ną me­to­dą wpro­wa­dza­nia da­nych do kom­pu­te­rów.

Pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej te no­win­ki tech­nicz­ne zna­la­zły za­sto­so­wa­nie w ar­mii. Kom­pu­te­ry mo­gły ob­li­czyć, jak da­le­ko do­le­cą po­ci­ski. Wy­ko­rzy­sty­wa­no je tak­że do taj­nych za­dań, ta­kich jak pró­by od­czy­ta­nia za­szy­fro­wa­nych wia­do­mo­ści wro­ga. Niem­cy, Bry­tyj­czy­cy i Ame­ry­ka­nie roz­wi­ja­li moż­li­wo­ści kom­pu­te­rów, aby zwięk­szyć bez­pie­czeń­stwo pod­czas woj­ny. Współ­cze­sne kom­pu­te­ry otwie­ra­ją przed nami świat, a ich hi­sto­ria za­czę­ła się od ma­szyn, do któ­rych do­stęp mia­ło nie­wie­le osób o naj­więk­szym stop­niu wta­jem­ni­cze­nia - oto do­wód na to, jak nie­prze­wi­dy­wal­ny jest po­stęp tech­nicz­ny.

Bry­tyj­czy­cy i Ame­ry­ka­nie uży­wa­li kom­pu­te­rów do ana­li­zo­wa­nia za­szy­fro­wa­nych nie­miec­kich wia­do­mo­ści. Bry­tyj­ski ośro­dek de­ko­do­wa­nia mie­ścił się w sta­rej wiej­skiej po­sia­dło­ści Blet­chey Park w hrab­stwie Buc­kin­gham­shi­re. Niem­cy po­słu­gi­wa­li się dwo­ma urzą­dze­nia­mi szy­fru­ją­cy­mi: Enig­mą i ma­szy­ną Lo­ren­za. Co­dzien­nie zmie­nia­li kody, więc ma­szy­ny de­ko­du­ją­ce mu­sia­ły być ła­twe do ad­ap­to­wa­nia. Bry­tyj­czy­cy za­pro­jek­to­wa­li dwa kom­pu­te­ry do ła­ma­nia ko­dów: Bom­be (Bom­ba) i Co­los­sus (Ko­los). Co­los­sus miał sto­sow­ną na­zwę, po­nie­waż był ogrom­ną ma­szy­ną zaj­mu­ją­cą kil­ka po­miesz­czeń i zu­ży­wa­ją­cą dużo prą­du. Kom­pu­te­ry mia­ły wbu­do­wa­ne próż­nio­we lam­py elek­tro­no­we do prze­łą­cza­nia sy­gna­łów elek­trycz­nych. Lam­py wy­dzie­la­ły bar­dzo dużo cie­pła i nie­ustan­nie się psu­ły. Rzę­dy lamp od­dzie­la­ły sze­ro­kie przej­ścia, aby tech­ni­cy mo­gli swo­bod­nie po­dejść i wy­mie­nić te z prze­pa­lo­ny­mi dru­ci­ka­mi. W tam­tych cza­sach usu­wa­nie awa­rii po­le­ga­ło na me­cha­nicz­nym usu­wa­niu ciem lub much (an­giel­skie sło­wo bug zna­czy 'owad, in­sekt'), któ­re wpa­da­ły mię­dzy go­rą­ce szkla­ne lam­py i wy­łą­cza­ły sys­tem. (Dziś, przez ana­lo­gię, an­giel­skie bug to tak­że błę­dy opro­gra­mo­wa­nia, a ich usu­wa­nie za po­mo­cą spe­cjal­nych pro­gra­mów to de­bu­go­wa­nie). Ale i tak kryp­to­lo­dzy dzię­ki swo­jej pra­cy skró­ci­li woj­nę i nie­wąt­pli­wie po­mo­gli alian­tom ją wy­grać.

