Księgi zapomnianych żyć - Bridget Collins

Kup ebooka

55.90 zł
44.72 zł (31,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Kiedy przy­szedł list, by­łem na polu, wią­za­łem ostatni sno­pek zboża rę­kami, które tak się trzę­sły, że le­dwo zdo­ła­łem za­ci­snąć wę­zeł. Z mo­jej winy mu­sie­li­śmy ro­bić to po sta­remu i prę­dzej szlag by mnie tra­fił, niż­bym się miał pod­dać; prze­trwa­łem po­po­łu­dniowy skwar, od­pę­dza­jąc plamy ciem­no­ści ma­ja­czące mi przed oczami, i te­raz, o zmroku, już pra­wie skoń­czy­łem. Inni ze­szli z pola, kiedy za­szło słońce, wy­krzy­ku­jąc po­zdro­wie­nia przez ra­mię, i bar­dzo mnie to cie­szyło. Przy­naj­mniej te­raz, sam, nie mu­sia­łem już uda­wać, że mogę utrzy­mać ich tempo. Pra­co­wa­łem, sta­ra­jąc się nie my­śleć, o ile ła­twiej by mi było z kom­baj­nem. By­łem zbyt chory, by spraw­dzić ma­szynę - nie że­bym wiele pa­mię­tał, lato było pełne... ech, du­chów i bo­le­snych dziur prze­ty­ka­nych pla­mami przy­tom­no­ści - a nikt inny nie miał do tego głowy. Każ­dego dnia na­po­ty­ka­łem ja­kiś obo­wią­zek, któ­rego nie zdo­ła­łem wy­peł­nić; tato sta­rał się naj­le­piej, jak mógł, ale nie był w sta­nie zro­bić wszyst­kiego. Przeze mnie by­li­śmy cały rok w plecy.

Mocno zwią­za­łem źdźbła w po­ło­wie snopka i po­sta­wi­łem go obok reszty. Zro­bione. Mo­głem wra­cać do domu... Ale cie­nie głęb­sze od ciem­no­fio­le­to­wego zmierz­chu pul­so­wały i wi­ro­wały wo­kół mnie, a ko­lana mi się trzę­sły. Ukuc­ną­łem, ła­piąc od­dech, bo za­bo­lały mnie ko­ści. Było już le­piej - mi­nęły prze­szy­wa­jące, mdlące spa­zmy, które na­cho­dziły mnie znie­na­cka przez całe mie­siące - na­dal czu­łem się jed­nak kru­chy jak sta­ru­szek. Za­ci­sną­łem zęby. By­łem taki słaby, że chciało mi się pła­kać; ale nie będę pła­kał, prę­dzej umrę, na­wet je­śli wi­dzi mnie tylko sierp­niowy księ­życ w pełni.

- Em­mett? Em­mett!

To tylko Alta, która szła ku mnie przez ścier­ni­sko, ale pod­nio­słem się i pró­bo­wa­łem od­pę­dzić sła­bość. Blade gwiazdy nade mną prze­su­nęły się naj­pierw w jedną, a po­tem w drugą stronę. Od­chrząk­ną­łem.

- Tu­taj.

- Dla­czego nie po­pro­si­łeś ko­goś, żeby ci po­mógł? Mama się mar­twiła, kiedy wszy­scy wró­cili z pola, a cie­bie nie...

- Nie mu­siała się mar­twić. Nie je­stem dziec­kiem. - Kciuk mi krwa­wił w miej­scu, gdzie za­cią­łem się źdźbłem. Krew sma­ko­wała ku­rzem i go­rączką.

Alta za­wa­hała się. Rok temu by­łem z nich naj­sil­niej­szy. Te­raz, prze­chy­liw­szy głowę, pa­trzyła na mnie, jak­bym był młod­szy od niej.

- Nie, ale...

- Chcia­łem obej­rzeć wschód księ­życa.

- No ja­sne. - Zmierzch roz­mył jej rysy, ale wi­dzia­łem jej prze­bie­gły wzrok. - Ani nie od­pocz­niesz. Je­śli nie chcesz wy­do­brzeć...

- Brzmisz jak mama.

- Bo ma ra­cję! Nie mo­żesz ocze­ki­wać, że od razu wró­cisz do sie­bie, nie po ta­kiej po­waż­nej cho­ro­bie.

Cho­ro­bie. Jak­bym się w łóżku z kasz­lem zma­gał albo le­żał po­kryty wrzo­dami czy wy­mio­to­wał. Mimo mgły kosz­ma­rów pa­mię­ta­łem wię­cej, niż im się zda­wało; wie­dzia­łem o krzy­kach i ma­ja­kach, o dniach, kiedy cały czas pła­ka­łem albo nie roz­po­zna­wa­łem ni­kogo, o nocy, kiedy go­łymi rę­kami roz­bi­łem okno. Ża­ło­wa­łem, że ca­łymi dniami nie wy­sry­wa­łem so­bie wnętrz­no­ści - by­łoby to lep­sze od blizn na nad­garst­kach po tym, jak mu­sieli mnie przy­wią­zy­wać do łóżka. Od­wró­ci­łem się od niej i sku­pi­łem na wy­sy­sa­niu ranki u pod­stawy kciuka, pra­cu­jąc ję­zy­kiem tak długo, aż nie czu­łem już smaku krwi.

- Em­mett, pro­szę - po­wie­działa Alta i po­tarła koł­nierz mo­jej ko­szuli pal­cami. - Na­pra­co­wa­łeś się dzi­siaj jak nikt. Czy wró­cisz do domu?

