PROLOG
Piątek, 29 września
Stoi w kuchni. Wygląda przez wielkie okno
wychodzące na tył domu. Odwraca się w moim kierunku - jej grube brązowe
włosy poruszają się przy tym w powietrzu niczym karuzela - a ja
dostrzegam zaskoczenie, a potem nagły strach w jej szeroko otwartych
oczach, też brązowych. Pojęła sytuację, zrozumiała zagrożenie. Nasze
spojrzenia się krzyżują. Wygląda jak piękne spłoszone zwierzę. Lecz mnie
to nie obchodzi. Czuję przypływ emocji - czystą, niekontrolowaną
wściekłość. Ani trochę mi jej nie żal.
Oboje wiemy, że trzymam w ręce młotek. Czas biegnie wolniej. A może
tylko ja to tak odbieram? Jej usta się otwierają. Chyba chce coś
powiedzieć. Ale nic mnie to nie obchodzi.
Atakuję gwałtownie. Moja ręka jest bardzo szybka i młotek uderza ją w czoło. Rozlega się koszmarny odgłos, z głowy tryska krew. Z ust kobiety
wydobywa się tylko jęk. Kolana się pod nią uginają, gdy unosi rękę w moim kierunku, jakby chciała błagać o litość. A może chce tą ręką
powstrzymać opadający młotek? Chwieje się jak byk na arenie corridy,
który za chwilę ma upaść. Znowu uderzam młotkiem, tym razem w czubek
głowy, z jeszcze większą siłą, ponieważ jej głowa teraz znajduje się
niżej. Mój zamach ma większy impet, chcę jak najszybciej z nią skończyć.
Kobieta osuwa się na kolana, zgina się i już nie widzę jej twarzy. Pada
na podłogę, twarzą w dół. Leży bez ruchu.
Stoję nad nią, ciężko oddychając. Z młotka, który trzymam w ręce, kapie
krew.
Muszę się upewnić, że jest martwa, dlatego uderzam ją jeszcze kilka
razy. Czuję ból w ramieniu i ciężko oddycham. Młotek pokryty jest
krzepnącą krwią, na swoim ubraniu widzę mnóstwo krwawych plam. Pochylam
się i odwracam zwłoki na plecy. Jedno oko jest kompletnie rozbite.
Drugie wciąż jest otwarte, lecz nie ma w nim życia.
Poniedziałek, 2 października
Aylesford, miasto w dolinie rzeki Hudson, w stanie Nowy Jork, jest
bardzo urokliwym miejscem, a uwagę zwraca tutaj historyczne centrum,
ciągnące się wzdłuż rzeki, oraz przecinające Hudson dwa majestatyczne
mosty. Dolina Hudson znana jest z naturalnego piękna, a po drugiej
stronie rzeki wystarczy godzina jazdy samochodem, całkiem dobrymi
drogami, by dotrzeć do gór Catskill, usianych wieloma małymi miastami.
Stacja kolejowa w Aylesford posiada duży parking i wiele połączeń z Nowym Jorkiem; by dostać się stąd na Manhattan, potrzeba mniej niż dwóch
godzin. Mówiąc w skrócie, Aylesford jest bardzo przyjemnym miejscem do
życia. Oczywiście, jak wszędzie, i tutaj ludzie mają swoje problemy.
Robert Pierce wchodzi na komisariat policji w Aylesford - to nowoczesny
budynek z cegły i szkła. Po chwili zbliża się do stanowiska dyżurnego.
Umundurowany funkcjonariusz za biurkiem pisze coś na komputerze, ale
zerka na niego z ukosa i pośpiesznie unosi dłoń, sygnalizując, że zaraz
się nim zajmie.
Co powiedziałby w takiej sytuacji zwyczajny mąż? Robert odchrząkuje.
Funkcjonariusz podnosi głowę.
- Już, już, niech mi pan da jeszcze chwilę. - Bez nadmiernego pośpiechu
kończy pisanie na komputerze, a Robert cierpliwie czeka. Wreszcie
policjant pyta: - W czym mogę panu pomóc?
- Chciałbym zgłosić zaginięcie.
Policjant koncentruje się teraz wyłącznie na Robercie.
- Kto zaginął?
- Moja żona. Amanda Pierce.
- Jak się pan nazywa?
- Robert Pierce.
- Kiedy widział pan żonę po raz ostatni?
- W piątek rano, kiedy wychodziła do pracy. - Znowu odchrząkuje. -
Bezpośrednio po pracy miała wyjechać z przyjaciółką na weekendowe
zakupy. Skończyła pracę punktualnie, jednak w niedzielę nie wróciła na
noc do domu. Jest już poniedziałek, a ona wciąż nie dotarła.
Policjant taksuje go badawczym wzrokiem. Robert ma wrażenie, że się
czerwieni. Wie, że to głupio wygląda. Nie może się tym jednak
przejmować. Musi przecież zrobić swoje. Musi zgłosić zaginięcie żony.
- Próbował pan do niej dzwonić?
Robert patrzy na policjanta z niedowierzaniem. Chciałby zapytać: "Myśli
pan, że jestem idiotą?". Jednak tego nie robi, odpowiada policjantowi, a w jego głosie słychać frustrację:
- Oczywiście, że próbowałem. Wiele razy. Żona nie odbiera telefonu, a w jej komórce włącza się poczta głosowa.
- A ta przyjaciółka? Co może pan o niej powiedzieć?
- Cóż, właśnie z jej powodu jeszcze bardziej się martwię - przyznaje
Robert. Milknie na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał. Policjant
cierpliwie czeka. - Zatelefonowałem do tej przyjaciółki, nazywa się
Caroline Lu, i usłyszałem... powiedziała mi, że ona i Amanda nie miały na
weekend żadnych wspólnych planów. Ona nie wie, gdzie jest Amanda.
Zapada cisza, którą po chwili przerywa policjant.
- Rozumiem.
Patrzy na Roberta albo badawczo, albo ze współczuciem, trudno
rozszyfrować to spojrzenie. Robertowi jednak się ono nie podoba.
- Co żona zabrała ze sobą? - pyta policjant. - Walizkę? Paszport?
- Spakowała się na weekendowy wyjazd. Miała ze sobą torbę podróżną. I torebkę. Nie... nie wiem, czy zabrała paszport - mówi Robert. -
Powiedziała, że zostawi samochód na parkingu przy stacji kolejowej i pojedzie z Caroline pociągiem na Manhattan. Zamierzały urządzić sobie
zakupowy weekend. Dzisiaj z samego rana sprawdziłem cały parking, ale
nie znalazłem tam jej samochodu.
- Nie chciałbym być nietaktowny - odzywa się policjant - ale... czy jest
pan pewien, że żona się z nikim nie spotyka? Że pana nie okłamuje? -
dodaje kolejne pytanie łagodnym tonem. - Jeśli skłamała na temat
wspólnego wyjazdu z przyjaciółką... może wcale nie zaginęła?
- Nie sądzę, żeby chodziło o mężczyznę - odpowiada mu Robert. - A gdyby
nawet, nie postąpiłaby w taki sposób. Powiedziałaby mi o tym. Nie
trzymałaby mnie w niepewności. - Sam słyszy rozpaczliwy i nieracjonalny
upór w swoim głosie. - Chcę zgłosić jej zaginięcie - nalega.
- Czy mieliście państwo jakieś problemy w domu? Może coś złego działo
się w waszym małżeństwie? - pyta policjant.