W Blet­chey Park pra­co­wał wy­jąt­ko­wy ma­te­ma­tyk - Alan Tu­ring (1912-1954). Ukoń­czył King's Col­le­ge w Cam­brid­ge, gdzie jego wy­bit­ny ta­lent do­strze­żo­no już na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych. Przed­sta­wił waż­ne teo­rie z dzie­dzi­ny ma­te­ma­ty­ki kom­pu­te­ro­wej i miał ogrom­ny wkład w do­ko­na­nia w Blet­chey Park. Po woj­nie na­dal pra­co­wał nad swo­imi kon­cep­cja­mi. Miał cen­ne spo­strze­że­nia do­ty­czą­ce sztucz­nej in­te­li­gen­cji i po­do­bieństw oraz róż­nic mię­dzy spo­so­bem dzia­ła­nia kom­pu­te­rów a ludz­kich mó­zgów. Pra­co­wał na­wet nad ma­szy­ną gra­ją­cą w sza­chy. Zwy­kle ar­cy­mi­strzo­wie sza­cho­wi na­dal wy­gry­wa­ją z kom­pu­te­rem, ale ma­szy­ny są co­raz lep­sze w tej grze. W lon­dyń­skim Na­ro­do­wym La­bo­ra­to­rium Fi­zycz­nym w Ted­ding­ton Tu­ring opra­co­wał je­den z pierw­szych kom­pu­te­rów elek­tro­nicz­nych ACE. Urzą­dze­nie mia­ło dużo więk­sze moż­li­wo­ści ob­li­cze­nio­we niż po­przed­nie wy­na­laz­ki. Ży­cie Tu­rin­ga za­koń­czy­ło się tra­gicz­nie. Był ho­mo­sek­su­ali­stą w cza­sach, gdy w Wiel­kiej Bry­ta­nii ta orien­ta­cja sek­su­al­na była nie­le­gal­na. Aresz­to­wa­ny przez po­li­cję i zmu­szo­ny do pod­da­nia się te­ra­pii hor­mo­nal­nej, któ­ra mia­ła go "wy­le­czyć", praw­do­po­dob­nie po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, zja­da­jąc jabł­ko za­tru­te cy­jan­kiem. Jego ży­cie i śmierć utwier­dza­ją nas w prze­ko­na­niu, że na­uka nie dzie­li lu­dzi na rasy, płeć, orien­ta­cję re­li­gij­ną czy sek­su­al­ną.

Zbu­do­wa­ne pod­czas woj­ny ogrom­ne ma­szy­ny były przy­dat­ne, ale ich uży­tecz­ność ogra­ni­cza­ły prze­grze­wa­ją­ce się lam­py próż­nio­we. Do cza­su, aż wy­na­le­zio­no tran­zy­stor, któ­ry zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wał kom­pu­te­ry i inne urzą­dze­nia. Skon­stru­owa­ny pod ko­niec 1947 roku przez Joh­na Bar­de­ena (1908-1991), Wal­te­ra Brat­ta­ina (1902-1987) i Wil­lia­ma Shoc­kleya (1910-1989), wzmac­niał i prze­łą­czał sy­gna­ły elek­tro­nicz­ne. Był zde­cy­do­wa­nie mniej­szy od lam­py próż­nio­wej i wy­dzie­lał znacz­nie mniej cie­pła. Dzię­ki temu wszel­kie urzą­dze­nia elek­trycz­ne, jak ra­dio­od­bior­ni­ki tran­zy­sto­ro­we, sta­ły się mniej­sze i wy­daj­niej­sze. Tych trzech na­ukow­ców po­dzie­li­ło się Na­gro­dą No­bla w dzie­dzi­nie fi­zy­ki, a Bar­de­en do­stał ją po­now­nie za ba­da­nia nad pół­prze­wod­ni­ka­mi, czy­li ma­te­ria­ła­mi, bez któ­rych nie by­ło­by tran­zy­sto­rów i współ­cze­snych ukła­dów sca­lo­nych.

Pod­czas zim­nej woj­ny, w la­tach 1945-1991, woj­sko na­dal pra­co­wa­ło nad udo­sko­na­le­niem kom­pu­te­rów. Dwa su­per­mo­car­stwa, Sta­ny Zjed­no­czo­ne i Zwią­zek Ra­dziec­ki, nie mia­ły do sie­bie za­ufa­nia, mimo że pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej były so­jusz­ni­ka­mi. W każ­dym z tych państw uży­wa­no kom­pu­te­rów do ana­li­zo­wa­nia da­nych o ak­tyw­no­ści dru­gie­go mo­car­stwa. Co­raz więk­sza moc ob­li­cze­nio­wa kom­pu­te­rów przy­da­wa­ła się też na­ukow­com. W la­tach sześć­dzie­sią­tych fi­zy­cy z po­żyt­kiem za­sto­so­wa­li te now­sze, ulep­szo­ne ma­szy­ny. Ak­ce­le­ra­to­ry wy­so­kich ener­gii do­star­cza­ły tylu da­nych, że ar­mia lu­dzi z ołów­ka­mi i kart­ka­mi pa­pie­ru nie da­ła­by rady ich opra­co­wać.

