Wrzesień, 1981 rok
- Nie! Nie rób tego! Nie!
Jan usiadł w łóżku, rozglądając się bezradnie po pokoju, jakby znalazł się w nim po raz pierwszy w życiu. Jego spoconą twarz okalały mocno zmierzwione włosy, które rano prawie zawsze nadawały się do mycia. W progu stanęła Jola. Podeszła do łóżka, pogłaskała go po głowie jak matka pocieszająca dziecko, które przeżyło właśnie coś nieprzyjemnego, i bez słowa wyszła.
Wspólnie postanowili, że noce poprzedzające jej dyżury będą spędzać oddzielnie, by mogła zachować trzeźwość umysłu następnego dnia. Dobrze, jeśli koszmar dopadał Jana tylko raz w nocy, ale zdarzało się, że budził go nawet trzykrotnie. Podobnie było i tym razem. Poprzedniego dnia obchodzili pierwszą rocznicę ślubu. Mimo uroczystej kolacji w ciepłym, przyjaznym gronie sen Jana jak zawsze został przerwany.
Jola była jego drugą żoną. Poprzednie małżeństwo rozpadło się z wielu powodów, ale głównie ze względu na tę jego przypadłość i jasno sprecyzowane poglądy na przyszłość, których trzon stanowiło: postanowienie o bezdzietności.
- Dzieci zawsze cierpią najbardziej - powtarzał poprzedniej żonie. - Nie zamierzam przyczyniać się do powoływania ich na świat, w którym czeka je to, co najgorsze.
Jola, silnie uczuciowo zaangażowana w ich związek, starała się pomóc mężowi w rozwiązaniu problemu prześladujących go sennych majaków, co było o tyle trudne, że według jego relacji, w konkretnej chwili niczego nie widział i nie wiedział, gdzie się znajduje. Ale jakaś przemożna, potężna siła zmuszała go do przeciwstawienia się czemuś, do walki z czymś, i to mimo paraliżującego lęku, co zawsze kończyło się tylko identycznym okrzykiem.
Próbowali wieczornych ćwiczeń relaksacyjnych, przy dobrej pogodzie długich spacerów, odpowiedniej diety, słuchania wyciszającej muzyki... Bez efektu. Kolejne noce przebiegały podobnie, jedyną różnicą była liczba uciążliwych epizodów. Obydwoje zdawali sobie sprawę, że źródło problemu tkwi w pogmatwanej przeszłości Jana, o której żonie opowiedział, lecz dosyć pobieżnie, gdyż nadal dotykanie tego ciernia tkwiącego w świadomości i podświadomości było dla niego bolesne. Jola nie chciała go ranić, ale żywiła przekonanie, że sprawy nie rozwiąże się bez wejścia w szczegóły.
Pewnego dnia, gdy Jan po pracy wyszedł o szesnastej z biura, czekała go niespodzianka. Od razu zobaczył, że trochę dalej od głównego wejścia do budynku stoi ich wartburg. Był jasnożółtego koloru, więc rzucał się w oczy, a poza tym samochodów tej marki niezbyt wiele jeździło po peerelowskich ulicach, na których królowały polskie syrenki, warszawy i enerdowskie "mydelniczki", jak nazywano zrobione głównie z plastiku trabanty. Jola wygrała ten samochód jeszcze przed ich ślubem, w losowaniu numerów książeczek samochodowych. Miała tylko jedną - często ludzie zakładali po kilka, by mieć większą szansę na otrzymanie auta - i to dopiero co założoną.
Opowieść o tym, jak to po otrzymaniu zawiadomienia o wygranej boso biegała z cenną kartką urzędowego papieru nie tylko po swoim oddziale, ale po całym szpitalu, prosząc napotkane osoby o przeczytanie informacji, gdyż wciąż nie była pewna, czy ją dobrze zrozumiała, była pierwszą historią, jaką usłyszał Jan z ust swej przyszłej żony. Poznali się wówczas w domu koleżanki Joli, która urządzała sylwestrową prywatkę. Jana namówił do pójścia na nią jego kolega z pracy, który okazał się mężem gospodyni.
