Książę z Jemenu. Tom 2. Przez raj do bólu - Stach Szulist

Kup ebooka

49.90 zł

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Czas, kiedy zdawałem maturę, wydał mi się nagle tak odległym, jak... nie wiem co, bo żadne sensowne porównanie nie przychodziło mi do głowy. To prawie tak, jakby tego czasu nie było albo był tylko niewiele znaczącym momentem, epizodem, który należało po prostu przeżyć, bo taka jest kolej rzeczy. Może tak jest i tak wtedy ze mną się działo. Bo gdyby to było coś bardzo ważnego, przeżywałbym to do teraz. Tak, jak robią to znajomi, którzy razem ze mną albo kilka lat wcześniej też zdawali matury, a teraz biegając po uczelnianych salach wykładowych albo na ćwiczeniach bądź jeżdżąc na praktyki, by za kilka lat - jak twierdzą z nadzieją w głosie - trzepać kasę na jakiejś dobrej fusze, bo to im się po prostu należy.

Siedzenie przed budynkiem i czekanie, aż Tahir wreszcie wyjdzie ze swego ostatniego egzaminu, zdawało się wlec niemiłosiernie. Tak bardzo, że po mniej więcej dwóch godzinach zacząłem nerwowo obgryzać paznokcie i naskórek wokół nich, co wcześniej chyba mi się nie zdarzało. Chyba, bo nie przypominam sobie takiej sytuacji. Owszem, odgryzłem nadłamany paznokieć, ale z konieczności, by mnie nie drażnił, a nożyczek pod ręką nie było. Teraz robiłem to chyba ze stresu, bo siedząc na schodach przed szkołą, nagle uruchomiłem wyobraźnię w kierunku snucia wizji jego przyszłości, którą pragnąłem widzieć jako świetlaną, barwną, z dostatkiem pieniędzy, miłości, po trosze siebie w tym klimaciku ciepłym lokując. Marzyłem, by był szczęśliwy tak jak ja, bo od chwili poznania go, a właściwie bycia z nim, uważałem siebie za wielkiego szczęściarza, często największego. Czasami nawet zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle na takie szczęście zasługuję. Szybko jednak przychodziło po takich wątpliwościach pocieszenie z wewnątrz, że skoro już takie szczęście mi się zdarzyło, to widocznie było mi pisane. Po prostu na nie zasłużyłem. Nie wiem, ale chyba nawet coś podobnego bądź zbliżonego w treści czytałem.

Kiedy po ponad dwóch godzinach nadal nie wychodził, zacząłem sobie wmawiać, że ta cholerna fizyka, którą wybrał jako przedmiot dodatkowy, bo ponoć lekka, łatwa i przyjemna - jak mawiał - wcale taka prosta być nie musiała, skoro tyle czasu męczył się z arkuszem. Poza tym od samego początku zastanawiałem się, po co mu ta fizyka, skoro zamierza realizować się artystycznie? Bo marzenie o zdawaniu do szkoły filmowej wciąż go nie opuszczało. Zresztą jako kochający i wspierający, utwierdzałem go w kontynuowaniu tego marzenia. Przypomniałem sobie, że moim ostatnim egzaminem maturalnym była geografia, bo jako przyszły prowadzący nowoczesne składy kolejowe po liniach całego globu uważałem, że znajomość tej dziedziny to podstawa. Ponieważ uwielbiałem geografię - może poza fragmentami dotyczącymi informacji o powstawaniu zjawisk klimatycznych, bo nauczyciel miał na tym punkcie lekkiego świra - to wydawała mi się właśnie przedmiotem szybko przyswajalnym, a zatem łatwym do zdania.

Kiedy wreszcie pojawił się na szczycie schodów w towarzystwie jednej ze swoich koleżanek i jej chłopaka, którego nie znosiłem, bo strasznie zarozumiały, nie miałem już wątpliwości, że tego wieczoru możemy spokojnie podejść do pierwszego oblewania zdanej matury. Mina Tahira zdawała się mówić więcej, niż mogłyby wyrazić słowa. Odczekałem więc, aż para zakochanych pożegna się z nim i z otwartymi ramionami czekałem, aż zbiegnie do mnie. On tymczasem schodził powoli, dostojnie, niczym początkujący dyplomata - któremu wydaje się, że wraz z fuchą złapał jakiegoś świętego za nogi czy rogi, Zeusa albo jeszcze ważniejszego - kołysząc całym ciałem, taki totalnie rozluźniony, w dodatku z drwiącym uśmiechem na ustach, pukając się środkowym palcem w czoło. Co miało oznaczać - stuknij się w łeb i opanuj, bo ludzie patrzą. Nie zdenerwował mnie tym, bo przez te kilka miesięcy wspólnego RAZEM zdążyłem przywyknąć, że trudno leczył się z choroby nazywanej przeze mnie CO LUDZIE POWIEDZĄ. Dla rozluźnienia puściłem mu raz wszystkie sezony serialu o takim samym tytule, żeby tym sposobem wyleczyć go z kompleksów i strachów, lecz na niewiele się to zdało. O ile wśród czterech ścian potrafił być wulkanem energii i swobody, o tyle w momencie znalezienia się w grupie już choćby kilku osób, swobodę chował w siebie, zaś o okazywaniu uczuć mogłem tylko pomarzyć. Początkowo mnie to drażniło, rozmawialiśmy o tym, ale po kilku miesiącach postanowiłem dać czas czasowi - jego czasowi - w dochodzeniu przez Tahira do tego, co mnie podczas pobytu w wielkim mieście wydawało się być normalnością. Wyrobiłem w sobie dość silne przekonanie - a może tak mi się tylko zdawało? - że ludzi tak naprawdę niewiele albo i nic nie obchodzi, kto z kim sypia, chodzi, kogo trzyma za rękę bądź z kim się całuje na chodniku, w parku, przed drzwiami bloku czy na powitanie i pożegnanie.

