Rozdział 3
Jeszcze dwadzieścia siedem dni.
Tyle tylko musiała przetrwać Temperance, by w dniu swych urodzin odzyskać wolność i majątek.
Zadrżała z zimna i szczelniej otuliła się pelisą. Późnolistopadowy wiatr hulający po Coburg Street w Mayfair przenikał przez wszystkie warstwy jej ubrań. Niebo było ciężkie i ołowiane, a gwałtowne podmuchy śniegu smagały jej twarz, kłując skórę niczym tysiące igieł.
Choć pobliski kościół dopiero co wybił południe, ulica wydawała się pogrążona w mroku. Zanosiło się na śnieżycę.
Ostatni tydzień spędziła w przytułku dla kobiet w Whitechapel, prowadzonym przez pannę Grace Lockhart, z całą zaciekłością starając się nie myśleć o pocałunku tamtego nikczemnika na ulicy. Nie mogła jednak zostać w ochronce dłużej. Każdego dnia przybywały nowe ciężarne kobiety i młode matki, które znacznie bardziej od niej potrzebowały schronienia przed zimą. Nadszedł czas, by ruszyć dalej.
A rozwiązanie znajdowało się tuż przed nią. Piękny londyński dom należący do księcia Eccess, który - jak głosiło ogłoszenie zamieszczone w "London Times" - poszukiwał guwernantki dla trojga dzieci. Była to dla Temperance szansa, by ukryć się na widoku, pozostać niewidzialną dla towarzystwa, które bez trudu rozpoznałoby w niej lady Agathę Hale, Szaloną Dziedziczkę. Nie odpowiedziała na ogłoszenie listownie, jak przyjęło się robić, ponieważ zwyczajnie zabrakło jej czasu. Jej szanse były więc niewielkie.
Mimo to musiała spróbować.
Ściskając mocno w dłoni swoją torbę, ruszyła ku domowi. Był ogromny - czteropiętrowy budynek bez trudu pomieściłby trzy londyńskie rezydencje jej ojca. Tamta znajdowała się zaledwie sześć ulic dalej i to właśnie tam zapewne przebywali teraz jej macocha i Bartholomew, przeczesując Londyn w poszukiwaniu śladu zbiegłej dziedziczki. Nieskazitelnie biały gmach, wzniesiony w stylu palladiańskim, z wysokimi wykuszowymi oknami, zdobiła kompozycja przedstawiająca grecki panteon. W jej centrum znajdował się Dionizos, bóg wina i uciech, z wieńcem bluszczu na głowie i kiścią winogron w dłoni.
Zwykle rześki zapach śniegu unoszący się w powietrzu napełniał Temperance radością i poczuciem domowego bezpieczeństwa. Papa przygotowywałby się właśnie do jej urodzin, zamieniając cały okres adwentu w pasmo niespodzianek. Zaszywali się wtedy razem w domu, przeprowadzali doświadczenia, czytali książki i dyskutowali o nauce przed płonącym kominku w jego bibliotece.
Teraz... Stojąc samotnie na ulicy, bez domu, który chroniłby ją przed zimnem, Temperance nigdy jeszcze tak dotkliwie nie odczuwała nieobecności ojca. Łzy zapiekły ją pod powiekami, gdy zatrzymała się przed szerokimi schodami prowadzącymi do drzwi wejściowych, ukrytych pod portykiem wspartym na kolumnach. Musiała jedynie zrobić to, czego nauczył ją papa: przyjrzeć się własnym uczuciom i emocjom. Przyjąć smutek, rozpacz i gniew. Pozwolić im wybrzmieć, odzyskać panowanie nad sobą, a potem wejść po tych schodach i zapukać do drzwi. Tam czekało ją najtrudniejsze przedsięwzięcie w całym jej życiu. Musiała sprzedać samą siebie.
Ale zanim Temperance zdążyła postawić pierwszy krok, wielkie ciemne drzwi wejściowe otworzyły się z głośnym trzaskiem i wybiegła przez nie siwowłosa kobieta w brązowej sukni. Jej pelisa była rozpięta, a z niewielkiej podróżnej torby, którą ściskała w dłoni, wystawał skrawek ubrania. Oczy miała szeroko otwarte, podczas gdy surowe jajko powoli spływało po jej twarzy spod przekrzywionego czepka.
Na dole schodów zatrzymała się, wyciągnęła chusteczkę i zaczęła wycierać jajko z pelisy.
Temperance podeszła bliżej.
- Nic pani nie jest?
Kobieta prychnęła.
- Już nie. Od chwili, gdy opuściłam ten dom!