- Nie, wszystko było w porządku.
- Macie dzieci?
- Nie.
- Rozumiem. Odnotuję zgłoszenie, poproszę pana o opis zaginionej i zobaczymy, co da się w tej sprawie zrobić - mówi policjant niechętnie. -
Ale, szczerze mówiąc, wiele wskazuje na to, że żona po prostu
przedłużyła sobie wyjazd. Prawdopodobnie wkrótce sama wróci. Ludzie
czasami tak postępują. Byłby pan zaskoczony, gdyby pan wiedział, jak
często.
Robert posyła policjantowi zimne spojrzenie.
- Sugeruje pan, że nawet nie zaczniecie jej szukać?
- Zechce mi pan podać swój adres?
JEDEN
Sobota, 14 października
Olivia Sharpe siedzi w kuchni i popija kawę
z filiżanki. Wpatruje się pustym wzrokiem w przesuwane drzwi, które
prowadzą do ogrodu za domem. Jest połowa października i klon rosnący
przy płocie wygląda nadzwyczajnie, skąpany w czerwonych, pomarańczowych
i żółtych barwach. Trawa wciąż ma kolor soczystej zieleni. Reszta ogrodu
przygotowana jest już do zimy. Niedługo nadejdą pierwsze przymrozki,
myśli Olivia. Ale na razie wciąż może się cieszyć żółtymi promieniami
słońca, które padają na ogród i docierają aż do nieskazitelnie czystej
kuchni.
Jej syn, Raleigh, jeszcze nie wstał. Jest niedziela, Raleigh, owszem,
przez cały tydzień chodził do szkoły, ale fakt, że w niedzielę o drugiej
wciąż śpi, doprowadza Olivię niemal do szaleństwa.
Odstawia filiżankę z kawą i znów wspina się na piętro po drewnianych
schodach wyłożonych grubą wykładziną. Nieruchomieje przed drzwiami
sypialni syna, napominając się, żeby na niego nie krzyczeć, i delikatnie
puka. Po chwili otwiera drzwi. Tak jak się spodziewała, chłopak śpi
głęboko. Kołdrę ma wciąż naciągniętą na głowę - osłonił się, kiedy była
u niego pół godziny wcześniej. Olivia wie, że Raleigh nie znosi, kiedy
go budzi, ale co ma zrobić? Pozwolić mu przespać cały dzień? W weekendy,
owszem, może sobie pospać trochę dłużej, ale dzisiaj przesadził... Na
miłość boską, już dawno minęło południe.
- Raleigh, wstawaj. Jest po drugiej.
Nie cierpi ostrego tonu we własnym głosie, jednak każdego dnia wkłada
mnóstwo energii w wyciągnięcie syna z łóżka, więc trudno jej ukryć
niezadowolenie.
Raleigh nie reaguje. Olivia stoi nad nim ogarnięta dwoma tak różnymi od
siebie uczuciami: miłością i frustracją. To dobry chłopak. Bystry, choć
niezbyt ambitny. Kochany. Jest po prostu leniwy - nie tylko za długo
śpi, ale także nie odrabia lekcji, a obowiązki domowe wykonuje dopiero
wtedy, kiedy Olivia mu o nich przypomni. Raleigh mówi, że nienawidzi jej
wiecznego utyskiwania. Ona też tego nienawidzi, lecz mówi mu, że gdyby
od razu robił to, o co go prosi, nie musiałaby utyskiwać, jednak syn
zdaje się tego nie pojmować. Olivia kładzie to na karb jego wieku.
Szesnastoletni chłopcy są nieznośni. Ma nadzieję, że kiedy skończy
osiemnaście czy dziewiętnaście lat, jego kora przedczołowa już się
dobrze wykształci i Raleigh stanie się wreszcie bardziej posłuszny i odpowiedzialny.
- Raleigh! Wstawaj.
Chłopak nie rusza się, nie reaguje nawet pomrukiem. Olivia widzi jego
telefon komórkowy na nocnym stoliku. Jest położony wyświetlaczem na dół.
W porządku, jeżeli syn nie wstanie, skonfiskuje mu telefon. Już wyobraża
sobie, jak Raleigh po obudzeniu wyciąga rękę i sięga po aparat, jeszcze
zanim odrzuci z głowy kołdrę. Zabiera telefon i wychodzi z pokoju,
trzaskając drzwiami. Syn będzie wściekły, ale ona też jest wściekła.
Wraca do kuchni i kładzie telefon na stole. Słyszy krótki dźwięk i na
ekranie ukazuje się wiadomość tekstowa. Olivia jeszcze nigdy nie
przeglądała zawartości telefonu Raleigha ani jego komputera. Nie zna
haseł dostępu. I całkowicie ufa synowi.
Włamywałeś się ostatniej nocy?
Olivia zastyga w bezruchu. Co to znaczy, do diabła?
Kolejny dźwięk. Masz coś dobrego?
Żołądek podchodzi jej do gardła.
Napisz, jak wstaniesz.
Olivia bierze telefon do ręki i wpatruje się w niego, czekając na
kolejną wiadomość, lecz aparat milczy. Próbuje go uruchomić, ale,
oczywiście, jest chroniony hasłem.
Jej syn spędził wieczór poza domem. Poszedł do kina. Z kolegą. Nie
powiedział z którym.
Co należałoby teraz zrobić? Czekać, aż jego ojciec wróci do domu z pracy? A może sama powinna porozmawiać z synem? Czy to możliwe, że
Raleigh wplątał się w coś złego? Nie może w to uwierzyć. Ma dobry dom,
wygodne życie i dwoje kochających rodziców. To niemożliwe, żeby...
Ale jeśli rzeczywiście wpakował się w jakieś kłopoty, jego ojciec się
wścieknie. Chyba najpierw sama porozmawia z Raleighem.
Wchodzi po schodach; w tej chwili nie ma w niej miłości i frustracji,
zastąpiła je bowiem mieszanina złości i strachu. Wpada do pokoju syna z telefonem w ręce i zrywa mu kołdrę z głowy. Raleigh otwiera opuchnięte
od snu oczy; sprawia wrażenie zdenerwowanego, niczym niedźwiedź wyrwany
z głębokiego zimowego snu. Ale ona też jest wzburzona. Wyciąga rękę i przytrzymuje telefon przed jego oczami.
- Gdzie byłeś wczoraj wieczorem, Raleigh? Tylko mi nie opowiadaj, że w kinie, bo nie kupię tej bajeczki. Mów, co się stało, i to szybko, zanim
ojciec wróci do domu.
Jej serce z troski o syna bije jak szalone. Co on zrobił?
***
Raleigh patrzy na matkę. Stoi przed nim i trzyma nad jego głową telefon
komórkowy. Do diabła, czego ona chce od tego telefonu? O czym plecie?
Raleigh jest zły, jednak wciąż jeszcze nie całkiem się rozbudził. Nie do
końca odróżnia sen od jawy.
- Czego chcesz? - duka wreszcie.
Jest naprawdę zły, że przerwała mu sen. Matka budzi go każdego dnia.
Chciałaby, żeby wszyscy dokoła funkcjonowali według planu, który ona
ustali. Ma bzika na punkcie kontroli. Kontroluje wszystko i wszystkich.
Kiedy coś jej nie pasuje, nie potrafi przejść nad tym do porządku
dziennego. A teraz jest naprawdę wściekła. Patrzy na niego ponurym
wzrokiem. Nagle Raleigh zaczyna się zastanawiać, która jest godzina.
