" LE LIVRE D'OR D'HITLER "
by Jean-Christophe BRISARD
? Librairie Artheme Fayard, 2020
Published by Arrangement with Lester Literary Agency & Associates
Copyright ? 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright ? 2021 for the Polish translation by Elżbieta Janota
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński / monikaimarcin.com
Zdjęcie na okładce: Hiroshi Oshima, japoński ambasador w Berlinie, wręcza prezent Adolfowi Hitlerowi. Na dalszym planie Joachim von Ribbentrop. 1941 rok.
? Imagno/Votava.
Źródła ilustracji:
s. 47 i 124: "Illustrierter Beobachter" z 26 stycznia 1939. ? Kolekcja prywatna.
Pozostałe zdjęcia: Archiwum Wojskowe Federacji Rosyjskiej, RGWA, Moskwa.
? Brisard/Parshina.
Redakcja: Piotr Chojnacki
Korekta: Maria Zając, Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz
ISBN: 978-83-8230-212-7
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28
e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.postfactum.com.pl
www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
E - wydanie 2021
Prolog
1.
Stalin nie wybacza.
Ponieważ wie.
Dwudziestego maja 1945 roku nazistowskie Niemcy już nie istnieją. Niemcy jako takie już prawie nie istnieją. Podczas gdy Europa świętuje nastanie pokoju i koniec cierpień, za murami Kremla kształtów nabiera wendeta. Będzie wymierzona w zagranicznych dyplomatów akredytowanych w Berlinie. Komitet Centralny radzieckiej partii komunistycznej wszedł w posiadanie nazwisk wszystkich osób, które wieczerzały z diabłem. Z Hitlerem.
W Berlinie na ulicach wciąż powiewają szkarłatne flagi, tyle że swastykę zastąpiły sierp i młot. Kolor pozostał ten sam: ponura czerwień, gęsta niczym krew, której tyle przelano w czasie wojny. Od zakończenia walk, czyli od 2 maja, armia radziecka niepodzielnie włada niemiecką stolicą - taki przywilej zwycięzców. Zachodni alianci jeszcze nie dotarli. Czy to z ich strony kurtuazyjny gest? Nie do końca! Rosjanie kpią sobie z kurtuazji. Żądają, biorą, ale z całą pewnością o nic nie proszą. Berlin należy do nich. Roosevelt i Churchill nawet nie próbowali dyskutować, gdy Stalin przed ostatecznym atakiem przedstawił swoje roszczenia. Dla anglosaskich przywódców liczył się tylko rezultat. Trzeba było wygrać tę końcową bitwę, ostatnią w Europie, toczoną w mieście, które nigdy nie będzie nazywać się Germanią1. Jednak już tylko Armia Czerwona mogła pozwolić sobie na to, by rzucać swoich żołnierzy na śmierć i nie liczyć strat.
Berlin mówi po rosyjsku, "żyje" po rosyjsku, podporządkowuje się rosyjskim zasadom. Ten stan rzeczy potrwa zaledwie kilka tygodni. W czerwcu zjawią się Amerykanie, Anglicy, a nawet Francuzi, domagając się swoich części łupu. Tymczasem historia berlińskiej wiosny pisze się cyrylicą. Dotyczy to wszystkich. Jeńców wojennych, niemieckich cywilów i obcokrajowców. Jeśli chodzi o tych ostatnich, z chwilą ustania walk Sowieci zatrzymali ich setki. Wielu z nich to dyplomaci, personel ambasad. Dlaczego nie uciekli jak tylu innych? Przecież służby Joachima von Ribbentropa, niemieckiego ministra spraw zagranicznych, proponowały im to już pod koniec marca. Do ich dyspozycji oddano sielankową Bawarię i tamtejszą sieć bunkrów wydrążonych w zboczach Prealp, gdzie mieliby oczekiwać na zapowiadany zryw niemieckich oddziałów. Oferta, jakkolwiek wspaniałomyślna, nadeszła za późno. Wyjazd ze stolicy wiązał się z niebezpieczeństwem, można było wpaść w zasadzkę albo dać się podziurawić radzieckim myśliwcom. Lepiej już czekać grzecznie w miejskich schronach przeciwlotniczych. A później, niezależnie od tego, kto zostanie zwycięzcą - Amerykanie, Anglicy czy Sowieci - immunitet dyplomatyczny posłuży za tarczę. Nawet w czasie wojny dyplomata niczym nie ryzykuje. Istnieją wszak konwencje. Międzynarodowe. Nienaruszalne.
A więc? Wrogowie czy przyjaciele? Radziecki sztab generalny oczekiwał jasnej, jednoznacznej odpowiedzi. Ta nadejść mogła tylko z Kremla. Już od pierwszego tygodnia maja raporty spływające z Berlina gromadziły się na biurkach radzieckich urzędników. Taka a taka jednostka pojmała Japończyków, inni meldowali o zatrzymaniu Szwedów, Duńczyków, Afgańczyków, Hiszpanów, Portugalczyków, Chińczyków... Moskwa nie spodziewała się takiego urodzaju. Co tu z nimi zrobić? To przyjaciele czy wrogowie?
Odpowiedź nadeszła 18 maja. Moskwa rozkazała aresztować wszystkich. Nie obowiązują żadne immunitety. Władze powierzyły sprawę NKWD, policji politycznej, poprzedniczce KGB. Od tamtej pory wojsko nie ma już prawa głosu, operacja zostaje utajniona. Oficjalnie zresztą w ogóle nie istnieje. W Berlinie w ciągu kilku godzin zgrupowano pracowników ambasad i umieszczono ich w kompleksie nędznych budynków we wschodnim, radzieckim sektorze miasta. Pomyśleć tylko, że jeszcze kilka miesięcy temu ci szanowani dyplomaci wraz z nazistowskimi oficjelami świętowali Nowy Rok w sali recepcyjnej Nowej Kancelarii Rzeszy... Jasne, niełatwo było o alkohol, zwłaszcza szampana, a nastrój gospodarzy skłaniał do okazywania stosownego w tych okolicznościach przygnębienia. Mimo to Niemcy zachowywali się serdecznie, niemal z ugrzecznieniem, nawet wobec przedstawicieli małych, neutralnych państw - Szwajcarii, Szwecji, Watykanu - którymi od tak dawna pogardzali. Nie wszyscy dyplomaci przeżywali zmierzch nazizmu z równie dramatyczną intensywnością. Z jednej strony byli ci, których kraje miały przetrwać wojnę. Oni wiedzieli, że będą kontynuować karierę. Nowy przydział zagraniczny, może awans w strukturach rodzimego ministerstwa, a z pewnością publikacja książki o misji odbytej na brunatnej ziemi. Jednak byli też inni, blisko związani z III Rzeszą. Ci liczyli się z tym, że czekają ich nieprzyjemności. Będą zmuszeni zachować dyskrecję, zmienić skórę. Niektórzy zajmą się handlem, prowadzeniem interesów; szczelnie wypełnione adresowniki z pewnością im w tym pomogą. A gdy wspomnienia zbledną, zawsze będą mogli wrócić do dyplomacji, tyle że później, dużo później.
Blisko związani z reżimem czy nie, wszystkich łączyło to, że dość dobrze przeżyli trwającą prawie sześć lat wojnę, która okazała się totalna. Totalna, choć przez długi czas abstrakcyjna. I jeśli nawet rozpoczęte w 1941 roku naloty alianckie utrudniły im życie, dało się do nich przyzwyczaić i przed nimi chronić. Prawdziwą wojnę - taką, która cuchnie, zabija i niszczy nawet najbardziej odporne dusze - poznali dopiero w kwietniu 1945 roku. Szesnastego kwietnia spadła na nich apokalipsa. Miała prostackie oblicze rozwścieczonego mużyka. Bitwa o Berlin, bombardowania, walki uliczne, członkowie Hitlerjugend przeobrażeni w żywe bomby do wysadzania potężnych radzieckich czołgów. Noc przestała istnieć. Płomienie bomb zapalających pochłaniały ciemność i sztucznymi barwami oświetlały ostatni akt upadku Hitlera. Później zapadła cisza. Żar pochłaniał kamienne i metalowe szczątki równie łatwo jak ludzkie ciała, ale strzały umilkły. Berlin się poddawał. Dyplomaci mogli wyłonić się z ukrycia osłaniani przez swój nienaruszalny status, spokojnie wyjść naprzeciw zwycięzcom.
Co znaczyło, że słabo znali Stalina.