W chwili wygranej Jola nie miała prawa jazdy i nawet zastanawiała się, czy nie sprzedać samochodu, zwłaszcza że po jego odbiór, nie wiedzieć dlaczego, trzeba było jechać aż do Krakowa. Zmuszona więc była wynająć do tego kierowcę z pogotowia, z którym potem wracała jako pasażerka. Już przed salonem było wielu chętnych do odkupienia samochodu, lecz Jola, pomna prośby czteroletniej córeczki jej siostry: "Ciociu, nie sprzedawaj, będziemy razem jeździć!", zaraz po powrocie z Krakowa zapisała się na kurs. Mimo wrogiego nastawienia instruktora, nieprzywykłego do uczenia kobiet i wciąż powtarzającego: "Pani się do tego zupełnie nie nadaje", egzamin zdała za pierwszym razem i od tej pory wszędzie jeździła żółtym "Kubusiem" - imię wymyśliła oczywiście siostrzeniczka.
Jan często wytykał jej uzależnienie od samochodu:
- Więcej ruchu, pani doktor! Niedługo do sklepu wjeżdżać będziesz samochodem.
On na robienie prawa jazdy nie miał ochoty, uważając, iż jest nazbyt nerwowy i wciąż trąbiłby na wszystkich nieprzestrzegających przepisów kodeksu drogowego. Tym bardziej że Jola z entuzjazmem siadała za kierownicą, jeśli tylko nie zatrzymywały ją zawodowe obowiązki, a zdarzało się, że i w trakcie ich wykonywania samochód się przydawał. To była druga z opowieści jeszcze wówczas "pani Joli", którą usłyszał podczas pamiętnego sylwestra.
Otóż w czasie dyżuru otrzymała informację, iż piętnaście kilometrów od niewielkiego miasteczka, w którym mieszkali, w polu leży rodząca kobieta. Obydwie karetki pogotowia obsługujące szpital akurat były w terenie, bez wahania więc wsiadła do swego auta i błyskawicznie znalazła się przy rodzącej. Poród był już w fazie zaawansowanej, więc odebrała go na miejscu. Na szczęście pogoda na początku jesieni niczym nie różniła się od letniej. Potem przywiozła matkę z dzieckiem do szpitala. Poproszona, by została matką chrzestną noworodka, oczywiście nie odmówiła. Zasugerowała tylko, że może by jakoś upamiętnić niezwykłe miejsce jego narodzenia. Nie zdziwiła się więc, gdy dziewczynce nadano imię Apolonia, czyli zdrobniale Pola.
- Jak to miło, że jesteś - powiedział Jan, wsiadając do samochodu. - Miałaś coś do załatwienia w mieście?
- Nie, przyjechałam specjalnie do ciebie.
- Naprawdę?
Objął ją, a pocałunek zdawał się nie mieć końca.
- Zapraszam cię na kawę, no i coś do niej, lody, ciastko, co będziesz chciał.
- Czy to dziś jakaś uroczystość, o czymś zapomniałem?
- Spokojnie, żadnej szczególnej okazji nie ma, chciałabym tylko, żebyśmy w dobrej atmosferze spokojnie porozmawiali. Zależy mi, by cię do czegoś namówić.
- Brzmi to nie tylko tajemniczo, ale i groźnie.
- Niczego się nie obawiaj. Bez twojej zgody nic się nie zdarzy.
- Zdajesz sobie chyba sprawę z tego, że będzie to dla mnie trudne. - Jan zawiesił głos. Już blisko godzinę rozmawiali w niewielkiej kawiarni, siedząc w najdalszym zakątku sali, gdzie światło lampy wiszącej pośrodku sufitu niemal wcale nie docierało.
- Pewnie tak będzie, ale szczerze mówiąc, nie widzę innego wyjścia z naszej sytuacji.
