Rozdział 9
Na widok Patience schodzącej po schodach coś boleśnie ścisnęło Doriana w piersi, a jego spojrzenie mimowolnie podążyło za nią. Czas zdawał się zwalniać, a świat wokół rozpłynął się, pozostawiając tylko obraz jego żony.
Zniknęła prosta, bura suknia, która skrywała jej prawdziwy blask. Teraz Patience miała na sobie olśniewającą jedwabną kreację w odcieniu pudrowego różu, opływającą jej kształty i podkreślającą delikatne rysy. Ten kolor nadawał jej młodzieńczy, zdrowy blask. Wysoki stan i głęboki dekolt przyciągały wzrok księcia ku obfitemu biustowi, którego widok rozpalał w nim pożądanie. Bufiaste rękawy ozdobione były kryształkami migoczącymi w blasku świec.
Złote loki miała starannie upięte. Kilka skręconych kosmyków okalało jej twarz, a elegancki kok zdobiła delikatna, różowa róża. Jeden lok opadał na jej ramię i książę mimowolnie wyobraził sobie, jak owija go wokół pięści.
Gdy się poruszała, jedwab spódnicy spływał wokół jej nóg niczym wodospad. Długie, kuszące rękawiczki obejmowały jej ramiona, a Dorian wpatrywał się w kuszący pas nagiej skóry między krawędzią rękawiczki a brzegiem rękawa.
A jej twarz... Dobry Boże w niebie, mógłby przemierzyć cały świat i nie znalazłby piękniejszej kobiety. Jej wielkie, wyraziste oczy iskrzyły się, gdy napotkały jego spojrzenie. Długie rzęsy rzucały delikatny cień na zarumienione policzki. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało, a zarazem z radością, nadzieją i ekscytacją.
Był nie tylko oczarowany. Był w piekle.
Przez dwanaście dni po ślubie skutecznie jej unikał, choć boleśnie, niemal podskórnie, czuł jej obecność w Rath Hall. Słyszał jej kroki, słyszał jej głos przez ściany, wyczuwał jej zapach, gdy znajdowała się w tym samym pomieszczeniu.
Była najeźdźczynią - ta śliczna istotka z niewinnymi oczami, pełnymi ustami i ciałem. Zawładnęła jego umysłem. Nie było minuty, by o niej nie myślał.
I nie tylko o niej, lecz także o Johnie.
Nieświadomie stała się jego strażniczką.
Jak, do diabła, miał pójść z nią na przyjęcie u ciotki, skoro wyglądała w ten sposób? Każdy mężczyzna pragnąłby jej tak jak on.
Zastanawiał się, czy jego niezdolność do zbliżenia z Lilith nie jest oznaką trwalszego problemu. Lecz patrząc teraz na Patience, miał całkowitą pewność, że nie chodzi o żadną ułomność ciała - poza wyraźnym, dotkliwym dyskomfortem w spodniach.
Powiedz coś, nakazał sobie.
- Dobry wieczór - odchrząknął, gdy stanęła u jego boku, tak drobna i kusząca, że pragnienie, by jej dotknąć, niemal sprawiało mu ból. - Księżno.
- Czy Waszej Królewskiej Mości podoba się moja suknia? - zapytała. - Czy będzie pan zadowolony, przedstawiając mnie towarzystwu? Czy podobam się panu?
Dobry Boże, czy ona naprawdę pragnęła mu się podobać?
Żałował, że unikał jej przez ostatnie dwa tygodnie, choć wiedział, że było to konieczne. Sam dźwięk tych słów, wypowiedzianych jej pełnymi, różowymi ustami, sprawił, że krew zawrzała mu w żyłach.
Skinął głową, nie mogąc oderwać wzroku od jej warg.
- Owszem - wychrypiał. - Bardzo mi się podobasz, księżno.
Głowę miał zupełnie pustą. To musiały być jej usta. Takie usta nie miały prawa istnieć. Pełne, miękkie, z łukiem kupidyna, który idealnie wpisywał się w delikatne wgłębienie pośrodku dolnej wargi. Jak smakowałyby na jego języku? Czy miałyby smak truskawek, jak sobie wyobrażał? A może wiśni? Albo róż, których zapach zawsze unosił się wokół niej? Czy westchnęłaby, gdyby musnął jej wargi swoimi?
W następnej chwili objął ją ramionami, przyciągnął do piersi i pocałował. Musiał się pochylić, by dosięgnąć jej twarzy - była taka drobna.