Tym razem jednak zrobił wyjątek. Pozwolił się musnąć ustami w policzek. Gdy moje wargi ledwie dotknęły skóry, odruchowo zerknął na boki, czy przypadkiem ktoś tego gestu nie zauważył. Udałem, że tego nie spostrzegłem. Doczekać się jednak nie mogłem, kiedy wreszcie wylądujemy w mieszkaniu, w pośpiechu zrzucimy wszystko z siebie i zaczniemy się kotłować w naszym barłogu. Tak od pewnego czasu nazywałem łóżko, bo nie chciało mi się zbyt często zmieniać pościeli. Chociaż mamie przez telefon mówiłem, kiedy pytała - a pytała średnio raz na tydzień - że co dziesięć dni zmieniam pościel i piorę w automacie z dodatkiem płynu zmiękczającego. Tak, jak ona od zawsze robiła w domu.

Ale Tahir nie zamierzał iść do domu, to znaczy wynajmowanego przeze mnie mieszkania. Wymyślił, że po takim trudzie, jak zmagania z maturą i upierdliwościami komisji egzaminacyjnych, które - jakby mogły - zakazałyby podczas egzaminu nawet oddychania, należy mu się relaks wyższego stopnia. Na to wszystko jeszcze te spojrzenia.

- Co masz na myśli? - zapytałem, bo rzeczywiście nie bardzo wiedziałem, o co mu z tymi spojrzeniami chodziło.

- Wyobrażasz sobie - zaczął, gdy szliśmy do tramwaju - że prawie zemdlałem ze strachu, jak w pewnym momencie, nie wiem, z głodu czy ze stresu, zaczęło mi warczeć w żołądku albo we flakach, a jedna z nauczycielek z komisji, jakaś obca, tak mnie zmierzyła, jakbym jakiś alarm tym burczeniem wywołał. Ze strachu wstrzymałem oddech i od razu pot na mnie wystąpił.

- Z tego powodu? - zdziwiłem się.

- Z tego, słodziaku! - Oj, jak lubiłem, kiedy tak do mnie mówił tym swoim wystudiowanym szeptem, prawie teatralnym, jak podkreślała w liceum moja belferka od polskiego. - W tym momencie przefrunęło mi przez myśl, prawie to widziałem, jak wstaje, poprawia ten swój garniturek, majestatycznym krokiem podchodzi do mnie, zabiera arkusz i po chwili przewodnicząca oznajmia unieważnienie egzaminu. Prawie narobiłem w gacie ze strachu.

- Ja tam takich problemów nie miałem. - Chciałem zlekceważyć temat, bo zupełnie inne myśli zajmowały moją głowę.

- Bo twoje problemy nigdy nie były takie, jak moje.

- Co masz na myśli? Chcesz mnie obrazić?

- Nie o to chodzi. Ty - usiłował tłumaczyć - jakbyś nawet nie zdał tej cholernej matury, to twój świat nie ległby w gruzach.

- To znaczy?

- W tym roku byś poprawiał, a przez ten czas twoi rodzice robiliby wszystko, żebyś tylko czuł się komfortowo.

- Nie pomyślałeś, że ja bym tak nie chciał? - mówiąc to, patrzyłem w jego oczy. - Nawet, gdybym nie zdał, jak powiedziałeś, tej cholernej matury? Tahir - trochę mnie ponosiło - wychodzi na to, że przez te kilka miesięcy...

- Dokładnie dziesięć - wszedł mi w słowo, czym wprawił mnie w chwilowe osłupienie, ale nie zamierzałem się nad tym zatrzymywać.

- ...zdążyłeś mnie trochę poznać?

Chyba wyczuł - musiał - nutę żalu w moim głosie.

- Przepraszam - usiłował wyjść ze strefy gafy - nie to miałem na myśli. Chodziło mi raczej o to, że jak nie zdam matury, to nadal będę musiał robić to, co robię, a doskonale wiesz, że nie jest to robota moich marzeń.

Trochę go rozumiałem. Odkąd wywalili go z rozwożenia żarcia, złapał robotę w wielkiej hurtowni z roślinkami, generalnie klimaty ogrodowe go otaczały, po nich stąpał, wisiały nad nim, nimi oddychał, a czasem - i to coraz częściej - opowiadał o nich z zaangażowaniem. Początkowo cieszył się, bo miał pracę. Nic nierobienie w grę w jego przypadku nie wchodziło. Sabir by na to nie pozwolił. Wciąż uważał, że mężczyzna, odkąd tylko stanie się do tego zdolny, powinien pracować: na siebie, tudzież bliskich, zarabiać.

Rozdział drugi

Gdy tylko zaproponował, byśmy jakoś uczcili ten maturalny maraton, pierwszym, co przyszło mi do głowy, było oddanie się uciechom cielesnym, co w sumie obaj uwielbialiśmy.

Do tego stopnia, że zdarzały się chwile, kiedy chciałem - nawet pragnąłem - podzielić się tą radością z kimkolwiek. Jakimś dobrym kumplem, rodziną czy przyjaciółką. Najlepiej z całym światem. Wykrzyczeć to wszystkim. PATRZCIE, JAKI JESTEM KOCHANY I JAK KOCHAM! Niestety, na marzeniu się kończyło, bo zaraz uświadamiałem sobie, że nie znałem nikogo, kto chciałby słuchać opowieści - niechby nawet najbarwniejszej i szalenie zajmującej - o radosnych uniesieniach seksualnych dwóch gejów. Mało tego. Pewnie znaleźliby się zaraz tacy, którzy taką opowieść uznaliby za zboczenie, a niewykluczone, że i od pedałów by wyzwali, choć to akurat najmniej mnie obchodziło. Już nie uwierało, jak jeszcze pięć lat temu. Nie wiem dlaczego, ale ostatnimi czasy dość często łapałem się na tego rodzaju rozważaniach.