Temperance przebiegł nerwowy dreszcz. Umierała z ciekawości, kim była ta kobieta i co doprowadziło ją do takiego stanu - nie wspominając już o jajku spływającym po jej twarzy - ale nie odważyła się pytać.
- Czy to Dulcis Court?
Kobieta gwałtownie uniosła głowę i zmierzyła Temperance uważnym spojrzeniem.
- A dlaczego pani pyta?
- Chcę ubiegać się o posadę guwernantki. W odpowiedzi na ogłoszenie.
Kobieta odchyliła głowę i wybuchnęła śmiechem przypominającym krakanie wrony. Wyglądała, jakby znajdowała się na granicy histerii.
- Proszę mnie posłuchać. Niech się pani odwróci i odejdzie! Te małe diabły doprowadzą panią do obłędu.
Chwilę później już jej nie było. Obcasy stukały nerwowo o kamienne płyty chodnika, gdy oddalała się w pośpiechu.
Żołądek Temperance ścisnął się w złym przeczuciu. Czy te dzieci naprawdę rzuciły kobiecie jajkiem w twarz? Jak bardzo mogły być nieznośne?
Tak czy inaczej, wyglądało na to, że stanowisko guwernantki właśnie się zwolniło.
Musiała zaryzykować. Nie miała pieniędzy ani żadnego innego miejsca, gdzie mogłaby się ukryć. Guwernantka miała status zbliżony do służby. Przebywała głównie w szkolnej sali i dziecięcych sypialniach, niemal nigdy nie widując pana ani pani domu. To odpowiadałoby jej idealnie aż do Bożego Narodzenia.
Boże Narodzenie i wolność.
Temperance weszła po schodach i zapukała.
Drzwi otworzył kamerdyner - mężczyzna około pięćdziesiątki - który zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.
- Tak?
- Dzień dobry - powiedziała najpogodniej, jak umiała, choć puls czuła aż w koniuszkach palców. - Przyszłam w sprawie posady guwernantki.
- Czy jest pani umówiona?
- Nie. Ale miałam nadzieję...
Z wnętrza domu, gdzieś za plecami kamerdynera, dobiegł kobiecy krzyk. W jasno oświetlonym holu wejściowym panował istny rozgardiasz. Jedna pokojówka ścierała kurz z kredensu, druga zamiatała podłogę. Trzech lokajów niosło tace z jedzeniem. Tuż za nimi podążało troje dzieci - złotowłosa młoda dama wchodząca właśnie w wiek młodzieńczy, znacznie młodsza dziewczynka oraz chłopiec w wieku między nimi. Chłopiec podkradał jedzenie z tac, a młodsza dziewczynka podstawiła jednemu z lokajów nogę. Taca z ciastkami poszybowała w powietrze, wypieki rozsypały się po podłodze, a sama taca odbiła się od płytek z głośnym brzękiem.
Przez otwarte drzwi Temperance dostrzegła piękne pomieszczenie przygotowywane do wieczornego przyjęcia. To z pewnością nie wróżyło nic dobrego. Czy taki chaos był tu normą? Odpowiadać za niesforne dzieci to jedno, ale znaleźć się w domu, w którym nieustannie odbywają się spotkania towarzyskie, to zupełnie co innego - zwłaszcza że Londyn był o tej porze niemal pusty, ponieważ większość śmietanki towarzyskiej spędzała zimę w swoich wiejskich posiadłościach.
Być może powinna poszukać innego rozwiązania. Innego domu, w którym potrzebowano guwernantki...
- Proszę wybaczyć - powiedziała słabo, odwracając się. - Chyba jednak powinnam...
Nie zdążyła dokończyć zdania. Przez śnieżną zawieję nadjechał galopem potężny mężczyzna na przepięknym kasztanowatym koniu i zatrzymał się gwałtownie tuż przed domem. Potężne rozmiary zwierzęcia, imponująca postura jeźdźca i mistrzostwo, z jakim opanował wierzchowca, sprawiły, że przeszył ją nagły dreszcz. Nie widziała jego twarzy. Mężczyzna przytrzymywał czarny cylinder, a poły kasztanowego płaszcza zasłaniały sylwetkę, gdy wszedł po schodach i minął ją w drzwiach. Jego zapach był jednak znajomy - skóra, koń, drzewo sandałowe, wanilia i drogi alkohol. Kiedy przechodził obok, Temperance zauważyła, że lekko utyka, oszczędzając jedną nogę.
- Wasza Książęca Mość - powitał go kamerdyner, kłaniając się i odbierając od niego cylinder, a następnie płaszcz.
