Zielone Świątki
Parafraza
- Et ego rogabo Patrem et alium Paraclitum dabit vobis, ut maneat
vobiscum in aeternum spiritum veritatis.
- Non relinquam vos orpharos, venlam ad vos.
(Lekcja VII i IX i Brewiarza Rzymskiego -
na Wielką Sobotę przed Wielkanocą).
Była godzina dziesiąta nad ranem, w pięćdziesiąty dzień po święcie
Paschy - czas pogodny, słoneczny. Od Góry Oliwnej spływały w podmuchach
porannego wiatru zapachy rozkwieconych drzew i biły w miasto upojną falą
z głębin doliny Cedronu. Nad szczytami domów unosiła się lekka zasłona z mgły, rozpylana od czasu do czasu pod silniejszym powiewem wiatru w złotordzawy kurz...
Zbudzona ze snu Jerozolima szemrała porannym gwarem. Tłumy pobożnych,
którzy przywędrowali do miasta na święto Pięćdziesiątnicy ze wszystkich
stron świata, gromadziły się już rojnie koło chramu Salomona. W zgiełku
głosów mieszały się bezładnie narzecza z odległej krainy Partów i Medów,
przeciągło-śpiewna mowa Elamitów i synów Mezopotamii, gwara Żydów
miejscowych i z okolic Judei. Wśród tłumu wiernych przesuwały się
tęczową wstęgą kolorowe szaty pątników z Kapadocji i Pontu, białe
turbany Arabów, powiewne płaszcze dzieci Sahary, Libii i Egiptu.
Od czasu do czasu morze głów rozpadało się na dwie kotłujące połowy, by
środkiem przepuścić setnię legionistów zstępującą w pełnym marszu od
strony Nowego Miasta lub oddział jeźdźców z prefektem w drodze ku Wieży
Stratona. Potem znów obie pierzeje zwierały się w jeden pstrokaty kłąb,
co szumiał szmerem świątalnych modłów, porannych pozdrowień, prośbami
wędrownych żebraków...
Zewsząd ciągnęły ku świętemu miastu tysiące pielgrzymów: cesarskim
traktem od Sychem, Cezarei i Liddy z północy, gościńcem do Gazy z zachodu, drogą do Betleem i Morza Martwego z południa. Centurionowie i naczelnicy straży przy bramach mieli dnia tego pracę nader uciążliwą,
tym bardziej, że namiestnik przykazał surowo przestrzegać porządku i nie
wpuszczać w obręb murów podejrzanych włóczęgów.
Zwłaszcza koło bramy zwanej Porta Antonia w północno-wschodniej części
miasta natłok panował okropny. Blizkość cudownej sadzawki Betsaidy o pięciu krużgankach była tego przyczyną. Tysiące chromych, ślepych i porażonych dusiło się wkoło, czekając na swą kolej.
W czas bowiem święta zstępował do sadzawki Anioł Pański i burzyła się
woda; kto zaś po jej poruszeniu zanurzył się i obmył schorzałe ciało,
wychodził krzepki i zdrowy, choćby nie wiadomo, jak ciężką był
nawiedzony chorobą. Przeto cisnęli się tu ludzie najwięcej, hałasem
okrutnym napełniając miejsce...
W jednym z zaułków Górnego Miasta, na zachód od pałacu arcykapłana
Kajfasza stał budynek niepokaźny z wyglądu, obwiedziony starym,
zwietrzałym już murem; duże palmy figowe u wejścia niby wierne czaty
pieściły zielenią spławów przydaszki murowe.
Był to dom Marii, matki Marka, stryjecznego Barnaby. Tu był wieczernik
uczniów Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego na Górze Stracenia dni temu 53.
Tu schronili się w trwodze przed żydami po Jego pogrzebie, tu spędzali
długie godziny na modlitwie i krzepieniu serc, gdy Mistrza nie stało,
gdy odszedł od nich, pozostawiając samych w bólu i żałobie bez miary.
I dziś zgromadzili się potajemnie, by naradzić się pospołu nad tym, co
czynić i dokąd zwrócić umęczone pościgiem stopy.
Bo wieści, jakie przyniósł z miasta Nikodem, członek Sanhedrynu,
zaniepokoiły wielce, zwłaszcza trwożliwych z natury. Starsi bowiem z żydowskiej Rady, bojąc się kary za ukrzyżowanie Mistrza, rozsiewali
oszczercze pogłoski o Jego uczniach i apostołach, odgrażając się, że
wytępią wszystkich mocą swej zwierzchniej władzy lub oczernią przed
rządem cesarskim jako buntowników i wrogów rzymskiego imperium.
Więc struchleli co słabsi i z trwogą garnęli się pod skrzydła Piotra
niby pisklęta po schron, opiekę, pociechę... Przy bramie w murze u wejścia stało dwóch strażników i nie wpuszczało nikogo do wnętrza, jeśli
nie wykazał się znaczkiem tesserą zwanym. Na dziedzińcu przed domem
odmawiało kilku wiernych poranne modlitwy, inni, którzy już pokrzepili
dusze rozmową z Panem, gwarzyli przyciszonym głosem lub spoglądali w górę ku oknom wierzchniego piętra, gdzie w wieczorniku obradowali
apostołowie.
A był z nimi i Józef z Arymatei, ten sam, co się o grób dla Pana
wystarał i wyprosił u Piłata pozwolenie na pogrzeb, i Natanael z Kany
galilejskiej Bartłomiejem przez uczniów przezwany, i Maria Kleofasowa,
matka Jakuba i Józefa, i kilka innych pobożnych niewiast, co były przy
zgonie Jezusa. A wszystkich razem w świetlicy wraz z tymi, co stali na
podwórzu lub czekali w sieni domu, było ludzi stu i dwudziestu,
uczniowie sami i wierni wyznawcy Chrystusa...
W przestronnej, wapnem na biało pociągniętej izbie stał stół długi i szeroki, zasłany lnianym obrusem, a wkoło niego 13 siedliszcz. Jedno z nich w pośrodku było puste. Tam dni temu 53 zasiadł Mistrz ukochany, by
po raz ostatni spożyć z uczniami wieczerzę. Odtąd miejsce to stało
pustką. Nie śmiał go nikt zająć po Nim; ani sam Piotr nawet, pierwszy z apostołów...
Dziś w wieczorniku panowało dziwne milczenie; siedzieli zadumani jacyś i pełni szczególnych przeczuć. Aż Szymon, Piotrem zwany, spostrzegłszy ich
zamyślone twarze, przerwał ciszę.
- Bracia moi, cóżeście tak smutni i stroskani? Zaprawdę radować się nam,
nie smucić przystoi. Wszakże zmartwychwstał Pan, jako przyrzekł, dnia
trzeciego i wstąpił w chwałę Ojca Swego. Lecz widzę, że są tu wpośród
was jeszcze ludzie słabego ducha i małej wiary, co wątpiąc w prawdę słów
Jego, potrząsają głowami. "Zaprawdę, zaprawdę", powiedział Pan, "stokroć
szczęśliwsi ci, co nie widzieli a wierzą".
I zawstydzili się niektórzy z obecnych i nabrawszy ducha, zaczęli
pogodniej spoglądać na siebie. Aż jeden z uczniów, imieniem Kleofas,
wystąpił z gromady i głosem pełnym radości jął opowiadać, jako wraz z drugim towarzyszem spotkał Jezusa zmartwychwstałego w drodze do Emmaus.
I podniósł bardzo swą opowieścią upadłe już serca, bo gwar się wnet
uczynił w świetlicy radosny, gdy zaczęli przypominać i dalsze zjawienie
się Pana.
Więc świadczyli Andrzej i Mateusz, takoż Filip i Bartłomiej i inni z apostołów, jako tegoż wieczora przez zamknięte drzwi wszedł Pan do
świetlicy i pozdrowił strapionych i smutnych słowem pokoju. I Tomasz
niewierny teraz żarliwie przytwierdzał, jako osiem dni potem wkładał sam
rękę w bok Mistrza i palec w blizny dłoni Jego. I znów po raz czwarty
ujrzeli Go nad brzegiem Genezaretu, gdy usiadłszy do łodzi samoczwart z Szymonem, zarzucać mieli więcierze. W końcu ze smutkiem, ale i z otuchą
lepszego jutra przywiedli na pamięć przedziwną chwilę na Górze Oliwnej,
gdzie po raz ostatni zjawił się Mistrz w blasku nadziemskiej Swej chwały
i odszedł w zaświaty ze słodką obietnicą na ustach:
- Nie opuszczę was sierotami, lecz innego wam poślę Ducha prawdy,
Parakleta, by pozostał z wami do skończenia wieków.
Przeto podnieśli głowy i pokrzepieni na sercach oczekiwali - na coś
wielkiego. Jakiś nowy duch wstąpił w nich i rozniecił ogień zapału i wiary. Nawet i ci najsłabsi, co uchodzić już chcieli z Jerozolimy przed
zemstą żydów, teraz wstydzili się przed sobą i drugimi, postanawiając
czekać na znak od Pana.
Szymon gorliwiec i Jan Zebedeuszowy zanucili pieśń cichą a słodką jak
smutek budzącej się wiosny, tę samą, co ją śpiewali wraz z Mistrzem po
ostatniej wieczerzy. Za ich przewodem poszli i inni i rozbrzmiała
świetlica chórem głosów jasnych i czystych.
Szedł z wieczornika ten śpiew na miasto i rozlegał się echem przedziwnie
wzmocnionym pomiędzy domami, że przystawali na ulicach przechodnie i,
rozglądając się zdumieni wkoło, pytali:
- Cóż to za pieśń słodka i smętna zarazem?
I nasyciwszy uszy, odchodzili, kiwając głowami.
Nagle Galilejczycy umilkli. Po twarzach rozlała się błoga cisza pogody i podnieśli w niebo oczy pełne nadziemskiego szczęścia i mocnej,
wyczekującej spełnień nadziei. I była długa chwila głębokiej ciszy.
Zdawało się, że świat cały zamilkł na mgnienie czasu i przytaił
oddech...
Wtem rozległ się szum ogromny jakby zrywającego się wichru i napełnił
dom cały. Lica apostołów pojaśniały dziwnym blaskiem, oczy wypatrywały
coś w dali zaświatowej, gdy Boży wiatr łopotał w ich szatach i wichrzył
włosy na głowach. I wtedy pojawiły się w wieczerniku ogniste języki i czerwonym różańcem spoczęły po jednym nad każdym z nich z osobna.
Wszystkich też spłomienił Duch Boży, że pełni świętego żaru i gorliwości
wyszli z domu na ulice miasta i zaczęli przemawiać do tłumu rozmaitymi
językami...
A byli wtedy w Jerozolimie wyznawcy zakonu Mojżesza z wszelakich
szczepów i narodów pod niebem, którzy przyszedłszy tu ze wszystkich
stron świata na święto Paschy, wciąż jeszcze przebywali w mieście. Ci
tedy, zarówno jak i inni, obcy i zamieszkali, posłyszawszy wrzawę nagle
powstałą wśród ludu, zbiegli się wielką rzeszą i osłupieli z podziwu,
gdyż każdy słyszał apostołów mówiących w ich własnym języku. Więc
zdumieni patrzyli jedni na drugich i pytali:
- Żali ci ludzie podobni natchnionym prorokom lub opętanym przez duchy
szaleńcom nie są Galilejczykami?
- Jakże więc to się dzieje, że każdy z nas słyszy własny swój język i mowę, do której przywykł od dziecka?
A byli wśród tłumu i brunatni od słońca mieszkańcy ziem libijskich
niedaleko Cyrery, dzielni synowie Frygii i Pamfilii, niebieskoocy
wyspiarze kreteńscy i Medowie o ciemno-oliwkowej barwie skóry.
Wszyscy ci, acz językami i mową różni, rozumieli mówiących do rzesz
dwunastu dziwnych mężów. I jedni dziwili się, z czcią kłoniąc głowy jako
przed ludźmi świętymi - inni zaś o umysłach miałkich i przyciemnych
naśmiewali się, mówiąc:
- Ci się moszczem popili.
Słysząc te słowa obelżywe, Piotr podniósł głos swój i przemówił:
- Mężowie Judei i mieszkańcy Jerozolimy! Zaprawdę powiadam, nie są ci
pijani, jako wy sądzicie, ile że dopiero trzecia godzina dnia; ale tu
się iszczą słowa proroka Joela, który przepowiedział obietnicę Pana: "W dzień spełnień wyleję Ducha Mego na wszelkie ciało i będą prorokowali".
- Mężowie izraelscy! Rękoma bezbożnych ukrzyżowaliście i zgładzili
Jezusa z Nazaretu. Tego Jezusa Bóg wskrzesił, czego świadkami jesteśmy.
I tak prawicą Bożą podwyższony spełnił obietnicę nam daną i wylał Ducha
Świętego, którego widzicie i słyszycie. Przeto wiedzcie o tym każdy
niechybnie, że ów Jezus, którego ukrzyżowaliśmy, postawion jest przez
Boga Panem naszym i Mesjaszem.
Co usłyszawszy, rzesze zlękły się wielce i pytać zaczęły apostołów, co
im czynić należy. Wtedy Piotr przykazał im czynić pokutę i przyjąć
chrzest.
- Ratujcie się bracia - mówił w słowach prostych jak zwykle a mocnych -
ratujcie się spośród tego przewrotnego plemienia!
I nawróciło się dnia owego około trzy tysiące dusz.
Muzeum dusz czyśćcowych
Idźcie przeklęci w ogień wieczny, który zgotowany jest diabłu i aniołom
jego.
(Mt 25:41)
E vidi spirti par la famma andando.
(Dante Czyściec, P. XXV, w. 124)
Zatrzymali się przed nową kasetą. Pod szklanym wiekiem na poduszeczce z czerwonego aksamitu leżała stara, w safian oprawna książka. Proboszcz
Łączewski, odchyliwszy wieko, wydobył ją i podał grzecznie do
oglądnięcia dr. Proniowi.
- Mszał z kościoła parafialnego w Winnicy - objaśniał swym cichym,
drżącym już od starości głosem. - A tu jest odcisk. Bardzo wyraźny -
dodał po chwili.
- Rzeczywiście - odparł Proń, rozkładając na stole książkę. - Ciekawy
znak. A jaki głęboki! Jakby od żelaznej, rozpalonej do białego żaru
ręki.
Ksiądz z dumą patrzył na swój zabytek:
- I to w dodatku autentyk, panie doktorze. Oryginał. Nieprawdaż, Helu? -
zwrócił się po aprobatę do jasnowłosej, chorobliwie pięknej bratanicy,
śledzącej uważnie fizjognomię uczonego.
- Tak - odpowiedziała nieśmiało.
Proń spojrzał bystro na pannę, uśmiechnął się trochę niedowierzająco i obserwował dalej książkę.
A znak był istotnie godny podziwu. Począwszy od stronicy dziesiątej
mszału widniał wypalony odcisk ludzkiej ręki. Stygmat był silny i szedł
na kilkanaście kartek w głąb; kontury wyraźne, zdecydowane, rysunek
palców ostry; po brzegach odcisku papier nosił widoczne ślady
nadpalenia: ciemnobrunatną obwódkę.
- Zna pani historię znaku? - zapytał młody uczony.
- Objaśnienia są na karteczce, zawieszonej tu z boku, na ścianie puzdra
- wyręczył ją w odpowiedzi stryj. - Proszę, może pan przeczyta?
Proń przebiegł szybko oczyma karnecik, zapisany drobnym, lecz wyraźnym
"maczkiem":
"W kościele parafialnym w Winnicy roku Pańskiego 1730 podczas mszy św. w drugi dzień Zielonych Świąt zjawiła się dusza pana Bonawentury Łaszcza,
dziedzica Winnickiego klucza, znanego z życia hulaszczego i pełnego
porubstwa, z prośbą o modlitwę i wspominanie nabożne. Na dowód prawdy
wypalił potępieniec ślad swojej ręki na mszale".
- Książkę tę - kończył historię proboszcz - podarował mi na pamiątkę ks.
Dargan, śp. proboszcz w Winnicy, dowiedziawszy się, że zakładam muzeum
dusz czyśćcowych.
- Piękna pamiątka - mruknął półgłosem Proń i przeszedł do następnego
curiosum.
Był nim kwadratowy kawałek płótna z wypalonym śladem pięciu palców;
odcisk był delikatny i nie przeżarł materii na wylot: jakby dotknięto
się jej z lekka tylko.
- Ślad ręki autentyczny - tłumaczył proboszcz - znaleziony przed pięciu
laty na postawie płótna przez Andrzeja Świerka, gospodarza z naszej
parafii, w opustoszałej chacie Ostrwiążów. W domu tym, niezamieszkałym
od śmierci ostatniego z rodu, Józefa, który zginął zamordowany w sposób
tajemniczy, podobno przez wiele lat straszyło.
- Czy to też należy do muzeum? - zapytał uczony, wskazując na
staroświecki, dębowy stół w rogu pokoju.
- Oczywiście, to jeden z mych najpiękniejszych okazów. Dar hr. Łosiów z kościoła parafialnego w Przemyślanach. Niech mu się pan doktór tylko
bliżej przypatrzy.
Proń pochylił się nad stołem i spostrzegł na samym środku dębowej płyty
głęboko wyciśnięty stygmat kobiecej ręki.
- Ciekawe! - szepnął, podnosząc pytająco spojrzenie na pannę.
- Ręka Heleny z Cetnerów hr. Łosiowej - odpowiedziała, mieniąc się
dziwnie na twarzy pod jego wzrokiem, bratanica księdza. - Widmo zmarłej
miało ukazać się w Brzuchowicach koło Przemyślan w biały dzień dnia 19
lipca 1750 roku, prosząc o ratunek i na dowód tożsamości zostawiło po
sobie tę pamiątkę na stole.
- Syn jej - dorzucił ksiądz - hr. Józef, dał stół ten wraz z opisem
zdarzenia na marmurowej tablicy do kościoła w Przemyślanach, skąd dostał
się ten nieoceniony zabytek do naszego muzeum.
- Rzecz charakterystyczna - zauważył doktór - że zjawiska
stygmatoplastii zdradzają pewien ulubiony typ. Rozczytując się dużo w odnośnej literaturze, ze zdumieniem doszedłem do przekonania, że dusze
pokutujące chętnie objawiają się w ten sam sposób. Widać u nich, że się
tak wyrażę, pewną manierę. Tak na przykład bardzo często czyta się o odciskach rąk na stołach lub drzwiach. Znać drzewo uważają za bardzo
podatny materiał.
- To prawda - przyznał spokojnie ksiądz, jakby nie odczuwając lekkiego
odcienia ironii w słowach gościa. - Mamy więcej takich sprzętów wśród
naszych zbiorów. Lecz tylko ten jeden jest oryginalny. Reszta w tym
rodzaju - to same kopie. Tu na przykład zaraz obok ten mały, z czarnego
hebanu model jest wiernym odtworzeniem stołu klasztornego z opactwa
dominikanów w Zamora w Hiszpanii z wypalonym śladem ręki jednego ze
zmarłych zakonników.
- A tu - wmieszała się do rozmowy panna Helena - jest album z barwnymi
kopiami innych znaków.
Proń otworzył podaną sobie księgę i z zajęciem przeglądał zawarte w niej
wizerunki i zdjęcia. Po chwili zatrzymał się dłużej nad jedną z kopii,
przedstawiającą duże, żelazem okute drzwi z wypalonym w pośrodku jednego
ze skrzydeł profilem kobiecej głowy.
"Roku 1859 - czytał półgłosem objaśnienie u dołu karty - w klasztorze
pp. franciszkanek we Foligno, koło Asyżu, ukazała się dusza zmarłej
zakonnicy Teresy Giotti następczyni w urzędzie, Annie Felicji, cała w ogniu i wypaliła na dowód prawdy na drzwiach ślad swojej twarzy".
- Oto jeden z typowych przykładów, o których mówiłem - wywnioskował,
składając z powrotem album na wyznaczone miejsce.
Przeszli do dalszych zbiorów. Gościnny gospodarz otworzył szafkę w stylu
barokowym i zdjął z jej półek parę starannie owiniętych w jedwab paczek,
związanych wstążkami barwy szafranowej.
- Chusty dusz czyśćcowych - objaśniała panna Helena, rozwiązując jedną z tych "saszetek".
I posypały się na stół czworogranne i trójkątne chusteczki, chusty,
płatki i ręczniki z prostego płótna, delikatnego batystu, powiewnego
"zefiru", nawet z koronki lub tiulu z ciemnobrązowymi stygmatami palców,
dłoni, rąk, z fragmentami naszkicowanych tylko z grubsza twarzy,
profilów, zarysami nosów, warg lub uszu.
- Oto owoc mych trzydziestoletnich przeszło poszukiwań i trudów -
chełpił się proboszcz z naiwnie poczciwym uśmiechem dziecka,
pokazującego starszym swe skarby. - Helu! Pochowaj to z powrotem!
- A ta szklana gablotka co mieści? - zapytał Proń, wskazując na
podłużne, w srebrne ramy ujęte puzdro.
- Tam są fotografie i podobizny ludzi, którym dusze cierpiące w czyśćcu
na dowód swego istnienia wypaliły znaki na ciele.
Panna Helena, widząc, że uczony chce przejść do dalszych osobliwości w głębi pokoju, wstrzymała go uwagą:
- W tamtej partii nie znajdzie pan nic dla siebie zajmującego.
- Dlaczego? - zapytał przekornie. - Kto wie, może właśnie coś mi wpadnie
w oko.
- Same niemal okazy wątpliwej autentyczności lub zgoła falsyfikaty i twory mistyfikacji - objaśnił gospodarz.
- A dlaczego ksiądz proboszcz, wiedząc o tym, toleruje je w swoim
muzeum?
Ksiądz, trochę stropiony, spuścił oczy ku ziemi. Po chwili wyjąkał
nieśmiało:
- Takie sobie zamiłowanie, taka sobie pedanteria zbieracza. Może słyszał
pan doktor kiedy, że zapaleni filateliści zbierają z pełną świadomością
też fałszywe i podrabiane marki? Zresztą trudno mi się z nimi rozstać,
bo o ich nieautentyczności dowiedziałem się dopiero parę lat temu.
Tu rzucił ukradkowe spojrzenie na bratanicę.
- Przyzwyczaił się ksiądz dobrodziej do nich - dopomógł mu Proń - i teraz żal mu się ich pozbywać. Ale kto też ks. proboszczowi otworzył
oczy na ten prawdziwy, lubo niemiły stan rzeczy?
Pytanie znać wprawiło księdza w niemały kłopot.
- Ja - przerwała przykre milczenie panna.
- Pani?
Proń popatrzył na nią uważniej. Była bledsza niż zwykle i dziwnie
poważna.
Nagle przyszła mu pewna myśl. Chwycił ją za rękę powyżej przegubu i patrząc mocno w oczy, przycisnął tętno silnie wielkim palcem.
W jednej chwili dziewczyna zesztywniała jakby w nerwowym paroksyzmie;
białka jej oczu podeszły w górę, twarz przybrała wyraz sennej maski.
- Hm... - mruknął zadowolony z odkrycia. - Teraz rozumiem.
- Co pan zrobił z nią, doktorze? - zapytał przerażony proboszcz.
- Nic, nic - to tylko niewinne całkiem doświadczenie. - I łagodnie
potarł jej ręką czoło u nasady nosa pomiędzy brwiami.
Panna przebudziła się i zdumiona patrzyła na obecnych.
- Co to było? Co się ze mną stało?
- Ależ nic, nic - uspokajał Proń, uśmiechając się życzliwie - pani tylko
na chwilkę zasnęła.
- Ja spałam?
- Tylko przez chwilkę, przez bardzo małą chwilkę. Zresztą, przypuszczam,
stan ten nie jest pani zupełnie obcy i musiała go już pani nieraz
przechodzić. Nieprawdaż?
Panna pochyliła głowę.
- Może - brzmiała po chwili cicha odpowiedź.
- A zatem - podjął gość - rewia muzeum skończona. Czy mają państwo może
jeszcze coś do oglądnięcia?
- W drugim pokoju mieszczą się też zbiory. Tam też przechowuję parę
ciekawych odlewów w gipsie i brązie. Lecz sądzę, że na dzisiaj wystarczy
panu przegląd pierwszej salki. Mamy zresztą czasu dość, gdyż nie puszczę
pana doktora stąd tak prędko. Hora już canonica: trzeba czymś
pokrzepić grzeszne ciało. Helu, czy wszystko przygotowane?
- Obiad na stole; proszę państwa do stołu - przerwała plebanowi miłej
powierzchowności staruszka, wchodząc do pokoju.
Dr Proń podał z galanterią ramię Helenie.
Przebieg obiadu był miły i wesoły. Niewymyślne, lecz smakowite potrawy
zakropione staropolskim miodem wzmocniły ciała, podniosły humory.
Po ostatnim daniu wniesiono czarną kawę, z którą mężczyźni przenieśli
się do saloniku. Proboszcz, zamknąwszy drzwi od przyległego pokoju,
rozsiadł się wygodnie w staroświeckim fotelu i pykając z długiej
piankowej lulki, podsunął gościowi skrzynkę z papierosami. Proń,
wypuściwszy parę dymnych skrętów pod strop salonu, rozpoczął poobiednią
pogadankę:
- Kiedy założył ksiądz proboszcz swoje muzeum?
- W roku 1870, równo 42 lata temu. Miałem wtedy lat 30 i objąłem
tutejszą parafię.
- Przypuszczam, że coś musiało wpłynąć na zamiar utworzenia muzeum;
jakiś fakt, jakieś zdarzenie? Taki oryginalny pomysł nie powstaje ni
stąd, ni zowąd.
Ksiądz uśmiechnął się zagadkowo:
- I nie pomyliłeś się pan, panie doktorze. Istotnie pomysł założenia
muzeum dusz czyśćcowych zrodził się pod wpływem dziwnego zdarzenia,
które zaciężyło wspomnieniem na całym moim życiu. Ponieważ historia ta
wiąże się ściśle z jednym z okazów, zawartych w drugiej salce, którą
mamy oglądać jutro, dlatego opowiem ją panu podczas zwiedzenia reszty
zbiorów.
- Proszę o to bardzo. Nie ma ksiądz proboszcz pojęcia, jak wielce mię
zaciekawił. Więc temu zdarzeniu wyłącznie zawdzięcza muzeum swe
powstanie?
- No, nie wyłącznie, tego nie mogę powiedzieć. Były i inne pobudki już
przedtem, tylko za słabe, by wpłynąć tak stanowczo. Dopiero ten fakt
zadecydował. Przyznać się panu muszę, że już jako młody kleryk
odczuwałem szczególniejszą sympatię dla dusz czyśćcowych, obiecując
sobie po wyświęceniu otaczać ich pamięć duszpasterską opieką i życzliwością. Jakoż zostawszy księdzem, zacząłem odprawiać często
nabożeństwa na ich intencję; zdarzało mi się nieraz w ciągu tygodnia
odmówić za nie parę mszy.
- Ciekawe! - dziwił się Proń - ksiądz proboszcz zapewne musi mieć w świecie zmarłych wiele dusz bliskich i kochanych.
Ksiądz zamyślił się na chwilę.
- Byłem sierotą od lat dziecinnych - odparł po namyśle - rodziców nie
pamiętam; krewnych prawie nie miałem, rodzina nieliczna wcześnie
wymarła. Nie, panie doktorze, moja niezwykła sympatia dla dusz
czyśćcowych ma źródła głębsze, może mniej osobiste. Zakładając zaś
muzeum, chciałem przede wszystkim zebrać materiał, który by udowodnił
niezbicie światu i ludziom, że jest czyściec i kara piekła, że istnieje
w ogóle życie pośmiertne duszy.
- Na to i ja się zgadzam z księdzem proboszczem w zupełności. I ja
wierzę w życie po tamtej stronie i ekspiację po śmierci. Chodzi tylko o formę bytowania poza grobem i rodzaj "kary".
- Istnienie czyśćca i piekła jest dogmatem Kościoła - rzekł ks.
Łączewski ze szczególnym akcentem w głosie.
- Tak, wiem o tym, lecz nie jest nim istnienie ognia rzeczywistego i prawdziwego.
- A jednak ogień ten jest prawdą, o której zapewnia nas powaga Ojców
Kościoła i objawienia Świętych Pańskich. Św. Augustyn nazywa go ogniem
rozsądnym i mądrym, który umie wywierać na grzeszniku całą swą niepojętą
dzielność i pali w sposób dziwny, lecz prawdziwy. A św. Jozafat mówi o piekle w sposób następujący: "Oto jest miejsce nagotowane dla
grzeszników; w płomieniach tych wiecznych cierpieć będą na wieki ci,
którzy ulegli nieporządnym chuciom serca swego; tu wymierza się za
rozkosz, co w chwili minęła, kara, która trwać będzie wiecznie".
- Straszne, nielitościwe słowa, księże plebanie.
- A jednak prawdziwe. "Któż z nas ostać się może przed ogniem
pożerającym, kto z nas ostać się może przed płomieniem wiecznym?" - oto
groźne pytanie, jakie nam stawia Izajasz w rozdziale XXXIII swej księgi.
- Sądzę, że sprawa natury tego ognia jest kwestią otwartą. Dla mnie jest
on plastycznym symbolem mąk i katuszy moralnych duszy, która cierpi,
przechodząc pamięcią całe swe zmarnowane życie.
- Zwykły wybieg tych, co, mając obciążone sumienie, pragną pocieszyć się
w ten sposób. Ale to jest tylko strusia polityka, panie doktorze. Czyż
nie mówi genialny mistrz włoski w pieśni 25. swego Czyśćca:
Quivi la ripa fiamma in fuor balestra
E la cornice spira fiato in suso,
Che la riflette e via da lei sequestra;
Onde ir convenia dal lato schiuso
Ad uno ad uno; ed io temea il fuoco
Quinci, e quindi temea cadere in giuso
Cały bok góry płomieniami zieje,
A zaś od brzeżka pęd silnej wichury
Na powrót spędza ognistą zawieję.
Wąziuchnym przejściem Mistrz i Stacjusz Wtóry,
Ja trzeci kroczym; groza mnie opadnie,
To drżę, że spłonę, to, że runę z góry.
Ksiądz przymknął na chwilę oczy, pieszcząc słuch lapidarną stancą
świętego poematu.
Proń, lekko uśmiechnięty, nie przerywał milczenia, jakie potem zapadło.
Nagle, strzepnąwszy popiół z papierosa, pochylił się ku rozmarzonemu
Dantejską tercyną starcowi i zauważył:
- A właśnie zacytowany przez księdza dobrodzieja poeta zdaje się być sam
w niepewności co do istoty kar pośmiertnych.
- Jak to? - żachnął się niecierpliwie gospodarz.
- Rzecz oczywista. Kary, z jakimi spotykamy się w Boskiej Komedii,
stoją często na przeciwnym biegunie do tej, o jakiej mówimy. Tak np.
zdrajcom każe Dante przebywać nie w ogniu, lecz pod lodem, żarłokom w wieczystym dżdżów kole, pysznym pod głazami itd.
- Et, to tylko fantazja poetycka - bronił się podrażniony proboszcz. -
Ja przecież nie uważam Boskiej Komedii za kanon wiary ani Ewangelię.
- A jednak - odparł nielitościwy gość - a jednak ksiądz proboszcz chciał
przed chwilą użyć jej jako argumentu w kwestii spornej, która nas
zajmuje.
- Et - przerwał mu impetycznie pleban - przecież oglądał pan moje
zbiory. Czy ślady, wypalone przez widma zmarłych w obecności
wiarygodnych świadków, nie są dla pana dostatecznym dowodem prawdziwości
ognia? Chyba że uważa pan całe moje muzeum za automistyfikację i wątpi o autentyczności okazów.
- Nie, księże proboszczu, o autentyczności znaków, przynajmniej w pewnej
ilości wypadków, nie wątpię. Owszem, wierzę w możliwość podobnych
fenomenów. Jestem szczery wobec księdza i nie chcę przedstawiać się we
fałszywym świetle: jestem okultystą-psychologiem. Lecz to, że znaki
pozostawione na pamiątkę przez fantomy sprawiają wrażenie stygmatów
wypalonych, nie jest jeszcze dla mnie dowodem materialności ognia
pozagrobowego.
- Proszę! A to dlaczego? W jaki inny sposób potrafi pan coś podobnego
wytłumaczyć?
Proń uśmiechnął się zadowolony. Natarczywość, z jaką postawiono mu
pytanie, widocznie podobała mu się; psycholog lubił namiętną dyskusję.
- Ślady wyciśnięte przez dusze zmarłych - wykładał powoli, dobitnie -
dlatego wyglądają jak wypalone - co więcej, powiem, dlatego są wypalone,
ponieważ pochodzą od tych, którzy wierzyli za życia w ogień, jako środek
karzący po śmierci.
- To szalona interpretacja - zaprotestował gorąco starzec - nigdy mnie
pan nie przekona.
- Nie chcę też nikomu narzucać swych poglądów, lecz ponieważ już o tym
mówimy, wypowiadam szczerze i otwarcie, co o tym myślę.
- Sądzi pan zatem, że ludzie i po śmierci...
- Wierzą w to, w co wierzyli za życia, i że stan swój po śmierci
niektórzy uświadamiają sobie jako mękę ognistą.
- Innymi słowy - przypuszcza pan...
- Że nie zawsze i nie pod każdym względem umarli wiedzą więcej od
żywych. Owszem, jestem głęboko przekonany, że zawlekają za sobą na tamtą
stronę wszystkie niemal przesądy, namiętności i uprzedzenia, jakim
hołdowali za życia.
- Jak więc wyobraża pan sobie stronę techniczną, że się tak wyrażę,
owych znaków? Jak mogą wyciskać podobne ślady?
- Strona techniczna odcisków, owo ich specjalne zabarwienie i charakter
kauteryzacyjny nie przedstawiają większych trudności od tych, jakie
pokonują fantomy, rozwiązując problem materializacji, działań
telekinetycznych lub ideoplastii.
- Apage satanas! - szepnął zniechęcony obrotem rozmowy gospodarz. -
Nie zrozumiemy się nigdy.
- Ksiądz proboszcz wybaczy pewność tonu, z jakim prowadziłem dyskusję,
lecz taki to już mój zwyczaj; zresztą postawiłem tylko hipotezę; nie mam
pretensji do wszechwiedzy.
- Dobrze już, dobrze, zostawmy tę dysputę; widzę, że nie doprowadzi do
celu.
Tu spojrzał na zegarek.
- Już piąta. Czas mi na nieszpór. Czy pójdzie pan ze mną? Jest coś i w kościele naszym ciekawego dla pana.
- Z całą gotowością, księże proboszczu.
- Stań pan przy wielkim ołtarzu po prawej i patrz uważnie na jego górne
skrzydło.
- Nie omieszkam.
I wyszli z plebanii ścieżką wijącą się przez sad ku kościołowi.
Pobyt dra Pronia u proboszcza przeciągnął się na parę tygodni.
Wybierając się przed miesiącem z Warszawy do Doliny celem zwiedzenia
muzeum ks. Łączewskiego, nie przypuszczał nawet, że ta pseudonaukowa,
jak ją zrazu nazwał, wycieczka może zamienić się w płodną w wyniki
ekspedycję. Spodziewał się, że co najwyżej oglądać będzie curiosa
ekscentrycznego plebana-zbieracza, o którym krążyły po kraju
najcudniejsze opowieści; w rzeczywistości znalazł zbiór wcale poważny i teren nader podatny do naukowej eksploatacji.
Toteż zachęcony uprzejmością gospodarza, od którego otrzymał w tej
mierze plein pouvoir, zabrał się gorliwie do pracy: skatalogował
zbiory muzealne, poczynił wyciągi z odnośnych objaśnień, podzielił
zabytki na kategorie.
Po dokładnym zbadaniu całego muzeum doszedł do wniosku, że jest ono
przepięknym i jedynym w swoim rodzaju pomnikiem mediumizmu. Zwłaszcza
zbiory zawarte w drugiej salce utwierdziły go w tym przekonaniu. Były to
przeważnie odlewy gipsowe rąk, nóg i twarzy, wklęsłe lub wypukłe.
Sporadycznie pojawiały się też podobne odciski w glinie, wosku lub w parafinie.
Zbadawszy bliżej płasko- i wypukłorzeźby zauważył, że tylko niektóre
sprawiały wrażenie wypalonych stygmatów; część okazów zdradzała tylko
lekkie zabarwienie brązowobrunatne, większość nie wykazywała
najmniejszego śladu kauteryzacji.
Gdy zwrócił na to uwagę proboszczowi, starzec stropił się.
- Przypuszczam - tłumaczył się niezręcznie - że te znaki nie pochodzą od
dusz czyśćcowych; może w nich pozostawiły nam po sobie pamiątkę duchy
jasne już i oczyszczone przez ogień.
Proń pokręcił głową niedowierzająco:
- To są typowe okazy ideoplastii - zawyrokował po chwili. - Skąd nabył
ksiądz proboszcz te odlewy?
Zapanowało na chwilę przykre milczenie. Starzec znać nie chciał
odpowiedzieć. Wymowne spojrzenia, jakie rzucał na obecną przy tym
bratanicę, przekonały Pronia, że natknął na jakąś tajemnicę.
- Sądzę, stryjku - rzekła z decyzją w głosie panna Łączewska - że nie
mamy powodu kryć się z tym przed panem.
- Jak uważasz, Helu - odezwał się z uczuciem ulgi ksiądz. - Zresztą
właściwie to twoja sprawa.
- Tak, panie doktorze - przyznała otwarcie panna - to są nasze odlewy.
- Państwa? Nie rozumiem.
- Tak, to znaczy u nas, tutaj, powstałe i wytworzone.
Proń zmarszczył brwi i przez chwilę bystro wpatrywał się w bladą
dziewczynę.
- Tak - szepnął po chwili - powinienem był sam się tego wcześniej
domyślić. To są zatem znaki fluidycznych członków, wyciśnięte podczas
anormalnych stanów, w jakie pani zapada.
- Tak - potwierdził ksiądz - Hela istotnie ulega od czasu do czasu
dziwnemu stanowi, zbliżonemu do snu, niby do śpiączki, po której
przejściu znajdujemy niekiedy owe stygmaty. Zauważyliśmy to po raz
pierwszy przed paru laty na glinie, którą przypadkowo wtedy pozostawiła
w pokoju dziewka w misie. Odtąd ilekroć Hela zapadnie w swoją dziwną
senność, umieszczam obok jej krzesła za zasłoną miednicę z woskiem,
gliną lub parafiną.
- Hm... - mruknął uczony - typowy proceder mediumistyczny. - A głośno
dodał:
- Pani musi być znakomitym medium. Nawet nie przypuszczała pani dotąd, w jak wyjątkowe właściwości wyposażyła ją natura.
- Hela jest tylko ulubienicą duchów - tłumaczył ksiądz, niezadowolony
znać z koncepcji Pronia.
- Być może, księże proboszczu - sprawa to jeszcze nierozstrzygnięta. Po
cóż spierać się przedwcześnie o nazwę zjawiska. Lepiej je wprzód
dokładnie zbadać.
Od tej rozmowy rozpoczęły się eksperymenty mediumiczne dra Pronia z panną Heleną Łączewską.
Po kilku seansach doszedł uczony do wniosku, że bratanica proboszcza
jest wybitnym medium dla zjawisk materializacji. W ciągu posiedzeń,
odbywanych niemal codziennie, występowały fenomeny tak udatne, że Proń
nie miał słów do wyrażenia swego uznania.
Zachęcony niezwykłym powodzeniem, sprowadził specjalny aparat do zdjęć
błyskawicznych przy świetle magnezjowym i zaczął utrwalać na płytach
galerię fantomów i mar, wysnutych w obecności panny Heleny. Wyrazistość
swą zawdzięczały widma silnemu wydzielaniu się materii astralnej z ciała
medium, które wskutek tego traciło w czasie doświadczeń niezmiernie dużo
na wadze. Bywały nawet momenty, kiedy postać panny, pogrążonej w transie, zacierała się przed oczyma magnetyzera, jakby blednąc i rozwiewając się w przestrzeni. Wtedy zaniepokojony wstrzymywał dalszy
rozwój zjawiska i przy pomocy pociągnięć przeciwnych przywoływał śpiącą
do stanu jawy. - Ksiądz w posiedzeniach nie brał udziału, unikając
widocznie bliższego kontaktu ze sprawą. Byłby nawet wprost sprzeciwił
się eksperymentowaniu, gdyby nie wyraźne życzenie Heleny, której
kaprysom ulegał bez szemrania. Toteż śledził z dala tylko przebieg
doświadczeń, zadowalając się relacjami Pronia.
Wkrótce obok materializacji ujawniły się u medium zdolności
psychometryczne. Panna Helena nie tylko odczytywała pismo zamknięte w kopercie i odgadywała przedmioty ukryte w drewnianej lub metalowej
szkatułce, lecz umiała też sięgnąć intuicją wstecz, do przeszłości, i opowiedzieć ich historię; wystarczyło tylko podczas transu przyłożyć je
w tym celu do czoła lub serca medium.
O jego rzetelności przekonał się młody uczony w sposób niezbity przy
badaniu tą metodą dziejów starej przeszłowiecznej książki, którą woził z sobą w bibliotece podręcznej. Helena wymieniła nie tylko nazwiska
wszystkich jej poprzednich właścicieli, lecz opowiedziała też przy tej
sposobności nader zajmującą historię, związaną z życiem śp. pani Z., od
której Proń nabył książkę. Wiadomości, zasięgnięte w tej mierze przez
uczonego u krewnych zmarłej, potwierdziły w najdrobniejszych szczegółach
dziwną opowieść.
Odtąd "Muzeum dusz czyśćcowych" nabrało w oczach młodego okultysty tym
głębszego znaczenia; znaki, uznane przez Helenę za autentyczne, stały
się dokumentami pierwszorzędnymi, z którymi należało się liczyć
poważnie.
W ciągu trzech tygodni poddał "rewizji psychometrycznej" wszystkie
niemal zbiory proboszcza, by przekonać się, że opinia medium,
wypowiedziana o nich przed laty, nie zmieniła się w niczym; stygmaty
podejrzanej wartości lub wprost fałszywe pozostały nimi i teraz.
Szczególniejszą uwagę zwrócił Proń na "najpiękniejszy" okaz muzeum,
znajdujący się w drugiej salce. Istotnie zasługiwał na to i ze względu
na swoją formę zewnętrzną, jako też genezę. Zabytek ten pozostawał w najbliższym stosunku do twórcy muzeum, związany z nim najserdeczniejszą
spójnią narodzin. Jemu też zawdzięczało muzeum swój początek.
Był to ten sam dziwny obraz, którego kopię oglądał Proń w kościele na
prawym skrzydle ołtarza.
Na wąskim, przeszło metrowej długości kawale białego jedwabiu widniał
szkic ludzkiej postaci, wykonany jakby węglem lub wisiorem maczanym w sadzy. Rysunek trochę rozwiewny w konturach wyglądał na podobiznę
jakiegoś wyższego dostojnika Kościoła. Tak przynajmniej pozwalała wnosić
długa, powłóczysta szata, rodzaj peleryny zarzuconej na ramiona, i strój
głowy przypominający infułę. Charakterystyczny był profil: rysy ostre,
wyraziste jak u masek pośmiertnych synów starej Romy, nos orli, oko
drapieżne, o sępim wejrzeniu. W ręce prawej zdawał się trzymać pastorał,
lewą, wyciągniętą przed siebie, jakby bronił się przed czymś grożącym.
Było w tej postaci coś diabolicznego, coś, co zionęło złością szatana, a równocześnie budziło litość nad jego męką.
Tak wyglądał pierwszy zabytek muzealny ks. Łączewskiego, nazwany przez
niego "biskupem".
Genezę niesamowitego portretu opowiedział proboszcz Proniowi w kościele
po ukończeniu nieszporów, gdy już ostatni wierni wysunęli się cicho ze
świątyni. Usiadłszy z gościem w jednej z ławek bocznej nawy, starzec tak
mówił:
- Było to w roku 1870, więc 42 lata temu, w marcu, w środę mięsopostu,
podczas czterdziestogodzinnego nabożeństwa, które na sposób rzymski
zarządziłem u siebie. Byłem niemal sam w pustym kościele o późnej
godzinie północy. Przede mną lśnił w glorii świateł wystawiony
Przenajświętszy Sakrament, jarzył się pełgotami świec ustrojony w jedwabne szarfy i wstęgi wielki ołtarz; poza mną w środku świątyni
rzucała czerwone blaski lampa wieczysta. Ciszę przerywał chyba tylko
szept moich warg lub skwierczenie dopalających się kaganków... Pochylony
nisko na klęczkach, z głową opartą o stopnie wielkiego ołtarza, modliłem
się żarliwie za dusze tych, co odeszli...
I wtedy: czy znużony wielogodzinnym czuwaniem, czy nawiedzony łaską
szczególną, popadłem w stan niezwykły, w rodzaj snu czy ekstazy, nie
pomnę; straciłem na jakiś czas przytomność. Jak długo trwała, nie wiem;
lecz gdy znów ocknąłem się na jawie, niebieskie jutrznie przeglądały już
przez szyby witraży...
Podniosłem czoło i, spojrzawszy na ołtarz, zauważyłem, jak jedna ze
świec, przechyliwszy się ku prawemu skrzydłu, silnie kopciła. Zląkłszy
się, by nie powstał pożar, gdy zajmie się opona z jedwabiu, zwisająca z tej strony, poskoczyłem ku skrzydłu, by świecę poprawić.
I wtedy ujrzałem, jak płomień jej, podlizując w odległości paru cali
brzeg dolny jedwabiu, zarysował już wisiorem kopciu tę dziwną postać.
Wrażenie, jakim mnie przejął ten wizerunek, było potężne i tajemnicze
zarazem. Do dziś dnia nie rozumiem, dlaczego zdarzenie pozornie tak
błahe, tak niby przypadkowe, wstrząsnęło do głębi całą moją duchową
istotą. Lecz że powody jakieś być muszą, o tym nie wątpię...
W miesiąc potem kazałem sporządzić sobie kopię "biskupa" na tym samym
materiale i zawiesiłem ją w kościele, zabierając oryginał do siebie jako
zawiązek muzeum.
- Szczególne zdarzenie - przerwał po chwili zaległe milczenie Proń i zamyślony opuścił z księdzem progi kościoła...
Odtąd historia proboszcza nie dawała mu spokoju i postanowił za wszelką
cenę zbadać ją dokładnie przy pomocy swego medium. Lecz tu spotkał się
po raz pierwszy z silną opozycją; Helena nie chciała pod żadnym
warunkiem zgodzić się na psychometryczne zbadanie wizerunku "biskupa".
- Nie mogę - broniła się uporczywie jego naleganiom i prośbom - nie mogę
na to się zgodzić, panie doktorze. Niech mnie pan do tego nie namawia,
bardzo pana o to proszę. Coś mnie odtrąca od eksperymentowania z tym
szkicem, jakiś nieokreślony lęk odpycha od tego wizerunku i nie pozwala
wejść w bliższą z nim styczność.
Proń, widząc nieprzezwyciężony upór panny, pozornie ustąpił i przez parę
dni nic o "biskupie" nie wspomniał.
Tymczasem zauważył coś, co naprowadziło go na daleko idące domysły w tej
sprawie i ukazało jakby potajemny trop, na którym spodziewał się znaleźć
prawdę.
Stało się w parę dni potem, podczas oglądania "pamiątek rzymskich"
proboszcza. Ks. Łączewski bowiem był namiętnym wielbicielem Rzymu i jego
zabytków. Znał Święte Miasto znakomicie i czuł się w nim jak u siebie w domu. Nie było zakątka, którego by nie zwiedził, zabytku, którego by na
własne oczy nie oglądał.
- Rzecz dziwna - powiedział raz w chwili zwierzeń do gościa - gdy po raz
pierwszy w dwudziestym roku życia zwiedzałem Rzym, miałem wrażenie, że
byłem tu już kiedyś dawniej, miasto wydało mi się dziwnie znajome,
orientowałem się od razu w ulicach bez pomocy planu, witając ze
szczególnym wzruszeniem pałace i domy, niby dobrych, starych znajomych.
Zwłaszcza niezwykle jakoś bliskie i zażyłe wydały mi się zatybrzańskie,
do Watykanu przytulone dzielnice: Borgo, Zamku Anioła i Prati, w których
monumentalne, hadrianowskie mury, wąskie i ciemne uliczki, szare portyki
i tajemnicze ponad dachami przejścia-corridori dziwnie kłóciły się z szumnym rozgwarem prostolinijnie wytkniętych nowych ulic, słonecznych
placów i granitem obrzuconych wybrzeży Tybru. W niezrozumiały dla mnie
samego sposób odgadywałem zmiany, jakie zaszły w rozmieszczeniu budynków
i planie tej części miasta w ciągu wieków; mój cicerone zdumiony był
niektórymi szczegółami, które nie były znane nawet jemu, urodzonemu
rzymianinowi; a jednak moje późniejsze poszukiwania i studium historii
miasta Rzymu przekonały mię, że miałem słuszność. Cóż więc dziwnego, że
ciągnie mnie do Rzymu coś z nieprzepartą siłą i że niemal co roku
odwiedzam ukochane miasto?
Jakoż istotnie odbywał proboszcz z Doliny częste pielgrzymki do stolicy
Piotrowej i za każdym razem przywoził z sobą jakąś cenną pamiątkę.
Jedną z nich było album portretowe kardynałów renesansu, duża, oprawna w żółty pergamin księga z przeszło 90 podobiznami dostojników Kościoła.
Przeglądając tę cenną pamiątkę, zatrzymał się Proń dłużej przy wizerunku
jednego z kardynałów wieku XVI, którego rysy wydały mu się szczególnie
znajome.
Ksiądz spostrzegł to, spojrzał na portret, który przykuł tak uwagę
gościa, i patrząc nań z dziwnym uśmiechem, odczytał objaśnienie poniżej:
- Lorenzo Rufredo, kardynał z czasów Aleksandra VI i jeden z jego
zauszników. Umarł w 54 roku życia śmiercią zagadkową, podobno pod
ciężarem klątwy, rzuconej nań przez następnego papieża.
- Typowy przedstawiciel grandseigneurów kościelnych odrodzenia -
rzucił oględną uwagę Proń.
- Niestety - przyznał cicho ksiądz - podobno był to człowiek bujny, lecz
i pełen wyuzdania. Toteż spotkała go zasłużona kara. Dziwna głowa,
nieprawdaż, doktorze?
- Rzeczywiście - potwierdził w zamyśleniu Proń i patrząc uważnie w twarz
księdza dodał: - Rzecz dla mnie niepojęta i ze wszech miar ciekawa:
kardynał Rufredo zupełnie podobny do "biskupa", którego wizerunek w tak
niezwykły sposób powstał na oponie ołtarzowej w tutejszym kościele i stał się zaczątkiem muzeum księdza proboszcza.
Na twarzy księdza odbiło się zakłopotanie. Spuścił oczy i odparł
zmieszanym głosem:
- Ma pan słuszność; i ja spostrzegłem od dawna to podobieństwo.
"Lecz istnieje jeszcze i drugie, nie mniej tajemnicze i zagadkowe -
pomyślał uczony, lecz nie wypowiedział głośno swego spostrzeżenia ze
względu na osobę plebana".
Bo oto patrząc w twarz ks. Łączewskiego, zauważył, że w sposób dziwny
łączy w sobie zasadnicze cechy obu wizerunków: proboszcz z Doliny był
uderzająco podobny do kardynała Rufredo i "biskupa" wypalonego na
jedwabiu.
Lecz milczał, nie chcąc sprawić przykrości starcowi, i już bez dalszych
uwag przeszedł do następnych portretów.
Lecz tego wieczora, koło godziny dziewiątej, skrycie wtargnął do drugiej
salki muzeum i zabrawszy z sobą podobiznę "biskupa", ukrył ją w swoim
pokoju, by przy najbliższym seansie użyć jej bez wiedzy Heleny.
Nazajutrz panna, nie przeczuwając podstępu, pozwoliła się uśpić. Wkrótce
pod skupionym spojrzeniem Pronia zapadła w głęboki trans; głowa
bezwładnie odchyliła się wstecz i oparła o grzbiet fotelu, jasnobłękitne
jej oczy podeszły w górę. Proń zgasił lampę i zapaliwszy świecę,
przyćmił blask abażurem: po pokoju rozlała się mgława, zielona poświetl.
Wtedy uczony wyjął szybko jedwabną materię i zakrył nią od strony szkicu
twarz śpiącej, po czym przy pomocy passów magnetycznych pogłębił stan
transu. Po kilku minutach zaczęły z ust medium wydobywać się
przytłumione westchnienia i jęki, a ciało dotąd sztywnie wyciągnięte
prężyć się jakby w konwulsjach. Nagle zerwała z twarzy jedwabną oponę,
pochylając się w przód. Wtedy spostrzegł z zadowoleniem eksperymentator,
że proces materializacji rozpoczęty...
Z głowy Heleny, spod pach i z okolicy łona wysnuwały się wiotkie,
fluidyczne woale, łączyły się w skrętach, zgęszczały w spirale. Po
upływie krótkiego czasu wyłonił się zarys ludzkiego kształtu.
Doktor zbliżył się ku oknu i szybko ściągnął storę na dół. Gdy w następnej chwili odwrócił się ku medium, wydał mimowolny okrzyk
zdumienia. Przy fotelu śpiącej po jej prawej ręce stał w pełni
zmaterializowany fantom "biskupa". Diaboliczną twarz dostojnika,
zwróconą en face w stronę uczonego, skrzywił okropny grymas; sępie
oczy wbił w przestrzeń i z wyrazem piekielnego przerażenia coś tam
wypatrywał - niby drugi Nebukadnezar, odczytujący złowróżbne pismo na
ścianie królewskiej komnaty.
Wtem z ust medium wypłynęły chrapliwe, zdławione męką słowa:
- Jam jest kardynał Bufredo!
Widmo, zakrywając twarz jakby przed czymś straszliwym, wahnęło się
wstecz.
- Vexilla regis prodeunt inferni - zabrzmiał okrutny wyrok z ust
śpiącej.
Odpowiedział mu jęk przeciągły, niby świst wichru:
- Cremaberis igne aeterno! - padły ostatnie słowa i zgasły.
Wyczerpane medium rzuciło się z powrotem we fotel.
Wtedy zaszło w fantomie zagadkowe przeobrażenie: znikła strzelista
infuła, odpadł w przestrzeń pastorał, rozwiały się insygnia
kardynalskiej godności; po chwili ujrzał magnetyzer przed sobą zamiast
drapieżnej maski kardynała łagodną, słodko uśmiechniętą postać ks.
Łączewskiego...
Nie dowierzając wzrokowi, Proń przystąpił ku księdzu i wyciągnął rękę,
by go dotknąć. Lecz widmo, uprzedzając zamiar, uchyliło się trwożliwie w głąb pokoju.
- Noli me tangere! - wypłynęło z ust Heleny znamienne ostrzeżenie.
Uczony cofnął się na poprzednie stanowisko, śledząc ze zdumieniem
szczególne przeobrażenie.
Twarz księdza krasił niepojęty, niebiański uśmiech szczęścia i ukojenia;
oparł rękę na głowie śpiącej bratanicy i wzniósłszy oczy do góry, zdawał
się skupiać w bezgłośnej modlitwie. Powoli, nieznacznie, postać jego
uniosła się w górę na klęczkach i ze złożonymi na piersiach rękoma
rozwiała, rozpłynęła się w przestrzeni...
Zanim Proń zdołał zorientować się w znaczeniu fenomenu, Helena, wydawszy
bolesny okrzyk, samorzutnie przebudziła się. Wysiłkiem woli otrząsnąwszy
się ze stanu odrętwienia, porwała się gwałtownie z miejsca:
- Mój stryj? - zapytała drżącym, pełnym śmiertelnego lęku głosem. - Co
się stało ze stryjem?
- Zapewne u siebie - usiłował uspokoić ją Proń.
- Mam jakieś złe przeczucie. Chodźmy do niego zaraz!
I pociągnęła go za sobą do pokoju księdza.
Weszli szybko, nie pytając, czy wolno. Wewnątrz w blasku lampy ujrzeli
proboszcza, siedzącego przy biurku. Jedną ręką podparł nisko zwieszoną
głowę, drugą przyciskał do ust krucyfiks.
- Stryjku! - zawołała z niepokojem w głosie Helena. - Stryjku!
Starzec milczał. Panna podbiegła ku niemu, zarzucając mu ramiona na
szyję. Wtedy siedzący obsunął się ciężko z fotelu na posadzkę.
- Jezus Maria! - krzyknęła, pochylając się nad nim w bezmiarze bólu.
Proń przyklęknął obok i uważnie zbadawszy puls i serce, rzekł półgłosem:
- Nie żyje.