Siedzieliśmy akurat na schodach wiodących do budynku, gdzie wciąż jeszcze wynajmowałem lokum od pani Anastazji - coraz bardziej wścibskiej i chwilami w tym wścibstwie za daleko się posuwającej, niemal do granic ordynarności - której mąż gardził takimi jak ja i Tahir, kiedy mój kochany nagle się ożywił. Pomyślałem od razu, że być może kogoś nieoczekiwanego spostrzegł, bo tak dziko wokół zaczął się rozglądać, ale on w jednej chwili złapał mnie za ramiona i stwierdził, że właśnie wpadł na znakomity pomysł.

- Jaki? - Też się ożywiłem.

- Bo skoro nie chcesz do domu, to może pójdziemy tam, gdzie od dawna zamierzaliśmy?

Nie zaskoczyłem w tym momencie, gdzie to planowaliśmy iść od dawna. Zrobiłem jakąś kretyńską minę, bo wyraźnie spasował.

- Już zapomniałeś - skomentował tonem zrezygnowanego.

- Nie wiem - zacząłem się głupio tłumaczyć - ale ostatnio tyle planów snujemy, że powoli zaczynam się w tym gubić.

- Myślałem o odwiedzeniu wreszcie cioci Irenki - przypomniał nieśmiało.

Zaskoczył mnie tą propozycją. Zdążyłem prawie zapomnieć o jej istnieniu. Tym bardziej że od kilku miesięcy o niej nie wspominał. Zdarzało się nawet - u mnie, w moich myślach - że zaczynało mnie to niepokoić. Bo jak to jest, pytałem siebie, często przypatrując się gestom, wsłuchując w słowa, analizując je, że ta kobieta tyle dla niego, dla jego rodziny zrobiła, a on tak rzadko o tym pamięta? Zaraz jednak tłumaczyłem sobie to tym, że wtedy, gdy ważyły się ich losy w kraju nad Wisłą, ciocia Irenka stała się kimś bardzo ważnym dla jego brata, on był za mały, by cokolwiek z tego pojąć. Nie doświadczył niepokoju brata. Zaraz też starałem postawić się na jego miejscu. Przypomniałem sobie - jeśli nie dokładnie, to przynajmniej mniej więcej - w którym momencie mojego nastoletniego życia zacząłem nieco poważniej wsłuchiwać się w mądrości rodziców i babci. A i jeszcze byle jak mi to wychodziło, do czego nigdy się przed nimi nie przyznam, bo przecież w oczach staruszków nie można wyjść na przegrywa. Wciąż nie wypada.

- Dlaczego akurat dziś? - zdziwiłem się.

- Nie wiem, ale tak sobie pomyślałem w związku z naszą pierwszą wizytą u niej.

- To znaczy?

- To nic nie znaczy, ale byłaby to jakaś klamra.

- Taha - zacząłem - co ty pierdolisz?

- Tyle razy cię prosiłem...

- Tak, wiem - przerwałem mu - żebym przy tobie nie używał takiego języka. Przepraszam.

- Nie przy mnie - doprecyzował - tylko w odniesieniu do mnie, a to zasadnicza różnica.

Zacząłem się śmiać.

- Co cię tak bawi? - zdumiał się.

- Twoja precyzja językowa. Nawet moja polonistka z liceum, tym bardziej moja mama, która też jest polonistką, nie bywały takimi purystkami językowymi. Ale nie martw się - pocieszałem, lekko masując jego bark - to dobry znak.

- W sprawie czego?

- Matury. Z polskiego na pewno zdałeś.

Pokiwał głową, jakby pocieszeniem dlań było to stwierdzenie.

- To jak z moją propozycją? - ponowił pytanie.

- Masz na myśli ciocię Irenkę?

- No - oznajmił - a konkretnie powiedzenie jej wreszcie o nas.

Musiałem po tym oświadczeniu zrobić strasznie głupią minę, bo i na jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju zdziwienia albo niezrozumienia, bo przecież wszystko powinno być jasne.

Rozdział trzeci

Owszem. Przypomniałem sobie, że kilkakrotnie rozmawialiśmy o ujawnieniu się z naszymi uczuciami przed ciocią Irenką. Trzymanie jej w niewiedzy Tahir uważał w pewnym sensie za nielojalność. Trudno było się z tym nie zgodzić. Jednak ja miałem problem. Nie chodziło bynajmniej o ujawnienie się, bo tym akurat specjalnie się nie przejmowałem. Jeśli już któryś z nas przeżywał to bardziej, to zdecydowanie Tahir. Panicznie bał się ewentualnego odrzucenia, nieakceptacji. Do tego stopnia, że przez kilka dni po wyjawieniu tego pomysłu pierwszy raz, chodził jak zaćmiony, bezustannie o tym rozmyślał, snuł czarne scenariusze jej reakcji i sporo mnie kosztowało, bym nie palnął czegoś żartobliwego, głupkowatego, co mogłoby zostać przez niego odczytane jako naigrawanie się z jego emocjonalnego podejścia. W moim przypadku problemem było odnoszenie się do cioci Irenki. O ile w obecności mojego chłopaka nie miałem z tym trudności, to już po wyobrażeniu sobie sytuacji, gdzie stoję twarzą w twarz z obcą kobietą i mam nazwać ją ciocią, wydawało mi się absurdalne. A jeśli nie absurdalne, to dalekie od tradycyjnego pojmowania cioci. Tym bardziej że nawet nie wszystkie kuzynki mamy czy taty potrafiłem tak nazywać, bo widywałem je tak rzadko - najczęściej na pogrzebach jakichś równie dalekich, jakby obcych, krewnych - iż przez krtań słowo wujek czy ciocia nie chciały się przecisnąć. Tymczasem ciocię Irenkę widziałem ledwie jeden raz, zaraz po poznaniu Tahira, więc tym bardziej zastanawiałem się, jaka forma zwracania się do niej byłaby w tym przypadku najlepsza. Starając się wczuć w położenie Tahira, wyobrażałem sobie od samego początku, że oczekiwał, bym zwracał się do niej tak samo jak on. Intensywnie o tym myślałem.