- Powinnam już iść... - wymamrotała Temperance, gorączkowo zastanawiając się, jak przecisnąć się obok mężczyzny i wydostać z domu.
Ale jej wzrok mimowolnie powędrował ku kasztanowemu płaszczowi z długimi połami, idealnie podkreślającemu szerokie barki i plecy zniewalającego jeźdźca. Talia była proporcjonalnie wąska, biodra znacznie smuklejsze od potężnej sylwetki, a bryczesy do jazdy konnej ciasno opinały muskularne uda...
Odwrócił się i Temperance doznała prawdziwego wstrząsu. Był olśniewający. Równie imponujący jak Ben Nevis, najwyższa góra Wielkiej Brytanii, na którą papa zabrał ją kiedyś podczas jednej z ich podróży po kraju. Miodowoblond włosy miał potargane przez wiatr i jazdę konną, a topniejący śnieg pozostawił na nich wilgotne pasma. Był wysoki i niezwykle przystojny - o idealnie zarysowanej szczęce, wyraźnych kościach policzkowych i ciemnobrązowych oczach, które błyszczały głodem, gdy patrzył na nią spod przewróconego konia...
Jej intuicja jej nie zawiodła. To był mężczyzna, który omal nie zabił jej tydzień wcześniej.
Jego oczy zwęziły się z wyraźnym zainteresowaniem, które sprawiło, że jej ciało zalała nieoczekiwana fala ciepła.
- Czy mogę pani w czymś pomóc, panno...?
Nie rozpoznał jej... prawda? "Wasza Książęca Mość" - powiedział przed chwilą kamerdyner.
O nie. Czy to właśnie był książę Eccess? Mężczyzna, który zamieścił ogłoszenie?
Temperance nagle zabrakło tchu. Gorąco zapłonęło na jej policzkach. Stała twarzą w twarz z człowiekiem, który nie tylko skradł jej pierwszy pocałunek... ale również nazwał ją ulicznicą i naraził jej reputację!
Spoliczkowała księcia!
Przez cały miniony tydzień myślała o tamtym pocałunku, choć robiła wszystko, by wyrzucić go z pamięci. To wspomnienie ogrzewało ją podczas zimnych nocy w przytułku. Sama myśl o pracy dla niego, o mieszkaniu z nim pod tym samym dachem, sprawiała, że grunt usuwał jej się spod nóg. Nerwy drgały w całym jej ciele i czuła się niczym instrument, którego struny wibrują od niesłyszalnej melodii.
Co ona wyprawiała? Przyjęcie posady guwernantki w domu tego człowieka byłoby najgorszym pomysłem, jaki mogła mieć. Powinna się odwrócić i odejść. Natychmiast.
A jednak Temperance nie potrafiła się ruszyć. Przyciągał ją do siebie samym spojrzeniem, gdy patrzył na nią z rosnącą ciekawością... aż nagle zdumienie w jego ciemnych oczach ustąpiło miejsca niedowierzaniu i mężczyzna zamrugał. Książę Eccess zmarszczył brwi. Zacisnął pięści, a jego ramiona zesztywniały. Oddech wyraźnie mu przyspieszył, pierś unosiła się i opadała coraz szybciej. Musiał ją rozpoznać. I z pewnością był na nią wściekły.
Doskonale. I tak nie chciałby jej zatrudnić - nie po tym, jak go obraziła, pozwoliła mu się pocałować, a potem wymierzyła mu policzek.
Żadne z nich tego nie chciało.
- Ta pani przyszła w sprawie ogłoszenia o pracę guwernantki - wyjaśnił kamerdyner.
- Mamy już guwernantkę, Jacobsie - odparł książę.
Kamerdyner pokręcił głową.
- Obawiam się, że panna Hammond właśnie odeszła.
Książę westchnął przeciągle z wyraźną irytacją, a szczęka mu zadrżała, jakby z trudem tłumił gniew. Gdy z salonu dobiegł huk tłuczonej porcelany, a zaraz potem kobiecy okrzyk zaskoczenia i oburzenia, zazgrzytał zębami w narastającej irytacji.
- Właśnie wychodziłam - powiedziała Temperance i się odwróciła.
- Ta dama wspomniała, że nie była umówiona - dodał kamerdyner. - A może jednak Wasza Książęca Mość się jej spodziewał?
Książę Eccess zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów i zmrużył oczy. Pojawił się w nich błysk. Błysk, który Temperance bardzo się nie spodobał.
- W istocie, właśnie na nią czekałem - odparł książę. - Proszę wejść, panno...?
Jej myśli pędziły jak szalone.
- Fields - odpowiedziała, przypominając sobie nazwisko, które wcześniej rozważała. Nie mogła już używać nazwiska Fletcher, skoro ludzie wynajęci przez lady Auster o nim wiedzieli. - Panna Temperance Fields.
Mogła ukryć się pod dowolnym imieniem, ale wybranie własnego wydawało się błogosławieństwem. Temperance miała być ochroną, znakiem od ojca, który pomoże jej przetrwać najbliższe tygodnie, pozostać przy życiu i odzyskać należny spadek.
Papo, pomóż mi, modliła się w duchu.
- Obawiam się jednak, że muszę już iść... - powiedziała Temperance, czując, jak opuszcza ją resztka stanowczości.
Nie miała dokąd pójść. Nie chciała nadużywać gościnności przytułku, zwłaszcza że był przepełniony. Jeśli odejdzie teraz, będzie musiała spędzić noc na ulicy, w przenikliwym zimnie. Przy odrobinie szczęścia znalazłaby może kościół, w którym mogłaby się ukryć do rana.
Z całą pewnością nie mogła zostać tutaj.
Spojrzenie księcia Eccess spoczęło na niewielkiej torbie, którą ściskała w dłoniach.
- Jest pani tego pewna? Tak się składa, rozpaczliwie potrzebujemy guwernantki, a pani przyszła właśnie w sprawie tej posady.
Lodowaty podmuch wiatru sprawił, że Temperance zadrżała. Śnieg smagnął ją po twarzy ostrymi drobinami. Nie pomyliła się - nad Londyn nadciągała prawdziwa śnieżyca. Noc pod gołym niebem oznaczałaby niemal pewną śmierć. Czy przy tym wszystkim zostanie guwernantką w tym domu naprawdę było aż tak złym pomysłem? Co stanowiło większe niebezpieczeństwo - lekkomyślny książę jako pracodawca czy przenikliwy mróz na ulicy?
- Dobrze - odpowiedziała.
Kamerdyner skinął głową i odsunął się, wpuszczając ją do środka właśnie w chwili, gdy troje dzieci wybiegło z salonu i pomknęło po schodach na górę.
Temperance aż podskoczyła, gdy książę zawołał za nimi:
- Wiem, co zrobiliście! Panna Hammond właśnie zrezygnowała z posady!
Pojawił się lokaj niosący tacę z niewielkimi przekąskami przypominającymi paszteciki z mięsnym lub wątrobianym farszem, podobnym do foie gras, udekorowane świeżymi gałązkami ziół. Książę Eccess sięgnął po jeden z nich i zaczął żuć, posyłając dzieciom gniewne spojrzenie.
W odpowiedzi rozległ się ich chichot. Gdy Temperance zdjęła pelisę i podawała ją kamerdynerowi, Jacobsowi, chłopiec wyciągnął drewniane pudełko, otworzył je, a ze środka wybiegły trzy małe, szare futrzaste kulki, które popędziły po schodach w dół i zniknęły w salonie. Powietrze przeszył kolejny kobiecy krzyk - prawdopodobnie jednej ze służących - a zaraz potem rozległ się brzęk sztućców rozsypujących się po podłodze. Dzieci wybuchnęły śmiechem na szczycie schodów.
- Są niewątpliwie bardzo inteligentne - powiedziała Temperance, obserwując uważnie wszystkich troje. - Być może jednak powinny skierować swoje talenty ku zajęciom nieco mniej... mysim. A jeśli chodzi o myszy, wystarczy kot.
Przechylił głowę, a w kącikach jego brązowych oczu pojawiły się zmarszczki rozbawienia.
- Proszę za mną.
Gdy weszli do jego gabinetu, usiadł za wielkim biurkiem i nalał sobie do kieliszka ciemnego trunku. Kamerdyner postawił na blacie tacę z przekąskami i wyszedł. Wszystko w tym pomieszczeniu przywodziło na myśl wygodę i beztroskie przyjemności. Sofa wyglądała na dużą i miękką, a pokrywające ją poduszki - na aksamitne w dotyku. Marmurowy kominek, w którym wesoło trzaskał ogień, dawał kojące ciepło, budząc w Temperance niemal nieodpartą pokusę, by wyciągnąć dłonie ku płomieniom i ogrzać przemarznięte palce. Zasłony były ciężkie i pluszowe, dywan miękki i czerwony. Na ścianach nie wisiały wyłącznie marynistyczne sceny sztormów ani portrety surowych książąt z poprzednich pokoleń. Część z obrazów przedstawiała skąpo odziane kobiety grające na instrumentach, odpoczywające w kuszących ogrodach lub oddające się słodkim przyjemnościom. Na innych płótnach wibrowały kolorami stoły uginające się od owoców, win, serów, mięs i deserów.