Co­raz czę­ściej w skład ze­spo­łów na­uko­wych wcho­dzi­li spe­cja­li­ści od kom­pu­te­rów, a bu­dże­ty na ba­da­nia obej­mo­wa­ły ich pen­sje i sprzęt. Za­tem sen­sow­nym roz­wią­za­niem wy­da­wa­ło się, aby róż­ne ze­spo­ły mo­gły po­ro­zu­mie­wać się nie tyl­ko tra­dy­cyj­ną dro­gą (czy­li bez­po­śred­nio czło­wiek z czło­wie­kiem), ale też za po­śred­nic­twem kom­pu­te­rów. Tak po­trzeb­ny do ko­mu­ni­ka­cji te­le­fon wszedł do użyt­ku mniej wię­cej sto lat wcze­śniej, a prze­sy­ła­nie wia­do­mo­ści za po­mo­cą te­le­gra­fu wy­na­le­zio­no jesz­cze wcze­śniej. Na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych XX wie­ku wy­my­ślo­no wy­mia­nę pa­kie­tów. Cy­fro­we wia­do­mo­ści moż­na było po­dzie­lić na mniej­sze pa­kie­ty i każ­dy z nich wy­słać naj­prost­szą dro­gą, a gdy do­tar­ły do celu, ze­sta­wić je na nowo na ekra­nie kom­pu­te­ra oso­by od­bie­ra­ją­cej wia­do­mość. Gdy roz­ma­wiasz przez te­le­fon sta­cjo­nar­ny, ko­mu­ni­ka­cja od­by­wa się w cza­sie rze­czy­wi­stym, więc nikt inny nie może do cie­bie za­dzwo­nić. Na kom­pu­te­rze mo­żesz wy­sy­łać i od­bie­rać wia­do­mo­ści - ma­ile lub po­sty z wi­tryn - i będą one do­stęp­ne w każ­dej chwi­li.

Wy­mia­nę pa­kie­tów wy­na­le­zio­no rów­no­cze­śnie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Jako ele­ment sys­te­mu bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go po­zwa­la­ła ona woj­sko­wym albo przy­wód­com po­li­tycz­nym na po­ro­zu­mie­wa­nie się ze sobą i mia­ła dzia­łać tak­że w sy­tu­acji, gdy­by inne ka­na­ły ko­mu­ni­ka­cji zo­sta­ły znisz­czo­ne. Wy­mia­na pa­kie­tów uła­twi­ła po­łą­cze­nie ze sobą grup kom­pu­te­rów, do­pro­wa­dza­jąc do utwo­rze­nia sie­ci kom­pu­te­ro­wych. Pierw­sze nie­woj­sko­we sie­ci po­wsta­ły na wyż­szych uczel­niach. Współ­cze­śnie pra­cu­ją one na rzecz na­uki na ca­łym świe­cie. W la­tach sześć­dzie­sią­tych z mniej­szych i szyb­szych kom­pu­te­rów sko­rzy­sta­ły przede wszyst­kim spo­łecz­no­ści aka­de­mic­kie. Mimo wszyst­ko te urzą­dze­nia były da­lej ogrom­ne, bar­dzo po­wol­ne i nie­zwy­kle dro­gie w po­rów­na­niu ze współ­cze­sny­mi kom­pu­te­ra­mi. Z pew­no­ścią ucie­szy cię in­for­ma­cja, że już wte­dy moż­na było grać w gry kom­pu­te­ro­we, a więc nowy typ roz­ryw­ki za­czął się wcze­śnie roz­wi­jać. Tem­po udo­sko­na­la­nia tych elek­tro­nicz­nych ma­szyn wzro­sło w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych. Kom­pu­te­ry z ekra­nem i kla­wia­tu­rą - a ra­czej mi­kro­kom­pu­te­ry, jak je wte­dy na­zy­wa­no - mie­ści­ły się już na biur­ku. Opar­te były na znacz­nie po­tęż­niej­szych mi­kro­pro­ce­so­rach. Roz­po­czę­ła się re­wo­lu­cja w seg­men­cie kom­pu­te­rów oso­bi­stych. Więk­szość in­no­wa­cji opra­co­wa­no w Do­li­nie Krze­mo­wej w Ka­li­for­nii.