Miękka.
Jej usta były najmiększą rzeczą na świecie. Słodkim nektarem, który rozpalił jego ciało. Wsunął język między jej wargi, a ona nieśmiało go przyjęła. Pragnął jej. Bestia w nim szalała. Musiał świadomie się powstrzymywać, by nie rozedrzeć delikatnej koronki i jedwabiu, by nie strącić na podłogę kryształków naszytych na rękawach, a potem nie wziąć jej tak, jak tego pragnął.
Jęknęła w jego usta i zmiękła w jego ramionach. Dotyk jej ciała, zapach róż w nozdrzach działały jak ożywczy eliksir krążący w jego krwi. Nie czuł się już jak mężczyzna. Czuł się jak sam ogień. A ona była jego paliwem, powietrzem, żarem i ciepłem. Boże, musiał ją mieć.
Była jego żoną. To mogło być prawdziwe małżeństwo. Czuł, że pragnie go tak samo, jak on pragnął jej. Mógłby ją do siebie dopuścić, rozmawiać z nią, jadać z nią kolacje, poznać ją...
Chciał tego.
Co on właściwie robił?
Odsunął się i ją puścił.
Chciał tylko jednego łyku jej niewinności, jej czystości. Bliskość z nią, słuchanie jej głosu - nawet jej naiwne pytania - koiły w nim coś jak balsam.
Oddychała równie ciężko jak on. Kuszące półkule jej piersi unosiły się i opadały. Była zarumieniona, jej wargi czerwone od jego pocałunków - i podobała mu się taka. Oczy miała wielkie i ciemne, patrzyła na niego pytająco.
Drżała.
Uświadomił sobie, że on również drży.
- Proszę - wyszeptała. - Co to było?
- Twój pocałunek - odparł.
- Mój pierwszy pocałunek... - powtórzyła, dotykając palcami warg.
Chciał być dla niej pierwszym we wszystkim.
Jedynym.
- To dobrze.
Chciał zepsuć ją na swój występny sposób, napić się jej niewinności i nauczyć ją wszystkiego o ciele i rozkoszy. Ale nie mógł.
- Chodźmy, księżno - powiedział, wprowadzając niezbędny dystans. - Moja ciotka zapewne na nas czeka.
Gdy wyszli i wsiedli do powozu, całe jego jestestwo wciąż chwiało się od pocałunku, od potęgi pożądania, które go pochłonęło. Niech to szlag. Zrozumiał prostą prawdę: nie poprzestanie na jednym pocałunku. Bez względu na konsekwencje.
Kiedy jechali powozem przez lasy w drodze do Londynu, siedziała skulona w przeciwległym rogu - taka mała i niewinna. Boleśnie pragnął przysiąść obok i wziąć ją w ramiona. Do diabła - nie powinien tego robić. Dał jej już bezpieczeństwo, stabilność i bogactwo. Nie mógł - nie powinien - ofiarować swojej empatii ani serca. To byłoby jak oszustwo.
A jednak...
- Coś nie tak? Zimno ci? - zapytał, już sięgając do płaszcza.
- Trochę... - odparła, patrząc na niego wielkimi oczami, które ciemniały, gdy jej spojrzenie ślizgało się po jego ramionach.
Patrzył, jak okrywa się jego płaszczem, i życzył sobie, by to były jego ramiona. Przybliżyła twarz do materiału. Czy go powąchała? Zadowolenie rozlewało się w jego żyłach, gdy widział, jak jego płaszcz ją osłania i chroni. Herb Rathów - czerwony lew w płomieniach - był niczym znak dla całego świata, że należy do niego.
- To raczej... hm... nerwy - przyznała.
- Nerwy? U ciebie? - zapytał.
- Tak! Nigdy nie byłam na przyjęciu w Mayfair... w ogóle nigdy nie byłam na żadnym przyjęciu! Co mam mówić? Jak się zachowywać? O co wolno mi pytać...? A jeśli powiem coś, co cię zawstydzi?
- Zawstydzi mnie?
Rozumiał jej niepokój prowincjonalnej dziewczyny, która wkraczała do wielkiego świata. Zaskoczyło go jednak, że nawet teraz martwiła się tym, by go nie ośmieszyć.
Nie docenił jej. Ani wpływu, jaki na niego miała.