Książę Eccess siedział wygodnie w swoim fotelu niczym panna i władca tego domu. Uniósł kieliszek, zaczerpnął głęboko aromatu trunku, po czym z widocznym zadowoleniem upił łyk.
- Kot mógłby pani zdaniem rozwiązać problem myszy w moim domu. - Spojrzał na nią spod kasztanowych brwi. - Czy ma pani dla mnie jeszcze jakieś wskazówki? Jakieś dodatkowe uwagi dotyczące mojego zachowania, poza tymi, które tak wymownie przedstawiła mi pani tydzień temu?
Temperance poczuła, że jej policzki oblewają się rumieńcem.
- Nie mam.
- Hm. A więc nie zamierza mnie pani przeprosić za tak bezceremonialne zruganie mnie? Ani za uraz nogi, którego doznałem?
- To nie przeze mnie doznał pan urazu, Wasza Książęca Mość. Sam jest pan sobie winien. Powiedziałam już wtedy, że narażał pan zarówno siebie, jak i innych.
- Panno Fields, czy nie zapomina pani przypadkiem, że to ja mogę dać pani posadę, której pani szuka?
Milczała. Serce waliło jej jak młotem, podczas gdy wichura szarpała szybami.
Książę westchnął, wyciągając rękę.
- Proszę zatem o wykaz poprzednich posad.
Żołądek ścisnął jej się z niepokoju.
- Obawiam się, że go nie posiadam.
- A formalne wykształcenie?
Przełknęła ślinę.
- Żadne.
- Żadne? - Uniósł brwi. - Nie zamierza mi pani nawet spróbować zaimponować?
Zanim zdołała się powstrzymać, poczuła, jak budzi się w niej gniew.
- Wasza Książęca Mość jest w błędzie. To pan, jako mój przyszły chlebodawca, powinien starać się zaimponować mnie.
Książę Eccess roześmiał się, po czym wsunął do ust kolejny pasztecik. Zamknął oczy na krótką chwilę, najwyraźniej delektując się smakiem, a następnie otworzył je ponownie. Przez moment zastanawiała się, czy nie zaproponuje jej poczęstunku. Oczywiście jednak książę nie dzieliłby się jedzeniem ani napojem ze służącą. Musiała pamiętać, że nie powinna oczekiwać, iż będzie traktował ją jak równą sobie. Nie była już damą.
Przynajmniej nie do Bożego Narodzenia.
W ciepłym spojrzeniu jego brązowych oczu igrało rozbawienie, gdy przyglądał się jej uważnie, rejestrując każdy szczegół - włosy, twarz, ubranie. Bycie w centrum uwagi tego wielkiego, niezwykle przystojnego mężczyzny było... oszałamiające. Co się z nią działo? Skąd brało się to gorące mrowienie rozlewające się po całym ciele? Ten brak tchu? To dziwne odrętwienie, przez które myśli ulatywały jej z głowy? Dobry Boże. Ona się pociła.
Czy naprawdę tak bardzo przejmowała się tym, jakie robiła na nim wrażenie?
Temperance nigdy szczególnie nie zwracała uwagi na swój wygląd. Zwykle bez zastrzeżeń akceptowała to, co Millie robiła z jej włosami i garderobą. Teraz jednak po raz pierwszy zapragnęła wyglądać atrakcyjnie. Włosy uczesała sama, spinając je w kok tak ciasno, jak tylko potrafiła. Miała na sobie suknię, której nie zmieniała od tygodnia; na niebieskiej wełnie wciąż widniały zaschnięte brązowe plamki po gulaszu. Dbanie o wygląd nie należało w przytułku do rzeczy łatwych. Po raz pierwszy zaczęła dostrzegać każdą zmarszczkę na materiale, każdy włosek i pyłek przyczepiony do sukni. Niespokojnie poruszyła się na krześle.
- Czy byłaby pani tak uprzejma wyjaśnić mi, co guwernantka robiła samotnie na ulicy tak późną porą, bez przyzwoitki?
Temperance posłała mu gniewne spojrzenie.
- A czy Wasza Książęca Mość życzy sobie, bym opowiedziała wszystkim, że to pan pędził ulicami z fajerwerkami, narażając Londyn na pożar i całując niewinne kobiety?
Jego spojrzenie stwardniało niebezpiecznie. Pochylił się nad biurkiem, opierając łokcie o blat.
- Czy to groźba?
- To zależy od pana, Wasza Książęca Mość.
Temperance przełknęła ślinę, sama nie mogąc uwierzyć, że zdobyła się na taką zuchwałość.
- Nie sądzę, panno Fields, by znajdowała się pani w położeniu pozwalającym na wysuwanie gróźb. - Jego głos stał się chłodniejszy. - Czy zdaje sobie pani sprawę, jak podejrzanie wygląda cała ta sytuacja? Samotna kobieta błąkająca się po zmroku. Kobieta, która obraziła księcia, pozwoliła mu się pocałować, a teraz zjawia się w jego domu bez wcześniejszego umówienia wizyty, bez odpowiedzi na ogłoszenie, bez jakichkolwiek dokumentów potwierdzających jej kwalifikacje... i najwyraźniej z całym swoim dobytkiem przy sobie... A mimo to oczekuje pani, że powierzę pod jej opiekę troje dzieci?
Nie odwróciła wzroku.
- A czy Wasza Książęca Mość oczekuje, że będę zachwycona perspektywą pracy w domu człowieka tak lekkomyślnego, że oddając się przyjemnościom, nie zastanawia się nad konsekwencjami, jakie grożą innym?
Drgnęła mu szczęka. Oparł się głębiej w fotelu, wystukał palcami rytm na blacie biurka, po czym sięgnął po kolejny pasztecik.
- Ma pani szczęście, że sytuacja zmusza mnie do ustępstw - powiedział książę Eccess po chwili, gdy przełknął kęs. Podniósł stos papierów. - Nie ma żadnych nowych zgłoszeń, choć ogłoszenie ukazuje się od miesięcy. Nawet gdybyśmy rozpoczęli poszukiwania od nowa, minęłyby tygodnie, zanim udałoby się przeprowadzić rozmowę z nową kandydatką. Zwłaszcza zimą. - Wyciągnął ku niej plik dokumentów. - Albo słyszała pani, jak koszmarna jest to praca, i próbuje wykorzystać naszą desperację, albo sama znajduje się pani w tak rozpaczliwym położeniu, że gotowa jest przyjąć posadę, której żadna porządna guwernantka by nie przyjęła. Która z tych możliwości jest prawdziwa?
Temperance przełknęła ślinę. Choć bardzo tego nie chciała, musiała skłamać.
- Jestem nowa w Londynie. Jestem córką księgarza i drukarza z Cheshire i... mój ojciec niedawno zmarł. - To akurat nie było kłamstwo i serce ścisnęło jej się z bólu. - Nie zostawił mi niczego. Dlatego znalazłam się sama na ulicy po zmroku i nie miałam dokąd pójść. Wasza Książęca Mość sam przed chwilą powiedział, że jest zdesperowany. Cóż... ja również.
Choć zmarszczył brwi, w jego oczach mignęło współczucie.
- Gdzie spędziła pani ostatni tydzień?
- U matki przyjaciółki. Zostałam tam dłużej, niż wypadało. - To również nie było całkowite kłamstwo. Nie musiał wiedzieć nic o przytułku, a pani Barton z pewnością nie miałaby nic przeciwko temu, by została dłużej.
Książę Eccess westchnął i przez chwilę milczał, pogrążony w myślach.
- Jak wyglądała pani edukacja?
c starała się nie drgnąć pod ciężarem jego stalowego spojrzenia i po raz kolejny wyznała tylko część prawdy.
- Pobierałam naukę arytmetyki, geografii, literatury, nauk przyrodniczych, języka francuskiego oraz historii. Matka nadzorowała moją naukę robótek ręcznych i muzyki. Mieliśmy niewielki fortepian. Ojciec pozwalał mi korzystać ze swojej biblioteki, dlatego dobrze znam poetów i filozofów.
- A jak zamierza pani zapanować nad dziećmi?
- Pańskie dzieci są...
- To nie są moje dzieci.
Rumieniec oblał jej policzki. Nie jego dziećmi? Czy to znaczy, że nie był żonaty?
- Och.
Przez chwilę wyglądało na to, że książę Eccess pozwoli jej trwać w niepewności, lecz potem zmarszczył brwi.
- To moi podopieczni. Osierocone dzieci mojego zmarłego kuzyna.
- A czy... czy Jej Książęca Mość będzie uczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczących ich wychowania?
Zamilkł na moment, po czym pochylił się nad biurkiem i przyjrzał jej się jeszcze uważniej, wywołując w niej dziwne, musujące drżenie. Dokładnie tak jak wtedy, gdy ją pocałował. Znów zrobiło jej się gorąco. Czuła się lekka, miękka i podatna na wpływ jego obecności. Skóra mrowiła i była boleśnie wrażliwa.
- Nie ma żadnej "Jej Książęcej Mości", panno Fields.
Dlaczego ta wiadomość przyniosła jej ulgę, nie potrafiła zrozumieć. Powinno być wręcz przeciwnie. Powinna się cieszyć, że jest żonaty i ma żonę. Chociaż nie powstrzymało go to przed pocałowaniem obcej kobiety na ulicy, więc zapewne nie powstrzymałoby go również przed czynieniem jej awansów, gdyby znalazła się pod jego dachem.
To była kolejna kwestia, której wcześniej nie rozważyła. Czy uzna, że może pocałować ją ponownie, kiedy zostanie guwernantką? Wykorzysta swoją pozycję, by zmusić ją do rzeczy, których od niej zapragnie?
Na samą myśl żołądek podszedł jej do gardła. Przysięgła sobie, że nigdy więcej nie pozwoli mu się dotknąć. Nie zamierzała dopuścić, by w jej życiu pojawił się kolejny lord Bartholomew Langston. Lord Langston, siostrzeniec jej macochy, był nie tylko człowiekiem okrutnym, ale również złodziejem. Pięć lat wcześniej ukradł naszyjnik należący do jej ojca i próbował zastawić go w lombardzie, lecz papa odkrył prawdę. Nie potrafiąc odmówić błaganiom lady Auster, ojciec Temperance, dobry i łagodny człowiek, zaniechał dalszych działań. Zachował jednak kwit z lombardu jako dowód - na wszelki wypadek.
Niestety kwit nie znajdował się w jej posiadaniu. Był bezpiecznie ukryty w londyńskiej kamienicy papy - miejscu, do którego Temperance nie mogła się zbliżyć bez ryzyka schwytania.
- Widziała już pani dzieci - odezwał się nagle książę Eccess. - Widziała pani, jak źle się zachowują. Ich szósta guwernantka w tym roku właśnie zrezygnowała. Jaki byłby pani plan? Jak zamierzałaby pani rozpocząć ich edukację i zaprowadzić dyscyplinę?
Temperance przełknęła ślinę. Z pewnością miała wystarczającą wiedzę, by zostać guwernantką, ale doświadczenia z dziećmi miała niewiele. Mogła jedynie wzorować się na swoim ojcu i być dla nich tym, kim on był dla niej - a także odpowiedzieć temu imponującemu mężczyźnie tak, jak odpowiedziałby papa.
- Jak już wspomniałam, wydają się niezwykle bystre. Jestem przekonana, że poprzednie guwernantki nie stawiały przed nimi dostatecznie ambitnych wyzwań ani nie pobudzały ich umysłów.
- A skąd może pani to wiedzieć?
- Ponieważ sama byłam bardzo podobna. Mój ojciec szybko to dostrzegł i mając szczęście dysponować bogatą biblioteką, zachęcał mnie do czytania wszystkiego, co mnie interesowało. Najbardziej fascynowały mnie zagadnienia związane z fizyką, matematyką, algebrą, geografią i chemią.
Książę Eccess lekko przechylił głowę na znak, że przyjął tę odpowiedź do wiadomości. Kącik jego ust drgnął. Miał niezwykle piękne, męskie usta - szerokie i zmysłowe.
- Sądząc po tym, jak pomogła mi pani tamtej nocy na ulicy, a także po tym, że samotnie poradziła sobie pani w Londynie i znalazła sobie schronienie, domyślam się, że jest pani osobą dość odporną. Czy się mylę, panno Fields? Jak szybko mogę spodziewać się pani rezygnacji pod wpływem stresu?
- Niełatwo mnie przestraszyć i jestem bardzo zdeterminowana, Wasza Książęca Mość. - Temperance miała szczerą nadzieję, że to prawda.
Poruszył się w fotelu. Jeden z papierów przesunął się, odsłaniając leżącą pod nim gazetę.
Szalona Dziedziczka wciąż zaginiona! Nagroda pięćdziesięciu funtów dla osoby, która pomoże ją odnaleźć.
Pięćdziesiąt funtów. Dokładnie tyle wynosiła roczna pensja guwernantki w tym domu. Przeszył ją lodowaty dreszcz. Książę wiedział o Szalonej Dziedziczce. Nie wiedział jednak, jak wygląda. I nie miał pojęcia, że siedzi właśnie naprzeciwko niego.