- No do­brze. - Wło­ski na karku pod­nio­sły mi się od wia­tru. Alta zo­ba­czyła, jak drżę, i opu­ściła wzrok. - Co jest na ko­la­cję?

Wy­szcze­rzyła zęby w uśmie­chu.

- Je­śli się nie ru­szysz, to nic.

- Świet­nie. Ści­gamy się?

- Chęt­nie, jak nie będę w gor­se­cie. - Od­wró­ciła się, za­ku­rzony rą­bek spód­nicy za­wi­ro­wał wo­kół ko­stek. Kiedy się śmiała, na­dal wy­glą­dała jak dziecko, ale pa­rob­ko­wie już wo­kół niej wę­szyli; w do­brym świe­tle wy­glą­dała jak ko­bieta.

Drep­ta­łem obok niej, wy­czer­pany tak bar­dzo, że czu­łem się ni­czym pi­jany. Ciem­ność gęst­niała, zbie­rała się pod drze­wami i krza­kami, a księ­życ przy­ćmie­wał gwiazdy. Po­my­śla­łem o zim­nej wo­dzie ze studni, czy­stej jak szkło, o ma­łych zie­lo­nych pa­prosz­kach na dnie - albo nie, o pi­wie, tra­wia­stym i gorz­kim, bursz­ty­no­wym, do­pra­wio­nym spe­cjalną mie­szanką zio­łową taty. Od razu bym po nim za­snął, ale to do­brze; chcia­łem zga­snąć jak świeca, za­paść się w nie­przy­tom­ność bez snów. Żad­nych kosz­ma­rów, noc­nych stra­chów, obu­dzić się rano w czy­stym świe­tle sło­necz­nym.

Kiedy prze­cho­dzi­li­śmy przez furtkę na po­dwórko, wio­skowy ze­gar wy­bił dzie­wiątą.

- Je­stem taka głodna - po­wie­działa Alta. - Wy­słali mnie po cie­bie, za­nim...

Urwała, sły­sząc głos na­szej matki. Krzy­czała.

Alta sta­nęła, furtka za nami za­mknęła się sama. Spoj­rze­li­śmy so­bie w oczy. Do­tarło do nas kilka słów: "Jak mo­żesz tak mó­wić... nie mo­żemy, po pro­stu nie mo­żemy...".

Mię­śnie nóg drżały mi od bez­ru­chu. Opar­łem się o mur, moje serce biło jak sza­lone. Klin świa­tła wci­nał się w ciem­ność przez dziurę w ku­chen­nych za­sło­nach, co ja­kiś czas prze­ci­nał go cień. Mój oj­ciec, cho­dzący tam i z po­wro­tem.

- Nie mo­żemy tu stać całą noc - po­wie­działa Alta, nie­mal szep­cząc.

- To pew­nie nic. - Cały ty­dzień kłó­cili się o kom­bajn i o to, dla­czego nikt go wcze­śniej nie spraw­dził. Żadne z nich nie po­wie­działo, że to było moje za­da­nie.

Ude­rze­nie: pięść o stół. Tato pod­niósł głos:

- A co chcesz, że­bym zro­bił? Od­mó­wił? Ta cho­lerna wiedźma prze­klnie nas, jak tylko...

- Już nas prze­klęła! Po­patrz na niego, Ro­ber­cie! A je­śli ni­gdy nie wy­do­brzeje? To jej wina...

- Chcesz po­wie­dzieć: jego wina! Gdyby nie... - W uszach mi za­dzwo­niło i prze­sta­łem sły­szeć głos taty. Świat się prze­krzy­wił i wy­pro­sto­wał, zu­peł­nie jakby ob­ró­cił się wo­kół wła­snej osi. Prze­łkną­łem gulę mdło­ści. Kiedy znów mo­głem się sku­pić, pa­no­wała ci­sza.

- Tego nie wiemy - po­wie­dział w końcu tato, wy­star­cza­jąco gło­śno, że­by­śmy usły­szeli. - Może mu po­może. Ca­łymi ty­go­dniami pi­sała i py­tała, jak się mie­wał.

- Bo go chciała! Nie, Ro­bert, nie, nie po­zwolę na to, jego miej­sce jest z nami! Co­kol­wiek by zro­bił, to na­dal nasz syn, a ona? Aż mi ciarki cho­dzą po ple­cach...

- Ni­gdy jej nie spo­tka­łaś. Nie ty mu­sia­łaś tam je­chać i...

- Nie ob­cho­dzi mnie to! Już wy­star­cza­jąco na­mie­szała. Nie do­sta­nie go.

Alta spoj­rzała na mnie. Coś się zmie­niło w wy­ra­zie jej twa­rzy, zła­pała mnie za nad­gar­stek i po­cią­gnęła.

- Wcho­dzimy - po­wie­działa wy­so­kim, pew­nym sie­bie gło­sem, któ­rym na­wo­ły­wała kury. - To był długi dzień, mu­sisz być strasz­nie głodny. Ja na pewno je­stem. Mam na­dzieję, że zo­sta­wili nam za­pie­kanki, bo ina­czej ko­goś za­biję. Wi­del­cem w serce. I zjem. - Za­trzy­mała się przed drzwiami i do­rzu­ciła: - Z musz­tardą. - A po­tem otwo­rzyła drzwi.

