II
Z drogi introligatornia wyglądała, jakby stała w ogniu. Słońce zachodziło za nami, a jego ostatnie czerwonozłote promienie odbijały się w oknach. Każda szyba pod czarną strzechą była płomiennym prostokątem, zbyt nieruchomym, by być prawdziwym ogniem, ale tak jasnym, że poczułem, jak dłonie pocą mi się od gorąca. Moje kości przeszył dreszcz, jakbym to miejsce już widział we śnie.
Ścisnąłem mocniej sfatygowaną torbę, którą trzymałem na kolanach, i odwróciłem wzrok. Po drugiej stronie drogi, oświetlane zachodzącym słońcem, rozciągały się mokradła: zieleń nakrapiana beżem i brązem, błyszcząca od wody. Zapach wilgoci podszyty był kwaśną, butwiejącą nutą, a szerokie, gasnące niebo nad nami było bledsze, niż powinno. Oczy mnie bolały, a ciało pokrywała mapa zadrapań od wczorajszej pracy w polu. Powinienem teraz być właśnie tam i pomagać przy żniwach, a zamiast tego tato i ja tłukliśmy się w milczeniu po wyboistej, błotnistej drodze. Wyruszyliśmy przed świtem i od tamtego czasu nie zamieniliśmy ani słowa, i nadal nie mieliśmy sobie niczego do powiedzenia. Słowa podnosiły mi się w gardle i pękały jak bańki na bagnie, zostawiając na języku delikatny posmak zgnilizny.
Kiedy przejeżdżaliśmy po wybojach ku wysokiej trawie rosnącej przed domem, rzuciłem okiem na twarz taty. Szczecina na jego podbródku wyglądała jak pieprz z solą, a oczy zapadły się od zeszłej wiosny. Kiedy chorowałem, wszyscy się postarzeli: zupełnie jakbym się obudził i okazało się, że przespałem rok.
Zatrzymaliśmy się.
- Jesteśmy na miejscu.
Przeszył mnie dreszcz. Chciałem albo zwymiotować, albo błagać tatę, żeby zabrał mnie z powrotem do domu. Złapałem swoją torbę i zeskoczyłem; nogi się prawie pode mną ugięły, kiedy stanąłem na ziemi. Wśród kęp trawy wiła się do domu wydeptana ścieżka. Nigdy wcześniej tu nie byłem, ale dźwięk dzwonka wydawał się znajomy, jak ze snu. Czekałem, tak bardzo nie chcąc patrzeć na tatę, że wydawało mi się, że drzwi się kołyszą i drżą.
- Emmett. - Drzwi nagle się otworzyły. Przez chwilę widziałem jedynie parę piwnych oczu, tak jasnych, że źrenice były zaskakująco czarne. - Witaj.
Przełknąłem ślinę. Była stara - boleśnie stara, jak szkielet - i siwowłosa, z twarzą niczym zmięta kartka papieru i ustami bladymi jak jej policzki, ale jednocześnie tak wysoka jak ja i ze wzrokiem bystrym jak spojrzenie Alty. Nosiła skórzany fartuch, koszulę i spodnie, jak mężczyzna. Dłoń, którą na mnie skinęła, była szczupła, ale umięśniona, żyły odznaczały się na ścięgnach niczym niebieskie strumienie.
- Seredith - powiedziała. - Wejdź.
Zawahałem się. Dwa uderzenia serca zajęło mi zrozumienie, że właśnie się przedstawiła.
- Wejdź. - A potem, ponad moim ramieniem: - Dziękuję, Robercie.
Nie usłyszałem, że tato zsiadł z kozła, ale kiedy się obróciłem, stał za mną. Odkaszlnął i mruknął:
- Zobaczymy się niedługo, prawda, Emmett?
- Tato...
Nawet na mnie nie spojrzał. Rzucił oprawiaczce długie, bezradne spojrzenie; potem dotknął czoła, jakby nie wiedział, co zrobić, i odszedł ku wozowi. Zacząłem za nim wołać, ale podmuch wiatru porwał słowa, a on się nie odwrócił. Patrzyłem, jak wspina się na kozioł i cmoka na klacz.
- Emmett. - Jej głos przywołał mnie do rzeczywistości. - Wchodź. - Zorientowałem się, że nie nawykła do powtarzania czegokolwiek po raz trzeci.
- Tak. - Trzymałem swoją torbę tak mocno, że zbielały mi palce. Powiedziała do taty: "Robercie", jakby go znała. Zrobiłem jeden krok, potem drugi. Przekroczyłem próg i znalazłem się w ciemnym holu, naprzeciwko schodów. Zegar stojący tykał. Na lewo, za uchylonymi drzwiami, widać było kuchnię; na prawo kolejne drzwi prowadziły do...
Kolana się pode mną ugięły, jakby ktoś podciął mi ścięgna. Mdłości rozeszły się szeroką falą, gryząc moje wnętrzności. Miałem gorączkę i drżałem, próbując utrzymać równowagę, kiedy świat wirował. Byłem tutaj wcześniej... ale nie...
