Trunek
Późna jesień w Łochowie pachniała mokrą ziemią i dymem z kominów, a stary dom Marka i Kamili Kwiecińskich stał jak latarnia pośród mroku - ciepłe światło sączyło się przez okna, zapraszając do środka. W salonie, gdzie na ścianach wisiały pożółkłe fotografie z koncertów, a w kącie kurzyła się wiolonczela, rozbrzmiewały śmiechy i brzęk szklanek. Nocna popijawa trwała w najlepsze - Marek, emerytowany wiolonczelista o siwych skroniach i błysku w oku, gościł troje sąsiadów: Sławomira Machuja, lokalnego rakarza o donośnym głosie; Krystynę Łojotok, jego cichą narzeczoną o nerwowych dłoniach; i Wiesławę Owsik, żonę hodowcy świń, której język nigdy nie odpoczywał.
- No, Marek, opowiedz jeszcze raz o tym koncercie w Filharmonii! - zawołał Sławomir, waląc pięścią w stół tak, że kieliszki podskoczyły. - Jak cię wygwizdali, bo pomyliłeś nuty!
Marek zaśmiał się, przeczesując włosy dłonią. - To nie tak było! Publiczność klaskała, tylko jeden krytyk miał muchy w nosie. Artystyczna dusza czasem cierpi, Sławek, nie zrozumiesz.
- Artystyczna dusza? - wtrąciła Kamila, stawiając na stole talerz z kiszonymi ogórkami. - Chyba artystyczne wybryki. Pamiętasz, jak rozlałeś wino na dyrygenta?
Wiesława parsknęła śmiechem, aż jej rude loki zadrżały. - O, to musiało być widowisko! U nas w chlewie takich numerów nie uświadczysz.
Krystyna uśmiechnęła się blado, ale jej spojrzenie pozostało przyklejone do stołu. Marek, nie zrażony, podszedł do kredensu - starego, mahoniowego mebla pełnego antyków i wspomnień - i wyciągnął kolejną butelkę. Trunek był ciemny, niemal czarny, gęsty jak syrop, a gdy odkręcił korek, w powietrzu rozszedł się ostry zapach - coś między spirytusem a palonym cukrem.
- Co to za cudo? - spytała Wiesława, mrużąc oczy.
- Domowa robota - odparł Marek z dumą, unosząc butelkę jak trofeum. - Znalazłem w piwnicy, jak się wprowadziliśmy. Poprzedni właściciel musiał być smakoszem.
Rozlał płyn do szklanek, a szkło zalśniło w świetle lampy. Sławomir chwycił swoją porcję pierwszy, unosząc ją w toaście. - Za ciszę po robocie! - rzucił, po czym przechylił głowę i wypił jednym haustem, jak to miał w zwyczaju.
Przez sekundę nic się nie działo. Potem jego twarz wykrzywiła się w grymasie - usta otwarły się w niemym krzyku, oczy zaszły mgłą. Szklanka wypadła mu z ręki, rozbijając się o podłogę, a on runął na stół, przewracając talerz z ogórkami. Ciało zadrgało raz, drugi, i znieruchomiało.
Wiesława wrzasnęła, aż szyby zadrżały. Krystyna zamarła, wpatrując się w Sławomira z otwartymi ustami, jakby nie mogła uwierzyć własnym oczom. Kamila odskoczyła od stołu, przewracając krzesło, a jej dłonie instynktownie powędrowały do piersi.
- Marek, co się dzieje?! - krzyknęła, ale jej głos przebił się przez chaos jak smyczek przez ciszę.
Marek stał jak wryty, wciąż trzymając butelkę. - Ja... nie wiem... Sławek? Sławek, wstawaj!
Podbiegł do rakarza, chwytając go za ramiona, ale głowa Sławomira opadła bezwładnie, a z kącika ust pociekła cienka strużka piany. Wiesława złapała się za głowę, mamrocząc coś o diable, podczas gdy Krystyna zaczęła cicho szlochać, chowając twarz w dłoniach.
- Policja - powiedziała Kamila, odzyskując zimną krew. Wyciągnęła telefon z kieszeni fartucha i wybrała numer, jej palce drżały tylko przez moment. - Marek, odstaw to cholerstwo!
Marek odłożył butelkę na kredens, jakby parzyła mu ręce. Spojrzał na stół - rozlaną ciecz, przewrócone szklanki, martwe ciało Sławomira - i poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Dom, który był ich azylem, pełen ciepła antyków i muzycznych wspomnień, nagle stał się sceną czegoś mrocznego, niewytłumaczalnego.
Za oknem wiatr zawył, przeciągając po szybach jak smyczek po strunach - długi, żałobny dźwięk, który zdawał się kończyć toast za ciszę w sposób, którego nikt się nie spodziewał.
***
Światło policyjnych kogutów migało przez zasłony w salonie Kwiecińskich, rzucając niebieskie smugi na ściany pełne muzycznych wspomnień. Chaos po śmierci Sławomira Machuja wciąż wisiał w powietrzu - przewrócone krzesło, rozlana kałuża trunku na stole, cichy szloch Krystyny w kącie. Marek stał przy kredensie, wpatrując się w butelkę, jakby mogła mu powiedzieć, co poszło nie tak. Kamila chodziła nerwowo wokół stołu, poprawiając serwetki, jakby porządek mógł przywrócić sens tej nocy. Wiesława Owsik, wciąż roztrzęsiona, szeptała coś o klątwie do telefonu, dzwoniąc do męża.
Drzwi otworzyły się z hukiem, wpuszczając chłód i komisarza Ryszarda Moczowoda. Był wysoki, lekko przygarbiony, z siwizną na skroniach i kubkiem kawy w ręku - jakby to był jego nieodłączny atrybut. Za nim wlókł się młody posterunkowy z Łochowa, z notesem i miną człowiekа, który wolałby być gdzie indziej. Moczowód obrzucił salon spojrzeniem - od wiolonczeli w kącie po ciało Sławomira, wciąż leżące na stole, przykryte kocem przez Kamilę.
- No, no - mruknął, stając nad zwłokami. - To co, państwo grają truciznę zamiast koncertów?
Marek drgnął, odrywając wzrok od butelki. - To nie żarty, komisarzu. On po prostu... wypił i padł.
- Widzę - odparł Moczowód sucho, popijając kawę. - Pytanie, dlaczego. Siadajcie wszyscy, pogadamy.