Rozdział 6
Nadszedł dzień jej ślubu. Modesty drżały ręce, gdy przeglądała się w lustrze. W swojej małej sypialni, z pobielonymi ścianami, prostymi drewnianymi meblami i kilkoma małymi akwarelami czuła się na swoim miejscu. Nie interesowały jej luksus i przepych Mayfair.
Grace przyglądała jej się szeroko otwartymi oczami.
- Jak się czujesz?
Modesty spojrzała na najlepszą suknię, jaką posiadała, prostą muślinową w kolorze bzu. Czy to ten kolor sprawiał, że sińce pod jej oczami wyglądały na wyjątkowo ciemne? A może to dlatego, że nie spała od trzech nocy; odkąd książę wtargnął w jej życie ze swoją obraźliwą propozycją? Trzeba było powiedzieć, żeby nigdy więcej się do niej nie odzywał.
A nie za niego wychodzić, na litość boską.
Augustus spał twardo w swoim łóżeczku. Niech każda noc twojego życia będzie taka spokojna, maleńki.
Gdyby nie ta maleńka istotka, wiodłaby dalej skromne, zwyczajne życie, znajdując czasem chwilę na wędrówki po ruinach oraz oglądanie kamieni i skamieniałości, które George przywozi ze swoich wykopalisk. Chciałaby odkryć coś znaczącego, rzucić światło na mroczne zakamarki przeszłości i lepiej zrozumieć, co ukształtowało ludzkość.
Napotkała spojrzenie przyjaciółki i posłała jej wymuszony uśmiech.
- Dobrze.
Grace się rozpromieniła i ścisnęła dłoń Modesty.
- Niewiele osób zdecydowałoby się wywrócić swoje życie do góry nogami dla dziecka, którego nawet nie są rodzicami.
Modesty głęboko westchnęła, próbując uwolnić się od napięcia ściskającego jej krtań. Jest winna Ophelii opiekę nad jej dzieckiem.
- Niektórzy powiedzieliby, że mam wielkie szczęście. Córka pastora zostaje księżną.
Puściła dłoń Grace i podeszła do toaletki. Chwyciła ozdobne pudełeczko, które Constantine przysłał dzień wcześniej. Jej dłonie zaczęły drżeć jeszcze bardziej, gdy uniosła wieczko. Grace cicho westchnęła. Na granatowym aksamicie leżał najwspanialszy naszyjnik, jaki kiedykolwiek widziała. Diamenty i szafiry tworzyły misterny kwiatowy wzór. Złota oprawa miała tak jasny odcień, że wyglądała niemal jak srebro, a metal był tak delikatny, że zdawał się unosić między klejnotami.
Zachichotała.
- To musi być warte więcej niż plebania.
- Piękny - powiedziała Grace. - To prezent od księcia?
- Tak.
- Dlaczego go nie założyłaś?
Modesty gwałtownie wciągnęła powietrze.
- Nie potrafię się zmusić.
- Może to znaczy, że cię docenia? Że chce ci sprawić przyjemność?
- Chce sprawić przyjemność sobie. Chronić swoją reputację. Mamy udawać szaleńczo zakochanych, a ten naszyjnik ma pokazać wszystkim siłę jego uczuć.
- Rozumiem. Więc jednak go założysz?
Modesty zachichotała.
- Spójrz na moją suknię, na moje włosy. Będę niosła bukiet polnych kwiatów, a suknię uszyłam sama. Jak śmiesznie wyglądałby na mnie ten naszyjnik?
Poprzedniego dnia pod jej drzwi dotarło kilka paczek w asyście orszaku pokojówek, gotowych przemienić ją w prawdziwą księżną. W środku znajdowały się jedwabne suknie w modnych kolorach, delikatne pantofelki i czepki ozdobione piórami, kwiatami, perłami i kryształami.
- Jego Książęca Mość nalega - powiedziała kobieta o surowej twarzy, która zapewne wydawała polecenia pozostałym pokojówkom.
Modesty przesunęła dłonią po delikatnych tkaninach.
- Proszę podziękować Jego Książęcej Mości, ale założę własną suknię.
Kobieta zacisnęła usta.
- Panienko, księżna nie może...
- Jeszcze nie jestem księżną - odparła Modesty cicho, ale stanowczo. - A to jest ostatni wybór, jakiego dokonam samodzielnie.