Ro­dzice stali po dwóch stro­nach kuchni: tato przy oknie, od­wró­cony do nas ple­cami, mama przy ko­minku, czer­wone plamy na jej po­licz­kach wy­glą­dały jak róż. Na stole mię­dzy nimi le­żała karta gru­bego, kre­mo­wego pa­pieru i otwarta ko­perta. Mama szybko spoj­rzała na Altę i na mnie i zro­biła pół kroku ku sto­łowi.

- Ko­la­cja - po­wie­działa Alta. - Em­mett, sia­daj, wy­glą­dasz, jak­byś miał ze­mdleć. Na Boga, nikt na­wet nie na­krył do stołu. Mam na­dzieję, że w piecu jest za­pie­kanka. - Po­sta­wiła obok mnie stertę ta­le­rzy. - Chleba? Piwa? Na­prawdę, mo­gła­bym być po­ko­jówką... - Znik­nęła w spi­żarce.

- Em­mett - po­wie­dział tato, nie od­wra­ca­jąc się. - Na stole leży list. Prze­czy­taj go.

Prze­su­ną­łem kartę ku so­bie. Li­tery na pa­pie­rze wy­glą­dały jak bez­kształtne plamy.

- Mam kurz w oczach. Po­wiedz mi, co w nim jest.

Tato po­chy­lił głowę, mię­śnie na jego karku na­pięły się, jakby cią­gnął coś cięż­kiego.

- Opra­wiaczka chce ucznia.

Mama wy­dała z sie­bie dźwięk, jakby słowo ucięte w po­ło­wie.

- Ucznia? - po­wie­dzia­łem.

Ci­sza. Ka­wa­łek księ­życa za­glą­dał przez szparę mię­dzy za­sło­nami, po­kry­wa­jąc wszystko, co na­po­tkał, srebrną po­światą. Tato wy­glą­dał, jakby miał siwe, tłu­ste włosy.

- Cie­bie - rzekł.

Alta sta­nęła w drzwiach do spi­żarni ze sło­ikiem pi­kli w ob­ję­ciach. Przez chwilę są­dzi­łem, że go upu­ści, ale ostroż­nie od­sta­wiła go na kre­dens. Stuk­nię­cie szkła o drewno było gło­śniej­sze, niż gdyby słój zbił się z trza­skiem.

- Je­stem za stary na ucznia.

- Nie we­dług niej.

- My­śla­łem... - Moja dłoń roz­płasz­czyła się na stole. Chuda, blada dłoń, którą le­dwo roz­po­zna­wa­łem. Dłoń, która le­dwo da­wała radę pra­co­wać przez je­den dzień. - Czuję się co­raz le­piej. Nie­długo... - Urwa­łem, bo głos mia­łem rów­nie nie­swój jak palce.

- Nie o to cho­dzi, synu.

- Wiem, że te­raz się do ni­czego nie na­daję...

- Och, ko­cha­nie - po­wie­działa mama. - To nie twoja wina... To nie dla­tego, że cho­ro­wa­łeś. Nie­długo wró­cisz do sie­bie. Gdyby to tylko o to cho­dziło... Wiesz, że za­wsze my­śle­li­śmy, że po­pro­wa­dzisz z oj­cem go­spo­dar­stwo. I mógł­byś, na­dal mógł­byś, ale... - Po­pa­trzyła na tatę. - Nie od­sy­łamy cię. Ona o cie­bie prosi.

- Ja jej na­wet nie znam.

- Opra­wia­nie... to do­bry fach. Uczciwy fach. Nie ma się czego bać. - Alta oparła się o kre­dens i mama spoj­rzała przez ra­mię, wy­cią­ga­jąc szybko rękę i ła­piąc ta­lerz, za­nim spadł na pod­łogę. - Alta, uwa­żaj.

Serce wa­liło mi jak mło­tem.

- Ale... wy nie­na­wi­dzi­cie ksią­żek. Są złe. Za­wsze mi mó­wi­li­ście... Kiedy jedną przy­nio­słem z jar­marku wiel­ka­noc­nego...

Wy­mie­nili spoj­rze­nie, zbyt szyb­kie, bym mógł je od­czy­tać.

- Nie przej­muj się tym te­raz - po­wie­dział tato.

- Ale... - Spoj­rza­łem na mamę. Nie umia­łem ubrać tego w słowa: szyb­kiej zmiany te­matu, kiedy ktoś wspo­mi­nał o książ­kach, gry­masu nie­smaku na dźwięk słowa, wy­razu ich twa­rzy... Tego, jak kiedy by­łem mały, pew­nego dnia zgu­bi­li­śmy się w Ca­stle­for­dzie, a ona po­nura cią­gnęła mnie za rękę przed brudną wy­stawą skle­pową: "A. Fo­ga­tini, Lom­bard i Li­cen­cjo­no­wana Księ­gar­nia". - Jak to: to do­bry fach?

- To nie jest... - Mama zro­biła wdech. - Może nie tak so­bie wcze­śniej wy­obra­ża­łam twoją przy­szłość...

- Hilda. - Tato roz­ma­so­wy­wał so­bie mię­śnie w karku, jakby go bo­lały. - Nie masz wy­boru, chłop­cze. To bę­dzie sta­bilne ży­cie. Bar­dzo da­leko od wszyst­kich ludz­kich osad, ale to do­brze. Spo­koj­nie. Praca nie jest ciężka, nikt nie bę­dzie cię ku­sił, żeby zbo­czyć z wą­skiej i pro­stej... - Od­chrząk­nął. - Nie wszy­scy są tacy jak ona. Uspo­ko­isz się, na­uczysz fa­chu, a po­tem... No cóż. W mie­ście są opra­wia­cze, któ­rzy jeż­dżą wła­snymi po­wo­zami.