- Nawet jeśli temu się poddam, to nie ma przecież gwarancji, że to coś pomoże.
- Doniesienia z Zachodu, głównie ze Stanów Zjednoczonych, są optymistyczne. Tam te metody stosuje się już od dłuższego czasu, i to z powodzeniem, ale oczywiście nigdy nie ma pewności, jak organizm zareaguje. U nas to też nie jest nowość, tylko dotąd terapię tę stosowano w lecznictwie zamkniętym. Laboratorium Psychoedukacji, działające od blisko dwóch lat, i jego oddziały w kilku miastach umożliwiają prowadzenie terapii w trybie ambulatoryjnym. Koleżanka, która mi o tym powiedziała, twierdzi, że już mają na koncie sporo sukcesów.
- No... - Jan, wciąż nieprzekonany, zaczął się głośno zastanawiać.
- Z psychoanalitykiem nie bierzesz ślubu. - Jola nie dawała za wygraną. - Nie spodoba ci się, to nie wykupisz następnej sesji...
Początek sesji terapeutycznej
- Czy znał pan swoich rodziców?
Zapadła cisza. Kobieta wpatrywała się w twarz siedzącego naprzeciwko niej mężczyzny, a on, nieufnie spoglądając na nią spode łba, zdawał się nie rozumieć, o co jej chodzi. Okna gabinetu wychodziły na ruchliwą ulicę, więc cisza, jaka zapadła po jej słowach, nie była martwa, nie paraliżowała uszu pustką. Kiedy przebrzmiał sygnał trzeciego przejeżdżającego samochodu milicyjnego, kobieta znów się odezwała:
- Czy to zbyt trudne pytanie na początek?
- Chyba wszystkie pytania dotyczące mych losów są zbyt trudne, a odpowiedzi na nie niejednoznaczne. - Tym razem mężczyzna zareagował natychmiast.
- Po ogólnym zapoznaniu się z pańską historią wiem, że do dziś jest w niej wiele niejasności i znaków zapytania, lecz jeśli nie będzie pan próbował szukać odpowiedzi na stawiane przeze mnie pytania, to one same się nie ujawnią. A to jest podstawowy warunek, bym mogła panu pomóc.
- A jest w ogóle na to szansa?
- Pewności nigdy nie ma, ale nie podjęłabym się terapii, gdybym w nią zupełnie nie wierzyła.
- Dobrze. Spróbuję. Jeśli więc chodzi o pierwsze pytanie, to odpowiedź brzmi: i tak, i nie.
Jan zmienił pozycję w fotelu.
- Spróbujmy rozwikłać tę kwestię.
- W pierwszym odruchu chciałem zapytać, o których rodziców chodzi, ale szybko się połapałem, że rodziców ma się tylko jednych, chociaż w moim przypadku i to jest dyskusyjne. Dokładnej liczby ludzi, którzy przez jakiś czas się mną opiekowali, a przynajmniej byli do tego zobowiązani, z absolutną pewnością nie znam. Często to takie osoby określane są terminem "rodzice".
- Przepraszam, to ja byłam nadzwyczaj nieprecyzyjna. Chodziło mi o ludzi, z których związku przyszedł pan na świat.
- Zaskoczę panią ponownie, bo nawet na tak zadane pytanie mogę odpowiedzieć: i tak, i nie. Najpierw muszę jednak poprosić, byśmy tych dwoje ludzi nie nazywali rodzicami, tylko tak, jak ja na swój użytek o nich myślę: biologiczni. Dobrze?
- Jak pan sobie życzy.
- No więc biologicznego nigdy nie poznałem, biologiczną spotkałem raz.
- Kiedy to się stało?
- Trochę ponad dziesięć lat temu. Dokładnej daty nie pamiętam, ale mam ją zapisaną w którymś z kalendarzy, bo miało być to dla mnie ważne wydarzenie.
- A nie było?
- Nie, więc daty nie zapamiętałem.
- Był pan już wtedy dorosły...
- Jak najbardziej, przekroczyłem trzydziestkę.
*