- To jak mam jej to powiedzieć? - wyrwał mnie z rozważań.

- Masz na myśli nasze bycie razem?

- No. I że jesteśmy gejami.

- Normalnie.

- To znaczy, jak?

Naciskał, a mnie nic konkretnego nie przychodziło do głowy.

- Nie wiem - zacząłem szukać w głowie odpowiednich słów. - Może powiedz po prostu, ciociu Irenko, poznaj mojego chłopaka, czy jakoś tak.

- Brzmi drętwo.

- To nie wiem.

- Myślę - zastanawiał się głośno, a mnie jakby niewiele to obchodziło, wydawało się dzieleniem włosa na czworo - że nie mogę, to znaczy nie możemy tak bezpośrednio, z grubej rury. Tu trzeba raczej tak dyplomatycznie.

- Znasz się na dyplomacji? - zażartowałem.

- Karl - wkurzył się - nie rób sobie jaj. Chciałbym mieć to jak najszybciej za sobą.

- To weźmy taksówkę i jak najprędzej jedźmy do niej.

Żarty w temacie wciąż mnie nie opuszczały. Jednak naprawdę czułem, że w ten sposób tworzyłem rodzaj zasłony odgradzającej od stresu, który gdzieś tam we mnie się tlił, ale grając twardziela, nie chciałem tej słabości pokazywać przed chłopakiem, który w gruncie rzeczy za twardziela mnie miał. A mnie ta rola odpowiadała, choć w myślach ganiłem się za próżność.

- Dobrze wiesz, że nie to miałem na myśli - zżymał się. - Poza tym - snuł rozważania - taka wiadomość może być dla niej szokiem.

- Czemu tak uważasz?

- Nie wiem, ale wydaje mi się, że mogła nigdy nie mieć do czynienia z gejami.

- Wie chociaż, że tacy istnieją? - zażartowałem.

- Nie kpij z niej, to kobieta obeznana we współczesnym świecie.

- To w czym problem?

- Sam już nie wiem. Ale... - nie dokończył, machnął tylko ręką.

Chciałem go przytulić, pogłaskać, lecz odruchowo się odsunął. Lęk przed głupkowatym komentarzem przypadkowego idioty z ulicy wziął w nim górę.

Rozdział czwarty

Irenka wyglądała na wyraźnie uradowaną naszym przyjazdem. Od razu wywnioskowałem, że wbrew temu, co wcześniej mówił Tahir, została uprzedzona o naszej wizycie. Nawet nie wiedziałem, w którym momencie poinformował ją, że nadciągamy.

W jej niewielkiej knajpce panował dość spory ruch. Pogoda wyraźnie wspierała apetyty na lody i inne słodkości. Też spodziewaliśmy się poczęstunku na słodko. Osobiście nawet bardzo na to liczyłem, bo od kilku godzin nie miałem niczego w ustach. Przede wszystkim chciało mi się pić, gdyż trwająca od kilku dni fala upałów wysysała z organizmu litry potu. Gdy tylko weszliśmy do środka, Irenka wyszła z radosnym okrzykiem zza wielkiej, przeszklonej lady i z szeroko otwartymi ramionami ruszyła witać swego Bąbelka, jak wciąż nazywała Tahira, a on nie zamierzał w tej kwestii oponować. Z miejsca babcia Magda mi się przypomniała, bo też wiele razy bywałem jej Bąbelkiem, aż mi się przy okazji skojarzyło, iż wiele babć ma chyba tak samo. Tylko co pewien czas nadmieniał mi, tak mimochodem, że trochę wkurzają go te jej zdrobnienia używane w odniesieniu do jego osoby, jakby nie zauważyła, że od czasu, gdy ujrzała go po raz pierwszy - kiedy rzeczywiście był dzieciakiem - sporo czasu upłynęło, a on z malucha stał się dorosłym mężczyzną. Nie miał jednak odwagi, by zacząć ją od tego odzwyczajać bądź zwracać uwagę. Mniej wylewnie przywitała się ze mną, a i tak czułem ten sam rodzaj ciepła, jaki odczuwałem, będąc przytulanym przez babcię. Zauważyłem przy okazji, że jej wylewność przy powitaniu mnie i Tahira zwróciła uwagę kilku obecnych w lokalu gości. Jedna z kobiet, w wieku raczej emerytalnym, sądząc po zmarszczkach, nie kryła nawet wzruszenia. I jak tu się wkurzać na taka kobietę?, przemknęło mi przez myśl.

- Skoro się zjawiłeś - zwracała się do Tahira, wciąż z tym samym bagażem radości, co po ujrzeniu nas w drzwiach - to na pewno musiało wydarzyć się coś niebywałego.

Mówiła, a jednocześnie delikatnie popychając, kierowała nas na zaplecze, gdzie znajdowało się pomieszczenie uchodzące za kącik socjalny, urządzony na wzór maleńkiego pokoju mieszkalnego, w którym znajdował się stolik, krzesła, niewielka kozetka - na wypadek, tłumaczyła, gdyby ktoś z personelu albo gości nagle zasłabł i potrzebował chwili wytchnienia - naprzeciwko której znajdowały się drzwi wiodące do toalety.

- Czasu nie miałem - tłumaczył się Tahir.

- Zawsze tak mówisz. Ale widzę - skierowała uwagę na mnie - że wciąż trzymacie się razem?

Spojrzał na mnie porozumiewawczo, ja na niego. Irenka natychmiast wychwyciła grę naszych spojrzeń. Pewnie już sobie coś kombinuje w głowie, przemknęło mi przez myśl.

- Kwestia wspólnych zainteresowań - wypaliłem, byle coś powiedzieć, zanim sytuacja stanie się drętwa.

- To dobrze - chwyciła się tych słów. - Powiedziałabym nawet, że bardzo dobrze. Bo odkąd pamiętam, to mój Pajączek - dostrzegłem, jak Tahir przewraca oczami i leciutko zaciska zęby, może też i pięści - nie miał zbyt wielu kolegów, a do koleżanek raczej go nie ciągnęło.

Jej "do koleżanek raczej go nie ciągnęło" wyraźnie speszyło Tahira. Tymczasem ja nie umiałem się zorientować, w jakim stopniu to, co o dziewczynach mówiła Irenka, było tylko takim sobie mówieniem dla samego mówienia, a ile w tym jej przypuszczeń co do orientacji Bąbelka. Przypuszczeń, których mogła nabrać na podstawie obserwacji poczynionych na przestrzeni lat, choćby w oparciu o spojrzenia, gesty, a może jeszcze jakieś odkryte przypadkiem tajemnice, o czym mógł nawet nie wiedzieć. W każdym razie coraz bardziej mnie intrygowała. Postanowiłem jednak jak najdłużej milczeć, przysłuchiwać się, na wszelki wypadek nie zdradzić najmniejszym gestem czy mimiką, mogącymi świadczyć o łączącej nas relacji. Zaś Irenka, ilekroć zwracała się do Tahira, za każdym razem kierowała też przelotne spojrzenie w moim kierunku, czym również w lekkie zakłopotanie mnie wprawiała i co coraz trudniej było mi maskować, a co też dawało do myślenia.

- Z tego, co wiem - pastwiła się nad swoim Pajączkiem czy Bąbelkiem - to jesteście prawie takie papużki nierozłączki?

Niby pytała, ale jakby stwierdzała, a ja z rosnącym niepokojem obserwowałem zdenerwowanie malujące się na twarzy Tahira. Z jednej strony było mi go żal, z drugiej z trudem powstrzymywałem śmiech. Aż w końcu rodziło się w głowie podszyte sadyzmem pytanie, ciekawe, jak sobie z tą sytuacją poradzi?

- Co masz na myśli? - odpowiedział pytaniem. - I skąd w ogóle wiesz, że jesteśmy jak te papugi nierozłączki?

Nieco się zmieszała. Tym samym nabrałem przekonania, że miała już na nasz temat nie tylko podejrzenia, ale i głębszą wiedzę.

- Tak sobie tylko gadam - udawała niby niewiele wiedzącą.

- Ale brzmiało to jak podejrzenie.

- O jakim podejrzeniu mówisz? - dociekała niby niezobowiązująco, jednocześnie stawiając przed nami kubki z sokami i puchary z kolorowymi lodami o przeróżnych smakach, nawet nie pytając wcześniej, czy tego chcemy.

- Nie wiem, ale jesteś dziś jakby taka nie ty - bredził Tahir i miałem prawie pewność, że za chwilę się spali i wypapla wszystko, czego chciałaby się o nas dowiedzieć, a nie miała odwagi zapytać.

- Spostrzegawczy jesteś.

- Umiem obserwować.

- Skoro tak, to powiem wprost. Rozmawiałam z Sabirem.

- No i? - zapytał wyraźnie poruszony.

- Miałam nadzieję, że usłyszę to od ciebie - mówiąc to, spojrzała kolejny raz w moją stronę. - To znaczy od was - poprawiła się.

- Nie rozumiem?

- Pani Irenie, mój drogi - postanowiłem ostatecznie się wtrącić, wykrzesując z siebie tyle odwagi, ile byłem w stanie wykrzesać poprzez barierę obaw - chodzi o to, że nie miałeś odwagi powiedzieć prawdy o tym, co nas łączy. Że jesteśmy parą kochających się gejów. Prawda?

Pytanie - z uśmiechem na ustach - skierowałem do pani Irenki. W mig dostrzegłem też, że nieco ją tym nagłym wtargnięciem w dialog między nią a jej Pajączkiem wytrąciłem ze strefy komfortu emocjonalnego. Nie wiedziałem przy tym, czy brnąć dalej, czy ruszyć z przeprosinami. Zdecydowałem jednak, że udam niezorientowanego.

- Jakbyś żywcem z głowy mi to wyjął - skomentowała wreszcie z ulgą moje oświadczenie i po matczynemu poklepała po policzku.

- Zatem nie było się co tak pietrać - zwróciłem się do Tahira, który wciąż nie był zdolny wyjść ze stanu odrętwienia po mojej wypowiedzi.

- Sabir zdążył mnie uprzedzić. Na wszelki wypadek - dodała, jakby na zasadzie uspokojenia.

- Na jaki wszelki wypadek? - zdziwił się Tahir.