Ci­sza. Alta po­stu­kała pa­znok­ciem w za­krętkę słoja i spoj­rzała na mnie.

- Ale ja nie... Ja ni­gdy... Dla­czego ona uważa, że ja...? - Te­raz żadne z nich nie chciało spoj­rzeć mi w oczy. - Ale jak to: nie mam wy­boru?

Nie od­po­wie­dzieli. Alta w końcu po­de­szła do stołu i pod­nio­sła list.

- "Kiedy tylko bę­dzie mógł po­dró­żo­wać" - prze­czy­tała. - "Warsz­tat bywa w zi­mie bar­dzo chłodny. Pro­szę wy­po­sa­żyć go w cie­płe ubra­nia". Dla­czego na­pi­sała do was, a nie do Em­metta? Nie wie­działa, że on umie czy­tać?

- Oni tak to ro­bią - po­wie­dział tato. - O ucznia prosi się ro­dzi­ców, taki jest zwy­czaj.

Nie ob­cho­dziło mnie to. Moje dło­nie na stole skła­dały się z ko­ści i ścię­gien. Rok temu były opa­lone i umię­śnione, pra­wie mę­skie; te­raz były ni­ja­kie. Nada­wały się tylko do wy­ko­ny­wa­nia pracy, którą moi ro­dzice po­gar­dzali. Ale dla­czego wy­brała aku­rat mnie, skoro jej o to nie pro­sili? Roz­ło­ży­łem palce i na­ci­sną­łem na drew­niany blat, jak­bym mógł jego moc we­ssać w skórę dłoni.

- A je­śli od­mó­wię?

Tato pod­szedł do kre­densu, schy­lił się i wy­jął bu­telkę dżinu je­ży­no­wego. Była to słodka, mocna na­lewka, którą mama prze­cho­wy­wała na święta i do le­cze­nia, ale nie pi­snęła ani słowa, kiedy tato na­lał so­bie pół kubka.

- Tu nie ma dla cie­bie miej­sca. Może po­wi­nie­neś być wdzięczny. To bę­dzie ja­kaś ro­bota dla cie­bie. - Łyk­nął po­łowę dżinu na­raz i się roz­kasz­lał.

Wzią­łem wdech, bar­dzo się sta­ra­jąc, by głos mi się nie za­ła­mał.

- Jak wy­do­brzeję, będę sil­niej­szy od...

- Wy­ko­rzy­staj tę oka­zję naj­le­piej, jak się da - po­wie­dział.

- Ale ja nie...

- Em­mett - ode­zwała się mama. - Pro­szę... To wła­ściwe roz­wią­za­nie. Ona bę­dzie wie­działa, co z tobą zro­bić.

- Co ze mną zro­bić?

- My­śla­łam... Je­śli znowu za­cho­ru­jesz, to ona...

- To wa­riat­kowo? To o to cho­dzi? Od­sy­ła­cie mnie w ja­kieś miej­sce na końcu świata tylko dla­tego, że w każ­dej chwili znów mogę stra­cić ro­zum?

- Ona cię chce - rze­kła mama, ści­ska­jąc spód­nicę, jakby wy­krę­cała z niej wodę. - Ja nie chcę, że­byś je­chał.

- To nie po­jadę!

- Po­je­dziesz, chłop­cze - po­wie­dział tato. - Na Boga, już wy­star­cza­jąco dużo kło­po­tów temu do­mowi przy­spo­rzy­łeś.

- Ro­bert, nie...

- Po­je­dziesz. Choć­bym miał cię w kij zwią­zać i rzu­cić jej na próg, po­je­dziesz. Przy­go­tuj się na ju­tro.

- Ju­tro? - Alta od­wró­ciła się tak szybko, że jej war­kocz strze­lił ni­czym bicz. - Nie może po­je­chać ju­tro, musi się spa­ko­wać, a poza tym są żniwa i uczta do­żyn­kowa... Tato, pro­szę.

- Za­mknij się!

Ci­sza.

- Ju­tro? - Plamy na po­licz­kach mamy przy­brały ko­lor szkar­łatu. - Nie po­wie­dzie­li­śmy... - Urwała. Mój oj­ciec do­koń­czył dżin, krzy­wiąc się przy tym tak, jakby jego usta pełne były ka­mieni.

Otwo­rzy­łem usta, by oznaj­mić, że w po­rządku, po­jadę, nie będą się już mu­sieli o mnie mar­twić, ale moje gar­dło było wy­su­szone po ca­łym dniu ko­sze­nia.

- Jesz­cze kilka dni. Ro­bert, inni ucznio­wie wy­ru­szają do­piero po żni­wach, a on na­dal nie czuje się naj­le­piej, jesz­cze parę dni...

- Są od niego młodsi. A poza tym jest zdatny do po­dróży, je­śli wy­trzy­mał cały dzień na polu.

- Tak, ale... - Po­de­szła do niego i zła­pała go za ra­mię tak, aby nie mógł się od­wró­cić. - Tro­chę dłu­żej.

- Na li­tość bo­ską, Hilda! - Za­dła­wił się, pró­bu­jąc się wy­swo­bo­dzić. - Nie utrud­niaj bar­dziej, niż po­trzeba. My­ślisz, że ja chcę go pu­ścić? My­ślisz, że po tym, jak się sta­ra­li­śmy... wal­czy­li­śmy o utrzy­ma­nie czy­stego domu... My­ślisz, że je­stem z tego dumny, skoro mój wła­sny oj­ciec na Kru­cja­cie stra­cił oko?