I tak oto stała dziś tutaj. We własnej sukni.
Czuła, że być może popełniła błąd, upierając się przy harmonizującej z jej imieniem skromności.
Modesty zamknęła wieko pudełka i odłożyła je z powrotem na toaletkę.
- Sama myśl o udawaniu jest odrażająca. Chcę tylko chronić małego Augustusa. Nie chcę mieć nic wspólnego z księciem.
Jego próżność i pycha ją odrzucały.
Mimo to za każdym razem, gdy go widziała, robił na niej duże wrażenie. Dlaczego nie mogła przestać patrzeć mu w oczy, tonąć w jego źrenicach?
Grace podniosła ozdobiony fioletowym szafranem łąkowym czepek Modesty i go jej podała.
- A może z czasem jednak będziesz z nim szczęśliwa?
Modesty wciągnęła i wypuściła powietrze, ale ucisk w piersiach nie ustępował.
Włożyła czepek na głowę, a następnie zaczęła wiązać liliowe wstążki.
- Zawsze trzeba mieć nadzieję, prawda?
Godzinę później kroki Modesty odbiły się echem od marmurowej posadzki, gdy weszła do Kościoła Świętego Jerzego. Dźwięk rozpłynął się pod wysokim sklepieniem. Duże witraże w jaskrawych barwach, przez które wpadało światło słoneczne, przypominały klejnoty, przyćmiewając swym urokiem proste szyby jej małego kościoła.
Gdy setki oczu zwróciły się w jej stronę, poczuła ucisk w gardle. Najznamienitsze osobistości z towarzystwa poruszyły się na swoich miejscach, by się jej przyjrzeć. Usłyszała szelest jedwabiu. Księżne i hrabiny miały na sobie stroje warte więcej niż roczny dochód jej ojca, a ich szyje i uszy zdobiły drogocenne klejnoty. W Kościele Wszystkich Świętych znała każdą zniszczoną twarz, każdy połatany odświętny strój. Tutaj nie rozpoznawała nikogo oprócz księcia.
Przed nią rozciągała się wyjątkowo długa nawa. Każdy krok przybliżał Modesty do księcia, który stał sztywno niczym marmurowe kolumny po obu stronach ławek. Jego surdut w kolorze indygo wydawał się nieskazitelny, a halsztuk został ułożony w misterne fałdy. Mężczyzna intensywnie się w nią wpatrywał. Czy w jego ciemnych oczach dostrzegła miłość? Zadrżała, zastanawiając się, jak to możliwe, że ten człowiek z taką łatwością panuje nad przestrzenią wokół siebie. To był jej przyszły mąż; ten obcy człowiek należący do luksusowego świata, który jej wydawał się równie odległy jak Księżyc.
Biskup Londynu wygłosił monotonne kazanie, po czym przyszedł czas na przysięgę małżeńską.
- Ja, Constantine Buccleigh - głos mężczyzny niósł się po kościele - książę Pryde, biorę cię, panno Modesty Fairchild, za żonę...
Jego palce musnęły jej dłoń, gdy wsuwał obrączkę. Ten dotyk przyprawił ją o dreszcz. Jego dłonie były duże, ciepłe i silne, ale o eleganckich palcach. Zastanawiała się, dlaczego tak przyjemnie jest czuć je na swojej skórze.
Kiedy nadeszła jej kolej, musiała dwa razy przełknąć ślinę, zanim się odezwała.
- Ja, Modesty Fairchild - powiedziała lekko drżącym głosem - biorę cię, Constantine Buccleigh...
Złożyła przysięgę, choć później nie będzie pamiętać, co powiedziała. Krępowała ją jego obecność; subtelny zapach bergamotki, wetywerii i skóry, który go otulał, miarowe unoszenie się i opadanie jego piersi, a także fakt, że zdawał się nad nią górować, mimo że był tylko trochę wyższy.
Ich oczy spotkały się ponad splecionymi dłońmi. W jego spojrzeniu mignęło coś nieuchwytnego. Duma? Satysfakcja? Przez chwilę zdawało jej się, że pod marmurową fasadą dostrzega chłopca - samotnego, nieśmiałego, ale pełnego nadziei. Zanim jednak zdążyła się upewnić, błysk zniknął, zastąpiony znajomą maską arystokratycznej obojętności.
- Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela - zaintonował biskup.