- Cholera jasna - powiedziała oprawiaczka i złapała mnie. - No już, chłopcze, oddychaj.
- Nic mi nie jest - powiedziałem, dumny z tego, że tak wyraźnie wymawiam spółgłoski. A potem przyszła ciemność.
Kiedy się obudziłem, światło słoneczne na suficie tańczyło we wzdymającej się sieci, zmarszczki na wodzie nakładały się na wąski prostokąt blasku, który wylewał się spomiędzy zasłon. Białe ściany wydawały się zielonkawe niczym miąższ jabłka, poznaczony tu i ówdzie pianą wilgoci. Ptak na zewnątrz pogwizdywał, jakby wołał mnie po imieniu.
Dom oprawiaczki. Usiadłem, serce zaczęło mi walić. Ale nie miałem czego się bać, jeszcze nie; byłem tu tylko ja, pokój i odbity słoneczny blask. Złapałem się na nasłuchiwaniu odgłosów zwierząt, wszechobecnych w gospodarstwie, ale słyszałem tylko ptaka i szelest wiatru w trzcinach. Wyblakłe zasłonki wydęły się i na suficie pojawił się szerszy pas światła. Poduszki pachniały lawendą.
Wczoraj w nocy...
Spojrzałem na ścianę naprzeciwko, badając wybrzuszenie i krzywiznę pęknięcia w gipsie. Zemdlałem i pamiętałem jedynie cienie i strach. Koszmary. W świetle dnia wydawały się bardzo odległe; ale były złe, wciągały mnie w siebie pod powierzchnią snu. Prawie się od nich uwolniłem raz czy drugi, ale ciężar własnego ciała znów mnie pogrążył, pociągnął w ciemność dławiącą jak smoła. Słaby posmak palonego oleju wciąż zalegał mi w gardle. Dawno już nie było tak źle. Od przeciągu pokryłem się gęsią skórką. Tak zemdleć, prosto w ramiona Seredith... To na pewno od zmęczenia podróżą, bólu głowy, słońca w oczy i tego, że tato odjechał, nawet się za siebie nie oglądając.
Spodnie i koszula przewieszone zostały przez oparcie jedynego krzesła. Wstałem i naciągnąłem je na siebie sztywnymi palcami, próbując sobie nie wyobrażać, jak Seredith mnie rozbierała. Przynajmniej zostałem w kalesonach. Oprócz krzesła i łóżka w pokoju nie było wiele sprzętów: skrzynia w nogach łóżka, stolik pod oknem, wyblakłe, powiewające zasłony. Ani obrazków, ani lustra. Podobało mi się to. W domu odwracałem wzrok od zwierciadła w korytarzu. Tutaj pozostawałem niewidzialny; mogłem być częścią pustki.
Dom był cichy. Kiedy wyszedłem na korytarz, słyszałem ptaki nawołujące się na mokradłach i tykanie zegara piętro niżej, a także dochodzący skądś odgłos tępych uderzeń; ale pod spodem trwała cisza tak głęboka, że dźwięk ślizgał się po niej jak kamyki po lodzie. Wiatr połaskotał mnie w kark, a ja obejrzałem się przez ramię, zupełnie jakbym się kogoś spodziewał. Pusty pokój pogrążył się na chwilę w mroku, gdy chmura przesłoniła słońce; a potem znów się rozjaśnił i róg zasłony zaczął łopotać na wietrze niczym flaga.
Prawie wróciłem do łóżka, jak dziecko. Ale teraz tutaj mieszkałem. Nie mogłem całego życia spędzić w tym pokoju.
Schody skrzypiały mi pod stopami. Poręcz była wypolerowana latami użytkowania, ale w słońcu unosił się kurz, a ze ścian obłaziła farba. Starszy niż nasze gospodarstwo, starszy niż nasza wioska. Ilu oprawiaczy tutaj mieszkało? A kiedy pewnego dnia ta oprawiaczka - Seredith - umrze... czy wtedy ten dom będzie mój? Powoli schodziłem po schodach, jakbym się bał, że się załamią.
Uderzenia ucichły; usłyszałem kroki. Seredith otworzyła jedne z drzwi w holu.
- Ach, Emmett. - Nie zapytała, czy dobrze spałem. - Chodź do warsztatu.
Poszedłem za nią. Sposób, w jaki wypowiedziała moje imię, sprawił, że szczęki mi się zacisnęły, ale była moim mistrzem - nie, moją panią; nie, moim mistrzem - i musiałem jej słuchać.
Na progu warsztatu się zatrzymała. Przez chwilę wydawało mi się, że puści mnie przodem, ale potem weszła pierwsza i zapakowała coś szybko w kawałek szmatki.
- Wejdź, chłopcze.