Mama zer­k­nęła na mnie i Altę.

- Nie przy...

- A ja­kie to ma te­raz zna­cze­nie? - Prze­tarł twarz przed­ra­mie­niem, a po­tem bez­rad­nie rzu­cił kub­kiem. Nie stłukł się. Alta pa­trzyła, jak się ku niej to­czy i za­trzy­muje. Tato od­wró­cił się do nas ple­cami i oparł o kre­dens, jakby pró­bo­wał zła­pać dech. Za­pa­dła ci­sza.

- Po­jadę - rze­kłem. - Po­jadę ju­tro. - Nie mo­głem na nich pa­trzeć. Wsta­łem, ode­pchną­łem krze­sło i ude­rzy­łem ko­la­nem w róg stołu. Ru­szy­łem do drzwi. Ry­giel wy­da­wał się mniej­szy i sztyw­niej­szy niż za­zwy­czaj, a szczęk, kiedy pu­ścił, od­bił się echem od ścian.

Na ze­wnątrz księ­życ dzie­lił świat na gra­na­towy i srebrny. Po­wie­trze było cie­płe i mięk­kie jak śmie­tana, pach­nące sia­nem i let­nim ku­rzem. Na polu nie­opo­dal za­hu­kała sowa.

Do­to­czy­łem się do końca ogrodu i opar­łem o ścianę. Trudno mi było zła­pać dech. W uszach dzwo­niły mi słowa mamy: "Ta cho­lerna wiedźma nas prze­klnie", i od­po­wiedź taty: "Już nas prze­klęła".

Mieli ra­cję: by­łem do ni­czego. Wez­brała we mnie fala roz­pa­czy, silna jak prze­szy­wa­jące bóle w no­gach. Za­nim to się wy­da­rzyło, ni­gdy w ży­ciu nie cho­ro­wa­łem. Nie są­dzi­łem, że ciało może mnie zdra­dzić, że świa­do­mość może zga­snąć jak lampa i że za­padnę się w ciem­ność. Nie pa­mię­ta­łem, jak za­cho­ro­wa­łem; kiedy pró­bo­wa­łem so­bie przy­po­mnieć, po­ja­wiał się tylko ba­ła­gan pe­łen kosz­ma­rów. Na­wet wspo­mnie­nia wcze­śniej­szego ży­cia - ze­szła wio­sna, ze­szłe lato - po­kryły się tym sa­mym ro­pie­ją­cym cie­niem, zu­peł­nie jakby już nic nie było zdrowe. Wie­dzia­łem, że roz­pa­dłem się po let­nim prze­si­le­niu, bo mama mi o tym po­wie­działa, i że wra­ca­łem do domu z Ca­stle­fordu, ale nikt mi nie wy­ja­śnił, ani gdzie by­łem, ani co się stało. Mu­sia­łem je­chać wo­zem - bez ka­pe­lu­sza, pew­nie w peł­nym słońcu - ale kiedy pró­bo­wa­łem o tym po­my­śleć, po­ja­wiało się tylko drżące po­wie­trze, ostatni wi­ru­jący błysk słońca... a po­tem za­pa­dła ciem­ność. Przez na­stępne ty­go­dnie wy­nu­rza­łem się z niej z krzy­kiem, szar­pa­łem się i bła­ga­łem, by mnie roz­wią­zali. Nic dziw­nego, że chcieli się mnie po­zbyć.

Za­mkną­łem oczy. Na­dal wi­dzia­łem całą trójkę, obej­mu­jącą się na­wza­jem. Coś za mną za­szep­tało, za­dra­pało w ścianę su­chymi szpo­nami. Nie było praw­dziwe, ale za­głu­szyło sowę i szum drzew. Scho­wa­łem głowę w ra­mio­nach i uda­wa­łem, że tego nie sły­szę.

Mu­sia­łem się in­stynk­tow­nie scho­wać w naj­głęb­szym cie­niu, bo kiedy otwo­rzy­łem oczy, Alta stała na środku po­dwórka i wo­łała mnie, na­wet nie spoj­rzaw­szy w moją stronę. Księ­życ się prze­su­nął; znaj­do­wał się nad szczy­tem da­chu domu, a cie­nie zro­biły się krót­kie i sze­ro­kie.

- Em­mett?

- Tu­taj - po­wie­dzia­łem. Alta pod­sko­czyła i zro­biła krok w moim kie­runku.

- Co ty tu ro­bisz? Spa­łeś?

- Nie.

Za­wa­hała się. Za nią w oknie na gó­rze mi­gnęło świa­tło lampy: ktoś kładł się spać. Za­czą­łem się pod­no­sić i znie­ru­cho­mia­łem, krzy­wiąc się, bo ból prze­szył mi stawy.

Ob­ser­wo­wała mnie, jak gra­molę się na nogi, ale nie za­ofe­ro­wała po­mocy.

- Na­prawdę tak zro­bisz? Po­je­dziesz? Ju­tro?

- Tato nie żar­to­wał, kiedy po­wie­dział, że nie mam wy­boru.