Palce księcia zacisnęły się niemal niedostrzegalnie na jej dłoniach. Czy to był gest otuchy, czy raczej przypomnienie o ich umowie? Nie wiedziała, a ta niepewność sprawiała, że jej serce trzepotało w piersi jak uwięziony ptak.
Co właśnie zrobiła?
Pół godziny później w rezydencji Pryde'aw Mayfair odbyło się weselne śniadanie.
Stali z księciem obok siebie w wielkiej sali. Żar bijący od jego ciała zdawał się ją przyciągać, choć zasady dobrego wychowania nakazywały zachować dystans. Na ścianach w odcieniu indygo wisiały lustra w złotych ramach. Pomiędzy obrazami przedstawiającymi sztorm na morzu i bitewne zwycięstwa stały marmurowe posągi. Duży stół zastawiono półmiskami z zimnymi pasztecikami z dziczyzny, glazurowaną szynką, tortem panny młodej, słodyczami, przetworami owocowymi, świeżym chlebem z masłem i wędlinami.
Kiedy przybyli goście, książę nie odstępował jej na krok. Przedstawiał ją tak wielu lordom i damom, książętom i księżnym, że nie pamiętała ich imion i tylko uśmiechała się z rezerwą.
Czuła skupioną na sobie uwagę księcia, która przypominała jej delikatny podmuch bijący od ogniska.
Kiedy wszyscy goście zebrali się wokół nich, książę odchrząknął.
- Wiem, że wielu z was zdziwiło tak szybkie ogłoszenie ślubu - oznajmił. - Ale ja po prostu nie mogłem się doczekać, aż uczynię tę uroczą młodą damę swoją żoną.
Żołądek ścisnął jej się na te słowa. Czy on naprawdę je wypowiedział? Ktoś taki jak on? Podniosła wzrok. Patrzył prosto na nią, a jego spojrzenie otulało ją ciepłem.
- Piękna - powiedział, a jego kasztanowe oczy pociemniały, gdy się w nią wpatrywał. - Niesamowicie miła. Kobieta, która kocha historię i starożytność. Skromna, o nienagannych manierach. Mam wielkie szczęście, że mogę cię nazywać swoją żoną.
Przełknęła ślinę, czując suchość w gardle. Głęboki ton jego głosu wibrował w jej ciele i poczuła, że lekko się do niego zbliżyła. Gdy mówił, mięśnie jego szczęki drgały pod skórą, a jej wzrok wbrew rozsądkowi powędrował ku jego pełnej dolnej wardze. Z pewnością tylko udawał, ale dlaczego każde słowo zdawało się trafiać prosto w jej serce?
- Kobieta bez reszty oddana innym - kontynuował, a jego głos zniżył się do intymnego szeptu, jakby przeznaczonego tylko dla niej. Przysunął się bliżej, jego szerokie ramiona niemal osłaniały ją przed tłumem, tworząc intymną przestrzeń pośród zgromadzonych. Jego oddech muskał jej skroń, gdy mówił. - Która pomaga w przytułku dla kobiet, kocha polne kwiaty i troszczy się o innych tak bardzo, że zrobi dla nich wszystko.
Nie potrafiła oderwać wzroku od jego oczu, gdy uniósł kieliszek, a jego sygnet odbijał światło. Kosmyk ciemnych włosów opadł mu na czoło, łagodząc jego zazwyczaj surową twarz i nadając mu młodzieńczy wygląd. Gdy objął ją dłonią w talii, przez cienki muślin sukni poczuła bijące od niego ciepło.
- Za Modesty Buccleigh, nową księżną Pryde.
Dotyk jego dłoni, ciepło jego ciała, hipnotyzująca głębia jego oczu... Kręciło jej się w głowie, ale nie była pewna, czy to z powodu wina, czy czegoś o wiele groźniejszego.
Reszta sali zawtórowała księciu. Wznoszono toasty, a Modesty czuła się oszołomiona uwagą, jaką jej poświęcano. Upiła łyk wina. Dziś po raz pierwszy skosztowała szampana, a ten szczypał ją w język. Gdy chwilę później trunek dotarł do krwi, ogarnęła ją lekka euforia, od której zrobiło jej się słabo.
Nie podobał jej się ten stan.
Książę również pił, nie spuszczając z niej wzroku.
- Jesteś głodna? - zapytał cicho. - Chcesz coś zjeść?