- Tak, ciebie - odparła. - Wychowałeś się w tym świecie. Wszyscy patrzą na ciebie z podziwem. Wielki, bogaty, potężny książę. Ja natomiast wiem, jak to jest, gdy wszyscy spoglądają na ciebie z góry. Nie chcę, by przez skojarzenie ze mną spotkało to i ciebie.
Coś w jego sercu stopniało. Potrzeba, by ją objąć, ścisnęła mu pierś.
- Słodka dziewczyno - powiedział, przysuwając się do niej. - Kompletnie nie obchodzi mnie, co myślą o mnie inni. Ale jeśli ktokolwiek odważy się patrzeć na ciebie z góry, pozna moc mojego gniewu.
Serce niemal mu pękło, gdy jej twarz rozświetlił promienny, topiący lód uśmiech - uśmiech, który już zdążył tak dobrze poznać w tym krótkim czasie.
- Chyba twój temperament ma też dobre strony - westchnęła z ulgą. - Pewność siebie. Chciałabym mieć jej więcej.
Jego pewność siebie? Gdyby tylko wiedziała...
Chciał doświadczać świata tak jak ona - jako prostego, cudownego miejsca. Chciał mieć jej ciekawość ludzi i świata, jej pragnienie więzi, jej entuzjazm. On od innych chciał tylko jednego - by dali mu spokój.
- Nie myśl o pewności siebie - mruknął.
Dobry Boże, czy on ją pocieszał? Od kiedy stał się taki opiekuńczy?
A jednak mówił dalej, niezdolny zostawić jej w niepokoju, pragnąc podnieść ją na duchu.
- Nie potrzebujesz pewności siebie, by przetrwać ten wieczór. Ja będę miał jej dość za nas dwoje. Gdybym miał choć kroplę twojego naturalnego uroku i szczerości, nie musiałbym straszyć ludzi.
Jej uśmiech kolejny raz rozświetlił mrok powozu jak słońce.
- Mnie nie straszysz - wyszeptała, patrząc na niego z błyskiem w oczach.
Och... Lucyferze.
Godzinę później dotarli do Mayfair, a jego ciotka przywitała ich z nieskrywanym entuzjazmem.
- Kochana moja - zawołała, przyglądając się Patience i ujmując jej dłonie w swoje. - Jesteś nie do poznania!
Patience się rozpromieniła, a serce Doriana nabrzmiało, gdy prawdziwa radość rozświetliła twarz jego drogiej ciotki. Była jedyną osobą, która okazała jemu i Chastity współczucie i ludzką życzliwość po tym, jak ich matkę odesłano. Żałował tylko, że nie ożenił się wcześniej, skoro to miało ją tak uszczęśliwić. Zaraz potem poczuł ukłucie winy na myśl, że to wszystko potrwa tylko rok i nie będzie wnuków, o których tak marzyła.
- Nigdy w życiu nie marzyłam o tak pięknych sukniach - powiedziała Patience. - Te, które mi pani podarowała, są wspaniałe!
- Cała przyjemność po mojej stronie - odparła lady Buchanan, puszczając dłonie Patience i posyłając Dorianowi chytre spojrzenie. - I wyraźnie przeszłaś samą siebie tą suknią balową! Zgadzasz się, kochany, że twoja żona wygląda olśniewająco?
Wielkie oczy Patience spoczęły na nim, lśniące nadzieją. Zdawało się, że wstrzymała oddech. Dorian skinął głową, tonąc w ich błękicie.
- Zapiera dech w piersiach - odrzekł. Ujął jej dłoń i wsunął ją pod swoje zgięte ramię.
Przez kilka chwil stali tak, ze splecionymi spojrzeniami, a on znów poczuł znajomy impuls, by przyciągnąć ją bliżej i pocałować.
Ciotka przerwała jego grzeszne myśli, nachylając się do jego ucha.
- Spisałeś się wspaniale, mój drogi. Moje wnuki będą piękne! Błagam, dopilnuj, by wasze małżeństwo układało się bez zarzutu.
Serce Doriana zamarło. Gdyby tylko wiedziała, że to małżeństwo było skazane na klęskę, zanim się zaczęło.
- Patience... czy mogę mówić do ciebie po imieniu? Wiem, że powinnam mówić "księżno", ale pomyślałam, że nie będziesz miała nic przeciwko. A ty zwracaj się do mnie "ciociu", nie "lady Buchanan".
Patience skinęła głową.
- To wspaniały pomysł! Zdecydowanie wolę tak.
- Doskonale. A teraz powiedz mi, Patience, jak Dorian cię traktuje? - zapytała, wyjmując dłoń Patience spod ramienia Doriana i wsuwając ją pod swoje, po czym poprowadziła ją w stronę stołu z ponczem i kieliszkami.
Dorian podążył za nimi na tyle blisko, by słyszeć.
- Bardzo dobrze - odparła Patience i zerknęła na Doriana. - Ma pani wspaniałego siostrzeńca.
- Och, wiem o tym - odparła jego ciotka z zadowolonym uśmiechem. - Jeśli wydaje się mrukliwy albo zaczyna warczeć, nie bierz tego do siebie. W głębi serca to naprawdę słodki chłopiec.
Dorian miał ochotę zawarczeć w odpowiedzi, lecz się powstrzymał. Gdy ciotka oprowadzała jego i Patience po sali balowej, przedstawiając ich ważnym osobistościom towarzystwa, myślał tylko o tym, jak ochronić swoją piękną żonę przed drapieżnymi spojrzeniami innych mężczyzn.
Była naiwna, a oni mogliby ją zmiażdżyć. Niektórzy chcieliby z niej kpić, bo pochodziła z ubogiej linii szlacheckiej. Może nawet wiedzieli o skandalu związanym z jej nazwiskiem. Inni, drapieżnicy tacy jak on, chcieliby wykorzystać jej niewinność, by ją uwieść.
Czuł, jak skóra cierpnie mu na karku, gdy poruszali się po sali wypełnionej dwoma albo nawet trzema tuzinami gości. Wszyscy obrzucali jego żonę ciekawskimi spojrzeniami. Niektóre były osądzające. Inne - jak przewidział - pełne męskiego zachwytu i pożądania. Zewsząd dobiegały szepty.
Ciotka zatrzymała się przed grupą ludzi, stawiając Patience dumnie u swego boku. Wokół nich utworzył się krąg nowych znajomych, a jego żona znalazła się w centrum uwagi.
Lord Bentley, dżentelmen w wieku jego ciotki, odezwał się:
- Wasza Książęca Mość, doskonale sobie pani radzi. Musi pani być pojętną uczennicą. To cenna cecha dla księżnej, która ma przed sobą tak stromą drogę w towarzyskiej hierarchii.
Dorian się napiął, już otwierając usta, by bronić żony. Ku swojemu zaskoczeniu spostrzegł jednak, że Patience nie skuliła się ani nie speszyła.
Zaśmiała się i obdarzyła lorda Bentleya tym jasnym, migoczącym uśmiechem, który zdawał się rozświetlać całe pomieszczenie.
- Ma pan rację, lordzie Bentley, to była niezła podróż. Całkiem niedawno znalazłam się w niezręcznej sytuacji. Jestem tak przyzwyczajona do robienia wszystkiego sama, że zupełnie zapomniałam o całej armii służby do mojej dyspozycji. Przez dobre pół godziny szukałam miotły, by zamieść niewielki bałagan w swoich komnatach, po czym przypomniałam sobie, że mogę po prostu zadzwonić po pokojówkę!
Patrzył na nią z podziwem, gdy panie i panowie wokół nich się roześmiali. Napięcie w jego piersi zelżało. Nie musiała się martwić o pewność siebie - była odważna nie tylko wobec niego, gdy zadawała pytania i wysuwała prośby.
Ona była po prostu... sobą.
Nie mógł oderwać od niej wzroku, gdy z czarującym uśmiechem ciągnęła:
- A potem niemal doprowadziłam swoją pokojówkę do omdlenia. Ponieważ nie było przy mnie mojej siostry Anne, bezwiednie zaczęłam cerować niewielką dziurkę w pończosze, ku przerażeniu tej biednej Francuzki! Upierała się, że takie zajęcia są niegodne księżnej, i porwała "winny" przedmiot, pozostawiając mnie z rozważaniami nad tajemniczymi obyczajami arystokracji.
Gdy wszyscy znów się roześmiali, Dorian bez trudu wyobraził sobie szok francuskiej pokojówki, którą kazała zatrudnić pani Knight. To również napełniło go ciepłym rozbawieniem. Jego dłoń znalazła się blisko ramienia Patience. Czuł między sobą a żoną iskry energii, niczym drobne rozbłyski przyjemności.
W trakcie rozmowy do grupy podeszła wdowa księżna Grandhampton wraz z lady Hazel Fitzgerald, najstarszą z młodszych sióstr księcia Kelford, która wyglądała na bardzo zdenerwowaną. Dorian przywitał starszą damę z szacunkiem - znał dobrze jej wnuka, Spencera Seatona. Wdowa była jedną z najbliższych przyjaciółek jego ciotki. Panie przywitały się serdecznie. W siódmej dekadzie życia miała przenikliwe, błękitne oczy i perfekcyjnie ułożone siwe włosy.
- Muszę powiedzieć - oznajmiła - że to odświeżające spotkać księżnę o tak przyziemnej naturze i z nową perspektywą.
Zgadzał się z tym. Tak jak jego ciotka i wszyscy wokół, był oczarowany własną żoną. Czuł w sobie sprzeczność: dumę, że ma taką kobietę u swego boku, i jednocześnie pragnienie, by zatrzymać ją tylko dla siebie i nie pozwolić drapieżnikom z towarzystwa przygasić jej światła.
Kto by pomyślał, że młoda i niewinna dziewczyna okaże się dla niego idealną żoną i towarzyszką?
Kto by pomyślał, że tak bardzo mu się to spodoba?
Gdy ciotka zaprowadziła Patience do kolejnej grupy, a Patience wciąż wszystkich czarowała, Dorian dostrzegł Spencera z Joanną i przeprosił, by zamienić kilka słów ze starym przyjacielem i jego żoną.
Wkrótce odnaleźli go Lucien i Constantine. Czy mógł ufać któremukolwiek z nich w sprawach Patience tak, jak Spencer niedawno zaufał jemu, powierzając mu ochronę Joanny?
Lord Spencer Seaton wrócił do Londynu w zeszłym roku po przymusowym wcieleniu do wojska. Stracił tytuł księcia i wszystko inne, ponieważ uznano go za zmarłego. Trudno mu było się odnaleźć, a to panna Joanna Digby przywróciła go do życia, gdy razem stawiali czoła wspólnemu wrogowi. Spencer poprosił Doriana, by czuwał nad Joanną, a on obronił ją przed potężnym mężczyzną, który próbował ich zabić.
Zanim zdążył dłużej się nad tym zastanawiać, przyjaciele odciągnęli go do pustego pokoju obok sali balowej.
- Jak się czujesz po Elizjum? - zapytał Lucien. - Wyszedłeś wcześniej. Wszystko w porządku?
- W porządku. Ja... hm... - Obejrzał się przez ramię, by się upewnić, że nikt ich nie słyszy. - Nie skorzystałem z usług Lilith.
Przyjaciele spojrzeli po sobie.
- Dlaczegóż to? - zapytał Lucien.
Pryde westchnął głęboko. Jego kasztanowe oczy wyrażały zrozumienie.
- Bo w głębi duszy jest lojalnym człowiekiem. Ma żonę i nie zhańbiłby jej honoru z inną kobietą.
Dorian poczuł, jak napinają mu się szczęki, i skinął głową. Pryde rozumiał kwestie honoru jak mało kto.
- Mówiłem ci, że stąpasz po cienkim lodzie, przyjacielu. Ostrzegałem cię, że to katastrofalne małżeństwo.
- Jeśli chce się kochać z własną żoną, co w tym złego? - zapytał Lucien. - Spójrz na nią. Gdyby była moja, nie wychodziłbym z jej łóżka.
Ostra fala zazdrości sprawiła, że Dorian zacisnął zęby. Wszyscy trzej spojrzeli na Patience, którą widzieli przez otwarte drzwi. Stała kilkanaście kroków dalej, promienna, śmiejąca się dźwięcznie i rozbawiająca wszystkich wokół. Jej spojrzenie szybko odnalazło Doriana i znów poczuł tę samą euforię co podczas pocałunku.
- Udajmy, że nie wspomniałeś o mojej żonie i swoim łóżku w jednym zdaniu - warknął przez zaciśnięte zęby. - Następnym razem, gdy zasugerujesz coś podobnego, pożegnasz się z życiem.
Pryde przygryzł dolną wargę, wysuwając podbródek.
- Rath, opanuj się. Warczysz na najlepszego przyjaciela. Odmawiasz spółkowania z kimkolwiek poza żoną. Wyraźnie jej pragniesz.
Szczęki Doriana zacisnęły się tak mocno, że niemal zabolały.