Cze­ka­łem na jej za­prze­cze­nie. Alta była by­stra, za­wsze znaj­do­wała nowe ścieżki albo nowe spo­soby na roz­wią­za­nie pro­ble­mów, pod­wa­ża­jąc sche­maty. Ale te­raz prze­chy­liła głowę i wy­sta­wiła twarz do księ­życa, jakby chciała się w jego świe­tle wy­bie­lić. Prze­łkną­łem ślinę. Głu­pia sła­bość wró­ciła na­gle, za­ko­le­ba­łem się naj­pierw w jedną, a po­tem w drugą stronę i opar­łem o ścianę, pró­bu­jąc zła­pać dech.

- Em­mett? Do­brze się czu­jesz? - Przy­gry­zła wargę. - No oczy­wi­ście, że nie. Sia­daj.

Nie chcia­łem jej po­słu­chać, ale ko­lana same się pode mną ugięły. Za­mkną­łem oczy i wdy­cha­łem nocne za­pa­chy siana i sty­gną­cej ziemi, mdłą słod­kość zdep­ta­nych ziół i kwa­śny po­wiew gno­jówki. Alta usia­dła obok mnie, jej spód­nica wy­dęła się i za­sze­le­ściła.

- Wo­la­ła­bym, że­byś nie je­chał.

Nie pa­trząc w jej kie­runku, unio­słem jedno ra­mię i po­zwo­li­łem mu opaść.

- Ale... może tak bę­dzie naj­le­piej...

- Niby jak? - Prze­łkną­łem, pró­bu­jąc za­ma­sko­wać drże­nie głosu. - Ja­sne, ro­zu­miem. Nie ma tu ze mnie po­żytku. Wszyst­kim wam bę­dzie le­piej, kiedy so­bie po­jadę do... tam, gdzie ona mieszka, ta opra­wiaczka.

- Na mo­kra­dłach, przy dro­dze na Ca­stle­ford.

- Aha. - Jak będą pach­niały mo­kra­dła? Sto­jąca woda, gni­jące trzciny. Muł. Muł, który po­ły­kał cię żyw­cem, je­śli zbo­czy­łeś z drogi, i ni­gdy nie wy­plu­wał... - Skąd tyle o niej wiesz?

- Mama i tato dbają o cie­bie. Po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzyło... Tam bę­dziesz bez­pieczny.

- Tak mówi mama.

Ci­sza. Alta za­częła ob­gry­zać pa­zno­kieć kciuka. W sa­dzie za staj­niami sło­wik za­śpie­wał i za­milkł.

- Nie wiesz, ja­kie to było dla nich trudne. Cią­gle się bali. Je­steś im wi­nien tro­chę spo­koju.

- Nie moja wina, że się roz­cho­ro­wa­łem!

- Ale twoja wina, że... - Wes­tchnęła. - Nie, wiem, nie chcia­łam tego po­wie­dzieć, ale po pro­stu my wszy­scy... Nie złość się, pro­szę. To do­brze. Na­uczysz się fa­chu.

- Tak. Ro­bie­nia ksią­żek.

Za­drżała.

- Wy­brała cię. To musi ozna­czać...

- Co to ozna­cza? Jak mo­gła mnie wy­brać, skoro ni­gdy w ży­ciu mnie nie wi­działa?

Wy­da­wało mi się, że Alta za­częła coś mó­wić, ale kiedy na nią spoj­rza­łem, ga­piła się na księ­życ z twa­rzą bez wy­razu. Po­liczki miała szczu­plej­sze niż przed moją cho­robą, a skóra pod oczami wy­glą­dała jak maź­nięta po­pio­łem. Była obca, poza za­się­giem.

- Będę cię od­wie­dzać, jak tylko będę mo­gła... - po­wie­działa, jakby to miała być od­po­wiedź.

Od­chy­li­łem głowę, aż po­czu­łem pod po­ty­licą ka­mienną ścianę.

- Prze­ka­ba­cili cię, prawda?

- Ni­gdy taty ta­kiego nie wi­dzia­łam - od­rze­kła. - Tak wście­kłego.

- Ja wi­dzia­łem - po­wie­dzia­łem. - Raz mnie ude­rzył.

- Tak - rze­kła. - My­ślę, że ty... - Urwała.

- Kiedy by­łem mały - spro­sto­wa­łem. - Nie mo­żesz tego pa­mię­tać, za mała by­łaś. To było pod­czas jar­marku wiel­ka­noc­nego.

- Och... - Kiedy na nią spoj­rza­łem, ucie­kła wzro­kiem. - Nie. Tego nie pa­mię­tam.

- Ku­pi­łem... Był tam czło­wiek, który sprze­da­wał książki. - Pa­mię­ta­łem, jak oszczęd­no­ści grze­cho­tały mi w kie­szeni... sześć pen­sów w mie­dzia­kach, tyle ich było, że wy­py­chały mi spodnie... i to in­ten­sywne, bez­tro­skie uczu­cie, z któ­rym wy­ru­szy­łem na jar­mark, odłą­czy­łem się od in­nych i za­sta­na­wia­łem się, co ku­pić. Mi­ną­łem mięso i kur­czaki, ryby z Col­dwa­ter i per­kale z Ca­stle­fordu, za­trzy­ma­łem się przy stra­ga­nie ze sło­dy­czami i po­tem od­wró­ci­łem ku ko­lej­nemu, sto­ją­cemu w głębi, który przy­kuł moją uwagę bły­skiem złota i ko­lo­rów. To wła­ści­wie nie był stra­gan, tylko strze­żony przez męż­czy­znę o roz­bie­ga­nych oczach blat na ko­złach, wy­ła­do­wany książ­kami. - Pierw­szy raz w ży­ciu je wtedy wi­dzia­łem. Nie wie­dzia­łem, czym były.