Kom­pu­te­ry na­dal zmie­nia­ły tryb pra­cy spo­łecz­no­ści aka­de­mic­kich i ich spo­so­by ko­mu­ni­ko­wa­nia się ze sobą. Jed­na z naj­licz­niej­szych grup fi­zy­ków na świe­cie pra­co­wa­ła wów­czas w Eu­ro­pej­skim Ośrod­ku Ba­dań Ją­dro­wych (CERN), gdzie znaj­du­je się Wiel­ki Zder­zacz Ha­dro­nów - naj­szyb­szy na świe­cie ak­ce­le­ra­tor czą­stek (roz­dział 39). W la­tach osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych spe­cja­li­ści kom­pu­te­ro­wi z CERN-u wznie­śli sie­ci i ana­li­zę da­nych kom­pu­te­ro­wych na nowy po­ziom. Jed­nym z nich był Tim Ber­ners-Lee (ur. 1955). Za­wsze fa­scy­no­wa­ły go kom­pu­te­ry (jego ro­dzi­ce pra­co­wa­li przy pierw­szym ko­mer­cyj­nie sprze­da­nym kom­pu­te­rze). Ber­ners-Lee stu­dio­wał fi­zy­kę w Oks­for­dzie, a na­stęp­nie wy­je­chał do pra­cy w CERN-ie. W 1989 roku wy­stą­pił o fun­du­sze na ba­da­nia nad "za­rzą­dza­niem in­for­ma­cją". Sze­fo­wie udzie­li­li mu pew­ne­go wspar­cia, a on na­le­gał na uła­twie­nie do­stę­pu do ro­sną­cej licz­by in­for­ma­cji w In­ter­ne­cie każ­de­mu, kto ma kom­pu­ter i li­nię te­le­fo­nicz­ną. Wraz z Ro­ber­tem Ca­il­liau (ur. 1947) stwo­rzy­li sieć WWW. Po­cząt­ko­wo uży­wa­no jej tyl­ko w CERN-ie i paru in­nych la­bo­ra­to­riach fi­zycz­nych. W 1993 roku sta­ła się pu­blicz­nie do­stęp­na. Zbie­gło się to z ma­so­wym upo­wszech­nie­niem się kom­pu­te­rów nie tyl­ko w pra­cy, ale i w domu. Lu­dzie, któ­rzy prze­wo­dzi­li re­wo­lu­cji na ryn­ku kom­pu­te­rów oso­bi­stych, jak Bill Ga­tes (ur. 1955) z Mi­cro­so­ftu i Ste­ve Jobs (1955-2011) z fir­my Ap­ple, sta­li się bo­ha­te­ra­mi współ­cze­snej na­uki (i bo­ga­cza­mi). Rok 1955 oka­zał się wy­jąt­ko­wo do­bry dla kom­pu­te­rów, po­nie­waż na świat przy­szli wte­dy Ber­ners-Lee, Ga­tes i Jobs.

Szyb­kość roz­wo­ju kom­pu­te­rów, po­cząw­szy od lat sie­dem­dzie­sią­tych, po­kry­wa­ła się z tem­pem two­rze­nia me­tod se­kwen­cjo­no­wa­nia ge­no­mu. To nie przy­pa­dek, że jed­ne i dru­gie wy­da­rze­nia mia­ły miej­sce w tym sa­mym cza­sie. Nie moż­na pro­wa­dzić współ­cze­snych ba­dań na­uko­wych bez no­wo­cze­snych tech­no­lo­gii. Zna­le­zie­nie roz­wią­zań wie­lu fun­da­men­tal­nych pro­ble­mów na­uko­wych - od opra­co­wy­wa­nia no­wych le­ków po mo­de­lo­wa­nie zmian kli­ma­tu - za­le­ży od tych ma­szyn. W domu uży­wa­my ich do od­ra­bia­nia lek­cji, ku­po­wa­nia wa­ka­cyj­nych wy­cie­czek czy gra­nia w gry. Wbu­do­wa­ne sys­te­my kom­pu­te­ro­we ste­ru­ją sa­mo­lo­ta­mi, wspo­ma­ga­ją ob­ra­zo­wa­nie me­dycz­ne i pio­rą na­sze ubra­nia. Współ­cze­sne ży­cie, po­dob­nie jak współ­cze­sna na­uka, jest uza­leż­nio­ne od kom­pu­te­rów.

Nie po­win­ni­śmy być tym za­sko­cze­ni. Jed­ną z rze­czy, któ­re sta­ra­łem się po­ka­zać w tej książ­ce, jest to, że w każ­dym mo­men­cie dzie­jów na­uka była pro­duk­tem chwi­li. Chwi­la Hi­po­kra­te­sa róż­ni­ła się od chwi­li Ga­li­le­usza czy La­vo­isie­ra. Ubie­ra­li się, od­ży­wia­li i my­śle­li jak inni ży­ją­cy w ich cza­sach. Opi­sa­ni w tej książ­ce lu­dzie ro­zu­mo­wa­li jed­nak bar­dziej prze­ni­kli­wie niż więk­szość im współ­cze­snych i po­tra­fi­li prze­ka­zać swo­je idee. Dla­te­go ich roz­wa­ża­nia i pi­sma są war­te tego, by­śmy o nich pa­mię­ta­li.

Współ­cze­sna na­uka ma więk­sze moż­li­wo­ści niż kie­dy­kol­wiek do­tąd. Kom­pu­te­ry przy­da­ją się prze­stęp­com i ha­ke­rom, a tak­że na­ukow­com i stu­den­tom. Na­ukę i tech­no­lo­gię moż­na z ła­two­ścią wy­ko­rzy­stać w złym celu, jak i ku ogól­ne­mu po­żyt­ko­wi. Po­trze­bu­je­my do­brych na­ukow­ców, a tak­że i do­brych oby­wa­te­li, któ­rzy za­gwa­ran­tu­ją, że dzię­ki na­uce świat sta­nie się lep­szym miej­scem do ży­cia.