Odwróciła się do stołu i ze zdziwieniem spostrzegła polne kwiaty w wazonach stojących wśród talerzy z mięsem, pasztecikami i chlebem. W wielu bukietach był fioletowy szafran łąkowy, więc dekoracje wyjątkowo dobrze pasowały do jej stroju.
- Nie, nie dam rady nic zjeść, nawet gdybym chciała - powiedziała. - Ale dziękuję.
Lekko zadrżała. Nerwy miała napięte jak postronki. To był jej nowy dom i to właśnie z tymi ludźmi, jak przypuszczała, będzie się spotykać i rozmawiać niemal każdego dnia. Rezydencja oferowała wszelkie wygody. A jednak Modesty tęskniła za swoim skromnym pokojem z bielonymi ścianami i popękanymi szybami, z książkami o Cesarstwie Rzymskim, które pachniały starym papierem i kurzem.
- Zimno ci? - zapytał. - Przynieść ci szal?
Nie wiedziała, co woli: jego chłód czy jego uwagę. Gdy okazywał jej obojętność, ogarniało ją oburzenie i przynajmniej czuła się silna. Kiedy robił się serdeczny, traciła pewność siebie.
- Dziękuję, nie trzeba.
- Czy naszyjnik, który ci wysłałem, nie przypadł ci do gustu?
Przełknęła ślinę.
- Ja... eee... nie mogłam go założyć.
Zmarszczył brwi.
- Zapięcie było zepsute?
- Nie. Naszyjnik jest śliczny. Ale... nigdy w życiu nie nosiłam niczego tak cennego. Bałam się, że moja skromna suknia umniejszy jego piękno.
Jego wzrok na chwilę powędrował w dół jej ciała, wywołując falę gorąca.
- Przysłano ci odpowiednie stroje, prawda?
Przełknęła ślinę. Trudno jej było sobie wyobrazić, że kiedykolwiek zechce nosić na szyi cały majątek, podczas gdy inni ludzie z trudem zdobywali każdy grosz i kęs jedzenia.
- Tak. Ale nie sądziłam... Musiały kosztować fortunę...
Skinął głową.
- Mam nadzieję, że w przyszłości poczujesz, że możesz nosić piękne suknie i biżuterię. Jesteś teraz księżną.
Księżną... To słowo wciąż brzmiało obco i dziwnie.
Jej wzrok powędrował ku ozdobnej szpilce spinającej jego halsztuk.
- Kim jest ta kobieta? Wygląda ślicznie.
Spojrzał na zapinkę.
- To moja mama - powiedział. - Ta szpilka była prezentem dla mojego taty. Chciałem mieć ją przy sobie w dniu ślubu.
Coś ścisnęło ją w piersi, gdy wpatrywała się w piękną twarz kobiety w upudrowanej peruce. Choć tego nie chciała, jej serce rwało się ku niemu.
- Zmarła wiele lat temu - dodał. - Po śmierci ojca umieściłem jej portret w tej zapince.
Ostry ból przeszył serce Modesty.
- Przykro mi, że już jej z nami nie ma. Na pewno była cudowną osobą.
Skinął krótko głową.
- Tak, była. Domyślam się, że twoja mama również nie żyje?
Przytaknęła, próbując głęboko odetchnąć przez ściśnięte gardło.
- Umarła przy moim porodzie. Żałuję, że jej nie znałam, że choć raz nie zobaczyłam jej twarzy. To taki piękny gest, że masz dziś mamę przy sobie.
Przez jego twarz przemknął jakiś cień, jakby na krótką chwilę zsunęła się starannie pielęgnowana maska. Ich oczy się spotkały i w tym momencie dostrzegła kogoś więcej niż księcia, niż szlachcica. Zobaczyła chłopca stojącego przy grobie matki, równie zagubionego jak ona w dzieciństwie, z tym samym bólem nieobecności wyrytym w sercu. Była w nim jakaś surowość, niepewność, którą skrywał za groźną miną i ostrymi słowami. W jego oczach, zazwyczaj tak ostrożnych, odbijało się echo dawnego cierpienia i coś jeszcze - rozpaczliwe, niemal dziecinne pragnienie bliskości. Pragnienie kogoś, kto rozumiałby istnienie tej szczególnej rany, która nigdy do końca się nie zagoiła.