Ten wy­raz ostroż­nego za­cie­ka­wie­nia na twa­rzy Alty, znowu.

- To zna­czy...?

- Nie­ważne. - Nie wie­dzia­łem, dla­czego za­czą­łem jej to opo­wia­dać; nie chcia­łem pa­mię­tać. Ale wspo­mnie­nie nie dało się już ze­pchnąć w ciem­ność. My­śla­łem, że to były pu­dełka, małe skrzynki ze zło­co­nej skóry, w któ­rych cho­wało się rze­czy ta­kie jak naj­lep­sze sre­bra mamy albo fi­gury sza­chowe taty. Pod­sze­dłem bli­żej, po­trzą­sa­jąc pie­niędzmi w kie­szeni, i męż­czy­zna naj­pierw rzu­cił okiem przez oba ra­miona, za­nim się do mnie uśmiech­nął.

- Ach, ja­kiż zło­to­włosy mały książę! Przy­szedł pa­nicz po opo­wieść? Hi­sto­rię o mor­der­stwie albo ka­zi­rodz­twie, wsty­dzie czy chwale, mi­ło­ści tak prze­szy­wa­ją­cej, że le­piej o niej nie pa­mię­tać, czy o mrocz­nych uczyn­kach? Tra­fił pa­nicz do wła­ści­wego czło­wieka, to sama śmie­tanka, opo­wie­dzą hi­sto­rie praw­dziwe i wstrzą­sa­jące, gwał­towne, na­miętne i pod­nie­ca­jące, a je­śli szuka pa­nicz ko­me­dii, też ta­kie mam, naj­rzad­sze ze wszyst­kich, rze­czy, któ­rych lu­dzie się po­zby­wają! Niech pa­nicz spoj­rzy, oczy swe na tę skie­ruje... Opra­wiona przez mi­strza z Ca­stle­fordu wiele lat temu.

Nie po­do­bało mi się, że na­zy­wał mnie pa­ni­czem, ale książka otwo­rzyła się, kiedy mi ją po­da­wał, i nie mo­głem jej od­dać. Gdy tylko uj­rza­łem li­tery na stro­nach, zro­zu­mia­łem: to były strony ści­śnięte ra­zem, jak li­sty, wiele li­stów, tylko w lep­szym pu­dełku - i hi­sto­ria to­czyła się da­lej.

- Ile za nią?

- Ach, ta, pa­ni­czu. Ma pa­nicz wspa­niały gust jak na ko­goś tak mło­dego, ta jest wy­jąt­kowa, praw­dzi­wie przy­go­dowa, zwala z nóg ni­czym szarża ka­wa­le­ryj­ska. Dzie­więć pen­sów. Albo dwie za szy­linga.

Chcia­łem tę książkę. Nie wie­dzia­łem dla­czego, ale opuszki pal­ców mnie swę­działy.

- Mam tylko sześć pen­sów.

- We­zmę - po­wie­dział i strze­lił pal­cami. Sze­roki uśmiech znik­nął z jego twa­rzy; kiedy po­dą­ży­łem za jego wzro­kiem, zo­ba­czy­łem zbie­ra­jącą się nie­opo­dal grupę męż­czyzn mam­ro­czą­cych coś do sie­bie.

- Pro­szę. - Opróż­ni­łem kie­szeń z mie­dzia­ków wprost na jego dłoń. Je­den uciekł, ale męż­czy­zna ga­pił się na grupę i nie schy­lił się, by pod­nieść mo­netę. - Dzię­kuję.

Zła­pa­łem książkę i od­da­li­łem się, pe­łen ra­do­ści i nie­po­koju. Kiedy do­tar­łem do głów­nego targu, za­trzy­ma­łem się i od­wró­ci­łem; grupa męż­czyzn zbli­żała się do stra­ganu han­dla­rza, który go­rącz­kowo pa­ko­wał książki na odra­pany wó­zek za sobą.

Coś mnie ostrze­gło, żeby się nie ga­pić. Po­bie­głem do domu, trzy­ma­jąc książkę przez rę­kaw ko­szuli, żeby nie za­bru­dzić okładki spo­co­nymi pal­cami. Usia­dłem w słońcu na stop­niach sto­doły - nikt by mnie nie zo­ba­czył, wszy­scy byli na targu - i obej­rza­łem ją. Ni­czego po­dob­nego wcze­śniej nie wi­dzia­łem. Okładka była w ko­lo­rze głę­bo­kiej czer­wieni, zdo­biona zło­tem i miękka w do­tyku jak ludzka skóra. Kiedy ją otwo­rzy­łem, ze środka uniósł się za­pach ple­śni i drewna, jakby jej od lat nie do­ty­kano.

Wcią­gnęła mnie.

Ak­cja roz­gry­wała się w obo­zie woj­sko­wym w ob­cym kraju i na po­czątku nie bar­dzo ją ro­zu­mia­łem: ro­iło się w niej od ka­pi­ta­nów, ma­jo­rów i puł­kow­ni­ków, kłótni o tak­tykę na­tar­cia i gróźb sądu po­lo­wego. Ale nie mo­głem prze­stać czy­tać: wi­dzia­łem wszystko, każdy szcze­gół, sły­sza­łem ko­nie i szum wia­tru w płót­nie na­miotu, czu­łem, jak serce mi przy­spie­sza, kiedy po­czu­łem proch strzel­ni­czy... Brną­łem da­lej, za­ab­sor­bo­wany, cho­ciaż wcale tego nie chcia­łem, i do­tarło do mnie po­woli, że to był wie­czór przed bi­twą, a czło­wiek z książki był bo­ha­te­rem. Kiedy słońce wsta­nie, ten czło­wiek po­pro­wa­dzi ich ku wspa­nia­łemu zwy­cię­stwu - i czu­łem jego pod­nie­ce­nie, ocze­ki­wa­nie, czu­łem je w so­bie...