Przekroczyłem próg. Pokój był długi, z niskim sufitem, pełen porannego światła wpadającego przez rząd wysokich okien. Pod dwiema ścianami stały ławy robocze, a między nimi znajdowały się rzeczy, których nazw jeszcze nie znałem. Zauważyłem blask wyświechtanej wełny, ostry błysk noża, metalowe rączki uwalane smarem... ale zbyt wiele było tych rzeczy, moje oczy nie mogły się na nich skupić. Na końcu pokoju stał piec, zbudowany z kafli w kolorach ochry, zieleni i starego różu. Nad moją głową z drutu zwisały arkusze papieru, zwykłe intensywne kolory przetykane były kartami podobnymi do kamieni, piór albo liści. Sięgnąłem ku najbliższej; zupełnie jakby nad moją głową trzepotały błękitne skrzydła zimorodka...
Oprawiaczka odłożyła zawiniątko i podeszła do mnie, wskazując przedmioty:
- Prasa do składania. Gilotyna. Prasa do wykończeń. Skrzynia na czcionki, za tobą, chłopcze, narzędzia są w tej komodzie i tej następnej, obok skóra i szmatki. W tamtym koszyku dodatkowy papier, możesz go używać. Pędzle na tej półce, a klej na tej.
Nie ogarniałem tego. Spróbowałem wszystko zapamiętać, a potem się poddałem i czekałem, aż skończy mówić. W końcu spojrzała na mnie zmrużonymi oczami.
- Usiądź.
Poczułem się dziwnie. Ale nie zrobiło mi się ani niedobrze, ani się nie wystraszyłem. Raczej jakby coś we mnie budziło się i poruszało. Słoje drewna na blacie ławy przede mną wydawały się mapą miejsca, które kiedyś znałem.
- Zabawne uczucie, prawda, chłopcze?
- Co?
Mrugnęła do mnie, jej jedno oko wydawało się niemal białe od słońca świecącego jej na twarz.
- Wszystko tutaj natychmiast cię rusza, jeśli jesteś urodzonym oprawiaczem. A ty jesteś, chłopcze.
Nie rozumiałem, co mówiła. A jednak... Ten pokój wydawał się właściwym miejscem, coś w nim niespodziewanie sprawiało, że serce mi rosło. Zupełnie jakbym po fali upałów czuł deszcz w powietrzu albo widział dawnego siebie, sprzed choroby. Tak długo nigdzie nie przynależałem, a teraz ten pokój, zapach papieru i skóry, przyjmował mnie do siebie.
- Nie wiesz za dużo o książkach, prawda? - zapytała Seredith.
- Nie.
- Myślisz, że jestem wiedźmą?
- Co? Oczywiście, że nie... - wyjąkałem, ale machnęła ręką, żeby mnie uciszyć; w kąciku jej ust tańczył uśmiech.
- Nie szkodzi. Myślisz, że przeżyłam tyle lat, nie wiedząc, co ludzie o mnie gadają? O nas. - Odwróciłem wzrok, a ona mówiła dalej, jakby tego nie zauważyła: - Twoi rodzice trzymali cię z dala od książek, prawda? A ty nie wiesz, co tu robisz.
- Poprosiłaś o mnie. Prawda?
Chyba nie usłyszała.
- Nie przejmuj się. To taki sam fach jak inne. I do tego dobry. Oprawianie jest tak stare jak alfabet, może jeszcze starsze. Ludzie go nie rozumieją i nic w tym dziwnego. - Wykrzywiła twarz. - Przynajmniej Krucjata się skończyła. Za młody jesteś, żeby ją pamiętać. Masz szczęście.
Cisza. Nie rozumiałem, jak oprawianie mogło być starsze od książek, ale Seredith patrzyła na przestrzał przeze mnie. Wiatr zakołysał drutem, kolorowy papier zatrzepotał. Zamrugała, podrapała się w podbródek i znów na mnie spojrzała.
- Jutro zaczniemy od podstaw. Sprzątanie, czyszczenie pędzli, takie rzeczy. Może będziesz przycinał skórę.
Pokiwałem głową. Chciałem zostać tutaj sam. Chciałem porządnie przyjrzeć się kolorom, przejrzeć szafki i zważyć narzędzia w dłoniach. Cały pokój do mnie śpiewał, zapraszał.
- Możesz się rozejrzeć, jeśli chcesz. - Kiedy zacząłem wstawać, machnęła ręką, jakbym zrobił coś wbrew jej woli. - Nie teraz. Później. - Podniosła zawiniątko i ruszyła ku niewielkim drzwiom w rogu, których wcześniej nie zauważyłem. Trzy klucze przekręciły się w trzech zamkach. Zanim odłożyła zawiniątko na półkę tuż za drzwiami, odwróciła się i zamknęła je, zauważyłem schody prowadzące w ciemność. Przekręciła klucze w zamkach, nie patrząc na mnie, osłaniając je ciałem. - Wiele jeszcze czasu upłynie, zanim tam zejdziesz, chłopcze. - Nie wiedziałem, czy mnie ostrzega, czy pociesza. - Nie zbliżaj się do rzeczy zamkniętych, a nic ci się nie stanie.