Bo on wiedział. Doskonale wiedział, kto uczestniczył w oficjalnych ceremoniach III Rzeszy, podczas gdy Wehrmacht i SS masakrowały Sowietów.
Pierwszy stycznia 1943 roku. Stalingrad z niemal milionem zabitych i zaginionych stawał się właśnie synonimem katastrofy, o jakiej świat nie słyszał. Ilu dyplomatów udało się w tym samym czasie do Kancelarii Rzeszy, by świętować Nowy Rok?
Ponad setka z przynajmniej dwudziestu dwóch krajów.
Połowa z nich nie była nawet oficjalnie sprzymierzona z Niemcami.
Watykan, Szwajcaria, Irlandia, Szwecja, Portugalia, Turcja, Argentyna, Afganistan... Neutralne państwa, które nie umiały lub nie chciały zdystansować się od nazistowskich Niemiec. Trwały przy nich do samego końca, podczas gdy tyle innych postanowiło zerwać stosunki z Rzeszą.
NKWD i Smiersz, radziecki kontrwywiad, okazały się wyjątkowo skuteczne. Przez kilka dni przeszukiwały ruiny Nowej Kancelarii Rzeszy. Długo. Znalazły tam cenne dokumenty, w tym gruby tom oprawny w czerwony marokin. Na okładce dobrze widoczne narodowosocjalistyczne emblematy: orzeł trzymający w szponach swastykę. Był to rejestr gości przyjmowanych podczas oficjalnych ceremonii. Rozpoczynał się 1 stycznia 1939 roku, a kończył 20 kwietnia 1945 roku, zaledwie dziesięć dni przed samobójstwem Hitlera. Łącznie blisko sto pięćdziesiąt stron, na których ciągnęły się podpisy, nazwiska i tytuły mężczyzn oraz kobiet składających wizyty hitlerowskim dygnitarzom w latach wojny, aż do ostatecznej klęski. Nie było prawie żadnych szans, że ta księga wpadnie w ręce Moskwy. Prawdopodobieństwo, że oprze się bombom zapalającym i przetrwa grabieże, było bliskie zeru. A jednak oto ona, w doskonałym stanie. Nie brakuje ani strony. Nigdzie ani jednej rysy. Jak nowa. Niemiecka jakość.
Przeklęta niemiecka jakość.
Szefowie NKWD bezzwłocznie kazali transkrybować nazwiska gości na cyrylicę. Na czerwono podkreślili te, które najbardziej ich interesowały.
Następnie, jak to mieli w zwyczaju, podjęli ściśle tajne działania.
Jeśli chodzi o księgę gości, przepadła w niedostępnych otchłaniach moskiewskiej Łubianki, historycznej siedziby radzieckich tajnych służb. Oficjalnie przestała istnieć. Na stronie tytułowej przyklejono notatkę o przekazaniu księgi do archiwum NKWD, podpisaną przez kierownika sekretariatu NKWD generała lejtnanta Stiepana Mamułowa, zaufanego człowieka Ławrientija Pawłowicza Berii, wszechpotężnego i budzącego powszechną grozę szefa NKWD. Na dokumencie widnieje odręczna dekretacja, prawdopodobnie dyrektora archiwum Iosifa Nikitinskiego: "Przechowywać w archiwum specjalnym. Nie wydawać nikomu bez mojej zgody".
Instrukcje dotyczące księgi gości wydane przez władze radzieckie. Podpisany przez generała lejtnanta Mamułowa z NKWD dokument z 19 stycznia 1946 roku przekazujący księgę do archiwum z odręczną dekretacją, że księgę należy przechowywać w archiwum specjalnym i ograniczyć dostęp do niej osobom bez specjalnego upoważnienia (Archiwum Państwowe Federacji Rosyjskiej - GARF, Moskwa)
2.
- Ile ich ma?
- Ciii!
- Może pięć. Chyba że... Nie, jest ich więcej.
- Ciszej! Usłyszy nas...
- Sześć...?
- OSIEM!
Dłonie, którymi natychmiast zasłonił usta, nic już nie mogą zmienić. Krzyknął. Nic już nie powstrzyma przenikliwych dźwięków składających się na to jego OSIEM! przed dotarciem do ogrodu. A przecież, niczym dziecko stojące obok uśpionego ogra, wiedział, jak ważne jest, by nie podnosić głosu.
Otaczający go kompani instynktownie przylgnęli do okiennej framugi. Byle nie dać się zobaczyć.
To Duńczycy i Norwegowie. Sekretarze w ambasadach, dyplomaci, dziennikarze, a przede wszystkim - więźniowie NKWD.
Dwa piętra niżej wyciągnięty wśród wysokiej murawy na zaniedbanym trawniku żołnierz o ogolonej na łyso czaszce wydaje z siebie pomruk. Prostuje ramiona i obrzuca spojrzeniem wznoszący się naprzeciwko budynek. Ostre, wydatne kości policzkowe zdają się napierać na jego oczy. Przedwczesny upał panujący tego roku w maju sprawia, że pobyt w Berlinie jest dla niego szczególnie uciążliwy. Wietrzne stepy Ałtaju jeszcze nigdy nie jawiły mu się jako równie odległe i wytęsknione. Potężny Syberyjczyk powoli porusza mięśniami pleców, aż wybrzusza się podkoszulek z kiepskiej bawełny. Pewnym gestem wyjmuje długi nóż z pochwy przytroczonej do paska drelichów.
Czy słyszał okrzyk jeńca? Czy wstanie, wejdzie na górę, ukarze ich?
Duńczyk, ten, który krzyczał, bezgłośnie osunął się po ścianie. Z dłońmi wciąż przyciśniętymi do ust szukał odpowiedzi w twarzach ludzi wokół. Jakiegoś znaku, który dodałby mu otuchy. Żadnego nie dostrzegł. A przecież wszyscy są przyzwyczajeni do relacji siłowych i stresujących sytuacji. Niektórzy spotykali się nawet z Hitlerem, Ribbentropem i innymi prominentnymi członkami narodowosocjalistycznej hierarchii. Umieli nimi sterować, no, może nie sterować, ale powiedzmy, że wierzyli, iż stawiają opór i nie poddają się ich wpływom całkowicie. Tak przynajmniej twierdzą teraz, kiedy wszystko dobiegło końca. Jednak oto stoją drżący wobec kolejnej fali przemocy. Bezradni, bierni.
Jeden ze Skandynawów - ten najbliżej okna, może najbardziej ciekawski, a z pewnością skłonny do największego ryzyka - dyskretnym ruchem podbródka zachęcił towarzyszy, by się zbliżyli. W ogrodzie Syberyjczyk usiadł po turecku. Czubkiem noża próbował podważać koperty wszystkich ośmiu zegarków zapiętych na obu przedramionach. Osiem zegarków! Młody pracownik ambasady miał rację. Ta radziecka pasja zegarmistrzowska przywróciła uśmiech na jego usta. Rozległy się śmiechy, pośpiesznie stłumione. Żołnierz niczego nie słyszał, zbyt pochłonięty masakrowaniem swojego łupu. Chciał przyjrzeć się mechanizmowi. Wiedział, że znajdzie jeszcze inne zegarki. Dużo ładniejsze i zapewne kosztowniejsze. Między innymi na nadgarstkach bogatych dyplomatów, którzy wkrótce zostaną wysłani do Moskwy.
Kreml zatwierdził listę przyszłych deportowanych.
Jest długa.
Funkcjonariusze nie potrzebowali wiele czasu na jej sporządzenie. Wystarczyło spojrzeć na ostatnie strony księgi gości Hitlera, wypisać nazwiska pojawiające się między styczniem 1945 roku a ostatnią zapisaną datą - 20 kwietnia 1945 roku, kiedy wypadały urodziny Führera.
W ostatnich miesiącach wojny Berlin gościł tylko szesnaście misji dyplomatycznych w porównaniu z pięćdziesięcioma trzema przed wojną, w kwietniu 1939 roku. Wśród tych szesnastu delegacji znaleźli się sprzymierzeńcy nazistów - choć niewielu ich zostało - a więc przede wszystkim przedstawiciele Japonii i dwóch marionetkowych państw, które ta utworzyła w Chinach: Mandżukuo i Republiki Chińskiej w Nankinie. Dalej faszystowskie Włochy. Czy po prostu Włochy, jeśli ktoś woli. Od lata 1943 roku Półwysep Apeniński podzielony był na pół. Po lądowaniu na Sycylii południe przyłączyło się do aliantów. Jedynie północ pozostała pod kontrolą Mussoliniego i przyjęła nazwę Włoskiej Republiki Socjalnej, znanej też jako Republika Sal?. Byli również reprezentanci pronazistowskich reżimów Chorwacji, Słowacji i Węgier, a także państw zależnych od Niemiec, które rozpaczliwie próbowały przetrwać. Z każdym mijającym tygodniem ruch oporu i oddziały radzieckie wydzierały im całe regiony. Na koniec trzeba też wspomnieć o Tajlandii. Mimo że leżała tak daleko, wykazywała się niesłabnącą lojalnością.