- Co ty, u dia­bła, wy­pra­wiasz?

Czar prysł. In­stynk­tow­nie ze­rwa­łem się na nogi, mru­ga­jąc w słońcu. Tato i inni za nim, mama z Altą na bio­drze, wszy­scy wró­cili już z targu. Już... ale ro­biło się ciemno.

- Py­ta­łem, co ro­bisz, Em­mett! - Nie po­cze­kał na od­po­wiedź i wy­rwał mi książkę. Kiedy ją zo­ba­czył, twarz mu stę­żała. - Skąd to wzią­łeś?

Od fa­ceta, chcia­łem po­wie­dzieć, fa­ceta na jar­marku; miał ich tu­ziny i wy­glą­dały jak pu­dełka na bi­żu­te­rię, całe w skó­rze i zło­cie... Ale kiedy uj­rza­łem wy­raz twa­rzy taty, coś mnie chwy­ciło za gar­dło i nie mo­głem wy­do­być z sie­bie ani słowa.

- Ro­bert? Co...? - Mama się­gnęła po książkę i cof­nęła rękę, jakby ją coś ugry­zło.

- Spalę ją.

- Nie! - Mama po­sta­wiła za­sko­czoną Altę na ziemi i ru­szyła do przodu, ła­piąc tatę za rękę. - Nie, jak mo­żesz? Za­kop ją!

- Jest stara, Hildo. Oni już wszy­scy dawno temu umarli.

- Nie wolno ci. Na wszelki wy­pa­dek. Po­zbądź się jej. Wy­rzuć.

- Żeby ktoś inny ją zna­lazł?

- Wiesz, że nie mo­żesz jej spa­lić. - Przez chwilę pa­trzyli na sie­bie z na­pię­ciem na twa­rzach. - Za­kop ją. W bez­piecz­nym miej­scu.

Tato w końcu szybko kiw­nął głową. Alta czknęła i za­częła pła­kać. Tato we­pchnął książkę w ręce jed­nego z pa­rob­ków.

- Masz. Owiń ją w coś. Od­dam ją gra­ba­rzowi. - A po­tem od­wró­cił się do mnie. - Em­mett - po­wie­dział. - Że­bym cię ni­gdy wię­cej nie wi­dział z książką. Zro­zu­miano?

Nie ro­zu­mia­łem. Co się stało? Ku­pi­łem ją, a nie ukra­dłem, ale oka­zało się, że zro­bi­łem coś nie­wy­ba­czal­nego. Kiw­ną­łem głową, na­dal otę­piały od wi­zji, które ob­ser­wo­wa­łem. By­łem gdzieś in­dziej, w in­nym świe­cie.

- Do­brze. Ni­gdy tego nie za­po­mnij - rzekł tato.

A po­tem mnie ude­rzył.

"Że­bym cię ni­gdy wię­cej nie wi­dział z książką".

A te­raz od­sy­łali mnie do opra­wiaczki, zu­peł­nie jakby nie­bez­pie­czeń­stwa, przed któ­rymi mnie tato ostrze­gał, zo­stały za­stą­pione in­nymi, więk­szymi. Zu­peł­nie jak­bym te­raz to ja sta­no­wił nie­bez­pie­czeń­stwo.

Rzu­ci­łem okiem w bok. Alta pa­trzyła na swoje stopy. Nie, nie pa­mię­tała tam­tego dnia. Nikt o nim ni­gdy nie roz­ma­wiał. Nikt ni­gdy nie wy­ja­śnił, dla­czego książki przy­no­siły wstyd. Kie­dyś w szkole ktoś mruk­nął, że stary lord Kent miał bi­blio­tekę, ale kiedy wszy­scy za­chi­cho­tali i prze­wró­cili oczami, nie za­py­ta­łem, co w tym było złego. Ja bym książkę prze­czy­tał; skoro z nim było coś nie tak, było coś nie tak rów­nież ze mną. Głę­boko we mnie, za­grze­bany pod wie­loma war­stwami, krył się wstyd.

Ba­łem się. Strach był bez­kształtny i peł­za­jący, ni­czym mgła nad­cią­ga­jąca znad rzeki. Owi­nął mnie lo­do­wa­tymi mac­kami, wsu­nął je do płuc. Nie chcia­łem się zbli­żać do opra­wiaczki, ale mu­sia­łem.

- Alta...

- Mu­szę iść - po­wie­działa i ze­rwała się na równe nogi. - Ty też się zbie­raj, Em, mu­sisz się spa­ko­wać i długa droga cię ju­tro czeka. Do­bra­noc. - Prze­mknęła przez po­dwó­rze, ba­wiąc się war­ko­czem tak, że­bym nie wi­dział wy­razu jej twa­rzy. Od drzwi za­wo­łała znów: - Do ju­tra! - Na­wet się nie oglą­da­jąc. Może te słowa za­brzmiały tak fał­szy­wie, bo od­biły się od ściany stajni.

Ju­tro.

Pa­trzy­łem na księ­życ, aż strach zro­bił się za duży. Wtedy wsta­łem, po­sze­dłem do swo­jego po­koju i spa­ko­wa­łem się.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki