2
Skylar
Skylar stoi bokiem do tłumu. Czarna opaska na oczach chroni przed ostrym słońcem. Kiedyś w tej części występu stała tyłem do publiczności, lecz zarzucano jej, że oszukuje. Gwar huczy wokół niej, chyba nigdy nie miała aż tylu widzów. Nie robi jej to żadnej różnicy. Bierze wdech; gorące powietrze piecze w ustach. Zapach Kamiennego Miasta przytłacza, nigdy nie doświadczyła czegoś takiego, takiej mieszanki potu, korzennych przypraw i czegoś, co, jak podejrzewa Skylar, musi być siarką.
- A teraz - rozbrzmiewa aksamitny głos Aldrica - zobaczycie, jak w naszym finałowym numerze Tancerka zawierza się Klindze!
Tłum huczy głośniej, Skylar odsuwa to od siebie. Słucha stukania koła, do którego przywiązano Amarę, tak samo jak tyle razy przedtem. Torin podaje jej pierwszy sztylet, rękojeść w jej dłoni jest tak znajoma. Świetnie wie, jak dobrze wyczuć moment, by kolejne sztylety wbiły się po obu stronach głowy Amary, przy stopach, przy jej talii.
Słyszy następne klik i rzuca bez zawahania.
Brawa dają znać, że dobrze wycelowała, więc bierze kolejny sztylet, kręci głową. Pot spływa między łopatkami. W Vatrze wszędzie jest gorąco, lecz w stolicy ten żar zdaje się szczególnie bezlitosny.
Tłum skanduje jej pseudonim sceniczny. Amara uwielbia, kiedy tak dla niej robią, Skylar uważa to za niepotrzebne. Dzisiaj rozprasza ją to jeszcze bardziej: Cam ciągle nie wrócił.
Bierze ostatni sztylet, dłoń ma spoconą. Liczy kliknięcia koła, wśród zgiełku miasta wychwytuje oddech Amary. Rzuca.
Cichy okrzyk zagłuszają wiwaty i głośne brawa. Amarę odpinają od koła, Skylar ściąga z oczu opaskę i po raz tysięczny rozgląda się po tłumie. Ani śladu Cama.
Aldric podprowadza Amarę do Skylar i uśmiecha się szeroko do publiczności. Dziś postanowił być rudzielcem o czarnych oczach. Podnosi dłoń Skylar i dłoń Amary.
- Przed wami: Klinga i Tancerka!
Skylar widzi, że pod jasnymi włosami Amary krwawi jedno ucho, wyraźnie draśnięte. O rany.
Mimo to Tancerka dyga z gracją, na twarzy w kształcie serca pojawia się piękny uśmiech. Skylar nie dba o widzów, wciąż wypatruje Cama. Widzi Izzo, która porusza się w tłumie niedostrzeżona, wsuwa dłoń do czyjejś kieszeni, do torby wiszącej na ramieniu. Nieświadoma niczego publiczność wrzuca monety do pojemnika. Nad wszystkimi górują kamienne żerdzie smoków, wszyscy musieli przywyknąć do ich widoku, bo nikt nie zadziera głowy. Pewnie reagowaliby inaczej, gdyby smoki faktycznie z nich korzystały.
Zainteresowanie po występie szybko opada, ludzie się rozchodzą. Amara rzuca Skylar gniewne spojrzenie.
- Specjalnie mnie skaleczyłaś.
Skylar prycha.
- Nie. Uznałam tylko, że chcieliby poczuć, o co toczy się gra.
To kłamstwo, lecz prawda, że nie mogła się dzisiaj skupić, raczej nie ucieszyłaby Amary, to w końcu ona jest celem tych sztyletów.
- Jeśli zrobisz to jeszcze raz, to przysięgam na Aracha...
Skylar przewraca oczami.
- Módl się do swojego smoczego boga, ile chcesz, on i tak ma w dupie wszystkich poza królewskimi.
Izzo sunie w ich stronę, wciąż nikt nie zwrócił na nią uwagi, nawet dwaj strażnicy miejscy, którzy przystanęli wcześniej, żeby obejrzeć przedstawienie. Trzeba przyznać, że Izzo wie, jak stawać się prawie niewidzialna. Zadowolony uśmiech świadczy, że dzisiejszy łup jest naprawdę okazały.
- Mówisz tak tylko dlatego, że po śmierci trafisz do Vaara - mruczy Tancerka.
- Słyszałam! - odpowiada Skylar, choć tak naprawdę ma gdzieś to, co o niej myślą. Proszę bardzo, niech Amara, niech ktokolwiek z nich, rzuca sztyletem.
- Och, stałaś się Wyczuwającą? - pyta zjadliwie Tancerka.
Skylar nie odpowiada, wysuwa szpilkę i raz jeszcze zwija włosy w węzeł. Aldric odwraca do nich głowę i Skylar widzi, jak szybko znika iluzja nad Amarą: cera blednie, blond loki matowieją. Włosy Izzo znów są krótkie i czarne, ujawnił się tatuaż po lewej stronie twarzy. Aldric zawsze go ukrywa, twierdzi, że to zbyt ją wyróżnia. Pewnie i Skylar odzyskuje swój zwykły wygląd, bursztynowe tęczówki, brązowe włosy.
Gdy schodzą z głównej ulicy i kierują się do obozu na obrzeżach miasta, Aldric nadal utrzymuje iluzję wokół siebie. Zawsze używa mocy w czasie występu, ale utrzymanie jej przez dłuższy czas jest zbyt trudne, nawet jeśli nigdy by się nie przyznał. To Iluzjonista, należy do jednego z bardziej pożądanych porządków Krwawych, lecz wyraźnie drugiego stopnia, nawet jeśli chciałby podawać się za trzeci.
Gdy idą, Torin podąża za Aldrikiem. Ma tak potężną muskulaturę, że ludzie przeważnie omijają ich trupę szerokim łukiem, sama jego obecność onieśmiela. A przecież nie jest nawet Fizykiem, jego siła jest czysto naturalna. Ilu Krwawych ukrywa się w Kamiennym Mieście? - zastanawia się Skylar. W ciągu ostatnich kilku lat spotkała ledwie garstkę. Torin łypie na kobietę, która za bardzo zbliża się do Aldrica; kobieta odskakuje gwałtownie, prawie zaplątuje się we własne nogi. Na twarzy Torina pojawia się okrutny uśmiech. Skylar wie, że z radością wykorzystałby pretekst i złamał komuś nos - albo i gorzej.
Kluczą alejkami, starają się nie przyciągać zbędnej uwagi. Nie robią w sumie nic złego - w kwestii przedstawień, nie kradzieży - ale zawsze istnieje ryzyko, że jakiemuś strażnikowi czy komuś innemu ich styl życia się nie spodoba. A ponieważ datki widzów stanowią jedynie połowę ich zarobku, lepiej nie rzucać się w oczy.
- Dobry występ. - Izzo idzie obok Skylar.
Ta wzrusza ramionami. To przecież w kółko to samo, ani złe, ani szczególnie dobre. Skręcają w lewo, w jedną z bocznych alejek, skórzane buty Skylar stukają na pomarańczowych kamieniach. Widać, że podchodzą do biedniejszej części miasta, szum magii płynącej w naziemnych liniach jest tu cichszy; mniej osób stać na opłacenie Vitalasu, by chłodzić albo oświetlać swoje domy. Skylar nigdy nie korzystała z Vitalasu; nie potrzebujesz takiej magii, gdy co parę miesięcy przenosisz się gdzie indziej.
Izzo przygląda się jej swoimi ciemnymi oczami, Skylar unosi brwi.
- Tak?
- Cam nadal się nie pojawił. - To stwierdzenie, nie pytanie, więc Skylar nie odpowiada. - To nie znaczy...
- Oczywiście, że znaczy - ucina ostro.
Bierze głębszy oddech, wciąga w płuca zapach siarki. Czy to z powodu smoków tak tutaj śmierdzi? Nigdy nie czuła czegoś takiego, lecz Kamienne Miasto leży najbliżej Isla Draka, gdzie mieszkają wszystkie smoki, z wyjątkiem trzech należących do rodziny królewskiej. Ten odór jeszcze bardziej ściska jej żołądek, podgrzewa krew, zmusza do działania.
Gdy wstawali dziś rano i zobaczyli, że Cama nie ma w jego namiocie, że nie wrócił w nocy, wszystkich to zaskoczyło. Mówili jej, żeby się nie martwiła, że pewnie po prostu gdzieś zabalował. To znaczy Izzo tak mówiła. Amara stwierdziła, że pewnie z kimś uciekł i ją, Skylar, tutaj zostawił, a Torin w ogóle nie skomentował. Ponieważ wszyscy oni mają to w dupie.
- Zajrzysz później? - pyta Izzo, zakładając za ucho krótki, czarny kosmyk.
- Zaginął mój najlepszy przyjaciel, więc nie jestem w nastroju, ale dzięki.
Izzo mruży oczy i choć nic nie mówi, Skylar czuje cień wyrzutów sumienia. Lubi Izzo, w każdym razie niemniej niż każdą inną osobę, z którą sypia. Ale teraz może myśleć tylko o Camie.
Skylar zauważa to wtedy, gdy idą ostatnią uliczką do tego opuszczonego kawałka terenu, który tymczasowo stał się ich domem. Afisz, szarpany lekko morskim wiatrem. Przyklejony do rozpadającego się kamiennego filaru, na którym może przysiadał kiedyś jakiś smok. Skylar widziała już taki afisz, gdy przybyli tutaj tygodnie temu, lecz wtedy zupełnie się nie przejęła. Za to teraz...
Zrywa go z filaru, wpija się w niego wzrokiem. Czuje pulsowanie w głowie, napisy rozmywają się przed oczami.
Oddychaj, Lar.
Głos Cama w jej głowie. A właściwie nie, nie głos. Echo.
- Skylar? - Izzo czeka na nią. - Co ty...?
Skylar nie wie, co dokładnie odbiło się na jej twarzy, lecz wystarczyło, żeby Izzo przerwała. Ona też czyta obwieszczenie.
- Nadal nie ma żadnej pewności - mówi cicho.
Skylar wie, że Izzo próbuje ją pocieszyć - na tyle, na ile to w ogóle możliwe między nimi - ale nie pocieszenia teraz potrzebuje. Chce odpowiedzi.
- Na razie - rzuca, a potem, nie patrząc na Izzo, wchodzi do obozu.
Nie zwraca uwagi na pozostałych, którzy przekazują sobie butelkę akavitu; idzie prosto do namiotu Aldrica. Jest większy niż reszta i ma dwie części, dzienną i sypialną. Skylar nie wie, czy namiot rzeczywiście jest taki okazały, czy to tylko iluzja. Chyba tak, przecież nie może być aż tak duży. No i zawsze jej się wydaje, że czuje tu tętno magii.
Aldric zdejmuje kamizelkę i rzuca ją na oparcie krzesła przy biurku. Słyszy Skylar, zerka na nią przez ramię. Jego iluzja się zmieniła, włosy ma teraz bardziej brązowe niźli rude, niebieskie oczy mają jaśniejszy odcień. Skylar nie raz się zastanawiała, jak on naprawdę wygląda za swoimi licznymi maskami.
- Tak, Karmelku?
Kładzie plakat na biurku. Drewnianym biurku, w Vatrze niemal nie do zdobycia, a więc tym cenniejszym.
DO MIESZKAŃCÓW VATRY
* * * * *
TWOJE KRÓLESTWO CIĘ POTRZEBUJE!
Na mocy postanowienia
KRÓLA ZACHAREGO DE VERAS
trzeciego tego imienia, w roku 502 EP
Służba w armii królewskiej jest obecnie obowiązkowa dla Krwawych wszystkich porządków, w tym Projektujących, Wyczuwających i Rozpoznających.
osoby w wieku od 20 do 50 lat mają się zgłosić do służby czynnej osoby w wieku od 50 do 65 lat mają się stawić na szkolenie oraz do służby pomocniczej
Zwolnienia dotyczą osób profesji strategicznych oraz matek, które mają na utrzymaniu dzieci do 16 roku życia
________
Niniejszym przypomina się również, że każdy Krwawy zobowiązany jest, w świetle prawa, zarejestrować swój stopień i porządek.
Wszyscy, którzy nie zgłoszą się do służby, zostaną postawieni przed sądem króla.
Aldric nawet nie patrzy, wyciąga z kieszeni sakiewkę, rzuca obok statuetki ze smoczego szkła.
- Wiedziałeś? - pyta ostro Skylar.
On w końcu przenosi wzrok na plakat. Papier wyblakł, brzegi są podarte, lecz tekst pozostaje bardzo czytelny.
Odsuwa afisz i opada na krzesło za biurkiem.
- Oczywiście, że wiedziałem. Wie o tym cały ten przeklęty przez Aracha kraj. To żadna nowość, Karmelku, gdzieś ty była?
No dobra, wiedziała o werbunku, wiedziała, że król ściąga Krwawych do służby w swojej armii, ale do tej pory była to bardziej mglista koncepcja, dotycząca kogoś innego. Nie zna nikogo, kogo by zwerbowano, możliwe, że dzięki tej wiecznej włóczędze. Aldric i Cam, jedyni Krwawi w ich trupie, nie figurują nawet w Rejestrze, co, jak twierdzi rodzina królewska, jest przymusowe. Można by pomyśleć, że Krwawi, którzy, jak sami uważają, odziedziczyli swoją moc po smokach, będą wysoko cenieni w społeczeństwie. Jednak w tej chwili bycie Bezkrwawym to stanowczo bezpieczniejsze rozwiązanie.
- A jednak przyprowadziłeś nas tutaj. Prosto w zagrożenie.
- Powiem tak: ciebie to zagrożenie nie dotyczy - mówi dobitnie.
Dziewczyna otwiera usta, potem zamyka. Aldric ma rację.
Nie jesteś Krwawą, Skylar.
Głos matki. Nie słyszała go od piętnastu lat, odkąd matka zginęła, ale słowa pojawiają się bez wysiłku, zdanie, które matka raz po raz wbijała jej do głowy. Czasem towarzyszyło temu smutne westchnienie, czasem dłoń gładziła włosy Skylar.
Aldric kiwa głową, zadowolony z tego, co zobaczył na jej twarzy.
- Ryzyko było wliczone w koszty - kontynuuje. - Posłuchaj, na tym jednym pokazie zarobiliśmy więcej niż zwykle w ciągu tygodnia. - Wskazuje sakiewkę na biurku. - Mówiłem ci. Wszyscy się tu zjeżdżają na pojedynek.
No tak. Pojedynek, który ona ma w dupie. Ale wyraźnie cała reszta kraju chce zobaczyć, jak wszechmocny książę Zryan jednym palcem zabija księżniczkę-czarownicę. Właśnie dlatego Aldric przyprowadził ich tutaj trzy miesiące przed planowanym pojedynkiem. Bo nie chodzi tylko o samo wydarzenie, jest jeszcze tak zwane uroczyste przybycie i parada, mnóstwo okazji, żeby napchać sobie sakiewkę, gdy w tygodniach poprzedzających walkę prezentuje się następców tronu.
Może zobaczymy smoki, Lar. Słyszy tamto pragnienie w głosie Cama, przypomina sobie światło w jego ciepłych, brązowych oczach.
Przekręca pierścionek na palcu. Cam znalazł go w łupach Izzo, czarna obrączka i lśniący rubin. Dla ciebie, o Potężna Królowo Sztyletów.
Przewróciła wtedy oczami. I co miałabym z nim zrobić?
To krąg. Kręgi są wieczne. Posłał jej ten swój swobodny uśmiech, ten, który zawsze na nią działał. Jak nasza przyjaźń.
Wtedy szturchnęła go ze śmiechem. Ale z ciebie nudziarz. A jednak założyła ten pierścionek.
- Cam zaginął - mówi do Aldrica. - Zniknął: nie rozumiesz?
Będzie sądzony przed królem. Czy to właśnie się stało? Złapali go? Bo Cam jest Krwawym. Projektującym. Należy do jednego z powszechniejszych porządków. Bardzo przydatna umiejętność: Cam potrafił przenikać do umysłów, reklamować ich przedstawienia. Jednocześnie trzymał się z dala od zagrożenia i ostrzegał trupę, kiedy zbliżały się kłopoty. Mało przydatny w walce, pewnie właśnie dlatego Projektujących nie wcielano wcześniej do armii. Czemu robią to teraz?
Aldric lekceważąco macha dłonią.
- Może jeszcze się zjawi.
Skylar myśli inaczej: zna Cama, swojego najlepszego przyjaciela, jedyną osobę na całym świecie, którą kocha. Nie zostawiłby jej, a gdyby nawet gdzieś poszedł z własnej woli, wysłałby jej myśl, dał znać, że wszystko w porządku. Miała jakieś czternaście lat, kiedy sama wymknęła się z obozu. Gdy wróciła, zrobił jej awanturę; uzgodnili wtedy, że zawsze w takich przypadkach będą wysyłać sobie wiadomość.
I jeszcze jedna sprawa, o której powiedziała Aldricowi wczoraj wieczorem, choć on zbył jej niepokój. Błysk strachu, który poczuła, jego ostatnia skierowana do niej projekcja, plątanina myśli, która mogła oznaczać tylko jedno: strach.
- A jeśli się nie zjawi? - pyta Skylar.
Aldric wzrusza ramionami.
- To będzie oznaczało, że go mają.
Skylar czuje gniew w żyłach. Wie, że Aldric to samolubny łajdak, ale tutaj chodzi o C a m a.
- No, no, Karmelku - mówi, widząc jej minę. - Co mogę na to poradzić?
- Możesz go znaleźć. Możemy go poszukać. Zanim stanie przed sądem.
- Cała ta sprawa z sądem to bzdury - rzuca niedbale. - Spytaj, kogo chcesz. Jak już dorwą jakichś biedaków, od razu wysyłają ich do obozów, bez procesu.
Skylar wytrzeszcza oczy. Jak on może tak po prostu tu siedzieć i to mówić? Ona i Cam są z nim najdłużej, odkąd stracił dwóch członków poprzedniej grupy. Jeden przeszedł na emeryturę, a drugi, zdaje się, zginął za próbę ucieczki.
No cóż, masz swoją wskazówkę, Lar Lar.
Nie mów na mnie Lar Lar. Echo prawdziwej rozmowy w jej namiocie. Siedziała na łóżku, ciasno złożyła ręce na piersiach. Ile miała wtedy lat? Dwanaście?
- Po co w ogóle ten pobór? - zżyma się. - Skoro tacy są pewni, że ten smoczy palant zwycięży, po co tworzyć armię? Chyba o to chodziło w tym pojedynku: żeby Vatra i Arturea nie toczyły wojny o Serce?
- Wiesz, że też się nad tym zastanawiałem? - mówi Aldric, niespecjalnie jednak przejęty. Przelotne zaciekawienie, nic więcej.
- Dobra. - Skylar odwraca się, chce wyjść z namiotu. Z zewnątrz dobiega irytujący dziewczyński śmiech Amary. - Skoro ty nic nie robisz, ja zrobię.
Bo możliwe, że wcale go nie schwytali. Możliwe, że wczoraj po przedstawieniu wpadł w jakieś tarapaty. Po ulicach kręcili się strażnicy miejscy, a słyszała już, do czego są zdolni. I dawno temu przekonała się na własnej skórze, że Dreki, elitarna gwardia królewska, są znacznie gorsi.
Chce wyjść z namiotu, lecz Aldric zrywa się z miejsca i zagradza jej drogę szybciej, niż ktoś zdążyłby powiedzieć "smocze kamienie". Jego iluzja się zmienia, jest teraz większy i bardziej imponujący.
- Jeśli chcesz iść sama do miasta, to jesteś głupia - mówi wprost. - Nie znasz tego miejsca, spali cię żywcem.
- Dobrze się zatem składa, że smoki ognia wyginęły.
- Nigdzie nie pójdziesz.
Na jej twarzy rozkwita powoli pozbawiony radości uśmiech.
- Chętnie popatrzę, jak mnie zatrzymujesz.
Wyjmuje szpilkę z włosów, stuka o dłoń. Jedyna rzecz, jaka została jej po matce, jakże przydatna. Broń, którą zawsze ma przy sobie i na którą ludzie nigdy nie są przygotowani.
Aldric zerka na szpilkę.
- Nie zapominaj, kto cię przygarnął. Jesteś mi coś winna, Karmelku.
Pamięta to aż za dobrze. Znalazł ją, gdy miała dziesięć lat, tamtej nocy, kiedy Dreki zamordowali jej matkę. Kiedy podążali za nią aż do najdalszych zakątków Vatry, polowali na nią z powodu tego, kim była. Pamięta, jak matka wcisnęła jej szpilkę w dłonie, kazała uciekać. Pamięta, jak się obejrzała i widziała, jak jeden z gwardzistów przecina mieczem gardło jej matki.
Zamyka umysł, nauczyła się blokować te wspomnienia. Minęło piętnaście lat i nikt, nawet Cam, nie usłyszał od niej, co naprawdę się wydarzyło.
- Tak - odpowiada. - Przygarnąłeś. A ja już za to zapłaciłam, z nawiązką.
Sięga za niego i z sakiewki na biurku wyjmuje jedną monetę. Dla podkreślenia swoich słów i dlatego, że może potrzebować łapówki.
Aldric nie próbuje jej zatrzymywać, może wie, że mu się nie uda. Kiedy się uparła, by trenować z Torinem, był jak najbardziej za; może teraz tego żałuje? Wszyscy w trupie znają podstawy samoobrony, na wypadek gdyby przyłapano ich na kradzieży i zrobiło się gorąco. Jednak Skylar poszła o krok dalej i zmusiła Torina, by nauczył ją prawdziwej walki: rękami, bronią, czymkolwiek. Bo nie chce, żeby zaszlachtowali ją tak, jak jej mamę.
Aldric składa ręce na piersiach.
- Jeśli teraz wyjdziesz, nie spodziewaj się, że będziesz mogła wrócić wieczorem do obozu.
Skylar prycha. Może i potrzebuje go dla bezpieczeństwa, lecz on potrzebuje jej równie mocno: to ona jest gwiazdą przedstawienia. Bez niej zostaje mu tylko złodziej, ochroniarz i połówka spektaklu. Niemożliwe, żeby nie pozwolił jej wrócić.
Przechodzi obok niego.
- Pierdol się.
Nie chce jej pomóc? Bardzo dobrze. Sama znajdzie Cama. I jeśli będzie musiała, spali całą tę przeklętą przez Aracha stolicę.
3
Astrid
Astrid bierze głęboki wdech i puka do drzwi. Jak dotąd zdołała trzymać się z dala od matki, wczoraj wieczorem zamknęła się w kajucie, dziś rano opuściła śniadanie. Ale skoro płynęły w tej samej łodzi, nie może unikać jej w nieskończoność. Lepiej pójść i mieć to już za sobą.
- Proszę! - woła mama.
Astrid zbiera się w sobie i otwiera drzwi. Królowa siedzi przy magicznym ogniu, amarantowe płomienie oblewają różanym blaskiem jej księżycowo białe włosy. Chowaniec mamy leży rozciągnięty u jej stóp, zajmując większość kabiny. Ogromny złoty niedźwiedź podnosi głowę na znak, że ją zauważył, i opuszcza ją na podłogę. Bjorn zdaje się odprężony, to dobrze. Informacja, że mama nie jest bardzo zła.
- Jessa powiedziała mi, co się stało - mówi mama na powitanie.
List, który właśnie czytała, składa w taki sposób, żeby Astrid nie mogła zobaczyć tekstu. Jakże typowe dla jej matki, choć to bardziej troska niźli skrytość. Astrid czułaby irytację, gdyby nie to, że zdążyła się przyzwyczaić.
- Wykradłaś się z domu i prawie zostałaś zamordowana. - Matka podnosi wzrok. - Niech to Nyx, Astrid, jak mogłaś być tak głupia? Tak samolubna?
Ciebie też miło widzieć, myśli dziewczyna. Mama wstaje i idzie do niej; wysoka, atletyczna sylwetka jest mocno owinięta futrami, chociaż w kabinie jest gorąco. Astrid dostrzega, że mama schudła w ciągu tych ostatnich tygodni, kiedy się nie widziały. To na pewno przez stres oraz ilość magii, jakiej używa, żeby pomóc mieszkańcom Arturei. Platynowa pleciona bransoletka, którą dostała od męża w dniu ich ślubu, wisi na nadgarstku. Astrid pociera mankiety na własnych nadgarstkach. To też prezent od ojca.
- Jeśli ty sama masz gdzieś zabezpieczenia, które wprowadziliśmy, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo, to uszanuj je choćby ze względu na Artureę i ludzi, którzy w ciebie wierzą. - Gwen mówi to uroczyście i Astrid wie, że teraz przemawia do niej nie matka, lecz królowa. - Jak w ogóle zdołał cię dopaść, przy twoim przeszkoleniu? Czemu nie rzuciłaś zaklęcia? Na boginię, Astrid, jeśli omal nie zginęłaś z rąk jakiegoś Bezkrwawego najemnika, jak spodziewasz się przetrwać walkę z księciem?
- Nie spodziewam się - odpowiada po prostu Astrid.
Staniesz do tego pojedynku albo zginiesz.
W jej przypadku: stanie do pojedynku oraz zginie.
Królowa wygląda tak, jakby córka ją spoliczkowała.
- A więc... już się poddałaś?
- Wiesz, że nie; po prostu jestem realistką. Nawet gdyby zaklęcia bojowe nie stanowiły dla mnie problemu, to takie, które pokonałyby smoka, nie istnieją. Ten pojedynek przegrały osoby potężniejsze ode mnie, od prawie czterystu lat smoczy dziedzic pozostaje niepokonany.
Astrid wie, o czym mówi: przestudiowała każdy jeden pojedynek w nadziei, że nauczy się czegoś, co pomoże pokonać księcia.
- Może i zaklęcia nie przydadzą się w walce z bestią, ale książę to tylko człowiek - ripostuje mama.
Astrid parska śmiechem.
- Tylko człowiek? Wysławiają go jako największego wojownika, jakiego kiedykolwiek widziała Vatra. Jest związany ze smokiem Żywiołów, najpotężniejszym w dziejach. I jest Pierwotnym, mamo, sama to powiedziałaś.
No jasne, że jej przeciwnik musiał być Primem, najrzadszym i najpotężniejszym Krwawym w Vatrze. I choć czarownice mają o wiele silniejszą magię niż jakikolwiek Krwawy pierwszego czy drugiego stopnia - ich magia jest bardziej różnorodna - Krwawy trzeciego stopnia czy Prime to już zupełnie inna historia. A jeśli dorzucimy do tego smoka, cóż, wtedy prawie na pewno jesteś trupem.
Astrid bierze wdech, żeby się uspokoić.
- To nie jest "tylko człowiek".
- Jestem w pełni świadoma jego laurów, lecz twoje nastawienie...
- Nie poddałam się - przerywa Astrid i nawet w jej własnych uszach brzmi to fałszywie. - Poza tym i tak nie mam tu nic do gadania.
Nie, jej odległy przodek już o to zadbał, podpisując Przymierze: wiążący na wieki magiczny kontrakt, który mówi, że pierworodni spadkobiercy jego rodu, jej rodu, muszą stoczyć pojedynek z dziedzicami Vatry.
- Możesz nie mieć wyboru w kwestii walki, lecz możesz wybrać, jak do niej podejdziesz. - Mama kładzie dłonie na policzkach Astrid. - Nie ułatwiaj im sprawy. Nie zachowuj się lekkomyślnie.
W oczach Gwen płonie ogień i Astrid wie, że matka ma rację. Królewska rodzina Vatry próbowała ją zabić, odkąd Astrid przyszła na świat, żeby w ogóle nie dotarła na pojedynek. Gdyby zginęła, Vatra zachowałaby kontrolę nad Sercem.
- A jednak płyniemy prosto do Kamiennego Miasta, tego smoczego gniazda, gdzie będą mogli mnie zabić dużo łatwiej.
Bjorn mruczy cicho, ostrzega, żeby Astrid uważała na słowa.
- Już o tym rozmawiałyśmy. - Mama traci cierpliwość. - Musimy płynąć, żebyś została związana krwią: dla twojego własnego bezpieczeństwa.
Na myśl o powiązaniu swojego życia z życiem księcia - jeśli jedno z nich umrze, drugie również - po jej kręgosłupie spływa dreszcz. A jednak przestrzega się tego zwyczaju od czasów drugiego pojedynku wiele księżyców temu; wtedy przynajmniej przestaną nastawać na jej życie. W każdym razie przestaną robić to Vatranie, jeśli nie chcą przy okazji zabić własnego księcia.
- Nie potrzebowalibyśmy tej Więzi Krwi, gdyby nie zmuszali nas do przybycia na miejsce wiele tygodni przed pojedynkiem.
- Czyżby? A ten człowiek, który wczoraj próbował cię zabić, to niby kto, domokrążca?
No dobrze, matka znowu ma rację. Astrid nie przestaje się zastanawiać, czemu wysłali zabójcę właśnie teraz, skoro pokonanie księcia i tak byłoby cudem. A jednak naprawdę powinna pokonać księcia i to nie tyle dla siebie, co dla królestwa. Bo ten pojedynek różni się od wszystkich poprzednich. To właśnie on zadecyduje o losach całej Arturei.
- Nie mam problemu z Więzią Krwi, chodzi o wszystko inne. Ta parada, Bal Maskowy, Mierzenie? W czasie którego ludzie będą robić zakłady? Na boginię, co za upokorzenie! Nie rozumiem, dlaczego oni - starannie unika słowa "ty" - przeciągają nas przez to wszystko, nim staniemy do walki.
Matka wzdycha i tym razem więcej w tym smutku niż irytacji.
- Wiem. Wiem, że nie chcesz brać w tym udziału, ale to również szansa. Zaufaj mi, że nie narażałabym cię na całą tę pompę, gdyby nie była tego warta. Dobrze?
Mama rozciera jej ramiona i z Astrid uchodzi cały sprzeciw. Wydostaje się z uścisku królowej i bierze długi łyk toniku, opróżnia fiolkę. Mieszanka pomaga panować nad nastrojem, zachować poczucie bezpieczeństwa i równowagi. W granicach rozsądku oczywiście. Czy istnieje taki eliksir, który chroniłby pijącego przed morderczymi smoczymi książętami? Nie przypuszcza.
Guinevere patrzy, jak córka chowa fiolkę do kieszeni. Nie rozmawiają zbyt wiele o, jak ujmuje to królowa, kondycji Astrid. Matka Gwen, babcia Astrid, była taka sama, z manii wpadała w melancholię; Astrid myśli, że mamie ciężko się dorastało w takich warunkach. Chociaż nigdy się do tego nie przyznała.
- Nie pozwól, by zawładnęło tobą poczucie beznadziei, moja cudowna dziewczynko.
Astrid niemal parska. Matka zawsze ją tak nazywa, chociaż Astrid czuje się dokładnie na odwrót: przeklęta.
- Nadal jest nadzieja, przysięgam - wzdycha i gładzi włosy córki. - Tęskniłam za tobą.
- I ja za tobą tęskniłam.
Pukanie do drzwi i do pokoju wkracza Jessa, za nią Quincy.
- Pomyślałam, że macie ochotę coś przekąsić.
Stawia na stole dzbanek świeżej herbaty miętowej, którą Astrid lubi najbardziej, do tego miodowe ciasteczka, a także kawałek języka karibu dla lisa i niedźwiedzia. Jessa rzuca Astrid spojrzenie, które wygląda na przeprosiny, ale dziewczyna i tak nie złości się na swoją strażniczkę i przyjaciółkę.
- Wiesz, że nie znoszę o to pytać... - Mama zawiesza głos, nalewa parującego płynu do filiżanek.
Astrid wzdycha w głębi ducha. Myślała, że akurat dziś nie będą o tym rozmawiać. Matka zadręcza ją znalezieniem sobie chowańca, odkąd w wieku trzynastu lat Astrid stała się pełnoletnia. Wyraźnie nie chcąc przy tym pamiętać, że to nie czarownica znajduje chowańca, lecz chowaniec znajduje czarownicę.
- Nie patrz tak na mnie, po prostu się martwię. Sama wiesz, że już dawno przekroczyłaś wiek połączenia.
- O czym przypominałaś mi niezliczoną ilość razy.
Połączenie to więź, która spaja duszę chowańca z duszą czarownicy. Astrid woli słuchać obaw królowej, że jej córka może być czaropodobną - skoro do tej pory nie ma chowańca, to już nigdy nie będzie miała - niż mierzyć się z jej reakcją na wieść o tym, z jakim chowańcem Astrid została już powiązana.
- Nic nie czułaś? Odpowiedni Dar mógłby stać się przełomem.
Gdyby przejawił się w niej Dar podobny do tego, jaki mają królowa albo Jessa, to w istocie byłby to przełom. Dary czarownicy i jej chowańca ujawniają się jednocześnie, przeważnie po kilku miesiącach od połączenia. Ale chociaż Astrid ma swojego chowańca, jej Dar nie dał o sobie znać. Dlatego odpowiada zgodnie z prawdą:
- Niestety, jak na razie nic z tego.
- A dopóki się to nie zdarzy - odzywa się Jessa, która łamie ciastko i połówkę wrzuca do ust - będziemy pracować nad zaklęciami bojowymi, a dokładniej nad obroną w sytuacji stresu. Po wczorajszych zdarzeniach mam wrażenie, że bardzo tego potrzebujesz.
- Wielkie dzięki, Jess.
- Nie ma za co, Astrid. - Uśmiecha się i wsuwa do ust drugą połówkę.
- Jessa ma rację - dodaje mama. - Wiemy, że potrafisz rzucać zaklęcia. Jak się przekonałam na własnej skórze, gdy jesteś obok, nie ma sensu niczego chować czy zabezpieczać.
Co nie znaczy, że przestałaś próbować, myśli z goryczą Astrid.
- Ale twoje zablokowanie wyraźnie dotyczy zaklęć bojowych, co jest zrozumiałe po... po tym, co się zdarzyło.
Mówi o tacie. Po tym, jak zabiła własnego ojca, bo zaklęcie obronne było rozchwiane.
- Jednak przed pojedynkiem musisz przełamać tę blokadę...
Nie ma potrzeby o tym mówić, Astrid jest boleśnie tego świadoma. Czasem przychodzi jej do głowy, że może to rodzaj kary ze strony Gwiazd? Magia opiera się na równowadze i każda magia, czy to Zaklęcia, Dar, czy Eliksiry, ma swoją cenę. Rzucanie zaklęć obciąża ciało, zużywa energię tak samo jak taniec czy bieganie. Warzenie eliksirów obciąża samą Naturę, która oddaje siebie tonikom i truciznom. Dar to obciążenie dla duszy, przy czym Dar czarownicy czerpie z duszy chowańca, a Dar chowańca czerpie z duszy czarownicy. Spośród tych trzech form magii tylko warzenie może doprowadzić do śmierci i nawet wtedy istnieje bardzo niewiele mikstur, które zabiłyby tego, kto je wypije. I jeszcze mniej czarownic, które potrafią je wyprodukować.
W dniu, w którym zginął jej ojciec, zapłacili ogromną cenę. Nie potrafiła zapanować nad zaklęciem i teraz, jak widać, musi spłacić ten dług.
Jessa wstaje z krzesła i składa dłonie.
- No dobrze, dajmy temu spokój i...
Przerywają jej krzyki. Łódź się kołysze, na dachu kabiny słychać szybkie kroki. Astrid już jest na nogach i wybiega za drzwi, Jessa tuż za nią. Biegną na dziób, gdzie Ulven, ze swoim wężem-chowańcem owiniętym wokół nadgarstka, wskazuje na przebłysk słońca. Łódź napędzana jest magią królowej, dzięki czemu przeprawa pod pasmem górskim zajęła jedną, a nie dwie doby.
- Nareszcie - mówi Jessa. - Już zaczęłam mieć klaustrofobię w tych tunelach.
Astrid nie podziela tej radości. Myśli o ojcu i o tym, co się zdarzyło, kiedy ostatni raz była w prawdziwym świecie. Jak kiedyś wyglądało jej życie, gdy ciągłe zagrożenie śmiercią stało się normą. Niepokój ogarnia ją, owija się wokół piersi.
- Czy łódź otoczono ochroną?
Ojca Astrid zabiła strzała, puszczona z odległości trzydziestu metrów. Metalurgistka wykorzystała swoją moc krwi, by poprowadzić pocisk prosto w serce Astrid. Strzała dosięgłaby celu, gdyby nie odbiła się od słabego zaklęcia tarczy, które rzuciła Astrid. Pocisk trafił jej ojca. Bezużyteczna. Była bezużyteczna.
Blokuje to wspomnienie.
Podchodzi do niej Quincy, wtula w jej dłoń zimny nos.
- Zabezpieczenia twojej mamy były przez cały czas wzmacniane. Nie chciała ich osłabić, zwłaszcza po tym zabójcy - odpowiada Jess.
Wypływają z ciemności Stor Isfjell, wielkiej góry, przez którą wije się kanał. Astrid mruży oczy, odwraca wzrok od jasnego słońca.
- Przynajmniej teraz mamy światło, żeby trenować. - Zdejmuje wełniany sweter i rzuca go na pokład. Odwraca się do przyjaciółki, ale Jessa jest rozkojarzona, szeroko otwartymi oczami wpatruje się w coś poza Astrid. - Jess? Co się stało? - Obraca się szybko, by zobaczyć, co wystraszyło Jessę.
I od razu robi krok w tył.
Nie, to jest nieprawidłowe. Niemożliwe. Wciąż są daleko na północy, wciąż powinna panować tutaj zima. Spodziewała się brzegów pokrytych śniegiem, iglastych drzew w bieli, ale nie... tego. Ziemi spalonej słońcem i uschniętych sosen. Mętnej wody w kanale i kruszącej się żółtej trawy. Jessa łapie mocno nadgarstek Astrid, jutro na pewno pojawi się tam siniak.
- Zaraza - wyrzuca z siebie Jess, twarz ma bladą jak kreda. - Ja nie... Nie...
Nie musi kończyć, Astrid i tak rozumie. Wiedziały, że nie jest dobrze, ale zobaczenie tego na własne oczy to co innego. Dłoń na nadgarstku zaciska się jeszcze mocniej, Astrid delikatnie odgina palce przyjaciółki.
- Patrz na mnie, Jess. Oddychaj. Weź głęboki oddech.
Jessa wciąga i powoli wypuszcza powietrze.
- Wszystko dobrze. Wszystko ze mną w porządku.
Nieprawda. Jessa pochodzi z Lofojen, na południu, gdzie Zaraza uderzyła najmocniej. Gdy Jess miała dziewiętnaście lat, gwałtowne powodzie zniszczyły jej rodzinne miasto i pochłonęły niemal wszystkich mieszkańców, dwa tysiące osób, w tym rodzinę Jessy. Rodzice i dwie młodsze siostry zginęli w wodnych odmętach, gdy Jessa była poza miastem, na szkoleniu Ulvenów. Ciała jej bliskich nigdy nie zostały odnalezione.
Właśnie dlatego Astrid musi pokonać księcia. Właśnie to leży na szali. Zaraza się nasila i to musi mieć związek z Sercem. Gniew ściska żołądek, Astrid jest pewna, że to wszystko przez króla Vatry. Ingeruje w magię Serca, nie pozwala jej przedostać się do Arturei. Bez tej magii natura ulega zagładzie. Ludzie cierpią i umierają.
Astrid mocno przytula Jessę.
- Przykro mi - szepcze.
- Nic mi nie jest. Naprawdę.
- Wiesz, że przede mną nie musisz udawać.
- Wiem i nigdy bym tego nie zrobiła. - Jessa wydostaje się z jej uścisku, uśmiecha się smutno. - Jestem tylko wstrząśnięta.
Znowu patrzy na brzeg, Astrid również. Zbliżają się do wioski i gdy przepływają przez nią kanałem, widzą, że nikogo tu nie ma. Na zniszczonych chatach łuszczy się farba, rozbite okna otwierają się na puste, martwe pokoje. Pola wyglądają podobnie: rośliny, kiedyś wysokie i złociste, stoją zwiędłe i blade, liście zwijają się do wewnątrz. Powietrze gęste jest od rozkładu, odór budzi mdłości.
- Dokąd oni poszli? - szepcze Jessa.
- Wielu wyjechało do stolicy lub do rodzin mieszkających gdzie indziej. - Gwen podchodzi do nich, staje obok Jessy, jej dotyk niesie pocieszenie. - Hekselm może przyjąć sporo nowych ludzi, w Pałacu Księżycowym zamieszkało wielu przesiedleńców.
Ich dom, zanim musiały go opuścić. Pałac z perłowego marmuru, któremu zawdzięcza swoją nazwę, wznosi się na wyspie pośrodku rzeki Heks. Astrid go uwielbiała. Dobrze, że nie stoi pusty i służy ludziom. Właśnie dlatego mama tak często wyjeżdża: walczy z Zarazą. Ratuje swoich poddanych.
- Jak to? Jak to się stało, że zrobiło się aż tak źle? - pyta Astrid.
- Z każdym rokiem jest coraz gorzej. Nie wiemy dlaczego. - Orzechowe oczy spoglądają na Astrid. - I nadal nie zbliżyliśmy się do odkrycia, dlaczego Zaraza w ogóle się zaczęła.
Astrid prycha.
- Świetnie wiemy dlaczego: przez Vatranów. Król wciąż nie chce pomóc? - pyta Astrid, choć zna odpowiedź. Jej matka wykorzystała wszystkie dyplomatyczne sposoby, żeby uzyskać dostęp do Serca i dowiedzieć się, co jest z nim nie tak, lecz król odrzuca jej prośby i zaprzecza, zaprzecza, zaprzecza.
- Nadal twierdzi, że to niemożliwe, by to oni wpływali na moc Serca. Gdybyśmy miały jakiekolwiek pojęcie, jak ono działa, wiedziałabym, czy mówi prawdę, ale tak... - wzdycha.
Czarownice nie miały dostępu do Serca od tak wielu stuleci, że niemal wszystkie informacje, jakimi dysponowały, zostały utracone. Największą nadzieją na powstrzymanie Zarazy jest to, że Astrid pokona księcia i przejmie opiekę nad Sercem. Co jest mniej więcej tak samo prawdopodobne, jak to, że jej chowańcowi wyrosną skrzydła.
- Może coś się zmieni, kiedy tam przypłyniemy? - mówi Astrid. - Nigdy nie wiadomo, może król i królowa okażą się bardziej skłonni do rozmów, kiedy spotkamy ich osobiście?
- Królowa może i tak, ale ona o niczym nie decyduje. Król? Nigdy. Zaufaj mi, najlepiej unikać tego człowieka jak zarazy - odpowiada Gwen, Jess się krzywi. - Przepraszam, kiepskie porównanie, ale mówię poważnie. Trzymaj się od niego z daleka, Astrid.
Szeroka łódź kołysze się delikatnie, gdy zbliża się inna łódź. Załoga macha do nich, rozpoznaje królową. Zatrzymują się, Gwen z nimi rozmawia - okazuje się, że to czaropodobni z pobliskiego miasta, którzy monitorują rozprzestrzenianie się Zarazy.
Astrid wsuwa rękę w dłoń Jessy, ściska delikatnie. Wie, że nie pokona księcia, postanawia jednak coś zrobić. W czasie pobytu w Vatrze zamierza dowiedzieć się jak najwięcej o Sercu, Zarazie i wszystkim, co może pomóc jej matce, zanim... Cóż.
Zanim Astrid umrze.
4
Skylar
- Po prostu wejdź na tę przeklętą scenę, tak?
Aldric, który ma dzisiaj czarne włosy i ciemną karnację, podchodzi do miejsca, gdzie Skylar opiera się o kamienną ścianę, tuż za sceną. Amara właśnie wykonuje swój popisowy numer, tańczy z kolorowymi chustami. I powiedzmy sobie to szczerze, wygląda zupełnie absurdalnie.
Skylar ogląda brudne paznokcie i nie zaszczyca Aldrica spojrzeniem nawet wtedy, gdy ten zgrzyta zębami. Z całą pewnością otacza ich iluzją i zgromadzony tłum nie widzi, jak zmusza ją do występu. Za to ona może patrzeć na tłum; ludzi jest jeszcze więcej niż wczoraj, zatrzymują się w drodze do portu, dokąd jeszcze dziś powinny zawinąć czarownice.
Wydaje się, że ekscytacja, niecierpliwość i coś jeszcze, znacznie mroczniejszego, zaraz rozsadzi miasto. Skylar niespecjalnie przejmuje się miejscami, w których się zatrzymują, miejsce to tylko miejsce, ale to miasto zupełnie jej się nie podoba. I nie tylko dlatego, że stolica odebrała jej Cama.
- Skylar, przysięgam na Aracha: jeśli nie wyjdziesz w ciągu trzydziestu sekund...
- To co zrobisz? - pyta, wciąż na niego nie patrząc, nawet gdy jeszcze się przysuwa, próbuje zastraszyć swoją posturą.
- Wstrzymam ci wypłatę za ten miesiąc - rzuca ostro.
Dziewczyna wzrusza ramionami. Ona i Cam sporo zaoszczędzili w nadziei, że pewnego dnia będą sobie mogli pozwolić na niezależność, zaś Aldric i tak czasem wstrzymuje wypłatę bez żadnego sensownego powodu.
- Albo - dodaje i Skylar słyszy w głosie powstrzymywany gniew - pozwolę, żeby Torin trochę na tobie potrenował.
Podnosi w końcu wzrok, mruży oczy. Zrobiłby to. Wielokrotnie pozwalał Torinowi na różne wybryki, choć jak dotąd Torin trzymał stronę Skylar i okazał się bardzo pomocny.
Staje wyprostowana.
- Znasz warunki. Wystąpię, jeśli pomożesz mi zdobyć informacje o Camie. Jeśli nie... - Patrzy wymownie na Amarę, jakby chciała powiedzieć: To najlepsze, co dostaniesz. A ludzie już zaczynają się nudzić tańcem, niedługo przybędą czarownice, i odchodzą, oddalają się od zręcznych palców Izzo.
Aldric mierzy ją gniewnym wzrokiem, ona robi to samo. Czuje się wyczerpana, krążyła po mieście prawie do brzasku, chodziła od tawerny do tawerny, próbowała nakłonić ludzi do rozmowy. Wszyscy mówili jej to, co już wiedziała: tak, pobór do wojska idzie pełną parą, a niektórych Krwawych złapano, kiedy próbowali uciec z miasta. Mieli nadzieję, że na wsi łatwiej się będzie ukryć, niektórzy liczyli, że przedostanę się do Arturei.
- Dobra - warczy Aldric, odwraca wzrok. - Idź na scenę, a ja zobaczę, czego uda mi się dowiedzieć. W porządku?
Skylar salutuje.
- Tak jest, szefie.
Jeśli go zdenerwujesz, Lar, na pewno ci nie pomoże.
Właśnie zgodził się pomóc, tak? Poza tym z naszej dwójki ty byłeś dyplomatą. Ja załatwiam sprawy po swojemu.
W wyobrażonej rozmowie z Camem nie pada żadna odpowiedź, ale Skylar wie, jakie spojrzenie by jej posłał, gdyby stał obok. Co tam, jak go znajdzie, będzie mógł jej posłać każde spojrzenie.
Napinając mięśnie, idzie na "scenę", czyli przestrzeń, którą ogrodził Torin. Wcześniej rozciągnął linę, dopracowali to dopiero w ciągu ostatnich paru miesięcy, "scena" musiała być przenośna. Pomógł im Wyczuwający w Sarkanie, który kiedyś projektował domy w stolicy i uciekł, gdy pojawiły się plotki o poborze. O tym, że jest Wyczuwającym, Skylar dowiedziała się dopiero w łóżku, gdzie jego wyostrzony zmysł dotyku zapewnił jej ciekawe doznania. Może nadal siedział w Sarkanie, a może i jego w końcu dopadli...
Amara właśnie idzie na rękach po linie, ludzie wyciągają szyje, by ją oglądać. Robi salto, ląduje zręcznie na nogach i kłania się, tłum klaszcze, słychać kilka gwizdów, Amara przesyła w tamtą stronę pocałunek. Naprawdę urodziła się do występów. Znacznie bardziej niż Skylar.
- A teraz - Aldric idzie do przodu i wyciąga ręce, powiewa za nim barwna peleryna - Klinga pokaże nam, jak zdobyła swój przydomek!
Torin kiwa Skylar głową, podaje sztylety. Bierze dwa, zaczyna wspinać się po drabinie. W ustach ma kurz, odór potu tak wielu ludzi jest przytłaczający. Dlaczego ludzie w ogóle tutaj mieszkają?
Gdy dociera na szczyt, słyszy w dole niecierpliwe rozmowy. Wstępuje na linę, utrzymywanie równowagi jak zawsze przychodzi jej naturalnie. Podrzuca dwa sztylety i pozwala zmysłom przejąć kontrolę: to one podpowiadają, kiedy je złapać, by trafić nie na ostrze, lecz na rękojeść. Z dołu dobiega krótki gwizd, Skylar kiwa głową. Torin rzuca kolejny sztylet, a więc teraz żongluje trzema, a za chwilę czterema, cały czas idąc po linie. Rytm przynosi pewne ukojenie. To jedna z niewielu rzeczy, które potrafi robić i które ją uspokajają, uciszają energię, która czasem iskrzy w całym jej ciele, zmusza do szaleństwa.
W dole rozlegają się okrzyki i wiwaty. To nigdy nie robi na niej wrażenia, bo nawet jeśli robi to dla pokazu, to nie dla nich. Właściwie nienawidzi tego, że ludzie się na nią gapią.
Ale tak ładnie wtedy wyglądasz, Lar Lar. Powiedział jej to kiedyś, kiedy uczyła się żonglować nożami.
Ach, ładnie? Wzięła sztylet i postukała nim o dłoń.
Zabójczo, poprawił się szybko. Oczywiście chciałem powiedzieć "zabójczo".
- Ej, Klinga! - krzyczy ktoś z tłumu, ma mocny akcent. - Złap ten!
Sekunda dezorientacji; najpierw słyszy, a potem widzi, jak metal tnie powietrze. Reaguje odruchem, podrzuca w górę jeden sztylet i wyciąga rękę, chwyta nóż w locie.
W dole rozlega się krzyk, Skylar wciąga oddech przez zaciśnięte zęby, chwieje się. Źle go złapała, za ostrze, nóż rozciął jej wnętrze dłoni. Ktoś, może dziecko, krzyczy znowu.
Spokojnie, Lar.
Nie patrzy w dół. Nie jest aż tak wysoko, ale upadek i tak bolałby jak Vaar. Żongluje nadal, również tym nożem, który ktoś tak uprzejmie w nią cisnął, Torin i tak miał podrzucić kolejny. Ale ręka śliska jest od krwi i ból przeszywa wnętrze dłoni przy każdym chwycie. W nagłej złości ciska nożem z powrotem w tłum. Nie patrzy gdzie, mniej więcej w stronę tego, co w nią rzucił.
Znów krzyki, ludzie się uchylają. Ale z nich tchórze...
Dociera do końca liny, nie patrząc na nikogo, upuszcza sztylety i schodzi po drabinie. Słychać oklaski, widzowie tupią, wołają, proszą o więcej. Aldric patrzy na nią, mruży groźnie oczy - ale tak naprawdę nie może tego potępić, nie? Powinien się cieszyć, to jeszcze bardziej odwróciło uwagę od Izzo.
Dociera do ostatniego stopnia drabiny. Krew kapie z dłoni na pomarańczową glinianą ziemię, Aldric robi krok do przodu, by ogłosić następny numer, Amara podaje Skylar kolorową chustkę. Skylar bierze bez słowa, owija dłoń jedną ręką. Amara nie proponuje jej pomocy.
- A teraz, na zakończenie...
Na tyłach tłumu wybucha zamieszanie: strażnik miejski wyciąga kogoś, mężczyznę, w wieku Skylar. Człowiek błaga, lecz jego słowa giną w hałasie ulic, kroki się oddalają. Kilka osób najbliżej strażnika chciałoby chyba pomóc... Cofają się, gdy znikąd pojawia się drugi strażnik.
Co ten człowiek zrobił? To Krwawy? Ale strażnicy nie mogą przecież spojrzeć na kogoś i widzieć, czy jest Krwawym, czy nie. Prawda?...
Skylar czuje nieprzyjemny skurcz, zerka na Aldrica. Ten kiwa głową, daje znak, czas się wynosić. Skylar znowu patrzy na tłum, widzi, jak przedziera się do nich Izzo. Teraz wyraźnie widać jej tatuaż, iluzja zniknęła.
- Zwijamy się - rzuca ostro Aldric. - Skoro przyszli strażnicy, wojsko może być tuż za nimi. Dzisiaj wszyscy stoją na rzęsach, a ja nie chcę być wciągnięty w jakiś bałagan.
Skylar obraca pierścień na palcu. Ma całe dwie sekundy, żeby się zdecydować, czyli aż za dużo. Zamiast zniknąć z Aldrikiem i resztą, wykorzystuje zamęt i wślizguje się w tłum. Izzo widzi ją i Skylar wskazuje głową port. Izzo zatrzymuje na niej wzrok - i Skylar wie, że ta ją rozumie. Wahanie, skinienie, wzruszenie ramionami. Skylar uśmiecha się i znika, zadowolona, że Izzo nie próbuje jej zatrzymywać. Jedynym, kto by to zrobił, byłby Cam.
Cokolwiek teraz planujesz, nie sądzę, żeby to było dobrym pomysłem.
Ale nie musi też być złym, nie? To w ogóle nie jest jakiś wielki pomysł, chociaż, jeśli Aldric ma rację, jeśli było tu dzisiaj wojsko, to...
To co, Lar? Zamierzasz zmusić jakiegoś przypadkowego żołnierza, żeby ci powiedział, gdzie jestem?
Ignoruje pytanie, pozwala, żeby nurt tłumu niósł ją do portu. Jeszcze nigdy nie widziała w jednym miejscu tak wielu ludzi: naprawdę zjawili się tu wyłącznie po to, by popatrzeć na czarownice? A może tak samo jak Cam liczą na smoki? Poprzedni pojedynek odbywał się, zanim Skylar się urodziła, ale słyszała opowieści, że ludzie zjeżdżali się z daleka, by zobaczyć, jak dwoje spadkobierców próbuje zatłuc się na śmierć.
Zapach prażonej kukurydzy i cytrusów miesza się z siarką i przyprawami, stragany sprzedają przekąski czekającym. Pojawia się również inny, ohydny odór, Skylar zbiera się na wymioty. Dostrzega źródło tego smrodu i staje jak wkopana. Daleko przed nią, na jednej ze smoczych żerdzi, wiszą zwłoki. Zdaje się, że to kobieta, choć nie można być pewną, bo wyssano z niej życie. Z całą pewnością jest martwa, rozkłada się w palącym słońcu, a jednak jest w tym coś więcej. Wydaje się, że wyciągnięto z niej samą esencję, zostawiając tylko powłokę. Skylar drży mimo skwaru.
Przy stopach kobiety stoi kilkoro ludzi, układają kamienie na udeptanej glinie. Mężczyzna odwraca się, patrzy na Skylar.
Jego spojrzenie jest tak intensywne, że dziewczyna przełyka ślinę.
- Co się stało? - Po prostu musi o to zapytać. Po prostu musi się dowiedzieć.
- Mówili, że była buntowniczką - odpowiada szorstko. - Nie była, ale co ich to obchodzi? I tak ją stracili.
Buntowniczka. A więc to prawda. Gdzieś tam są buntownicy walczący przeciwko królowi. I sądząc z tego, co stało się z tą kobietą, nie radzą sobie zbyt dobrze. Skylar nie wie, co mogłaby odpowiedzieć, więc po prostu mija go i znów wchodzi w tłum.
- Obstawiajcie! - Mężczyzna macha w powietrzu papierami, przy pasie brzęczy sakiewka. Izzo od razu by ją zwinęła. - Dam ci niezły kurs na tę małą czarownicę - mówi do jednego z przechodniów. - Naprawdę dobry.
- Na pewno - mruczy Skylar i dorzuca głośniej: - Skąd wiesz, że jest mała?
Mężczyzna odwraca się i spogląda niezadowolony. Wzrusza ramionami.
- To taki zwrot, nie?
Skylar prycha.
- Okropny.
Mężczyzna ogląda ją od stóp do głów, chyba dostrzega poplamioną krwią chustkę na dłoni. Skylar podnosi rękę i dotyka szpilki we włosach, ale nie musi jej używać, człowiek odchodzi. Dziewczyna powoli wypuszcza powietrze. Skoncentruj się. Musi się skoncentrować.
Przeciska się do portu z większą determinacją, szpilkę trzyma w dłoni, gotowa do walki w razie potrzeby. Serce podskakuje, kiedy Skylar dostrzega szereg żołnierzy stojących tyłem do nabrzeża. Ich smocze hełmy zdobią niebieskie smugi, na brązowej skórzanej zbroi widać niebieskie łaty. Co to znaczy? W żołądku czuje ucisk, przypomina sobie, jak byli w pewnej wiosce, przez którą przechodzili tacy żołnierze. Tamtego dnia całą trupą ukryli się w obozie, chociaż Aldric mówił, że nie ma się co przejmować: należy się bać tylko tych z czerwonymi. Krwawych.
A więc oddział Bezkrwawych. Zatem rodzina królewska ze spokojem przyjmuje przybycie czarownic.
Żołnierze wydają się znudzeni. Niektórzy opierają się na włóczniach, ostrza w kształcie smoczych ogonów skierowane są w dół. Może powinna do któregoś zagadać? Nawet jeśli nie jest Krwawym, mógłby wiedzieć coś przydatnego.
Staje tuż przed tłumem, gdzie utworzyła się kolejka, straż miejska utrzymuje ludzi w bezpiecznej odległości od doków. Skylar przesuwa się w stronę żołnierzy, gdy nagle dostrzega ją strażnik. Już jest przy niej i bez słowa wpycha ją z powrotem do kolejki. Przy boku ma miecz, lecz nawet nie wyciąga do niego ręki. Rzuca mu gniewne spojrzenie, ale on już odszedł. Skylar zaciska pięść i znów robi krok do przodu.
Nie bądź idiotką, Lar.
Skylar się waha. Cam pewnie ma rację, aresztowanie to nic dobrego. Więcej, aresztowanie byłoby katastrofą.
Szepty wędrują teraz od człowieka do człowieka, w zakurzonym powietrzu rodzi się zgiełk. Wtedy Skylar słyszy to, co go wywołało: za murami rozdzwoniły się dzwony.
A to może oznaczać tylko jedno. Przybycie czarownic.
5
Astrid
Bezchmurne niebo napełnia się delikatnym różem, pierwsze gwiazdy stają na nocną wartę wraz z Mają, większym z dwóch księżyców, strażników nocy. Astrid z zapartym tchem patrzy na rozciągający się przed nią widok. Na horyzoncie mieni się złote miasto, którego panoramę przełamują spiczaste wieże; zamglone powietrze tworzy iluzję, jakby unosiło się w powietrzu. Zamek Rok stoi wysoko na piaskowcowych klifach, góruje nad miastem w otoczeniu ogromnych wież strażniczych z płaskimi zwieńczeniami. Żerdzie, myśli Astrid, jakie można zobaczyć w klatce dla ptaków.
A więc to jest Talrok, Kamienne Miasto. Jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu widziała. Tata opowiadał jej o nim, gdy siedzieli wieczorem przy gorącej czekoladzie, jednak opisy nie oddawały całego uroku tego miejsca. O bogini, jak bardzo brakuje jej taty, bardziej niż kiedykolwiek.
Po obu stronach rzeki wznoszą się dzwonnice, dzwony biją na powitanie lub ostrzegają, że oto zbliża się królewska rodzina z północy. Wczoraj wieczorem przekroczyli granicę Vatry po przepłynięciu Morza Asur. Podróż trwała dłużej niż powinna; matka działała ostrożnie, obawiała się, że zboczą za bardzo na wschód, w stronę Mgieł, gdzie zapuszczają się żeglarze, by nigdy już nie powrócić. Astrid prawie nie zwróciła uwagi na przeprawę, zwłaszcza że Jessa zajmowała ją treningami, a myśl o Zarazie motywowała Astrid niemal tak mocno, jak perspektywa zmierzenia się ze smokiem.
Pokład drży pod stopami, gdy Bjorn siada przy niej, patrzy w dal ciepłymi brązowymi oczami.
- Wygląda, jak zbudowane z czystego złota - mruczy Astrid.
Bjorn milczy przez chwilę.
JAK SIĘ CZUJESZ?
Astrid się zastanawia. Jak się czuje? Nie do końca sobą, ale nie w złym sensie. Czuje się niemal jak widz własnego życia. Znalazła się w Vatrze, patrzy na Kamienne Miasto, lecz powód tego przybycia nie do końca do niej dociera. Matka nazwałaby to wyparciem. Dla Astrid to samoobrona.
- Dobrze - odpowiada i w sumie nawet nie kłamie. - Co robi mama?
JE Z JESSĄ KOLACJĘ, JEŚLI MASZ OCHOTĘ DO NICH DOŁĄCZYĆ.
Jedzenie jest ostatnią rzeczą, na jaką Astrid miałaby ochotę, ale chyba powinna chociaż spróbować.
- Jasne. Idziesz?
W ŚRODKU JEST DLA MNIE ZA CIASNO I ZA GORĄCO.
Gwen mogłaby rzucić w kabinie zaklęcie chłodzące, lecz Astrid wie, że matka skupia energię na zabezpieczeniach wokół łodzi, co stanie się kluczowe, gdy wpłyną już do Talroku. Bjorn sapie i schodzi na pokład, tam rozciąga się jak wielki kot, Astrid uśmiecha się na ten widok, wchodzi do kabiny.
Mama podnosi wzrok znad żytniej bułeczki, którą smaruje masłem, i posyła córce uśmiech pełen współczucia.
- Moja cudowna dziewczynko, jak się mie...
- Dobrze - przerywa jej Astrid, siada obok Jessy. - Staram się nastawić i zachować trzeźwość umysłu.
Nie może pozwolić, by dziś wieczorem emocje wzięły nad nią górę, zwłaszcza wtedy, gdy w końcu stanie twarzą w twarz z księciem Zryanem.
- W takim razie pomówmy o tym, co masz włożyć. - Rzeczowość Jessy jest tym, czego Astrid w tej chwili potrzebuje. Włosy Jess są świeżo ufarbowane, nie widać jasnych odrostów, trenerka włożyła przylegającą niebieską tunikę i legginsy pasujące do stroju Astrid. Pełen tryb "uwodzenia".
Astrid uśmiecha się szeroko.
- Jakie to feministyczne!
Jessa klepie ją lekko w głowę.
- Nie chodzi mi o żadną tam prezentację księżniczki, lecz o prezenty, które ci kupiłam - prycha Jess.
O bogowie, o czym ona mówi? Niektóre z dawnych prezentów Jessy nie nadawały się do pokazania w towarzystwie, a już na pewno nie powinna oglądać ich matka.
- Po pierwsze, to twoja nowa zbroja. - Jessa podnosi z podłogi jutowy worek i podaje go Astrid. - Na późniejsze spotkanie ze smokami. Będą w porcie, żeby "oficjalnie" - zaznacza palcami cudzysłów - nas powitać, zanim wyruszymy do zamku, i wszystko będzie się działo pod gołym niebem. Nie ufam ani im, ani ich ludziom, i właśnie dlatego włożysz zbroję.
Quincy wydaje z siebie zgodny pomruk. Astrid ogląda wyjętą z worka skórzaną kurtkę.
- Kupiłam ją wczoraj w dokach. Zbroje z Vatry są lżejsze, przewiewniejsze, elastyczniejsze. Lepsze niż nasze.
- Uważaj, mogę cię oskarżyć o zdradę stanu - zauważa Gwen.
- A co Wasza Wysokość ma na sobie? - Jessa wskazuje kurtkę mamy.
- Punkt dla ciebie - śmieje się królowa.
- Kto nas powita? - pyta Astrid.
- Na pewno król i książę. Nie jestem pewna co do królowej - odpowiada Gwen.
- A drugi syn?
- Książę Zeb trenuje obecnie w jednym z obozów wojskowych. Trzymają go z dala od miasta.
- Jak myślisz, czemu? - pyta Jessa, odruchowo zawijając na palcach złoty bicz.
- To zupełnie normalne. Ma siedemnaście lat, Zryan też w tym wieku wyjechał na szkolenie do armii. Zeb nie ma jeszcze smoka, sądzą pewnie, że będzie bezpieczniejszy.
- Cóż, jedna osoba mniej, która mogłaby cię zabić przed więzią krwi - dorzuca Jessa i przesuwa po stole zawinięty w papier pakunek. - Mam jeszcze coś. I wiem, że naprawdę ci się spodoba.
Astrid patrzy na paczkę, na uśmieszek Jessy i rozrywa papier. W środku leży pas z granatowej skóry z dziwnymi, rurkowatymi przegródkami. Mama pochyla się, marszczy brwi. Astrid skubie jedną z tych rurek, aż Jessa cmoka, wstaje, wyrywa pas z rąk dziewczyny i zapina na swoich biodrach.
- Nazywam go "pasem eliksirów". - Jess podnosi ręce, obraca się. - Te rurki zrobiono na zamówienie, przyjaciółko, żeby pomieścić twoje małe piekielne fiolki. Koniec z grzebaniem w plecaku ze śmieciami, by znaleźć eliksiry i uratować swoje przeklęte życie.
Astrid się śmieje, mama ściąga brwi.
- Za wcześnie, Jesso.
- Przepraszam, królowo - odpowiada Jess, wcale nieskruszona. - Ja uważam, że jest genialny. - Rozpina pas i oddaje go Astrid. - Kieszenie zostały magicznie wzmocnione, a więc jeśli upadniesz albo ktoś cię zaatakuje, fiolki nie rozbiją się przy uderzeniu i nikt nie zdoła odciąć ich z pasa.
Astrid wpatruje się w prezent, obraca go, podziwia klamrę. Zrobiono ją z polerowanego srebra i ozdobiono skrzydlatą panterą. Herbem ich rodu.
- Artemia - szepcze Jessa. - Na szczęście.
Artemia, potężna skrzydlata czarna pantera, chowaniec Nyxa, pierwszego króla czarownic. Walczył w Wojnach Serca pół tysiąca lat temu i to przez niego się tu znalazła: on zapoczątkował tradycję pojedynku.
Astrid gładzi klamrę.
- Jest wspaniały. Dziękuję.
- Dobrze. A teraz, skoro już się naoglądałaś, idź i go załaduj, za chwilę dotrzemy do murów miasta.
W znacznie lepszym humorze Astrid podnosi się i ukrywa w serwetce kilka kiełbasek, zabiera ze sobą do pokoju. Łódź się kołysze, dziewczyna dociera zygzakiem do kabiny. Właśnie ma odblokować drzwi, gdy z boku podchodzi do niej Jessa.
- Co ty tu robisz? - pyta Astrid.
Jessa wykrzywia się do niej.
- A co mogę tu robić? Wchodzę z tobą do kabiny. Otworzysz w końcu te drzwi?
Astrid patrzy na nią tępo, w końcu głośno chrząka.
- Aa, dobrze.
Puka do drzwi, grzechocze kluczem w zamku, a potem mówi avask. Jest mistrzynią zaklęć otwierających.
- Czy właśnie zapukałaś do własnych drzwi?
- Eee, tak. - A niech to. - Zupełnie nie wiem, czemu to zrobiłam.
Ma nadzieję, że ją usłyszał. Zagląda, nigdzie go nie widać, i zaprasza Jessę do środka. Przyjaciółka gapi się na nią, ale w końcu przekracza próg pokoju. Najwyraźniej uznaje, że poziom szaleństwa, jakim wykazała się właśnie córka królowej, jest akceptowalny.
Astrid idzie prosto do orzechowego biurka pod iluminatorem. Po jednej stronie umieściła babciny grymuar, gliniany tygiel, ceramiczne mieszadło - naprawdę trzeba je wyczyścić - i palnik. Po drugiej leżą rozrzucone różne składniki, tojad, pył księżycowy, żeń-szeń i atrament z kałamarnicy olbrzymiej. W stojaku czeka kilka szklanych fiolek.
Zaczyna "ładować" do pasa różne mikstury: silny środek leczniczy, antidotum na większość znanych trucizn oraz eliksir, który nazwała "podróż", wywołujący przejściowe halucynacje. Jessa uparła się, żeby to na niej przetestować, a potem powiedziała Astrid, że jeśli bycie następczynią tronu okaże się takie sobie, to sprzedawana na czarnym rynku "podróż" i tak przyniesie jej fortunę.
Wkłada ostatnią fiolkę, niezawodną "mgłę maskującą", bardzo przydatną: każdy, kto spojrzy w stronę Astrid, zobaczy jedynie miejsce obok niej. Mocno zaciska pas wokół bioder.
Jessa rzuca jej nową vatrańską zbroję.
- Załóż. Da ci trochę więcej ochrony w drodze do zamku.
Bardziej przyda się w zamku niż poza nim, myśli Astrid, lecz tego już nie mówi.
- Będzie przy tobie jeszcze jedna czarownica-strażniczka, bo ja nie mogę czuwać przez całą dobę. Znasz Fionn?
Zna, ale niezbyt dobrze. Dar Fionn jest bardzo przydatny: pozwala wyczuć, czy ktoś ma złe zamiary. Ma wprawdzie swoje ograniczenia, złe zamiary nie mogą być wymierzone ani w Fionn, ani w osobę, którą chronią, pozwala jednak wskazać "napastnika" i zwiększa czujność. Astrid nie wie, co z tego wyjdzie w mieście, w którym wszyscy chcieliby widzieć ją martwą.
- Dobrze. Naszyjnik? - Jess dotyka własnego.
Astrid bierze go z szafki nocnej, zakłada na szyję. Odwraca się do Jessy: można by je uznać za siostry, gdyby nie to, że twarz Astrid jest bledsza i pokryta piegami, a jej oczy są niebieskie jak marmur i jagody, zaś oczy Jessy mocno zielone. No i Jessa jest wyższa. Jednak niewprawnemu oku trudno będzie odróżnić księżniczkę od strażniczki.
Okrzyki na zewnątrz świadczą o tym, że dotarły do murów. Astrid strząsa dłonie, wciska przerażenie głęboko w siebie. A więc jednak się tu znalazła, w brutalnym mieście piasków i upału, smoków i śmierci. Myśli o swoim wuju Aarenie, poprzednim spadkobiercy, który również odbył tę podróż. Jak on się czuł, gdy dopływał do Kamiennego Miasta ze swoim gryfem, gdy wiedział, że ma się zmierzyć ze smoczym spadkobiercą, teraz królem Vatry?
- Astrid? - Jessa przerywa jej rozmyślania. - Jesteś gotowa?
Dziewczyna ściska wisiorek, konstelację bogini Sqa?i.
- W porządku. - Głęboki oddech. - Jestem.
Jessa nie wierzy, lecz nie dopytuje.
- Dobrze więc. Rzućmy ich na kolana.
Jessa wyprowadza ją z kabiny, Astrid zaciska pięści, jak gdyby pojedynek już się zaczynał.
Fionn czekają na pokładzie, przyglądają się wieżom strażniczym przy wielkiej stalowej bramie, która unosi się, żeby przepuścić łódź. Podchodzą do Astrid z kuszą w dłoni.
- Księżniczko Astrid - mówią łagodnym głosem i salutują, blond włosy podskakują przy skinieniu głową. Arboria, chowaniec Fionn, piszczy na powitanie. Astrid uśmiecha się do bobra, słońce wydobywa czerwień w sztywnym, brązowym futrze.
Królowa zajęła miejsce na dziobie, Bjorn stoi obok niej na tylnych łapach. Wyprostowany, utrzymuje równowagę mimo swoich rozmiarów i kołysania łodzi. Nie potrzebują żadnych strażników, wystarczy Dar Bjorna: niewidzialna tarcza, która chroni oboje przed atakiem magicznym i każdym innym. Mama z kolei posiada Dar tak obezwładniający, że niewielu jest w stanie go pokonać. Oboje wyglądają majestatycznie na tle wiszącego nisko słońca i Astrid znów myśli o tym, jak wszystko inaczej by się potoczyło, gdyby spadkobierczynią była jej matka.
Łodzie przepuszczają strażnicy, mają na sobie popękaną skórę i stal pomalowaną na brązowo. Królewska łódź przepływa przez wrota, w głębokich cieniach fortyfikacji. Fionn przysuwają się do Astrid, Jessa podchodzi z drugiej strony.
Królowa powoli odwraca się w stronę zgromadzonych na pokładzie Ulvenów.
- Księżniczka jest najważniejsza, rozumiecie?
W odpowiedzi wszyscy, nawet Jessa, walą pięścią w pierś.
- Cały czas miejcie oko na otoczenie. Cały czas miejcie oko na księżniczkę. Cały czas miejcie oczy z tyłu waszych przeklętych głów, bo do tego was wyszkolono.
Znów uderzenie w pierś, dźwięk odbija się echem pod wrotami.
Królowa ścisza głos, lecz mówi na tyle głośno, żeby wszyscy ją usłyszeli:
- Król Aaren będzie ostatnim czarownikiem, jaki zginął na ziemiach Vatry.
Wszyscy znów walą pięściami, na twarzach Ulvenów maluje się teraz zaciekła duma. Przypomnienie tego, co spotkało wuja Astrid, podsyca zapał, ale dziewczyna czuje tylko chłód. Zaraz znajdzie się w mieście, w którym wszyscy pragną jej śmierci. I dopóki krew nie zwiąże jej z księciem, będzie łatwym celem.
Zza murów dobiegają zgiełk i gwar; ale nie ma w tym gniewu, jest życie, dużo energii. W brzuchu Astrid przestają trzepotać motyle, pojawia się wir. Wie, że zabezpieczenia wytrzymają, wie, że zabójca musiałby być szalony, by ich zaatakować, lecz pałac w Hekselm też miał być nie do zdobycia, a jednak jej ojciec zginął. Sięga do kieszeni po lekarstwo i przypomina sobie, że się skończyło. Bogini, najgorszy moment na to, by zostać bez eliksiru. Będzie musiała znaleźć korzeń waleriany i przygotować nową partię. I to szybko, nie może ryzykować, że dostanie ataku właśnie tutaj.
Gdy łódź wypływa z bramy, Astrid spostrzega, że miasto jest bardziej ziemiście czerwone niźli złote; zadymione ulice i budynki z piaskowca mają barwę zachodzącego słońca. I wciąż jest piękne, może nawet, dzięki tym surowym krawędziom i rdzawym cieniom jeszcze piękniejsze.
Zbiera się na odwagę i zerka na ludzi stojących przy nabrzeżu. Jak zareagują? Widać ekscytację, całkiem naturalną przy całym tym spektaklu ich przybycia oraz uroczystości zaplanowanych na najbliższe tygodnie. Przy okazji Balu Maskowego zawsze organizuje się loterię - w każdym razie tak opowiadała jej mama - dzięki temu mogą w nim uczestniczyć zwykli obywatele. Potem odbędzie się parada, w czasie której ona i Zryan będą musieli przykleić uśmiechy do twarzy i przejechać przez miasto, udając, że składanie się w ofierze na ołtarzu archaicznej umowy przyprawia ich o euforię.
W tłumie widać też, chyba najbardziej, wrogość. W końcu jest księżniczką drugiego królestwa, która przybyła, żeby zabić ich księcia. Astrid obserwuje jednak tłum i zdaje sobie sprawę, że ta wrogość jest wymierzona nie tylko w nią. Nie. Wymierzona jest również w strażników miejskich, którzy zachowują się brutalnie, odpychają ludzi od rzeki, serwują ciosy i przekleństwa. Jakaś kobieta upada na ziemię, skuwają jej ręce...
- Precz z monarchią! - krzyczy. - Precz z tyranią!
W tłumie narasta napięcie, zaczyna się rozlewać. To plama ropy, wystarczy jedna podpalona zapałka, by przemieniła się w piekło.
Kobieta przestaje krzyczeć.
Skóra Astrid mrowi. Atmosfera staje się coraz cięższa. Gęstnieje. Astrid ma wrażenie, że uszy wypełniły się watą. Musi je odetkać, nim implodują, uwolnić się od tego narastającego ciśnienia w głowie. Przyciska dłonie do uszu i próbuje zrozumieć, co się dzieje, ale zrobiło się zbyt ciemno, słońce znika za gęstymi czarnymi chmurami, które pojawiły się znikąd. Szron rośnie jak chwasty i rozciąga się po pokładzie, do jej butów wsuwa się nienaturalny chłód. Jessa trzyma ją teraz, włosy smagają twarz. Jess mówi coś, Astrid nie rozumie.
Dźwięk pojawia się tak samo, jak zniknął, eksploduje gwałtownie, w jednej chwili. Ciemne chmury falują, Astrid słyszy krzyki, ale nie ma tchu, by się przyłączyć. Jest sparaliżowana, patrzy tylko na to, co rozgrywa się w górze. Kolejny potężny huk zbija wszystkich z nóg. Kolana Astrid boleśnie uderzają o pokład.
Jakaś siła wali w nią z mocą huraganu, Astrid próbuje osłonić twarz, piach wciska się w usta, dziewczyna kaszle i charczy. Chwyta rękę Jess i już ma się przedostać w stronę mamy, gdy widzi, że Gwen patrzy w niebo.
Bo tam, przez wirujące chmury, leci smok.
To największe stworzenie, jakie Astrid w życiu widziała. Ma barwę błękitnego lodu, łuski lśnią jasno na tle prawie czarnego nieba. Ze skrzydeł i ogona spada lód i roztrzaskuje się na ziemi. To smok Żywiołów z Dynastii Wody, jego sferą jest lód. Tam gdzie spadają sople, rozlegają się krzyki, lecz ani smok, ani jego jeździec nie zwracają na to uwagi. Bestia ryczy i w miasto uderza zamieć.
Wtedy przez warstwę chmur przebija się drugi smok, srebrny jak miecz, z brzuchem rozświetlonym białą elektrycznością; gdyby Astrid nie padła wcześniej na kolana, na pewno zrobiłaby to teraz. Bestia jest olbrzymia, to żywa góra, tak wielka, jakby wycięto ją z potężnego Stor Isfjell. Długi, muskularny ogon kończy się czymś, co wygląda jak głaz pokryty dziesiątkami kolców. I Astrid widzi, nawet stąd, że zakrzywione czarne szpony są większe od niej.
Sqa?i, miej mnie w swojej opiece...
Niebieski smok wygląda przy nim jak młodziak i choć kłapie szczękami, by zaznaczyć swą dominację, srebrny tylko łypie na niego okiem i nie przestaje szybować ku nabrzeżu. Paszczę ma szeroko otwartą, jakby zamierzał połknąć słońce.
Astrid nie może się ruszyć; nikt nie może. Coś ich unieruchamia, wywiera nacisk zbyt silny, by mogli wstać. Nawet Bjorn jest zgięty w poddaniu i chociaż warczy, Astrid widzi białka jego oczu i wie, że, tak samo jak wszyscy, Bjorn się boi. Coraz trudniej oddychać, Astrid zaczyna rzęzić, pierś ma ściśniętą. Stara się nabierać powietrza i wypuszczać je równomiernie i powoli.
Wdech przez nos. Wydech przez usta.
Niebieski smok przelatuje nisko nad dokami, szpony niemal przesuwają się po tłumie i Astrid dostrzega w końcu mężczyznę na jego grzbiecie. Ma na sobie barwy Vatry, czerwień krwi i metaliczne złoto. Powiewa za nim peleryna, na pokrytych siwizną ciemnoblond włosach spoczywa korona. To król.
Zdaje się, że świat pociemniał jeszcze bardziej, i Astrid szybko odwraca głowę: tuż obok przelatuje smok gromu ze swoim jeźdźcem. Książę siedzi na smoczym grzbiecie tak, jakby się tam urodził, jego potężna sylwetka wydaje się zrelaksowana. Zryan jest ubrany inaczej niż jego ojciec, nie widać królewskich insygniów, jedynie granitowo-szarą skórzaną kurtkę i takie same spodnie. Niełatwo odróżnić, gdzie kończy się bestia, a zaczyna człowiek.
Jeździec przeraża ją niemal równie mocno jak smok.
Książę przelatuje nad nimi i w końcu smok uwalnia tłum od paraliżującej magii. Większy osobnik wydaje się kierować mniejszego z powrotem ku wodzie; Astrid ma absurdalne wrażenie, że próbuje w ten sposób chronić tych na dole przed spadającym lodem.
Ludzie podnoszą się, biegną, przepychają, niektórzy uciekają z nabrzeża, a inni, rozzłoszczeni, zostają. Furia, jeszcze kilka minut temu skierowana przeciw strażnikom, przenosi się na Astrid, jawna wrogość wobec monarchy zniknęła, gdy pojawiły się smoki, przypomnienie o supremacji. Ludzie rzucają w łódź czymś, co wygląda jak małe smocze jaja. Kamienie, rozumie już Astrid, które odbijają się od wzniesionej wokół nich magicznej bariery.
- Astrid! - krzyczy Jessa. - Astrid, słyszysz mnie?
Próbuje odpowiedzieć, ale wydaje z siebie cichy, świszczący odgłos, dźwięk gasnącego ognia.
- A więc to mieli na myśli, mówiąc, że pojawią się, by nas powitać. - Królowa podchodzi do nich, blada z gniewu. - Astrid? - Matka ujmuje ją za brodę. - Jessa, zabierz ją do środka; zaraz dostanie ataku paniki.
Jessa bierze Astrid pod ramię, lecz ta kręci głową. Nie dostanie ataku paniki, nie może tylko złapać tchu. Potrzebuje tylko, żeby wszyscy przestali płakać, krzyczeć i szydzić.
- Co chcesz zrobić? - zwraca się Jessa do królowej.
Gwen wyciąga ręce do wrzeszczącego tłumu.
- Nauczę te vatrańskie szczury, co się dzieje, kiedy zaatakują moją córkę.
6
Skylar
To. To właśnie Cam chciał zobaczyć. To zniszczenie, ten chaos. Czy w ogóle miał pojęcie, jak taki smok może wyglądać z bliska?
Smok gromu wypuścił miasto z uścisku, lecz Skylar wciąż stoi jak wkopana, w jej krwiobiegu pulsuje echo jego magii. Ludzie złamali szereg, biegną w różnych kierunkach, wrzaski mieszają się z okrzykami triumfu, gdy czarownice wchodzą do wnętrza łodzi. Dobrze, kurwa, robią. Tylko że nie wszystkie się wycofują. Skylar nie może oderwać wzroku od białowłosej królowej, która zbliża się do krawędzi nabrzeża. Obok niej, na czterech łapach, stoi niedźwiedź - bo tak, to naprawdę w chuj wielki niedźwiedź. Ludzie biegną do łodzi, rzucają kamieniami, korzystają z tego, że wojsko opuszcza stanowiska. Szydzą, dziwnie z siebie dumni, jak gdyby to właśnie waleczność tłumu, a nie dwa ogromne smoki zmusiły czarownice do odwrotu.
Nawet w tym chaosie Skylar widzi twarz królowej, jej surowe rysy, blask w orzechowych oczach. Władza.
Ci, którzy rzucali kamieniami, skrzeczą nagle jak wrony walczące o zgniłe mięso. Kamienie lecą na ziemię, gdy ludzie padają na kolana.
- Nie, nie, nie!
Skylar wpatruje się w to jak zahipnotyzowana, słucha błagań, głosy się nakładają.
- Tylko nie znowu!
- To nie byłem ja!
- Nie, już ci mówiłem!
Jeden mężczyzna szlocha tylko, skulony w kłębek, obejmuje się rękami.
Co, na Vaara, ona im robi? Widziała już wcześniej magię w działaniu, ale jeszcze nigdy czegoś takiego.
Nagle niebieski smok pikuje ku dokom i ląduje, na ziemi pojawia się pęknięcie. Kręci głową, ludzie się rozbiegają... Za wolno. Smok chwyta mężczyznę w swoje szczęki, potrząsa nim i odrzuca ciało. Tułów odrywa się od nóg, na gliniastą ziemię wyciekają krew i wnętrzności.
Skylar drętwieje. Zły pomysł. Przyjście tutaj to był taki zły pomysł. Nie sądziła, że smoki zaatakują - nie na oczach wszystkich.
W końcu rusza się z miejsca, przedziera przez tłum. Potyka się o własne nogi, gdy mężczyzna obok niej coś upuszcza, skórzaną sakiewkę związaną brudną wstążką. Mężczyzna staje gwałtownie i krzyczy, kiedy ktoś depcze jego sakiewkę. Wyciąga rękę, nim kolejna osoba jeszcze mocniej wciśnie ją w glinę. Sakiewka znika, by pojawić się w wyciągniętej dłoni.
Przenoszący. Na oczach wszystkich, otwarcie, używa mocy.
W tej samej chwili Dreki gwałtownie odwraca głowę. Dzieje się to tak szybko, jak gdyby w jakiś sposób wyczuł tę moc. Może tak właśnie jest. Może to Rozpoznający. Słyszała o nich: Krwawi, którzy wyczują innych Krwawych. W żołądku Skylar osiada strach, dziewczyna cofa się, wpada na kogoś z tyłu. Ten ktoś ją odpycha.
Dreki idzie w stronę Przenoszącego. Widać od razu, że należy do gwardii króla i nie chodzi tylko o zbroję z najlepszej skóry, ale także o symbol wypalony na ramieniu. Smok w wieńcu płomieni. Pamięta ten znak. Słyszy głos strażnika, taki sam jak tamtego Dreki, który piętnaście lat temu osaczył ją w zaułku.
Nie masz już dokąd uciec, dziewczynko.
Niebo wypełnia grzmiący ryk i Skylar słyszy imię smoka niczym szept na wietrze.
Mjolnir.
Uciekaj!, Skylar ponagla w myślach Krwawego, bo Dreki już kiwa głową zwykłemu strażnikowi i obaj zbliżają się do mężczyzny, który potrafił wprawdzie przenieść sakiewkę kilka metrów dalej, ale wnioskując z paniki w jego oczach, gdy wzrok miota się to w jedną, to w drugą stronę, nie jest dość potężny, by sam mógł zrobić skok w przestrzeń. Do czegoś takiego trzeba być Pierwotnym. Skylar wyobraża sobie twarz Cama, jego przerażenie, gdy strażnicy go otaczali - w walce jego moc była nieprzydatna. Czy właśnie to mu się przydarzyło, kiedy ona była w obozie i spała z Izzo?
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
1
Astrid
Astrid podnosi wzrok znad grymuaru - i widzi topór, który zaraz zetnie jej głowę.
Ostatni raz próbowano ją zabić sześć lat temu, jednak odruchy nie zawodzą: rzuca się w bok, obraca błyskawicznie i staje twarzą w twarz z napastnikiem. Topór wbija się w świerk dokładnie w tym miejscu, gdzie przed chwilą była jej szyja.
Robi krok w tył i potyka się na nierównym leśnym podłożu. Skręca kostkę i przełyka krzyk, cisnący się do gardła.
Skrytobójca szarpie trzonek, żeby wyrwać siekierę, Astrid zaś myśli gorączkowo, co, do Hel, mogłaby teraz zrobić. Gdyby miała pod ręką swoje fiolki, stopiłaby mu skórę eliksirem, ale fiolki leżą w plecaku, a plecak pod tym samym drzewem, z którego mężczyzna właśnie wyrwał siekierę. Zabójca dostrzega, na co spojrzała, i nie spuszczając wzroku z Astrid, podnosi jej plecak i ciska w oszronione zarośla.
Niech to. Najlepszy sposób zabicia napastnika właśnie trafił szlag.
Z bólem serca upuszcza księgę zaklęć na śnieg. Będzie potrzebowała obu rąk.
Wiatr szczypie policzki, gdy Astrid obserwuje mężczyznę, czeka na jego ruch. Nie sięgnął po moc, więc może nie ma magicznych zdolności. Czyli Bezkrwawy. Jest muskularny i co najmniej dziesięć centymetrów wyższy, ale ona trenowała, odkąd zaczęła chodzić. W sprzyjających okolicznościach mogłaby go pokonać w walce wręcz, ale z tą kostką... Staje na niej, rozważa ucieczkę, lecz kostka prawie się ugina. Daleko nie ucieknie.
Mężczyzna bierze zamach siekierą i Astrid wyciąga dłoń, rozkłada palce. W jego oczach, ledwo widocznych przez maskę, płonie panika. Zabójca waha się i Astrid czuje przelotną satysfakcję. Bez magii nie pokonasz czarownicy... Zazwyczaj.
Zanim nadciągną wątpliwości, zanim jakieś zdradzieckie myśli podkopią jej odwagę, szepcze modlitwę do Sqa?i i rzuca pierwsze zaklęcie, jakie przychodzi jej do głowy. Zaklęcie, które nie przestaje jej prześladować.
- Forsvare!
Zabójca wystawia przed siebie rękę... Niepotrzebnie. Bo nie dzieje się absolutnie nic. Sfrustrowana Astrid zaciska zęby, żeby nie wrzasnąć. Jest księżniczką-czarownicą z rodu Nachstern i spadkobierczynią tronu Arturei, córką królowej Guinevere Nachstern, najpotężniejszej czarownicy w całym tym kraju, i nie umie rzucić zaklęcia ochronnego, żeby ocalić własne życie. Zabójca już to zrozumiał. Wbija w nią chłodne niebieskie oczy i na jego twarzy pojawia się uśmiech. Jakże szczery.
Co za chory łajdak.
- Mała wiedźma nie potrafi czarować - mówi po vatrańsku.
A więc przybył z południowego kontynentu. W sumie nic nowego, to zawsze Vatranie próbowali ją zabić. W każdym razie tamtejsza rodzina królewska.
Z czarnych skórzanych mankietów na nadgarstkach Astrid wysuwa dwa małe sztylety i przyjmuje pozycję bojową. Żeby tylko ręce jej nie zadrżały...
- Nie muszę rzucać zaklęć, żeby cię zabić.
Ujmuje sztylety tak, żeby smukła rękojeść znalazła się między palcem środkowym i wskazującym; zakrzywione onyksowe ostrze wygląda jak pazur. Zabójca zaczyna ją okrążać; ale nie, nie pozwoli, żeby znalazł się za jej plecami, Jessa wbiła jej to do głowy dawno temu.
Obserwuje go, chce wyłapać cokolwiek, co dałoby jej przewagę, jednak on porusza się bardzo pewnie. W tym czarnym stroju odcina się od zaśnieżonego krajobrazu, ale nie ma na sobie peleryny, nic luźnego, co mogłoby przeszkodzić. W przeciwieństwie do niej. Astrid zrzuca z ramion ciężką pelerynę i wzdryga się w lodowatym chłodzie.
Mężczyzna przestaje krążyć.
- Miałem przyjść do ciebie po zmroku, ale to dużo większa frajda.
- Ach, to wyjaśnia czerń. Myślałam, że po prostu jesteś idiotą.
Zabójca wciąż się uśmiecha, lecz Astrid widzi, jak drga mu prawa powieka. Wkurzyła go. Dobrze.
- Ja jestem idiotą? To nie ja siedzę tu sam: bez straży, rodziny i bez magii. - Mężczyzna oblizuje usta, Astrid wstrzymuje dreszcz. - Nie mogę uwierzyć w swoje szczęście.
Astrid też nie może uwierzyć w swojego pecha. Od sześciu lat ukrywają ją w tych odizolowanych górach na krańcu świata, a jednak ten psychol zdołał ją znaleźć. Właśnie dlatego siedziała sama pod tym świerkiem: bo nie sposób dotrzeć do tego miejsca.
- Jak się tutaj dostałeś? - chce wiedzieć.
Rozległe pasmo Isfjell leży na północnym krańcu Arturei i rozciąga się od wschodniego do zachodniego wybrzeża. Nawet najniższe szczyty wystają ponad chmury, gór nie da się przekroczyć, a wykute w nich przejście, które pozwala dotrzeć do Fortu Isfjell, ukryto magią. Nie da się go znaleźć, a jednak temu człowiekowi się to udało. I po co?, chce go spytać. Po co aż tak się fatygował, skoro za kilka tygodni umrze tak czy inaczej?
Skrytobójca znowu zaczyna krążyć, wpatrzony w jej sztylety, podrzuca siekierę, po czym zręcznie ją łapie. A więc nie można liczyć, że przypadkiem odetnie sobie jakąś kończynę.
- Ujmę to tak: twoi ludzie zrobili się niedbali.
