Księga duchów - Siri Hustvedt

Kup ebooka

59.99 zł
53.99 zł (46,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czas utracony

Ja żyję. Mój mąż, Paul Auster, jest martwy. Zmarł 30 kwietnia 2024 roku o godzinie 18.58 tutaj, w tym brooklińskim domu, gdzie teraz spisuję te słowa. W styczniu 2023 roku rozpoznano u niego niedrobnokomórkowego raka płuca. Wcześniej jednak, na początku listopada 2022, Paul przeszedł badanie tomografem komputerowym na oddziale ratunkowym Szpitala Mount Sinai West. Radiolog zauważył masę tkankową w prawym płucu i odnotował, że może to być zmiana nowotworowa.

Wszyscy umieramy, ale tylko niektórzy wiedzą, że ich życie niebawem dobiegnie końca. Chociaż wcześniej często się zastanawiałam, jak by wyglądało moje życie bez Paula, teraz zaczęłam je sobie wyobrażać częściej. Wyobrażałam sobie, że samotnie krążę po domu. Wyobrażałam sobie żałobę. Jeśli twój ojciec umrze, powiedziałam mojej córce Sophie, stracę swoją codzienność.

Nie przypuszczałam jednak, że po śmierci Paula czas rozreguluje się nie do poznania. Pamiętam, a po chwili zapominam, jaki jest dzień. Pamiętam, że mamy maj, i po chwili zapominam. Godziny przeskakują do przodu, za to minuty częstokroć ciągną się powoli. Chcę zakorzenić swe ciało w kalendarzach i zegarach, tych niezawodnych, acz ostatecznie fikcyjnych systemach odliczania upływającego czasu, ale gubię się w ich regularnym rytmie. Obawiam się, że jeśli przestanę sprawdzać datę, dzień tygodnia i godzinę, stracę orientację, przewrócę się na schodach i runę w dół albo uniosę się w powietrze. Sporządzam listy spraw do załatwienia i wypełniam kalendarze. Listy i kalendarze leżą na różnych stołach i powierzchniach w całym domu. Martwię się, że zapomnę o obowiązkach, umówionych wizytach, rachunkach do opłacenia. Martwię się, że moje myśli rozproszą się na więcej kawałków, niż będę w stanie pozbierać. Tym się teraz zajmuję - zbieraniem kawałków siebie.

Mam trudności z oddychaniem. Serce bije za szybko, nie cały czas, epizodycznie. Dokuczają mi bóle między żebrami, czasem intensywne. Bolą mnie szyja i głowa. Nerwy brzęczą i szumią, a kończynami wstrząsają elektryczne prądy. Burczy mi w brzuchu, a rytm wypróżnień jest zaburzony. Po części są to stare symptomy, które teraz się nasiliły. Wyobrażam sobie, że wyrósł mi guz odzwierciedlający ten znaleziony w płucu Paula i że niedługo umrę. Pogłębiam jeszcze tę fantazję. Może ten zwierciadlany nowotwór to rzadkie zjawisko medyczne wykraczające poza główny nurt nauki, jeden z tak zwanych elementów odstających, które wyrzucono z "czystych danych".

Cieszy mnie, że wciąż jestem w stanie się z siebie śmiać. A z drugiej strony hipochondrycy też na coś umierają.

Śpię dzięki lekom.

Podnoszę gazetę albo jakiś inny przedmiot wymagający mojej uwagi, a potem zauważam następny, który mnie przyzywa. Odkładam pierwszą rzecz i dostrzegam ją dopiero po kilku godzinach, nieożywioną ofiarę nie­dokończonego gestu. Na czerwonym stole w jadalni leży sterta nieotwartych listów kondolencyjnych i kartek. Nie jestem w stanie ich otworzyć. Nie dzisiaj. Zaczekam. Jutro.

Nadchodzi jutro. Otwieram listy, ale nie zawsze rozu­miem, co czytam. Najlepsze są te krótkie, serdeczne wiadomości. Są też długie, odręcznie spisane epistoły na wiele stron od ludzi, których nie znam. Paul musiał do nich w jakiś sposób należeć, ale w jaki, tego nie zawsze jestem w stanie odgadnąć. Siadam, żeby nad listą spraw do załatwienia zapisać słowo "jutro". Gdy spoglądam na kartkę, dostrzegam, że napisałam "wczoraj". Przypominam sobie komentarz Freuda na temat sennych przeciwieństw. W świecie snów twój strzelisty przyjaciel może się skurczyć do rozmiarów robaka. Moje obecne życie ma w sobie coś ze snu.

Wchodzę do napełnionej do połowy wanny i uprzytamniam sobie, że zapomniałam ściągnąć skarpetki.

14 maja. Wdowa potrzebuje terapii. Wychodzę na wizytę u psychoanalityczki gorąco polecanej przez osobę, której ufam. Ta potrzeba nie jest dla mnie niczym nowym. Przez jedenaście lat poddawałam się psychoterapii opartej na psychoanalizie. Była dla mnie wyzwoleniem. Pandemia sprawiła, że ja i doktor C. przeniosłyśmy się na Zoom i wiosną 2021 roku, gdy krążący wirus powoli tracił swą moc, terapia dobiegła końca. Zaplanowałyśmy na jesień ostatnią pożegnalną sesję na żywo. Nigdy do niej nie doszło. 1 października doktor C. zmarła nagle i nieoczekiwanie na zawał serca w wieku siedemdziesięciu jeden lat. Szok spowodowany jej śmiercią był pierwszym z całej serii takich wstrząsów. Gdyby wciąż żyła, zdążałabym do jej gabinetu. Jako że Paul pod koniec życia nie wychodził z domu, a ja nie śmiałam zostawiać go samego, spacer po mieście stał się dla mnie luksusem. Postanowiłam, że wyjdę z domu dużo wcześniej i podjadę metrem na Upper West Side.

Z powodów, których nie pojmuję, obrałam chyba złą trasę na Grand Army Plaza. Rozpoznaję łuk i pomniki, wypełniony samochodami plac, bibliotekę po przeciwnej stronie, nie mogę jednak znaleźć wejścia do metra. Korzystałam z tej stacji od wielu lat. Co się ze mną stało? Proszę troje przechodniów, by wskazali mi schody do metra, ale jak postacie ze snu żadne z nich nie jest w stanie skierować mnie do kolejki podziemnej linii 2 i 3. Sprawdzam godzinę. Możliwe, że się spóźnię na spotkanie ze znakomitą psychoanalityczką. Czy już oficjalnie cierpię na demencję? Zamawiam Ubera i docieram na skrzyżowanie Central Park Zachodniej i Osiemdziesiątej Dziewiątej dokładnie o godzinie, o której ma się rozpocząć umówiona sesja.

W dniach bezpośrednio po skromnym pogrzebie Paula 3 maja na Cmentarzu Green-Wood naszła mnie wewnętrzna potrzeba sortowania, wyrzucania i czyszczenia. W chwilach przygnębienia lub niepokoju często biorę się do sprzątania. Zaprowadzam w swoim małym świecie idealny porządek. Pozbywając się kurzu, kłaczków i smug, przejmuję kontrolę. Nie zamierzałam być jedną z tych wdów, które na miesiące, a nawet lata zachowują w szafie ubrania po mężu. Zmarły nie potrzebuje koszul, kluczy ani kremu do golenia. Zmarły nie choruje. Nie przyjmuje leków.

Duży pokrowiec z przezroczystego plastiku, w którym kiedyś mieściła się nowa poszwa na kołdrę, zamienił się w dom dla resztek leków przechowywany za stertą prześcieradeł w bieliźniarce. Do wyrzucenia w pierwszej kolejności. Ampułki z deksametazonem, prednizonem, meloksykamem, mirtazapiną, tabletki z sodem i magnezem, lewotyroksyna, oksykodon, tamsulozyna, kotrimoksazol, sukralfat, famotydyna, gabapentyna. Kilka plastrów z fentanylem. Hydrokortyzon w pięcio-, dziesięcio- i dwudziestomiligramowych dawkach. Strzykawka i maleńka szklana buteleczka do wstrzykiwania tego samego sterydu w razie przełomu tarczycowego, blistry Zofranu, buteleczki sukralfatu i laktulozy w płynie. Te zapamiętałam. Bez wątpienia w tym plastikowym pokrowcu były też inne lekarstwa, które nagromadziły się w ciągu półtora roku terapii onkologicznej Paula, leki przepisane, zarzucone, czasem przepisane ponownie na sytuacje awaryjne. Takich sytua­cji było wiele. Zachowałam kilka prowadzonych przeze mnie dzienników dawek, z nazwą preparatu, na co jest stosowany, oraz jedną, dwiema, trzema lub czterema wypełnianymi odręcznie rubrykami: 7.46, 12.00, 16.35.

Wiedziałam, że niewykorzystanych leków nie należy wyrzucać do śmieci ani spuszczać w toalecie lub zlewie, więc pokrowiec z medycznym detrytusem wypełniał się coraz bardziej, aż zapięcie strunowe ledwo się domykało. Po pogrzebie Paula moja siostra Asti zabrała tę paczkę i zostawiła ją w aptece niedaleko swojego domu, gdzie wiedzą już, co z tym zrobić. Nie wiem, co robią, i chociaż zwykle jestem wszystkiego ciekawa, zupełnie mnie to nie obchodzi.

Niektóre z tych leków przedłużyły Paulowi życie. Dzięki innym czuł się lepiej. Inne zaś tylko pogorszyły jego stan. Gdy przekazałam pokrowiec do rąk Asti, ulga była większa, niż się spodziewałam. Nienawidziłam tego pokrowca. Gdybym odważyła się ustawić te ampułki i buteleczki jedne obok drugich, mogłyby posłużyć jako namacalne archiwum choroby aż po śmierć, ale widok numerów recept, dat, czasem trudnych do wymówienia nazw oraz wskazówek i ostrzeżeń na opakowaniach nie tylko budził we mnie skojarzenia z nieskuteczną terapią, lecz także przypominał o przedłużającym się u mnie stanie kontrolowanej paniki, który słabł i nasilał się przez wiele miesięcy. Podawałam Paulowi właściwe lekarstwa, chociaż kilka razy się spóźniłam. Siedziałam u jego boku w czasie cztero- lub pięciogodzinnych wlewów dożylnych. Siedziałam przy nim na oddziale ratun­kowym, a gdy był hospitalizowany, odwiedzałam go dzień w dzień. Obsługiwałam konto pacjenta na portalu Centrum Onkologicznego Memorial Sloan Kette­ring i regularnie układałam pytania do lekarzy i pielęgniarek. Studiowałam niezliczone artykuły medyczne na temat niedrobnokomórkowego raka płuca (NSCLC) i metod jego leczenia. To mi pozwoliło zadawać lekarzom Paula sensowne pytania, a jednak moja pozorna znajomość rzeczy i hart ducha skrywały fakt, że żyłam w strachu. Obawiałam się, że podam mu złe leki, nie rozpoznam symptomu świadczącego o nadchodzącym niebezpieczeństwie, a przede wszystkim obawiałam się tego, co pozostawało poza moją kontrolą - jego śmierci.

Gdy Paul zmarł, jego cierpienie oraz moja czujność przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, podobnie jak terapie onkologiczne i terapie wymierzone przeciwko groteskowym konsekwencjom tychże terapii. Niepożądane skutki uboczne immunoterapeutycznego leku Niwolumab, inhibitora punktów kontrolnych, zakończyły życie Paula, zanim zdołał tego dokonać nowotwór. Niwo­lumabu nie przechowywałam w pokrowcu. Podawano go dożylnie razem z chemioterapeutykami: Karboplatyną i Paklitakselem. Przekazanie siostrze tego pokrowca nie oczyściło mnie ze wspomnień, uwolniło natomiast od konieczności oglądania niezbitych dowodów tego, co musiał wycierpieć Paul i czego byłam świadkiem.

Jego dżinsy, T-shirty, buty, paski, skarpety, swetry, jeden jedyny garnitur (rzadko go wkładał), smoking i płaszcze w większości zniknęły, przekazane członkom rodziny lub oddane na cele charytatywne. Skórzana kurtka na kożuszku, którą kupił w Argentynie lata temu (on by wiedział, w którym dokładnie roku), a potem długo, bardzo długo w niej chodził, wciąż wisi w szafie na pierwszym piętrze. Zamierzam ją nosić, gdy znów się ochłodzi. Zamierzam się oblekać w tę pozostałość po ukochanym tak długo, aż kurtka się rozpadnie. Gdy zobaczyłam ją w czasie przeglądu szaf, ściągnęłam z wieszaka i wtuliłam twarz w futro. Miałam nadzieję, że wyłowię jego zapach in absentia, ale wyczułam tylko woń stęchlizny i wyprawionej skóry, nic ludzkiego.

W szafie w naszej sypialni jest teraz więcej miejsca. Wciąż piszę "naszej". Choć opróżniona z jego skromnej garderoby, to wciąż "nasza" szafa. To wciąż "nasza" sypial­nia. Dopóki będę tu mieszkać, chyba już taka pozostanie. Nie ma w niej jego ubrań, ale za sprawą czasu wciąż jest nasza.

Gdzie się teraz podziewa ten czas?

Wyrzuciłam jego bokserki. Od wielu lat Paul kupował kraciaste bokserki Fruit of the Loom w opakowaniach po trzy sztuki w sklepie na brooklińskiej Piątej Alei. Na początku naszego małżeństwa nauczyłam się nie wtrącać do jego odzieżowych wyborów, które były proste, ale niezmienne. Lubił chodzić do tego niedrogiego sklepu, gdzie kupował czarne Levisy, T-shirty z grubej bawełny konkretnej marki i te bokserki. Nie pamiętam, kiedy to było dokładnie, ale zaczęliśmy już opiekę hospicyjną i ogólne osłabienie uniemożliwiało mu samodzielne ubieranie się, więc mu pomagałam.

Jednego z tych poranków, gdy szperałam w jego szuf­ladzie z bielizną, powiedział:

Tylko nie czerwone.

Nie czerwone?

Nie lubię czerwonych.

Chcesz powiedzieć, że nigdy nie lubiłeś czerwonych bokserek?

Najwyraźniej nigdy ich nie lubił. Leżały w szufladzie. Przyjrzawszy im się, zauważyłam, że wyglądają na nowsze niż pozostałe. Kupował opakowania po trzy sztuki z myślą o tych niebieskich i zielonych. Czerwone były rodzajem ofiary.

