Rozdział 1
Znowu leje... Dlaczego ja tu mieszkam?
Malutka jaskinia, wyżłobiona w skalnej ścianie, dobrze chroniła przed deszczem. Wysokie na trzy łokcie wejście zasnute było szarą tkaniną dżdżu, ale w głębi jaskini sklepienie uciekało do góry, ściany zaś na boki. Niewielką, wcale suchą i przytulną izbę oświetlał oliwny kaganek - przedmiot w jakiś sposób nie na miejscu pod nierówną skałą; pasowałoby tu raczej łuczywo. Pozaczepiane o różne nierówności i krawędzie skał, suszyły się sztuki odzienia. Przy samym wejściu wisiał pas z krótkim mieczem. Zupełnie naga kobieta wylegiwała się na wojskowym płaszczu, z nogami rozłożonymi w taki sposób, jakby zapraszała wszystkich mężczyzn świata. Pod głową miała kołczan, z którego wysuwały się pierzaste pociski, ustępujące widać miejsca czarnemu warkoczowi leżącej, który z jakichś przyczyn tkwił w kołczanie. Właścicielka warkocza oderwała zębami kęs zimnego mięsa, wiszący u wielkiej baraniej łopatki, i przeżuwała powoli, nieruchomo spoglądając na ścianę deszczu przed jaskinią.
- No? Dlaczego? - powtórzyła z pełnymi ustami; dźwięczne armektańskie słowa bardzo niezwykle brzmiały w sercu Grombelardu. - Powiedz, dlaczego siedzisz w tej norze, zamiast wyjechać gdzieś, byle dalej. Przecież chyba ci zimno, hm?
Rzeczywiście chłód był dojmujący, choć podmuchy wiatru nie miały do jaskini przystępu. Jeśli jednak leżąca odczuwała zimno, to jej muskularne ciało nie wiedziało o tym - nie drżało ani nie pokryło się gęsią skórką. Tylko sutki małych piersi sterczały, twarde jak kamyki. Widać z troski o nie kobieta sięgnęła ręką do tyłu i namacała gruby pled. Pociągnęła go ku sobie i okryła się byle jak, nie przerywając jedzenia.
- Ou... - powiedziała, skończywszy z łopatką - cóż to był za baranek! Na pewno miał sto lat. Pieczeń z historii Szereru, naprawdę.
Ulewa na zewnątrz zelżała, za to zmierzch czynił postępy. Wejście do jaskini coraz słabiej odcinało się od czerni skał.
Kobieta odrzuciła pled i wstała.
W najdalszym zakamarku jaskini, pośród jakichś szmat i tłumoków, leżał nieruchomy kształt, okryty peleryną. Czarnowłosa podeszła doń i kucnęła obok. Odchyliła przykrycie. W półmroku słabo majaczył kontur mizernej, zarośniętej twarzy. Brudny opatrunek na czole przesiąknięty był krwią.
Oczy leżącego rozwarły się powoli. Błyszczały gorączką.
- No proszę - powiedziała. - Jedno spojrzenie na dwa dni... Czy tak już zostanie?
- Umieram... Łowczyni - rzekł mężczyzna cicho i chrapliwie.
Był Dartańczykiem. Synem Złotej Prowincji, kraju będącego zupełnym przeciwieństwem Grombelardu. Tu, w Ciężkich Górach, powszechnie uważano przedstawicieli tego narodu za zniewieściałych, rozpieszczonych dostatkami tchórzy.
Pochyliła się, szukając czegoś pośród tobołków.
- Są dwa rodzaje chorych - mówiła w ojczystym języku rannego, trochę go kalecząc. - Ci, co wyzdrowieją, i ci, co umrą. Jedni i drudzy powinni jak najszybciej zrobić swoje. Inaczej męczą siebie i innych.
Znalazła skórzany wór, w którym coś chlupotało. Napiła się, po czym przytknęła otwór wora do ust leżącego. Zakasłał, wino pociekło po brodzie i policzku. Odetchnął kilka razy.
- Umrę.
Kobieta przygryzła wargi. Pomimo lekko rzucanych słów w jej spojrzeniu było sporo smutku.
- Myślę, że tak - powiedziała cicho.
Wyciągnęła rękę, dotykając szorstkiego policzka mężczyzny. Był rozpalony. Jednak ranny uśmiechnął się blado.
- Dziękuję - rzekł. - Nareszcie widzisz we mnie mężczyznę, który zdoła... przyjąć każdą prawdę. Długo czekałem... Łowczyni, czy mogę... ci zaufać?
Zmarszczyła szerokie brwi; pytanie było nieoczekiwane. Wzruszyła ramionami.
- No... nie wiem, naprawdę - powiedziała. - Czy chodzi o eliksir młodości? W takim razie zaufaj mi koniecznie. Nie uronię ani kropli, bo pochłonę go razem z flakonem.
Słaby śmiech rozbrzmiał krótko, urywanie.
- Czujesz się stara, Łowczyni?
- Jak te skały.
Przez chwilę milczeli.
- Powiedz mi... czy sprowadziłaś śmierć na tych żołnierzy w Czarnym Lesie? Czy to... co mówiono, jest prawdą?
Przymknęła oczy.
- Nie.
- No to posłuchaj... i zapamiętaj, bo wątpię, czy zdołam powtórzyć. Słuchasz?
- Słucham. Czy na pewno chcesz...
- Na pewno. Mogę i chcę ci zaufać.
? ? ?
Najpierw długo leżała, nie mogąc zasnąć. Rozmyślała o przedziwnej tajemnicy, do której ją dopuszczono.
Dartańczyk... Dartańczyk w Ciężkich Górach. Czyżby naprawdę człowiek, który jeszcze przed paroma laty był halabardnikiem w dalekiej Rollaynie, miał dokonać najdziwniejszego odkrycia w dziejach Grombelardu? Niewiarygodne. Cóż za kaprys losu.
Zapadła w krótką, niespokojną drzemkę, pełną majaków. Krążyła w nich po skalnym labiryncie, zagubiona, rozpaczliwie próbując się wyrwać, znaleźć wyjście... Daremnie.
Obudziła się spocona mimo zimna. Usiadła, obejmując dłońmi ramiona.
- Kareniro...
Po raz pierwszy powiedział jej imię.
Kiedyś nie lubiła tego człowieka. Prawie nienawidziła. Ciężkie Góry nie były miejscem dla Dartańczyka. On jednak sądził inaczej. I dowiódł słuszności swych racji, szybko wyrastając na znanego przewodnika po najbardziej niebezpiecznych rejonach Ciężkich Gór.
A jednak Grombelard go nie chciał.
Zwykły przypadek sprawił, że znalazła konającego. Przywlokła do jednej ze swych kryjówek. Majaczył. "Skąd ja mogłem wiedzieć, że to ona?" - pytał bez przerwy w malignie. "Skąd mogłem...?"
Dopiero teraz poznała całą historię. I dowiedziała się, kim jest "ona".
- Kareniro.
Zanim położyła się spać, zdmuchnęła płomień kaganka. Teraz po omacku, na czworakach, popełzła do posłania rannego.
- Jestem.
- Pamiętasz wszystko?
- Pamiętam.
Przez chwilę słyszała tylko jego wysilony oddech.
- Pamiętaj, żeby iść przez deszcz... Pamiętasz? Przez deszcz, od rana... - mówił pospiesznie. - Od przełomu Medevy... Ona tam będzie. Nie pozwól, żebym...
Zrozumiała, że znów majaczy w gorączce. Odszukała dotykiem rozpaloną twarz.
- Dobrze, pamiętam.
Pochwycił słabo jej dłoń i uspokoił się.
- Łowczyni...
- Jestem.
- Pocałuj mnie. Tylko raz. Zawsze uważałem, że jesteś... zawsze chciałem... żeby tak jak ty...
Pochyliła się, znajdując jego usta. Były gorące jak ogień.
- Łowczyni - powiedział jeszcze - byłem dobrym przewodnikiem...
Odepchnął ją lekko.
Wróciła na swoje posłanie. Już nie zasnęła tej nocy.
Chyba słyszała, jak umarł.