Astrid sztywnieje. Niedbali? W słowniku Ulvenów nie ma takiego przymiotnika. Elitarni żołnierze jej matki, czarownice, czarownicy i czaropodobni to najlepsi wojownicy i wojowniczki Arturei, a może nawet obu kontynentów. Jeśli temu zabójcy udało się ich przechytrzyć, to musi być lepszy, niż przypuszczała. Na boginię, musi coś zrobić, musi grać na czas, aż Jessa ją odnajdzie, bo bez swoich fiolek i ze skręconą kostką szanse Astrid są marne.
- Myślisz, że ty pierwszy próbujesz mnie dopaść? - Może uda się go zagadać. - Proszę cię, przestałam liczyć, gdy doszliśmy do liczby trzycyfrowej.
Tak naprawdę przestała liczyć przy dwudziestu, bo w sumie, co za różnica, czy polowało na nią dwadzieścia, czy dwieście osób? Prawie zapomniała już, jak to było, ta nieodłączna adrenalina, ten strach, który nie odstępował jej, nim przybyła do Isfjell. Kto spróbuje ją zabić jako następny? Próby ustały, gdy w ostatnim ataku zginął jej ojciec.
Wyciąga do mężczyzny pazur sztyletu.
- Wydaje się, że nie do końca załapałeś: wciąż tu jestem. Żyję. To znaczy, że twoim poprzednikom się nie udało. Jak myślisz, co się z nimi stało? - Podrzuca jeden z pazurów, chwyta między kostkami dłoni. - Dam ci wybór. Uciekaj teraz i żyj albo zostań i umrzyj.
Mężczyzna zerka na ścieżkę za drzewami po swojej prawej. Astrid drżą ręce, strach, który dotąd poskramiała, zaczyna się uwalniać. Strach jest dobry, przypomina sobie. Strach może utrzymać cię przy życiu. Przenosi ciężar ciała, szykuje się na to, że będzie musiała użyć pazura, i wtedy ugina się pod nią skręcona kostka, Astrid upuszcza jeden sztylet. Zabójca obnaża w uśmiechu zęby, a ona czuje dreszcze na kręgosłupie. I tym razem wcale nie z zimna.
- Niezła próba, wiedźmo.
Rzuca siekierą.
Astrid unika ostrza, lecz porusza się nie dość szybko, żeby uniknąć jego pięści. Mocny cios trafia w policzek, kość pęka, Astrid pada ciężko na ziemię, przed oczami ma ciemność. Chce się podnieść, lecz mężczyzna już na niej siedzi, przygniata jej łokcie kolanami. Przeszywa ją ból, czyli pewnie rękę ma złamaną. Szorstkie palce zaciskają się na jej szyi. Czarownica, która nie może mówić, nie będzie rzucać zaklęć... Choć jakie ma to znaczenie w przypadku Astrid? Zabójca napawa się tą chwilą, a jej robi się niedobrze na myśl, że nie zdołała się obronić przed tym drugorzędnym nożownikiem do wynajęcia. Tyle razy próbowano ją zabić i zawsze ktoś musiał ją ratować. W głowie pojawia się twarz konającego ojca. Zmarszczki uśmiechu wokół jego oczu pogłębiły się bólem, z kącika ust wypływała krew. Wytarła ją rękawem. Obok niego leżało nieruchome ciało chowańca. I ona, tak samo bezużyteczna wtedy jak i teraz.
Panika zaczyna ją opuszczać. W porządku, mówi sobie. Tak jest łatwiej. Przynajmniej matka i Jessa nie muszą na to patrzeć. Przynajmniej ona nie musi poniżać się przed tłumem. Lepiej umrzeć teraz niż w skazanym na klęskę pojedynku.
Ale jej serce wali niczym bęben wojenny, walcz, walcz, walcz, śpiewa. A ona próbuje, tylko jej ciało nie ma już siły na tę walkę. Szkoda, że nie dostała więcej czasu, nie zdążyła pomóc swemu królestwu. Powstrzymać Zarazy. Po jej policzkach płyną łzy, gdy myśli o nim, o swoim chowańcu. Że w tych ostatnich chwilach go przy niej nie ma. Że umrze samotnie i nikt nie dowie się nawet, że w ogóle istniał.
Zabójca ściska ją mocniej...
...i odbiera całe powietrze.
Wtedy między drzewami płynie głos i eteryczna pieśń łagodzi ból Astrid niczym balsam. Zabójca rozluźnia palce, chwieje się, a ona znów może nabrać powietrza. Co za błogie uczucie, nawet jeśli każdy wdech jest torturą.
Las przeszywa nieludzki wrzask, mężczyzna już na niej nie siedzi. Mrowią ją ręce i ramiona, powraca czucie, do ciała napływa krew. Wrzask przechodzi w obrzydliwe rzężenie; czy to ona, Astrid, wydaje takie dźwięki? Nie. To zabójca.
Teraz słyszy dziwne chlupanie, jakby zwierzę piło wodę z kałuży. Astrid przekręca głowę w stronę dźwięku.
Na ciele mężczyzny ucztuje ogromny biały lis, większy od pumy.
Zwierz odwraca do niej swą wielką głowę, spogląda ponad potężnym barkiem. Zaśliniony pysk plami jasnoczerwona krew.
Astrid wydaje z siebie westchnienie ulgi. Bardzo bolesne.
- Dzięki wam, Gwiazdy... - Chwyta się za szyję. - Mo...
Kaszle. Za bardzo ją boli, nie może mówić. Mogłeś przyjść, zanim zniszczył mi krtań, chce powiedzieć. Ale to byłaby niewdzięczność. Przecież wyszła z tego cało.
- Powiedziałabym, że sobie na to zasłużyłaś, skoro się wymknęłaś bez naszyjnika.
Na polanę wkracza jej osobista strażniczka, Jessa. W jednej ręce ściska złoty bicz, oplatający biodra, w drugiej naszyjnik, który pozwala namierzyć podopieczną. Jej spojrzenie nie wróży nic dobrego.
- No, to wyjaśnia muzykę - chrypi Astrid.
Darem Jessy jest pieśń, jej moc każdego ukołysze do snu. Astrid próbuje strząsnąć z siebie oszołomienie. Czar nie był skierowany na nią, więc nie uderzył z pełną siłą, ale i tak ma wrażenie, że mogłaby przespać cały tydzień. Choć możliwe, że to efekt duszenia.
- Na bogów, jak ty wyglądasz! - Gniew płonący w wiosennie zielonych oczach Jessy ustępuje miejsca trosce. Czarownica pochyla się, ujmuje podopieczną pod ramiona, stawia na nogach. Astrid oddycha płytko, przenosi ciężar ciała na zdrową stopę. Złamaną rękę ma wygiętą pod dziwnym kątem.
- Przykro mi. - Krzywi się z bólu.
Jessa unosi brew.
- Czyżby?
- Oczywiście, że tak - wzdycha. - Ale po prostu tego potrzebowałam. Potrzebowałam ostatniej nocy w tych lasach, zanim... No wiesz. - Jess łagodnieje, lecz Astrid nie może znieść współczucia w jej spojrzeniu. - Nawiasem mówiąc, przybyliście dosłownie w ostatniej chwili. To miała być nauczka?
Jessa prycha.
- Nie. Przybyliśmy od razu, jak tylko Quince - kiwa głową na lisa - wyczuł zapach tego człowieka.
Właśnie dlatego taki chowaniec jak Quincy jest niezastąpiony. Owszem, ma ostre kły, ale przede wszystkim jest tropicielem i Dar wyostrzył jego zmysły. Potrafi usłyszeć, że kilometr dalej przelatuje rybitwa.
- Nigdy nie widziałam, żeby pędził z taką szybkością - dodaje Jess. - Od razu zaczęłam śpiewać, a potem Quincy go wykończył.
PACHNIE TAK SAMO ŹLE, JAK SMAKUJE, mówi chrapliwie lis.
- To dlaczego go zjad... Dobrze, nie pytałam. - Astrid widzi rozciągnięte na śniegu wnętrzności mężczyzny, powstrzymuje się, żeby nie zwymiotować.
- Znasz Quince'a. Wiecznie głodny - mówi Jessa.
Astrid ostrożnie dotyka szyi.
- Bardzo źle to wygląda?
- Lepiej niż twoja twarz.
Jessa przykłada dłoń do jej policzka i Astrid czuje ciepło. Jessa mruczy helbre, zaklęcie lecznicze, którego Astrid jeszcze nie opanowała i właściwie nie musi, skoro potrafi uwarzyć najsilniejszy eliksir leczniczy w całej Arturei. Potem Jessa leczy jej rękę, kostkę nogi i wreszcie szyję. Żółte siniaki to jedyne ślady ataku skrytobójcy.
- Próbowałaś w ogóle rzucić zaklęcie? - pyta Jessa.
- Oczywiście.
- No i?
- Nic. Nawet szmeru.
Po prostu nie potrafi przełamać tej blokady. Jest tak, jak gdyby umiejętność rzucania zaklęć bojowych umarła razem z tatą. Może nie jest najpotężniejszą czarownicą, ale ogólna praca z zaklęciami, czy też, jak na to mówią, rzemiosłem czarów, nie stanowi problemu. Ale niech no tylko pojawi się potrzeba rzucenia zaklęcia obrony czy ataku, a ktoś zakręca w niej kran i wstrzymuje cały przepływ magii.
- Czemu nie sięgnęłaś po fiolkę? - Jessa podnosi pelerynę, okrywa Astrid.
- Są na dnie plecaka. Plecak leży gdzieś w tamtych krzakach.
- Dopóki nie ogarniemy twoich zaklęć bojowych i dopóki zamierzasz robić idiotyzmy, fiolki zawsze nosisz na sobie, zrozumiałaś?
Kiwa głową. Jessa chce mówić dalej, lecz Astrid wchodzi jej w słowo.
- Proszę, daj spokój. Wiem, tak?
Jessa składa ręce na piersiach.
- W porządku. Quince, znajdź plecak.
Lis wsuwa się w zarośla i po chwili przynosi plecak, upuszcza go przy jej stopach. Astrid dziękuje mu, a potem się rozgląda, widzi swój grymuar, mokry od śniegu. Gdyby Bunia żyła, zabiłaby Astrid za takie traktowanie jej cennej księgi. Astrid krzywi się i rzuca zaklęcie suchego ciepła. Z nadzieją, że wilgoć nie dotarła do delikatnych stron, wkłada księgę do torby. Wyjmuje skórzany rzemyk i zbiera włosy w wysoki kucyk; mokre, granatowe kosmyki są niemal czarne. Jessa, która ma włosy żółte jak mlecz, farbuje je na granatowo, pod kolor Astrid. Odrosty właśnie zaczynają się przebijać.
- Co się stało? - pyta Astrid, gdy widzi minę Jessy.
- Twoja mama właśnie wróciła.
- Ach, więc o tym mówił. - Astrid wskazuje trupa. - Powiedział, że zrobiliśmy się niedbali. Musiał podążać za mamą przez tunele.
- Ustalmy zatem, że skoro i tak wyjeżdżamy, oszczędzimy królowej tej anegdotki.
- Wyjeżdżamy?
- Dzisiaj wieczorem. - Jessa kładzie jej dłoń na ramieniu. - Już pora.
Astrid opuszcza ręce.
Już pora. Pora opuścić Isfjell i popłynąć do stolicy Vatry, gdzie za siedem tygodni Astrid stoczy pojedynek z księciem Zryanem.
Na śmierć i życie.
Po to, żeby rozstrzygnąć, któremu królestwu przypadnie Serce, nieskończone źródło magii tej krainy.
Gdy Astrid miała osiem lat, rodzice usiedli z nią i wyjaśnili, na czym polega pojedynek i czego się od niej oczekuje. A kiedy już doszła do siebie po tym szoku, gdy przestała płakać, krzyczeć i protestować, Astrid zadała w końcu tchórzliwe pytanie: a jeśli nie stanie do tej walki? Jeśli odmówi pojedynku? Przecież Arturea od wieków nie sprawowała opieki nad Sercem, a więc i tak nie polegała na jego magii. Wtedy mama zacisnęła mocno powieki w rzadkiej chwili wrażliwości i wyjaśniła, że nie pozwala na to samo Przymierze. Dziedziczka nie może się poddać. Dziedziczka nie może przed tym uciec. A potem wypowiedziała pięć słów, które ukształtowały resztę życia jej córki:
Staniesz do pojedynku albo zginiesz.
Astrid bierze głęboki oddech. Już pora.
Podnosi plecak, a potem odkłada jeden pazur, szuka drugiego, aż dostrzega, że Quincy ma go w pysku. Przyjmuje, starając się nie dotknąć krwi, w podziękowaniu mierzwi futro lisa. Jest jedyną osobą poza Jessą, której wolno to zrobić. Jedyną, która po czymś takim nadal miałaby obie dłonie.
- W sumie dwadzieścia cztery lata to nie taki młody wiek, by umrzeć - mówi w końcu Astrid.
Jessa chwyta ją za pelerynę.
- Nie waż się. Nawet się nie waż tego mówić. Nie przegrasz, słyszysz? - W oczach Jessy płoną emocje.
Astrid ściska się serce.
- Och, Jess. - Ujmuje dłonie przyjaciółki. - Choćbyśmy nie wiem jak bardzo tego chciały, obie wiemy, że to nieprawda.
Bo Jessa wie równie dobrze jak Astrid, że nie mają szans na wygranie tego pojedynku. Bo jej przeciwnik ma potężnego, niech go Hel, smoka.