- Czy ma pani chociaż jakieś referencje? - zapytał.
Temperance z początku nawet go nie usłyszała. Jego głos docierał do niej jak przez wodę, podczas gdy panika sparaliżowała jej ciało i odebrała oddech.
- Ja... proszę wybaczyć?
Książę Eccess zmarszczył brwi.
- Referencje, panno Fields. Czy jest ktoś, kto może zaświadczyć, że nie jest pani osobą ukrywającą się pod fałszywym nazwiskiem?
Te słowa były jak smagnięcie bata. Być może dostrzegł strach w jej oczach. Może zauważył, jak krew odpływa jej z twarzy, gdy przeszył ją lodowaty chłód.
Na szczęście rozległo się pukanie do drzwi. Gdy do gabinetu wszedł lokaj z listem na tacy, Temperance cicho i z ulgą wypuściła powietrze, mając nadzieję, że książę tego nie zauważy.
Książę Eccess przez kilka chwil czytał pismo, po czym gwałtownie poderwał się z miejsca. Rumieniec wystąpił na jego wysokie kości policzkowe, a oczy zabłysły podnieceniem.
- Moja kandydatura na stanowisko przewodniczącego Zarządu Handlu została oceniona przychylnie... - wymamrotał. - Przechodzę do kolejnego etapu. Zostałem już tylko ja i jeszcze jeden kandydat.
- Gratuluję, Wasza Książęca Mość - powiedziała cicho Temperance, nerwowo wygładzając zagniecenia swojej sukni.
Przewrócił kartkę na drugą stronę. Jego wyraz twarzy natychmiast się zmienił. Triumf ustąpił miejsca ponuremu niezadowoleniu.
- Ale aby otrzymać tę posadę, muszę zmienić swoje postępowanie... - mruczał, szybko przebiegając wzrokiem kolejne linijki. - Nienaganne zachowanie... koniec z wyścigami... piciem... Wizerunek przykładnego opiekuna rodziny... A do tego wystawny bal bożonarodzeniowy dla zagranicznych dyplomatów, który ma dowieść, że stałem się innym człowiekiem.
Jego szczęka wysunęła się nieco do przodu i poruszyła na boki w ten sam sposób, który Temperance zauważyła już wcześniej.
Książę spojrzał jej prosto w oczy.
- Los wyraźnie pani sprzyja, panno Fields. Wygląda na to, że nie mam wyboru. Nienaganne zachowanie nie dotyczy wyłącznie mnie... lecz również moich podopiecznych. Posada jest pani. Jednak jeśli nie zdoła pani nad nimi zapanować albo odkryję, że ukrywa pani przede mną coś istotnego, będę zmuszony panią zwolnić. - Przyglądał jej się przez chwilę w zamyśleniu. - Jak brzmi pięćdziesiąt funtów rocznie? Zdaje się, że taką kwotę podano w ogłoszeniu. Oczywiście zapewniam utrzymanie i zakwaterowanie. A pracę zaczyna pani natychmiast.
Była już niemal u celu. Musiała tylko zdobyć posadę, która ochroni ją przez te ostatnie niebezpieczne tygodnie. Ostatnia szansa na podjęcie decyzji mogącej wpłynąć na całe jej dalsze życie. Temperance odchrząknęła i spojrzała w stronę okna. Śnieżyca rozpętała się na dobre. Za szybą nie było już widać nic poza bielą.
Nawet gdyby chciała, nie mogła teraz odejść. Wyglądało na to, że nie miała wyboru.
- Przyjmuję ofertę - powiedziała.
- Doskonale. Proszę jak najszybciej zapanować nad dziećmi. Chcę zobaczyć wyraźną poprawę w ich zachowaniu do dnia Świętego Mikołaja. Prawdziwym sprawdzianem będzie jednak bal bożonarodzeniowy. Pojawi się na nim sam premier oraz Jego Królewska Wysokość, a także cała śmietanka towarzyska, która pozostanie tej zimy w Londynie.
Premier. Lord Liverpool. Temperance zamarła. Lord Liverpool był kuzynem drugiego stopnia lady Auster, a podczas swojego jedynego sezonu towarzyskiego została mu przedstawiona. Czy mógł pamiętać lady Agathę Hale?
Papo, modliła się w duchu. Proszę, pomóż mi pozostać bezpieczną.
Wszystko będzie dobrze. Była tego pewna. Trafiła we właściwe miejsce. Musiała jedynie trzymać się z dala od oczu innych i pod żadnym pozorem nie zwracać na siebie uwagi.
Jak trudne mogło się to okazać?