Całe lata kraciastych bokserek, a ja nie miałam pojęcia, że nie lubił czerwonych.

Gdy nasunęłam mu przez głowę T-shirt, biały tego ranka, nie czarny, powiedział: Jesteś dla mnie taka dobra, Siri. A ja pogładziłam go po twarzy i odpowiedziałam po norwesku, w moim języku ojczystym: Det skulle bare mangle. Przez te wszystkie lata Paul przyswoił sobie kilka norweskich zwrotów. Między innymi ten właśnie. Dosłownie znaczy: Tego miałoby brakować. Tłumaczenie: Ależ oczywiście. To się rozumie samo przez się.

Gdy piszę te słowa, zdumiewa mnie determinacja, z którą zaatakowałam pracownię Paula. Większość dnia od rana do popołudnia spędzał w niewielkim pokoju na parterze naszego domu od strony ogrodu. Teraz nie miałabym do tego serca, wtedy jednak działałam z poczuciem misji. Przypuszczam, że na blacie jego biurka było co najmniej sto pięćdziesiąt narzędzi do pisania: wiecznych piór, piór kulkowych, długopisów, cienkopisów albo ułożonych w nierównych rzędach, albo wystających z pojemników. Miał kilkanaście ołówków automatycznych. Miał zapas taśm do swojej mechanicznej Olympii, który by wystarczył na kilka dodatkowych długich żywotów lub wyposażył małą armię piszących luddystów. Miał małe prostokątne korektory Tipp-Ex do wsuwania pod młoteczki (niezbyt duży zapas). Miał też kilka sfatygowanych gumek do wycierania i trzydzieści pięć notesów Clairefontaine z papierem w kratkę. Przed przepisaniem rękopisów na Olympii pisał swoje książki odręcznie w notesach.

Nie ingerowaliśmy w swoje przestrzenie robocze. Traktowaliśmy je jak świętość. On nigdy nie dotykał mojego biurka. A ja nigdy nie dotykałam jego. Nie miałam pojęcia, że zgromadził tyle piór, taśm i notesów. Często szukałam w kuchennej szufladzie długopisów przekonana, że je tam zostawiłam, i ich nie znajdowałam. On zawsze nosił co najmniej jeden, a często dwa lub trzy długopisy w przedniej kieszeni dżinsów. Jeśli wzruszenie to uczucie pośrednie między czułością a bólem, poczułam je, gdy zobaczyłam te pióra i odkryłam te wszystkie taśmy. Pióra wciąż są sprzedawane wszędzie, ale taśm do maszyn do pisania i arkusików korekcyjnych Tipp-Ex nie dostanie się już tak łatwo, Paulowi wydawało się więc ze wszech miar słuszne, że powinien się przygotować na ich ewentualne zniknięcie nie tylko z Nowego Jorku, ale i z całego świata.

Uwielbiałam perkusyjny dźwięk, jaki wydawała jego Olympia, gdy bębnił w klawisze, szybko, potem wolniej i znowu szybko. Lubię opór klawiszy pod palcami, mawiał. Paul wybijał tymi narzędziami rytm. W swych nawykach pisarskich w starszym mężczyźnie żył młodszy.

Maszyna do pisania jak zawsze stoi na jego biurku, niemy przedmiot, który stracił swoje miejsce w pisarskim rytuale. Zwyczaje, nawyki, rytuały wywodzą sens z powtórzeń, a powtórzenia te mogą służyć za zbroję chroniącą przed niepokojem. Paul nie wiercił się ani nie obgryzał paznokci. Jego nerwowość nie uzewnętrzniała się w ten sposób, ale niepokój zabarwiał jego życie. Na lotniska przyjeżdżaliśmy kilka godzin przed czasem, co było źródłem licznych rodzinnych anegdot. Gdy ja przejęłam zamawianie taksówek i przechowywanie biletów (w czasach papierowych biletów), sprawdzał raz za razem, czy zrobiłam, co miałam zrobić, choć wielokrotnie go o tym zapewniałam. Przejawiał pewną zaborczość w stosunku do przedmiotów, które uważał za przedłużenie swego ciała - długopisów, lecz także kluczy do domu, maleńkiego terminarza zamawianego przeze mnie co roku z Charing Cross i portfela - i wszystkie trzy trzymał w prawej kieszeni spodni. Nikomu nie wolno było ich dotykać. Gdy leżał w szpitalu i cierpiał na delirium, klucze, terminarz i portfel przechowywano w foliowym woreczku w szufladzie obok łóżka, nie miał ich jednak przy sobie. Gdy się budził w obcym łóżku i nie mógł ich znaleźć, dzwonił do mnie lub do naszego zięcia, Spencera. W terminarzu miał zapisane spotkania, o których nie mógł zapomnieć. Nie miał pieniędzy. Jak zamówi taksówkę? Jak wróci do domu?

Nie był w stanie wstać z łóżka o własnych siłach.

"Stosunek lęku do swego przedmiotu - pisze S?ren Kierkegaard w Pojęciu lęku - jest do czegoś, co jest niczym"1. Lęk, zaznacza filozof, jest jak spojrzenie w otchłań. Paul wielokrotnie tym właśnie słowem w ostatnim roku życia określał śmierć. Od dłuższego już czasu spoglądam w otchłań, mówił.

Zdumiewała mnie odwaga Paula w obliczu otchłani.

Jego pismo wyziera z wielu miejsc w domu, z krótkich notatek i kartek, z książeczek czekowych przecho­wywanych w kredensie w bibliotece. Pod półkami z książkami na szerokim blacie leży biała teczka. Jeszcze jej nie otworzyłam. W środku na kartce spisane są nazwiska osób, które chciał zaprosić na uroczystość ku jego pamięci, a także zapiski do testamentu, zmienionego zaledwie kilka dni przed śmiercią. Na teczce jego pismem zapisane są słowa:

Do Siri/Sophie

Notatki o "Potem".

1/1/23

Zanim Paul zmarł, cierpki humor tego "Potem" wywoływał na mojej twarzy uśmiech. Teraz nie wydaje mi się to ani trochę zabawne. Sophie i ja żyjemy w owym "Potem", miejscu, gdzie logika czasu i przestrzeni jest zaburzona.

Telefaks przechowuję w suterenie. Paul i ja mieliśmy wspólną asystentkę, Jen Dougherty, która teraz pracuje tylko dla mnie. Jen faksowała Paulowi wiadomości mailowe, które do niego przychodziły. Potem on do niej dzwonił, dyktował odpowiedzi na przesłane pytania lub mówił tylko "tak" lub "nie", a ona wykonywała jego polecenia. Zainteresowanie mojego męża szybkim rozwojem technologii komunikacyjnych w gruncie rzeczy wygasło na etapie faksu, chociaż zdarzały się wyjątki. Znużona widokiem Paula w drzwiach mojej pracowni, wielkookiego i przepraszającego za zakłócenie spokoju, z pytaniem o jakąś datę lub fakt do sprawdzenia w internecie, kupiłam mu iPada, dodatek do mojego, który służył mu wyłącznie jako narzędzie badaw­cze bez skrzynki mailowej.

Do mnie nikt nie faksuje.

Poza faksami od Jen przychodziły tylko te od firm dekarskich. Maszyna regularnie wypluwała reklamy nowych dachów.

To pewnie dekarze, mówiłam do Paula.

Pewnie tak, odpowiadał i schodził sprawdzić.

Paul nie miał komórki. Gdy odzywał się telefon stacjonarny, wiedziałam, że to do niego. Nigdy nie odbierałam. Od jego śmierci telefon dzwoni rzadko. A jeśli już, zwykle jest to agentka Paula, Carol Mann. Dzwoniła do niego na ten numer niemal codziennie. W niedzielę rano wiem, że to siostra Paula, Janet. Rozmawiali ze sobą co tydzień. Teraz ja odbieram jej telefony. Poza tym dzwonią tylko boty, sępy z agencji nieruchomości krążące wokół nekrologów i oszuści żerujący na starszych ludziach, którzy nie odłączyli telefonów stacjonarnych.

Trzypiętrowy dom na Brooklynie, w którym przemiesz­kaliśmy z Paulem trzydzieści lat, gdzie wychowywała się nasza córka Sophie i gdzie pomieszkiwał Daniel, mój pasierb, gdy nie był u swojej matki, z dnia na dzień wyogromniał. Przez dłuższy czas zajmowaliśmy tę przestrzeń we dwoje, bez dzieci, i dom wydawał się przestronny, ale nie olbrzymi. Od patrzenia na tysiące naszych książek, które wypełniają półki od podłogi po sufit, bolą mnie ramiona, jak gdyby kazano mi zapakować te tomy do pudeł i przenieść je gdzieś w pojedynkę.

Gdy zamieszkaliśmy razem w 1981 roku, wynajęliśmy dwa ostatnie piętra domu na Tompkins Place 18 w Cobble Hill na Brooklynie. Mój dobytek w tym czasie składał się głównie z książek. Oddaliśmy duplikaty, których było wiele. Z dwóch edycji zatrzymaliśmy tę lep­szą. Pamiętam, że pomyślałam sobie wtedy: to znaczy, że naprawdę nie możemy się rozstać.

Sophie mieszka teraz w swoim domu w innej części Brooklynu, Bedford-Stuyvesant, z mężem Spencerem i ich synkiem Milesem, który urodził się w Nowy Rok 2024. Przekazanie tej trójce na Halsey Street kilku pokoi z tego domu byłoby czymś ze wszech miar rozsądnym, gdyby tylko takie rzeczy były możliwe, ale nie są.

Chociaż na przestrzeni lat zmieniały się meble, konfiguracja pomieszczeń w naszym domu pozostaje ta sama. Kuchnia i łazienki były remontowane, odnawialiśmy tapicerkę foteli i sof, malowaliśmy ściany; niemniej z czasem jednakowość zdominowała inność. Gdy samotnie przemierzam ten dom, naśladuję rytmy z czasów przed śmiercią Paula w przestrzeniach istniejących po jego śmierci. Ten dom jest prawdziwym domem, lecz także konstrukcją pamięci.

Wszystkie domy zamieszkane przez jakiś czas przez te same osoby stają się strefami gestycznych powtórzeń, przyrządzanych i spożywanych posiłków, wynoszonych śmieci i odbieranej korespondencji, włączanych i wyłączanych ekspresów do kawy, czajników z wrzątkiem na herbatę, ścielonych łóżek i składanego prania, pryszniców i kąpieli, szczotkowania zębów i mycia twarzy, itede, itede. Czynności te należą do rozmaitych form ucieleśnionej pamięci. Wykonuję te banalne zadania tak jak kiedyś. Moje kończyny się poruszają. Wdycham i wydycham powietrze. Serce bije. Jednakowość wyczuwana jest w moich ruchach i w ich powtarzaniu tkwi pewne pocieszenie, jednak rytm tych czynności też jest nieregularny. Schemat się wypaczył. Straciłam dawną synchronizację.

Co tydzień w niedzielę na obiad przychodzą "dzieciaki" (stosowane przez Paula i Siri hasło oznaczające Sophię i Spencera).

Dzieciaki były na obiedzie w zeszłą niedzielę. Na tarasie w wiosennym powietrzu zjedliśmy miecznika, gdy dzieciak dzieciaków, Miles, wciąż spożywający wyłącznie mleko, ze zdumieniem wpatrywał się w pnącze hortensji, chichotał, wydawał przypominające rozmowę odgłosy i ssał piąstkę. Talerzami po obiedzie zajął się Spencer. W poniedziałek rano otworzyłam w kuchni zmywarkę i spojrzałam na trzy czyste, starannie ułożone talerze, po czym zaczęło się autoprzesłuchanie. "Dzieciaki" były tu wczoraj, w niedzielę, jak zwykle. A gdzie czwarty talerz? Stłukł się? Oczami wyobraźni ujrzałam na­­wet biało-niebieskie skorupy. Dlaczego nie pamiętam? Zadawałam sobie te pytania z pełną powagą. Moja konsternacja była zakorzeniona w przyzwyczajeniu i musiała minąć co najmniej minuta, żebym się przeorientowała. Gdyby ktoś mnie zapytał: "Czy pani mąż nie żyje?", natychmiast bym potwierdziła, że nie żyje. Zdziwienie wywołane brakującym talerzem nie miało nic wspólnego z tą pewnością. Wywodziło się z czegoś innego, percepcji wzrokowej, która zadziałała automatycznie, i mój wewnętrzny narrator, ów świadomy "głos" w głowie, posłusznie za nią podążył.

Po śmierci matki codziennie późnym popołudniem sięgałam po telefon, żeby do niej zadzwonić. Nigdy jednak nie wybrałam numeru.

Paul kochał bibliotekę na drugim piętrze naszego domu. W dużej mierze to on był odpowiedzialny za ułożenie książek w tym pokoju i część tej aranżacji wciąż uważam za irracjonalną. Jakieś piętnaście lat temu, na początku lata, opętała go potrzeba zreorganizowania książek, nie tylko w bibliotece, ale i we wszystkich pokojach w całym domu. Oddaliśmy setki tomów, które, jak uznaliśmy, przestały być dla nas ważne. Podsunęłam mu kilka logicznych sugestii, między innymi i tę, by po prostu trzymać się alfabetu. Zawarliśmy kompromis co do porządku, klasyfikacji według gatunków, języków i stuleci. Ułożenie woluminów na nowo trwało wiele dni. Pewnego wieczoru, gdy cały projekt dobiegał końca, ale kilkaset książek leżało jeszcze na podłodze biblioteki, położyliśmy się spać. Obudziłam się około drugiej w nocy. A ponieważ Paul nie leżał obok, wyszłam na korytarz i zauważyłam, że w bibliotece pali się światło. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam, że Paul, chwiejąc się na drabinie, wpycha książki na półki. Miał na sobie tylko bokserki (pewnie niebieskie lub zielone w kratkę). Zaśmiałam się i powiedziałam, żeby wracał do łóżka. Mógł dokończyć rano. Został tam. W imię doprowadzenia zadania do końca "porządek" przerodził się w ekscentryczność.

Gdzie jest Gertrude Stein, na miłość boską? - wykrzykiwałam później do niego.

W bibliotece jest też telewizor. Codziennie wieczorem, gdy byliśmy w domu, oglądaliśmy film. Paul korzy­stał z rejestratora DVR (kolejny wynalazek, który polubił). Zatrzymałem dla ciebie ten z Lucille Ball. Chcesz obejrzeć?

Gdy odwracam się lekko w lewo przy moim biurku, widzę pismo Paula na papierku, którym wyściełana była jedna z puszek po cygaretkach Schimmelpenninck. Palił je przez kilkadziesiąt lat. Papierek jest przypięty pinezką do korkowej tablicy przede mną, przestrzeni wypełnionej różnymi drobiazgami, są tam pocztówki, parę dyplomów doktoratu honoris causa, zawiadomienia o nagrodach, trzy moje stare rysunki, przypinka "JESTEŚMY SALMANEM RUSHDIEM" i "YES WE DID" z okresu po pierwszym zwycięstwie wyborczym Obamy, zdjęcia Paula i Sophie, moich rodziców i sióstr - Liv, Asti i Ingy (Ingrid) - ludzi mi najdroższych. Na papierku z puszki po cygaretkach: "Mam w kieszeni 17 cen­tów i te ubrania, co mam na sobie, ale mam też pomysł. Kobietki, Joan Blondell, 1934".

W początkowej fazie naszego romansu chodziliśmy z Paulem do kin w całym mieście.

Jedno wspomnienie, które wraca: w roku 1981, niedługo po tym jak się poznaliśmy, obejrzeliśmy z Paulem Drzewko na Brooklynie w Kinie Thalia, teraz już zamkniętym, a wtedy obskurnym, smrodliwym, ale uroczym kinie studyjnym na rogu Dziewięćdziesiątej Piątej i Broadwayu, w którym oboje bywaliśmy, zanim staliśmy się parą. Kino było puste czy pełne? Seans odbywał się po południu czy wieczorem? Nie pamiętam. Pamiętam za to, że byłam po uszy zakochana, zelektryzowana obecnością Paula tuż obok, ale też uważnie oglądałam film. W jednej scenie młoda bohaterka, Francie, odbiera od fryzjera miseczkę do golenia po zmarłym ojcu. Nie wiem, czy Paul wydał z siebie jakiś cichy dźwięk, czy wciągnął powietrze, ale odwróciłam się do mojego nowego kochanka i ujrzałam strumień łez spływających obficie po policzkach, lśniących w odbitym świetle ekranu. Natychmiast odwróciłam wzrok i zaczęłam się zastanawiać: kim jest ta osoba?

Nie wiedziałam, kim jest ta osoba. Wiele lat później powiedziałam mu: Ciebie do łez doprowadza fikcja, mnie - życie.

Nie mam pojęcia, jak korzystać z nagrywarki DVR, chociaż mogłabym się z łatwością tego nauczyć, gdybym obejrzała instrukcję obsługi w internecie. To nie własna niewiedza powstrzymuje mnie przed cowieczornym oglądaniem filmów. Od śmierci Paula z różnym stopniem koncentracji czytam wieczorami książki i arty­kuły naukowe. Słucham radia. Włączam kanał telewizji publicznej bez reklam, najlepiej jakiś nudny brytyjski serial kryminalny, który oglądam tylko jednym okiem. Całkowite zanurzenie się w filmie oznaczałoby przeżycie na nowo powtórzonego doświadczenia, które jest teraz podziurawione. Nie ma tu Paula, który by mi podał nazwisko każdego akto­ra na ekranie, opowiedział jakąś anegdotę o reżyserze lub operatorze, wskazał ujęcie i wyjaśnił, jak się je filmuje.

Chcę umrzeć w bibliotece. Wyobrażam sobie, że mogli­byśmy tu wstawić szpitalne łóżko, powiedział mi na długo, zanim przywieziono szpitalne łóżko i zanim się dowiedzieliśmy, że nowotwór wrócił. Wiedział, że chce umrzeć w tym pokoju wypełnionym światłem. Światło stawało się dla niego coraz ważniejsze, im bliższa była śmierć.

Śpię po swojej stronie łóżka. Do tej pory nie zauważyłam, żebym zajmowała więcej miejsca niż wcześniej. Gdy się budzę, nie spodziewam się go obok. Nie spodziewam się, że wejdzie do sypialni. Wiem, że nie mogę go wyczarować, choćbym bardzo chciała. Zbyt długo żyłam w strachu przed jego nadciągającą śmiercią. Zajmuję tę samą przestrzeń w łóżku, w którym się kochaliśmy i w którym spaliśmy, rok w rok. W tym łóżku chrapał i rzadziej chrapałam ja, w tym łóżku w ostatnich miesiącach życia mamrotał coś półprzytomnie, a ja usiłowałam to rozszyfrować, choć zwykle bez powodzenia, oprócz jednego razu, kiedy powiedział "Meloksykam" - NLPZ (niesterydowy lek przeciwzapalny), z którego musiał zrezygnować, bo przypuszczalnie spadał mu od niego poziom sodu, ale który przynosił mu wielką ulgę od strasznego bólu kręgosłupa.

Spaliśmy razem w tym łóżku po raz ostatni 28 kwietnia, dwa dni przed jego śmiercią. Spencer wtoczył Paula na wózku i pomógł mi przenieść go na łóżko. Spencer, Sophie i Miles przyjechali do nas przenocować. Gdy wsunęłam się w pościel obok Paula, przez długi, jak mi się zdawało, czas gładził mnie po ręce i ramieniu. Rozmawialiśmy. Chciał, żebym żyła dalej, żyła długo, i pisała. Tamtej nocy budziłam się kilka razy i wyciągałam do niego rękę, sprawdzając, czy oddycha. To samo ro­biłam z Sophie, gdy była niemowlęciem. Sophie robi to samo z Milesem. Sprawdza. Chcę tylko usłyszeć, że oddycha.

Kiedy Paul powiedział: To się dzieje szybciej, niż myś­lałem? Miał na myśli umieranie. Może tydzień przed śmiercią.

Sądził, że ma więcej czasu. Przypuszczał, że ma jeszcze kilka miesięcy. Byłam pewna, że nie, ale nic nie mówiłam. Ostatecznie nikt nie może wiedzieć na pewno, ile komuś zostało życia. Dlaczego miałabym mówić na głos o swoich przeczuciach? W marcu Paul zaczął pisać coś, co miało - liczył na to - rozrosnąć się do rozmiarów niewielkiej książeczki, Listy do Milesa. Trzydzieści pięć stron, które istnieją, poświęcił głównie rodzicom Milesa, Sophie i Spencerowi. Zamierzał też opowiedzieć o nas dwojgu i o innych członkach rodziny, ale jaki dokładnie kształt miały przybrać te listy, tego nie wiem.

Nie był w stanie kontynuować. Ostatni list do wnuka napisał na początku kwietnia.

17 maja obudziłam się przestraszona. Gdzie jestem? Po kilku sekundach paniki uprzytomniłam sobie, że moja głowa jest w nogach łóżka, a stopy napierają na poduszkę. Dzień wcześniej optymistycznie zapisałam: "Śpię po swojej stronie łóżka". Czyżby moje śpiące ja się zbuntowało? Nie, wcale nie śpisz po swojej stronie łóżka. Życie zostało wywrócone do góry nogami i ty razem z nim. Patrz, rozwalasz się na jego terytorium, uzurpujesz sobie martwą przestrzeń.

Nazwałam swój stan umysłu "rozszczepieniem kognitywnym". Brzmi jak termin, który mogliby wymyś­lić naukowcy na określenie rozpaczy i wywołanej nią dezorientacji.

Wybaczcie, cierpię na rozszczepienie kognitywne. Niedawno zmarł mój mąż. Dom, łóżko, moje ciało są rozchwiane.

W tym domu wołaliśmy do siebie z różnych pięter; w zielonych fotelach w salonie czytaliśmy na głos rękopisy - on moje, a ja jego; siedzieliśmy w ogrodzie, a ja wskazywałam rozwijające się tulipany lub róże w szczycie kwitnienia, bo obawiałam się, że zapomni spojrzeć i przeoczy ten moment. Róże kwitną teraz bez niego. Są różowe, dorodne i rozchylają się bez niego. Ten dom jest domem naszych krótkich rozmów i tych długich, domem naszych dysput i miłosnych wyznań, domem naszych cierpień spowodowanych wydarzeniami, nad którymi nie mieliśmy kontroli i którym nie byliśmy w stanie zapobiec. Strzela piorun. Strzela znowu. To dom długiego nieustannego dialogu na temat rzeczy drobnych i wielkich, dialogu, który teraz umilkł.

Czas mija. Najwyraźniej mija beze mnie. Chcę w nim być? Czy raczej ten czasowy paraliż jest czymś, czego potrzebuję?

W niedzielę 19 maja zanotowałam:

"Siri Hustvedt krąży po domu i gada do siebie. Zadaje pytanie i sama na nie odpowiada. Kobieta, która prowadzi teraz samotny dialog, chwilami jest na skraju załamania. Ledwie w kilka sekund po tym jak się uśmiechnęła po dowcipnej uwadze wypowiedzianej przez samą siebie, spogląda na jego krzesło w jadalni, niebieskie krzesło, na którym codziennie rano jadł śniadania i codziennie wieczorem jadł kolację, krzesło, pod którym na deskach podłogowych widnieją zarysowania, bo siedząc na nim ciężko, czasem je przesuwał. Rysy, które ją irytowały, zanim umarł, są teraz rysami żywego ciężaru ciała po jego śmierci. Siri pochyla się i z rękami skrzyżowanymi na piersiach wyje do nieczułych ścian: "Chcę, żebyś wrócił. Chcę, żebyś wrócił"".

Żałoba nie jest czymś constans. Jestem w stanie na całe dnie ukryć się przed burzą, a potem nadciąga wichura i mnie przewraca.

Przychodzą kolejne listy z kondolencjami, acz coraz ich mniej. Na kominku w jadalni leży duża sterta kores­pondencji. Tak mi przykro z powodu "odejścia" Paula. Wszyscy używają tego słowa. Z tego, co obserwuję, prawie nikt już nie "umiera". Wszyscy "odchodzą". Gdy byłam dzieckiem, słyszałam, jak ludzie mówili: "Odszedł z tego świata". Matka nie znosiła tego eufemizmu. "Ludzie nie odchodzą z tego świata - mówiła. - Ludzie umierają". Mówiła z takim przejęciem, że chrypła. Ten właśnie głos słyszę teraz w swojej głowie. "Z tego świata" najczęściej się teraz opuszcza. Pierwsza słownikowa definicja czasownika "odejść", którą znalaz­łam, brzmi: "idąc, oddalić się z określonego miejsca". Nonsens.

Jestem w nawiedzonym domu zamieszkanym przez powstałego z Paula i mnie ducha, przez "my", które już nie istnieje, w każdym razie nie w teraźniejszości, przeniknęło jednak wszystkie pokoje. To obejmująca się, dotykająca, uprawiająca seks, śmiejąca się, pocieszająca, kłócąca się, spokojnie mówiąca podwójna postać z przeszłości z własnymi żartami i odniesieniami znanymi tylko "nam".

Paul powiedział kiedyś: Gdybyśmy przeżyli razem kolejne sto lat, stalibyśmy się jedną osobą.

Gdy dokładnie ta sama myśl pojawiała się w naszych głowach dokładnie w tym samym czasie za sprawą tego samego katalizatora, żartowaliśmy, że jesteśmy na dobrej drodze do tej pojedynczej rzeczywistości.

Jednak obecne w nim chmury mroku i niejednoznaczności są też obecne we mnie, gdy piszę.

Istoty ludzkie umierają. To niezaprzeczalny fakt. Czymkolwiek może być czas, a nie brakuje teorii o tym, czym jest, a czym nie jest, wiem, że kiedyś czułam się obecna w czasie.

Kształt czasu.

Sophie poinformowała nas, że jest w ciąży, 24 kwietnia 2023 roku.

Według Spencera Paul i ja byliśmy u nich w Bedford-Stuyvesant na kolacji 30 kwietnia 2023 roku. Gorąco pragnęliśmy, by ciąża się utrzymała. Dokładnie rok później, mniej więcej o tej samej porze, Sophie, Spencer, Liv, Asti, Ingy, Andrina, nasza gospodyni, która zaczęła u nas pracować niedługo po tym, gdy wprowadziliśmy się do tego domu, pielęgniarka hospicyjna Kettlie i niczego nieświadomy Miles, dzień przed ukończeniem czwartego miesiąca życia, byli przy Paulu w bibliotece, gdy zmarł.

Paul napisał kiedyś, że gdy był mały, matka, chcąc mu wytłumaczyć, na czym polega prokreacja, posłużyła się metaforą zasiewu, i Paul wyobraził sobie ojca w roli farmera w słomianym kapeluszu i z widłami w ręku.

Miles rósł w ciele Sophie, tak jak ona rosła we mnie. Kształt czasu jest niekiedy postrzegany dzięki naturalnym rytmom, cyklom pór roku, dnia i nocy, przypływów i odpływów, faz księżyca, menstruacji. Płodność jest ograniczona w czasie: nie trwa wiecznie. Myślę o powtarzalnym dzieleniu się i mnożeniu komórek, które stają się kompletnym ciałem tkwiącym wewnątrz innej istoty ludzkiej. W pierwszym trymestrze ciąży embrion żywi się "mlekiem macicznym", jak lirycznie określa się pokarm wytwarzany przez gruczoły w nabłonku macicy. Łożysko i pępowina nie są w pełni wykształcone do czternastego lub szesnastego tygodnia. Pomyślcie tylko: wytwarzamy ludzi. W początkowej fazie historii ciąży Sophii płaskie skupisko komórek w jej wnętrzu zamieniło się w owalny krążek, który z czasem miał się rozwinąć w niemowlę o imieniu Miles. Mniej więcej w tym samym czasie dziadek Milesa zakończył terapię infuzyjną mającą powstrzymać rozwój złośliwego guza w jego ciele. Namnażające się komórki w Sophii obiecywały istotę, która mogła się dalej rozwijać poza jej ciałem, tymczasem w jej ojcu rozrastające się komórki - bez żadnej interwencji - oznaczały pewną śmierć. Dla Milesa jestem teraz "Mormor" (po norwesku matka-matka). Paul wybrał przydomek "Papa". Tak nazywał dziadka ze strony matki, którego uwielbiał i opisywał.

Babka Paula ze strony ojca zamordowała jego dziadka, co w rodzinie Austerów przez wiele lat utrzymywano w tajemnicy. Sprawa wyszła na jaw dopiero wtedy, gdy jedna z kuzynek Paula spotkała kogoś w samolocie. Ci dwoje wdali się w rozmowę. Współpasażer rozpoznał nazwisko Auster z Kenoshy w stanie Wisconsin i opowiedział o procesie jej babki. Muzyka przypadku to tytuł jednej z powieści Paula. Jeśli się dobrze wsłuchać, tę muzykę słychać wszędzie. Na pierwszym piętrze naszego domu w holu wiszą stare fotografie naszych rodzin, żydowskiej familii Paula wywodzącej się z Europy Wschod­niej i moich bliskich z Norwegii z obu stron. W maleńką ramkę oprawione jest zdjęcie uderzająco przystojnego dziadka Paula. Uciekł z inną kobietą i wrócił z nowymi płaszczykami dla dzieci. Babka Paula zastrzeliła męża, gdy ten zmieniał żarówkę.

Zdrada, furia i morderstwo w książce, którą pisał Paul, gdy go poznałam - Wynaleźć samotność. Jego babkę uniewinniono. Paul powiedział, że w dzieciństwie bał się tej maleńkiej wybuchowej kobiety, która była jego babką. Nie doświadczał z jej strony żadnej czułości i sam nie miał do niej żadnych ciepłych uczuć. W tych historiach jest tyle niewiadomych. Czy między jego babką a dziadkiem kiedykolwiek zaistniała miłość? Czy małżeńskie łoże było kiedykolwiek źródłem rozkoszy, czy wiązało się wyłącznie z obowiązkiem? Co dokładnie ta kobieta musiała znosić przez te wszystkie lata?

Wszyscy jesteśmy owocem rodzicielskich kopulacji, szczęśliwych, smutnych lub brutalnych, i te zbliżenia stają się częścią naszych historii niezależnie od tego, czy się nam o nich głośno opowiada. Paul wyczuwał traumatyczną przeszłość ojca na długo, zanim się dowie­dział o morderstwie. Często czujemy to, czego nie wie­my i czego nie możemy wyrazić. Duchy przeszłości nawiedzają postawę, gesty, spojrzenie i słowa, które potem mieszają się z postawą, gestami, spojrzeniem i słowami drugiej osoby i wspólnie tworzą coś więcej, zmienną zmieszaną atmosferę, produkt nie jednego lub drugiego, lecz obojga. Sam, ojciec Paula, żył za ochronnym parawanem, który pozwalał mu funkcjonować w świecie, intymność była jednak dla niego czymś niemożliwym.

Francuski filozof Maurice Merleau-Ponty słowem "intercielesność" określa nasze cielesne relacje z innymi. Wielokrotnie nawiązywałam do tego pojęcia w swoich tekstach. Gdy Paul był na studiach, wczytywał się w pisma tego filozofa. Ja czytałam Merleau-Ponty'ego po naszym ślubie i zwracałam uwagę na podkreślenia mojego męża, które nie korespondowały z moimi mentalnymi wyróżnieniami. Paul opuszczał wszystkie odniesienia do neurologii. Różnice czytelnicze.

Merleau-Ponty używa ciąży jako metafory, nigdy jednak nie omawia faktu, że początki istoty ludzkiej są dosłownie intercielesne. Wszyscy wyrastamy z komórki diplo­idalnej, dwa w jednym, jesteśmy karmieni i rozwijamy się wewnątrz kogoś innego i wyłaniamy się z tego ciała.

Paul jest ziejącą dziurą w moim tułowiu, od szyi do brzucha, jak gdyby części mnie zostały wycięte, ale czuję także, że powinien być gdzieś poza moim ciałem. Chciałabym go przyciągnąć do siebie, nie mam jednak czego objąć. Ciało przyzwyczajeń i ciało myślące nie są zsynchronizowane. Nadal sprawnie myślę. Moja wewnętrzna narratorka gada jak najęta. Wywołane żałobą rozszczepienie nie wpłynęło na zdolność rozmyślania nad kwes­tiami, które frapują mnie od dawna.

W czasie gdy się poznaliśmy, Paul przestał już czytać filo­zofów. Nauki ścisłe nie interesowały go nigdy. Systematycznie czytał natomiast teksty z dziedziny historii i nauk politycznych, przeprowadzał też gruntowny re­search do książek niebeletrystycznych, które pisał pod koniec życia. Gdy pracował nad Burning Boy, przyswoił sobie gigantyczną ilość wiedzy na temat Stephena Crane'a, a później tysiące stron na temat przemocy z użyciem broni palnej w Stanach Zjednoczonych do Bloodbath Nation. Spencer (Ostrander) przemierzał kraj i fotografował miejsca, gdzie doszło do masowych strzelanin, i Paul, zainspirowany tym projektem, zaproponował mu współpracę - zaoferował, że stworzy tekst do obrazów zięcia. Paul czytał też powieści, ale niewiele, najczęściej te napisane przez przyjaciół.

Powiedział kiedyś, że gdy był młody, dziwiło go, iż starsi pisarze, których poznawał, obojętnie traktowali dzieła obiecujących nowych poetów i powieścio­pisarzy. Z wiekiem zrozumiał, że jako pisarza uformowało go właśnie to wczesne, pełne pasji pochłanianie książek.

Powiedział, że ja czytam tak jak kiedyś on - żarliwie i łapczywie. Moje lektury z dziedziny neuronauki, neurologii, psychiatrii, historii medycyny i psycho­analizy były dla niego czymś obcym i moje myśli na te tematy dalej się we mnie formułują, nieczułe na jego nieobecność.

Rodzi się Miles. Umiera Paul. Krąg czasu. Wiedziałam, że przyjdzie śmierć, najpierw do niego lub do mnie, ten surowy fakt budzi jednak we mnie bunt - czuję to w mięśniach, tkankach, kościach, krwi, tętnie, oddechu. Jestem reakcjonistką. Chcę powrotu tego, co było.

Nie tęsknię za młodym Paulem, tym, którego poznałam, choć był tak piękny. Tęsknię za starszym Paulem z czasów, zanim wykończyła go terapia onkologiczna. Nie jes­tem tą dwudziestosześcioletnią studentką, która opublikowała kilka wierszy w pismach literackich, tą, która siedziała obok swego kochanka w Kinie Thalia i oglądała Drzewko na Brooklynie. Gdy Paul zmarł, nie był już tym trzydziestoczteroletnim poetą pracującym w pocie czoła nad Księgą Pamięci, drugą częścią Wynaleźć samotność.

Sobota, 8 czerwca 2024 roku. 13.50. 13.51. Widzę cyfry i patrzę, jak się zmieniają na moim laptopie, ale paraliż nie ustępuje. Poruszam się. Posilam. Wykonuję czynności. 5 czerwca poleciałam do Waszyngtonu, zasiadałam bowiem w jury Nagrody Berggruena o wartości miliona dolarów przyznawanej corocznie za osiągnięcia filozoficzne i kulturalne komuś, kto zmienił ideowy pejzaż świata. Byłam jedną z kilku osób, które wygłosiły krótkie mowy przed wręczeniem nagrody 6 czerwca Patricii Hill Collins, genialnej socjolożce i mojej osobistej bohaterce. Tamtego dnia siedziałam obok niej podczas kolacji w skromnym gronie i czułam się zaszczycona. Nasza rozmowa sprawiała mi przyjemność. Żałoba i depresja często na siebie zachodzą, ale w moim wypadku żałoba nie uniemożliwia odczuwania przyjemności. Miło spędziłam czas.

A jednak moje kroki, rozmowy i podróż samolotem były zdominowane przez wrażenie bezruchu. Gdy na lotnisku JFK toczyłam niewielką walizkę, wypatrując napisów "WYJŚCIE", gdy mijałam jedną po drugiej bramki oznaczone literami i cyframi z rzędami aluminiowych foteli, gdy wchodziłam na ruchome chodniki i z nich schodziłam, ledwo rejestrując wypieki w foliowych opakowaniach, butelki z wodą, soki, napoje gazowane, perfumy, obuwie, czapeczki i T-shirty ze sloganami, które na krótko wpływały w moje pole widzenia, zaczęła się we mnie rodzić seria częściowo tylko świadomych oczekiwań. Znajomy rytm stóp, ciężar walizki na kółkach, którą ciągnęłam za sobą, widoki, dźwięki i zapachy tej pozornie nieskończonej lotniskowej topografii naznaczone ogólnym poczuciem "wracam do domu" wywołały antycypację bliskiej przyszłości, która miała się nie zdarzyć.

Napominałam siebie surowo, by uniknąć gorzkiego rozczarowania: Nie zadzwonisz do Paula z Ubera, tak jak nie mogłaś do niego zadzwonić wczoraj w nocy z hotelu, by opowiedzieć mu o uroczystości i o tym, jak bardzo polubiłaś doktor Patricię Hill Collins. Nie wrócisz do niego. Dom będzie pusty. On nie będzie na ciebie czekał w jednym z pokoi. Nie będzie żadnych opowieści. Nie zrelacjonujesz mu, że po uroczystości wręczenia nagrody siedziałaś w hotelowym barze obok sympatycznego członka jury Davida Chalmersa, który w latach dziewięćdziesiątych był młodym filozofem, a teraz jest filozofem nieco starszym, mężczyzną, który zyskał sławę w kręgach filozofów analitycznych i neuronaukowców za sformułowanie łat­wych i trudnych problemów świadomości. Nie rozśmieszysz Paula informacją, że profesor Chalmers zamówił koktajl o nazwie Ostatnie Słowo. Nie przypomnisz Paulowi, że coś, co młody Chalmers na konferencji w Tucson w 1994 roku uważał za "łatwy problem" - znalezienie neuronowych korelatów świadomości w mózgu - okazało się trudne. Na tym froncie ostatnie słowo nie padło.

Jakoś na początku nowego tysiąclecia Paul stwierdził: Siri, możliwe, że jesteś jedyną osobą na świecie, która prenumeruje jednocześnie "Journal of Consciousness Studies" oraz "Vogue".

W samochodzie, żeby się uodpornić, cały czas się upominam: Nie będziesz się zastanawiać z Paulem, co zrobić na kolację. Nie poczujesz dziś jego dłoni na swym ciele ani jego ciepłej skóry na swojej skórze. Intym­ność między tobą i nim, która pogłębiała się i zmieniała na przestrzeni lat, jest martwa. Ta bezpośrednia, dynamiczna, intercielesna rzeczywistość się skończyła.

Merleau-Ponty opisywał żałobę jako amputację, która wytwarza kończynę fantomową. Część ciała znik­ła, pozostaje jednak w sferze doznań, rodzaj zmysłowych halucynacji brakującej części. W Smutku Clive Staples Lewis przyrównuje śmierć bliskiej osoby do amputacji kończyny.

Paul był chory, gdy kończył pisać swoją ostatnią powieść, Baumgartner. Począwszy od września 2022 roku, codziennie po południu jak w zegarku wracała gorączka i musiał przerywać pisanie. Bohater tej książki, wdowiec, wykorzystuje amputację i kończynę fantomową jako metafory swej żałoby po żonie Annie, która nie żyje od dziewięciu lat. Gdy Paul pisał tę powieść, ani on, ani ja nie pamiętaliśmy tego, co w Fenomenologii percepcji o osobach po amputacji i cielesnych widmach miał do powiedzenia Merleau-Ponty, chociaż Sy Baumgartner jest filozofem należącym do tej samej tradycji. Jako że od kilkudziesięciu lat czytuję prace z dziedziny neuronauki, Paul poprosił mnie o teksty i książki na temat kończyny fantomowej, podsunęłam mu więc kilka, ale o Merleau-Pontym zapomniałam. To wspomnienie pojawiło się po śmierci Paula - rodzaj psychicznego świądu - być może dlatego, że jestem teraz jak Sy, Siri, której amputowano Paula, Paula, który mimo wszystko pozostaje obecny w percepcyjnych, czuciowych, rytmicznych rzeczywistościach, nazywanych przeze mnie "sobą".

Ta prawda jest dla mnie nieznośna, a jednak muszę ją znosić.

Dlaczego tyle czasu zajęło mi zrozumienie mojego czasowego dylematu? Zmarli nie istnieją "w" czasie.

Paul Auster (1947-2024).

Gdy jego życie się zatrzymało, czy i we mnie zatrzymał się przeżywany czas?

A jednak dotyk Paula, rozmowy z nim, jego pomys­ły, książki, jego humor są teraz częścią mnie, nie jedynie jako świadome wspomnienia, ale jako formy mojego istnienia w świecie. Żyje w moich spostrzeżeniach, ges­tach, krokach i żartach. I co niesamowite: zabrał do grobu moje słowa, mój dotyk, moje pomysły, moje książki i mój humor, wszystkie zmiany, które w nim zaszły dzięki temu, że żył ze mną przez ponad czter­dzieści lat.

Zachodziliśmy na siebie.

Czterdzieści trzy lata. Posługiwałam się tą liczbą, liczbą 43, by wyjaśnić to, co się ze mną dzieje. Od śmierci Paula zatrzymało mnie na ulicy kilka osób, które złożyły mi kondolencje. Większość z nich znałam. Nie wszystkie. Dziękuję jemu lub jej, a następnie mówię z naciskiem: Czterdzieści trzy lata. Widzi pan / pani, byli­śmy ze sobą czterdzieści trzy lata.

Znajoma z sąsiedztwa wyraziła na ulicy swoje współczucie.

Powiedziałam: Jestem wdową.

Odpowiedziała: Nie, nie, nie.

Ja na to: Oczywiście, że jestem. Jestem wdową. Tak to się nazywa.

Czy "wdowa" jest teraz słowem takim jak "śmierć", takim, którego ludzie wolą nie używać? Spojrzałam na nią, nic nie rozumiejąc.

A potem dodałam: Czterdzieści trzy lata.

To było dla niej do przyjęcia. Pokiwała litościwie głową.

Czy to możliwe, że żałoba krystalizuje nasz stosunek do innych ludzi? Gdy oddalałam się od niej, pomyślałam: idiotka.

W mojej żałobie kryje się nuta złości. Zdaję sobie sprawę, że jest nierzadko bezpodstawna.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 S?ren Kierkegaard, Pojęcie lęku, tłum. Antoni Szwed, Kęty 2000, s. 49. Wszystkie przypisy bibliograficzne odnoszące się do polskich przekładów pochodzą od tłumacza.