- Nie wiem, ale z tego, co zrozumiałam, kiedy Sabir był tutaj z Małgosią, miał pewne obawy co do tego, jaka będzie moja reakcja, kiedy sama się zorientuję. I powiem ci, tak zupełnie szczerze - tu ujęła jego smukłą dłoń w swoją nieco spracowaną, ale wypielęgnowaną i z doklejanymi paznokciami czy tipsami, sam nie wiem, jak to nazwać, bo nigdy się tym nie interesowałem - że od samego początku, jak tylko pierwszy raz przed prawie rokiem tu do mnie zaszliście, od razu coś podobnego sobie na wasz temat pomyślałam.

- Serio? - jakby nie swoim głosem zapytał Tahir.

- Jak najbardziej. I gdybyś mi wtedy wyjawił to, co o was wiem teraz - wyjaśniała - nie musiałbyś się tym zadręczać tyle czasu.

- Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem tego, co wiem teraz.

- Jak to?

- Ma rację - postanowiłem wtrącić się do rozmowy, uradowany, że Irenka z takim spokojem przyjęła wiadomość o naszej miłości. - Kiedy przed niemal rokiem tutaj przyszliśmy, to było nasze drugie spotkanie. A w zasadzie to pierwsze - doprecyzowałem. - Choć tak naprawdę to żadne albo raczej przypadkowe trochę, bo jeszcze obaj nie wiedzieliśmy, że możemy ze sobą być, że chcemy - wyjaśniłem.

- Wy może nie wiedzieliście - mentorskim tonem ciągnęła kobieta - ale ja podskórnie czułam, że to nie tylko koleżeństwo.

- Gadasz, ciociu, jak jakaś wróżka.

- Jak będziesz w moim wieku, to z racji tak zwanej życiowej mądrości czy doświadczenia, jak zwał, tak zwał, też będziesz umiał czytać w duszy niejednego rozmówcy. Będziecie umieli - poprawiła się zaraz, spoglądając znacząco na mnie. - Domyślam się jednak - jakby celowo zmierzała do zmiany tematu rozmowy - że przede wszystkim przyjechaliście tu po to, by coś zjeść?

- Tu się akurat mylisz - zaskoczył ją Tahir.

- To znaczy?

Znacząco spojrzał w moje oczy, co nie uszło uwadze cioci Irenki.

- Przyjechaliśmy do ciebie, bo właśnie postanowiliśmy powiedzieć ci o nas.

- Racja - potwierdziłem.

- Ty jednak odważniejszy jesteś od mojego Pajączka i Bąbelka w jednym - zauważyła niespodziewanie Irenka, czym obu nas wprawiła w lekką konsternację.

- Niektórzy nazywają to niewyparzonym pyskiem.

- No i dobrze, bo dzisiaj takie czasy, że trzeba umieć upominać się o siebie.

- Ciociu - przerwał ten festiwal radosnych komplementów Tahir - co konkretnie powiedział ci o nas Sabir?

- O jakie "konkretnie" - akcentowała - ci chodzi?

- Nie wiem - gubił się, a ja odnosiłem wrażenie, że sam nie bardzo wiedział, o co chciał zapytać bądź czego się dowiedzieć. - Mówił coś... o nas?

- Dużo mówił.

- Konkretnie... to co?

Irenka zamyśliła się, potem zadumę okryła ciepłym uśmiechem.

- Przede wszystkim straszliwie się w swojej opowieści plątał.

- To znaczy?

- Był zdecydowanie bardziej spięty niż ty w tej chwili.

- Nie jestem spięty - usiłował bronić się Pajączek cioci Irenki.

Na chwilę umilkliśmy. Z wnętrza lokalu dolatywały dźwięki mocno seksistowskiej piosenki o zdzieraniu majtek i braniu co moje, a to nieoczekiwanie wyzwoliło w mojej głowie feministyczną myśl; dlaczego zawzięcie broniące swej wolności dziewczyny nie walczą z takimi tekstami i ich wykonawcami, a wręcz same z wielką chęcią stają się wielkimi fankami takich występów. Czysta hipokryzja, która mnie wkurzała, im częściej ją dostrzegałem. Tymczasem ciocia Irenka relacjonowała Tahirowi przebieg rozmowy z Sabirem.

- Musisz go częściowo zrozumieć - usiłowała wyjaśnić swemu Pajączkowi wspomniane zagubienie jego starszego brata. - Ty już jakby tutaj się wychowałeś, ale w nim tkwią nawyki wyniesione stamtąd. - Miała na uwadze Jemen. - Niby rozumie tutejszą obyczajowość. Obserwuje, co dzieje się wokół i w pewnym sensie akceptuje, ale kiedy te zmiany zbliżyły się do niego zbyt mocno, poczuł coś w rodzaju podskórnego zagrożenia. Nie wiem, jak ci to bardziej obrazowo wytłumaczyć, ale niełatwo było mu powiedzieć prawdę o tobie.

- Nie może się z tym pogodzić? - wtrącił pytanie Tahir.

- Nawet nie o to chodzi. Odniosłam wrażenie, że w tej kwestii wciąż walczą w nim dwie siły.

- Jakie siły? - dociekał, jakby nie rozumiał, aczkolwiek miałem wrażenie, że doskonale wiedział, tylko to, co powiedziała Irenka, nie zgadzało się z tym, czego oczekiwał albo co pragnął usłyszeć.

- Zakorzeniona w głowie tradycja i świadomość, że żyje tu i teraz i po swojemu czuje, więc akceptacja tej rzeczywistości jest tym, czego również by pragnął. Tym bardziej - dodawała - że chodzi o ciebie. Jednak to nie jest takie łatwe.

- Narzekał na mnie?

- Skąd taka myśl?

- Tak mi przyszło do głowy.

- Nigdy na ciebie nie narzekał. Jak żyję i jak długo was znam, a wiesz, że swoje lata już mam, nigdy nie słyszałam z jego ust na twój temat innych słów, oprócz pełnych czułości.

Zaczynało się robić ckliwie. Musiałem jednak przyznać, że i mnie wzruszyła jej wypowiedź aż do wilgoci oczu.

- Mam wrażenie - wciąż niepewność czaiła się w słowach Tahira - że mówisz tak, by mnie tylko pocieszyć.

- Nieprawda. Skąd ci to przyszło do głowy?

- Nie wiem - odparł - ale czasami mam wrażenie, że od chwili, gdy zdał sobie sprawę, jak to między nami jest, jak ze mną jest - znacząco spojrzał na mnie, wykonując przy tym bliżej nieokreślony gest dłonią - to jakoś inaczej dzieje się między nami.

- Jak?

- Nie umiem tego określić.

Irenka z półuśmiechem na ustach pokręciła głową. Jej prawa ręka w czułym geście spoczęła na smukłej dłoni Tahira.

- Kochany mój - wciąż z czułością w głosie mówiła Irenka - teraz odnoszę wrażenie, że to nie w twoim bracie tkwi problem, ale w tobie.

- Jak to?

- To przez świadomość, twoją oczywiście, że w pewnym stopniu zawiodłeś oczekiwania brata w stosunku do ciebie. Że nie okazałeś się braciszkiem z jego wizji, tylko sobą, Tahirem, jakim stworzyła cię natura. Z jednej strony masz świadomość, że twoje szczęście chcesz budować po swojemu, z drugiej zaś dręczy cię podświadoma myśl o zawodzie sprawionym bratu, bo wiesz, jakie były, czy nadal są, jego poglądy. Wiem - jakby uprzedzała tym sposobem kolejną porcję pytań - to wszystko jest strasznie skomplikowane, ale nie warto zanadto zawracać sobie tym głowy. Sabir miał jedynie problem z powiedzeniem mi otwarcie o tobie, o was. Nie musisz dorabiać do tego nadzwyczajnej filozofii. Wierz mi, jedyne, na czym mu zawsze zależało i z pewnością nadal zależy, to twoje szczęście.

- Chwilami w to wątpię.

Wyraźnie zaskoczył ją wyrażonym zwątpieniem.

- Z jakiego powodu? - zdziwiła się.

- Bo powiedziałaś, że myśli tylko o moim szczęściu.

- Bo tak jest.

- Tak jest? W takim razie dlaczego z lekceważeniem traktuje moje plany?

Zrobiła minę, jakby hiobową wieść usłyszała.

- O jakich planach mówisz?

- Filmowych - wypalił. Nawet mnie tym zaskoczył, bo od kilku miesięcy o nich nie wspominał, w pewnym momencie sam pomyślałem, że w jego głowie zaistniała wolta o sto osiemdziesiąt stopni w kwestii życiowych priorytetów. Że dojrzał do innego pomysłu na życie.

- Pierwsze słyszę - wciąż ze zdumieniem na twarzy kontynuowała Irenka.

- Nie wspominałem, bo nie było okazji.

- Nie było okazji? - podjęła. - A może ty po prostu sam w ich powodzenie nie wierzysz?

Po jej słowach Tahir przez chwilę wyglądał tak, jakby zapomniał o umiejętności posługiwania się językiem.

- To nie tak - stwierdził po chwili na zasadzie samoobrony. - Jak tylko o tym wspomniałem, to parsknął śmiechem.

- Wspomniałeś? - uczepiła się Irenka.

- Wspomniałem, a on...

Przerwała mu, pomagając sobie gestem uniesionej ręki.

- Ile razy?

- Co, ile razy?

- Ile razy mu o tym wspomniałeś?

Zamyślił się. Sprawiał wrażenie szperającego we wspomnieniach celem odkopania dawno zarzuconej informacji.

- Raz.

- To wszystko wyjaśnia.

- Ale gdy tylko o tym wspomniałem, to prawie mnie wyśmiał - powtórzył.

- Nie pomyślałeś, że mogło to być efektem wielkiego zaskoczenia?

- Nie rozumiem.

- Wybacz, ale według mnie zachował się całkiem naturalnie. Pomyśl - potrząsała jego dłońmi, jakby trzymała w swoich rączki małego chłopczyka - ilu jest na świecie młodych chłopaków, którzy chcą zostać filmowcami? - Tahir z niedowierzaniem, ale i z niezrozumieniem, wpatrywał się w jej oczy. - Milczysz, bo wiesz, że niewielu. Jak żyję, nigdy nie słyszałam, by ktoś w mojej obecności, jakiś młody człowiek, obwieścił: chcę zostać filmowcem. Też bym się w pierwszym odruchu uśmiechnęła.

- Trzymasz jego stronę?

W głosie Tahira wyczułem nutę pretensji, może nawet żalu.

- Nic z tych rzeczy. Próbuję tylko spojrzeć na sprawę z jego perspektywy.

- To znaczy?

- Jego życie mam na myśli. A konkretnie drogę, jaką przebył, docierając do miejsca, w którym jest. Rozumiesz?

Dla świętego spokoju pokiwał głową. Mimo to przeczuwałem, w pewnym sensie mając pewność, że pod tą burzą ciemnogranatowych włosów kłębiły się myśli nie do okiełznania. Niesforne i pełne niezgody.

- Mniej więcej.

- Czyli nie rozumiesz - dobiła go po swojemu Irenka. - Proponuję, mój Pajączku - po babcinemu uszczypnęła go w policzek - żebyś jak najszybciej usiadł z bratem przy stole i poważnie o swoich planach porozmawiał. Jestem przekonana, że nie tylko cię zrozumie, ale całym sobą wesprze. A swoją drogą, to sama chętnie bym posłuchała o tych twoich planach filmowych.

- Serio? - zdziwił się.

- Czy byłam kiedyś wobec ciebie nie na serio?

Tym sposobem wypleniła z jego głowy wszelkie wątpliwości kłębiące się w nim od kilkunastu minut. Ciepło emanujące odtąd z jego oczu, stało się mych domysłów dopełnieniem.

- Wiedziałeś o tym? - zwróciła się nieoczekiwanie do mnie.

- Jestem jego ulubionym aktorem - odparłem.

- To znaczy... - zatrzymała się na chwilę - że co?

- Występuję z taką jedną dziewczyną w jego etiudach.

- Co to takiego?

- Krótkie filmiki o czymś - wyjaśniłem w pośpiechu.

- A ta dziewczyna? - zainteresowała się z wyraźnym ożywieniem.

- Moja sąsiadka. Ma na imię Mia.

- Czyli... - wciąż dociekała Irenka - nie jest zawodową aktorką?

- Bynajmniej. Ale jej również zależy na tym, by Tahir miał niezłe portfolio, jak będzie przystępował do egzaminu.

- Kiedy ten egzamin? - z miejsca się zainteresowała.

- Za tydzień.

- O matko święta - prawie się przeraziła - to jakby już!

- Za tydzień - uściślił Tahir.

- Gdzie?

- W Łodzi.

- Niedaleko, ale masz tam gdzie się zatrzymać?

- Będę codziennie dojeżdżał. Przecież to niecałe dwie godziny.

- Ale ty nigdy z Warszawy nie wyjeżdżałeś?!

Z każdą chwilą popadała w ton zmartwionej, czego obaj nie rozumieliśmy, aż w końcu do śmiechu nas to przywiodło.

- Ciociu - usiłował uspokoić ją Tahir - nie panikuj. Dam sobie radę.

- Jedziesz z nim? - zwróciła się do mnie, niemal z błaganiem w oczach.

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo jest dużym chłopcem.

W ostatniej chwili udało mi się powstrzymać język przed powiedzeniem, że skoro jest na tyle dorosły, by móc się pieprzyć z innymi facetem, siebie mając na uwadze, to musi być równie dojrzałym do samodzielnego poruszania się po świecie. Tym bardziej że akurat ten ŚWIAT, Łódź, znajduje się na odległość splunięcia.

Ostatecznie tylko serdeczny uśmiech jej posłałem.

- Ale...

Zamierzała dalej snuć swe wątpliwości albo może zwyczajnie mnie zbesztać - choć to w jej wykonaniu wydawało mi się mało prawdopodobne, nie była z takich - na szczęście z ratunkiem werbalnym w porę wkroczył Tahir.

- Ciociu - podjął uspokajanie dyszkantem - gdybym potrzebował na czas egzaminu niani, to w pierwszej kolejności zwróciłbym się do ciebie.

Po czym delikatnie pogładził wierzch jej dłoni, uśmiech tym samym wywołując na jej twarzy.

- Mimo to...

- A poza tym - przerwał jej ponownie - gdybym się czegoś obawiał albo czuł, że nie dam rady, to ostatecznie poprosiłbym Sabira.

- Dlaczego ostatecznie?

- Dlatego - był stanowczy, czym nawet mnie w tym momencie wprawił w zaskoczenie - że jako dorosły strasznie głupio bym się czuł w towarzystwie opiekuna. Jak jakiś niemota albo inna niedoróbka. Ciociu - zapalał się coraz bardziej - filmowiec musi mieć ikrę albo, jak to się mawia, jaja na karku, rozumiesz?

Chyba nie bardzo docierały do jej świadomości słowa Pajączka, ale na wszelki wypadek, z niedomkniętymi z wrażenia ustami, potakująco kiwnęła kilkakrotnie głową. Szczerze powiedziawszy i mnie ostatnim wypowiedzianym zdaniem wprawił w osłupienie. Bo, o ile o żartobliwym stwierdzeniu posiadania jaj słyszałem wielokrotnie, przez różnych w różnorakich sytuacjach wypowiadane, to o posiadaniu ich na karku usłyszałem po raz pierwszy. Nie chciałem wątku drążyć przy Irence, ale myśl umieściłem w głowie w takim miejscu, skąd przy nadarzającej się sposobności będę mógł bez trudu ją wydobyć i podroczyć się z ukochanym.

Kolejną godzinę w lokalu cioci Irenki - łapałem się na tym, że z coraz większą łatwością przychodziło mi używanie zwrotu "ciocia" w stosunku do niej - spędziliśmy na wpychaniu w siebie wszystkiego, co pracująca u niej kelnerka naznosiła na nasz stolik. A więc drożdżówkę z malinami, tartę wieloowocową, na dokładkę jeszcze lody o smaku czekoladowym, z dużą ilością owoców i adwokata. Popiwszy to wszystko podwójnymi porcjami kawy cappuccino, z trudem byliśmy w stanie podnieść tyłki z fotelików i ruszyć na przystanek tramwajowy.

- Nie chcę wyjść na marudę - zagadałem do Tahira po drodze, zasapany i dyszący niczym stara lokomotywa, a moje zmęczenie dodatkowo wzmagał lejący się z nieba żar - ale tak się przeżarłem, że chyba się ten teges w gacie.

- Nie psuj klimatu - zganił mnie żartobliwie Tahir.

- Ale taka jest prawda.

- W takim razie spadaj w krzaki - oznajmił Tahir, kuksańcem spychając mnie z chodnika - a ja wracam spokojnie do siebie.

Ostatecznie wróciliśmy obaj w to samo miejsce, czyli do mnie.