- On ma rację - zgodził się Lucien.
- Musisz się zastanowić, co z tym zrobisz - nalegał Pryde. - Pragniesz bliskości z żoną, ale wyraźnie nie możesz powiedzieć jej wszystkiego. To nie dotyczy tylko ciebie. My dwaj też jesteśmy winni. Pomogliśmy ci to ukryć. Zaaranżowaliśmy samobójstwo. Okłamywaliśmy wszystkim przez dwanaście lat.
Lucien westchnął.
- Przepraszam. Tylko się z tobą droczę, przyjacielu. Nigdy nie próbowałbym uwieść twojej żony.
Dorian skinął głową.
- Wiem. Wiem. Nie potrafię patrzeć na nią, nie przypominając sobie tamtego zdarzenia w Oksfordzie z jej bratem.
- Wasza Książęca Mość - odezwał się zdławiony kobiecy głos... który aż nazbyt dobrze znał.
Odwrócił się i zobaczył Patience w progu.
- Jakież to zdarzenie związane z moim bratem? - zapytała.
Dorian znieruchomiał, serce ciążyło mu jak kamień.
Dobry Boże, jak to możliwe, że podeszła tak blisko, skoro przed chwilą widział ją rozmawiającą z grupą ludzi kilka kroków stąd?
Jej oczy były szeroko otwarte. Światło, które widział w nich jeszcze kilka minut wcześniej, zgasło. Zniknęła też iskrząca więź między nimi.
Co on sobie w ogóle wyobrażał? Całować ją... być z niej dumnym... wyobrażać sobie życie, którego i tak nigdy nie będą mieli?
To było jego przeznaczenie - strzec straszliwego sekretu. Być nieszczęśliwym. Być samotnym.
Szukał właściwych słów, lecz wydusił z siebie tylko:
- Patience, ja...
- Znałeś go? - zażądała odpowiedzi.
Serce biło mu jak oszalałe. Wstyd i strach niemal zagłuszały rozsądek. Ściany zdawały się napierać. Sekret, który tak starannie chronił, był teraz zagrożony obnażeniem niczym otwarta rana. Nie potrafił tego znieść - zwłaszcza po tym, jak pozwolił sobie uwierzyć, choćby na chwilę, że między nim a Patience może być coś prawdziwego.
- Dosyć! - ryknął, a jego głos odbił się echem w komnacie, gdy uderzył pięścią w stojący obok stół, strącając na podłogę ozdobny wazon.
Odłamki porcelany rozsypały się po pokoju. Gwar rozmów w sąsiedniej sali ucichł. Kilka osób podeszło do drzwi, by zajrzeć do środka.
- Dorianie... - powiedział cicho Lucien, typowym dla siebie ostrzegawczym tonem. - To już zaszło trochę za daleko.
- Wasza Książęca Mość, proszę... - wyszeptała Patience, robiąc niepewny krok w jego stronę, z oczami pełnymi strachu i troski.
Lokaj pospiesznie podszedł, by zebrać odłamki wazonu.
- Zostań tam! - warknął Dorian do Patience, niezdolny powstrzymać furii, która go zalewała. - Nie rozumiesz sił, jakie tu działają, ani niebezpieczeństwa, na jakie się narażasz, szukając odpowiedzi!
Patience zawahała się, marszcząc brwi.
- Ale dlaczego? O co ja właściwie zapytałam?
- Nie będę odpowiadał na pytania naiwnej, wychowanej pod kloszem dziewczyny, która nie zna prawdziwego świata!
Gdy tylko te słowa opuściły jego usta, Dorian spostrzegł, jak bardzo zranił swoją żonę. Twarz Patience pobladła, jakby wymierzył jej policzek. I w tej chwili wiedział, że te maleńkie przebłyski szczęścia, na które pozwolił sobie wcześniej tego dnia, właśnie zgasły.
- Skoro tak pan naprawdę uważa, Wasza Książęca Mość - wyszeptała łamiącym się głosem - nie będę już więcej sprawiać panu kłopotu.
Z ostatnim, pełnym bólu spojrzeniem odwróciła się i wybiegła z komnaty, zostawiając Doriana pośród wpatrujących się w niego dam i dżentelmenów, wśród szczątków jego furii.
- Pryde, nigdy nie miałeś więcej racji. Nie ma dwojga ludzi bardziej nieodpowiednich dla siebie niż ona i ja.