Rozdział 4
- Kora - usłyszała miękki głos.
- Gabe - szepnęła.
- Kora, to ja, Rafał. Chyba zasnęłaś.
Do mózgu Kory z opóźnieniem dochodziły informacje. Jeszcze sekundę po otworzeniu oczu myślała, że patrzy w niebieskie oczy Gabe'a, mrugnęła i dotarło do niej, że stoi przed nią Rafał.
- Przepraszam - mruknęła. - Ostatnio nie sypiam dobrze.
- Kim jest Gabe?
Kornelia lekko przechyliła głowę i dłużej wytrzymała jego spojrzenie.
- To miłość mojego życia, którą straciłam - szepnęła. - Dzisiaj ci o tym nie opowiem - dodała i wyszła bez pożegnania.
Kiedy wracała z mamą do domu, usiłowała przeanalizować to, co działo się w gabinecie. Już dawno nie czuła się tak bezpiecznie. Nie pamiętała, kiedy ostatnio obudziła się tak wypoczęta. Nie wiedziała tylko, co myśleć o Rafale. Było w nim coś znajomego. Nie umiała tego określić.
Magda zerknęła przelotnie na córkę i przerwała jej rozmyślania:
- I jak było?
- Było... nieźle - odpowiedziała sama zaskoczona.
- Cieszę się. Będziesz mieć spotkania przez najbliższe trzy miesiące. Umówiłam ci wizyty raz w tygodniu. Musisz stanąć na nogi, kochanie. Wiem, że śmierć Sary jest dla ciebie czymś koszmarnym, ale inaczej nie dasz rady.
Kora kiwnęła głową. Nie miała siły kłócić się z matką. Pomyślała też, że może dzięki tym spotkaniom trochę bardziej się wyśpi.
***
Kolejny miesiąc minął jej na spaniu, szukaniu informacji o aniołach i wizytach w gabinecie doktora Góreckiego. Właściwie jednak nie miała okazji się wyspać. Zaczęli rozmawiać. O drobnostkach, rzeczach nieistotnych. Ale te rozmowy sprawiały, że Kornelia poczuła ulgę i chociaż przez chwilę - spokój.
Kiedy w kolejny poniedziałek otworzyła drzwi jego gabinetu, zobaczyła, jak Rafał przegląda leżące na biurku papiery. Miał na sobie ciemne spodnie i białą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami, uśmiechnął się do niej.
- Cześć, Kora. Dobrze cię widzieć, siadaj.
Kora usadowiła się na kanapie i podciągnęła kolana pod brodę.
- To co? - Rafał usiadł na fotelu i utkwił w niej spojrzenie. - Powiesz mi coś dzisiaj? - zapytał tym swoim ciepłym i spokojnym głosem.
Przez chwilę wpatrywała się w niego i nagle postanowiła zrobić coś całkowicie szalonego.
- Mówiłeś, że nic, co tutaj usłyszysz, nie opuści tego gabinetu, tak? - zapytała, przechylając głowę.
- Dokładnie. - Rafał kiwnął głową i odchylił się na oparcie fotela.
- Okej, to coś ci opowiem. Pewnie potem wezwiesz karetkę i skończę w psychiatryku, ale chyba już nie mogę dłużej tego trzymać w sobie... a właściwie - zamyśliła się - właściwie jesteś jedyną osobą, której mogę to powiedzieć.
Rafał nie odezwał się. Popatrzył tylko na nią i lekko skinął głową.
Kora westchnęła głośno. Spojrzała na swoje dłonie i przymknęła oczy. Nie chciała widzieć miny Rafała, kiedy sens jej słów zacznie do niego docierać.
- Ktoś ukradł mi rzeczywistość. Właściwie moje życie. Rok temu byłam po prostu studentką w klasie wiolonczeli, miałam dwójkę fantastycznych przyjaciół, super rodzinę i problemy, jakie miewają studenci: skąd wziąć kasę, jak zdać sesję... W październiku na naszej uczelni pojawili się studenci z USA. Wśród nich Gabriel Wellington, Gabe... - Głos jej się załamał. A ponieważ miała zamknięte oczy, nie mogła zauważyć tego, że Rafał lekko drgnął. - A później moje życie przyspieszyło. Gabe najpierw... najpierw mnie w sobie rozkochał, później... później zdradził, zostawił. Dość mocno poharatał. Alicja i Adaś cały czas usiłowali wybić mi go z głowy, ale ja nie mogłam. Kocham... kochałam go. A później okazało się, że po ziemi chodzą anioły. - Zerknęła na Rafała, którego twarz nie zdradzała żadnych emocji poza uprzejmym zainteresowaniem. - Okazało się, że Adam i Ala, i moi rodzice nimi byli, a raczej tata, bo mama... mama jest Upadłym. - Zaśmiała się nerwowo na dźwięk słów, które wpływały z jej ust. - Najdziwniejsze okazało się to, że ja też mam coś wspólnego z Aniołem... A mój Gabe... mój Gabe okazał się Cieniem Archanioła. Miał mnie zabić, ale dla odmiany się we mnie zakochał i postanowił mnie chronić. I chyba mu się udało. Ostatecznie to ja tu jestem, a on pewnie nie żyje, bo poświęcił się dla mnie i chyba przestał być księciem Ciemności... Obudziłam się dwa miesiące temu w szpitalu. Moi rodzice są normalni do szpiku kości. Moi przyjaciele to inni ludzie, chociaż wszystkie fakty na niebie i ziemi świadczą, że nie są to Adam i Ala. A Gabriel... zniknął... jakby nigdy go nie było... nie mam żadnego, żadnego dowodu, że on istniał... - Poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Odetchnęła głęboko. - No i jeszcze moja niedoszła zabójczyni była podobno moją najlepszą przyjaciółką... A ja myślę, że są dwie opcje, albo ktoś mieszał w tej rzeczywistości, albo, co bardziej prawdopodobne, po prostu zwariowałam - dodała szeptem i otarła łzy.
W gabinecie zapadła wibrująca cisza. Kora nie otwierała oczu. Bała się, że zobaczy ten sam wyraz twarzy, który widziała u swoich najbliższych, kiedy próbowała rozmawiać na ten temat. Usłyszała, że Rafał wstaje i podchodzi do okna. W napięciu czekała na to, co usłyszy od terapeuty.
Ale zamiast słów usłyszała coś, czego się nie spodziewała. Znajomy dźwięk, cichy szum. Otworzyła oczy i znów, kolejny raz w ciągu ostatnich miesięcy, pomyślała, że traci rozum.
Rafał stał przy oknie odwrócony do niej tyłem. Ręce trzymał w kieszeniach, a z jego pleców wyrosły piękne, migoczące delikatnym złotym blaskiem, białe skrzydła. Kornelia przypomniała sobie, że kiedyś czytała o imieniu Rafał. Oznaczało ono "Bóg uleczy". Takie imię nosił również jeden z trzech archaniołów. W ikonografii przeważnie ukazywany razem z Michałem i Gabrielem.
- Czyli pogłoski o tym, że mój brat naprawdę się zmienia, są prawdziwe - powiedział cicho i odwrócił głowę w kierunku Kory.
Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w niego, nie wierząc w to, co widzi. Nagle zrozumiała, dlaczego było w Rafale coś znajomego. Odwrócił się do niej. Jego skrzydła wypełniły całą przestrzeń między ścianami gabinetu.
- Przepraszam, nie mogłem wcześniej ci powiedzieć. Nie miałem pojęcia, ile wiesz, ile pamiętasz. Bo to, że ktoś grzebał w czasie, wiemy już chyba oboje.
Kornelia nie odezwała się ani słowem, jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Była wyjątkowo spokojna. Nie zwariowała. Anioły istniały. Gabe istniał. Był. Naprawdę był. Wciąż nieruchomo siedząc na sofie, poczuła, że świat, który przez ostatnie miesiące zdawał się wirować dookoła niej jak szalony, właśnie się zatrzymał. Znów miała grunt pod nogami.
Zerwała się i przebiegła pokój, i rzuciła się w ramiona Rafała. Ten roześmiał się cicho. Kornelia pomyślała, że Gabe śmiał się w bardzo podobny sposób. Rafał objął ją delikatnie. Ciepło jego ciała i spokojne bicie jego serca sprawiły, że z jej oczu zaczęły kapać łzy.
- Hej. - Rafał odsunął ją od siebie i uniósł jej podbródek, tak żeby spojrzała mu w oczy. - Jestem tutaj dla ciebie. Znajdziemy go, obiecuję. Uwierz mi, on nie zniknął. Ciemność na pewno z niego nie zrezygnowała. Skoro ktoś zmienił rzeczywistość, to znaczy, że w którejś równoległej rzeczywistości znajdziemy Gabriela.
Kora otarła łzy wierzchem dłoni i zmarszczyła brwi.
- A co to znaczy, przepraszam, "w jakiejś rzeczywistości"? - mruknęła.
Rafał uśmiechnął się i przeciągnął się lekko, kiedy jego skrzydła schowały się z szumem.
- Podejmując decyzję, wchodzisz na ścieżkę, z której nie możesz już zawrócić. Możesz ją modyfikować, możesz skręcać, ale nie zawrócisz. Ale to, że wybierasz szkołę muzyczną zamiast szkoły baletowej, to, że spotkasz się z Jankiem, a nie z Piotrem, nie sprawia, że te inne możliwości znikają. - Rafał zawiesił głos i zapatrzył się w przestrzeń. - One tam gdzieś są, czasami wracają do was, do ludzi, w formie snów, krótkich przebłysków typu "a co by było, gdyby...". To właśnie te odpryski rzeczywistości ktoś teraz sprytnie wykorzystał.
- Ciemność? - szepnęła Kora i zapatrzyła się w zalane słońcem ulice.
- Możliwe. - Rafał wzruszył ramionami. - Za mało wiemy, żeby to ocenić, ale... myślę, że mogę ci pomóc.
- Pomożesz mi znaleźć Gabriela? - Głos Kory drżał z podekscytowania.
Rafał popatrzył na nią przeciągle i lekko skinął głową.
- Pomogę ci... w końcu to mój brat. - Jeden kącik jego ust powędrował w górę.
***
Rafał rozmawiał przez telefon, a Kora oszołomiona wodziła za nim wzrokiem. Bała się, że jeśli tylko spuści go z oczu, to on zniknie.
- Kora? - Rafał usiadł w fotelu i popatrzył na nią uważnie. - Wszystko okej?
Kora kiwnęła głową i się uśmiechnęła. Pierwszy raz od dwóch miesięcy miała wrażenie, że na jej sercu i klatce piersiowej nie siedzi coś ciężkiego. Mogła oddychać. Nie wiedziała, gdzie jest Gabriel, ale w końcu nie była sama...
- Tak, dziękuję. Czuje się... dobrze. Teraz zaczynam wierzyć, że po prostu będzie dobrze.
- Kończy nam się czas. Na razie nie chcę, żebyśmy coś zmieniali w trybie, w jakim się spotykamy - powiedział. Kora lekko zmarszczyła brwi. - Nie zrozum mnie źle, ale nie mamy pojęcia, co się stało i kto za tym wszystkim stoi. Zobaczymy się za tydzień, ale mam dla ciebie zadanie. Proszę, przypomnij sobie momenty w twoim życiu, które miały znaczenie. Zastanów się nad tym dobrze. Może w ten sposób odnajdziemy Gabriela. - Wręczył jej wizytówkę. - Tu masz mój numer. Gdyby coś się działo, dawaj znać.
- Dzięki. - Uśmiechnęła się i schowała karteczkę do torebki.
- Co z twoimi skrzydłami? - zapytał.
Starała się nie patrzeć mu w oczy.
- Są... gdzieś tam - mruknęła. - Nie mogę ich rozłożyć, odkąd nie ma Gabriela.
- Wcale mnie to nie dziwi. Przez ostatnie miesiące wątpiłaś we wszystko, co odkryłaś... wbrew pozorom wszystko jest kwestią wiary - westchnął i drgnął lekko, kiedy jego telefon cicho zawibrował. - Okej, widzimy się za tydzień. - Uśmiechnął się i jeszcze raz uściskał Korę. - Nie martw się, będzie dobrze.
Kornelia wyszła z gabinetu. Idąc schodami, zastanawiała się, czy to faktycznie prawda. Zalewało ją tyle sprzecznych uczuć, ale nareszcie coś czuła. W końcu znalazła jakiś cel, sens i drogę, którą mogła iść.
Gdy wsiadała do samochodu mamy, nie mogła przestać się uśmiechać.
- Oooo! Uśmiech. - Magda z uwagą wpatrywała się w córkę.
- To była dobra sesja... dzięki, mamuś. - Kora cmoknęła Magdę w policzek.
Ta szerzej otworzyła oczy, ale nic nie powiedziała. W korku mocniej ścisnęła córkę za rękę.
- Cieszę się, dobrze widzieć cię taką ożywioną.
***
Gabe leżał na trawie i wpatrywał się w gwiazdy. Czuł swoje miękkie skrzydła, które otaczały go ciasno. Nie mógł sobie przypomnieć, ile godzin minęło od jego spotkania z Lilith i dlaczego zapadła już noc.
Przed oczami miał wciąż Kornelię i pochylającego się nad nią Rafała. Właściwie miał ochotę się poddać. Miał nadzieję, że odnajdzie Michała, może Ariela, może kogoś z pomniejszych. Nie Rafała, nie po tym... Westchnął i przeczesał włosy, które zrobiły się dłuższe od czasu, gdy tu trafił.
Nie chciał wracać do tamtych wspomnień. Pamiętał Paryż i te szalone czasy. Był taki... zły, taki wściekły, zwłaszcza na tych, którzy pozwolili mu Upaść. Szukał jej. Ciągle jej szukał i był, po raz kolejny, przekonany, że ją odnalazł.
Rok 1868. Właśnie uwiódł Marie. Była taka młoda, taka ufna i łatwowierna. Wpatrywała się w niego wielkimi zielonymi oczami. Jej jasne rude włosy upięte pod kapeluszem kusiły go. Nawet w obecności tej nieszczęsnej przyzwoitki nie mógł odmówić sobie przyjemności dotykania jej. Kiedy już miał ją w garści, przez przypadek zorientował się, że w jej życiu jest ktoś jeszcze.
Rafał. Jego brat. Zakochany w Marie po uszy. Szczęśliwy, z planami na decyzję, która miała zmienić jego życie na zawsze. Gabriel poczuł, że to idealny moment na zemstę.
W końcu i tak miał w planach pozbyć się Marie. Wiedział, kiedy Rafał chce się oświadczyć. Wcześniej wywabił ją z domu, wyznał jej uczucie, pocałował ją i wtedy na oczach biegnącego w ich stronę Rafała wbił jej sztylet w serce. Wciąż pamiętał jej wzrok, tak całkowicie bezbronny i nierozumiejący.
A później rozpętało się piekło. Ból Rafała, jego wściekłość. Prawie zabili się nawzajem. Gabe wciąż pamiętał, jak miesiącami leczył rany... A po wszystkim okazało się, że zabił Marie na próżno. Ostatecznie była kolejną pomyłką. A teraz los lub Ojciec - nie był przekonany, która wersja mogłaby być gorsza - właśnie z niego drwił.
Miał pewność, że jeśli Kornelia powie, kim jest, jego brat ją zabije. On na miejscu Rafała właśnie tak by postąpił. Zemściłby się, żeby ten drugi mógł poczuć jego ból.
Na samą myśl o tym rana zaczęła pulsować tępym bólem. Skrzywił się lekko i syknął. Jeden z pilnujących go Upadłych czujnie uniósł głowę. Gabriel nienawidził tego, jak bardzo czuł się bezbronny.
Nie mógł nic zrobić, był totalnie bezużyteczny.