Spogląda na elektroniczny budzik. Piętnaście po drugiej. Do cholery, to
przecież nic wielkiego.
- W co ty się wplątałeś? - pyta Olivia pełnym furii głosem, trzymając
telefon niczym dowód przestępstwa.
Serce Raleigha bije nieco szybciej. Wstrzymuje na chwilę oddech. Co ona
wie? Przejrzała zawartość telefonu? Zaraz sobie jednak przypomina, że
matka nie zna hasła. I zaczyna oddychać swobodniej.
- Przypadkiem patrzyłam na twój telefon, kiedy na ekranie pojawiały się
nowe wiadomości - mówi matka.
Raleigh niezdarnie siada na łóżku i nagle czuje w głowie pustkę.
Cholera. Co takiego zobaczyła?
- Popatrz sobie - mówi Olivia i rzuca mu telefon.
Łapie aparat i od razu widzi głupie SMS-y od Marka. Wpatruje się w nie
przez chwilę i zastanawia się, jak z tego wybrnąć. Boi się spojrzeć
matce w oczy.
- Raleigh, popatrz na mnie - słyszy.
Matka zawsze zwraca się w ten sposób do niego, kiedy jest zła. Raleigh
powoli podnosi głowę. Jest już całkowicie rozbudzony.
- Co znaczą te SMS-y?
- Jakie SMS-y? - pyta Raleigh głupio, chcąc zyskać na czasie.
Wie jednak, że wpadł. Wiadomości są raczej cholernie jasne. Dlaczego
Mark tak się wygłupił? Jeszcze raz patrzy na ekran telefonu; to
łatwiejsze niż spoglądanie na matkę. Włamywałeś się ostatniej nocy?
Masz coś dobrego?
Zaczyna go ogarniać panika. Jego mózg nie jest w stanie błyskawicznie
zadziałać i podsunąć mu odpowiedź, która zadowoliłaby matkę. Udaje mu
się tylko zawołać z desperacją:
- To wcale nie tak, jak ci się wydaje!
- Och, jak miło to słyszeć. - Matka wznosi się na szczyty sarkazmu. -
Ponieważ wygląda na to, że gdzieś się włamałeś i coś ukradłeś.
Raleigh widzi dla siebie szansę.
- To nie tak. Niczego nie ukradłem.
Olivia posyła mu kolejne wściekłe spojrzenie i mówi:
- Lepiej o wszystkim mi opowiedz, Raleigh. I nie sil się na żadne
kłamstwa.
Chłopak wie, że nie wybrnie z sytuacji, wszystkiemu zaprzeczając. Wpadł
w potrzask jak jakiś kretyn. Teraz musi tylko się starać, żeby szkody
były jak najmniejsze.
- Rzeczywiście, wszedłem ukradkiem do czyjegoś domu, ale nie po to, żeby
kraść. Raczej... raczej chciałem się rozejrzeć - mówi niewyraźnie.
- A więc włamałeś się w nocy do czyjegoś domu? - woła jego matka z przerażeniem. - Nie mogę w to uwierzyć. Raleigh, o czym ty myślałeś? -
Kobieta wyrzuca ręce w górę. - Dlaczego to zrobiłeś, na miłość boską?
Chłopak siedzi na łóżku i milczy, ponieważ nie przychodzi mu do głowy
żadne wytłumaczenie. Włamuje się do ludzi, ponieważ za każdym razem to
wielkie emocje, przypływ adrenaliny. Lubi wchodzić do cudzych domów,
łamać zabezpieczenia i przeglądać zawartość znajdujących się tam
komputerów. Ale tego matce nie powie, nie ośmieli się. Powinna być
zadowolona, że nie zażywa narkotyków.
- Czyj to był dom? - pyta nagle matka.
Raleigh ocenia sytuację. Na to pytanie nie może odpowiedzieć. Gdyby
przyznał się, po czyim domu buszował ostatniej nocy, oszalałaby. On sam
nie jest w stanie wyobrazić sobie konsekwencji, gdyby go tej nocy
złapano na gorącym uczynku.
- Nie wiem - kłamie.
- W takim razie gdzie to było?
- Nie pamiętam. Jakie to ma znaczenie? Niczego stamtąd nie zabrałem! I nikt nie wie, że tam byłem.
Matka zbliża twarz do jego twarzy i patrzy mu prosto w oczy.
- Ale ktoś się dowie. Już ja tego dopilnuję.
Raleigh patrzy na matkę ze strachem.
- Niby dlaczego?
- Bo się natychmiast ubierzesz i pokażesz mi dom, do którego się
włamałeś. Następnie tam zapukasz i przeprosisz za swoje postępowanie.
- Nie mogę - jęknął chłopak.
- Możesz. I to zrobisz - mówi matka.
Raleigh zaczyna się pocić.
- Mamo, nie mogę. Proszę cię, nie zmuszaj mnie do tego.
Kobieta patrzy na niego przenikliwie.
- Chyba mi jeszcze wszystkiego nie powiedziałeś? - zgaduje.
W tym momencie Raleigh słyszy, że otwierają się drzwi i wesoło
pogwizdując, wchodzi ojciec. Rzuca klucze na stolik w przedpokoju. Serce
Raleigha zaczyna bić jak szalone, chłopakowi robi się niedobrze. Z matką
dałby sobie radę, ale z ojcem... nawet nie chce sobie wyobrażać, jak on
zareaguje. Nie spodziewał się tego, nigdy nie przyszło mu do głowy, że
ktoś go nakryje. Pieprzony Mark!
- Wstań z łóżka - rozkazuje matka, ściągając kołdrę na podłogę. -
Porozmawiamy z ojcem.
Spocony Raleigh idzie po schodach w piżamie. Kiedy wchodzi z matką do
kuchni, ojciec patrzy na nich ze zdziwieniem. Miny na ich twarzach mówią
same za siebie. Coś się stało.
Nagle przestaje gwizdać.
- Co się dzieje? - zadaje pytanie.
- Może najpierw usiądźmy? - proponuje Olivia, wysuwając dla siebie
krzesło spod kuchennego stołu. - Raleigh ma ci coś do powiedzenia i na
pewno ci się to nie spodoba.
Wszyscy troje siadają. Odgłosy szurania taboretów o podłogę drażnią
napięte nerwy Raleigha i brzmią w jego uszach tak, jakby ktoś pocierał
gwoździem o szkolną tablicę.
Musi się przyznać. Już to wie. Ale nie powie im wszystkiego. Jest niemal
całkowicie rozbudzony, może już logicznie myśleć.
- Tato, bardzo cię przepraszam, wiem, że postępowałem źle - zaczyna.
Jego głos drży, ale Raleigh jest pewien, że zaczął dobrze. Jednak ojciec
zmarszczył czoło i chłopak natychmiast zaczyna się bać. Waha się.
- Co zrobiłeś, do diabła? - pyta ojciec.
Raleigh wpatruje się w niego, słowa grzęzną mu w gardle. Przez chwilę
jest całkowicie sparaliżowany.
- Włamał się do czyjegoś domu - mówi w końcu matka.
- Co?
Trudno nie usłyszeć zaskoczenia i wściekłości w głosie ojca. Raleigh
szybko odwraca głowę i zaraz wbija spojrzenie w podłogę.
- Nigdzie się nie włamałem. Wślizgnąłem się - mówi.
- Ale dlaczego, do cholery? - chce wiedzieć ojciec.
Raleigh wzrusza ramionami i nie odpowiada. Wciąż wpatruje się w podłogę.
- Kiedy?
Matka szturcha syna w ramię.
- Raleigh?
Chłopak w końcu unosi głowę i patrzy na ojca.
- Ostatniej nocy.
Ojciec patrzy na niego bezmyślnie. Bezwiednie otworzył szeroko usta.
- Chcesz nam powiedzieć, że kiedy mieliśmy gości na kolacji, a ty
rzekomo poszedłeś do kina, tak naprawdę włamałeś się do cudzego domu? -
krzyczy ojciec. Każde kolejne słowo, które wypowiada, jest głośniejsze
od poprzedniego, ale ostatnie niemal wywrzaskuje. Na chwilę zapada
cisza. W powietrzu wyczuwalne jest napięcie. - Sam to zrobiłeś czy z kimś?
- Sam - mamrocze Raleigh.
- A więc nie możemy nawet się pocieszyć, że ktoś inny cię namówił do
popełnienia przestępstwa!
Raleigh chce zakryć dłońmi uszy, żeby nie słyszeć krzyków ojca, ale wie,
że to jedynie spotęgowałoby jego furię. Fakt, że był w tym domu sam,
działa na jego niekorzyść.
- Czyj to był dom?
- Nie wiem.
- Co się więc stało? - Ojciec spogląda na matkę Raleigha, a potem znowu
na niego. - Zostałeś przyłapany?
Raleigh kręci głową.
- Nie - odzywa się jego matka. - Zobaczyłam SMS-y na jego telefonie
komórkowym. - Raleigh, pokaż ojcu te wiadomości.
Raleigh odblokowuje telefon i podaje go ojcu. Ten z niedowierzaniem
patrzy na ekran.
- Jezu, Raleigh! Jak mogłeś? Czy to był pierwszy raz?
Trzeba to ojcu przyznać - potrafi zadawać właściwe pytania. Matka,
wstrząśnięta i zrozpaczona, nie wpadłaby, żeby właśnie o to zapytać. A to przecież nie był pierwszy raz Raleigha, lecz któryś z kolei.
- Drugi - kłamie, unikając wzroku ojca.
- A więc włamałeś się do dwóch domów?
Potakuje.
- Ktoś o tym wie?
Raleigh kręci głową.
- Oczywiście, że nie.
- Oczywiście, że nie - powtarza ojciec z sarkazmem. Sarkazm ojca jest
gorszy od sarkazmu matki. - Przecież wie o tym twój kumpel. Kto to jest?
- Mark. Ze szkoły.
- Ktoś jeszcze?
Raleigh niechętnie kręci głową.
- Czy ktoś mógł cię nakryć? Były tam jakieś kamery?
Raleigh znowu kręci głową i teraz patrzy na ojca.
- Nie było kamer. Sprawdziłem.
- Jezu... nie wierzę. Dzięki temu, że to sprawdziłeś, mam się czuć lepiej?
- Oni nie wiedzą, że tam byłem - mówi Raleigh, broniąc się. -
Postępowałem bardzo ostrożnie. Już powiedziałem mamie, że niczego
stamtąd nie zabrałem. Nie wyrządziłem nikomu żadnej szkody.
- Co więc tam robiłeś? - chce wiedzieć ojciec.
- Nie wiem. Po prostu się rozglądałem.
- Po prostu się rozglądałem! - powtarza ojciec, a Raleigh czuje się w tej chwili, jakby miał sześć lat. - I co sobie tam oglądałeś? Damską
bieliznę?
- Nie! - krzyczy Raleigh. Jest zmieszany, czerwieni się. Przecież nie
jest zboczeńcem. - Zaglądałem do komputerów - mówi cicho.
- Dobry Boże! - woła ojciec. - Włamywałeś się ludziom do komputerów?
Raleigh żałośnie kiwa głową.
Ojciec uderza dłonią w stół i wstaje. Zaczyna krążyć po kuchni, co
chwilę spoglądając groźnie na syna.
- Czy ludzie nie używają zabezpieczeń, haseł? - pyta po chwili.
- Czasami udaje mi się je obejść - odpowiada chłopak drżącym głosem.
- I co robiłeś, kiedy już się włamałeś do cudzego komputera?
- Hmm... - Raleigh waha się, ale kolejne słowa wypowiada bardzo szybko.
Boi się, że zanim coś powie, wybuchnie płaczem. - Pisałem jedynie
dowcipne e-maile z cudzych skrzynek pocztowych.
I dopiero wtedy, po raz pierwszy od wielu lat, zalewa się łzami.
DWA
Olivia stara się zapanować nad sytuacją.
Jeszcze nie widziała Paula tak rozdrażnionego. I nic dziwnego. Raleigh
nigdy dotąd nie zrobił nic równie głupiego. Wie, że złość jej męża
wynika przede wszystkim z rodzicielskiego strachu. Czyżby oboje tracili
kontrolę nad szesnastoletnim synem? Dlaczego to zrobił? Dlaczego się
włamywał? Kobieta nie widzi w tym żadnego sensu. Przecież nauczyli go
odróżniać dobro od zła. Co się z nim dzieje?
Obserwuje Raleigha. Chłopak bezradnie pociąga nosem, a ojciec wpatruje
się w niego, jakby decydował, co teraz zrobić, jaką wymierzyć karę, żeby
była adekwatna do przewinienia, które popełnił.
Co należałoby teraz zrobić? - zastanawia się Olivia. Jak postąpić? Co
zrobić, żeby Raleigh dostał nauczkę? Co będzie w stanie uśmierzyć jej
własne poczucie winy? Odzywa się ostrożnie:
- Uważam, że Raleigh powinien pójść do tych ludzi i ich przeprosić.
Paul odwraca się do niej, a jego mina nie wróży nic dobrego.
- Co? Chcesz, żeby teraz przepraszał?
Przez ułamek sekundy Olivia żałuje, że skierowała na siebie złość męża,
ale mówi dalej:
- Nie twierdzę, że to ma zakończyć sprawę. Oczywiście będzie musiał
ponieść konsekwencje swojego postępowania. Bardzo poważne konsekwencje.
Jeżeli nie możemy mu ufać, będziemy musieli mu zabronić paru rzeczy. I na jakiś czas odbierzemy mu telefon. A z internetu będzie mógł korzystać
tylko podczas odrabiania lekcji.
Raleigh patrzy na matkę z przerażeniem, jakby uważał tę karę za
stanowczo zbyt okrutną. A do Olivii dociera, że syn nadal niczego nie
rozumie. Nie pojął ogromu swojego występku. Do jej serca wkrada się
dziwny chłód. Co zrobić, żeby w dzisiejszych czasach dobrze wychować
dziecko, skoro wokół jest tyle zła, tyle nienawiści, chociażby w wiadomościach telewizyjnych. Ludzie nie mają żadnego szacunku dla
przyjętych zasad. Ją wychowano inaczej. Za każdy zły uczynek zawsze
przepraszała i później z własnej inicjatywy starała się naprawić szkody.
- On nie może przeprosić - mówi Paul stanowczo.
- Dlaczego nie? - pyta Olivia.
- Bo włamał się do cudzego domu. Przeglądał zawartość komputerów obcych
ludzi. Złamał prawo. Jeżeli się przyzna i przeprosi, grozi mu
postępowanie karne. Chcesz tego?
Serce Olivii przepełnia strach.
- Nie wiem... - mówi niemal szeptem. - Może nasz syn na to zasługuje?
Ale teraz przemawia przez nią jedynie brawura. Jest przerażona na samą
myśl, że Raleighowi zostaną postawione zarzuty. Równie przerażony jest
jej mąż. Nagle Olivia zdaje sobie sprawę, że oboje z Paulem zrobią
wszystko, byle ochronić syna przed najgorszym.
- Myślę, że najlepiej zrobimy, jeśli porozmawiamy z prawnikiem -
postanawia Paul. - Tak na wszelki wypadek.
***
Następnego dnia rano, w niedzielę, Raleigh jeszcze twardo śpi, kiedy
matka wchodzi do pokoju i potrząsa jego ramieniem.
- Wstawaj, natychmiast - mówi.
I Raleigh posłusznie wstaje. Chce jak najszybciej odzyskać telefon oraz
dostęp do internetu. Jest przerażony nieuchronną perspektywą rozmowy z prawnikiem, ponieważ ojciec nie zamierza mu tego odpuścić. Wczoraj przy
kolacji mówił, że być może w dłuższej perspektywie będzie najlepiej,
jeżeli rzeczywiście stanie przed sądem i poniesie konsekwencje swojego
postępowania. Raleigh wie jednak, że ojciec nie zamierza do tego
doprowadzić. Chce go tylko przestraszyć. Ale to działa. Raleigh jest
spanikowany.
Kiedy ubrany wbiega do przedpokoju, matka oświadcza:
- Pojedziemy i pokażesz mi te dwa domy, do których się włamałeś.
Chłopak patrzy na nią i pyta.
- Dlaczego?
- Bo tak powiedziałam.
- Gdzie jest tata? - pyta Raleigh drżącym głosem.
- Wyszedł. Gra dziś w golfa.
Oboje wsiadają do samochodu. Matka nie pozwoliła chłopcu nawet zjeść
śniadania. Raleigh siedzi teraz na miejscu obok niej, żołądek podchodzi
mu do gardła, a serce wali jak oszalałe. Może rodzice rozmawiali o nim,
kiedy już leżał w łóżku, i postanowili, że mimo wszystko musi przeprosić
ludzi, do domów których się włamał?
- Którędy? - pyta matka.
Jego mózg prawie przestaje funkcjonować. Chłopak zaczyna się pocić.
Dobrze, pokaże matce dwa domy, do których wcześniej się włamał, żeby
tylko się odczepiła. Ale na pewno nie zaprowadzi jej tam, gdzie
myszkował w sobotę.
Jest spięty, gdy matka wycofuje samochód sprzed garażu, a potem rusza
Sparrow Street. Drzewa mają jasnozłote, pomarańczowe i czerwone kolory i wszystko wygląda tak samo jak wtedy, gdy był mały, a jego rodzice
grabili liście z trawnika na grubą stertę, żeby mógł po nich skakać. Na
skrzyżowaniu każe matce skręcić w lewo, później jeszcze raz w lewo, w Finch Street - długą ulicę z domami po obu stronach, równoległą do tej,
przy której Raleigh mieszka z rodzicami.
Matka jedzie powoli Finch Street i wreszcie Raleigh wskazuje właściwy
dom. Ma tabliczkę z numerem trzydzieści dwa. To ładny piętrowy budynek o jasnoszarych murach, z niebieskimi okiennicami i czerwonymi drzwiami
frontowymi. Matka zatrzymuje samochód przy krawężniku i patrzy na
budynek, jakby chciała go sobie zapamiętać. Dzień jest słoneczny, a w samochodzie jest bardzo ciepło. Serce Raleigha znowu bije mocniej, a na
jego czole i na plecach pomiędzy łopatkami pojawiają się wielkie krople
potu. Zapomniał o porannym głodzie; teraz zbiera mu się na wymioty.
- Jesteś pewien, że to ten dom? - pyta matka.
Kiwa tylko głową i unika jej wzroku. Ale kobieta wpatruje się teraz w dom. W pewnej chwili Raleigh ma wrażenie, że matka chce wysiąść z samochodu, ale nie... po prostu siedzi za kierownicą. A chłopakowi
przychodzi do głowy, że ich samochód zbytnio zwraca na siebie uwagę. Co
się stanie, jeśli teraz ktoś wyjdzie z tego domu? Czy ona właśnie na to
czeka?
- Kiedy się do niego włamałeś? - pyta Olivia i patrzy na syna.
- Nie pamiętam. Jakiś czas temu - mamrocze Raleigh.
Olivia odwraca głowę i znowu uważnie wpatruje się w budynek.
- Co my tutaj robimy, mamo? - Teraz to syn zadaje pytanie.
Matka nie odpowiada. Uruchamia auto i odjeżdżają, a Raleigh czuje wielką
ulgę.
- Gdzie jest ten drugi dom?
Każe matce skręcić w lewo i jeszcze raz w lewo. Po chwili wyjeżdżają na
ulicę, przy której mieszkają.
Olivia zerka na syna z ukosa.
- Naprawdę włamywałeś się do domów w naszym najbliższym sąsiedztwie?
Mogliśmy przyjść tu pieszo.
Raleigh nie odpowiada. W milczeniu wskazuje na dom numer 79, piętrowy
biały budynek, z oknem wykuszowym od frontu, czarnymi okiennicami i podwójnym garażem.
Matka zatrzymuje samochód i niespokojnie wpatruje się w dom.
- To na pewno tutaj włamałeś się ostatniej nocy, Raleigh?
Chłopak spogląda na matkę ukradkiem, zastanawiając się, do czego
zmierza. Cóż jest nadzwyczajnego akurat w tym domu?
Jakby czytając w jego myślach, Olivia mówi:
- Niedawno od mężczyzny, który tu mieszka, odeszła żona.
To nie moja wina, myśli Raleigh ponuro, żałując, że nie pokazał jej
jakiegoś innego budynku.
Matka włącza silnik i odjeżdżają.
- Na pewno niczego nikomu nie zabrałeś, Raleigh? Po prostu się
wygłupiałeś? - pyta kobieta i zerka na syna. - Powiedz prawdę.
Raleigh widzi w oczach matki wielką troskę i czuje się podle ze
świadomością, że doprowadził ją do takiego stanu.
- Przysięgam, mamo, niczego nie ukradłem.
Przynajmniej to jest prawdą. Jest mu strasznie przykro, że rodzice muszą
się o niego tak martwić. Żal mu szczególnie mamy.
Wczoraj obiecał im, że już nigdy tego nie zrobi i zamierza dotrzymać
słowa.
***
Olivia wraca samochodem do domu i rozmyśla. Budynki przy ulicach, po
których jeździła z Raleighem, zbudowano kilkadziesiąt lat temu. Stoją w dość dużej odległości od siebie, w głębi ogrodów, daleko od ulicy, zatem
w nocy lampy uliczne słabo je oświetlają; łatwo jest do nich podejść,
nie zwracając na siebie uwagi. Nigdy dotąd się nad tym nie zastanawiała.
Może powinna wyposażyć własny dom w jakiś system bezpieczeństwa? O,
ironio, myśli o zabezpieczeniu domu, ponieważ jej syn włamywał się do
sąsiadów.
Jutro jest poniedziałek. Paul zatelefonuje do znajomej kancelarii
prawniczej i umówi spotkanie, żeby przedyskutować całą sprawę. Większość
wczorajszego popołudnia Olivia spędziła w pokoju Raleigha, dokładnie go
przeszukując, podczas gdy syn obserwował ją żałosnym wzrokiem. Nie
znalazła niczego, co wzbudziłoby jej podejrzenia. Później rozmawiała
jeszcze z Paulem o synu, leżąc już w łóżku. Ale w nocy prawie nie spała.
Rodzicielstwo to stresujące zajęcie, myśli, zerkając na syna, który
skulił się w fotelu pasażera. Można wychodzić ze skóry, starając się
wychować dziecko jak najlepiej, ale tak naprawdę, kiedy to dziecko
trochę podrośnie, nie ma się już na nie żadnego wpływu. Rodzice w praktyce nie mają pojęcia, co się dzieje w jego głowie, co planuje,
jakie ma zamiary na przyszłość. Co by było, gdyby nie przeczytała tych
SMS-ów? Ile czasu by minęło, zanim Raleigh trafiłby do aresztu, a w ich
domu pojawiłaby się policja? Włamywał się do cudzych domów, grzebał w życiu obcych ludzi, a ona i Paul o niczym nie wiedzieli. Gdyby ktoś
oskarżył jej syna o coś podobnego, nigdy by mu nie uwierzyła. Świadczy
to tylko o tym, jak niewiele wie o swoim dziecku. Ale widziała SMS-y.
Raleigh się przyznał. Olivia zastanawia się z niepokojem, czy jej syn ma
jeszcze jakieś inne sekrety. Zatrzymuje samochód przed ich domem i pyta:
- Raleigh, chcesz mi jeszcze o czymś powiedzieć?
Chłopak odwraca głowę, zaskoczony.
- O czym?
- Chyba rozumiesz pytanie? Powinnam wiedzieć o jakichś innych twoich
sprawkach? - Patrzy na syna, przez chwilę się waha, ale w końcu dodaje:
- Niekoniecznie musisz mówić o nich ojcu.
Chłopak jest wyraźnie zdziwiony, ale kręci głową. Teraz Olivia nie wie,
czy dobrze zrobiła, że wypowiedziała to ostatnie zdanie. Ona i Paul
powinni przecież stanowić wobec syna rodzicielski monolit. Dodaje więc
spokojnym głosem, chociaż przychodzi jej to z wielkim trudem:
- Powiedz mi prawdę. Bierzesz narkotyki?
Chłopak się uśmiecha.
- Nie, mamo. Nie mam nic wspólnego z narkotykami. Przysięgam. I już
nigdy się do nikogo nie włamię. Możesz się uspokoić.
Ale Olivia nie potrafi. Jest matką i martwi się, że włamywanie się syna
do domów - nie z chciwości, nie po to, żeby kraść, ale po prostu "żeby
się porozglądać" - może wskazywać na to, że dzieje się z nim coś złego.
Przecież to nie jest normalne. Dręczy ją też świadomość, że ze skrzynek
pocztowych obcych ludzi rozsyłał e-maile. Raleigh nie chce powiedzieć,
co w nich pisał. Na razie nie naciskała go w tej kwestii zbyt mocno, bo
właściwie nie jest pewna, czy chce znać odpowiedź. Jak bardzo jej syn
jest zepsuty? Może trzeba go zaprowadzić do jakiegoś specjalisty? Sama
zna dzieci, które chodzą na różne terapie - zmagają się z natręctwami,
depresją, Bóg jeden wie z czym jeszcze. Kiedy ona dorastała, nie
chodziło się do terapeutów. Ale czasy się zmieniają.
Wróciwszy do domu, Olivia od razu idzie do gabinetu na piętrze i tam się
zamyka. Wie, że Paul jeszcze długo nie wróci z golfa. Siada przy
komputerze i pisze list. List z przeprosinami, pod którymi nikt nie
złoży podpisu. Pisanie przychodzi jej z trudem. Wreszcie, kiedy jest
zadowolona z tekstu, drukuje list w dwóch egzemplarzach i wkłada kartki
do dwóch białych kopert. Zakleja je, następnie schodzi na dół i wsuwa
koperty głęboko do torebki. Dostarczy je dopiero po zmroku. Późnym
wieczorem pójdzie na ostatnie zakupy do pobliskiego sklepu spożywczego.
Właśnie wtedy, niemal po drodze, zaniesie listy do tych domów, do
których włamał się Raleigh. Nie powie o tym ani Paulowi, ani synowi;
doskonale wie, że żaden z nich nie byłby tym zachwycony. Ale ona czuje
się teraz lepiej.
Po krótkim wahaniu Olivia wraca do komputera i na wszelki wypadek usuwa
list z dysku.
TRZY
Jest poniedziałek, szesnastego
października, wczesny poranek; niebo z każdą chwilą robi się coraz
jaśniejsze. Powietrze jest bardzo chłodne. Detektyw Webb stoi
nieruchomo, obserwując mgłę unoszącą się nad jeziorem. Trzyma w ręce
papierowy kubek z czarną kawą, która już dawno zdążyła wystygnąć.
Powierzchnia wody jest doskonale nieruchoma. Słyszy z oddali nawoływanie
jakiegoś ptaka. Przypominają mu się obozy, na które jeździł jako młody
chłopak. Byłoby tu sielsko i wspaniale, gdyby nie nurkowie, pojazdy,
rozmaity sprzęt oraz obsługujący go ludzie.
Tereny wokół Aylesford to idealne miejsca na wakacje. On sam spędził w tych okolicach urlop. Był tu razem z żoną. Ale dziś nie przyjechał ani
dla wypoczynku, ani dla rozrywki.
- Wciąż to pijesz? - pyta detektyw Moen, zerkając na niego z ukosa.
Moen to jego partnerka. O głowę niższa i o dziesięć lat młodsza -
dobiega trzydziestki. Jest niezwykle bystra. Webb lubi z nią pracować.
Ma krótkie brązowe włosy i przenikliwe niebieskie oczy. Teraz spogląda w jej stronę, kręci głową i wylewa zimną kawę na ziemię.
O świcie emeryt z okolicy, Bryan Roth, pływał tutaj łodzią. Chciał łowić
okonie. Będąc niedaleko od brzegu, odniósł wrażenie, że jego łódź
przepływa nad czymś dużym, jakby nad zatopionym samochodem. Zadzwonił na
policję. W efekcie na miejsce przyjechała ekipa nurków wysłana z biura
szeryfa. I nurkowie rzeczywiście znaleźli pod wodą samochód. Teraz
sprawdzają, co jeszcze kryje się na dnie.
Webb stoi nieruchomo i razem z Moen obserwuje powierzchnię jeziora.
Oboje czekają na efekty poszukiwań. Chcą wiedzieć, czy w samochodzie są
ludzkie zwłoki. Doświadczenie podpowiada Webbowi, że wkrótce je znajdą.
Tymczasem detektyw zastanawia się nad logistyką dalszego postępowania.
Do tego miejsca prowadzi wąska, kiepska droga. Dobre miejsce na
samobójstwo. Samochód leży na dnie niedaleko od brzegu, jednak brzeg w tym miejscu opada stromo i jezioro jest głębokie. Przy brzegu znajduje
się jedynie wąska, pochyła plaża. Webb odwraca głowę i jeszcze raz
patrzy na drogę za plecami. W pobliżu widzi ostry zakręt - gdyby ktoś
jechał za szybko, prowadził po pijanemu lub pod wpływem narkotyków, czy
mógłby nie zauważyć tego łuku i zsunąć się z samochodem do wody? Nie ma
tutaj żadnych znaków ostrzegawczych ani barierek, które chociaż
częściowo chroniłyby auto, gdyby kierowca stracił nad nim kontrolę.
Zastanawia się, od jak dawna ten samochód znajduje się w wodzie. Miejsce
jest raczej odludne. Samochód, który nawet przypadkowo wpadłby tutaj do
jeziora, mógłby w sprzyjających okolicznościach przez długi czas
pozostać niezauważony.
Webb skupia teraz uwagę na starszym mężczyźnie, który stoi na poboczu
drogi. Jest wyraźnie zdenerwowany.
Webb i Moen podchodzą do niego.
- To pan zauważył samochód? - pyta Webb.
Mężczyzna kiwa głową.
- Tak. Nazywam się Bryan Roth.
- A ja nazywam się Webb i jestem detektywem policyjnym, a to jest
detektyw Moen z komisariatu policji w Aylesford - odpowiada Webb i pokazuje Rothowi odznakę. - Regularnie pan tutaj łowi?
Mężczyzna kręci przecząco głową.
- Nie, nigdy dotąd nie łowiłem ryb w tym miejscu. A dzisiaj tylko
przepływałem - wskazuje palcem na wodę - miałem jednak haczyk w wodzie i usłyszałem, że o coś się otarł. Pochyliłem się, żeby sprawdzić, co to,
pociągnąłem za wędkę i zobaczyłem samochód.
- Dobrze, że pan do nas zadzwonił - mówi Moen.
Mężczyzna potakuje i wybucha krótkim nerwowym śmiechem.
- Porządnie się wystraszyłem. Nie spodziewałem się przecież, że znajdę w wodzie samochód. - Spogląda niepewnie na parę detektywów. - Myślicie, że
ktoś jest w środku?
- To prawdopodobne - odpowiada mu Webb.
Odwraca się i znów patrzy na jezioro. W tej chwili z wody wyłania się
głowa nurka. Mężczyzna kieruje wzrok w stronę Webba i zdecydowanie kręci
głową. Niczego nie znalazł.
- Oto odpowiedź na pańskie pytanie - mówi Webb do starszego mężczyzny.
Lecz sam Webb nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Skoro w samochodzie
nie ma zwłok, to w jaki sposób wóz znalazł się w wodzie? Kto siedział za
kierownicą? Może ktoś po prostu wepchnął do wody auto, które już mu nie
było potrzebne?
Moen wygląda na zaskoczoną.
Dlaczego samochód jest pusty? Może kierowca zdołał się z niego wydostać
i nie poinformował nikogo o wypadku, ponieważ prowadził po pijanemu?
Może auto zostało skradzione? W takim wypadku dopiero kiedy nurkowie
wyciągną je z wody i odczytają numery tablic rejestracyjnych, policja
będzie miała jakiś punkt zaczepienia.
Moen stoi obok Webba, i podobnie jak on w milczeniu rozważa wszelkie
ewentualności.
- Dziękujemy panu za pomoc. - Webb zwraca się do Rotha, po czym
zdecydowanym krokiem rusza w stronę brzegu.
Moen stara się za nim nadążyć. Starszy mężczyzna, pozostawiony sam
sobie, jeszcze za nimi spogląda.
Nurek właśnie wychodzi na brzeg. Kilku jego pomocników czeka w gotowości; ich zadaniem będzie wyciągnięcie pojazdu z wody. Robili to
już tysiące razy. Drugi nurek, gotowy do zanurzenia, wciąż czeka na
dyspozycje.
Ten, który wyszedł z wody, ściąga z twarzy maskę.
- To czterodrzwiowy sedan. Wszystkie okna ma otwarte. - Na chwilę
milknie, ale zaraz dodaje: - Nie wykluczam, że ktoś go zatopił celowo.
Webb przygryza dolną wargę.
- A jak długo tkwi na dnie?
- Według mnie od kilku tygodni.
- Jasne. Dzięki. Wyciągnijcie samochód na brzeg.
Policjanci wycofują się i do pracy przystępują fachowcy. Webb i Moen w milczeniu obserwują ich poczynania.
Po dłuższej chwili rozlega się szum i samochód wynurza się z wody. Unosi
się kilkadziesiąt centymetrów nad poziomem jeziora, kiedy po raz
pierwszy widzą go w całej okazałości. Woda wylewa się przez okna i szczeliny w drzwiach. Auto ocieka, zawieszone na sznurach.
Wreszcie dźwig przenosi je powoli na brzeg. Samochód osiada na ziemi i jeszcze przez chwilę się kołysze. Wciąż wycieka z niego woda. Starając
się nie zamoczyć butów, Webb powoli podchodzi do pojazdu. To prawie nowa
toyota camry. Rzeczywiście szyby we wszystkich oknach ma opuszczone.
Webb spogląda na fotel kierowcy i dostrzega pod nim niezdarnie upchniętą
damską torebkę. Zagląda do tylnej części auta i widzi torbę podróżną,
umieszczoną na podłodze pomiędzy fotelami. W powietrzu unosi się odór
stojącej wody z jeziora i zgnilizny. Webb wyciąga głowę z kabiny i zatrzymuje się przy bagażniku. Tablice rejestracyjne pochodzą z Nowego
Jorku. Zerka na Moen.
- Sprawdź je - mówi.
Kobieta potakuje i zapisuje numery rejestracyjne. Oboje nadal krążą
dookoła samochodu. Obszedłszy go, ponownie zatrzymują się z tyłu. Czas
otworzyć bagażnik. Webb ma złe przeczucia. Odwraca się i spogląda w kierunku Bryana Rotha, który zauważył pojazd w wodzie. Mężczyzna nie
zbliża się. Podobnie jak Webb jest pełen obaw, tyle że policjant tego
nie okazuje.
- Otwórzmy go - zarządza.
Ktoś z ekipy poszukiwawczej podchodzi do pojazdu z łomem w ręce. Bez
wątpienia ma wprawę - po jego krótkiej interwencji pokrywa bagażnika
natychmiast się unosi. Teraz wszyscy zaglądają do środka.
W bagażniku leży kobieta. Jest ułożona na plecach, nogi ma podkurczone.
Kompletnie ubrana, w dżinsach i w swetrze. Biała, w wieku około
trzydziestu lat, ma długie brązowe włosy. Webb dostrzega na jej palcach
obrączkę i pierścionek zaręczynowy z brylantem. Przed śmiercią kobieta
została okrutnie pobita. Jej skóra jest blada jak wosk. Ocalało tylko
jedno oko i jest ono szeroko otwarte. Patrzy na Webba, jakby prosiło o pomoc. Detektyw nie ma wątpliwości, że zmarła była piękną kobietą.
- Chryste - wzdycha Webb.
CZTERY
Carmine Torres wstaje w poniedziałek dość
wcześnie. Promienie słońca wkradają się już do domu przez frontowe okna,
gdy zbiega po schodach, ciesząc się na myśl o pierwszej porannej kawie.
Jest jeszcze na schodach, kiedy dostrzega białą kopertę leżącą na
ciemnej podłodze z twardego drewna tuż przy drzwiach. Dziwne. Nie było
jej tam, kiedy wieczorem szła do sypialni. To chyba jakaś przesyłka
reklamowa, myśli, a przecież na skrzynce pocztowej wyraźnie napisała, że
zakazuje dostarczania reklam.
Staje nad kopertą i w końcu ją podnosi. Nie ma na niej żadnej
informacji. Zastanawia się, czy nie wyrzucić jej do śmieci bez czytania,
jednak przez zwykłą ciekawość po chwili ją otwiera i powoli idzie do
kuchni.
Gdy jej wzrok pada na pierwsze słowa listu, który znajduje się w środku,
zatrzymuje się wpół kroku i nieruchomieje. Czyta:
Napisanie tego listu przychodzi mi z trudem. Mam nadzieję, że nie
znienawidzicie nas zbyt mocno. Trudno jest mi o tym nawet myśleć,
napiszę więc prosto z mostu.
Mój syn włamał się do tego domu, kiedy jego mieszkańców nie było na
miejscu. Zresztą włamał się nie tylko do was. Wiem, że to bardzo
nieprzyjemna sytuacja. Chłopiec przysięga, że niczego nie ukradł.
Dokładnie przeszukałam jego pokój i jestem pewna, że mówi prawdę.
Twierdzi, że tylko się rozejrzał. Był bardzo ostrożny, niczego nie
zniszczył, nie popsuł. Prawdopodobnie nawet nie wiecie, że u was był.
Muszę jednak poinformować, że myszkował w waszym komputerze - jest w tym
bardzo dobry - i przyznał mi, że napisał z cudzej poczty elektronicznej
jakieś głupie e-maile. Nie chce mi powiedzieć, jaka była ich zawartość -
myślę, że byłoby to dla niego zawstydzające - ale uważam, że musicie o tym wiedzieć. Czułabym się strasznie, gdyby ich treść sprawiła wam
jakiekolwiek kłopoty.
Jestem zażenowana zachowaniem syna. Przykro mi, że nie może was
przeprosić osobiście. Nie mogę wam ujawnić nazwiska mojego ani syna,
ponieważ jego ojciec martwi się, że w przypadku rozpoznania go zostaną
mu postawione zarzuty karne. Uwierzcie mi jednak, że przepraszam was z głębi serca. Jestem zawstydzona zachowaniem syna. Nastoletni chłopcy
czasami zachowują się jak ostatnie łobuzy.
Proszę, przyjmijcie moje przeprosiny. Zapewniam, że to się więcej nie
powtórzy. Za swój występek syn poniósł już poważne konsekwencje w domu.
Chciałam po prostu zawiadomić, co się stało, i zapewnić, że jest nam z tego powodu bardzo przykro.
Przerażona Carmine unosi wzrok znad kartki. Ktoś włamał się do jej domu?
Cóż za powitanie w nowym sąsiedztwie. Mieszka tutaj od kilku miesięcy;
wciąż się do tego miejsca przyzwyczaja, stara się poznawać ludzi,
zawierać znajomości.
List wywołuje u niej niepokój. To straszne - ktoś szwendał się po jej
domu, dotykał jej rzeczy, włamał się do komputera, a ona nawet tego nie
zauważyła. Teraz rozejrzy się, czy na pewno nic nie zginęło - nie
zamierza wierzyć autorce listu na słowo. Trochę jej współczuje, że ma
tak niesfornego syna. Chce się jednak dowiedzieć, kto myszkował po jej
domu.
***
Robert Pierce zatrzymuje się przed pierwszym stopniem schodów i patrzy
na białą kopertę leżącą w holu. Ktoś musiał ją wsunąć do środka przez
otwór na listy. Pewnie w nocy, kiedy spał.
Podchodzi ostrożnie do koperty. Jego bose stopy stąpają bezszelestnie po
podłodze z ciemnego drewna. Pochyla się, podnosi kopertę i przez chwilę
obraca ją w palcach. Jest niezaadresowana.
Otwiera i wyciąga z niej pojedynczą kartkę, a potem z niedowierzaniem
czyta list. Nikt go nie podpisał. Unosi wzrok i patrzy prosto w drzwi.
Niczego jednak nie widzi, zatopiony w myślach. Ktoś dostał się do jego
domu.
Siada na schodach i czyta list jeszcze raz. Buszował tutaj jakiś
nastolatek. Robert nie może w to uwierzyć.
Przez długi czas siedzi bez ruchu. Już wie, że wkrótce może mieć poważne
problemy.
***
W poniedziałek rano Raleigh wychodzi do szkoły. Cieszy się, że może w końcu wyjść z domu.
Czuje się wyalienowany. Przez cały weekend nie miał dostępu do
internetu. Bez telefonu komórkowego jest jak ślepiec. Nie ma możliwości,
żeby do kogoś zadzwonić, coś zaplanować, dowiedzieć się, co się dzieje u znajomych. Czuje się jak pilot w samolocie pozbawionym radaru. Ma
nadzieję, że dopadnie Marka na korytarzu szkolnym albo w kafejce,
ponieważ dziś nie mają żadnych wspólnych lekcji.
Ale Mark już czeka przy jego szafce na korytarzu. Oczywiście, domyślił
się, co się stało.
- Rodzice zabrali ci telefon? - pyta, kiedy Raleigh otwiera szafkę.
- Tak.
Jego złość na przyjaciela wyparowała. Przypomniał sobie, że przecież sam
wysyłał do niego równie głupie SMS-y. A poza tym bardzo go teraz
potrzebuje.
- Dlaczego? Co takiego zrobiłeś?
Raleigh pochyla się ku niemu.
- Te SMS-y, które mi wysłałeś... Mama je przeczytała. Rodzice o wszystkim
wiedzą.
Marka ogarnia strach.
- Cholera! Bardzo mi przykro.
A Raleighowi jest przykro, że w chwili głupiej brawury powiedział
Markowi o swoich wyczynach. Przechwalał się. Teraz żałuje, że nie
trzymał buzi na kłódkę.
Raleigh zerka przez ramię, aby się upewnić, że nikt ich nie podsłuchuje.
Ścisza głos.
- Chcą mnie zaprowadzić do jakiegoś prawnika i on ma zadecydować, co
dalej. Rodzice zastanawiają się, czy mnie nie wydać policji!
- Nie ma mowy. Nie zrobią tego. To są w końcu twoi rodzice.
- Tak, racja. Ale bardzo wkurzeni rodzice.
Raleigh ściąga plecak i kładzie go na podłodze.
- Zobaczymy się po lekcjach? - pyta Mark, wyraźnie wstrząśnięty.
- Jasne. Zaraz jak tylko skończymy. - Raleigh wybiera podręczniki na
pierwszą lekcję. - Kurwa, nienawidzę nie mieć telefonu.
***
Olivia ma mnóstwo pracy, ale nie potrafi się na niej skupić. Pracuje w domu jako adiustatorka podręczników dla dzieci. Ta praca zajmuje jej
dużo czasu, pozwala jednak również na zajmowanie się domem i rodziną.
Daje pewną satysfakcję, choć Olivia nie czuje się spełniona. Czasami, w marzeniach, chciałaby się zajmować czymś innym. Mogłaby zostać agentką
sprzedaży nieruchomości albo pracować w sklepie ogrodniczym. Nie ma
konkretnego pomysłu, mimo to myśl o zmianie pracy na atrakcyjniejszą
jest bardzo kusząca.
Olivia jest zbyt zdekoncentrowana, żeby pracować. Czeka na telefon od
Paula. Mąż ma ją zawiadomić, na którą godzinę umówił spotkanie z prawnikiem. Teraz, gdy wie, że nastąpi to dzisiaj, nie potrafi myśleć o niczym innym. Z wahaniem bierze do ręki telefon komórkowy i dzwoni do
Glendy Newell.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki