Rozdział 4. MIARA RZECZY
Rozdział 4
MIARA RZECZY
Niewiele ekspedycji naukowych w historii zachodniej cywilizacji miało
równie niepomyślny przebieg jak wyprawa do Peru pod auspicjami
Francuskiej Akademii Nauk w 1735 roku. Grupa uczonych i awanturników,
pod dowództwem hydrologa Pierre'a Bouguera oraz żołnierza matematyka
Charles'a Marie de La Condamine'a, wyruszyła w Andy w celu wykonania
pomiarów triangulacyjnych.
W owym czasie ludzie nauki zaczęli zadawać sobie coraz bardziej
precyzyjne i szczegółowe pytania na temat naszej planety. Chcieli poznać
jej wiek, rozmiary, masę, pochodzenie, jej miejsce w przestrzeni.
Zadanie francuskiej ekspedycji polegało na wykonaniu pomiaru odległości
odpowiadającej jednemu stopniowi szerokości geograficznej (czyli 1/360
obwodu planety) wzdłuż południka, co pozwoliłoby obliczyć całkowity
obwód Ziemi. Pomiar miał być wykonany wzdłuż linii łączącej dwie
miejscowości położone w Andach i oddalone mniej więcej o 320 kilometrów:
Yarouqui koło Quito oraz okolice Cuenca w obecnym Ekwadorze1.
Niemal od początku sprawy toczyły się dość niepomyślnie, niekiedy wręcz
dramatycznie. W Quito uczestnicy wyprawy w jakiś sposób sprowokowali
lokalnych mieszkańców i w rezultacie nieporozumień zostali obrzuceni
kamieniami i wypędzeni z miasta przez rozjuszony tłum. Wkrótce potem
lekarz wyprawy został zamordowany w bójce o kobietę. Botanik oszalał.
Kilka osób zmarło na malarię lub zginęło w wypadkach. Trzeci pod
względem starszeństwa członek kierownictwa wyprawy, Jean Godin, uległ
wdziękom trzynastoletniej dziewczynki i nie dał się nakłonić do powrotu.
W pewnym momencie wyprawa była zmuszona wstrzymać prace na osiem
miesięcy, podczas gdy La Condamine musiał pojechać do Limy, aby uzyskać
zgodę władz na dalsze prace. W rezultacie sporów i nieporozumień
wewnątrz grupy La Condamine i Bouguer przestali się do siebie odzywać i przestali razem pracować. Niemal wszędzie członkowie wyprawy spotykali
się z podejrzeniami lokalnych władz, którym trudno było uwierzyć, że
grupa francuskich uczonych wybrała się na drugą stronę globu tylko po
to, aby go zmierzyć. To nie wyglądało na sensowny powód ani wtedy, ani
dzisiaj, dwa i pół wieku po tych wydarzeniach. Dlaczego Francuzi nie
robili swoich pomiarów we Francji, oszczędzając sobie trudów i niebezpieczeństw wyprawy w Andy?
Odpowiedź w pewnym stopniu wynika z faktu, że osiemnastowieczni uczeni,
a Francuzi w szczególności, rzadko wybierali proste rozwiązanie, jeżeli
istniała jakaś absurdalnie skomplikowana alternatywa. Częściowo
odpowiedzialny był praktyczny problem, na który po raz pierwszy natknął
się angielski astronom Edmond Halley wiele lat wcześniej - znacznie
wcześniej niż Bouguer i La Condamine zaczęli marzyć o wyprawie do
Ameryki Południowej, nie mówiąc już o przesłankach tej decyzji.
Edmond Halley był pod wieloma względami wyjątkową i barwną postacią
siedemnastowiecznej nauki. W ciągu swej długiej i owocnej kariery2 był
kapitanem statku, kartografem, profesorem geometrii na University of
Oxford, zastępcą nadzorcy Mennicy Królewskiej, astronomem królewskim,
wynalazcą pełnomorskiego dzwonu nurkowego. Pisał autorytatywne teksty na
temat magnetyzmu, prądów morskich i ruchów planet, a także o skutkach
używania opium. Opracował koncepcję mapy pogody, stworzył tabelę
umieralności dla firm ubezpieczeniowych, zaproponował sposób pomiaru
wieku Ziemi oraz jej odległości od Słońca, a nawet stworzył praktyczną
metodę przechowywania ryb. Jedną z rzeczy, których n i e zrobił, było
odkrycie komety noszącej obecnie jego imię. Halley jedynie zauważył, że
kometa zaobserwowana w 1682 roku, między innymi przez niego samego, jest
tym samym ciałem, które wcześniej było widziane w latach 1456, 1531 i 1607. Dopiero w 1758 roku, szesnaście lat po śmierci Halleya, komecie
nadano nazwę.
Mimo tych wszystkich osiągnięć największy wkład Halleya w naukę polega
prawdopodobnie na tym, że w pewnym momencie wziął udział w zakładzie,
którego stronami byli oprócz niego jeszcze dwaj inni prominentni
przedstawiciele nauki owych czasów. Adwersarzami Halleya byli Robert
Hooke, zapewne najlepiej pamiętany jako pierwszy uczony, który opisał
komórkę, oraz sir Christopher Wren, obecnie niemal wyłącznie pamiętany
jako architekt, aczkolwiek był on przede wszystkim astronomem. W 1683
roku Halley, Hooke i Wren spotkali się w Londynie na obiedzie. Rozmowa
zeszła na aktualny wówczas temat ruchów planet. Wiedziano już wtedy, że
orbity planet mają kształt elipsy - "konkretnej i precyzyjnie określonej
krzywej"3, według słów Richarda Feynmana - lecz nikt nie wiedział
dlaczego. Wren zaoferował hojną nagrodę w wysokości 40 szylingów
(odpowiednik kilkutygodniowej pensji) dla odkrywcy rozwiązania.
Hooke, człowiek znany z przypisywania sobie idei, które niekoniecznie
były jego własne, stwierdził, iż znalazł już rozwiązanie4, lecz odmówił
podzielenia się nim, wysuwając równie interesujący, co odkrywczy
argument, że ujawnienie rozwiązania pozbawiłoby innych badaczy
satysfakcji wynikającej z samodzielnego poszukiwania. Zamierzał "przez
pewien czas nie ujawniać swego wyniku, aby inni mogli w pełni docenić
jego wartość". Nie mamy żadnych dowodów, że Hooke próbował rozwiązać
problem kształtu orbit planetarnych, ani tym bardziej że naprawdę
znalazł rozwiązanie. Wiadomo natomiast, że Halley bardzo poważnie
podszedł do zagadnienia, do tego stopnia, że rok później udał się do
Cambridge z nadzieją uzyskania pomocy ze strony tamtejszego profesora
matematyki, Isaaca Newtona.
Isaac Newton, ikona nowoczesnej nauki, był bez wątpienia wyjątkową
osobowością, nawet jak na ówczesne czasy. Błyskotliwy ponad wszelką
miarę, lecz zarazem ponury samotnik; drażliwy w stopniu graniczącym z paranoją; znany ze skłonności do całkowitego wyłączania zewnętrznych
bodźców i popadania w głęboką zadumę (miał jakoby przesiadywać w nocnej
koszuli na brzegu łóżka do późnego popołudnia pod wpływem nagłej myśli,
która przyszła mu do głowy tuż po przebudzeniu); zdolny do najbardziej
niewiarygodnych dziwactw. Zbudował w Cambridge własne laboratorium, w którym oprócz epokowych odkryć wykonywał także szokujące eksperymenty,
na przykład wbił szpikulec - długą igłę używaną do szycia skóry - do
własnej gałki ocznej i obracał ją dookoła "między okiem i kością5, tak
blisko dna oka, jak potrafiłem", aby się przekonać, co z tego wyniknie.
Przedziwnym cudem nic złego nie wyniknęło z tego eksperymentu, w każdym
razie nic trwałego. Przy innej okazji wpatrywał się w Słońce tak długo,
jak zdołał wytrzymać, aby sprawdzić, jaki efekt wywrze ta tortura na
narządy wzroku. Ponownie uniknął trwałych uszkodzeń, choć musiał spędzić
kilka dni w zaciemnionym pokoju, zanim ból oczu przestał mu doskwierać.
Pod osobowością dziwaka krył się jednak umysł geniusza najwyższej próby,
aczkolwiek nawet największe osiągnięcia Newtona otoczone są aurą
osobliwości. Jeszcze jako student Newton - niezadowolony z ograniczeń
ówczesnej matematyki - wynalazł nową gałąź tej dziedziny, rachunek
różniczkowy, po czym wstrzymywał się z opublikowaniem swego odkrycia
przez dwadzieścia siedem lat6. W identyczny sposób postąpił ze swymi
odkryciami w dziedzinie optyki, które zrewolucjonizowały nasze
zrozumienie natury światła. Stworzył podwaliny spektroskopii, po czym
przez trzy dekady niczego nie ujawnił.
Mimo swej niezwykłej błyskotliwości Newton tylko część swoich
zainteresowań lokował w dziedzinie, którą dziś określilibyśmy jako
naukę. Przynajmniej połowę swego aktywnego życia poświęcił alchemii oraz
kwestiom religii, które traktował równie poważnie, a może nawet bardziej
poważnie niż wszystko inne. Był antytrynitarzem - sekretnym zwolennikiem
niebezpiecznie heretyckiej sekty arian, którzy odrzucali dogmat Trójcy
Świętej (jak na ironię, Newton był członkiem college'u Świętej Trójcy w Cambridge). Spędzał całe dnie na studiowaniu planu zaginionej świątyni
króla Salomona w Jerozolimie (przy okazji nauczył się hebrajskiego, aby
móc studiować teks ty w oryginale), wierząc, że znajdzie tam
matematyczny klucz do dat powtórnego przyjścia Chrystusa oraz końca
świata. Równie silne było jego zaangażowanie w alchemię. W 1936 roku
ekonomista John Maynard Keynes nabył na aukcji zbiór rękopisów Newtona i ze zdumieniem odkrył, że nie dotyczyły one optyki ani ruchów planet,
lecz przemiany pospolitych metali w metale szlachetne. W 1970 roku
wykonano analizę kosmyka włosów Newtona. Okazało się, że włosy zawierały
rtęć, pierwiastek, którym interesują się wyłącznie alchemicy,
kapelusznicy oraz producenci termometrów. Stężenie rtęci
czterdziestokrotnie przekraczało naturalny poziom, co może tłumaczyć,
dlaczego Newton zapominał rano wstać z łóżka.
Możemy tylko zgadywać, czego spodziewał się Halley, gdy złożył w Cambridge niezapowiedzianą wizytę w sierpniu 1684 roku, lecz dzięki
jednemu z późniejszych zwolenników Newtona, Abrahamowi DeMoivre'owi,
posiadamy zapis jednego z najbardziej przełomowych spotkań w historii
nauki:
W 1684 roku doktor Halley przybył do Cambridge [i] po pewnym czasie
zapytał, co sądzi o krzywej, jaką zakreślają planety, zakładając, że
siła przyciągania Słońca jest proporcjonalna do odwrotności kwadratu
odległości.
Halley był przekonany, że wyjaśnienie musi być związane z matematycznym
prawem odwrotnych kwadratów, chociaż nie bardzo wiedział jak.
Sir Isaac natychmiast stwierdził, że to będzie [elipsa]. Doktor,
zaskoczony i zachwycony, zapytał, skąd to wiadomo. "No cóż - odparł -
policzyłem to", na co doktor Halley bez dalszej zwłoki poprosił o te
obliczenia. Sir Isaac przejrzał swe papiery, lecz nie mógł znaleźć
obliczeń.
Halley nie zadowolił się tą zdumiewającą reakcją - było to niczym
historia o kimś, kto odkrył lekarstwo na raka, lecz nie może sobie
przypomnieć, gdzie odłożył recepturę. Naciskany przez Halleya Newton
zgodził się powtórzyć obliczenia i opublikować je. Nie tylko dotrzymał
słowa, lecz uczynił znacznie więcej. W ciągu dwóch lat intensywnej pracy
napisał swe arcydzieło: Philosophiae Naturalis Principia Mathematica,
czyli Zasady matematyczne filozofii przyrody, powszechnie znane jako
Principia.
W historii cywilizacji tylko kilka razy zdarzyło się, że ludzki umysł
dokonał odkrycia tak przenikliwego i tak nieoczekiwanego, iż nie sposób
zdecydować, co było bardziej zdumiewające - samo odkrycie czy proces
myślowy, który do niego doprowadził. Publikacja Principiów stanowiła
jeden z takich momentów. Niemal z dnia na dzień Newton stał się sławny.
Do końca życia spływały nań zaszczyty i honory; był między innymi
pierwszym Anglikiem, który za osiągnięcia naukowe otrzymał tytuł
szlachecki. Nawet wielki niemiecki matematyk, Gottfried von Leibniz7, z którym Newton prowadził długi zażarty spór o pierwszeństwo odkrycia
rachunku różniczkowego, uważał, że wkład Newtona do matematyki był nie
mniejszy niż wszystkie uprzednie odkrycia matematyczne razem wzięte.
"Bliżej bogów żaden śmiertelnik nie zaszedł", napisał Halley, a odczucia
te podzielali niemal wszyscy jemu współcześni oraz niezliczone rzesze
późniejszych uczonych.
Principia zostały wprawdzie określone jako "jedna z najtrudniejszych
książek wszech czasów"8 (Newton celowo uczynił ją trudną, aby uniknąć
zawracania głowy ze strony "ignorantów"), lecz w istocie tekst stanowił
drogowskaz dla tych, którzy chcieli i potrafili iść jego śladem. Newton
nie tylko wyjaśnił i podał matematyczne podstawy orbit ciał niebieskich,
lecz także zidentyfikował siłę przyciągania, która jest odpowiedzialna
za ruchy planet - grawitację. Nagle okazało się, że każdy ruch we
wszechświecie można sensownie wytłumaczyć.
Trzy newtonowskie prawa ruchu (każde ciało porusza się wzdłuż linii
prostej, dopóki jakaś siła nie zmusi go do zmiany prędkości lub kierunku
ruchu; ciało przyspiesza w kierunku, w którym jest popychane; każda
akcja spotyka się równą i przeciwnie skierowaną reakcją) oraz
uniwersalne prawo grawitacji (każdy obiekt we wszechświecie przyciąga
każdy inny obiekt) stanowiły cztery główne zagadnienia Principiów.
Może ci się to nie wydawać prawdopodobne, lecz w tej chwili przyciągasz
wszystko, co znajduje się wokół ciebie - ściany, sufit, lampę, kota - za
sprawą swego niewielkiego (w istocie bardzo małego) pola grawitacyjnego,
które rozciąga się na wszystkie strony wokół ciebie. Wszystkie te
obiekty również działają na ciebie. Newton odkrył, że siła przyciągania
dwóch ciał jest, jak ujął to Feynman, "proporcjonalna do masy każdego z nich i odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości między nimi"9.
Inaczej mówiąc, jeżeli podwoisz odległość między nimi, siła przyciągania
zmniejszy się czterokrotnie. Można to wyrazić za pomocą wzoru
który dla większości z nas jest oczywiście całkowicie pozbawiony
praktycznego pożytku, ale możemy przynajmniej podziwiać jego
matematyczną elegancję. Kilka operacji mnożenia, proste dzielenie i...
bingo - gdziekolwiek jesteś, znasz swoją grawitacyjną sytuację. Było to
pierwsze uniwersalne prawo przyrody odkryte przez ludzki umysł i między
innymi z tego powodu Newtona otacza tak powszechny szacunek.
Publikacja Principiów nie obyła się bez przeszkód. Gdy praca była
niemal ukończona, rozgorzał spór między Newtonem i Hookiem o pierwszeństwo odkrycia prawa odwrotnych kwadratów. Newton odmówił
wydania trzeciego tomu, bez którego publikacja pierwszych dwóch wydawała
się mało sensowna. Tylko niezwykle energiczne, i zarazem dyplomatyczne,
działania Halleya, hojnie szafującego pochlebstwami, pozwoliły mu
wydrzeć końcowy tom z rąk kapryśnego profesora.
Na tym bynajmniej nie skończyły się kłopoty Halleya. Royal Society
zobowiązało się opublikować pracę, lecz w ostatniej chwili wycofało
swoje poparcie, powołując się na trudności finansowe. Rok wcześniej
Royal Society sfinansowało kosztowną pozycję, zatytułowaną The History
of Fishes, która okazała się kompletnym niewypałem. Istniały obawy, że
książka o czysto matematycznych zagadnieniach również nie zawojuje
rynku. Halley opublikował Principia na własny koszt, mimo że jego
sytuacja finansowa bynajmniej nie była różowa. (Newton, jak zwykle, nie
dał ani grosza10). Krótko przedtem przyjął stanowisko asystenta
sekretarza w Royal Society, lecz został poinformowany, że zamiast
umówionej pensji w wysokości 50 funtów rocznie będzie otrzymywał
równowartość w naturze - w postaci egzemplarzy The History of
Fishes11.
Prawa Newtona wyjaśniały tak wiele różnych zjawisk - prądy morskie,
ruchy planet, trajektorie pocisków armatnich, przyczyny, dla których nie
spadamy w kosmos, lecz pozostajemy na Ziemi, mimo że powierzchnia
planety wiruje z prędkością setek kilometrów na godzinę12,
wytwarzając potężną siłę odśrodkową - że upłynęło sporo czasu, nim
wszystkie konsekwencje utrwaliły się w powszechnej świadomości. Jedna z owych zasad jednakże niemal natychmiast wywołała ogromne kontrowersje.
Była to sugestia, że Ziemia nie jest ciałem dokładnie kulistym. Zgodnie
z teorią Newtona siła odśrodkowa, wywołana wirowym ruchem Ziemi, powinna
spowodować nieznaczne spłaszczenie planety na biegunach oraz równie
niewielkie wybrzuszenie na równiku. Między innymi oznaczało to, że
odległość odpowiadająca jednemu stopniowi szerokości geograficznej we
Włoszech nie jest dokładnie taka sama jak w Szkocji. W szczególności
odległość ta zmniejsza się w miarę oddalania się od bieguna. To nie była
dobra wiadomość dla tych kartografów, którzy swoje pomiary rozmiarów
planety opierali na założeniu, że jest ona idealną kulą - czyli w praktyce dla wszystkich.
Przez ponad pół wieku próbowano dokładnie zmierzyć Ziemię. Jedną z pierwszych prób podjął angielski matematyk Richard Norwood. W młodości
Norwood próbował zbić fortunę na wydobyciu pereł z dna morza. Na
podstawie projektu Halleya zbudował dzwon nurkowy, z którym udał się na
Bermudy. Przedsięwzięcie nie przyniosło jednak oczekiwanych zysków,
ponieważ dzwon nie działał zgodnie z oczekiwaniami, a na Bermudach nie
ma pereł, lecz Norwood nie należał do ludzi, którzy łatwo ulegają
zniechęceniu. Na początku siedemnastego stulecia Bermudy miały złą sławę
wśród kapitanów statków jako trudny do osiągnięcia cel podróży, ponieważ
ówczesne techniki nawigacyjne były zbyt niedokładne, aby za ich pomocą
dało się precyzyjnie zlokalizować archipelag, którego rozmiary są
mikroskopijne w porównaniu z ogromem oceanu. Długość jednej mili
morskiej nie była wtedy jeszcze sprecyzowana. Nawet najdrobniejszy błąd
w obliczeniach nawigacyjnych ulegał powiększeniu w trakcie trawersowania
oceanu i w rezultacie trafienie w cel wielkości Bermudów często
stanowiło zadanie przekraczające możliwości ówczesnych nawigatorów.
Norwood, którego pierwszą miłością była trygonometria, chciał wprowadzić
do nawigacji nieco matematycznego rygoru i w tym celu zdecydował się
zacząć od wyznaczenia odległości odpowiadającej jednemu stopniowi
szerokości geograficznej.
Zaczynając od murów wieży Tower w Londynie, Norwood spędził dwa
pracowite lata, maszerując 335 kilometrów w kierunku północnym, w stronę
Yorku, i mierząc dystans za pomocą wielokrotnie rozciąganego łańcucha.
Cały czas musiał przy tym dokonywać precyzyjnych poprawek, aby
uwzględnić nierówności terenu. Na koniec zamierzał dokonać pomiaru
wysokości Słońca w Yorku o tej samej porze dnia i o tej samej porze roku
co pomiar wykonany uprzednio w Londynie. W ten sposób zamierzał
wyznaczyć długość jednego stopnia, a zatem również cały obwód Ziemi.
Było to niemal absurdalnie ambitne przedsięwzięcie, ponieważ nawet
bardzo niewielki błąd o drobny ułamek stopnia spowodowałby zmianę
końcowego wyniku o wiele mil. Ostatecznie jednak Norwood z dumą ogłosił,
że wynik jest dokładny "co do joty"13; ściśle rzecz biorąc, wynik był
dokładny do około 600 jardów. Długość jednego stopnia wyniosła według
Norwooda 110,72 kilometra.
W 1637 roku ukazało się arcydzieło Norwooda, The Seaman's Practice, i natychmiast stało się bestsellerem. W sumie wydrukowano 17 wydań; 25 lat
po śmierci Norwooda książka wciąż była w obiegu. Norwood powrócił na
Bermudy wraz z całą rodziną, gdzie odniósł spore sukcesy jako plantator,
a wszystkie wolne chwile poświęcał swej pierwszej miłości,
trygonometrii. Przeżył tam 38 lat, których jednak, na skutek splotu
niefortunnych okoliczności, nie można uznać za szczęśliwe. W czasie
podróży z Anglii na Bermudy dwaj młodzi synowie Norwooda zostali
umieszczeni w kabinie wraz z wielebnym Nathanielem White'em i zdołali do
tego stopnia zgorszyć czcigodnego sługę Bożego, że spędził on niemal
całą swą zawodową karierę na próbach prześladowania Norwooda i jego
rodziny.
Do życiowych niepowodzeń Norwooda przyczyniły się również jego dwie
córki, a raczej ich mężowie. Jeden z nich, być może pod wpływem pastora
White'a, nieustannie składał przeciw Norwoodowi pozwy w sądzie,
zmuszając go do częstych podróży przez całe Bermudy na posiedzenia sądu.
W latach pięćdziesiątych siedemnastego wieku na Bermudach zaczęły się
procesy czarownic i Norwood przeżył ostatnie lata swego życia w nieustannej obawie, że jego publikacje, za sprawą tajemniczych symboli
trygonometrycznych, zostaną uznane za dowód współdziałania z diabłem, a ich autor podzieli los nieszczęsnych ofiar procesów stosujących mniej
wyrafinowane środki komunikacji z zaświatami. Niewiele wiemy o ostatnich
latach życia Norwooda i trudno ocenić, czy i do jakiego stopnia zasłużył
sobie na taki los.
W tym czasie w dziedzinie określania rozmiarów Ziemi pałeczkę przejęli
Francuzi. Astronom Jean Picard opracował niezwykle skomplikowaną metodę
triangulacji, wymagającą użycia kwadrantów, zegarów wahadłowych,
teleskopów zenitalnych i lunet (w celu wykonywania obserwacji księżyców
Jowisza). W 1669 roku, po dwóch latach wytężonej pracy polegającej
głównie na triangulacji sporego obszaru Francji, Picard ogłosił
dokładniejszy pomiar długości jednego stopnia - 110,46 kilometra. Dla
Francuzów był to powód do dumy; okazało się jednak, że przedwczesnej,
ponieważ pomiar wykonany przez Picarda był oparty na założeniu idealnej
kulistości Ziemi... które Newton zakwestionował.
Po śmierci Picarda sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy dwaj
astronomowie, Giovanni i Jacques Cassini (ojciec i syn), powtórzyli
pomiary Picarda na większym obszarze i uzyskali wynik, który sugerował,
że Ziemia nie jest spłaszczona na biegunach, lecz na równiku. Był to
rezultat dokładnie odwrotny, niż przewidywała teoria Newtona. To właśnie te sprzeczności skłoniły Akademię Nauk do zorganizowania wyprawy
Bouguera i La Condamine'a do Ameryki Południowej w celu wykonania nowych
pomiarów.
Wybór padł na Andy, ponieważ potrzebne były pomiary w pobliżu równika,
aby sprawdzić, czy naprawdę istnieje różnica sferyczności na równiku i na biegunach. Poza tym pomysłodawcy wyprawy sądzili, że w górach będzie
lepsza widoczność. W rzeczywistości szczyty Andów w Peru były
nieustannie schowane w chmurach i uczestnicy ekspedycji musieli całymi
tygodniami czekać na krótkotrwałe okresy dobrej widoczności. Na dodatek
poruszali się po obszarze, który stanowi jeden z najbardziej
niedostępnych terenów na Ziemi. Peruwiańczycy używają określenia muy
accidentado - "wielce niebezpieczny" - które w najmniejszym stopniu nie
jest przesadne. Francuzi musieli wspinać się na niedostępne szczyty,
pokonywać dzikie rzeki, przedzierać się przez dżunglę, wędrować przez
skaliste pustynie, niezbadane i pozbawione jakichkolwiek źródeł
zaopatrzenia, stawiając czoło upałowi oraz innym przeciwnościom. Bouguer
i La Condamine byli jednak wytrwali i kontynuowali wyprawę przez
dziewięć i pół roku. Tuż przed zakończeniem wyprawy dotarła do nich
wiadomość, że inny francuski zespół wykonał analogiczne pomiary w Skandynawii (gdzie również występowały trudne warunki terenowe w postaci
licznych moczarów w lecie oraz łamiącego się lodu w zimie) i stwierdził,
że jeden stopień szerokości geograficznej jest rzeczywiście dłuższy w pobliżu bieguna, dokładnie tak, jak przewidywał Newton. Ziemia jest o 43
kilometry grubsza wzdłuż równika niż wzdłuż południka14.
Bouguer i La Condamine spędzili niemal całą dekadę, próbując uzyskać
wynik, którego od początku właściwie nie chcieli przyjąć do wiadomości,
aby w końcu się dowiedzieć, że nie byli pierwsi. Chcąc nie chcąc,
dokończyli pomiary, które potwierdziły rezultat pierwszego zespołu, po
czym, wciąż nie odzywając się do siebie, wrócili na wybrzeże i wyruszyli
osobnymi statkami do domu.
Zgodnie z jeszcze jedną hipotezą, sformułowaną przez Netwona w Principiach, wisząca pionowo lina, umieszczona w pobliżu góry, nie
będzie w rzeczywistości zwisać idealnie pionowo, lecz będzie nieznacznie
odchylona w kierunku góry, ponieważ oprócz działania grawitacji
ziemskiej lina będzie również przyciągana przez samą górę. Nie była to
jedynie ciekawostka. Dokładny pomiar odchylenia liny połączony z równie
dokładnym pomiarem masy góry powinien umożliwić obliczenie uniwersalnej
stałej grawitacji - oznaczonej symbolem G - a wraz z nią także i masy
całej Ziemi.
Bouguer i La Condamine próbowali wykonać takie pomiary na szczycie
Chimborazo w Peru, lecz zostali pokonani przez trudności techniczne i nieporozumienia między uczestnikami wyprawy. Dopiero 30 lat później ideę
pomiaru podjęto w Anglii za sprawą astronoma królewskiego, Nevila
Maskelyne'a. W książce Davy Sobel W poszukiwaniu długości
geograficznej Maskelyne został przedstawiony jako osobnik raczej mało
błyskotliwy i niezbyt przyjaźnie nastawiony wobec osiągnięć genialnego
zegarmistrza Johna Harrisona. Być może tak było w istocie, lecz w książce nie ma ani jednej wzmianki o niewątpliwych osiągnięciach
Maskelyne'a, między innymi o opracowanej przezeń skutecznej metodzie
pomiaru masy Ziemi.
Triangulacja, metoda zastosowana przez francuskich badaczy, stanowiła
popularną technikę opartą na geometrycznym twierdzeniu, zgodnie z którym
wystarczy znać długość jednego boku trójkąta oraz dwa kąty, aby móc
obliczyć wszystkie boki i kąty. Przypuśćmy dla przykładu, że zechcemy
(ty i ja) metodą triangulacji zmierzyć odległość od Ziemi do Księżyca. W tym celu musimy najpierw oddalić się od siebie na pewną odległość, więc
ty udajesz się do Paryża, a ja do Moskwy i każdy z nas w tym samym
momencie musi spojrzeć na Księżyc. Wyobraź sobie teraz trójkąt, którego
boki łączą te trzy punkty: ciebie, mnie i Księżyc. Wystarczy zmierzyć
długość linii bazowej (to jest odległość z Paryża do Moskwy) oraz dwa
kąty przyleg łe do linii bazowej, czyli kąty między linią bazową a kierunkiem, pod jakim każdy z nas widzi Księżyc. Suma trzech kątów
wewnętrznych trójkąta zawsze wynosi 180 stopni, więc znając dwa z nich,
możemy natychmiast obliczyć trzeci. Znając z kolei dokładny kształt
trójkąta (czyli wszystkie trzy kąty) oraz długość jednego boku, można
natychmiast wyliczyć długości pozostałych boków. Taką właśnie metodę
pomiaru odległości Księżyca zastosował 150 lat p.n.e. grecki astronom
Hipparch z Nikai. Triangulacyjne pomiary odległości na powierzchni Ziemi
opierają się na tej samej zasadzie, z tą różnicą, że trójkąt nie wystaje
oczywiście w przestrzeń, lecz wszystkie trzy boki leżą na mapie. Mierząc
długość jednego stopnia na południku, kartografowie konstruują łańcuch
trójkątów, ułożonych jeden na drugim wzdłuż mierzonej odległości. [wróć]
C. Sagan, Comet, s. 52. [wróć]
R.P. Feynman, Six Easy Pieces, London 1998, s. 90. [wróć]
D. Gjertsen, The Classics of Science. A Study of Twelve Enduring Scientific Works, New York 1984, s. 219. [wróć]
Cytowane w: T. Ferris, Coming of Age in the Milky Way, London 2003, s. 106. [wróć]
W. i A. Durant, The Age of Louis XIV, New York 1963, s. 538. [wróć]
Ibid., s. 546. [wróć]
W.H. Cropper, Great Physicists. The Life and Times of Leading Physicsts from Galileo to Hawking, Oxford 2002, s. 31. [wróć]
R.P. Feynman, op. cit., London 1998, s. 69. [wróć]
N. Calder, The Comet is Coming! The Feverish Legacy of Mr Halley, London 1980, s. 39. [wróć]
L. Jardine, Ingenious Pursuits. Building the Scientific Revolution, London 1999, s. 36. [wróć]
Prędkość wirowania zależy od położenia geograficznego. Liniowa prędkość
powierzchni Ziemi zmienia się od nieco więcej niż 1600 kilometrów na
godzinę na równiku do zera na biegunach. W Londynie wynosi około 998
kilometrów na godzinę. [wróć]
J.N. Wilford, The Mapmakers, London 1981, s. 98. [wróć]
I. Asimov, Exploring the Earth and the Cosmos. The Growth and Future of Human Knowledge, London 1984, s. 86. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Podziękowania
Podziękowania
Rok 2003 zaczął się już na dobre, a ja siedzę nad wielostronicowym
rękopisem, zawierającym serdeczne zachęty oraz taktowne uwagi Iana
Tattersalla z American Museum of Natural History, który zwraca mi uwagę,
inter alia, że Périgueux nie jest regionem produkcji wina, że w podziałach taksonomicznych stosowanie kursywy powyżej poziomu rodzaju i gatunku jest pomysłowe, lecz raczej nieortodoksyjne, że konsekwentnie,
ale nieprawidłowo literuję Olorgesailie (miejsce, gdzie byłem całkiem
niedawno), i dalej w tym samym tonie pisze na temat dwóch rozdziałów,
które dotyczą jego dziedziny wiedzy - wczesnych ludzi.
Bóg jeden wie, ile jeszcze powodów do wstydu może się kryć na tych
stronicach, lecz to, że jest ich o wiele setek mniej, zawdzięczam Ianowi
Tattersallowi oraz tym wszystkim, których wymieniam poniżej. Nie wiem, w jaki sposób mógłbym podziękować ludziom, którzy pomogli mi przy pisaniu
tej książki. Szczególne wyrazy wdzięczności kieruję do wszystkich,
którzy wspaniałomyślnie, uprzejmie i z heroiczną cierpliwością
odpowiadali na jedno proste, wciąż powtarzane pytanie: "Przepraszam, ale
czy mógłbyś to jeszcze raz wyjaśnić?". Są to:
W Anglii: David Caplin z Imperial College London; Richard Fortey, Len
Ellis i Kathy Way z Natural History Museum; Martin Raff z University
College London; Rosalind Harding z Institute of Biological Anthropology
w Oksfordzie; dr Laurence Smaje, uprzednio z Wellcome Institute; oraz
Keith Blackmore z "The Times".
W Stanach Zjednoczonych: Ian Tattersall z American Museum of Natural
History w Nowym Jorku; John Thorstensen, Mary K. Hudson i David
Blanchflower z Dartmouth College w Hanover, New Hampshire; dr William
Abdu i dr Bryan Marsh z Dartmouth-Hitchcock Medical Center w Lebanon,
New Hampshire; Ray Anderson i Brian Witzke z Iowa Department of Natural
Resources, Iowa City; Mike Voorhies z University of Nebraska oraz z Ashfall Fossil Beds State Park w pobliżu Orchard w Nebrasce; Chuck
Offenburger z Buena Vista University w Storm Lake, Iowa; Ken Rancourt,
dyrektor ds. badań, Mount Washington Observatory w Gorham, New
Hampshire; Paul Doss, geolog z Yellowstone National Park, oraz jego
żona, Heidi, także z Yellowstone National Park; Frank Asaro z University
of California w Berkeley; Oliver Payne i Lynn Addison z National
Geographic Society; James O. Farlow, Indiana-Purdue University; Roger L.
Larson, profesor geofizyki morskiej, University of Rhode Island; Jeff
Guinn z gazety "Star-Telegram" w Fort Worth; Jerry Kasten z Dallas,
Teksas; oraz pracownicy Iowa Historical Society w Des Moines.
W Australii: wielebny Robert Evans z Hazelbrook z Nowej Połu-dniowej
Walii; dr Jill Cainey, Australian Bureau of Meteorology; Alan Thorne i Victoria Bennett z Australian National University w Canberze; Louise
Burke i John Hawley z Canberry; Anne Milne z "Sydney Morning Herald";
Ian Nowak, uprzednio z Geological Society of Western Australia; Thomas
H. Rich z Museum Victoria; Tim Flannery, dyrektor South Australian
Museum w Adelaide; Natalie Papworth i Alan MacFadyen z Royal Tasmanian
Botanical Gardens w Hobart; oraz bardzo uczynny personel State Library
of New South Wales w Sydney.
A poza tym: Sue Superville z centrum informacji w Museum of New Zealand
w Wellington; oraz dr Emma Mbua, dr Koen Maes i Jillani Ngalla z Kenya
National Museum w Nairobi.
Najszczersze wyrazy wdzięczności zechcą także przyjąć: Patrick
Janson-Smith, Gerald Howard, Marianne Velmans, Alison Tulett, Gillian
Somerscales, Larry Finlay, Steve Rubin, Jed Mattes, Carol Heaton,
Charles Elliott, David Bryson, Felicity Bryson, Dan McLean, Nick
Southern, Gerald Engelbretsen, Patrick Gallagher, Larry Ashmead, oraz
wyjątkowy, zawsze pogodny personel Howe Library w Hanover, New
Hampshire.
Przede wszystkim, i jak zawsze, najgłębsze wyrazy wdzięczności należą
się mojej drogiej, cierpliwej, niezrównanej żonie, Cynthii.
Wstęp
Wstęp
Witaj. Gratulacje. Jestem zachwycony, że ci się udało. Wiem, że to nie
było łatwe. Podejrzewam, że było trudniejsze, niż sądziłeś1.
Przede wszystkim, abyś był tu i teraz, biliony błądzących atomów musiały
w niezwykle wyszukany i wymagający niewiarygodnej koordynacji sposób
połączyć się i stworzyć ciebie. Jest to tak szczególny i niepowtarzalny
układ, że nigdy wcześniej nie był jeszcze testowany i będzie istniał
tylko ten jeden raz. Przez wiele kolejnych lat (miejmy nadzieję) te
maleńkie cząstki będą bez szemrania i w pełnej zgodzie wykonywać
miliardy czynności, niezbędnych do utrzymania cię w jednym kawałku,
pozwalając ci doświadczać tego niezwykle przyjemnego, aczkolwiek nie
zawsze docenianego stanu zwanego istnieniem.
Niezbyt dobrze wiadomo, dlaczego atomy zadają sobie tyle trudu. Na
poziomie atomowym bycie tobą nie stanowi przyjemności w żadnym sensie.
Niezależnie od swoich wysiłków twoje atomy nie zwracają na ciebie
najmniejszej uwagi - w istocie nie wiedzą nawet o twoim istnieniu. Nie
wiedzą nawet o swoim istnieniu. To są w końcu całkowicie bezmyślne
cząstki i same w sobie nie są żywymi istotami (to trochę niepokojące
uczucie, gdy pomyślisz, że gdybyś złapał szczypce i zaczął wyjmować z siebie po kolei wszystkie atomy, wyprodukowałbyś bryłkę atomowego pyłu,
w której nie ma ani jednej żywej cząstki, mimo że wszystko to niegdyś
było tobą). Jednak przez cały okres istnienia ciebie twoje atomy będą
realizować jeden nadrzędny cel: abyś ty był tobą.
Jest także zła wiadomość - atomy są kapryśne i ich czas zaangażowania
jest niepokojąco krótki. Nawet długie ludzkie życie składa się zaledwie
z 650 000 godzin. Gdy nadejdzie ten moment, twoje atomy - z dotychczas
nieznanych przyczyn - wyłączą cię, a następnie spokojnie rozdzielą się i udadzą w różne strony, aby stać się częściami innych rzeczy. Dla ciebie
to będzie koniec.
Tak czy inaczej, powinieneś się cieszyć, że to się w ogóle zdarza.
Ogólnie rzecz biorąc, we wszechświecie to się nie zdarza, a przynajmniej
nic nam o tym nie wiadomo. To bardzo dziwne, ponieważ atomy, które tak
chętnie i sprawnie łączą się ze sobą, aby tworzyć żywe istoty na Ziemi,
są dokładnie takimi samymi atomami jak atomy, które odmawiają tworzenia
żywych istot gdzie indziej. Czymkolwiek jest życie na jakimkolwiek innym
poziomie, na poziomie chemii jest niewiarygodnie proste: węgiel, wodór,
tlen, azot, trochę wapnia, szczypta siarki, drobne ilości kilku innych
pierwiastków - każdy składnik można znaleźć w pierwszej lepszej aptece -
i to wszystko. Jedyna niezwykła rzecz na temat atomów, z których się
składasz, to fakt, że się z nich składasz. To jest oczywiście cud
życia.
Niezależnie od tego, czy atomy tworzą życie w innych zakątkach
wszechświata, tworzą wiele innych rzeczy; w istocie tworzą wszystko
inne. Bez nich nie byłoby wody, powietrza, skał, gwiazd, planet,
odległych chmur gazu i pyłu, wirujących mgławic i tego wszystkiego, co
sprawia, że wszechświat jest tak wyraziście materialny. Atomy są tak
liczne i tak niezbędne, że łatwo przychodzi nam przeoczyć fakt, że w istocie mogłyby w ogóle nie istnieć. Nie znamy prawa, które każe
wszechświatowi zapełnić się małymi cząstkami materii, stworzyć światło,
grawitację oraz inne rzeczy, od których zależy nasze istnienie. Nawet
sam wszechświat mógłby nie istnieć. W istocie niegdyś wszechświat nie
istniał. Nie było atomów i nie było wszechświata, w którym mogłyby się
błąkać. Nie było niczego - niczego nigdzie.
Zatem dzięki Bogu za atomy. Istnienie atomów oraz możliwość ich łączenia
w tak interesujące układy stanowi jednak tylko część powodów, dzięki
którym się tu znalazłeś. Aby być tu i teraz, w dwudziestym pierwszym
wieku, żywy i dostatecznie inteligentny, aby to docenić, musisz być
beneficjentem niezwykle sprzyjającego ciągu biologicznych przypadków.
Przeżycie na Ziemi stanowi zaskakująco trudne zadanie. Z miliardów
gatunków żywych istot, które żyły na naszej planecie od początku jej
istnienia, większości - według niektórych ocen aż 99,99 procent - już tu
nie ma. Jak widzisz, życie na Ziemi jest nie tylko krótkie, lecz także
przerażająco ulotne. Zadziwiającą cechę naszej egzystencji stanowi fakt,
że żyjemy na planecie, która doskonale podtrzymuje życie, lecz jeszcze
lepiej je unicestwia.
Przeciętny ziemski gatunek istnieje tylko około 4 milionów lat, więc
jeśli chcesz tu być przez miliardy lat, to musisz stać się równie
elastyczny jak atomy, z których jesteś zbudowany. Musisz być gotowy do
zmiany wszystkiego - kształtu, rozmiarów, koloru, przynależności
gatunkowej - dosłownie wszystkiego, i to nie jeden raz, lecz wciąż od
nowa. Łatwiej to powiedzieć, niż zrobić, ponieważ procesy, które rządzą
tymi zmianami, są całkowicie przypadkowe. Aby przejść od "pierwotnych
atomowych komórek protoplazmy" (jak ujęli to Gilbert i Sullivan) do
obdarzonej świadomością, wyprostowanej, współczesnej istoty ludzkiej,
musiałeś wielokrotnie mutować nowe cechy w precyzyjnie dobranych
momentach, a wszystko to w ciągu niewiarygodnie długiego czasu. W ciągu
ostatnich 3,8 miliarda lat naprzemiennie unikałeś tlenu, a następnie
uzależniałeś się od niego, miałeś płetwy, kończyny, skrzydła, składałeś
jaja, machałeś w powietrzu rozwidlonym językiem, miałeś łuski, futro,
żyłeś pod ziemią, mieszkałeś na drzewie, byłeś wielki jak jeleń, byłeś
mały jak mysz, miałeś jeszcze miliony różnych innych cech. Wystarczyłoby
najmniejsze odchylenie od któregokolwiek z tych ewolucyjnych
imperatywów, abyś obecnie zlizywał algi ze ścian w jaskiniach, wylegiwał
się na skałach w towarzystwie setek innych morsów albo wydmuchiwał
powietrze przez otwór na szczycie głowy, aby zanurkować na głębokość 20
metrów po kolejną porcję smakowitych robaków piaskowych.
Nie dość, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności od początku trafiłeś na
faworyzowaną linię ewolucyjną, to jeszcze miałeś niezwykle - można
śmiało powiedzieć, że graniczącą z cudem - szczęśliwą rękę w doborze
przodków. Weź pod uwagę to, że przez 3,8 miliarda lat, dłużej niż
istnieją ziemskie góry, rzeki i morza, każdy z twoich przodków był
dostatecznie atrakcyjny, aby znaleźć zdrowego, zdolnego do reprodukcji
partnera lub partnerkę, po czym oboje mieli jeszcze dostatecznie dużo
czasu i wystarczająco sprzyjające okoliczności, aby rzeczywiście dokonać
reprodukcji. Ani jeden z twoich przodków nie został pożarty, nie utopił
się, nie został przygnieciony, nie dostał po łbie, nie umarł z głodu,
nie został zraniony w niesprzyjającym momencie lub w jakiś inny sposób
powstrzymany od swego życiowego celu, jakim było dostarczenie maleńkiego
ładunku materiału genetycznego właściwemu partnerowi we właściwym
momencie, aby kontynuować jedyną możliwą sekwencję dziedzicznych
kombinacji, której konsekwencją - ostateczną, zdumiewającą i jakże
przemijającą - jesteś ty.
Ta książka jest o tym, jak do tego doszło - w szczególności, jak od
bycia niczym nigdzie przeszliśmy do bycia czymś, a następnie, jak trochę
tego czegoś przekształciło się w nas, a także o tym, co się działo
równocześnie oraz później. To oczywiście dość ambitny plan i dlatego
książka nosi tytuł Krótka historia prawie wszystkiego, mimo że w rzeczywistości nią nie jest. Nie może nią być. Lecz przy odrobinie
szczęścia może przynajmniej zrobić takie wrażenie, zanim dojdziemy do
końca.
Punktem wyjścia był szkolny podręcznik, z którego uczyłem się w czwartej
lub piątej klasie szkoły podstawowej. Była to typowa dla lat
pięćdziesiątych cegła - podniszczona, nieciekawa i ciężka. Moją uwagę
nieodmiennie przyciągała - można powiedzieć, że wręcz mnie fascynowała -
jedna z ilustracji, przedstawiająca przekrój wnętrza Ziemi, który
powstałby, gdyby planetę przecięto do samego środka jakimś ogromnym
nożem, a następnie usunięto kawałek reprezentujący około jednej czwartej
całości.
Trudno uwierzyć, że wcześniej nie widziałem takiej ilustracji, lecz
ewidentnie tak musiało być, ponieważ doskonale pamiętam ogarniające mnie
uczucie fascynacji. Muszę uczciwie przyznać, że początkowo fascynacja
owa wiązała się w mojej wyobraźni z obrazem strumieni samochodów
pędzących po amerykańskich autostradach i znienacka spadających z krawędzi wysokiego na 4000 mil klifu, ciągnącego się od środkowych
stanów USA po biegun północny. Stopniowo jednak moje zainteresowanie
przeniosło się na geologiczny aspekt ilustracji, w szczególności na
fakt, że Ziemia jest zbudowana z kilku warstw, a w samym środku znajduje
się jądro z żelaza i niklu; podpis pod ilustracją informował, że jest
ono gorące jak powierzchnia Słońca. Pamiętam moje niebotyczne zdumienie,
z jakim zadawałem sobie pytanie: "Skąd oni to wiedzą?".
Ani chwili nie wątpiłem w prawdziwość tej informacji. Do dzisiaj wierzę
w oświadczenia naukowców. Ufam opiniom chirurgów, hydraulików i innych
uprzywilejowanych osób posiadających dostęp do wiedzy tajemnej, lecz
nigdy nie będę mógł pojąć, w jaki sposób ludzki umysł potrafi przeniknąć
na głębokość 6000 kilometrów - gdzie nie sięga ani okiem, ani nawet
promieniami X - i odkryć, co tam jest, jak bardzo to coś jest gorące i z czego jest zbudowane. Dla mnie to był cud i od tego czasu na takiej
samej zasadzie kształtuje się moje nastawienie do nauki.
Tego samego dnia wziąłem tę książkę do domu i otworzyłem ją jeszcze
przed obiadem - co spowodowało, że matka dotknęła mojego czoła i zapytała, jak się czuję - i zacząłem czytać od początku.
I oto, co się okazało. To wcale nie było interesujące. W rzeczywistości
nie było nawet zrozumiałe. Przede wszystkim nie było tam odpowiedzi na
żadne z pytań, które pod wpływem tej ilustracji musi sobie zadać każdy
normalny, dociekliwy umysł: Jak doszło do tego, że w środku naszej
planety mamy Słońce, i skąd oni wiedzą, że jest tam taki upał? Jeżeli w środku jest tak gorąco, to dlaczego grunt pod naszymi stopami nie parzy?
Dlaczego całe wnętrze Ziemi nie stopi się od gorąca - a może właśnie tak
jest? A gdy w końcu jądro się wypali, to czy jakaś część Ziemi zapadnie
się w powstałą pustkę, zostawiając na powierzchni gigantyczny lej? I skąd to wiadomo? W jaki sposób oni to odkryli?
Autor podręcznika pominął te kwestie milczeniem. W istocie przemilczał
wszystko oprócz antyklin, synklin, uskoków i tym podobnych, jakby chciał
ukryć wszelkie interesujące szczegóły, zostawiając wyłącznie te nudne i niezrozumiałe. W miarę upływu lat zacząłem nabierać podejrzeń, że nie
był to odosobniony przypadek. Wydawało mi się, że wśród autorów
podręczników panuje tajemnicza zmowa, której celem jest taki dobór
materiału, aby tekst nawet w najmniejszym stopniu nie był ciekawy.
Obecnie jestem w pełni świadom, że wielu autorów literatury
popularnonaukowej tworzy doskonałe, klarowne, interesujące teksty.
Wystarczy wziąć pierwszą lepszą literę alfabetu i natychmiast przychodzi
na myśl nie jedno, lecz kilka nazwisk - na przykład Timothy Ferris,
Richard Fortey i Tim Flannery (nie wspominając już o nieziemskim,
nieodżałowanym Richardzie Feynmanie) - lecz żaden z nich nie napisał
żadnego z podręczników, z którymi kiedykolwiek miałem do czynienia.
Zostały one napisane przez mężczyzn (nie było wśród nich ani jednej
kobiety), którzy hołdowali interesującemu przekonaniu, że każda rzecz
staje się prosta i zrozumiała, jeżeli tylko przedstawi się ją w postaci
wzoru. Wydaje się, że kierowali się także zabawnym przesądem, zgodnie z którym amerykańscy uczniowie spędzają swój wolny czas na przeżuwaniu
zestawów pytań umieszczonych pod koniec każdego rozdziału. W rezultacie
wyrosłem w przekonaniu, że nauka jest niemożliwie nudna, aczkolwiek
podejrzewałem, że wcale taka być nie musi. Szczerze mówiąc, pytanie, czy
da się coś z tym zrobić, nie spędzało mi snu z powiek, i to również w znacznym stopniu przez długie lata decydowało o moim nastawieniu do
nauki.
Dopiero znacznie później - sądzę, że było to jakieś cztery czy pięć lat
temu - w trakcie długiego lotu nad Pacyfikiem, gapiąc się przez okno na
skąpany w księżycowym świetle ocean, uświadomiłem sobie, że nie wiem
niemal nic na temat jedynej planety, na której przyszło mi żyć. Nie
miałem na przykład pojęcia, dlaczego oceany są słone, a Wielkie Jeziora
nie. Nie wiedziałem, czy w miarę upływu czasu oceany stają się coraz
bardziej słone czy mniej. I czy w ogóle powinienem przejmować się
kwestią zasolenia oceanów (z przyjemnością mogę dodać, że aż do późnych
lat siedemdziesiątych minionego wieku naukowcy także nie znali
odpowiedzi na te pytania, lecz nie mówili o tym zbyt głośno).
Problem zasolenia oceanów stanowił oczywiście jedynie kroplę w morzu
mojej ignorancji. Nie wiedziałem, czym jest proton albo proteina, nie
odróżniałem kwarka od kwazaru, nie rozumiałem, w jaki sposób geolog -
patrząc na ścianę kanionu - potrafi ocenić wiek skały. W gruncie rzeczy
nie wiedziałem niemal nic. Ogarnęła mnie nieodparta chęć poznania i zrozumienia tych kwestii - choćby w niewielkim stopniu - a przede
wszystkim zrozumienia, w jaki sposób ludzie potrafili to wszystko
odkryć. Ze wszystkich zagadek nieodmiennie największe zdumienie budzi we
mnie pytanie, w jaki sposób naukowcy znajdują odpowiedzi. Skąd ktoś w i e, ile Ziemia waży, jak stare są jej skały albo jak naprawdę jest w samym środku? Skąd wiedzą, kiedy i jak wszechświat się zaczął i jak
wtedy wyglądał? Skąd wiedzą, co się dzieje w środku atomu? A w końcu - i to chyba jest najważniejsze pytanie - jak to jest, że naukowcy wiedzą
niemal wszystko o wszystkim, ale nie potrafią przewidzieć trzęsienia
ziemi ani doradzić nam, czy na mecz w przyszłą środę trzeba wziąć
parasol?
Zdecydowałem się poświęcić część mojego życia - w sumie trwało to około
trzech lat - na lekturę książek i czasopism oraz na poszukiwania
obdarzonych świętą cierpliwością ekspertów, którzy będą gotowi udzielać
odpowiedzi na setki niewiarygodnie głupich pytań. Chciałem się
przekonać, czy jest możliwe zrozumienie i docenienie - może nawet z pewną dozą satysfakcji - wszystkich graniczących z cudami osiągnięć
nauki na poziomie, który z jednej strony nie byłby zbyt techniczny i wymagający, a z drugiej nie byłby także całkowicie powierzchowny.
Taki zatem był mój pomysł oraz moja nadzieja, i o tym jest ta książka.
Tak czy inaczej, mamy sporo materiału do omówienia w czasie nieco
krótszym niż 650 000 godzin, więc zabierzmy się do roboty.
W celu uniknięcia powtórzeń w tłumaczeniu przyjęto całkowicie umowną
konwencję, zgodnie z którą autor zwraca się do czytelnika płci męskiej
(przyp. tłum.). [wróć]
Rozdział 1. JAK ZBUDOWAĆ WSZECHŚWIAT
Rozdział 1
JAK ZBUDOWAĆ WSZECHŚWIAT
Nie sposób sobie wyobrazić, jak mały jest proton. Jest o wiele za mały,
aby porównać go z jakimkolwiek rozmiarem pojmowalnym dla ludzkiego
umysłu.
Proton jest niewielką częścią atomu, który sam w sobie jest oczywiście
niezwykle mały. Protony są tak małe1, że w małej kropce na literką "i"
znajduje się około 500 000 000 000 protonów. Mniej więcej tyle samo
sekund mieści pół miliona lat. Protony są niewyobrażalnie mikroskopowe i nawet to określenie jest eufemizmem.
Wyobraź sobie teraz, jeśli potrafisz (oczywiście nie potrafisz), że
jeden z tych protonów zostanie zmniejszony do jednej miliardowej swoich
zwykłych rozmiarów. W takim obszarze nawet zwykły proton byłby ogromny.
A teraz wsadź do tego obszaru2 około jednej uncji materii. Doskonale.
Jesteś gotowy, aby stworzyć wszechświat.
Zakładam oczywiście, że masz zamiar stworzyć wszechświat inflacyjny.
Jeżeli chciałbyś zbudować bardziej tradycyjny, standardowy wszechświat
wielkiego wybuchu, będziesz potrzebował dodatkowych materiałów. W gruncie rzeczy będziesz musiał zgromadzić wszystko - każdy pyłek i każdą
cząstkę materii między tu i teraz a krawędzią stworzenia - i zmieścić to
w obszarze nieskończenie małym, tak małym, że nie ma on żadnych
wymiarów. W osobliwości.
Tak czy inaczej, przygotuj się na prawdziwie wielki wybuch. Będziesz
oczywiście chciał się gdzieś schronić, w jakimś bezpiecznym miejscu, aby
spokojnie obserwować całe zjawisko. Niestety, nie ma żadnego
bezpiecznego miejsca, ponieważ poza osobliwością nie ma w ogóle żadnego
gdzieś. Gdy wszechświat zacznie się rozszerzać, nie będzie
stopniowo zapełniał jakiejś wielkiej pustki. Jedyna przestrzeń, jaka
istnieje, to ta, która powstaje wraz z wszechświatem.
Wyobrażenie osobliwości jako swego rodzaju ciężarnej kropki, wiszącej w ciemnej, nieograniczonej przestrzeni, jest dość powszechne, lecz błędne.
Nie ma przestrzeni, nie ma ciemności. Osobliwość nie ma wokół siebie
żadnego wokół. Nie ma dla niej przestrzeni, którą mogłaby zająć,
miejsca, w którym mogłaby się znaleźć. Nie możemy nawet zapytać, jak
długo tam była - czy pojawiła się całkiem niedawno, czy istniała zawsze,
spokojnie czekając na właściwy moment. Dla osobliwości nie istnieje
czas. Nie ma przeszłości, z której mogłaby się wyłonić.
W taki właśnie sposób, z niczego, powstaje nasz wszechświat.
W jednym oślepiającym impulsie, momencie chwały zbyt krótkim i zbyt
raptownym, aby dało się go ująć w słowa, osobliwość przyjmuje rozmiary
przestrzenne, kreując zarazem przestrzeń i czas. W pierwszej sekundzie
(której wielu kosmologów poświęci swe kariery, dzieląc ją na swój użytek
na coraz mniejsze części) powstaje grawitacja oraz inne siły, które
rządzą fizyką. W ciągu minuty wszechświat osiąga rozmiary rzędu miliona
miliardów mil i nadal szybko się powiększa. Jest trochę gorąco, około 10
miliardów stopni. Wystarczy, aby zaczęły się reakcje jądrowe, dzięki
którym powstaną lekkie pierwiastki - głównie wodór i hel, z maleńką
domieszką litu (jeden atom litu na 100 milionów pozostałych). W ciągu
trzech minut powstało 98 procent materii, która istnieje lub
kiedykolwiek będzie istnieć we wszechświecie. Mamy wszechświat. Piękny,
pełen cudownych i obiecujących możliwości. Powstał w czasie nie
dłuższym, niż potrzeba na zrobienie kanapki.
Nie jest do końca pewne, kiedy dokładnie to się stało. Kosmolodzy od
wielu lat prowadzili spory, czy wszechświat powstał 10 czy może 20
miliardów lat temu. Obecnie wydaje się, że osiągamy konsensus na
poziomie 13,7 miliarda lat3, aczkolwiek jest to niezwykle trudne do
zmierzenia, jak zobaczymy w dalszej części. Bez wątpienia możemy jednak
powiedzieć, że w pewnej chwili w bardzo odległej przeszłości, z nieznanych powodów, nastąpił moment znany nauce jako t = 04.
Zaistnieliśmy.
Jest wiele rzeczy, których nie wiemy, a wiele z tego, co wiemy, wiemy od
bardzo niedawna, albo jeszcze niedawno mieliśmy na ten temat zupełnie
odmienne poglądy. Nawet samo pojęcie wielkiego wybuchu jest stosunkowo
nowe. Samą ideę wysunął w latach dwudziestych dwudziestego wieku Georges
Lemaître, belgijski ksiądz i uczony, lecz dopiero w latach
sześćdziesiątych nabrała ona życia, gdy dwaj młodzi radioastronomowie
dokonali niezwykłego i całkiem nieoczekiwanego odkrycia.
Arno Penzias i Robert Wilson pracowali w owym czasie dla firmy Bell
Laboratories. W 1965 roku próbowali uruchomić antenę do komunikacji
satelitarnej w miejscowości Holmdel, w stanie New Jersey. Prawidłowe
funkcjonowanie układu zakłócał im nieustający szum. Poszukiwanie
przyczyn tego szumu zajęło im większą część roku, w ciągu którego
odkryli między innymi, że szum jest niezwykle stabilny, nie wykazuje
żadnych wahań dobowych ani sezonowych i wydaje się, że pochodzi zewsząd.
Szum pochodził w jednakowym stopniu z każdego punktu nieba. Penzias i Wilson zrobili wszystko, co tylko przyszło im do głowy, aby wykryć i wyeliminować źródło szumu. Sprawdzili każdy układ elektryczny.
Zmontowali od nowa wszystkie instrumenty, sprawdzili wszystkie obwody,
poruszyli wszystkie przewody, odkurzyli wszystkie wtyczki i złączki.
Wspięli się do czaszy anteny i zakleili taśmą wszystkie spoiny i nity.
Odkryli w czaszy parę gołębi, które następnie odbyły daleką podróż
pocztą kurierską na koszt firmy, a Penzias i Wilson ponownie wspięli się
do wnętrza anteny i oczyścili ją5 z pozostawionego przez gołębie
"białego materiału dielektrycznego", jak ujęli to później w publikacji.
Ich wysiłki nie przyniosły pożądanego rezultatu.
W tym samym czasie, w odległości zaledwie 50 kilometrów od Holmdel, w Princeton University grupa naukowców pod kierunkiem Roberta Dicke'a próbowała odkryć dokładnie to, czego Penzias i Wilson usiłowali się
pozbyć. Pracowali oni nad ideą wysuniętą w latach czterdziestych przez
pochodzącego z Rosji astrofizyka, George'a Gamowa: jeżeli spojrzysz
dostatecznie głęboko w przestrzeń, powinieneś znaleźć ślady kosmicznego
promieniowania tła, pozostałego po wielkim wybuchu. Gamow obliczył, że
promieniowanie to powinno docierać do Ziemi w postaci mikrofal. W nieco
późniejszej publikacji zasugerował nawet, że do wykrycia tego
promieniowania mogłaby zostać użyta antena w Holmdel6. Ani Penzias i Wilson, ani Dicke, ani nikt inny w Princeton nie wiedział o tej
ostatniej sugestii.
Szum, który odkryli Penzias i Wilson, był oczywiście efektem
promieniowania, które postulował Gamow. Tym samym odkryli oni krawędź
wszechświata7, a przynajmniej krawędź jego widocznej części, 90
miliardów bilionów mil stąd. Promieniowanie, które rejestrowała antena w Holmdel, składało się z pierwszych fotonów - najstarszego światła we
wszechświecie - aczkolwiek czas i przestrzeń przekształciły je w mikrofale, dokładnie tak jak przewidywał Gamow. W książce Wszechświat
inflacyjny Alan Guth podsuwa analogię, która może pomóc zobaczyć
wszystko we właściwej perspektywie. Gdyby porównać spoglądanie w głąb
wszechświata do oglądania ulicy z setnego piętra Empire State Building w Nowym Jorku i założyć, że setne piętro odpowiada chwili obecnej, a poziom ulicy wielkiemu wybuchowi, to w momencie dokonania odkrycia przez
Penziasa i Wilsona najdalsze znane galaktyki były na poziomie
sześćdziesiątego, a najdalsze znane obiekty - kwazary - na poziomie
dwudziestego piętra. Odkrycie Penziasa i Wilsona rozszerzyło naszą
perspektywę8 do mniej więcej centymetra od parteru.
Wciąż nieświadomi przyczyn uporczywego szumu Wilson i Penzias zadzwonili
do Princeton i przedstawili Dicke'owi swój problem, mając nadzieję, że
znajdzie jakieś rozwiązanie. Dicke natychmiast zdał sobie sprawę z sytuacji. "No cóż, chłopcy, wyprzedzono nas", powiedział swoim kolegom
po zakończonej rozmowie.
Niebawem w czasopiśmie "Astrophysical Journal" ukazały się dwa artykuły;
w jednym z nich Penzias i Wilson opisali swoje zmagania z szumem, w drugim zespół Dicke'a wyjaśnił naturę i pochodzenie szumu. Wprawdzie
Penzias i Wilson nie poszukiwali kosmicznego promieniowania tła, nie
zdawali sobie sprawy z natury swego odkrycia, nie zinterpretowali go w żadnej publikacji, lecz w 1978 roku otrzymali Nagrodę Nobla. Badacze z Princeton musieli zadowolić się uznaniem ze strony środowiska naukowego.
Dennis Overbye pisze w Lonely Hearts of the Cosmos, że Penzias i Wilson zrozumieli doniosłość swego odkrycia dopiero wtedy, gdy
przeczytali o nim w "New York Timesie".
Każdy z nas może osobiście doświadczyć działania kosmicznego
promieniowania tła. Wystarczy przełączyć telewizor na jeden z kanałów,
na których nie nadaje żadna stacja telewizyjna. Około 1 procenta
widocznego na ekranie szumu9 ma swoje źródło w odwiecznej pozostałości
wielkiego wybuchu. Gdy następnym razem będziesz narzekać, że w telewizji
nie ma nic ciekawego, pamiętaj, że zawsze możesz oglądać narodziny
wszechświata.
Wprawdzie wszyscy używają określenia "wielki wybuch", lecz wiele książek
przestrzega przed dosłownym rozumieniem tego zjawiska jako
konwencjonalnej eksplozji. Była to raczej nagła ekspansja na ogromną
skalę. A co było jej przyczyną?
Być może osobliwość stanowiła relikt poprzedniego wszechświata, który
uległ kolapsowi. Według tej wersji nasz wszechświat stanowi tylko jeden
etap w nieskończonym cyklu ekspandujących i zapadających się
wszechświatów - niczym pęcherzyk w aparacie tlenowym. Inne hipotezy
przypisują wielki wybuch tak zwanej "fałszywej próżni", "polu
skalarnemu" lub "energii próżni" - pewnego rodzaju niestabilności próżni
czy raczej nicości, która istniała uprzednio. Wydaje się niemożliwe, że
coś może powstać z nicości, lecz fakt, iż niegdyś była nicość, a obecnie
jest wszechświat, stanowi ewidentny dowód, że jest to jednak możliwe.
Istnieją także hipotezy, według których nasz wszechświat jest tylko
częścią większego wszechświata lub wielu większych wszechświatów, o różnych wymiarach, w których wielkie wybuchy są na porządku dziennym.
Być może przed wielkim wybuchem przestrzeń i czas miały zupełnie inną
formę - dla nas zbyt trudną do wyobrażenia - a wielki wybuch stanowi
pewnego rodzaju fazę przejściową od formy, której w żaden sposób nie
jesteśmy w stanie pojąć, do formy, którą próbujemy zrozumieć. "To są
pytania z pogranicza religii"10, powiedział w wywiadzie dla "New York
Timesa" w 2001 roku dr Andrej Linde, kosmolog ze Stanford University.
Teoria wielkiego wybuchu nie dotyczy samego wybuchu, lecz mówi o tym, co
zaszło później. Nawiasem mówiąc, później to nie jest właściwe
słowo. Naukowcy sądzą, że z pomocą dość zaawansowanej matematyki oraz
obserwacji i wyników eksperymentów w akceleratorach cząstek potrafią
spojrzeć wstecz aż do 10-43 sekundy od momentu stworzenia, gdy
wszechświat był wciąż tak mały, że zobaczenie go wymagałoby mikroskopu.
Nie warto mdleć na widok każdej niezwykłej liczby, lecz od czasu do
czasu warto się im przyjrzeć, choćby po to, aby uświadomić sobie ich
niewiarygodną i niepojętą rozpiętość. Zatem 10-43 sekundy oznacza
0,0000000000000000000000000000000000000000001 część sekundy lub jedną
dziesiątą z milionowej z bilionowej z bilionowej z bilionowej części
sekundy1112.
Większość z tego, co wiemy, albo sądzimy, że wiemy, na temat początkowej
fazy istnienia wszechświata wiąże się z koncepcją tak zwanej teorii
inflacyjnej, którą wysunął młody fizyk ze Stanford University (obecnie w MIT), Alan Guth. Miał wtedy 32 lata i - według jego własnej opinii -
jego ówczesny dorobek13 był raczej niepozorny. Prawdopodobnie nie
dokonałby swego wielkiego odkrycia, gdyby nie wysłuchał wykładu na temat
wielkiego wybuchu, który wygłosił nie kto inny jak sam Robert Dicke.
Wykład zainspirował Gutha do zajęcia się kosmologią14, a w szczególności
narodzinami wszechświata.
W rezultacie powstała teoria inflacji, zgodnie z którą ułamek sekundy po
swoich narodzinach wszechświat przeszedł fazę gwałtownej ekspansji, w czasie której nieustannie podwajał swoje rozmiary co 10-34 sekundy. Ta
faza ekspansji, lub inflacji, trwała zaledwie 10-30 sekundy15 - czyli
jedną milionową z milionowej z milionowej z milionowej z milionowej
części sekundy - lecz w tym okresie rozmiary wszechświata uległy zmianie
od czegoś, co mógłbyś zmieścić w dłoni, do czegoś 10 000 000 000 000 000
000 000 000 razy większego16. Teoria inflacji pozwala wyjaśnić, skąd się
wzięły niejednorodności materii ("zmarszczki i wiry"), dzięki którym
nasz wszechświat jest taki, jaki jest. Bez nich nie byłoby skupisk
materii, gwiazd, planet, lecz jedynie dryfujący gaz i wieczna ciemność.
Zgodnie z teorią Gutha grawitacja pojawiła się po jednej dziesiątej z milionowej z bilionowej z bilionowej z bilionowej części sekundy. Po
kolejnym, równie krótkim ułamku sekundy, do grawitacji dołączył
elektromagnetyzm oraz silne i słabe oddziaływania jądrowe - esencja
fizyki. W chwilę później pojawiły się cząstki elementarne - esencja
esencji - roje fotonów, protonów, elektronów, neutronów, z których każdy
liczył między 1079 a 1089 cząstek, według standardowej wersji wielkiego
wybuchu.
Takie liczby i zjawiska są oczywiście trudne do wyobrażenia. W jednym,
brzemiennym w skutki momencie, zostaliśmy obdarzeni ogromnym - o średnicy co najmniej 100 miliardów lat świetlnych, lecz niewykluczone,
że znacznie większej lub nawet nieskończonej - wszechświatem, doskonale
przygotowanym do stworzenia gwiazd, galaktyk i innych złożonych
układów17.
Jeszcze bardziej zadziwiający, przynajmniej z naszego punktu widzenia,
jest fakt, że wszechświat okazał się wyjątkowo dobrze przygotowany dla
nas. Gdyby był tylko troszkę inny - gdyby na przykład grawitacja była
nieznacznie silniejsza lub słabsza, gdyby rozszerzał się trochę szybciej
lub trochę wolniej - nie powstałyby stabilne izotopy pierwiastków, z których jesteśmy zbudowani my sami oraz ziemia, po której stąpamy. Gdyby
grawitacja była silniejsza, wszechświat miałby inne wymiary oraz inną
gęstość i zapadłby się jak źle postawiony namiot. Gdyby grawitacja była
słabsza, nie doszłoby do powstania skupisk materii. Wszechświat na
zawsze pozostałby pusty i nieciekawy.
Niektórzy eksperci sądzą, że to nadzwyczajne przystosowanie można dość
prosto wytłumaczyć. Być może nasz wielki wybuch jest tylko jednym z wielu wielkich wybuchów. Być może jest jednym z bilionów bilionów
wielkich wybuchów powtarzających się w przepastnej nieskończoności
przestrzeni i czasu. A my istniejemy w tym konkretnym wcieleniu,
ponieważ tylko w nim możemy istnieć. Jak ujął to Edward P. Tryon z Columbia University: "Na pytanie, dlaczego tak się stało, stawiam
nieśmiało skromną hipotezę, że nasz wszechświat jest po prostu jedną z tych rzeczy, które od czasu do czasu się zdarzają". Hipotezę Tryona
następująco skomentował Guth: "Aczkolwiek stworzenie wszechświata może
być bardzo mało prawdopodobne, Tryon zwrócił uwagę na to, że nikt nie
policzył nieudanych prób"18.
Brytyjski uczony, popularyzator nauki, astronom królewski Martin Rees
uważa, że istnieje wiele wszechświatów, być może nawet nieskończenie
wiele. Każdy z nich ma inne cechy lub inną kombinację cech, a my po
prostu żyjemy w tym wszechświecie, którego kombinacja cech pozwala nam
istnieć. Rees odwołuje się do analogii ze sklepem z ubraniami19: "Nie ma
nic dziwnego w tym, że w olbrzymim sklepie odzieżowym znajdziesz w końcu
coś, co na ciebie pasuje. W olbrzymim zbiorze wszechświatów, rządzonych
przez różne zestawy stałych fizycznych, w końcu znajdzie się taki,
którego stałe fizyczne sprzyjają powstaniu i podtrzymaniu życia. My
żyjemy w takim wszechświecie".
Rees uważa, że naszym wszechświatem rządzi sześć liczb. Gdyby
którakolwiek z nich była choć trochę inna, sprawy potoczyłyby się
zupełnie inaczej. Istnienie wszechświata w takiej formie, jaką widzimy,
wymaga na przykład, aby wodór był zamieniany w hel w ściśle określony
sposób - w szczególności siedem tysięcznych masy wodoru musi zamieniać
się w energię. Gdyby choć trochę zmniejszyć tę liczbę - na przykład z 0,007 do 0,006 - transformacja wodoru w hel byłaby niemożliwa i wszechświat składałby się z samego wodoru. Gdyby dla odmiany zwiększyć
współczynnik - powiedzmy do 0,008 - tempo powstawania helu byłoby tak
duże, że wodór dawno przestałby istnieć. W jednym i w drugim przypadku
nieznaczna zmiana stałej fizycznej powoduje20, że nie zaistniałby
wszechświat w takiej postaci, jaką znamy i jakiej potrzebujemy.
W tym miejscu powinienem zaznaczyć, że jak dotąd wszystko jest w porządku. Na dłuższą metę może się okazać, że grawitacja jest jednak
trochę zbyt silna21 i któregoś dnia zdoła zatrzymać i zawrócić ekspansję
wszechświata, aż w końcu doprowadzi go do zapadnięcia się w kolejną
osobliwość, po której cały proces może się powtórzyć. Równie dobrze może
się jednak okazać, że grawitacja jest trochę zbyt słaba. W tym przypadku
wszechświat będzie się rozszerzał w nieskończoność. Cząstki materii będą
się oddalać od siebie, oddziaływania między nimi będą coraz słabsze,
wszechświat będzie coraz większy, coraz bardziej pusty i coraz bardziej
pozbawiony wewnętrznego ruchu, aż w końcu stanie się martwy. Trzecia
opcja jest taka, że grawitacja jest idealnie dostrojona - taką sytuację
kosmolodzy określają terminem "gęstość krytyczna" - dzięki czemu wymiary
wszechświata zawsze będą takie, jakie są, i ewolucja wszechświata
będzie trwać wiecznie. Kosmolodzy niekiedy mówią w takim przypadku o "efekcie Złotowłosej" - wszystko jest takie, jakie być powinno. (Według
bardziej oficjalnej terminologii powyższe trzy możliwe scenariusze są
określane jako wszechświat zamknięty, otwarty i płaski).
Każdy z nas zadał sobie kiedyś pytanie: Co by się stało, gdybym pojechał
na kraniec wszechświata i wystawił głowę na zewnątrz? Gdzie znalazłaby
się moja głowa, skoro nie byłaby już wewnątrz wszechświata? Co
zobaczyłbym na zewnątrz? Odpowiedź jest równie prosta, co
rozczarowująca: nigdy nie dotrzesz do krańca wszechświata. Nie dlatego,
że trwałoby to zbyt długo - aczkolwiek taka wycieczka musiałaby
oczywiście trochę potrwać - lecz dlatego, że nawet gdybyś odważnie i niezmordowanie podróżował, poruszając się wciąż wzdłuż linii prostej,
bynajmniej nie dotarłbyś do granicy, lecz wróciłbyś w to samo miejsce, z którego wyruszyłeś (co zapewne zniechęciłoby cię do podejmowania
kolejnych prób). Zgodnie z teorią względności Einsteina (do której
dojdziemy w dalszej części książki) wszechświat jest zakrzywiony. Nie
powinniśmy wyobrażać sobie wszechświata jako dużego, rozszerzającego się
bąbla, ponieważ przestrzeń jest zakrzywiona w taki sposób, że
wszechświat jest skończony, lecz pozbawiony granic. Samo rozszerzanie
się wszechświata także należy traktować ostrożnie. Jak pisze Steven
Weinberg, laureat Nagrody Nobla, "układy słoneczne i galaktyki nie
rozszerzają się, sama przestrzeń również się nie rozszerza", lecz
galaktyki oddalają się od siebie22. Wszystko to stanowi swego rodzaju
wyzwanie dla intuicji. Biolog J.B.S. Haldane wypowiedział w tym
kontekście swą słynną uwagę: "Wszechświat jest nie tylko dziwniejszy,
niż sobie wyobrażamy, jest dziwniejszy, niż potrafimy sobie wyobrazić".
Dla wyjaśnienia krzywizny wszechświata przywołuje się zwykle przykład
płaszczaka, istoty żyjącej w dwuwymiarowym wszechświecie, w którym
wszystko jest płaskie. Owa istota, która nigdy nie widziała sfery,
zostaje przeniesiona na Ziemię. Wyruszając w podróż w poszukiwaniu
krańca Ziemi, płaszczak nigdy nie znajdzie żadnego krańca, lecz w końcu
wróci do miejsca, z którego wyruszył, co zapewne niepomiernie go zdziwi.
Próbując wyjaśnić przyczyny i zrozumieć zakrzywienie przestrzeni,
jesteśmy w takiej samej sytuacji jak nasz skonfundowany płaszczak, z tą
różnicą, że naszą konfuzję wywołuje przestrzeń o większej liczbie
wymiarów.
Podobnie jak nie istnieje kraniec wszechświata, nie istnieje również
jego środek. Nie ma takiego miejsca, w którym mógłbyś stanąć i powiedzieć: "Tu się wszystko zaczęło. To jest środek wszystkiego". Wszystko jest środkiem wszystkiego. W istocie nie wiemy tego z całą
pewnością, ponieważ nie potrafimy tego matematycznie udowodnić. Naukowcy
po prostu zakładają, że nie możemy być środkiem wszechświata23 -
cokolwiek to znaczy - i że wszystko wygląda tak samo z punktu widzenia
każdego obserwatora w każdym punkcie wszechświata. Lecz nawet tego nie
jesteśmy całkowicie pewni.
Z naszego punktu widzenia wszechświat sięga tak daleko, jak daleko
dotarło światło od momentu stworzenia. Widoczny wszechświat - który
widzimy, znamy i o którym możemy coś powiedzieć24 - rozciąga się na
milion milionów milionów milionów (czyli 1 000 000 000 000 000 000 000
000) mil. Lecz według większości teorii cały wszechświat - niekiedy
zwany metawszechświatem - jest o wiele większy. Rees uważa, że rozmiary
tego większego, niewidocznego wszechświata25 byłyby zapisane nie "za
pomocą tuzina ani nawet setki, lecz milionów cyfr". Krótko mówiąc, zanim
wystawimy głowę na jakieś nieokreślone zewnątrz, mamy przed sobą więcej,
o wiele więcej przestrzeni, niż potrafimy sobie wyobrazić.
Przez długi czas teoria wielkiego wybuchu miała pewien istotny
mankament, który stanowił poważny problem dla większości jej
zwolenników: nie potrafiła wyjaśnić, skąd my się tu wzięliśmy. Wprawdzie
98 procent materii, która obecnie istnieje, powstało w wielkim wybuchu,
ale składała się ona wyłącznie z lekkich pierwiastków: wodoru, helu i litu, o których wspominaliśmy już wcześniej. Ani jedna cięższa cząstka
nie pojawiła się w gazowym tyglu stworzenia. Nie pojawiły się
pierwiastki niezbędne dla naszego istnienia - węgiel, azot, tlen i cała
reszta. Problem polega na tym, że do stworzenia tych pierwiastków
niezbędne są takie temperatury i ciśnienia, jakie panowały podczas
wielkiego wybuchu. Skoro jedyny jak dotąd wielki wybuch nie doprowadził
do powstania tych pierwiastków, to skąd one się wzięły? Paradoksalnie,
odpowiedź na to pytanie znalazł kosmolog, który był przeciwnikiem teorii
wielkiego wybuchu i który stworzył termin "wielki wybuch" w przypływie
sarkastycznego humoru, w celu zdeprecjonowania go.
Niebawem dojdziemy do pytania, jak się tutaj znaleźliśmy, lecz najpierw
zajmiemy się sprecyzowaniem, gdzie dokładnie jest "tutaj".
D. Bodanis, E = mc2. A Biography of the World's Most Famous Equation, London 2000, s. 111. [wróć]
A. Guth, The Inflationary Universe. The Quest for a New Theory of Cosmic Origins, London 1997, s. 254. [wróć]
Cosmos Sits for Early Portrait, Gives Up Secrets, "New York Times", 12 lutego 2003, s. 1; How Old Is the Universe?, "US News and World Report", 18-25 sierpnia 1997, s. 34-36. [wróć]
A. Guth, op. cit., s. 86. [wróć]
L.M. Krauss, Rediscovering Creation, w: W.H. Shore (red.), Mysteries of Life and the Universe, San Diego 1992, s. 50. [wróć]
D. Overbye, Lonely Hearts of the Cosmos. The Scientific Quest for the Secret of the Universe, London 1991, s. 153. [wróć]
Echoes from the Big Bang, "Scientific American", styczeń 2001, s. 38-43. [wróć]
A. Guth, op. cit., s. 101. [wróć]
J. Gribbin, In the Beginning. The Birth of the Living Universe, London 1994, s. 18. [wróć]
Before the Big Bang, There Was... What?, "New York Times", 22 maja 2001, s. F1 [wróć]
Wzmianka o wykładniczym zapisie liczb. Bardzo duźe liczby są niewygodne
w zapisie i jeszcze mniej wygodne przy czytaniu, więc naukowcy stosują
skrótowy zapis wykorzystujący potęgi (czyli wielokrotności) liczby 10. W tej notacji na przykład liczba 10 000 000 000 jest zapisana jako 1010, a 6 500 000 jako 6,5 × 106. Zasada jest bardzo prosta i opiera się na
wielokrotnościach liczby 10: 10 × 10 (czyli 100) staje się 102, 10 × 10
× 10 (czyli 1000) staje się 103 i tak dalej. Można w ten sposób wygodnie
zapisać niemal dowolnie dużą liczbę. Mały wykładnik oznacza liczbę zer,
które należy wstawić po dużej, głównej liczbie. Ujemne wykładniki dają w zasadzie lustrzane odbicie, umożliwiając zapis bardzo małych liczb:
wykładnik oznacza liczbę zer, które należy umieścić po przecinku
dziesiętnym, wliczając zero z lewej strony przecinka (10-4 oznacza więc
0,0001). Zasada jest bardzo piękna, lecz nieodmiennie wprawia mnie w zdumienie fakt, że ktoś potrafi natychmiast zinterpretować 1,4 × 109 km3
jako 1,4 miliarda kilometrów sześciennych; równie mocno dziwi mnie fakt,
że pierwsza z powyższych form zapisu została użyta w książce
przeznaczonej dla laika (skąd zaczerpnąłem ten przykład). Zakładając, że
u wielu czytelników znajomość matematyki jest zbliżona do mojej, będę
się starał nie nadużywać notacji wykładniczej, aczkolwiek w niektórych
sytuacjach będzie to raczej nieuniknione, na przykład w rozdziale
opisującym zjawiska na skalę kosmiczną. [wróć]
A. Lightman, First Birth, w: W.H. Shore (red.), op. cit., s. 13. [wróć]
D. Overbye, op. cit., s. 216. [wróć]
A. Guth, op. cit., s. 89. [wróć]
D. Overbye, op. cit., s. 242. [wróć]
The First Split Second, "New Scientist", 31 marca 2001, s. 27-30. [wróć]
The First Stars in Universe, "Scientific American", grudzień 2001, s. 64-71; Listen Closely... From Tiny Hum Came Big Bang, "New York Times", 30 kwietnia 2001, s. 1. [wróć]
Cytowane w: A. Guth, op. cit., s. 14. [wróć]
Why Is There Life?, "Discover", listopad 2000, s. 66. [wróć]
M. Rees, Just Six Numbers. The Deep Forces that Shape the Universe, London 2000, s. 147. [wróć]
Riddle of the Flat Universe, "Financial Times", 1-2 lipca 2000; The World is Flat after All, "Economist", 20 maja 2000, s. 97. [wróć]
S. Weinberg, Dreams of a Final Theory, London 1993, s. 26. [wróć]
S. Hawking, A Brief History of Time. From the Big Bang to Black Holes, London 1988, s. 47. [wróć]
Ibid., s. 13. [wróć]
M. Rees, op. cit., s. 147. [wróć]
Rozdział 2. WITAJ W UKŁADZIE SŁONECZNYM
Rozdział 2
WITAJ W UKŁADZIE SŁONECZNYM
Współcześni astronomowie potrafią dokonywać niesamowitych sztuczek.
Gdyby ktoś zapalił zapałkę na Księżycu, potrafiliby ją dojrzeć. Na
podstawie maleńkich wahań położeń odległych gwiazd1 umieją wywnioskować
rozmiary i kształt orbit, a nawet możliwości podtrzymania życia na
planetach tak odległych, że potrzebowalibyśmy pół miliona lat, żeby tam
dotrzeć. Ich radioteleskopy rejestrują tak słabe sygnały, że całkowita
ilość energii spoza Układu Słonecznego, zebrana przez wszystkie
radioteleskopy od początku ich działania (czyli od 1951 roku), wynosi
"mniej niż energia pojedynczego płatka śniegu opadającego na ziemię"2,
jak ujął to Carl Sagan.
Krótko mówiąc, niewiele rzeczy we wszechświecie może ujść uwagi
astronomów. Tym bardziej zadziwiający wydaje się fakt, że aż do 1978
roku nikt nie spostrzegł księżyca krążącego wokół Plutona. W lecie 1978
roku James Christy3, młody amerykański astronom z Lowell Observatory we
Flagstaff, w Arizonie, spostrzegł coś dziwnego w trakcie rutynowej
inspekcji fotograficznych obrazów Plutona - niewyraźną, słabo widoczną
plamkę. Po konsultacji z kolegą z tego samego obserwatorium, Robertem
Harringtonem, doszedł do wniosku, że plamka z całą pewnością nie jest
Plutonem, a zatem musi być obrazem księżyca. I to nie byle jakiego
księżyca - w proporcji do macierzystej planety jest to największy
księżyc Układu Słonecznego.
Odkrycie to jeszcze bardziej nadwątliło i tak już niepewny status
Plutona jako planety. Obecność księżyca oznacza bowiem, że sam Pluton
jest jeszcze mniejszy, niż uprzednio sądzono4 - mniejszy nawet od
Merkurego. Aż siedem księżyców w Układzie Słonecznym, wliczając ziemski
Księżyc, przewyższa Plutona rozmiarami.
Można sobie zadać dość oczywiste pytanie, dlaczego tak długo nikt nie
zauważył księżyca w naszym własnym Układzie Słonecznym. Od
powiedzialność rozkłada się na trzy czynniki: częściowo wiąże się z kwestią, w którą stronę astronomowie kierują swe instrumenty; częściowo
z kwestią, do czego ich instrumenty są zaprojektowane; częściowo
odpowiedzialny jest sam Pluton. Najważniejszy jest pierwszy z powyższych
czynników. Jak mówi astronom Clark Chapman5: "Większość ludzi sądzi, że
astronomowie wychodzą w nocy z domu, żeby przeglądać niebo. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Prawie wszystkie teleskopy na
świecie są zaprojektowane w celu obserwacji maleńkich fragmentów nieba w poszukiwaniu odległych galaktyk, kwazarów lub czarnych dziur. Jedyna
sieć teleskopów przeznaczona do skanowania nieba została zaprojektowana
i zbudowana przez armię".
Rzeczywistość obserwacji astronomicznych jest dość odmienna od tego, do
czego przyzwyczaiły nas artystyczne impresje i publikacje zamieszczane w mediach. Na fotografiach Christy'ego Plutona reprezentuje słabo
widoczna, niewyraźna plamka, a obraz jego księżyca - maleńka, trudna do
odróżnienia plamka obok plamki - w niczym nie przypomina romantycznie
podświetlonych, ostro zarysowanych obrazków z "National Geographic".
Obraz był w istocie tak niewyraźny, że dopiero po siedmiu latach księżyc
został ponownie zaobserwowany6, co ostatecznie potwierdziło jego
istnienie.
Interesującym zbiegiem okoliczności odkrycie księżyca Plutona miało
miejsce we Flagstaff, w Arizonie, w tym samym obserwatorium, w którym w 1930 roku odkryto samego Plutona, którego istnienie przewidywał Percival
Lowell. Lowell pochodził z Bostonu, wywodził się z jednej z najstarszych
i najbogatszych bostońskich rodzin (to właśnie o niej mówi słynne
powiedzenie, w którym symbolami Bostonu są fasola i dorsz, Lowellowie
rozmawiają wyłącznie z Cabotami, a Cabotowie wyłącznie z Bogiem),
założył słynne obserwatorium, noszące dziś jego imię, lecz najlepiej
jest pamiętany jako odkrywca kanałów na Marsie. Wierzył, że kanały owe
zbudowali przedsiębiorczy Marsjanie, aby transportować wodę ze stref
polarnych do urodzajnych, lecz suchych obszarów w pobliżu równika.
Równie mocno jak w przypadku kanałów na Marsie Lowell był przekonany, że
poza orbitą Neptuna musi istnieć kolejna, nieznana planeta. Opierał swe
przekonanie na odkrytych przez siebie nieregularnościach orbitalnych
ruchów Urana i Neptuna. Ostatnie lata swego życia spędził na bezowocnych
poszukiwaniach gazowego giganta, którego nazwał planetą X i którego
istnienia był tak pewny jak kanałów na Marsie. Zmarł w 1916 roku,
przynajmniej częściowo w wyniku wyczerpania związanego z niestrudzonymi
poszukiwaniami planety X. Spadkobierców Lowella znacznie bardziej
interesowały sprawy majątkowe, w wyniku czego kwestia istnienia planety
X stopniowo popadła w zapomnienie. Dopiero w 1929 roku dyrekcja Lowell
Observatory podjęła na nowo poszukiwania (częściowo w celu odwrócenia
uwagi od historii z kanałami na Marsie, która tymczasem w znacznym
stopniu nadwątliła reputację obserwatorium) i zatrudniła w tym celu
pewnego młodego człowieka ze stanu Kansas, Clyde'a Tombaugh.
Tombaugh nie był zawodowym astronomem, lecz był bystry i pracowity.
Ostatecznie, po roku cierpliwej pracy spostrzegł słabą plamkę światła na
błyszczącym firmamencie7. Odkrycie Plutona przez Tombaugh graniczyło z cudem, ponieważ obserwacje ruchów Urana i Neptuna, na których Lowell
opierał swoją hipotezę, okazały się całkowicie błędne. Tombaugh
natychmiast się zorientował, że nowa planeta w niczym nie przypomina
gazowego giganta, którego spodziewał się Lowell. Wszelkie zastrzeżenia
co do charakteru nowej planety zostały jednak zignorowane. To była
pierwsza planeta odkryta przez amerykańskiego astronoma i natychmiast
dostała się na czołówki wszystkich gazet, wywołując ekstazę. Nikt nie
zawracał sobie głowy faktem, że w rzeczywistości jest to jedynie spory
kawałek lodu. Nazwa "Pluton" została wybrana między innymi ze względu na
zbieżność pierwszych dwóch liter z inicjałami Percivala Lowella, którego
pośmiertnie uznano za geniusza. Tombaugh został niemal całkowicie
zapomniany i obecnie pamiętają o nim jedynie astronomowie planetarni.
Niektórzy astronomowie nadal sądzą, że planeta X istnieje8. Nie mają na
myśli Plutona, a raczej coś bardziej zbliżonego do hipotezy Lowella -
prawdziwego giganta, większego (może nawet dziesięciokrotnie) niż
Jowisz, lecz jak dotąd niewidocznego, ponieważ dociera do niego tak mało
światła słonecznego, że prawie nic nie odbija się w naszą stronę. Nie
byłby to jednak obiekt w rodzaju Jowisza czy Saturna, lecz znacznie
bardziej odległy - mówimy tu o odległościach rzędu 4,5 biliona mil - i bardziej przypominający niedoszłą gwiazdę niż konwencjonalną planetę.
Hipoteza ta opiera się częściowo na wynikach obserwacji - większość
gwiazd w kosmosie tworzy układy podwójne (dwie gwiazdy krążące wokół
siebie nawzajem). Nasze samotne Słońce stanowi raczej wyjątek niż
regułę.
Wróćmy do Plutona. Nikt nie zna jego dokładnych rozmiarów. Nie wiemy, z czego jest zrobiony. Nawet jego status planety nie jest całkiem pewny.
Wielu astronomów uważa, że Pluton w ogóle nie jest planetą, a jedynie
największym dotychczas zaobserwowanym obiektem w strefie kosmicznego
gruzu, zwanej pasem Kuipera. Idea pasa Kuipera sięga 1930 roku i pochodzi od astronoma F.C. Leonarda9. Spopularyzował ją Gerard Kuiper,
holenderski astronom pracujący w Ameryce. Pas Kuipera stanowi źródło tak
zwanych krótkookresowych komet, które odwiedzają nas dość regularnie -
najsłynniejszą z nich jest kometa Halleya. Niezmiernie rzadko widywane
komety długookresowe (między innymi niedawno obserwowane komety
Hale'a-Boppa oraz Hyakutake) pochodzą ze znacznie dalej położonego
obłoku Oorta, o którym jeszcze będzie mowa.
W porównaniu z pozostałymi planetami Układu Słonecznego Pluton nie tylko
jest karłem, lecz także pod wieloma innymi względami odbiega od
planetarnej normy. Jego orbita jest na tyle nieregularna, że nikt nie
potrafi precyzyjnie określić, gdzie będzie się znajdował za kolejne sto
lat. Wszystkie planety krążą wokół Słońca mniej więcej w tej samej
płaszczyźnie, względem której jedynie płaszczyzna orbity Plutona jest
dość mocno odchylona - o około 17 stopni - jak krzywo nałożony kapelusz.
Orbita jest także znacznie wydłużona, co powoduje, że przez długie
okresy Pluton znajduje się bliżej Słońca (i zarazem Ziemi) niż Neptun.
Przez większą część dziewiętnastego i dwudziestego stulecia Neptun był w istocie najdalej położoną planetą Układu Słonecznego. Dopiero całkiem
niedawno, 11 lutego 1999 roku, Pluton powrócił na zewnętrzny pas
ruchu10, na którym pozostanie przez kolejne 228 lat.
Nawet jeżeli zaliczymy Plutona do planet, to musimy się pogodzić z pewnymi niezwykłymi cechami tej planety. Pluton jest bardzo mały - jego
masa odpowiada około ćwierci procenta masy Ziemi. Gdyby posadzić go na
powierzchni Stanów Zjednoczonych, to nie zająłby nawet połowy. Wokół
Słońca krążą cztery małe, kamienne planety wewnętrzne, cztery gazowe
giganty zewnętrzne oraz jedna samotna bryła lodu. Co więcej, mamy powody
sądzić, że niebawem zaczniemy odkrywać inne, może nawet większe bryły
lodu w tej samej okolicy, w której krąży Pluton. Wtedy status Plutona
stanie się naprawdę problematyczny. Po odkryciu księżyca Plutona w 2002
roku astronomowie zaczęli nieco uważniej przyglądać się tej części nieba
i do grudnia tego roku odkryli nie mniej niż 600 dodatkowych Obiektów
Transneptunowych11 (zwanych także plutinami). Jeden z nich, nazwany
Varuna, jest prawie tak duży jak księżyc Plutona. Astronomowie sądzą, że
mogą istnieć miliardy takich obiektów, a jedyna trudność w ich
zlokalizowaniu polega na tym, że większość z nich jest w zasadzie
niewidoczna. Przeciętne albedo (czyli współczynnik odbicia światła)
wynosi zaledwie 4 procent. Mniej więcej tyle samo światła odbija bryła
węgla drzewnego12 - nic dziwnego, że z odległości 6 miliardów kilometrów
trudno ją dostrzec.
Ile to jest 6 miliardów kilometrów? Taką odległość trudno sobie
bezpośrednio wyobrazić, spróbujmy więc - w celach
edukacyjno-rozrywkowych - wybrać się w podróż w kosmos. Na początek nie
będziemy się wypuszczać zbyt daleko - jedynie do granic Układu
Słonecznego. Pozwoli nam to się przekonać, jak duży jest kosmos i jak
małą jego część zajmujemy.
Na początek zła wiadomość - nie wrócimy do domu na kolację. Podróżując
nawet z prędkością światła (300 000 kilometrów na sekundę),
potrzebowalibyśmy siedmiu godzin, aby dotrzeć do Plutona. W rzeczywistości nie będziemy oczywiście podróżować z prędkością światła
ani nawet z prędkością choćby zbliżoną do prędkości światła. Będziemy
poruszać się z prędkością statku kosmicznego. To są znacznie
stateczniejsze prędkości. Jak dotąd pod względem prędkości poruszania
się palmę pierwszeństwa wśród obiektów stworzonych przez człowieka
dzierżą statki "Voyager 1" i "Voyager 2", które obecnie oddalają się od
nas z prędkością 56 000 kilometrów na godzinę13.
Termin startu "Voyagerów" ("Voyager 2" został wystrzelony w sierpniu, a "Voyager 1" we wrześniu 1977 roku) był związany z korzystnym ustawieniem
Jowisza, Saturna, Urana i Neptuna - planetarną koincydencją, która
zdarza się zaledwie raz na 175 lat. Start zaplanowano z tak dobranym
wyprzedzeniem, aby oba statki mogły wykorzystać efekt "grawitacyjnej
procy" w celu przyspieszenia lotu po kolejnych przejściach w pobliżu
każdej z tych trzech planet. Wykorzystanie potężnej grawitacji gazowych
gigantów pozwoliło na znaczne skrócenie lotu, ale i tak podróż do Urana
trwała siedem lat, a przecięcie orbity Plutona nastąpiło po dwunastu
latach od startu. W styczniu 2006 roku NASA wysłała statek "New
Horizons" w kierunku Plutona. Wykorzystanie grawitacji Jowisza oraz
pewnych konsekwencji postępu technologicznego pozwoli skrócić podróż do
mniej więcej dziesięciu lat, aczkolwiek obawiam się, że podróż powrotna
trwałaby znacznie dłużej. Tak czy inaczej, będzie to długa wyprawa.
Jedną z pierwszych myśli, które przychodzą do głowy, gdy rozważa się
tego rodzaju przedsięwzięcia, jest konstatacja, że słowo "przestrzeń"
stanowi wyjątkowo trafne określenie. Kosmos, ogólnie rzecz biorąc, jest
ekstremalnie pusty i raczej mało urozmaicony. Nasz Układ Słoneczny może
się wydawać wyjątkowo różnorodny i ożywiony, lecz wszystko, co się nań
składa - Słońce, planety, księżyce, miliardy skał w pasie asteroid,
komety oraz wszelki inny kosmiczny detrytus - wypełniają łącznie
mniejszą objętość niż jedna bilionowa część dostępnej przestrzeni14.
Żadna z map Układu Słonecznego, które oglądałeś w szkole, nawet w przybliżeniu nie zachowuje skali. Większość szkolnych map ukazuje
planety jedna po drugiej w jednakowych odstępach - na wielu ilustracjach
zewnętrzne planety rzucają cienie na siebie nawzajem - lecz jest to
oszustwo; oszustwo konieczne, aby wszystkie planety zmieściły się na
jednym kawałku papieru. W rzeczywistości Neptun nie znajduje się tylko
trochę dalej niż Jowisz. Neptun krąży prawie sześć razy dalej od Słońca
niż Jowisz, a ilość światła słonecznego, która dociera do Neptuna,
stanowi zaledwie 3 procent światła padającego na Jowisza.
Odległości w Układzie Słonecznym są tak ogromne, że nie istnieje żaden
praktyczny sposób narysowania go we właściwej skali, nawet gdyby cały
podręcznik złożyć w harmonijkę. Gdyby tak dobrać skalę, aby Ziemia była
przedstawiona w postaci ziarenka grochu, Jowisz znalazłby się w odległości ponad 300 metrów, a Pluton w odległości 2,5 kilometra (i miałby
rozmiary bakterii, więc i tak byś go nie zobaczył). W tej samej skali
Proxima Centauri, nasza najbliższa gwiazda, znalazłaby się w odległości
16 000 kilometrów. Nawet gdyby wszystko pomniejszyć do takich rozmiarów,
że Jowisz miałby rozmiary kropki na końcu tego zdania, Pluton byłby nie
większy od pojedynczej molekuły, a i tak wylądowałby 10 metrów od nas.
Układ Słoneczny jest naprawdę ogromny. Gdy dotrzemy do Plutona, będziemy
tak daleko, że Słońce - nasze drogie, ciepłe, jasne, życiodajne Słońce -
zmniejszy się do rozmiarów główki od szpilki i będzie tylko trochę
jaśniejsze od najjaśniejszych gwiazd. Nic zatem dziwnego, że w tej
bezmiernej pustce nawet całkiem duże obiekty - na przykład księżyc
Plutona - umknęły naszej uwadze. Pod tym względem Pluton nie jest
zresztą osamotniony. Przed wyprawą "Voyagerów" znane były dwa księżyce
Neptuna - "Voyagery" odkryły kolejne sześć księżyców. Gdy chodziłem do
szkoły, Układ Słoneczny liczył łącznie 30 księżyców. Obecnie znamy co
najmniej 9015, z czego około jednej trzeciej odkryto w ciągu ostatniej
dekady. W kontekście badań wszechświata jako całości warto sobie
uświadomić, że nie wiemy jeszcze bardzo wielu rzeczy na temat Układu
Słonecznego.
Kolejnym spostrzeżeniem, jakiego dokonamy, mijając Plutona, będzie fakt,
że go mijamy. Jeżeli rzucisz okiem na plan podróży, przekonasz się, że
podróżujemy do granic Układu Słonecznego. Pluton stanowi zwykle ostatni
obiekt na szkolnych mapach, lecz w rzeczywistości nasz Układ nie kończy
się bynajmniej na orbicie Plutona, nawet w przybliżeniu. Nie dotrzemy do
prawdziwej granicy, dopóki nie miniemy obłoku Oorta, świata dryfujących
komet, a na dotarcie do obłoku Oorta potrzebujemy... 10 tysięcy lat16.
Orbita Plutona nie tylko nie jest granicą Układu Słonecznego - wbrew
temu, co sugerują szkolne mapy nieba - lecz stanowi zaledwie jedną
pięćdziesięciotysięczną część odległości do prawdziwej granicy.
Przy obecnym stanie technologii nie mamy oczywiście szans na taką
podróż. Wyprawa na Księżyc, na odległość zaledwie 386 000 kilometrów,
wciąż stanowi poważne wyzwanie. Propozycja załogowej wyprawy na Marsa,
rezultat chwilowego zawrotu głowy prezydenta Busha, została po cichu
odwołana i stopniowo popada w zapomnienie, ponieważ jej koszty zostały
oszacowane na 450 miliardów dolarów, nie licząc zagrożenia życia
członków załogi17 (ich DNA zostałoby zniszczone przez wysokoenergetyczne
cząstki promieniowania słonecznego, przed którymi nie mogliby być
skutecznie chronieni).
Opierając się na tym, co obecnie wiemy i umiemy, oraz na tym, co w granicach rozsądku potrafimy przewidywać, można uznać, że nie ma
absolutnie żadnych szans, aby jakakolwiek ludzka istota mogła
kiedykolwiek dotrzeć do granic Układu Słonecznego. To dla nas za daleko.
Nawet za pomocą Teleskopu Hubble'a nie potrafimy zajrzeć w głąb obłoku
Oorta18 i w istocie nie wiemy z całą pewnością, co tam jest. Jego
istnienie jest dość prawdopodobne, lecz jak dotąd całkowicie
hipotetyczne.
Obłok Oorta zaczyna się gdzieś daleko poza orbitą Plutona i rozciąga się
na jakieś dwa lata świetlne. To niemal wszystko, co można z odrobiną
pewności powiedzieć na jego temat. Podstawową miarą odległości w astronomii jest tak zwana jednostka astronomiczna, w skrócie AU
(Astronomical Unit), równa odległości Ziemi od Słońca. Pluton znajduje
się w odległości 40 AU od nas, obłok Oorta wypada w odległości około 50
000 AU. Krótko mówiąc, jest daleko.
Przypuśćmy jednak, że udało nam się dotrzeć do obłoku Oorta. Pierwsze,
co zauważymy, to pustka i spokój. Jesteśmy bardzo, bardzo daleko od
wszystkiego - nawet nasze Słońce nie jest już najjaśniejszą gwiazdą na
niebie. Grawitacja Słońca nadal wystarcza, aby utrzymać wszystkie te
komety na ich orbitach, aczkolwiek jest już na tyle słaba, że komety
dryfują statecznie, nie przekraczając prędkości 220 mil na godzinę19. Od
czasu do czasu jedna z komet zostaje wytrącona ze swojej orbity przez
jakieś grawitacyjne perturbacje, na przykład przez blisko położoną
gwiazdę. W rezultacie kometa może zostać wyrzucona daleko w przestrzeń,
aby już nigdy nie wrócić; niekiedy jednak zachodzi odmienny scenariusz -
kometa trafia na wydłużoną orbitę wokółsłoneczną. Zazwyczaj w ciągu roku
wewnętrzny obszar Układu Słonecznego odwiedzają trzy lub cztery takie
długookresowe komety. Niekiedy tym zabłąkanym wędrowcom zdarza się
trafić w coś twardego, na przykład w Ziemię. Dlatego tu jesteśmy - aby
zobaczyć kometę, która właśnie zaczęła swą długą drogę w kierunku
centrum Układu Słonecznego. Jej podróż zakończy się takim właśnie
przypadkowym trafieniem, a przypadkowym celem będzie Manson w stanie
Iowa. Zanim do tego dojdzie, upłynie jednak trochę czasu - co najmniej
trzy lub cztery miliony lat - więc na razie ją opuścimy, aby powrócić w dalszej części naszej historii.
Więc tak wygląda Układ Słoneczny. A co jest dalej? No cóż, nic albo
bardzo wiele, zależnie od punktu widzenia.
Najzwięźlej rzecz ujmując, nie ma tam nic. Najdoskonalsza ziemska
próżnia, wytworzona za pomocą najdoskonalszej ludzkiej technologii, nie
jest nawet w przybliżeniu tak pusta jak przestrzeń międzygwiezdna20.
Zanim natrafisz na cokolwiek innego, będziesz musiał pokonać całkiem
spory kawałek tej pustki. Nasza najbliższa sąsiadka, Proxima Centauri21,
jedna z trzech gwiazd tworzących potrójny układ zwany Alfa Centauri,
znajduje się w odległości 4,3 roku świetlnego od nas. W skali całej
galaktyki to maleńki kroczek, lecz w naszych ludzkich kategoriach to
całkiem spory kawałek - 100 milionów razy dalej niż do Księżyca. Podróż
na Proximę zajęłaby nam co najmniej 25 tysięcy lat. Nawet gdybyśmy tam
dotarli, znaleźlibyśmy się w sąsiedztwie samotnej trójki gwiazd w środku
ogromnej pustki. Dotarcie do następnego sąsiada, Syriusza, wymagałoby
pokonania kolejnych 4,6 lat świetlnych. Podróżując w ten sposób, od
gwiazdy do gwiazdy, poznalibyśmy zaledwie nasze najbliższe otoczenie,
ale dotarcie choćby do centrum naszej Galaktyki trwałoby znacznie dłużej
niż dotychczasowy czas istnienia gatunku ludzkiego.
Powiedzmy to raz jeszcze - przestrzeń jest ogromna. Przeciętna odległość między sąsiednimi gwiazdami22 wynosi ponad 30 milionów milionów
kilometrów. To są fantastyczne odległości, nawet dla kogoś podróżującego
z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Jest oczywiście możliwe, że pozaziemskie istoty pokonują miliardy kilometrów, aby dla rozrywki
formować uprawy roślin w postaci figur geometrycznych lub postraszyć
kierowcę ciężarówki na pustej drodze w Arizonie (przecież u nich też
muszą być nastolatki), lecz nie wydaje się to bardzo realne.
Statystycznie rzecz biorąc, prawdopodobieństwo istnienia innych istot
myślących wydaje się jednak całkiem duże. Nikt nie wie, ile gwiazd liczy
Droga Mleczna - według różnych oszacowań od 100 do 400 miliardów - a Droga Mleczna jest tylko jedną z około 140 miliardów galaktyk, z których
wiele jest większych od naszej. Te ogromne liczby zainspirowały Franka
Drake'a, astronoma z Cornell University, który w latach sześćdziesiątych
sformułował słynne równanie służące do obliczania prawdopodobieństwa
istnienia zaawansowanych form życia w kosmosie.
Równanie Drake'a jest prostym iloczynem kilku współczynników, z których
każdy powstaje przez podzielenie dwóch liczb: na początku liczbę gwiazd
w wybranej części wszechświata należy podzielić przez liczbę gwiazd,
które posiadają układy planetarne; wynik trzeba następnie pomnożyć przez
liczbę układów planetarnych, które teoretycznie mogłyby podtrzymać
życie; następnie przez liczbę układów, w których z prostych form życia
mogą wyewoluować formy inteligentne i tak dalej. Po każdym kolejnym
współczynniku ostateczny wynik dramatycznie maleje, lecz nawet przy
najbardziej konserwatywnych danych wejściowych liczba zaawansowanych
cywilizacji w samej galaktyce Drogi Mlecznej idzie w miliony.
Cóż za interesująca, a nawet podniecająca myśl: jesteśmy tylko jedną z milionów zaawansowanych cywilizacji. Niestety, każda z nich okupuje swój
kawałek przestrzeni, przestrzeń jest taka, jaka jest, i w rezultacie
przeciętna odległość między dwiema sąsiadującymi cywilizacjami wynosi co
najmniej 200 lat świetlnych. To może brzmieć całkiem niewinnie, ale w rzeczywistości stanowi dość istotną przeszkodę. Po pierwsze, nawet
jeżeli nasi najbliżsi sąsiedzi wiedzą o naszym istnieniu i potrafią nas
jakoś dojrzeć przez swoje teleskopy, bynajmniej nie widzą ani ciebie,
ani mnie. Do ich teleskopów dociera światło, które opuściło Ziemię 200
lat temu. Właśnie oglądają rewolucję francuską, Thomasa Jeffersona,
osobników paradujących w jedwabnych pończochach i pudrowanych perukach.
Widzą ludzi, którzy nie wiedzą, co to jest atom, nie znają pojęcia genu,
wytwarzają elektryczność przez pocieranie bursztynowego pręta o kawałek
futra i uważają to za interesującą sztuczkę. Jeżeli nawet nasi sąsiedzi
wyślą do nas jakąś wiadomość (jeżeli wyślą ją dzisiaj, to dotrze do nas
za kolejne 200 lat), to zaczną ją zapewne od "mocium panie", a następnie
pogratulują nam sukcesów w rozwoju transportu (na widok rasowych koni
ciągnących wytworny powóz) oraz oświetlenia (tłuszczem wielorybim). 200
lat świetlnych to zbyt duża odległość na jakąkolwiek sensowną
komunikację.
Nawet jeżeli nie jesteśmy sami w kosmosie, raczej nie powinniśmy się
spodziewać, że ktoś wpadnie po południu na herbatę. Carl Sagan
oszacował, że liczba planet we wszechświecie wynosi około 10 miliardów
bilionów. W żaden sposób nie umiem sobie wyobrazić takiej liczby, lecz
równie trudny do wyobrażenia jest ogrom przestrzeni, w której te planety
są rozrzucone. "Gdybyśmy losowo wybrali jakieś miejsce we
wszechświecie23, to szansa trafienia w pobliże którejś z tych planet
byłaby mniejsza niż jedna na miliard bilionów bilionów" (czyli jedynka z 33 zerami). "Światy są niezwykle rzadkie".
W takim razie powinniśmy chyba jednak się cieszyć, że w 1999 roku
Międzynarodowa Unia Astronomiczna oficjalnie uznała Plutona za planetę.
Wszechświat jest na tyle duży i przestronny, że nie musimy się obawiać,
iż ktoś zablokuje nam wjazd do garażu.
Among Planets, "New Yorker", 9 grudnia 1996, s. 84. [wróć]
C. Sagan, Cosmos, London 1980, s. 261. [wróć]
US Naval Observatory, informacja prasowa, 20th Anniversary of the Discovery of Pluto's Moon Charon, 22 czerwca 1998. [wróć]
When Is a Planet Not a Planet?, "Atlantic Monthly", luty 1998, s. 22-34. [wróć]
Cytowane w: "PBS Nova", Doomsday Asteroid, program wyemitowany 29 kwietnia 1997. [wróć]
US Naval Observatory, informacja prasowa, 20th Anniversary of the Discovery of Pluto's Moon Charon, 22 czerwca 1998. [wróć]
Publikacja Tombaugh, The Struggles to Find the Ninth Planet, strona internetowa NASA. [wróć]
X marks the spot, "Economist", 16 października 1999, s. 83. [wróć]
Almost Planet X, "Nature", 24 maja 2001, s. 423. [wróć]
Pluto Out in the Cold, "Economist", 6 lutego 1999, s. 85. [wróć]
Seeing Double in the Kuiper Belt, "Nature", 12 grudnia 2002, s. 618. [wróć]
Almost Planet X, "Nature", 24 maja 2001, s. 423. [wróć]
"PBS NewsHour", transkrypcja, 20 sierpnia 2002. [wróć]
Between the Planets, "Natural History", październik 2001, s. 20. [wróć]
Many Moons, "New Scientist", 17 marca 2001, s. 39; A Roadmap for Planet-Hunting, "Economist", 8 kwietnia 2000, s. 87. [wróć]
C. Sagan i A. Druyan, Comet, London 1985, s. 198. [wróć]
Medicine on Mars, "New Yorker", 14 lutego 2000, s. 39. [wróć]
Niekiedy zwany obłokiem Öpika-Oorta, od nazwisk estońskiego astronoma
Ernsta Öpika, który pierwszy wysunął tę hipotezę w 1932 roku, oraz
holenderskiego astronoma Jana Oorta, który 18 lat później ją rozwinął. [wróć]
C. Sagan i A. Druyan, op. cit., s. 195. [wróć]
P. Ball, H2O. A Biography of Water, London 1999, s. 15. [wróć]
. Guth, op. cit., s. 1; S. Hawking, A Brief History of Time..., s. 39. [wróć]
F. Dyson, Disturbing the Universe, London i New York 1979, s. 251. [wróć]
C. Sagan, Cosmos, s. 5. [wróć]
Rozdział 3. WSZECHŚWIAT WIELEBNEGO EVANSA
Rozdział 3
WSZECHŚWIAT WIELEBNEGO EVANSA
Gdy niebo jest czyste, a Księżyc nie świeci zbyt mocno, wielebny Robert
Evans, osoba cicha i o pogodnym usposobieniu, wynosi pokaźny teleskop na
taras swojego domu w Górach Błękitnych w Australii, około 80 kilometrów
na zachód od Sydney. Spoglądając w teleskop, wielebny Evans patrzy w odległą przeszłość i poszukuje ginących gwiazd.
Spoglądanie w przeszłość jest oczywiście łatwe. Wystarczy rzucić okiem
na nocne niebo, aby zobaczyć bardzo odległą przeszłość. Zobaczyć gwiazdy
nie takie, jakie są dziś, lecz takie, jakie były wtedy, gdy opuściło je
światło, które właśnie wpada do twoich oczu. Gwiazda Polarna, nasza
wierna towarzyszka, może nadal tam być, lecz równie dobrze mogła się
wypalić w styczniu zeszłego roku lub w styczniu 1854 roku, lub w dowolnym innym momencie od początków czternastego wieku, a wieść o jej
losie jeszcze do nas nie dotarła. Jedyne, co możemy stwierdzić, to fakt,
że 680 lat temu o tej porze roku jeszcze tam była. Gwiazdy rodzą się i giną; wielebny Evans potrafi spostrzec te momenty gwiezdnych pożegnań
lepiej niż ktokolwiek inny na całym świecie.
W ciągu dnia Evans jest pastorem (obecnie częściowo na emeryturze)
Uniting Church of Australia. Od czasu do czasu wypełnia liturgiczne
obowiązki w zastępstwie aktualnego pastora swej parafii, a w wolnych
chwilach zajmuje się historią dziewiętnastowiecznych ruchów religijnych.
W nocy skromny pastor staje się astronomem, i to dość szczególnego
rodzaju - łowcą supernowych.
Supernowa zdarza się wtedy, gdy bardzo duża gwiazda, znacznie większa od
naszego Słońca, zapada się, w wyniku czego dochodzi do spektakularnej
eksplozji, w której wydzielona zostaje energia ponad 100 miliardów
słońc1. Przez krótki czas supernowa świeci jaśniej niż wszystkie gwiazdy
jej macierzystej galaktyki razem wzięte. "Jak bilion bomb wodorowych
naraz"2, mówi Evans. Gdyby wybuch supernowej zdarzył się w odległości
nie większej niż 500 lat świetlnych od Ziemi, byłoby po nas - "impreza
miałaby się ku końcowi", jak ujął to Evans. Na szczęście wszechświat
jest obszerny i supernowe są zazwyczaj zbyt daleko, aby wyrządzić nam
krzywdę. W istocie większość z nich zdarza się tak niewiarygodnie
daleko, że do nas dochodzi tylko mizerna poświata. Przeciętna supernowa
jest widoczna mniej więcej przez miesiąc, a jedyne, co odróżnia ją od
zwykłych gwiazd, to fakt, że znajduje się w miejscu, które jeszcze
niedawno było ciemne i puste. To właśnie te okazjonalne, krótkotrwałe
światła na niebie wyszukuje wielebny Evans.
Wyobraź sobie zwykły kuchenny stół, pokryty czarnym obrusem, na który
ktoś szerokim gestem wysypał garść soli. Rozrzucone po całym stole
ziarenka soli reprezentują gwiazdy jednej galaktyki. Wyobraź sobie teraz
tysiąc pięćset takich stołów - ustawione w jednej linii utworzą szereg
długi na trzy kilometry - i na każdym z nich losowo rozrzucone ziarenka
soli. Jeżeli Bob Evans przejdzie się wzdłuż stołów i przyjrzy się im, a następnie ktoś podrzuci jedno ziarenko soli na któryś ze stołów, Evans
potrafi je wskazać. To ziarenko soli reprezentuje supernową.
Talent Evansa jest tak niezwykły, że Oliver Sacks, w swojej książce
Antropolog na Marsie, poświęcił mu cały ustęp w rozdziale dotyczącym
autystycznych sawantów3, zastrzegając zarazem, że "nic nie wskazuje na
to, że jest autystykiem". Evans, który nigdy nie spotkał Sacksa, śmieje
się na myśl, że miałby być osobnikiem autystycznym lub sawantem, lecz
nie potrafi wyjaśnić, skąd bierze się jego zadziwiający talent.
"Wydaje się, że po prostu mam talent do pamiętania układów gwiazd",
powiedział z nutką usprawiedliwienia, gdy odwiedziłem jego i jego żonę
Elaine w ich uroczym bungalowie na skraju cichej i spokojnej wioski
Hazelbrook, gdzie kończą się rozrzucone przedmieścia Sydney i zaczyna
się niezmierzona strefa australijskiego buszu. "W innych sprawach nie
jestem szczególnie dobry - dodaje od razu. - Niezbyt dobrze zapamiętuję
imiona".
"Albo miejsca, gdzie odkłada swoje rzeczy", dodaje z kuchni Elaine.
Evans przytaknął z uśmiechem i zapytał, czy chciałbym zobaczyć jego
teleskop. Wyobrażałem sobie, że na tyłach domu znajduje się coś w rodzaju miniaturowej wersji obserwatorium Mount Wilson albo Palomar - z ruchomym dachem oraz mechanicznie obracanym stanowiskiem obserwacyjnym.
Okazało się, że udajemy się do ciasnego schowka obok kuchni, gdzie Evans
trzyma swoje książki i papiery, a jego teleskop - biały cylinder o rozmiarach zbliżonych do domowego bojlera - spoczywa w obrotowym
uchwycie, wykonanym domowym sposobem ze sklejki. Gdy Evans zamierza
obserwować niebo, wynosi wszystko (na raty - osobno uchwyt i osobno
teleskop) na mały taras obok kuchni. Z tego miejsca, między krawędzią
dachu a szczytami rosnących w pobliżu eukaliptusów, widzi kawałek nieba
wielkości skrzynki na listy, ale w zupełności mu to wystarcza. Gdy niebo
jest czyste, a Księżyc nie świeci zbyt mocno, wielebny Evans znajduje
swoje supernowe.
Określenie "supernowa" wprowadził do astronomii, w latach trzydziestych
dwudziestego wieku, ekscentryczny astrofizyk Fritz Zwicky. Urodzony w Bułgarii, wychowany w Szwajcarii, w latach dwudziestych przybył do
California Institute of Technology (Caltech), gdzie natychmiast dał się
poznać jako człowiek z jednej strony obdarzony błyskotliwym umysłem,
lecz z drugiej strony - wyjątkowo trudnym charakterem. Nie robił
wrażenia wyjątkowo bystrego, a wielu spośród jego kolegów uważało go za
niewiele więcej niż "irytującego bufona"4. Fanatyk sprawności fizycznej,
w każdej chwili był gotów wykonać pompkę na jednej ręce na podłodze
stołówki Caltechu lub w jakimkolwiek innym publicznym miejscu, aby
udowodnić swą sprawność każdemu, kto ośmieliłby się wątpić. Zachowywał
się wyjątkowo agresywnie, do tego stopnia, że jego najbliższy
współpracownik, znany astronom Walter Baade, nie zgadzał się przebywać
sam na sam z Zwickym5. Zwicky między innymi oskarżał Baadego6 o nazizm
(Baade był Niemcem, ale bynajmniej nie nazistą). Przynajmniej raz Zwicky
zagroził, że zabije Baadego, jeżeli zobaczy go na kampusie Caltechu
(Baade pracował wysoko w górach, w Mount Wilson Observatory).
Zwicky był jednak autorem kilku zaskakujących odkryć astronomicznych. Na
początku lat trzydziestych zajął się problemem, który od dawna stanowił
zagadkę dla astronomów: pojawianiem się tu i ówdzie na niebie błysków
światła - nowych gwiazd. Mniej więcej w tym samym czasie w Anglii James
Chadwick odkrył kolejną subatomową cząstkę, neutron. Zwicky zaczął się
zastanawiać, czy istnieje jakiś związek między neutronem a zagadkowymi
gwiazdami, i doszedł do wniosku, że gdy gwiazda się zapadnie i osiągnie
gęstość materii porównywalną z gęstością jądra atomowego, powstanie
niewyobrażalnie gęsty rdzeń. Atomy zostaną dosłownie zmiażdżone7, ich
elektrony znajdą się w jądrach, tworząc neutrony. Powstanie gwiazda
neutronowa. Wyobraź sobie milion potężnych, ciężkich kul armatnich
stłoczonych wspólnie do rozmiarów pojedynczej kuli bilardowej, a i tak
jeszcze masz daleko do celu. Rdzeń gwiazdy neutronowej jest tak gęsty,
że jedna łyżka stołowa takiej materii waży 90 miliardów kilogramów.
Jedna łyżka! Ale to jeszcze nie wszystko. Zwicky uświadomił sobie, że w wyniku takiego kolapsu pozostanie ogromna ilość energii - wystarczająca
do największego fajerwerku w całym wszechświecie8. Zwicky nazwał te
eksplozje supernowymi. Są to najpotężniejsze zjawiska od momentu
stworzenia wszechświata.
W dniu 15 stycznia 1934 roku w czasopiśmie "Physical Review" ukazał się
niezwykle krótki abstrakt publikacji, którą Zwicky i Baade
zaprezentowali miesiąc wcześniej na Stanford University. Mimo swej
niezwykłej zwięzłości - jeden akapit o 24 linijkach - abstrakt posiadał
ogromny ładunek nowości: zawierał pierwsze odwołanie do supernowych i do
gwiazd neutronowych; przekonująco wyjaśniał mechanizm ich powstawania;
trafnie przewidywał skalę wybuchu; na koniec, jako dodatkowa premia,
łączył wybuchy supernowych z tajemniczym zjawiskiem - produkcją tak
zwanych promieni kosmicznych, które uprzednio odkryto we wszechświecie.
To były rewolucyjne idee. Istnienie gwiazd neutronowych zostało
potwierdzone dopiero 34 lata później. Koncepcja promieni kosmicznych,
aczkolwiek uważana za dość prawdopodobną, nie została jeszcze
zweryfikowana9. Według opinii Kipa S. Thorne'a, astrofizyka z Caltechu,
abstrakt Zwicky'ego i Baadego był "jednym z najbardziej profetycznych
dokumentów w historii fizyki i astronomii"10.
To brzmi niewiarygodnie, ale Zwicky miał bardzo słabe pojęcie o mechanizmach rządzących wszystkimi tymi zjawiskami. Zdaniem Thorne'a "nie rozumiał praw fizyki w wystarczającym stopniu, aby móc uzasadnić
swoje idee"11. Specjalność Zwicky'ego stanowiły wielkie idee.
Matematyczne uzasadnienia zostawiał innym - głównie Baademu.
Zwicky był również pierwszym astronomem, który odkrył, że we
wszechświecie nie ma wystarczającej ilości widocznej materii potrzebnej
do utrzymania galaktyk w całości, a zatem musi istnieć jakieś inne
źródło grawitacyjnego oddziaływania, które obecnie nazywamy ciemną
materią. Jedno ze zjawisk, które Zwicky przeoczył, stanowi możliwość
skurczenia się gwiazdy neutronowej do tak wysokiej gęstości, że nawet
światło nie zdoła pokonać jej potężnej grawitacji i uciec. Powstaje
wtedy czarna dziura. Większość kolegów Zwicky'ego traktowała go z taką
niechęcią, że jego idee nie miały niemal żadnych szans przebicia. Gdy
pięć lat później wielki Robert Oppenheimer opublikował przełomowy
artykuł na temat gwiazd neutronowych, ani słowem nie wspomniał o pracach
Zwicky'ego, mimo że ten pracował nad tym samym zagadnieniem przez całe
lata w tym samym budynku na drugim końcu korytarza. Jego koncepcje
dotyczące ciemnej materii pozostawały niemal całkowicie zapomniane przez
prawie cztery dekady12. Możemy tylko mieć nadzieję, że w tym czasie
wykonał odpowiednią liczbę pompek.
Zadziwiająco mały kawałek wszechświata jest widoczny dla naszych oczu,
gdy uniesiemy je ku niebu. Nieuzbrojonym okiem można dostrzec z Ziemi
zaledwie około 6000 gwiazd13, a z tego tylko około 2000 z dowolnie
wybranego, ale określonego miejsca na globie. Za pomocą lornetki można
powiększyć tę liczbę od 2000 do 50 000, a przy użyciu małego,
dwucalowego teleskopu - do około 300 000. Korzystając z szesnastocalowego teleskopu, takiego, jaki ma Evans, liczy się już nie
pojedyncze gwiazdy, lecz całe galaktyki. Evans szacuje, że ze swojego
tarasu może zobaczyć od 50 000 do 100 000 galaktyk, z których każda
zawiera dziesiątki miliardów gwiazd. Te liczby budzą respekt, lecz nawet
w tak dużej próbce supernowe są niezwykle rzadkie. Gwiazda żyje miliardy
lat, lecz ginie raz i szybko. Tylko niewielki ułamek ginących gwiazd
eksploduje; większość gaśnie spokojnie, jak obozowe ognisko wczesnym
rankiem. W przeciętnej galaktyce, liczącej około 100 miliardów gwiazd,
supernowa zdarza się średnio raz na 200 do 300 lat. W tym kontekście
poszukiwanie supernowej przypomina spoglądanie przez teleskop z tarasu
widokowego Empire State Building i przeszukiwanie okien wokół Manhattanu
w nadziei zobaczenia świeczki zapalonej na torcie z okazji dwudziestych
pierwszych urodzin.
Gdy nikomu nieznany pastor Evans zwrócił się do społeczności astronomów
z pytaniem, czy mają jakieś mapy nieba przydatne do poszukiwania
supernowych, nikt nie potraktował go poważnie. W owym czasie Evans
dysponował dziesięciocalowym teleskopem - to doskonały sprzęt dla
amatora, lecz raczej niewystarczający do poważnych obserwacji
kosmologicznych - za pomocą którego zamierzał poszukiwać jednego z najrzadziej obserwowanych zjawisk we wszechświecie. W całej historii
astronomii, zanim Evans zaczął swoje obserwacje w 1980 roku, odkryto
mniej niż 60 supernowych. Gdy odwiedziłem go w sierpniu 2001 roku, miał
na liczniku 34 kolejne supernowe; trzydziestą piątą odkrył trzy miesiące
później, a trzydziestą szóstą na początku 2003 roku.
Trzeba jednak przyznać, że pod pewnymi względami Evans miał przewagę.
Większa część ludzkiej populacji mieszka na półkuli północnej, więc
także większość obserwatorów przeszukuje niebo po północnej stronie
Ziemi. Evans miał spory kawałek nieba praktycznie na wyłączność,
zwłaszcza na początku. Miał też oczywiście swoją niewiarygodną pamięć
wzrokową. Wielkie teleskopy mają, rzecz jasna, sporą przewagę, ale są
nieporęczne w użyciu - sporo czasu traci się na manewrowanie i ustawianie urządzenia w odpowiedniej pozycji. Evans może obracać swój
szesnastocalowy teleskop niemal równie szybko, jak artylerzysta obraca
działkiem strzelniczym, poświęcając nie więcej niż kilka sekund na
zmianę punktu obserwacji. W rezultacie w ciągu jednej nocy może obejrzeć
400 galaktyk, natomiast obserwator przy dużym, profesjonalnym teleskopie
będzie miał szczęście, jeżeli zobaczy 50 czy 60.
Średnio rzecz biorąc, poszukiwanie supernowych stanowi bezowocne
zajęcie. Od 1980 do 1996 roku Evans znajdował średnio dwie supernowe
rocznie - niezbyt sowita nagroda za setki bezsennych nocy. Raz udało mu
się odkryć trzy w ciągu piętnastu dni. Kiedy indziej przez trzy kolejne
lata nie znalazł żadnej.
"Brak odkryć też ma pewną wartość - mówi Evans. - Kosmolodzy mogą na tej
podstawie szacować tempo ewolucji galaktyk. To jeden z tych rzadkich
obszarów, gdzie brak dowodów jest dowodem".
Na stoliku obok teleskopu znajdowały się stosy fotografii i publikacji
związanych z jego zainteresowaniami. Jeżeli kiedykolwiek przeglądałeś
popularnonaukowe czasopisma astronomiczne (w pewnym wieku prawie każdy z nas interesował się astronomią i miał z nimi do czynienia), to z pewnością wiesz, że na ogół są one bogate w fotografie odległych mgławic
i innych kosmicznych obiektów - pełnych gracji, światła i koloru.
Robocze zdjęcia Evansa są zupełnie odmienne - czarno-białe, zamazane
fotografie małych punktów otoczonych przez równie zamazane świetliste
halo. Na jednej z nich widniała ławica gwiazd, wśród których kryła się
mało widoczna plamka światła. Musiałem przysunąć zdjęcie prawie do
samego nosa, żeby ją dojrzeć. Evans wyjaśnił mi, że ta gwiazda leży w gwiazdozbiorze Fornax (Piec), w galaktyce NGC1365. (Litery NGC stanowią
skrót od określenia New General Catalogue. Niegdyś był to opasły katalog
gwiazd, zajmujący spory kawałek biurka; nie muszę chyba dodawać, że
dzisiaj istnieje w postaci bazy danych). Przez 60 milionów lat światło -
świadek spektakularnej śmierci gwiazdy - podróżowało wytrwale przez
bezmiar przestrzeni, aż pewnej sierpniowej nocy 2001 roku dotarło do
Ziemi i ukryty wśród eukaliptusów Robert Evans spostrzegł maleńką,
delikatną plamkę na nocnym niebie.
"Odczuwam pewnego rodzaju satysfakcję, gdy światło podróżujące przez
miliony lat dociera do Ziemi akurat w momencie, gdy ktoś patrzy na ten
konkretny kawałek nieba - mówi Evans. - Wydaje się słuszne, że zjawisko
o takiej skali ma swego świadka".
Obserwacje supernowych przynoszą oczywiście znacznie więcej pożytku niż
tylko poczucie estetycznej satysfakcji. Istnieje kilka typów supernowych
(jeden z nich został odkryty przez Evansa), z których jeden, typ Ia, ma
szczególne znaczenie w astronomii, ponieważ zawsze eksploduje w taki sam
sposób, z taką samą masą krytyczną. Dzięki temu te supernowe mogą być
wykorzystane jako "świece standardowe", umożliwiające pomiary względnej
jasności (a zatem także względnych odległości) innych gwiazd, co między
innymi pozwala szacować tempo ekspansji wszechświata.
W 1987 roku Saul Perlmutter z Lawrence Berkeley Laboratory w Ka lifornii
doszedł do wniosku, że potrzebuje więcej supernowych typu Ia, niż dają
wizualne poszukiwania, i wymyślił bardziej systematyczną metodę ich
znajdowania14. W tym celu sprzągł wyspecjalizowany układ komputerowy z zestawem cyfrowych kamer, zwanych kamerami CCD (charge coupled device),
podłączonych do teleskopów. System Perlmuttera pozwolił zautomatyzować
poszukiwania supernowych. Teleskopy wykonują tysiące fotografii nieba, a komputery wyszukują jasne plamki - ślady wybuchów supernowych. W ciągu
pięciu lat Perlmutter i jego koledzy z Berkeley znaleźli 42 supernowe.
Obecnie nawet amatorzy stosują kamery CCD do poszukiwań. "Mając kamerę
CCD, możesz wycelować teleskop w niebo i iść oglądać telewizję - mówi z nutką rezygnacji Evans. - To przestaje być zabawne".
Zapytałem go, czy nie odczuwa pokusy użycia tej nowej technologii. "Och,
nie, za bardzo lubię moją własną metodę. Poza tym - kiwnął głową w kierunku zdjęcia swojej najnowszej supernowej i uśmiechnął się - od
czasu do czasu potrafię pokonać nawet kamerę CCD".
Zadałem sobie dość oczywiste pytanie: Co by było, gdyby w pobliżu nas
eksplodowała supernowa? Nasza najbliższa sąsiadka, Alfa Centauri,
znajduje się 4,3 roku świetlnego od nas. Wyobrażałem sobie, że gdyby
wybuchła, mielibyśmy 4,3 roku na oglądanie skutków tego wspaniałego
zjawiska, rozszerzających się na całe niebo. Jak wyglądałoby nasze
życie, gdybyśmy mieli cztery lata i cztery miesiące na obserwowanie
zwiastuna nieuniknionej zagłady, wiedząc, że gdy już ostatecznie
nadejdzie, nic nie zdoła nas uratować? Czy ludzie nadal chodziliby do
pracy? Czy rolnicy nadal uprawialiby ziemię? Czy nadal dostarczaliby
swoje produkty do sklepów?
Wiele tygodni później, po powrocie do New Hampshire, gdzie obecnie
mieszkam, zadałem te pytania Johnowi Thorstensenowi, astronomowi z Dartmouth College. "Och, nie - zaśmiał się. - Wieści o takim zdarzeniu
podróżują z prędkością światła, lecz z taką samą prędkością
przemieszczają się siły destrukcji15, więc dowiedziałbyś się o wybuchu i zginąłbyś w tym samym momencie. Ale nie obawiaj się, nam to nie grozi".
Aby wybuch supernowej stanowił zagrożenie dla życia na Ziemi, musiałby
mieć miejsce "absurdalnie blisko - tłumaczył John - prawdopodobnie w odległości nie większej niż dziesięć lat świetlnych. Zagrożenie stanowią
różne rodzaje promieniowania - promienie kosmiczne i tak dalej". Między
innymi wywołałyby one wspaniałe zorze polarne, błyszczące kurtyny
widmowego światła, wypełniające całe widoczne niebo. Pomijając aspekty
estetyczne, takie promieniowanie potrafiłoby również zniszczyć
magnetosferę, obszar pola magnetycznego, które chroni nas przed
promieniami kosmicznymi i innymi zagrożeniami. Bez magnetosfery każdy
plażowicz bardzo szybko znalazłby się w sytuacji przegrzanej pizzy.
Zdaniem Thorstensena nie musimy się obawiać, że w naszym zakątku
Galaktyki trafi się coś takiego, ponieważ tylko niektóre gwiazdy kończą
swój żywot jako supernowe. Kandydatka musi być dziesięć do dwudziestu
razy masywniejsza od Słońca, a "w naszym bliskim sąsiedztwie nie ma tak
ciężkiej gwiazdy. Wszechświat jest miłosiernie obszerny". Najbliższą
prawdopodobną kandydatką jest Betelgeuse, która od wielu lat zdradza
objawy interesujących niestabilności, lecz Betelgeuse znajduje się w bezpiecznej odległości 50 000 lat świetlnych od nas.
W całej spisanej historii ludzkości tylko pół tuzina supernowych
znalazło się na tyle blisko, że były widoczne z Ziemi gołym okiem16. W 1054 roku nastąpił wybuch, po którym powstała mgławica Krab. W 1604 roku
pojawiła się gwiazda, która przez trzy tygodnie była widoczna w biały
dzień. Najnowsza supernowa pojawiła się w 1987 roku, w obszarze znanym
jako Wielki Obłok Magellana, w południowej części nieba. Była bardzo
słabo widoczna, ponieważ znajdowała się w odległości 169 000 lat
świetlnych.
Supernowe są jednak istotne z naszego, ludzkiego punktu widzenia, i to w dość szczególny sposób. Gdyby nie one, nie byłoby nas tutaj. Przypomnij
sobie kosmologiczną zagadkę, wspomnianą na końcu rozdziału 1 - w wielkim
wybuchu powstały wyłącznie lekkie pierwiastki. Wszystkie ciężkie izotopy
pojawiły się później, lecz przez długi czas nikt nie potrafił wyjaśnić,
jak powstały. Problem polegał na tym, że potrzebny jest bardzo gorący
tygiel - gorętszy nawet niż wnętrza najgorętszych gwiazd - aby mogły
powstać węgiel, żelazo oraz inne pierwiastki, bez których człowiek byłby
niepokojąco bezcielesny. Rozwiązanie stanowiły supernowe, a odkrycie to
zawdzięczamy pewnemu angielskiemu kosmologowi, niemal równie
ekscentrycznemu jak Fritz Zwicky.
Fred Hoyle pochodził z Yorkshire. Gdy zmarł w 2001 roku, nekrolog w "Nature" scharakteryzował go jako "kontrowersyjnego kosmologa"17,
naukowca "przez większą część życia uwikłanego w rozmaite kontrowersje",
który "sygnował swoim nazwiskiem różne brednie". Hoyle między innymi
twierdził, nie mając na to dowodów18, że archeopteryks w londyńskim Natural History Museum stanowi fałszerstwo, podobne do
mistyfikacji z Piltdown; paleontolodzy z muzeum przez wiele dni nie
robili nic oprócz odbierania telefonów od dziennikarzy z całego świata.
Hoyle był przekonany, że nie tylko życie na Ziemi pojawiło się z kosmosu, lecz również wiele epidemii, takich jak grypa i dżuma,
pochodziło z przestrzeni kosmicznej. W pewnym momencie zasugerował
nawet, że kształt ludzkiego nosa, z nozdrzami skierowanymi w dół,
wyewoluował po to, aby utrudnić kosmicznym patogenom wnikanie do
organizmu19.
To właśnie Hoyle stworzył określenie "wielki wybuch". W 1952 roku użył
go w audycji radiowej, w intencji zdyskredytowania tej teorii, gdyż sam
był zwolennikiem koncepcji stanu stacjonarnego, według której
wszechświat nieustannie się rozszerza, a równolegle z jego rozszerzaniem
nieustannie powstaje nowa materia20. Hoyle zawsze podkreślał, że na
gruncie znanych praw fizyki w żaden sposób nie potrafimy wyjaśnić,
dlaczego wszystko miałoby być skupione w jednym punkcie, aby nagle i gwałtownie zacząć się rozszerzać. W pewnym momencie Hoyle zdał sobie
sprawę, że wewnątrz zapadającej się gwiazdy temperatura powinna
gwałtownie rosnąć, osiągając ponad 100 milionów stopni21 - wystarczająco
dużo, aby w procesie zwanym nukleosyntezą mogły powstawać ciężkie
pierwiastki. W 1957 roku Hoyle, wraz z trójką współpracowników,
opublikował artykuł, w którym wyjaśniony został mechanizm powstawania
ciężkich pierwiastków w trakcie wybuchu supernowej. Za to odkrycie jeden
ze współautorów, W.A. Fowler, otrzymał w 1983 roku Nagrodę Nobla. Wielu
naukowców uważa, że pominięcie Hoyle'a przyniosło wstyd komitetowi
noblowskiemu.
Zgodnie z teorią Hoyle'a eksplodująca gwiazda wytwarza wystarczająco
dużo ciepła, aby mogły powstać wszystkie ciężkie pierwiastki, które
następnie zostają wyrzucone w przestrzeń i tworzą gazowe chmury zwane
materią międzygwiezdną. Z czasem chmury te mogą się zagęszczać i tworzyć
nowe układy słoneczne. W ten sposób można było wreszcie zacząć wysuwać
prawdopodobne scenariusze powstania Słońca, jego planet, a także nas
samych. Według obecnego stanu wiedzy wyglądało to mniej więcej tak.
Około 4,6 miliarda lat temu w miejscu, gdzie obecnie leży nasz Układ
Słoneczny, znajdował się ogromny kłąb gazu i pyłu, rozciągający się na
przestrzeni 24 miliardów kilometrów, który stopniowo zaczął się
zagęszczać. Prawie cała jego masa - 99,9 procent22 - ostatecznie
utworzyła Słońce. Wśród pozostałych resztek materii od czasu do czasu
trafiały się pary mikroskopijnych cząstek, krążących na tyle blisko
siebie, że siły elektrostatycznego przyciągania powodowały ich
połączenie. W miarę upływu czasu takie połączenia stawały się coraz
częstsze i w taki sposób narodziła się także i nasza planeta. Zderzające
się ziarna pyłu tworzyły coraz większe ciała, aż w końcu niektóre z nich
stały się na tyle duże, że zmieniły status ze zwykłych brył materii na
planetozymale. Wszystkie krążące wokół świeżo powstałego Słońca obiekty
nieustannie się spotykały, zderzały, rozpadały, łączyły w nieskończonym
tańcu, lecz stopniowo z tego chaotycznego korowodu wyłaniali się
zwycięzcy, którzy opanowali i zdominowali sąsiedztwo swoich orbit.
Wszystko to działo się w stosunkowo krótkim czasie. Astronomowie sądzą,
że wzrost od maleńkiego ziarenka pyłu do początkującej planetki o średnicy kilkuset kilometrów trwał zaledwie kilkadziesiąt tysięcy lat.
Ziemia w zasadzie ukształtowała się w ciągu 200 milionów lat, być może
nawet mniej23, aczkolwiek była wciąż jeszcze stopiona i wystawiona na
nieustanne bombardowanie przez krążące wokół mniejsze obiekty.
Mniej więcej w tym momencie, około 4,4 miliarda lat temu, w Ziemię
trafił obiekt o rozmiarach Marsa, wybijając w przestrzeń ogromną ilość
materii, z której w ciągu zaledwie kilku tygodni powstał najbliższy
towarzysz Ziemi - Księżyc. Po roku z bezkształtnej bryły Księżyca
uformowała się kulista skała, która od tego czasu wiernie towarzyszy
naszej planecie. Prawdopodobnie większość materii Księżyca pochodzi z wierzchniej skorupy Ziemi, a nie z jej jądra24, i dlatego bryła Księżyca
zawiera tak mało żelaza, w przeciwieństwie do Ziemi. Ten scenariusz
niemal zawsze jest prezentowany jako względnie nowa teoria, lecz w rzeczywistości po raz pierwszy został sformułowany przez Reginalda
Daly'ego z Harvard University25. Jedyna nowa rzecz związana z tą teorią
to to, że obecnie stała się względnie popularna.
Gdy Ziemia osiągnęła jedną trzecią swych ostatecznych rozmiarów, wokół
niej zaczęła się tworzyć atmosfera, początkowo składająca się głównie z dwutlenku węgla, azotu, metanu i siarki. Zapewne niewielu z nas
chciałoby oddychać czymś takim, lecz to właśnie w tej atmosferze
powstało życie. Dwutlenek węgla jest jednym z najbardziej wydajnych
gazów cieplarnianych, co miało tę dobrą stronę, że Słońce świeciło wtedy
znacznie słabiej niż dziś. Gdyby nie efekt cieplarniany, Ziemia mogłaby
zamarznąć na zawsze26 i życie nie miałoby szans uchwycić przyczółka.
Jednak jakaś mała torebka chemikaliów zebrała się w sobie i...
ruszyliśmy w drogę.
Przez kolejne 500 milionów lat młoda Ziemia była nieustannie
bombardowana przez komety, meteory i inne kosmiczne śmieci, które
stopniowo wypełniły oceany wodą i dostarczyły niezbędnych komponentów do
uformowania i rozwoju życia. Było to wyjątkowo trudne do przetrwania
środowisko, lecz w jakiś sposób życie dało sobie radę.
Cztery miliardy lat później ludzie zaczęli się zastanawiać, jak się to
wszystko zaczęło. To będzie temat dalszej części tej historii.
T. Ferris, The Whole Shebang. A State of the Universe(s) Report, London 1998, s. 37. [wróć]
R. Evans, wywiad, Hazelbrook, Australia, 2 września 2001. [wróć]
O. Sacks, An Anthropologist on Mars. Seven Paradoxical Tales, London 1996, s. 189 [wróć]
. K.S. Thorne, Black Holes and Time Warps. Einstein's Outrangeous Legacy, London 1994, s. 164. [wróć]
T. Ferris, op. cit., s. 125. [wróć]
D. Overbye, op. cit., s. 18. [wróć]
8Twinkle, Twinkle, Neutron Star, "Nature"*, 7 listopada 2002, s. 31. [wróć]
K.S. Thorne, op. cit., s. 171. [wróć]
Ibid., s. 174 [wróć]
Ibid., s. 174 [wróć]
Ibid., s. 175 [wróć]
D. Overbye, op. cit., s. 18. [wróć]
E. Harrison, Darkness at Night. A Riddle of the Universe, Cambridge 1987, s. 3. [wróć]
BBC Horizon", From Here to Infinity, transkrypcja programu dokumentalnego wyemitowanego 28 lutego 1999. [wróć]
J. Thorstensen, wywiad, Hanover, NH, 5 grudnia 2001. [wróć]
Notatka od Evansa, 3 grudnia 2002. [wróć]
Fred Hoyle (1915-2001), "Nature", 17 września 2001, s. 270. [wróć]
Hoyle bez wątpienia miał skłonność do wymyślania i uporczywego forsowania mniej popularnych rozwiązań, ale nie był aż tak
szalony, żeby wysuwać twierdzenia bez żadnych dowodów. Jego sugestia
dotycząca fałszywości archeopteryksa była oparta na analizie
porównawczej odcisków piór i rzeczywiście wywołała kontrowersje, które
nie zostały jeszcze całkowicie rozstrzygnięte (przyp. tłum.). [wróć]
J. Gribbin i J. Cherfas, The First Chimpanzee. In Search of Human Origins, London 2001, s. 190. [wróć]
M. Rees, op. cit., s. 75. [wróć]
D. Bodanis, E = mc2, s. 187. [wróć]
. I. Asimov, Atom. Journey Across the Subatomic Cosmos, New York 1991, s. 294. [wróć]
W.K. Stevens, The Change in the Weather. People, Weather, and the Science of Climate, New York 1999, s. 6. [wróć]
Suplement, Firebirth, "New Scientist", 7 sierpnia 1999. [wróć]
J.L. Powell, Night Comes to the Cretaceous. Dinosaur Extinction and the Transformation of Modern Geology, New York 1998, s. 38. [wróć]
S. Drury, Stepping Stones. The Making of our Home World, Oxford 1999, s. 144. [wróć]