Wcześniej patrzył na nią z takim ciepłem, mówił o niej ze szczerym podziwem. Wydawało się to takie prawdziwe. Tym bardziej teraz. Przez ułamek sekundy pozwoliła sobie to sobie wyobrazić: podtrzymywany przez Constantine'a Augustus stawia pierwsze kroki w ogrodzie, duże dłonie delikatnie obejmują brzuch dziecka. Wszyscy troje w bibliotece, Constantine pokazuje Augustusowi rzymskie monety, podczas gdy ona szkicuje artefakty w swoim notatniku. Letnie popołudnia pod dębami, rozłożony koc ze smakołykami, głęboki śmiech Constantine'a mieszający się z radosnymi piskami Augustusa, gdy ona plecie dla nich obu wianki z kwiatów...
Potem jednak mrugnął i znów otoczył się murem, pozostawiając ją z pytaniem, czy ten przebłysk jego prawdziwego ja, to głębokie porozumienie między nimi nie było tylko wytworem jej wyobraźni.
Właśnie otworzył usta, żeby o coś zapytać, gdy rozległ się szelest jedwabiu. Ktoś do nich podszedł. Czar prysł.
- Oto nowa księżna - powiedziała olśniewająco piękna złotowłosa kobieta w wykwintnej sukni z karmazynowej satyny. Jej uśmiech rozświetlił całe pomieszczenie. - Nie mogę się doczekać, aż lepiej panią poznam, Wasza Książęca Mość.
Stała obok bardzo wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny w karmazynowej kamizelce. Wyglądał groźnie, ale w jego błękitnych oczach błyszczało ciepło. Obok nich stała inna dama, bardzo do niego podobna. Miała na sobie żółtą suknię, a towarzyszył jej mężczyzna o delikatnych blond lokach i figlarnym fiołkowym spojrzeniu. Zostali sobie przedstawieni wcześniej, ale Modesty ze wstydem musiała przyznać, że nie pamięta ich imion.
- Dziękuję... - wydusiła z siebie.
- Patience, księżna Rath. - Złotowłosa kobieta uśmiechnęła się szerzej. - Wiem, że nie pamiętasz naszych imion. Zaufaj mi, byłam kiedyś w twojej sytuacji. Nie ma w tym nic wstydliwego. To mój mąż, książę Rath. Moja szwagierka i szwagier, książę i księżna Luhst. Ci trzej mężczyźni - wskazała na Pryde'a, Ratha i Luhsta - znają się jak łyse konie. Uważaj na nich.
Księżna Rath miała w sobie coś tak ciepłego i serdecznego, że napięcie w gardle Modesty i jej piersi nieco zelżało.
Przypomniała sobie, co jej ojciec powiedział o Siedmiu Książętach Grzechu, i zastanawiała się, czy powinna się bać. Tak czy inaczej, teraz poczuła się tu bardziej swojsko niż przed kilkoma minutami.
Z lekką ulgą odwzajemniła uśmiech.
- Będę się mieć na baczności.
Zerknęła na Ratha i Luhsta, którzy patrzyli na nią z życzliwą ciekawością. Uświadomiła sobie, że książę Luhst to ten, którego wedle relacji Pryde'a szantażowano z powodu nieślubnego dziecka. Czy pytanie o to byłoby niegrzeczne? Nie była tego pewna i nie chciała nikogo wprawiać w zakłopotanie.
- Czy to prawda, że interesujesz się historią i starożytnością? - zapytała księżna Rath.
Modesty skinęła głową.
- Tak. Oczywiście, kiedy tylko mam na to czas.
Księżna Luhst wyraźnie się ożywiła.
- Może zechciałabyś dołączyć do mnie i Patience w naszym klubie?
Modesty zamrugała.
- Waszym klubie?
- Tak - odpowiedziała księżna Luhst. - Patience jest botaniczką, a ja zajmuję się badaniami medycznymi. Jeśli chciałabyś poszerzyć swoją wiedzę lub omówić swoje odkrycia czy teorie, serdecznie zapraszamy na nasze Herbatki z Mikroskopami. Mamy nadzieję, że z czasem będzie nas więcej. Byłoby wspaniale, gdybyś się przyłączyła.