Inne, mniej skompromitowane, bo oficjalnie neutralne kraje, również utrzymywały dyplomatyczne przedstawicielstwa w Berlinie. Mowa o sześciu państwach europejskich: Watykanie, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Portugalii i Irlandii. Dania stanowiła osobny przypadek, ponieważ znajdowała się pod nazistowską okupacją. No i był jeszcze niespodziewany, egzotyczny ewenement: Afganistan. Kraj, który próbował przyłączyć się do państw Osi, lecz pod naciskiem ze strony Rosjan i Anglików zmienił zdanie, a mimo to nie zgodził się zerwać stosunków z Berlinem.
Podpułkownik Włodzimierz Izrailewicz Kaniewski urodził się w Ukrainie, którą w czasie wojny spustoszyli naziści. Kaniewski ma czterdzieści lat i nie ukrywa swojego żydowskiego pochodzenia, mimo że - jak przystało na dobrego Sowieta - pogardza zarówno religiami, jak i poczuciem więzi etnicznej. Czy wie, co spotkało członków jego rodziny w czasie wojny? Czy wie, że Niemcy rozstrzelali niemal półtora miliona ukraińskich Żydów? Masakry dokonały niemieckie Einsatzgruppen ("grupy operacyjne"). W maju 1945 roku można by się bezpiecznie założyć, że przed Kaniewskim nie ukrył się żaden dotyczący tych spraw szczegół. Zdobywanie informacji to jego praca. Zajmuje się informacjami tajnymi, poufnymi, tymi przeznaczonymi dla uszu elity rządzącej. Choć nosi klasyczny wojskowy mundur, należy do bardzo wyjątkowej jednostki. Obok medali wpiętych w lewą klapę marynarki przyczepia małą, dyskretną odznakę, na której widnieje miecz przykryty sierpem i młotem. Na środku pięć liter: СМЕРШ. Po transkrypcji na alfabet łaciński otrzymamy nazwę "Smiersz", akronim, który można przetłumaczyć jako: "Śmierć szpiegom!".
Smiersz utworzono w kwietniu 1943 roku na rozkaz Stalina. Służby zajmowały się kontrwywiadem i wspierały, ale też nadzorowały NKWD. Stalin, jak to miał w zwyczaju, powołał do życia wielopoziomowy system kontroli, działający również wewnątrz tajnych służb. Do przeprowadzenia misji wymierzonej w dyplomatów nie przypadkiem wybrano podpułkownika Kaniewskiego. Choć teraz należy do Smierszu, dawniej pracował w NKWD. Jego długa historia zaczęła się w 1920 roku, gdy miał zaledwie piętnaście lat. Cierpliwie wspinał się po szczeblach kariery, unikał czystek, denuncjował, zanim sam został zadenuncjowany, a przede wszystkim wypełniał rozkazy, i to ze ślepym posłuszeństwem.
Teraz oficer już nie brudzi sobie rąk. Nie bezpośrednio. Zostawia to innym, młodym, których reżim w dalszym ciągu rekrutuje, by zastąpili starszych, przedwcześnie wypalonych kolegów. Kaniewski po raz kolejny czyta listę dyplomatów, wystukaną na jednej z tych przeklętych armijnych maszyn do pisania, źle zaprojektowanych i źle wykonanych przez źle opłacanych robotników. Ten niesprawny sprzęt straszliwie ogranicza skuteczność policji politycznej. Ile razy trzeba się na to skarżyć? Taśma, tusz, klawisze, nic nie działa. Lista jest prawie nieczytelna. A te nazwiska! Tak trudno zapisać je cyrylicą, jak tu się połapać? Mnożą się błędy. Na przykład szwedzki chargé d'affaires, Hugo Ärnfast, stał się szwajcarskim dyplomatą imieniem i nazwiskiem Hugo Ern Fast. Wszystko dlatego, że po rosyjsku słowa "szwedzki" i "szwajcarski" wyglądają w pisowni prawie tak samo.
Zatrzymajmy się na chwilę przy Hugonie Ärnfaście. Pod koniec kwietnia 1945 roku był najwyższym rangą urzędnikiem szwedzkiej misji pozostającym w Berlinie. Miał zaledwie trzydzieści sześć lat. Ambasador uciekł z miasta, gdy tylko padły pierwsze radzieckie strzały. Ärnfastowi polecono zostać i bez względu na koszty czuwać nad interesami Królestwa Szwecji w ogólnym chaosie. Najpierw próbował chronić się przed nalotami i kazał pomalować dach schronu przeciwlotniczego ambasady na żółto-niebiesko, w barwy swojego kraju. Później, kiedy nastąpił ostateczny szturm, rozwiesił wokół budynku plakaty apelujące po rosyjsku do wrodzonej łagodności żołnierzy. Choć w przeciwieństwie do Japonii Szwecja nie podpisała porozumień gwarantujących bezpieczeństwo, mogła liczyć na inny atut - w czerwcu 1941 roku Moskwa wybrała ją na "mocarstwo opiekuńcze", które miało dbać o radzieckie interesy na terenie całej Rzeszy. Oto co Ärnfast napisał do wojsk radzieckich 1 maja 1945 roku: "Byłbym bardzo wdzięczny za umożliwienie mi rozmowy z odpowiednim przedstawicielem Armii Czerwonej. [...] Jak panowie wiedzą, Królewska Szwedzka Misja Dyplomatyczna pełni funkcję mocarstwa opiekuńczego, które troszczy się o prawa Sowietów w Niemczech". Niestety Sowieci wiedzieli też, że wśród ostatnich obrońców bunkra Hitlera znalazła się dywizja SS "Nordland" złożona częściowo ze Szwedów. Po południu 1 maja jej kapitan, Hans-Gösta Pehrsson, poprosił szwedzkie przedstawicielstwo o pomoc w odesłaniu towarzyszy broni do ojczyzny. Co też Ärnfast odpowiedział kapitanowi SS? Czy podjął ryzyko, narażając pozostałych dziewięciu pracowników ambasady, którzy z nim zostali, na śmiertelne niebezpieczeństwo? Gdy kilka godzin później Sowieci przejęli kontrolę nad szwedzkim schronem przeciwlotniczym, Pehrsson zdążył zniknąć.
Kaniewski nie zamierza niepokoić potężnego radzieckiego łańcucha dowodzenia z powodu tego Ärnfasta. Szwajcar, Szwed, co za różnica! Nic nie powinno hamować tajnej operacji. Dwudziestego maja 1945 roku wszyscy dyplomaci wyruszą do Moskwy. Odjazd przewidziano na godzinę piętnastą. Dopiero niedawno wznowiono połączenie kolejowe ze stolicą ZSRR. Wszystko dzięki tytanicznej pracy radzieckich inżynierów i robotników. Podczas długich miesięcy wojny zniszczeniu uległo blisko dwa tysiące kilometrów torów. Nic się nie ostało, ani w Polsce, ani na białoruskich równinach. Ziemia, podobnie jak ludzie, została przeryta tonami pocisków, zmiażdżona stalą czołgów. Systematycznie niszczone mosty nie spinają już brzegów żadnej rzeki. A jednak Stalin wydał rozkaz. Dyplomaci mają zostać przesłuchani na radzieckiej ziemi, z dala od spojrzeń aliantów. Zatem linia Berlin-Moskwa znów zacznie działać, bez względu na koszty. Więźniowie będą podróżowali powoli i długo, w prymitywnych, spartańskich warunkach, silnie kontrastujących z przepychem ich wystawnego berlińskiego życia. Pięć dni i pięć nocy, stłoczeni w przypadkowo zgromadzonych wagonach, bez możliwości opuszczenia ich choćby na chwilę. Oczywiście będą się skarżyć, niektórzy ośmielą się nawet grozić żołnierzom dyplomatycznymi konsekwencjami; funkcjonariusze NKWD i Smierszu nieźle się przy tym ubawią. Niech cierpią. I niech mają nadzieję. Niech marzą, że koszmar dobiegnie końca wraz z dotarciem do Moskwy. Tym dotkliwsze rozczarowanie będzie ich czekało.