Wziąłem głęboki wdech. Pokój nadal do mnie śpiewał, ale słodycz miała w sobie teraz ostrą nutę. Pod czystym, oświetlonym słońcem warsztatem strome schody prowadziły w ciemność. Czułem pustkę pod stopami, jakby podłoga zaczęła się uginać. Chwilę temu czułem się bezpiecznie. Nie. Czułem się... uwodzony. Uczucie przebrzmiało, kiedy rzuciłem okiem w ciemność; zupełnie jak w chwili, kiedy sen zmienia się w koszmar.
- Nie walcz z tym, chłopcze.
Czyli wiedziała. To się działo naprawdę, a nie w mojej wyobraźni. Spojrzałem w górę, na wpół przerażony, że napotkam jej wzrok, ale patrzyła na mokradła, mrużąc oczy w słońcu. Wydawała się starsza niż ktokolwiek, kogo znałem.
Wstałem. Słońce nadal świeciło, ale światło w pokoju wydawało się zabrudzone. Nie chciałem już zaglądać do szafek ani wyciągać zwojów materiału, żeby je obejrzeć. Przeszedłem jednak wzdłuż kredensów, zauważając etykiety, matowe brązowe klamki i zielony kawałek skóry wyglądający spod drzwi. Odwróciłem się i ruszyłem przez środek, gdzie podłoga była wygładzona wieloma stopami, które przez lata się tutaj poruszały.
Podszedłem do kolejnych drzwi. Były bliźniaczo podobne do pierwszych, umieszczone po drugiej stronie kaflowego pieca. Też miały trzy zamki. Ale ludzie przez nie wchodzili i wychodzili, widziałem to po deskach podłogowych, wydeptanej ścieżce, na której nawet kurzu było mniej. Po co przychodzili? Co oprawiaczka robiła za tymi drzwiami?
W kącikach oczu zamigotała mi ciemność. Ktoś szeptał bez słów.
- Już dobrze - powiedziała. Nagle była tuż obok mnie, ciągnęła mnie na stołek, naciskała na kark. - Wsadź głowę między kolana.
- Ja... nie...
- Cicho, chłopcze. To choroba. Przejdzie.
To było prawdziwe. Byłem tego pewien. Ostra, nienasycona niewłaściwość gotowa mnie pochłonąć, zmienić w kogoś innego. Ale oprawiaczka wepchnęła mi głowę między kolana i trzymała mnie, i pewność odpłynęła. Byłem chory. Ten sam strach zmusił mnie do zaatakowania taty i mamy... Zacisnąłem zęby. Nie mogłem się temu poddać. Gdybym pozwolił sobie opaść...
- Dobrze. Dobry chłopak.
Słowa bez sensu, jakbym był zwierzęciem. W końcu się wyprostowałem, krzywiąc się, kiedy krew wróciła mi do głowy.
- Lepiej?
Pokiwałem głową, zwalczając kwaśny posmak mdłości. Dłonie mi drżały, jakbym miał atak epilepsji. Zacisnąłem pięści i spróbowałem wyobrazić sobie korzystanie z noża dłońmi, którym nie mogłem ufać. Głupota. Utnę sobie kciuk. Byłem zbyt chory, żeby tu być, a jednak...
- Dlaczego? - zapytałem, a słowo przypominało skowyt. - Dlaczego mnie wybrałaś? Dlaczego mnie?
Oprawiaczka znów zwróciła twarz ku oknu i wpatrzyła się w słońce.
- Czy dlatego, że było ci mnie żal? Biedny szalony Emmett, który już nie może pracować w polu? Tutaj przynajmniej będzie bezpieczny i sam, i nie będzie denerwował rodziny...
- Tak właśnie myślisz?
- A co innego? Nie znasz mnie. Dlaczego miałabyś wybrać kogoś chorego?
- No właśnie: dlaczego? - Jej głos zazgrzytał, ale potem westchnęła i spojrzała na mnie. - Pamiętasz, kiedy to się zaczęło? Ta gorączka?
- Wydaje mi się, że byłem... - Odetchnąłem, próbując uspokoić myśli. - Pojechałem do Castlefordu i w drodze powrotnej... Kiedy się obudziłem, byłem w domu... - Urwałem. Nie chciałem myśleć o lukach i koszmarach, o atakach paniki, nagłych, obrzydliwych momentach przytomności, kiedy wiedziałem, gdzie byłem... Całe lato było poszarpane, zjedzone gorączką, przypominało dziurę, a nie wspomnienie.
- Byłeś tutaj, chłopcze. Zachorowałeś tutaj. Ojciec po ciebie przyjechał. Pamiętasz?
- Co? Nie. Co ja tu robiłem?
- Mieszkam przy drodze na Castleford - odrzekła z bladym uśmiechem. - Ale przy gorączce... czasami pamiętasz, a czasami nie. Między innymi dlatego chorujesz.
- Nie mogę tutaj zostać. To miejsce... te zamknięte drzwi. Jest mi od nich gorzej.
- To minie. Zaufaj mi. A tutaj minie szybciej i łatwiej niż w jakimkolwiek innym miejscu.
W jej głosie pobrzmiewała jakaś dziwna nuta, jakby wstydu.
Ogarnął mnie nowy rodzaj strachu. Musiałem zostać tutaj i bać się, dopóki nie poczuję się lepiej; wcale nie miałem na to ochoty, chciałem uciekać...
Spojrzała na zamknięte drzwi.
- Myślę - rzekła - że rzeczywiście wybrałam cię, ponieważ chorujesz. Ale to nie tak, jak myślisz. Nie jest mi cię żal, Emmett.
Obróciła się nagle i minęła mnie, a ja zostałem, gapiąc się na kurz, który unosił się w drzwiach.
Kłamała. Słyszałem to w jej głosie.
Było jej mnie żal.
Ale chyba miała rację. Było w ciszy starego domu, w tym, jak niskie pokoje wypełniały się jesiennym światłem, i w porządku warsztatu coś, co rozsupływało zaciśnięte we mnie mroczne więzy. Dzień mijał za dniem, aż miejsce przestało być nowe i obce; a potem tydzień za tygodniem... Uczyłem się na pamięć pogiętych odbić na suficie, dużych szwów na kołdrze przykrywającej moje łóżko, tego, że każdy stopień schodów skrzypiał inaczej, gdy na niego stąpałem. I jeszcze warsztat, błysk kafli na piecu, szafranowo-ziemisty zapach herbaty, opalizująca masa dobrze wymieszanej pasty w szklanym słoiku... Godziny mijały powoli, pełne drobnych, twardych szczegółów; w domu, w zamieszaniu w gospodarstwie, nigdy nie miałem czasu, żeby siedzieć i po prostu patrzeć przed siebie albo zwracać uwagę na to, jak wygląda narzędzie i jak dobrze zostało wykonane, zanim zacząłem go używać. Tutaj zegar w holu wyławiał sekundy niczym kamienie i wrzucał je z powrotem do sadzawki dnia, pozwalając zmarszczkom w czasie powiększać się i łączyć.
Zadania, które dostawałem w warsztacie, były proste i drobne. Seredith była dobrą nauczycielką, cierpliwą i precyzyjną. Nauczyłem się robić wyklejki, przycinać skórę, wytłaczać litery puste i złocone. Pewnie była rozczarowana moją niezgrabnością - tym, że sklejałem sobie palce z kartką albo w samym środku pięknego pergaminu robiłem dziurę wybijakiem - ale nie mówiła nic oprócz: "Wyrzuć to i zacznij od nowa" od czasu do czasu. Kiedy ćwiczyłem, ona szła na spacer albo siadała na ławce za mną i pisała listę sprawunków do zamówienia następną pocztą, albo gotowała i dom wypełniał się zapachem mięsa i ciasta. Resztę obowiązków dzieliliśmy po równo, a po porankach spędzonych nad pracą wymagającą skupienia cieszyłem się, że mogłem rąbać drewno albo grzać wodę na pranie. Kiedy czułem się słabo, przypominałem sobie, że zanim przyjechałem, Seredith robiła to wszystko sama.
Ale wszystko, co robiłem - i wszystko, co ona robiła - ograniczało się do przygotowywania materiałów albo ćwiczenia wykończeń; nigdy nie widziałem stosu kartek ani ukończonej książki. Pewnego wieczoru, kiedy jedliśmy w kuchni kolację, zapytałem:
- Seredith, gdzie są książki?
- W skarbcu - odpowiedziała. - Kiedy są skończone, trzeba na nie uważać.
- Ale... - Zawahałem się, myśląc o gospodarstwie, o tym, jak ciężko wszyscy pracowaliśmy i jak nam nigdy nie starczało na życie; jak się wiecznie kłóciłem z tatą, żeby wdrażać każdy nowy wynalazek i wyciągać z pól jak najwięcej. - Dlaczego nie robimy ich więcej? Przecież im więcej zrobimy, tym więcej możemy sprzedać?
Podniosła głowę, jakby zamierzała ostro odpowiedzieć; potem nią pokręciła.
- Nie robimy książek na sprzedaż, chłopcze. Sprzedawanie książek jest złe. Twoi rodzice przynajmniej co do tego mieli rację.
- Wobec tego... nie rozumiem...
- Liczy się oprawianie. Rzemiosło, jego godność. Powiedzmy, że kobieta przychodzi do mnie po książkę. Robię dla niej książkę. Dla niej, rozumiesz? Nie po to, by się na nią gapili obcy. - Siorbnęła zupę z łyżki. - Są oprawiacze, którzy pracują tylko dla zysków, których obchodzi wyłącznie ich konto bankowe, którzy, tak, sprzedają książki, ale ty nigdy nie będziesz do nich należeć.
- Ale... do ciebie nikt nie przychodzi... - Gapiłem się na nią kompletnie skonfundowany. - Kiedy zacznę wykorzystywać to, czego mnie uczysz? Pokazujesz mi rzecz, a ja nawet nie...
- Niedługo nauczysz się więcej - odpowiedziała i wstała po chleb. - Nie spieszmy się, Emmett. Byłeś chory. Na wszystko przychodzi czas.
Na wszystko przychodzi czas. Gdyby powiedziała to moja matka, parsknąłbym śmiechem; teraz milczałem, bo rzeczywiście ten czas przychodził. Koszmary pojawiały się rzadziej, a cienie czające się za dnia odchodziły. Mogłem już stać coraz dłużej bez zawrotów głowy; czasami widziałem już tak wyraźnie, jak kiedyś. Po kilku tygodniach przestałem zwracać uwagę na zamknięte drzwi na końcu warsztatu. Ławy, narzędzia i prasy mruczały do mnie uspokajająco; wszystko było przydatne, wszystko na swoim miejscu. Nieważne, do czego służyło, oprócz tego, że pędzel do kleju był do kleju, a nóż do cięcia skóry ciął skórę. Czasami, kiedy na chwilę przerywałem pracę, by ocenić grubość skóry - w niektórych miejscach musiała być cieńsza od paznokcia, inaczej źle by się składała - podnosiłem wzrok znad sterty ciemnych skórzanych skrawków i czułem, że znajdowałem się we właściwym miejscu. Wiedziałem, co miałem robić, i to robiłem - nawet jeśli były to tylko ćwiczenia. Umiałem to zrobić. To się nie zdarzyło po chorobie.
Oczywiście, że tęskniłem za domem. Pisałem listy, a listy od nich sprawiały, że czułem się jednocześnie zadowolony i nieszczęśliwy. Chciałbym być na wieczerzy dożynkowej i na tańcach; a raczej poprzedni ja chciałby... Czytałem ten list w kółko, zanim go zmiąłem, i siedziałem, wpatrując się w błękitną ciemność za płomieniem lampy i próbując zignorować ból w gardle. Ale ta część mnie, która tęskniła za muzyką i zgiełkiem, to była stara, zdrowa część; wiedziałem, że teraz potrzebowałem ciszy, pracy i odpoczynku. Nawet jeśli niekiedy czułem się tak samotny, że ledwo mogłem to znieść.
Ciche dni ciągnęły się, jakbyśmy na coś czekali.
Kiedy to było? Byłem w introligatorni od dwóch tygodni, może miesiąca, i był to pierwszy dzień, który dokładnie zapamiętałem. Poranek był jasny i chłodny, a ja ćwiczyłem złocenia na paru kawałkach skóry, bardzo się skupiając. Zadanie było trudne i kiedy ściągnąłem folię, a pod spodem ukazały się nierówne, niewyraźne litery mojego nazwiska, zakląłem i pokręciłem głową, żeby rozruszać obolałą szyję. Coś się poruszyło na zewnątrz; podniosłem wzrok. Słońce mnie oślepiło i przez chwilę widziałem tylko kształt obrysowany światłem. Zmrużyłem oczy i blask zelżał. Przyglądał mi się chłopak - nie, młody mężczyzna, w moim wieku albo starszy - z ciemnymi oczami i włosami, o pociągłej, bladej twarzy.
Podskoczyłem i niemalże poparzyłem się o narzędzie, którego używałem. Jak długo tam stał i przyglądał mi się czarnymi, kamiennymi oczami? Ostrożnie włożyłem narzędzie do paleniska, przeklinając nagły dreszcz, przez który stałem się niezdarny jak starzec. Kim on niby był, że tak się czaił i szpiegował?
Zapukał w szybę. Odwróciłem się do niego plecami, ale kiedy rzuciłem okiem przez ramię, nadal stał w miejscu. Pokazał na niewielkie tylne drzwi, które otwierały się na mokradła. Chciał, żebym go wpuścił.
Wyobraziłem sobie, jak się powoli zapada w błoto, najpierw do kolan, a potem do pasa. Nie mogłem znieść myśli o rozmowie z nim. Przez wiele dni widywałem wyłącznie Seredith; ale nie tylko o to chodziło - to jego wzrok, tak nieruchomy, że wydawało mi się, że wpychał mi palec między oczy. Stałem plecami do okna, zmiatając strzępki skóry na podłogę, odłożyłem płatki złota do pudełka i poluzowałem śrubę gorącego składu, żebym mógł wysypać czcionki na ławę. Za chwilę wystygną na tyle, że będę mógł je schować do kaszt. Rozdzielacz, przypominający brązową drzazgę, spadł na podłogę, więc schyliłem się po niego.
Kiedy się wyprostowałem, by go rzucić na ławę, cień nadal tam był. Possałem poparzony palec i przyznałem się do porażki.
Tylne drzwi spuchły od wilgoci - kiedy ostatni raz ktoś ich używał? - i zaklinowały się we framudze. Kiedy je otworzyłem, serce mi waliło z wysiłku. Nieznajomy i ja gapiliśmy się na siebie. W końcu się odezwałem:
- Czego pan chce? - To było głupie pytanie; najwyraźniej nie był ani sprzedawcą, ani przyjacielem Seredith, który przyjechał z wizytą.
- Ja... - Odwrócił wzrok. Mokradło za nim lśniło niczym stare zwierciadło, zmatowiałe i brudne, ale nadal przejrzyste. Kiedy znów na mnie spojrzał, miał zaciętą minę. - Przyszedłem zobaczyć się z oprawiaczką.
Chciałem zatrzasnąć przed nim drzwi. Ale był klientem - pierwszym od mojego przyjazdu - a ja byłem jedynie czeladnikiem. Cofnąłem się i otworzyłem drzwi szerzej.
- Dzięki. - Rzekł to z pewnym wysiłkiem i stał nieruchomo na progu, jakby przejście obok mnie mogło zabrudzić jego odzienie. Odwróciłem się i wszedłem do warsztatu; skoro go wpuściłem, to już nie był mój problem. Mógł zadzwonić po Seredith. Nie zamierzałem z jego powodu przerywać pracy. Nie przeprosił, że mi przeszkodził ani że się na mnie gapił.
Usłyszałem, jak się waha, a potem idzie za mną.
Podszedłem do ławy i pochyliłem się nad wytłoczeniem, nad którym pracowałem. Potarłem jedno ze słów, by sprawdzić, czy litery nie staną się od tego wyraźniejsze. Przy drugim podejściu narzędzie było za gorące albo za długo je trzymałem i złoto się rozmyło; trzecie było lepsze, ale nie naciskałem równo. Od otwartych drzwi warsztatu zaciągnęło zimnem, usłyszałem kroki. Stanął za mną. Patrzyłem na niego tylko przez sekundę, ale nadal widziałem jego twarz tak wyraźnie, jakby odbijała się w oknie: bladą, pełną cieni, z zaczerwienionymi oczami. Twarz umierającego, twarz, na którą nikt nie chciał patrzeć.
- Emmett?
Serce mi stanęło, bo mojego imienia znać nie powinien.
A potem do mnie dotarło: wytłoczenie. "EMMETT FARMER". Musiało być wystarczająco duże, by odczytać je z odległości kilku stóp. Położyłem skórę na ławie licem do dołu. Oczywiście za późno. Uśmiechnął się do mnie krzywym, pustym uśmiechem, jakby był dumny, że zauważył, zadowolony, że drgnąłem. Zaczął coś mówić.
- Nie wiem, czy oprawiaczka w tej chwili przyjmuje zlecenia - powiedziałem, ale on patrzył na mnie z dziwnym, spragnionym półuśmiechem. - Jeśli po to pan tutaj przyszedł. I nie sprzedaje książek.
- Jak długo tu jesteś?
- Od żniw. - Nie miał prawa pytać; nie wiem, dlaczego odpowiedziałem, prócz tego, że chciałem, by dał mi spokój.
- Jesteś jej czeladnikiem?
- Tak.
Rozejrzał się po warsztacie, a potem spojrzał na mnie. Coś w jego spojrzeniu - zbytnia powolność, zbytnia premedytacja - sugerowało, że nie powoduje nim wyłącznie ciekawość.
- Czy to... dobre życie? - Nuta pogardy w jego głosie. - Tutaj, tylko z nią?
Słodki zapach metalowych wybijaków rozgrzewających się w palenisku przyprawiał mnie o ból głowy. Sięgnąłem po najmniejszy, ze skomplikowanym wzorem, który nigdy dobrze nie odbijał mi się w złocie. Zastanowiłem się, jak by to było, gdybym się nim uderzył w wierzch dłoni. Albo gdybym uderzył jego.
- Emmett. - Zabrzmiało to jak przekleństwo.
Odłożyłem wybijak i sięgnąłem po kolejny kawałek skóry.
- Muszę się zabierać do pracy.
- Przepraszam.
Cisza. Przyciąłem skórę w kwadrat i umocowałem na ramie. Przyglądał mi się. Zawahałem się i niemal odciąłem sobie kciuk skalpelem. Zupełnie jakby dookoła moich palców zawiązana była niewidzialna nić. Odwróciłem się do niego.
- Chce pan, abym zawołał Sere... oprawiaczkę?
- Ja... Jeszcze nie. Jeszcze nie teraz.
Bał się. Zaskoczyła mnie ta obserwacja. Przez chwilę przestałem go widzieć przez pryzmat mej niechęci. Nigdy nie spotkałem nikogo tak wystraszonego i nieszczęśliwego. Był zdesperowany. Zalatywało od niego desperacją jak gorączką. Ale nie potrafiłem mu współczuć, bo w sposobie, w jaki na mnie patrzył, było coś jeszcze. Nienawiść. Zdawał się mnie nienawidzić.
- Nie chcieli, żebym tutaj przyszedł - rzekł. - To znaczy mój ojciec. Uważa, że oprawianie jest dla innych, nie dla nas. Gdyby wiedział, że tu jestem... - Skrzywił się. - Ale kiedy wrócę do domu, będzie już za późno. Nie ukarze mnie. Jak by mógł?
Nie odpowiedziałem. Nie chciałem się nawet zastanawiać, o co mu chodziło.
- Nie byłem pewien. Nie sądziłem... - Odchrząknął. - Słyszałem, że cię wybrała, i pomyślałem, że przyjdę i... Ale nie sądziłem, że chcę... dopóki cię tutaj nie zobaczyłem...
- Mnie?
Wziął wdech i wyciągnął dłoń, by zmieść pyłek z prasy. Jego palec drżał, a ja widziałem żyłkę pulsującą mu u podstawy szyi. Roześmiał się, ale bez radości.
- Nie obchodzi cię to, co? Zresztą trudno się dziwić. Nie masz pojęcia, kim jestem.
- Nie, nie mam.
- Emmett - odezwał się znów, połykając sylaby. - Proszę, popatrz na mnie, tylko przez chwilę, proszę. Nie rozumiem...
Czułem się tak, jakbym się poruszał, a świat dookoła mnie pędził zbyt szybko, bym zdołał go dostrzec, pęd zagłuszał słowa. Zamrugałem i spróbowałem się bronić, ale mdlący prąd mnie porwał i poniósł w dół nurtu. Gość mówił, ale słowa omijały mnie łukiem.
- Co się dzieje? - rozległ się głos Seredith.
Odwrócił się. Jego policzki i czoło pokrył rumieniec.
- Przyszedłem po oprawę.
- Co pan robi w warsztacie? Emmett, powinieneś był mnie natychmiast zawołać.
Spróbowałem pokonać mdłości.
- Myślałem...
- To nie wina Emmetta, tylko moja - powiedział. - Nazywam się Lucian Darnay. Pisałem.
- Lucian Darnay. - Seredith zmarszczyła brwi. Na jej twarzy zagościł dziwny, ostrożny wyraz. - Jak długo rozmawiał pan z Em... z moim czeladnikiem? Nieważne. - Spojrzała na mnie, zanim gość odpowiedział. - Emmett? - powiedziała łagodniej. - Wszystko w porządku?
Cienie wirowały wokół mnie i zakrywały mi pole widzenia, ale pokiwałem głową.
- To dobrze. Proszę za mną, panie Darnay.
- Tak - powiedział, ale się nie ruszył. Czułem jego desperację, pulsującą mrocznymi falami.
- Proszę - powtórzyła Seredith, a on się wreszcie odwrócił i ruszył za nią. Sięgnęła po klucze i zaczęła otwierać drzwi na końcu warsztatu, ale nie patrzyła na swoje dłonie; patrzyła na mnie.
Drzwi się otworzyły. Odetchnąłem. Nie wiem, czego się spodziewałem, ale ujrzałem czysty drewniany stół, dwa krzesła, kwadrat słonecznego blasku na podłodze. Powinienem był poczuć ulgę, ale wokół mej piersi zacisnął się ostry szpon. Pokój wydawał się taki czysty, taki pusty, a jednak...
- Proszę, panie Darnay. Niech pan usiądzie i na mnie zaczeka.
Wziął długi, powolny wdech. Spojrzał na mnie raz, a gwałtowność w jego spojrzeniu była jak niezrozumiała zagadka. A potem przeszedł przez drzwi. Kiedy usiadł, trzymał się bardzo prosto, jakby próbował się nie trząść.
- Emmett, dobrze się czujesz? Nie powinien był nigdy... - Jej oczy szukały na mojej twarzy reakcji, której tam nie było. - Idź się położyć.
- Nic mi nie jest.
- To idź do kuchni i wymieszaj słoik pasty. - Patrzyła, jak ją mijałem. Musiałem się wysilić, żeby się nie zataczać. Dookoła mnie łopotały czarne skrzydła i trudno mi było zauważyć, dokąd zmierzam. Ten pokój, ten cichy, mały pokój...
Usiadłem na schodach. Światło kładło się srebrną koronką na deskach podłogowych. Jej kształt przywołał jakieś wspomnienie - na wpół zapomniane koszmary, błysk twarzy Luciana Darnaya, jego głodne, czarne oczy. Ciemność długo wisiała wokół mnie niczym mgła; tylko teraz było w niej coś nowego, błysk zębów, ostrzejszych, niż dało się znieść. Nie nienawiść - ale coś, co rozdarłoby mnie na strzępy, gdyby tylko mogło.
A potem mnie otoczyło - i było po mnie.