Modesty poczuła nietypowy dla siebie przypływ ekscytacji. Dyskusja o antykach? O historii? Teorie, dowody, poszlaki, hipotezy... Niewiele z tych rzeczy mogła robić w Shepherdsbrook, poza nielicznymi chwilami, gdy rozmawiała z panem Lockhartem. Czy to możliwe, że teraz będzie mogła regularnie rozmawiać na takie tematy, nie obawiając się reakcji ojca? Zawsze uważał, że powinna pomagać jemu i innym, a nie czytać o przeszłości.
- Ja... - Spojrzała na swojego świeżo poślubionego męża, który wpatrywał się w nią z uniesionymi brwiami.
A co z Augustusem? Jedynym powodem jej małżeństwa było dobro dziecka. Przebywał teraz z panią Walcott, szykowano mu miejsce gdzieś na górze. Powinna spędzać z nim każdą wolną chwilę. Poza tym musiała nauczyć się tak wiele o byciu księżną: manier, poprawnego wyrażania się, tańców i tak dalej.
Książę Luhst się uśmiechnął, a jego oczy rozbłysły rozbawieniem.
- Proszę uważać na te dwie. Podchodzą do nauki całkiem poważnie.
- Dziękuję - powiedziała, grzecznie kiwając głową. - Nie sądzę, żeby moja wiedza była tak rozległa jak obu pań. To dla mnie tylko rozrywka. - Albo marzenie, które nigdy się nie spełni. - Nie chciałbym marnować waszego cennego czasu.
Uśmiechy obu dam nieco zbladły.
- Rozumiem - odparła księżna Luhst, rzuciwszy Pryde'owi uważne spojrzenie. - Jeśli kiedykolwiek zmienisz zdanie, księżno, wystarczy jedno słowo.
Księżna Rath znów się do niej uśmiechnęła.
- Albo jeśli będziesz czegoś jeszcze potrzebowała. Życzliwego ucha. Albo po prostu towarzystwa przy herbacie. Nauka wszystkiego, co trzeba wiedzieć, by zostać księżną, może być dość męcząca.
Modesty uśmiechnęła się uprzejmie, gdy panowie i damy wycofali się, by zrobić miejsce innym gościom, którzy chcieli im pogratulować.
Ale książę Luhst zatrzymał się na chwilę i pochylił w jej stronę.
- Wiem, że potrafi wydawać się zimny i nieznośnie dumny. Ale proszę dać mu szansę. Z czasem może się okazać, tak jak w przypadku każdego z nas, że jest niezwykle lojalnym przyjacielem.
Zanim zdążyła odpowiedzieć lub dłużej się nad tym zastanowić, z beztroską miną ruszył za żoną oraz księciem i księżną Rath w inny kąt sali, wręcz promieniejąc szczęściem.
Przedstawiono jej księżną wdowę Grandhampton, starszą damę ze srebrzystą fryzurą. Ubrana była zgodnie z modą minionej epoki, ale wciąż wyglądała pięknie. Z błyskiem w życzliwych niebieskich oczach zapytała, jak Modesty poznała księcia i jak ich miłość rozkwitła tak szybko.
- Spotkaliśmy się w kościele, w którym kazania wygłasza pan Fairchild - powiedział Pryde, w pełni spokojny i opanowany. - W parafii Wszystkich Świętych z Shepherdsbrook. A panna Fairchild całkowicie mnie oczarowała. Od tego dnia myśl o przyszłości bez niej była nie do zniesienia.
Wdowa zachichotała.
- Wierzę. Dotąd jednak nie zdarzyło mi się słyszeć, żebyś odwiedzał kościoły... zwłaszcza te na obrzeżach Londynu.
- To prawda. Nazwijmy to przeznaczeniem. Opatrznością. Coś przyciągnęło mnie do tego kościoła.
W oczach księżnej pojawiło się rozbawienie, uśmiechnęła się życzliwie.
- Opatrznością. Oczywiście. Małżeństwo z miłości to rzadkość, wiem to. Wszystkie moje wnuki miały tyle szczęścia, choć nie obyło się bez trudności... Mam nadzieję, że oboje to rozumiecie i zawsze będziecie się o siebie troszczyć. Życzę wam szczęścia.
Szczęścia...
Modesty spojrzała na Pryde'a, a on popatrzył jej w oczy. Zauważyła, że pod twardą fasadą kryje się ktoś bardziej wrażliwy, łagodniejszy. Czy rzeczywiście jest tak naiwna, by wierzyć, że pewnego dnia naprawdę się pokochają... albo przynajmniej będą mogli się cieszyć chwilami szczęścia?
Wszyscy zasiedli do wielkiego stołu. Zmusiła się do kilku kęsów pasztecika z dziczyzny, bardziej dlatego, że nie chciała, żeby jedzenie się zmarnowało, niż dlatego, że była głodna. Następnie goście zaczęli się rozchodzić. Gdy żegnała się z tatą, Grace i George'em, książę odszedł od niej, by pożegnać się z sześcioma książęcymi przyjaciółmi. Machając do taty, ostatniego gościa, pozwoliła sobie na chwilę słabości, gdy na horyzoncie nie było żadnego lokaja. Oparła się o duże okno wykuszowe w salonie przylegającym do holu wejściowego. Godziny spędzone w centrum uwagi tylu znamienitych gości ją wyczerpały. Opadła na parapet, rozkoszując się odrobiną prywatności, którą zapewniała jej ciężka niebiesko-złota zasłona odgradzająca ją od reszty salonu.
Postanowiła, że zaraz pójdzie do Augustusa. Serce zabiło jej mocniej na myśl o tym dziecku w obcym domu. Czy pani Walcott będzie wiedziała, żeby nakrywać go kocem, który wciąż pachniał jego matką? Czy będzie pamiętała, że trzeba go trzymać w pozycji pionowej przez kilka minut po karmieniu, bo inaczej dostanie tej okropnej kolki, która będzie go dręczyć całą noc?
Powinna była zapytać, gdzie go położyli. Rezydencja księcia Pryde kryła w sobie prawdziwy labirynt korytarzy i zamkniętych drzwi; będzie musiała znaleźć służącego, który by ją oprowadził... Kolejny dowód na to, jak bardzo nie pasuje do tego okazałego domu.
Patrzyła, jak podjeżdża jeden z powozów Pryde'a. Jej mąż uparł się, że zapewni ojcu, Grace i George'owi transport do Shepherdsbrook, pomimo początkowych protestów ojca, który sprzeciwiał się takiej przysłudze.
Gdy powóz odjechał, zeszła z parapetu. Zatrzymały ją jednak męskie głosy dobiegające z otwartego salonu.
Głos Pryde'a rozpoznałaby wszędzie. Niski, głęboki, aksamitny. Za każdym razem wywoływał w jej podbrzuszu to samo drżenie.
- Wydaje się cudowna, Constantine.
Domyśliła się, że ten głęboki głos należy do księcia Rath.
- Jesteś pewny, że dobrze zrobiłeś, poślubiając kogoś, kogo regent nie zaakceptuje, zwłaszcza tak szybko? Choć panna Fairchild jest ujmująca, a Patience i Chastity tak bardzo pragną mieć kolejną przyjaciółkę, która podziela ich pasję do nauki...
- Uważaj - powiedział mężczyzna, którego uznała za księcia Luhst. - Dorian i ja jesteśmy dowodem na to, jak miłość potrafi zmienić człowieka.
- Miłość - zaśmiał się jej mąż. - Uwierz mi, nie ma na to szans.
Modesty wstrzymała oddech, słowa uderzyły ją mocniej, niż mogłaby się spodziewać.
- Ona jest tylko środkiem prowadzącym do celu - ciągnął. - Sposobem na przejęcie kontroli nad dzieckiem i uniknięcie skandalu. Córka pastora będzie idealną żoną; cichą, posłuszną i niewidzialną. Nie będzie protestować, gdy będę żyć po swojemu. Znalazła bogatego i szlachetnego męża. Czego innego może pragnąć kobieta o jej pozycji?
Zrobiło jej się duszno. Mrugała szybko, próbując powstrzymać łzy. Poczuła metaliczny smak krwi, gdyż przygryzła wargę, żeby nie wydać żadnego dźwięku. A więc takie miał o niej zdanie?
Poduszka w oknie wykuszowym wydawała się twarda jak kamień. Objęła się ramionami, ale nie mogła przestać drżeć. Jaka głupia była, pozwalając sobie na nadzieję, choćby na chwilę.
Nie ma nadziei dla tego małżeństwa.
Nigdy nie pokocha kogoś takiego jak jej mąż; nieczułego, nadętego i egocentrycznego.
A on nigdy nie pokocha kogoś, kogo uważa za dużo gorszego od siebie.