Podziękowania
Ta książka dojrzewała długo i powoli, więc jestem wdzięczny wszystkim,
którzy wspierali mnie w tym procesie. Redaktorom, którzy przedzierali
się przez ten dziwny gąszcz fikcji, psychobiografii i pedagogiki
psychoterapeutycznej: Marjorie Braman (była prawdziwą opoką i źródłem
pomocnych wskazówek w wydawnictwie HarperCollins), Kentowi Carrollowi
oraz moim wspaniałym domowym redaktorom: synowi Benowi i żonie Marilyn.
Wdzięczność kieruję do wszystkich przyjaciół i kolegów, którzy
przeczytali rękopis - całość albo fragmenty - i przekazali mi swoje
uwagi: do Vana i Margaret Harveyów, Waltera Sokela, Ruthellen Josselson,
Carolyn Zaroff, Murraya Bilmesa, Juliusa Kaplana, Scotta Wooda, Herba
Kotza, Rogera Walsha, Saula Spiro, Jean Rose, Helen Blau i Davida
Spiegela. Dziękuję grupie wsparcia zaprzyjaźnionych terapeutów, którzy
przez cały czas okazywali mi niegasnącą życzliwą pomoc. Jestem wdzięczny
mojej wspaniałej, obdarzonej wieloma talentami agentce Sandy Dijkstrze,
która między innymi zaproponowała tytuł tej książki (tak samo zresztą
jak i poprzedniej, Dar terapii). Dziękuję mojej asystentce naukowej
Geri Doran.
Większość korespondencji Schopenhauera nie została do tej pory
przetłumaczona albo przekłady były bardzo niezręczne. Jestem dozgonnie
wdzięczny Markusowi Buerginowi i Felixowi Reuterowi za ich usługi
translatorskie oraz za ogrom pracy przy bibliotecznej kwerendzie. Walter
Sokel okazał mi szczególne wsparcie intelektualne, a także pomógł
przetłumaczyć na angielski część otwierających rozdziały epigramów
Schopenhauera - jego tłumaczenie dużo lepiej oddaje jasny i mocny
przekaz autora.
Moja żona Marilyn jak zawsze była dla mnie źródłem wsparcia i miłości.
Podczas pisania tej powieści korzystałem z przewodnictwa wielu
wspaniałych książek. Szczególnie wdzięczny jestem Rudigerowi
Safranskiemu za wspaniałą biografię Schopenhauer. Dzikie czasy
filozofii (tłum. M. Falkowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008), a także za jego opinie i rady udzielane mi podczas długich rozmów w berlińskiej kafejce. Pomysł biblioterapii - czyli leczenia za pomocą
dzieł filozoficznych - pochodzi ze znakomitej książki Bryana Mageego
Wyznania filozofa (tłum. B. Chwedeńczuk, Prószyński i S-ka, Warszawa
2000). Zainspirowały mnie też następujące książki: The Philosophy of
Schopenhauer [Filozofia Schopenhauera] Bryana Mageego (Clarendon
Press, Oxford 1983; wydanie poprawione 1997); Schopenhauer: The Human
Character [Schopenhauer - charakter człowieka] Johna E. Atwella
(Temple University Press, Philadelphia 1990); Schopenhauer
Christophera Janewaya (Oxford University Press, Oxford 1994); The
Philosophers: Their Lives and the Nature of their Thought
[Filozofowie. Ich życie i natura myśli] Bena-Amiego Scharfsteina
(Oxford University Press, New York 1989); Schopenhauer Patricka
Gardinera (Saint Augustine's Press, 1997); The Philosophy of
Disenchantment [Filozofia rozczarowania] Edgara Saltusa (Peter Eckler
Publishing Co., New York 1885); The Cambridge Companion to
Schopenhauer [Przewodnik po Schopenhauerze] Christophera Janewaya
(Cambridge University Press, Cambridge 1999); Schopenhauer Michaela
Tannera (Routledge, New York 1999); Arthur Schopenhauer: Philosopher of
Pessimism [Arthur Schopenhauer - filozof pesymizmu] Fredericka
Coplestona (Chapel River Press, Andover 1946); O pocieszeniach, jakie
daje filozofia Alaina de Bottona (tłum. P. Piasecki, Czuły Barbarzyńca,
Warszawa 2011); Philosophical Counseling [Doradztwo filozoficzne]
Petera Raabego (Praeger, Westport, Conn.); Philosophy Practice: An
Alternative to Counseling and Psychotherapy [Praktyka filozoficzna
jako alternatywa dla doradztwa i psychoterapii] Shlomita C. Schustera
(Praeger, Westport, Conn. 1999); Plato Not Prozac [Platon, a nie
prozac] Lou Marinoffa (New HarperCollins, New York 1999); Philosophy
as a Way of Life: Spiritual Exercises from Socrates to Foucault
[Filozofia jako sposób życia. Ćwiczenia duchowe od Sokratesa do
Foucaulta] pod redakcją Pierre'a Hadota i Arnolda I. Davidsona (tłum.
Michael Chase, Blackwell, New Haven 1995); The Therapy of Desire
[Terapia pożądania] Marthy Nussbaum (Princeton Univ. Press, Princeton,
N.J. 1994); Philosophy for Counseling and Psychotherapy: Pythagoras to
Postmodernism [Filozofia w doradztwie i psychoterapii. Od Pitagorasa
do postmodernizmu] Alexa Howarda (Macmillan, London 2000).
Każdym oddechem bronimy się przed wciskającą się nieustannie śmiercią
(...) Ostatecznie musi ona zwyciężyć, gdyż przypadliśmy jej w udziale już
na skutek narodzin i tylko igra ona przez chwilę ze swym łupem, nim go
pożre. A tymczasem kontynuujemy nasze życie z silnym zaangażowaniem i dużą troską, póki to tylko możliwe, tak jak wydmuchuje się możliwie
największą bańkę mydlaną, chociaż wiadomo z całą pewnością, że pęknie.
A. Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, tłum. J. Garewicz
1
Julius dobrze znał wszystkie wzniosłe słowa o życiu i śmierci.
Przyznawał rację stoikom mówiącym, że ledwie przyjdziemy na świat,
zaczynamy umierać. Zgadzał się z Epikurem, który wywodził: "Tam, gdzie
ja jestem, nie ma śmierci, a tam, gdzie śmierć, mnie już nie ma. Czemu
więc mam się jej obawiać?". Jako lekarz i psychiatra wielokrotnie
szeptał umierającym takie słowa pociechy.
Wierzył, że te mroczne przemyślenia pomagają jego pacjentom, ale nigdy
nie przyszło mu do głowy, że odnoszą się również do niego. W każdym
razie nie przed tą straszną chwilą cztery lata temu, która na zawsze
odmieniła jego życie.
To się wydarzyło podczas corocznego rutynowego badania. Jego internista
Herb Katz - stary przyjaciel, jeszcze z czasów studiów medycznych -
kazał mu się ubrać i przyjść do gabinetu po szczegółowe wyjaśnienia i wskazówki.
Herb siedział przy biurku, przeglądając wyniki badań.
- Całkiem nieźle jak na sześćdziesięciopięcioletniego starucha. Prostata
trochę powiększona, ale ja mam tak samo. Morfologia, cholesterol,
lipidy, wszystko w normie. Najwyraźniej leki i odpowiednia dieta robią
swoje. Masz tu receptę na Lipitor, jeśli będziesz nadal biegał,
cholesterol nie wzrośnie. No i możesz od czasu do czasu pozwolić sobie
na jedno jajko. Ja zjadam dwa co niedziela. A to recepta na Synthroid,
trochę zwiększyłem dawkę. Tarczyca powoli przestaje pracować, zdrowe
komórki obumierają, a w ich miejsce powstają zwłóknienia. Jak pewnie
wiesz, to łagodne zmiany. Występują niemal u wszystkich. Też biorę leki
tarczycowe. No cóż - ciągnął. - Wszystko powoli się starzeje. Chrząstki
w kolanie też ci się zużywają, zanikają mieszki włosowe, dyski lędźwiowe
nie są tam, gdzie kiedyś. Co więcej, pogarsza ci się stan skóry. Komórki
nabłonkowe niszczeją. Spójrz tylko na te starcze zrogowacenia na
policzkach, chodzi mi o te brązowe zmiany. - Uniósł małe lusterko, żeby
Julius mógł się w nim przejrzeć. - Przybyło ich chyba kilkanaście od
czasu ostatniej wizyty. Dużo czasu spędzasz na słońcu? Nosisz kapelusz z szerokim rondem, jak ci radziłem? Powinieneś pokazać to dermatologowi.
Bob King jest całkiem niezły. Przyjmuje w sąsiednim budynku. Tu jest
jego numer. Znasz go?
Julius skinął głową.
- Wypali ci te nieładne znamiona kroplą płynnego azotu. W zeszłym
miesiącu mnie też kilka usunął. Nic wielkiego, pięć, dziesięć minut i po
sprawie. Dziś wielu lekarzy wykonuje taki zabieg. I chciałbym, żeby przy
okazji zerknął na znamię na plecach, obok prawej łopatki. Wygląda
inaczej niż reszta, nierówno rozłożony pigment, nieostre krawędzie. To
pewnie nic poważnego, ale na wszelki wypadek niech je obejrzy. Dobra,
stary?
"To pewnie nic poważnego, ale na wszelki wypadek niech je obejrzy".
Julius zauważył w głosie Herba napięcie i wymuszoną swobodę. No i nie
łudźmy się, sformułowanie "nierówno rozłożony pigment, nieostre
krawędzie" dla każdego lekarza zabrzmiałoby alarmująco. Było szyfrem
oznaczającym podejrzenie czerniaka. I teraz, z perspektywy czasu, Julius
mógł stwierdzić, że te słowa wyznaczyły punkt, w którym skończyło się
jego beztroskie życie, a śmierć, wróg do tej pory niewidzialny, ukazała
się w całej przerażającej prawdzie. Pojawiła się i nie odeszła, stała u jego boku, a wszystkie potworności, które nastąpiły później, były jak
przewidywalne dopiski.
Wiele lat wcześniej Bob King był pacjentem Juliusa, zresztą jak wielu
lekarzy w San Francisco. Julius od trzydziestu lat przewodził środowisku
psychiatrów. Jako profesor psychiatrii na Uniwersytecie Kalifornijskim
wykształcił setki studentów, a pięć lat temu został prezesem
Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.
Jaką miał opinię? Świetnego lekarza lekarzy. Terapeuty, który jest
ostatnią deską ratunku, sprytnego czarodzieja, który zrobi wszystko, co
w jego mocy, żeby pomóc pacjentowi. To dlatego Bob King zwrócił się do
niego dziesięć lat wcześniej z problemem wieloletniego uzależnienia od
Vicodinu (lekarze chętnie po niego sięgali, bo był łatwo dostępny). King
znalazł się wtedy w poważnych tarapatach. Przyjmował ogromne dawki
Vicodinu, małżeństwo mu się rozpadało, praktyka kulała, a żeby zasnąć
wieczorem, musiał się porządnie odurzyć.
Postanowił pójść na terapię, jednak napotkał poważne przeszkody. Wszyscy
terapeuci kazali mu przystąpić do programu odwykowego dla lekarzy, na co
Bob nie mógł przystać. Nie zamierzał uczestniczyć w grupowej terapii i obnażać się przed innymi medykami narkomanami. Terapeuci byli jednak
nieustępliwi. Za podjęcie się leczenia uzależnionego praktykującego
lekarza bez włączenia go w oficjalny program odwykowy groziły im
konsekwencje - ukaranie przez komisję lekarską albo proces sądowy, gdyby
pacjent popełnił błąd w sztuce medycznej.
Bobowi pozostawało jedynie zawieszenie praktyki i wyjazd do innego
miasta, gdzie mógłby anonimowo poddać się leczeniu. Ale wcześniej
sięgnął po ostatnią deskę ratunku - poprosił Juliusa o pomoc. A ten
zaryzykował, uwierzył, że King sam odstawi Vicodin. I choć terapia nie
była łatwa, jak zawsze w przypadku osób uzależnionych, Julius pracował z Bobem przez następne trzy lata bez pomocy oficjalnego programu
odwykowego. Chyba każdy psychiatra ma taką tajemnicę - sukces
terapeutyczny, o którym nie wolno mówić ani pisać.
Po wyjściu z gabinetu internisty Julius wsiadł do auta. Wydawało mu się,
że samochód aż się trzęsie, tak mocno biło mu serce. Wciągnął głęboko
powietrze, żeby opanować narastające przerażenie, potem drugi raz i trzeci, wreszcie wyjął telefon i drżącymi palcami wybrał numer Boba
Kinga, żeby umówić się z nim na pilną wizytę.
- Nie podoba mi się to - mruknął Bob, oglądając następnego ranka plecy
Juliusa przez dużą lupę. - Z dwoma lusterkami sam będziesz mógł
zobaczyć.
Ustawił pacjenta przed lustrem ściennym, a drugie, ręczne lusterko
zbliżył do znamienia na skórze. Julius zerknął na odbicie Boba w lustrze
- jasne włosy, rumiana twarz, grube okulary spoczywające na wielkim
nochalu - i przypomniał sobie, jak Bob opowiadał mu, że dzieci w szkole
dręczyły go przezwiskiem Ogórkowy Nos. Nie zmienił się przez te dziesięć
lat. Wiecznie zabiegany, zasapany, zawsze dziesięć minut spóźniony.
Kiedy wpadał do gabinetu, Juliusowi zawsze przypominał się Biały Królik
z Alicji w Krainie Czarów, ciągle spóźniony na bardzo ważne spotkanie.
Bob utył trochę, ale wciąż był tak samo niski. Wyglądał jak dermatolog.
Bo czy ktoś widział kiedyś wysokiego dermatologa? Julius spojrzał mu w oczy - och, och, chyba czaił się w nich niepokój, źrenice były
powiększone.
- Tu jest ta bestia. - Bob pokazywał ołówkiem zmianę na skórze. - To
płaskie znamię pod prawą łopatką. Widzisz?
Julius skinął głową.
Bob przyłożył do pieprzyka linijkę i mówił dalej:
- Ma niecały centymetr. Pamiętasz pewnie tę podstawową regułę ABCD z zajęć z dermatologii...
- Nic nie pamiętam z dermatologii - przerwał mu Julius. - Potraktuj mnie
jak laika.
- Dobra. A jak asymetria. Spójrz tutaj. - Przesunął czubkiem ołówka
wokół zarysu znamienia. - Nie jest idealnie okrągłe jak inne pieprzyki
na plecach, o, choćby ten i ten. - Wskazał dwa najbliższe znamiona.
Julius wziął głęboki wdech, żeby choć trochę pozbyć się napięcia.
- B jak brzegi nieregularne. O, tutaj, trochę słabo widać. - Bob znów
pokazał na podłopatkową zmianę. - U góry granica jest ostra, ale tu, od
strony przyśrodkowej, robi się niewyraźna, zlewa się ze skórą. C jak
czerwony, czarny, niejednolity kolor. Po tej stronie pieprzyk jest
jasnobrązowy. W powiększeniu widzę fragment czerwony, czarny, a nawet
szary. D jak duży rozmiar. Na moje oko jakieś siedem ósmych centymetra.
Całkiem spory, ale nie wiemy, jak długo tu siedzi, czyli jak szybko się
rozwija. Herb Katz mówi, że w zeszłym roku go nie miałeś. No i wreszcie
w powiększeniu widać, że środek jest owrzodzony.
Bob odłożył lusterko.
- Możesz włożyć koszulę - powiedział i kiedy pacjent zapinał guziki,
usiadł na niewielkim taborecie. - No cóż, znasz literaturę medyczną -
odezwał się. - Są podstawy do niepokoju.
- Posłuchaj - rzucił Julius. - Pewnie przez naszą dawną znajomość może
to być dla ciebie trudne, ale nie przerzucaj na mnie swojej roboty. Nie
zakładaj, że cokolwiek wiem na ten temat. I miej na uwadze, że moje
przerażenie powoli zmierza w kierunku paniki. Weź to na siebie, bądź ze
mną szczery i zajmij się mną. Tak jak ja zająłem się tobą. I patrz na
mnie! Jak unikasz mojego wzroku, zaczynam się bać jak cholera.
- Racja. Przepraszam. - Bob spojrzał Juliusowi w oczy. - Rzeczywiście,
stałeś przy mnie murem. A teraz ja zrobię to dla ciebie. - Chrząknął. -
Dobra, wedle mojej najlepszej wiedzy to czerniak. - Widząc skurcz na
twarzy Juliusa, dorzucił: - Ale ta diagnoza niewiele nam mówi.
Większość, podkreślam, większość przypadków czerniaka da się łatwo
wyleczyć, choć niektóre potrafią być paskudne. Musimy mieć opinię
patologa. Czy to rzeczywiście czerniak? Jeśli tak, jak głęboko sięga?
Czy się gdzieś rozsiał? Dlatego najpierw zrobimy biopsję i wyślemy
próbkę do analizy. Zaraz po naszej rozmowie zadzwonię do chirurga, żeby
wyciął fragment. Będę przy zabiegu. Potem badanie zamrożonego materiału.
Jeśli wynik będzie negatywny, to mamy spokój. Jeśli będzie pozytywny,
jeśli okaże się, że to czerniak, usuniemy najbardziej podejrzany guzek,
a nawet kilka, jeśli będzie to konieczne. Obejdzie się bez
hospitalizacji, zabieg można wykonać ambulatoryjnie. Ale przez kilka dni
miejsce wycięcia może być trochę bolesne. Nic więcej ci nie powiem,
dopóki nie będę miał wyników biopsji. I tak jak prosiłeś, zajmę się
tobą. Możesz mi zaufać, miałem już setki podobnych przypadków. Moja
pielęgniarka zadzwoni do ciebie po południu. Poda ci termin i powie, jak
masz się przygotować. W porządku?
Julius skinął głową. Obaj wstali.
- Bardzo mi przykro - odezwał się Bob. - Wolałbym ci tego oszczędzić,
ale nie mogę. - Podał Juliusowi skoroszyt. - Pewnie nie będziesz miał
ochoty tego czytać, ale zawsze daję te materiały pacjentom. Jedni
potrzebują takich informacji, inni wyrzucają teczkę do kosza, gdy tylko
wyjdą na korytarz. Mam nadzieję, że po biopsji będę miał dla ciebie
lepsze wiadomości.
Ale lepsze wiadomości już się nie pojawiły - każda kolejna była jeszcze
bardziej posępna.
Spotkali się ponownie trzy dni po wykonaniu biopsji. Bob wyjął wyniki.
- Chcesz przeczytać? - spytał. A widząc, że Julius kręci głową, sam
przebiegł wzrokiem kartkę. - No to po kolei. Powiem wprost: nie jest
dobrze. To czerniak, na dodatek ma kilka... szczególnych cech: sięga
głęboko, ponad cztery milimetry, jest owrzodziały, masz też pięć innych
guzków.
- Co to znaczy? Bob, o co chodzi? "Szczególnych"? Cztery milimetry,
owrzodzenia, pięć guzków? Bądź ze mną szczery. Wytłumacz mi to jak
laikowi.
- To nie są dobre wieści. Czerniak jest duży i rozszedł się do innych
znamion. Prawdziwe zagrożenie stanowią jednak dalsze przerzuty, ale o nich będziemy coś wiedzieli dopiero po zrobieniu tomografii, na którą
cię zapisałem na jutro na ósmą.
Wrócili do tej rozmowy dwa dni później. Bob oznajmił, że tomografia nie
wykazała żadnych przerzutów. To była pierwsza dobra wiadomość.
- Musisz jednak pamiętać, Juliusie, że ten czerniak jest groźny.
- Jak groźny? - Głos Juliusa lekko się załamał. - Jakie daje szanse
przeżycia?
- Dobrze wiesz, że odpowiedź na takie pytanie ma charakter statystyczny.
A każdy przypadek jest inny. Ale przy czerniaku z owrzodzeniem, głębokim
na cztery milimetry, z pięcioma dodatkowymi guzkami, statystycznie rzecz
biorąc, szanse na przeżycie pięciu lat wynoszą dwadzieścia pięć procent.
Julius siedział przez dłuższą chwilę z opuszczoną głową. Serce waliło mu
w piersi, miał łzy w oczach.
- Mów dalej - powiedział w końcu. - Doceniam twoją szczerość. Muszę
uprzedzić moich pacjentów. Jak szybko to się potoczy?
- Nie da się dokładnie przewidzieć. Właściwie nic się nie zmieni, dopóki
czerniak nie pojawi się gdzie indziej. A wtedy choroba może się rozwinąć
bardzo szybko, zwłaszcza gdy wystąpią przerzuty. Może to być kwestia
tygodni albo miesięcy. Co do pacjentów, też trudno powiedzieć, ale
myślę, że masz przed sobą co najmniej rok w dobrym zdrowiu.
Julius pokiwał opuszczoną głową.
- Gdzie jest twoja rodzina? - zagadnął Bob. - Ktoś powinien był z tobą
przyjechać.
- Jak pewnie wiesz, moja żona zmarła dziesięć lat temu. Syn mieszka na
Wschodnim Wybrzeżu, a córka w Santa Barbara. Jeszcze nic im nie mówiłem.
Nie chciałem ich denerwować bez potrzeby. Chyba wolę lizać rany w samotności, ale w razie czego córka z pewnością od razu przyjedzie.
- Przykro mi, że musiałeś to ode mnie usłyszeć. Na koniec wiadomość na
pocieszenie. W kilkunastu laboratoriach w kraju i na świecie trwają
obecnie intensywne badania. Z nieznanych przyczyn zachorowalność na
czerniaka wzrosła niemal dwukrotnie w ciągu ostatnich dziesięciu lat,
stąd wielkie zainteresowanie naukowców. Być może już wkrótce dojdzie do
przełomowego odkrycia.
* * *
Przez następny tydzień Julius był jak ogłuszony. Jego córka Evelyn,
wykładowczyni filologii klasycznej, odwołała zajęcia i przyjechała na
kilka dni. Julius szczegółowo wyjaśnił swoje położenie jej, swojemu
synowi, siostrze i bratu oraz najbliższym przyjaciołom. Często budził
się przerażony o trzeciej nad ranem, z trudem chwytając powietrze.
Odwołał terapię grupową i wizyty pacjentów zaplanowane na najbliższe dwa
tygodnie. I całymi godzinami zastanawiał się, jak ma im o wszystkim
powiedzieć.
Lustro zapewniało go, że nie wygląda na człowieka, który dotarł do kresu
życia. Przebiegał co dzień pięć kilometrów, więc miał młode, umięśnione
ciało bez śladu tłuszczu. I tylko kilka zmarszczek wokół oczu i ust.
Jego ojciec, kiedy umierał, w ogóle ich nie miał. I te zielone oczy.
Julius zawsze był z nich dumny. Patrzyły szczerze i stanowczo. Takim
oczom można było zaufać, potrafiły wytrzymać każde spojrzenie. Oczy
szesnastolatka. Młodzieniec i umierający mężczyzna przyglądali się teraz
sobie poprzez całe dziesięciolecia.
Julius spojrzał na swoje usta. Pełne, życzliwe. Nawet teraz, w dniach
rozpaczy, w ich kącikach czaił się ciepły uśmiech. Wciąż miał gęstą
czuprynę niesfornych ciemnych loków. Gdy jako nastolatek mieszkał na
Bronksie, siwowłosy fryzjer z czerwonymi policzkami, antysemita, którego
zakład mieścił się między sklepem z cukierkami Meyera a sklepem mięsnym
Morrisa, przeklinał jego sztywne włosy, szarpiąc je metalowym
grzebieniem i cieniując specjalnymi nożyczkami. A teraz Meyer, Morris i fryzjer dawno już nie żyli, a szesnastoletni Julius znalazł się na
krótkiej liście śmierci.
Pewnego popołudnia poszedł do czytelni wydziału medycznego, żeby
zapoznać się z literaturą na temat czerniaka i odzyskać choć trochę
kontroli nad sytuacją. Ale mu się nie udało. Wręcz poczuł się gorzej.
Kiedy się zagłębiał w opisy choroby, czerniak zaczął mu się jawić jako
nienasycona istota coraz głębiej zapuszczająca ciemne macki w jego
ciele. Wstrząsnęła nim świadomość, że nie jest już najwyższą formą
życia. Stał się gospodarzem. Pożywieniem dla lepiej przystosowanego
organizmu, którego żarłoczne komórki dzieliły się w oszałamiającym
tempie, organizmu, który w wojnie błyskawicznej zajmował ościenną
protoplazmę, a teraz z pewnością przygotowywał grupy komórek do ataku
przez układ krwionośny i kolonizacji odległych organów, na przykład
słodkich, kruchych żerowisk w wątrobie albo wilgotnych pastwisk w płucach.
Julius odsunął od siebie książkę. Minął już tydzień, najwyższy czas
skupić się na tym, co najważniejsze. Stanąć twarzą w twarz z tym, co się
wydarzyło. Usiądź, rozkazał sobie Julius. Usiądź i zacznij medytować o śmierci. Zamknął oczy.
A więc, pomyślał, śmierć wkroczyła na scenę. Co za banalne wejście -
kurtyna rozsunęła się gwałtownie, szarpnięta przez tłuściutkiego
dermatologa z ogórkowatym nosem i lupą w dłoni, którego kostiumem był
biały szpitalny fartuch z nazwiskiem wyszytym granatową nitką nad
kieszonką na piersi.
Scena końcowa spektaklu? Zapewne okaże się tak samo banalna. A jego,
Juliusa, kostiumem będzie służąca mu za piżamę pognieciona pasiasta
koszulka New York Yankees z należącym do DiMaggio numerem pięć na
plecach. Dekoracje? To samo podwójne łóżko, na którym spał od
trzydziestu lat, zmięte ubrania na krzesełku obok, a na nocnym stoliku
stos nieprzeczytanych powieści, nieświadomych, że ich czas nigdy już nie
nadejdzie. Ckliwy, rozczarowujący finał. A przecież ta wspaniała
przygoda - jego życie - myślał Julius, zasługuje na coś bardziej... coś
bardziej... właśnie, na co?
Przypomniała mu się scena, której był świadkiem kilka miesięcy temu
podczas wakacji na Hawajach. Wybrał się na pieszą wycieczkę i przypadkiem napotkał duży ośrodek buddyjski. Zobaczył tam kobietę
spacerującą po kolistym labiryncie ułożonym z kawałków lawy. Dotarłszy
do centrum labiryntu, kobieta stanęła nieruchomo, trwając przez dłuższy
czas w medytacji. Odruchową reakcją Juliusa na takie religijne rytuały
nie była życzliwość, raczej coś pomiędzy drwiną a odrazą.
Teraz jednak, myśląc o medytującej młodej kobiecie, doświadczał
cieplejszych uczuć - zalało go współczucie dla niej i dla wszystkich
ludzi, ofiar kaprysu ewolucji, która dała im samoświadomość, ale
pozbawioną psychologicznego wyposażenia niezbędnego do radzenia sobie z bólem kruchości egzystencji. Od lat, od stuleci, od tysiącleci zawzięcie
tworzymy rozmaite formy negowania skończoności. Czy kiedykolwiek
przestaniemy poszukiwać wyższej mocy, z którą będziemy mogli się stopić
i istnieć wiecznie? Czy przestaniemy wypatrywać danych przez Boga
instrukcji obsługi, tropić dowody na istnienie większego zamysłu,
obmyślać rytuały i ceremonie?
Juliusowi przyszło jednak do głowy, że skoro jego imię już się znalazło
w grafiku śmierci, to może mała ceremonia wcale by nie zaszkodziła?
Drgnął na tę myśl, jakby go coś oparzyło - tak bardzo kłóciła się z jego
całożyciowym sprzeciwem wobec rytuałów. Zawsze pogardzał metodami,
którymi religie odzierają swoich wyznawców z rozumu i wolności. Te
wszystkie ceremonialne szaty, kadzidła, święte księgi, hipnotyzujące
chorały gregoriańskie, młynki modlitewne, dywaniki, szale, naczynia z czaszek, biskupie mitry i pastorały, święty chleb i wino, ostatnie
namaszczenie, falujące głowy i ciała kołyszące się w rytm kościelnych
śpiewów uważał za rekwizyty największego w historii szwindlu, gry, która
dawała władzę przywódcom i zaspokajała tęsknotę wiernych za
podporządkowaniem.
Ale teraz, czując na sobie oddech śmierci, Julius zauważył, że jego
zawziętość słabnie. Może negował jedynie narzucone rytuały? Może
dałoby się znaleźć dobrą nazwę dla małej osobistej ceremonii? Wzruszało
go, gdy czytał w gazetach, że strażacy z nowojorskiej strefy zero
zatrzymywali się i z szacunkiem zdejmowali czapki, gdy wydobywano
kolejne palety z ludzkimi szczątkami. Nie ma przecież nic złego w oddawaniu czci zmarłym... nie, nie zmarłym, bardziej ich życiu. A może
było w tym coś więcej niż oddawanie czci, coś więcej niż uświęcanie?
Może był to szczególny gest, rytuał wyrażający poczucie więzi?
Świadomość połączenia, jedności z ofiarami?
Julius miał okazję doświadczyć takiego połączenia, kiedy kilka dni po
wizycie u dermatologa brał udział w spotkaniu grupy wsparcia dla
psychiatrów. Wszyscy osłupieli, kiedy powiedział im o czerniaku.
Zachęcony przez kolegów, mógł się do końca wygadać, a potem pozostali
wyrażali po kolei swoje smutek i zaskoczenie. Juliusowi trudno było
znaleźć odpowiednie słowa, innym też. Kilka osób zaczynało mówić, ale
zaraz milkło, a potem jakby cała grupa umówiła się, że słowa są
niepotrzebne. Przez ostatnie dwadzieścia minut wszyscy siedzieli w milczeniu. Zazwyczaj podczas grupowych spotkań taka przedłużająca się
cisza jest niezręczna, ale tym razem działała inaczej, niemal kojąco.
Juliusowi wstyd było przyznać, nawet przed samym sobą, że ta cisza była
"święta". Później przyszło mu do głowy, że jego koledzy nie tylko
wyrażali w ten sposób swój smutek, ale jakby stawali na baczność z odkrytymi głowami, łączyli się z nim i oddawali cześć jego życiu.
I może nawet, zastanawiał się Julius, oddawali cześć także swojemu
życiu? Bo co więcej jest nam dane, poza tym cudownym, błogosławionym
okresem istnienia i samoświadomości? Jeśli coś zasługuje na hołd, to
tylko to - bezcenny dar zwykłej egzystencji. Poddawanie się rozpaczy, bo
nasze życie jest skończone, bo nie zmierza do żadnego celu, bo nie kryje
się w nim wielki zamysł, jest rażącą niewdzięcznością. Wymyślanie
wszechmocnego stwórcy i spędzanie całego życia na klęczkach nie ma
najmniejszego sensu. I jest marnotrawstwem. Miłości tak bardzo brakuje
na Ziemi, więc po co trwonić ją dla fantazmatów? Lepiej przyjąć
rozwiązanie Spinozy i Einsteina: pokłonić się, uchylić kapelusza przed
prawami i tajemnicą natury, a potem zająć się swoim życiem.
Takie refleksje nie były dla Juliusa niczym nowym - zawsze zdawał sobie
sprawę ze skończoności i ulotności świadomości. Ale jest różnica między
wiedzieć a wiedzieć. Obecność śmierci na scenie przybliżyła go do
prawdziwej wiedzy. I to nie dlatego, że nagle zmądrzał: po prostu
odsunięcie tego, co rozpraszało uwagę - ambicji, namiętności, pieniędzy,
aprobaty, sławy - dało mu czystsze spojrzenie. Czy nie o takim odcięciu
przywiązania mówił Budda? Może, ale Julius wolał ścieżkę Greków:
wszystko z umiarem. Tracimy z życia zbyt wiele, nigdy nie zdejmując
płaszczy i nie dołączając do zabawy. Po co się spieszyć do wyjścia przed
godziną zamknięcia?
Kilka dni później, kiedy ataki paniki stały się rzadsze, Julius znów
zaczął myśleć o przyszłości. Rok, tak powiedział Bob King. "Masz przed
sobą co najmniej rok w dobrym zdrowiu". Ale jak przeżyć ten czas? Julius
postanowił jedno: nie pozwoli, żeby rozpacz zamieniła ten dobry rok w zły tylko dlatego, że to zaledwie rok.
Nie mogąc pewnej nocy spać, zaczął przeglądać książki w bibliotece.
Wśród pozycji ze swojej dziedziny nie znalazł nic, co by choć w nikłym
stopniu odnosiło się do jego obecnej sytuacji, nic, co by mówiło, jak
człowiek powinien żyć albo jak odnaleźć sens w dniach, które mu
pozostały. I wtedy jego wzrok padł na wielokrotnie czytany egzemplarz
Tako rzecze Zaratustra Nietzschego. Doskonale znał tę lekturę. Kilka
dekad temu przestudiował ją dokładnie, pisząc artykuł o ważnym, ale mało
dostrzeganym wpływie Nietzschego na Freuda. Zaratustra był zuchwałą
książką, która zdaniem Juliusa lepiej niż jakakolwiek inna pokazywała,
jak szanować życie i jak się nim cieszyć. Tak, to może być jakiś trop.
Zbyt zdenerwowany, żeby czytać wszystko po kolei, zaczął przerzucać
kartki, wybierając cytaty, które kiedyś podkreślił. "Wszelkie "Było"
przetworzyć w "Takem ja właśnie pragnął!" - oto cobym dopiero
wyzwoleniem zwał!"1
Julius rozumiał te słowa tak, że trzeba wybrać swoje życie. Być jego
podmiotem, a nie przedmiotem. Innymi słowy, powinien pokochać swoje
przeznaczenie. A nad tym wszystkim unosiło się ponawiane przez
Zaratustrę pytanie, czy bylibyśmy gotowi powtarzać swoje życie bez
najmniejszej zmiany nie raz, lecz po wieczność. Ciekawy eksperyment
myślowy - a im dłużej się nad tym zastanawiał, tym wyraźniej widział
przesłanie Nietzschego: mamy żyć tak, żeby chcieć wiecznie powtarzać
swoje losy.
Julius przewracał kartki, aż zatrzymał się na dwóch fragmentach
zaznaczonych odblaskowym różowym flamastrem. Jeden był o tym, żeby
spełnić swoje życie, a drugi o umieraniu w porę.
Tak, trafione w punkt! Przeżyj życie w pełni, a potem - i tylko wtedy -
możesz umrzeć. Nie pozostawiaj za sobą nieprzeżytego życia. Julius
często porównywał słowa Nietzschego do testu Rorschacha - oba źródła
podsuwały rozmaite punkty widzenia, a ich interpretacja zależała tylko
od umysłu czytającego. Teraz czytał te słowa z zupełnie innym
nastawieniem. Bliskość śmierci podpowiadała zupełnie nowe, bardziej
światłe rozumienie. Na kolejnych stronach dostrzegał dowody na
panteistyczną spójność, które wcześniej mu umknęły. Owszem, Zaratustra
wychwalał samotność, wręcz ją gloryfikował, wymagał odosobnienia, w którym mogły się narodzić wznioślejsze myśli, ale jednocześnie kochał i wspierał innych, pomagał im w samodoskonaleniu i przekraczaniu siebie,
dzielił się dojrzałością. Dzielić się dojrzałością - o to właśnie
chodzi.
Julius odłożył Zaratustrę na miejsce, a potem siedział w ciemności,
patrząc na reflektory aut na moście Golden Gate i rozmyślając nad
słowami Nietzschego. Po kilku minutach miał już jasność: wiedział
dokładnie, co będzie robił i jak przeżyje swój ostatni rok. Będzie żył
tak jak w zeszłym roku i dwa lata temu, i jeszcze wcześniej. Kochał
zawód terapeuty. Lubił wchodzić w kontakt z ludźmi i pomagać im ożywiać
różne części psychiki. Może była to sublimacja utraconej więzi z żoną,
może potrzebował poklasku, uznania i wdzięczności ze strony tych, którym
pomagał. Ale nawet jeśli w grę wchodziły mniej szlachetne motywy, to i tak był pełen wdzięczności za swoją pracę. Bogu niech będą dzięki!
Julius podszedł do regału z dokumentami i otworzył szufladę wypełnioną
nagraniami z sesji i kartami pacjentów, których przyjmował wiele lat
temu. Wpatrywał się w nazwiska - każda karta była jak pomnik na cześć
przejmującego ludzkiego dramatu, który dawno temu rozgrywał się w tym
pokoju. Przerzucając skoroszyty, od razu przypominał sobie większość
twarzy. Pamięć innych wyblakła, ale wystarczyło kilka akapitów notatek,
żeby znów stała się wyraźna. Tylko kilku pacjentów nie mógł sobie
przypomnieć - twarze i przypisane im losy zniknęły na zawsze.
Jak większość terapeutów Julius z trudem odcinał się od ataków i oskarżeń wymierzanych w psychoterapię. Napaści przychodziły z wielu
kierunków - ze strony firm farmaceutycznych i organizacji zapewniających
opiekę zdrowotną, które finansowały pobieżne badania mające na celu
potwierdzenie skuteczności leków i terapii krótkoterminowych; mediów,
które bardzo chętnie ośmieszały terapeutów; behawiorystów; mówców
motywacyjnych; całych rzesz newage'owych uzdrowicieli i przywódców sekt,
rywalizujących o serca i umysły cierpiących ludzi. Oczywiście wewnątrz
środowiska też pojawiały się wątpliwości: publikowane coraz częściej
niezwykłe odkrycia w dziedzinie neurobiologii molekularnej sprawiały, że
nawet najbardziej doświadczeni terapeuci zastanawiali się nad sensem
swojej pracy.
Julius przejmował się taką krytyką psychoterapii. Często sam nie był
przekonany o skuteczności swoich działań, więc musiał się pocieszać i dodawać sobie pewności. Na pewno był skutecznym uzdrowicielem. Na
pewno dał coś cennego wielu swoim pacjentom, być może nawet wszystkim.
Jednak w jego umyśle wciąż czaił się cień niedowierzania: Czy
rzeczywiście pomogłeś swoim pacjentom? A może nauczyłeś się wybierać
takich, których stan i tak by się poprawił?
Nieprawda. Przecież zawsze przyjmowałem trudne przypadki.
Czyżby? Kiedy ostatnio wyszedłeś poza ustalone przez siebie zasady i przyjąłeś na terapię pacjenta z osobowością borderline? Albo
schizofrenika w poważnym stanie czy osobę z zaburzeniami
dwubiegunowymi?
Julius zauważył ze zdziwieniem, że w skoroszytach znajduje się mnóstwo
informacji o życiu pacjentów po terapii - zdobytych podczas wizyt
kontrolnych, przypadkowych spotkań czy też przekazanych przez nowych
pacjentów, którzy skorzystali z rekomendacji tych dawnych. Ale czy
rzeczywiście udało mu się wywołać trwałe zmiany w ich życiu? Może skutki
terapii były tylko przejściowe? Może wielu wyleczonych pacjentów miało
potem nawroty, ale z czystego miłosierdzia chronili go przed tą wiedzą?
Notował też swoje porażki - przypadki osób, które, jak zawsze sobie
powtarzał, nie były gotowe na jego zbawcze oddziaływania. Zaraz, zaraz,
nie bądź dla siebie taki surowy, mruknął sam do siebie. Skąd możesz
wiedzieć, że to rzeczywiście są porażki, że okazały się
niepowodzeniami na zawsze? Przecież nigdy potem tych ludzi nie
widziałeś. A wiadomo, że niektórzy potrzebują więcej czasu, żeby się
rozwinąć i dojrzeć.
Jego wzrok padł na grubą teczkę Philipa Slate'a. Szukasz porażki? Proszę
bardzo, oto ona. Poważna klęska z dawnych czasów. Minęło ponad
dwadzieścia lat, ale doskonale pamiętał Philipa. Zaczesane do tyłu
ciemnoblond włosy, szlachetny nos i świadczące o arystokratycznym
pochodzeniu wysokie kości policzkowe, przejrzyste zielone oczy, które
przywodziły na myśl Morze Karaibskie. Nie lubił sesji z Philipem. Jedyną
przyjemnością było patrzenie na jego twarz.
Philip Slate był tak odcięty od samego siebie, że nigdy nie zajrzał do
swojego wnętrza, wolał ślizgać się po powierzchni i poświęcać całą
energię na seks. Dzięki przystojnej twarzy bez trudności znajdował
chętne partnerki. Julius przeglądał kartę Philipa, kręcąc głową - trzy
lata sesji, trzy lata starań, wspierania i troski, morze interpretacji i ani cienia postępów. Niewiarygodne! Może nie był takim dobrym terapeutą,
jak mu się wydawało.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków, napomniał się. Jeśli Philip nic z tego
nie miał, to czemu przychodził na sesje przez trzy lata? Dlaczego
wydawał tyle pieniędzy? A przecież bardzo pilnował każdego dolara. Może
więc te spotkania jakoś go zmieniły? Może rzeczywiście potrzebował
więcej czasu, żeby przetrawić pokarm podsuwany przez terapeutę, może był
jednym z tych, którzy zabierają najlepsze kąski do domu, żeby potem, w samotności, wgryzać się w nie jak w kość? Julius miał już do czynienia z pacjentami, którzy byli tak ambitni, że ukrywali postępy, byle tylko nie
dać terapeucie satysfakcji (i władzy).
Przypomniawszy sobie Philipa, Julius nie mógł przestać o nim myśleć.
Jakby ta postać zapuściła w nim korzenie. Zupełnie jak czerniak. Philip
stał się symbolem jego wszystkich terapeutycznych niepowodzeń. W tym
przypadku było coś szczególnego. Skąd brała się jego moc? Julius
otworzył skoroszyt i przeczytał pierwszą notatkę zapisaną dwadzieścia
pięć lat wcześniej.
PHILIP SLATE - 11 grudnia 1980 r.
26 lat, mężczyzna, biały, z zawodu chemik, pracuje dla firmy DuPont -
opracowuje nowe pestycydy - uderzająco przystojny, ubrany niedbale, ale
z wielką elegancją, poważny, bez cienia uśmiechu, brak poczucia humoru,
oficjalny, pozbawiony umiejętności społecznych. Skierowany przez
internistę, doktora Wooda.
GŁÓWNY PROBLEM: "Seksualne impulsy, które sterują mną wbrew mojej
woli".
Dlaczego zgłosił się właśnie teraz? Kroplą, która przelała czarę, było
wydarzenie sprzed tygodnia, które opisał tak, jakby wcześniej nauczył
się go na pamięć.
Przyleciałem samolotem do Chicago na spotkanie służbowe, po wyjściu z samolotu popędziłem do najbliższej budki telefonicznej i po kolei
dzwoniłem do kobiet ze swojej listy, żeby umówić się na wieczór na
seksualną randkę. Bez powodzenia! Wszystkie były zajęte. Nic dziwnego, w końcu był piątek wieczór. Wiedziałem, że będę w Chicago, więc powinienem
był do nich dzwonić kilka dni, a nawet kilka tygodni wcześniej. W końcu
odwiesiłem słuchawkę i powiedziałem do siebie: "Dzięki Bogu, wreszcie
będę mógł poczytać i porządnie się wyspać, przecież od początku właśnie
tego chciałem".
Pacjent mówi, że to sformułowanie, ten paradoks - "przecież od początku
właśnie tego chciałem" - prześladowało go przez cały tydzień i dało
ostateczny impuls do rozpoczęcia terapii. "Na tym chciałbym się skupić"
- mówi. "No bo skoro naprawdę chcę coś poczytać, a potem dobrze się
wyspać, to dlaczego nie mogę tego zrobić? Dlaczego tego nie robię?"
Powoli przypominał sobie coraz więcej szczegółów. Intrygował go intelekt
Philipa. Sam pracował wtedy nad referatem na temat psychoterapii i woli,
a tamto pytanie - Dlaczego nie mogę zrobić tego, na czym mi naprawdę
zależy? - świetnie nadawało się na początek. Ale przede wszystkim
zapadł mu w pamięć niezwykły opór pacjenta wobec zmiany - po trzech
latach terapii Philip był taki sam jak na początku, a seks ciągle miał
nad nim władzę.
Co się z nim mogło stać? Od dwudziestu dwóch lat, odkąd Philip nagle
zrezygnował ze spotkań, Julius nie miał od niego żadnej wiadomości.
Ciekawe, może terapia była pomocna, a tylko on o tym nie wiedział? Nagle
poczuł, że musi to sprawdzić, wydało mu się to kwestią życia i śmierci.
Sięgnął po telefon i wybrał numer informacji telefonicznej.
Ekstaza w akcie kopulacji. O to właśnie chodzi! To jest najczystsza
esencja i istota wszystkiego, jedyny cel i sens wszelkiego istnienia.
A. Schopenhauer, Manuscript Remains in Four Volumes, TŁUM. E.F.J.
Payne
2
- Halo, czy rozmawiam z Philipem Slate'em?
- Tak, słucham.
- Mówi doktor Hertzfeld. Julius Hertzfeld.
- Julius Hertzfeld?
- Głos z pańskiej przeszłości.
- I to dalekiej. Z plejstocenu. Julius Hertzfeld. Aż trudno uwierzyć.
Ile to już, dwadzieścia dwa lata? Czemu zawdzięczam ten telefon?
- Chodzi o rachunek. Zdaje się, że nie zapłacił pan za ostatnią sesję.
- Co takiego? Jestem pewien...
- Żartowałem. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają, nadal jestem
energiczny i skłonny do żartów. Ale mówiąc krótko i poważnie. Podupadłem
na zdrowiu i rozważam przejście na emeryturę. I zastanawiając się nad tą
decyzją, poczułem nieodparte pragnienie ponownego spotkania się z niektórymi moimi pacjentami. Żeby zapytać, co słychać, zaspokoić moją
ciekawość. Później mogę to panu dokładniej wyjaśnić. Ale najpierw
pytanie: zechce się pan ze mną spotkać? Pogadać przez godzinę? Omówimy
szybko pana terapię i opowie mi pan, co się przez ten czas u pana
wydarzyło. To będzie dla mnie bardzo pouczające. A może i dla pana, kto
wie?
- Godzinę... Jasne. Rozumiem, że bez żadnego honorarium?
- O ile to ja nie będę musiał płacić. W końcu poświęca mi pan swój czas.
Może pod koniec tygodnia? Na przykład w piątek po południu?
- Świetnie, pasuje mi. O trzynastej mam wolną godzinę. Bez żadnych
opłat, ale tym razem spotkajmy się w moim gabinecie. Pracuję przy Union
Street 431. Niedaleko Franklin Square. Numer lokalu znajdzie pan na
liście na dole. Widnieję tam jako doktor Slate. Jestem terapeutą.
Julius z dreszczem odłożył słuchawkę. Odwrócił się na krześle i wyciągnął szyję, żeby spojrzeć na most Golden Gate. Po tej rozmowie
potrzebował pięknego widoku. I czegoś ciepłego w dłoniach. Nabił fajkę z pianki morskiej tytoniem Balkan Sobranie, zapalił zapałkę i zaciągnął
się.
O, tak! Ten ciepły, ziemisty smak latakii, ten miodowy, ostry zapach -
jedyny w swoim rodzaju. Aż nie mógł uwierzyć, że przez tyle lat sobie
tego odmawiał. Zadumał się, przypominając sobie dzień, w którym przestał
palić. To musiało być zaraz po wizycie u dentysty, jego sąsiada doktora
Denboera, który zmarł dwadzieścia lat temu. Dwadzieścia lat - jak to
możliwe? Julius wciąż miał przed oczami jego pociągłą twarz i okulary w złotych oprawkach. I oto doktor Denboer już od dwudziestu lat gryzie
ziemię. A on, Julius, ciągle po niej chodzi. Do czasu.
- Ten pęcherz na podniebieniu wygląda niepokojąco - powiedział wtedy
doktor Denboer, kręcąc lekko głową. - Musimy zrobić biopsję.
I chociaż badanie dało wynik negatywny, Julius bardzo się nim przejął,
bo jeszcze w tym samym tygodniu był na pogrzebie Ala, wieloletniego
partnera tenisowego i namiętnego palacza, który zmarł na raka płuc. Na
dodatek czytał książkę lekarza Freuda, Maxa Schura, Freud, Living and
Dying [Freud. Życie i śmierć], zawierającą dość drastyczne opisy, jak
wywołany paleniem cygar nowotwór powoli pożerał podniebienie i szczękę
Freuda, aż w końcu odebrał mu życie. Schur obiecał swojemu pacjentowi,
że pomoże mu umrzeć, gdy nadejdzie taka konieczność. I kiedy Freud
stwierdził, że ból jest nie do wytrzymania, podał mu śmiertelną dawkę
morfiny. To był prawdziwy lekarz. Gdzie dziś takiego znaleźć?
Dwadzieścia lat bez tytoniu, bez jajek, serów, bez tłuszczów
zwierzęcych. Zdrowo, radośnie, w abstynencji. Aż do tego cholernego
badania. I znów wolno mu było wszystko: palić, jeść lody, żeberka,
jajka, sery... wszystko. Czy coś z tego ma teraz jakieś znaczenie? Co za
różnica, skoro być może za rok Julius Hertzfeld będzie się rozkładał w ziemi, a jego rozproszone komórki będą czekać na przydział kolejnego
zadania. A wcześniej lub później, za kolejne kilka milionów lat,
rozpadnie się też Układ Słoneczny.
Czując, że znów opada kurtyna rozpaczy, Julius czym prędzej wrócił
myślami do rozmowy z Philipem Slate'em. Philip jest terapeutą? Jak to
możliwe? Przecież był człowiekiem zimnym, nieczułym, niewrażliwym na
innych, i sądząc po głosie w słuchawce, takim pozostał. Julius pyknął
parę razy fajkę i pokręcił ze zdziwieniem głową. Otworzył teczkę Philipa
i wrócił do lektury notatki zapisanej po pierwszej sesji.
OBECNA DOLEGLIWOŚĆ: Rozbudzony seksualnie już w wieku trzynastu lat. W okresie dojrzewania kompulsywna masturbacja, utrzymuje się do dzisiaj.
Czasem cztery, pięć razy dziennie. Nieustannie myśli o seksie,
masturbuje się, żeby się rozładować. Seks pochłania znaczną część jego
życia - jak mówi: "Przez ten czas, kiedy uganiałem się za kobietami,
mógłbym zrobić doktorat z filozofii, mandaryńskiego i astrofizyki".
RELACJE Z LUDŹMI: Samotnik. Mieszka w kawalerce z psem. Żadnych
przyjaciół płci męskiej. Żadnych kontaktów ze znajomymi z przeszłości -
z liceum czy ze studiów. Całkowicie odizolowany od ludzi. Nigdy nie był
w długim związku z kobietą - świadomie unika takich relacji - woli
przygody seksualne na jedną noc. Rzadko zdarzało mu się spotykać z jedną
kobietą przez miesiąc. Zazwyczaj to kobiety z nim zrywały, bo albo
chciały czegoś więcej, albo czuły się wykorzystywane, albo miały dość,
że spotyka się też z innymi. Nieustannie pragnie nowości i seksualnych
zdobyczy, ale nigdy nie czuje się zaspokojony, czasem podczas wyjazdów
podrywa jakąś kobietę, uprawiają seks, potem jak najszybciej żegna się z nią, a po godzinie wychodzi z hotelu na następne łowy. Ma spis
partnerek, każdej przyznaje ocenę, w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy
uprawiał seks z dziewięćdziesięcioma kobietami. Opowiada o tym
beznamiętnie, bez wstydu i bez chwalenia się. Czuje niepokój i lęk,
jeśli musi spędzić wieczór samotnie. Seks działa na niego jak valium.
Czuje się po nim spokojny przez resztę wieczoru, może nawet czytać.
Żadnych kontaktów ani fantazji homoseksualnych.
IDEALNY WIECZÓR: Wychodzi z domu dość wcześnie, poznaje w barze
kobietę, idzie z nią do łóżka (najchętniej przed kolacją), odprawia ją
jak najszybciej, żeby nie zapraszać jej na kolację, ale zazwyczaj i tak
musi jej dać coś do jedzenia. Ważne, żeby przed pójściem spać zostało mu
jak najwięcej czasu na czytanie. Nie ogląda TV, nie chodzi do kina, nie
prowadzi życia towarzyskiego, nie uprawia sportu. Jedyną rozrywką są dla
niego książki i muzyka klasyczna. Łapczywie pożera literaturę klasyczną,
książki historyczne i filozoficzne - żadnej literatury faktu ani nowych
pozycji. Chciał podyskutować ze mną o Zenonie i Arystarchu, jego
ostatnich zainteresowaniach.
HISTORIA ŻYCIA: Dorastał w Connecticut, jedynak z wyższej klasy
średniej. Ojciec, bankowiec inwestycyjny, popełnił samobójstwo, gdy
Philip miał trzynaście lat. Philip nic nie wie o powodach ani
okolicznościach tego zdarzenia, ma jedynie niejasne przypuszczenia, że
mogło się do niego przyczynić nieustanne krytykowanie ze strony matki.
Całkowita amnezja dotycząca dzieciństwa - niewiele pamięta z pierwszych
kilku lat życia, a z pogrzebu ojca nic. Gdy miał dwadzieścia cztery
lata, matka powtórnie wyszła za mąż. W szkole samotnik, całkowicie
pochłonięty nauką, nigdy nie miał bliskich przyjaciół, a po rozpoczęciu
studiów w Yale w wieku siedemnastu lat zerwał kontakty z rodziną. Z matką rozmawia przez telefon raz lub dwa razy do roku. Nigdy nie poznał
osobiście jej drugiego męża.
PRACA: Uznany chemik - opracowuje dla firmy DuPont nowe, oparte na
hormonach pestycydy. W pracy jest od godziny do godziny, ta dziedzina w ogóle go nie pasjonuje, wręcz coraz bardziej go nudzi. Jest na bieżąco
ze wszystkimi badaniami naukowymi, ale nie czyta zawodowej literatury po
godzinach pracy. Wysokie zarobki plus wartościowe opcje na akcje.
Ciułacz: lubi zapisywać dochody i zasoby w tabelkach, zarządza swoimi
inwestycjami, przerwy na lunch spędza samotnie, czytając analizy
giełdowe.
MOJE WRAŻENIA: Schizoidalny, kompulsje seksualne, bardzo wycofany, nie
chciał na mnie patrzeć, ani razu nie spojrzał mi w oczy, między nami nie
pojawiła się najmniejsza nawet więź osobista; nie wykazuje zrozumienia
dla swoich relacji społecznych, na moje pytanie, jak odbiera moją osobę,
odpowiedział zdziwionym spojrzeniem, jakbym mówił po katalońsku albo w suahili. Wyglądał na zdenerwowanego, nie czułem się dobrze w jego
obecności. Zero poczucia humoru. Bardzo inteligentny, elokwentny, a jednocześnie oszczędny w słowach - co nie ułatwia mi pracy. Uporczywie
dopytywał o koszt terapii (mimo że go na nią stać). Poprosił o zniżkę,
ale odmówiłem. Niezadowolony, że zacząłem kilka minut później, bez
wahania zapytał, czy przedłużymy sesję, żeby nie był stratny. Dwa razy
dopytywał, z jakim wyprzedzeniem musi informować o odwołaniu wizyty,
żeby nie musieć za nią płacić.
I proszę, minęło dwadzieścia pięć lat, a Philip jest terapeutą, pomyślał
Julius, odkładając skoroszyt. Czy istnieje osoba mniej nadająca się do
tego zawodu? Wygląda, że niewiele się zmienił przez ten czas: wciąż brak
mu poczucia humoru, wciąż czujny w kwestii pieniędzy. Może ten żart o niezapłaconej sesji był nie na miejscu? Ale terapeuta bez poczucia
humoru? Do tego taki zimny. I jeszcze ta nerwowa propozycja, żeby się
spotkać w jego gabinecie. Julius znów poczuł dreszcz.
Życie jest żałosne. Postanowiłem, że będę się nad tym zastanawiał aż do
śmierci.
E. Grisebach (Red.), Schopenhauer's Gespräche und Selbstgespräche, E.
Hoftalentmann
3
Na zalanej słońcem Union Street panował świąteczny nastrój. Spośród
stolików ustawionych na chodniku przed Prego, Betelnut, Exotic Pizza i Perry's dochodził szczęk sztućców oraz gwar ożywionych rozmów.
Przywiązane do parkomatów niebieskie i czerwone baloniki reklamowały
weekendowe wyprzedaże na wolnym powietrzu. Ale Julius nawet nie spojrzał
na gości w restauracjach, ledwo omiótł wzrokiem uliczne stoiska ze
stosami niesprzedanych w lecie markowych ubrań. Nie zwolnił kroku przy
swoich ulubionych wystawach: przy sklepie z japońskimi antykami Mority,
przy sklepie tybetańskim, ani nawet przy Asian Treasures z wielobarwnym
osiemnastowiecznym dachem z namalowaną dziwną wojowniczką, która zawsze
budziła jego podziw.
Nie myślał też o umieraniu. Pytania związane z osobą Philipa Slate'a skutecznie odciągały umysł od przykrych rozważań. A więc po pierwsze,
dlaczego tak łatwo potrafił wydobyć z pamięci obraz Philipa, i to tak
upiornie wyrazisty? Czyżby jego twarz, nazwisko i historia życia czaiły
się gdzieś blisko przez te wszystkie lata? Juliusowi trudno było
uwierzyć, że wspomnienie spotkania z Philipem zostawiło neurochemiczny
ślad w jego korze mózgowej. Najwyraźniej Philip zamieszkiwał w oznaczonej swoim imieniem skomplikowanej sieci łączących się neuronów,
które pod wpływem odpowiednich neurotransmiterów aktywowały się i wyświetlały obraz Philipa na ulotnym ekranie kory wzrokowej. Aż zmroziło
go na myśl, że gdzieś w mózgu zakotwiczył mu się mikroskopijny
mechaniczny kinooperator.
Ale jeszcze bardziej zagadkowe było, dlaczego postanowił znów spotkać
się z Philipem. Dlaczego spośród wszystkich innych pacjentów właśnie
jego wydobył z magazynów pamięci? Czy jedynym powodem była totalna
klęska psychoterapii Philipa? Z pewnością chodziło o coś więcej. W końcu
byli też inni, którym Julius nie zdołał pomóc. Jednak większość nazwisk
i twarzy oznaczających niepowodzenia znikła bez śladu. Pewnie dlatego,
że takie osoby dość szybko rezygnowały z terapii. Niezwykłość Philipa
polegała na tym, że regularnie zjawiał się na spotkaniach. Był bardzo
wytrwały. Przez trzy frustrujące lata nie opuścił ani jednej sesji. Ani
razu się nie spóźnił, nawet o minutę. A potem pewnego dnia, bez
najmniejszego ostrzeżenia, krótkie, stanowcze oświadczenie na koniec
sesji, że to jest jego ostatnia wizyta.
Nawet wtedy Julius był przekonany, że dałoby mu się pomóc. Tyle że w tamtych czasach uważał - błędnie - że każdy przypadek jest uleczalny.
Dlaczego mu się nie udało? Philip poważnie pracował nad swoimi
problemami. Był ambitny, bystry, przenikliwie inteligentny. I niesympatyczny. Julius rzadko przyjmował pacjentów, których nie lubił,
ale w tym przypadku nie chodziło o jego osobisty stosunek. Nikt nie
lubił Philipa. Co potwierdzał brak przyjaciół przez całe życie.
Julius czuł antypatię do swojego pacjenta, a jednocześnie uwielbiał
stawiane przez niego intelektualne wyzwania. Jego największy problem
("Dlaczego nie mogę robić tego, co naprawdę bym chciał?") stanowił
pociągający przykład paraliżu woli. I choć terapia nie przyniosła
korzyści Philipowi, to Juliusowi pomogła w pisaniu - koncepcje, które
się z niej wyłoniły, znalazły się w jego głośnym artykule
Psychoterapeuta a wola oraz w książce Pragnienie, wola i działanie.
Przyszło mu nagle do głowy, że wykorzystał Philipa. Ale może teraz
poczuje z nim bliższą więź i będzie mógł spłacić dług i naprawić to, co
zepsuł?
Pod numerem 431 Union Street stał skromny, jednopiętrowy narożny
budynek. W przedsionku na liście lokatorów znalazł nazwisko Philipa.
"Doktor Philip Slate, porady filozoficzne". Porady filozoficzne? Co to
jest, do cholery? Julius aż prychnął. Niedługo fryzjerzy będą oferować
terapie balwierskie, a właściciele warzywniaków zaczną reklamować porady
strączkowe. Wszedł po schodach i nacisnął dzwonek.
Rozległo się brzęczenie odblokowujące zamek w drzwiach. Julius wszedł do
maleńkiej poczekalni o pustych ścianach, stała tu jedynie brzydka
dwuosobowa ławka z czarnego winylu. Philip czekał w progu gabinetu. Nie
ruszając się z miejsca, zaprosił Juliusa gestem dłoni. Nie podał mu ręki
na powitanie.
Julius porównał wygląd gospodarza z tym, co miał w pamięci. Niewiele
różnic. Philip prawie się nie zmienił przez te dwadzieścia pięć lat.
Tylko kilka zmarszczek wokół oczu i zwiotczała skóra na szyi. Wciąż
nosił włosy zaczesane do tyłu, zielone oczy miały ten sam intensywny
kolor i nadal unikały wzroku Juliusa. Podczas tylu spotkań tylko kilka
razy spojrzeli sobie w oczy. Philip przypominał Juliusowi niektórych z jego kolegów ze studiów, tak samowystarczalnych, że nigdy nie robili
notatek na wykładach, podczas gdy on i cała reszta pilnie zapisywali
wszystko, co mogło się potem pojawić na egzaminie.
Wchodząc do gabinetu, Julius miał na końcu języka cięty żart na temat
spartańskiego umeblowania - porysowane, zagracone biurko, dwa krzesełka
nie od kompletu, zapewne niewygodne, na ścianach jedynie dyplom. Ale
zrezygnował, usiadł na wskazanym przez Philipa krześle i czekał na jego
inicjatywę.
- No cóż, długo się nie widzieliśmy. Bardzo długo - mówił oficjalnym
tonem Philip, nie wykazując żadnych oznak zdenerwowania tym, że to on
będzie prowadził rozmowę, czyli przejmie rolę swojego dawnego terapeuty.
- Dwadzieścia dwa lata. Sprawdziłem w notatkach.
- Dlaczego teraz, doktorze Hertzfeld?
- Czy to znaczy, że skończyliśmy już wstępne grzeczności? - Daj
spokój, zbeształ się Julius w myślach. Przecież Philipowi brakuje
poczucia humoru.
Ale Philip nie dał się wytrącić z równowagi.
- Podstawowa technika prowadzenia wywiadu, doktorze. Zna pan tę rutynę.
Najpierw należy stworzyć ramy. Ustaliliśmy już miejsce i czas,
zaproponowałem godzinną sesję, a nie pięćdziesięciominutową, jak zwykle
na psychoterapii, oraz honorarium, a właściwie jego brak. Czas na krok
następny, czyli przejście do celu i planu. Chciałbym zrobić wszystko,
doktorze Hertzfeld, żeby ta sesja była dla pana jak najbardziej
użyteczna.
- Dziękuję. "Dlaczego teraz?" to dobre pytanie, sam ciągle je sobie
zadaję. Ogniskuje sesję. Prowadzi do sedna. Jak już powiedziałem przez
telefon, mam problemy zdrowotne, dość poważne. Co skłania mnie do
spojrzenia za siebie, do oceny mojej pracy z pacjentami. To też kwestia
wieku, czasu podsumowań. Zrozumie to pan, gdy będzie pan miał
sześćdziesiąt pięć lat.
- Jeśli chodzi o podsumowanie, to muszę panu uwierzyć na słowo. Potrzeba
spotkania ze mną czy z innymi pacjentami nie jest dla mnie do końca
zrozumiała, nie mam takich skłonności. Moi klienci płacą mi honorarium,
a ja udzielam im fachowych porad. Na tym kończy się nasza transakcja.
Kiedy się rozstajemy, oni czują, że dostali coś wartościowego, a ja
wiem, że ich nie oszukałem. Po co miałbym się z nimi później spotykać?
Ale jestem do pańskich usług. Od czego zaczniemy?
Julius zazwyczaj nie wyrażał pochopnych ocen podczas wywiadów z pacjentami. To była jego mocna strona - ludzie uważali go za człowieka
szczerego i dlatego godnego zaufania. Ale dzisiaj nie umiał powstrzymać
zniecierpliwienia. Zaskoczyła go szorstkość Philipa, jednak nie
przyszedł po to, żeby udzielać mu rad. Chciał poznać jego wersję ich
wspólnej pracy, im mniej będzie mówił o swoich uczuciach, tym lepiej.
Gdyby Philip wiedział o jego rozpaczy, o poszukiwaniu sensu, o pragnieniu odegrania istotnej roli w życiu pacjenta, mógłby z litości
potwierdzić jego oczekiwania. Albo z czystej przekory zrobiłby coś
przeciwnego.
- Przede wszystkim dziękuję za to spotkanie. Po pierwsze, chciałbym
usłyszeć pańską opinię na temat naszej pracy, w czym była pomocna, a w czym nie. Po drugie, i to może brzmieć jak wygórowana prośba, chciałbym
się dowiedzieć, co się wydarzyło w pańskim życiu po naszej ostatniej
sesji. Zawsze interesowały mnie zakończenia różnych historii.
Philip nie okazał zdziwienia, jedynie przez kilka chwil siedział w milczeniu z zamkniętymi oczami; jego dłonie stykały się czubkami palców.
- Ta historia nie ma jeszcze zakończenia - odezwał się wreszcie
spokojnym głosem, jakby wszystko przemyślał. - W moim życiu dokonał się
taki wielki zwrot, że czuję się, jakbym stał na początku drogi. Ale
zacznę od terapii, żeby zachować porządek chronologiczny. Ogólnie rzecz
biorąc, moja terapia u pana była całkowitą klęską. Pochłaniającą czas i kosztowną. Jako pacjent wykonałem swoją robotę. O ile dobrze pamiętam,
byłem zawsze skłonny do współpracy, nie unikałem trudnych zadań,
przychodziłem na sesje regularnie, zawsze płaciłem na czas, pamiętałem
sny i podążałem każdym tropem, który mi pan podsuwał. Zgadza się pan?
- Że był pan skłonny do współpracy? Oczywiście. Powiedziałbym nawet, że
był pan wyjątkowo zaangażowany.
Philip pokiwał głową, patrząc na sufit, a potem mówił dalej:
- Zdaje się, że chodziłem do pana przez trzy lata. I niemal przez cały
czas spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu. Co daje w sumie co najmniej
dwieście godzin. I prawie dwadzieścia tysięcy dolarów.
Julius niemal ugryzł się w język. Kiedy pacjent wygłaszał podobną uwagę,
jego odruchową reakcją było: "To i tak niewiele". Lubił przypominać, że
problemy omawiane podczas terapii nawarstwiały się przez większość życia
pacjenta, więc trudno oczekiwać, że ustąpią natychmiast. I często
dodawał potem osobisty komentarz: jego własna psychoterapia, cykl
psychoanalizy podczas szkolenia, wymagała pięciu sesji w tygodniu przez
trzy lata, co dało w sumie siedemset godzin. Ale Philip nie było już
jego pacjentem, a on sam nie przyszedł tu, żeby go do czegoś namawiać.
Miał tylko słuchać. Zagryzł w milczeniu wargi.
- Kiedy zaczynałem terapię, byłem na samym dnie - mówił Philip. -
Określenie "w rynsztoku" byłoby całkiem odpowiednie. Pracowałem jako
chemik, wymyślałem nowe sposoby zabijania owadów, byłem znudzony pracą,
znudzony życiem, znudzony wszystkim poza czytaniem książek
filozoficznych i roztrząsaniem największych zagadek historii. Ale
powodem, dla którego się do pana zgłosiłem, były moje zachowania
seksualne. Z pewnością pamięta pan, o czym mówię?
Julius pokiwał głową.
- Nie panowałem nad tym. Chciałem tylko seksu. Miałem na tym punkcie
obsesję. Byłem nienasycony. Aż mam ciarki, kiedy sobie przypomnę swoje
ówczesne życie. Myślałem tylko o tym, żeby uwieść jak najwięcej kobiet.
Po akcie płciowym wewnętrzny przymus ustępował, ale po krótkim czasie
pożądanie znów przejmowało nade mną władzę.
Julius powstrzymał uśmiech, słysząc określenie "akt płciowy" - w tamtym
czasie Philip dosłownie pławił się w doznaniach cielesnych, a jednocześnie wystrzegał się dosadnych słów.
- I tylko przez ten krótki czas, zaraz po akcie płciowym - ciągnął
Philip - mogłem naprawdę żyć w zgodzie ze sobą, mogłem nawiązywać
kontakt z największymi umysłami z przeszłości.
- Pamiętam pańskiego Arystarcha i Zenona.
- Po nich byli też inni, ale wolność od przymusu trwała zawsze zbyt
krótko. A teraz jestem wolny. Cały czas przebywam w wyższym świecie.
Wróćmy jednak do terapii. To była pana główna prośba, prawda?
Julius znów skinął głową.
- Pamiętam, że bardzo mi na niej zależało. Stała się drugim przymusem,
tyle że nie zastąpiła kompulsywnego seksu, po prostu zajęła miejsce obok
niego. Wyczekiwałem niecierpliwie każdej sesji, a wychodziłem
rozczarowany. Nie bardzo sobie przypominam, co wtedy robiliśmy, chyba
staraliśmy się zrozumieć moje zachowanie z perspektywy wcześniejszego
życia. To zrozumienie było najważniejsze. Ale każde rozwiązanie wydawało
mi się podejrzane. Ani jedna hipoteza nie była dobrze uzasadniona czy
oparta na faktach. A co gorsza, żadna nie miała najmniejszego wpływu na
moje seksualne kompulsje. Bo to były zachowania kompulsywne. To akurat
wiedziałem. I wiedziałem, że muszę się od nich odciąć. Długo to trwało,
ale w końcu zdałem sobie sprawę, że pan nie wie, jak mi pomóc.
Przestałem wierzyć w tę terapię. Pamiętam, że poświęcał pan mnóstwo
czasu na analizowanie moich relacji z ludźmi, ale szczególnie z panem.
Nie rozumiałem tego wtedy i nie rozumiem teraz. W miarę upływu czasu
nasze spotkania robiły się dla mnie coraz bardziej przykre, trudno mi
było zagłębiać się w naszą relację, jakby była czymś prawdziwym albo
trwałym, podczas gdy była tylko i wyłącznie nabyciem usługi. - Philip
umilkł i spojrzał na Juliusa, rozkładając dłonie, jakby chciał
powiedzieć: "Sam się prosiłeś o szczerość".
Julius osłupiał. Jakiś inny głos odpowiedział w jego imieniu:
- Rzeczywiście, bez owijania w bawełnę. Dziękuję. A teraz druga część.
Co się z panem potem działo?
Philip złożył dłonie i oparł podbródek na czubkach palców. Spojrzał na
sufit, jakby próbował zebrać myśli.
- Hm, może zacznę od pracy - powiedział. - Moja wiedza na temat
opracowywania preparatów hormonalnych blokujących rozmnażanie owadów
okazała się bardzo użyteczna dla firmy, więc dostałem podwyżkę. Jednak
chemia totalnie mnie nudziła. Niedługo potem, kiedy skończyłem
trzydzieści lat, otrzymałem pieniądze z jednego z funduszy powierniczych
ojca. To było jak dar wolności. Wystarczyło na przeżycie kilku lat.
Zlikwidowałem prenumeratę pism chemicznych, zrezygnowałem z pracy i zająłem się tym, czego naprawdę pragnąłem w życiu: poszukiwaniem
mądrości. Wciąż byłem wtedy pełen lęków, wciąż seks miał nade mną
władzę. Sprawdzałem innych terapeutów, ale pomogli mi w takim samym
stopniu co pan. Jeden z nich, który jeszcze uczył się u Junga,
stwierdził, że potrzeba mi czegoś więcej niż psychoterapia. Że
największą nadzieją dla osoby uzależnionej jest duchowe nawrócenie. Jego
słowa doprowadziły mnie do filozofii religii, zwłaszcza do nauk i praktyk Wschodu, bo tylko one wydawały się mieć jakiś sens. Pozostałe
systemy religijne nie potrafiły poddać analizie podstawowych kwestii
filozoficznych i zamiast tego używały Boga jako sposobu na uniknięcie
prawdziwych dociekań. Wytrzymałem nawet kilka tygodni w odosobnieniach
medytacyjnych. Oczywiście miałem w tym swój interes. Moje seksualne
obsesje nadal się utrzymywały, jednak miałem poczucie, że w tamtym
świecie kryje się coś ważnego. A tylko ja nie jestem na to gotowy. I przez cały ten czas - ciągnął Philip - prowadziłem swoje seksualne łowy,
no, może z wyjątkiem wymuszonej czystości w aśramie, choć i tam
potrafiłem znaleźć sobie uchylone drzwi. Uprawiałem seks z dziesiątkami,
setkami kobiet. Czasem nawet z dwiema dziennie, miejsce i pora nie miały
znaczenia. Tak samo było, kiedy przychodziłem do pana na sesje. Z jedną
kobietą szedłem do łóżka raz, może dwa razy, a potem rzucałem się na
następną. Bo nie czułem już podniecenia. Zna pan to stare powiedzenie:
"Tylko raz można się kochać z tą samą kobietą po raz pierwszy". - Philip
oderwał podbródek od palców i odwrócił twarz do Juliusa. - To ostatnie
to miał być żart, doktorze. Zauważył pan kiedyś, że tyle lat się
widujemy, a nigdy nie usłyszał pan ode mnie dowcipu.
Julius nie był teraz skory do żartów, mimo to wykrzywił usta w uśmiechu,
choć o ile sobie przypominał, to Philip usłyszał ten bon mot właśnie od
niego. Przebiegło mu przez głowę, że jego rozmówca jest jak mechaniczna
lalka z kluczykiem wystającym z czubka głowy. Czas ją znowu nakręcić.
- I co było dalej?
Philip znów spojrzał w sufit.
- Pewnego dnia podjąłem ważną decyzję. Skoro żaden terapeuta nie był w stanie mi pomóc, a niestety, pan się do nich też zaliczał...
- Powoli to do mnie dociera - przerwał mu Julius i dodał szybko: - Nie
musi mnie pan przepraszać. Po prostu jest pan szczery.
- Przepraszam, nie chciałem tego roztrząsać. Wracając do rzeczy, skoro
terapia mi nie pomogła, postanowiłem wyleczyć się sam. Za pomocą
biblioterapii, poznając myśli i idee najmądrzejszych ludzi, jacy
pojawili się na świecie. Zacząłem systematycznie czytać dzieła
filozoficzne, zaczynając od przedsokratejczyków, a kończąc na pracach
Poppera, Rawlsa i Quine'a. Minął rok, moje obsesje seksualne nadal się
utrzymywały, jednak dokonałem bardzo ważnego spostrzeżenia: uznałem, że
jestem na właściwej drodze i że filozofia jest moim domem. To był
istotny krok, bo pamiętam, że dużo rozmawialiśmy o moim poczuciu
bezdomności w świecie.
Julius skinął głową.
- Owszem, to też sobie przypominam.
- Stwierdziłem, że skoro i tak zamierzam przez wiele lat studiować
filozofię, to mogę przy okazji uczynić z tego swój zawód. W końcu zasoby
finansowe miałem ograniczone. Zapisałem się więc na studia doktoranckie
na Uniwersytecie Columbia. Dobrze mi szło, napisałem porządną rozprawę
doktorską i po pięciu latach miałem doktorat z filozofii. Zacząłem
wykładać, a dwa lata temu zainteresowałem się filozofią stosowaną, choć
wolę określenie "filozofia kliniczna". I to właściwie doprowadza nas do
dnia dzisiejszego.
- Ale nie opowiedział mi pan, jak się pan wyleczył.
- Studiując na Columbii, gdzieś w połowie poznawania dzieł filozofów,
nawiązałem kontakt z pewnym terapeutą, terapeutą doskonałym, który
zaproponował mi coś, czego inni nie byli w stanie mi dać.
- Ktoś z Nowego Jorku? Jak się nazywa? Jakiś specjalista z Columbii? W jakim instytucie pracuje?
- Ma na imię Arthur. - Philip urwał i przyglądał się Juliusowi z lekkim
uśmiechem.
- Arthur?
- Moim terapeutą jest Arthur Schopenhauer.
- Schopenhauer? Żartuje pan sobie ze mnie.
- Mówię absolutnie poważnie.
- Niewiele o nim wiem, jakieś ogólniki o jego ponurym pesymizmie. Ale
nigdy nie słyszałem, żeby ktoś wymieniał jego nazwisko w kontekście
terapii. W jaki sposób panu pomógł? Jakie...
- Niestety, muszę panu przerwać, doktorze Hertzfeld. Zaraz przychodzi
mój klient, a ja nadal nie lubię się spóźniać. To akurat się nie
zmieniło. Niech mi pan zostawi swoją wizytówkę. Innym razem opowiem panu
więcej o moim terapeucie. Na takiego właśnie czekałem. Bez przesady mogę
powiedzieć, że geniusz Arthura Schopenhauera ocalił mi życie.
Talent przypomina strzelca trafiającego do celu, w który inni trafić nie
umieją; geniusz - takiego, co trafia w cel, którego inni nawet dojrzeć
nie potrafią.
A. Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, tłum. J. Garewicz
4
Rok 1787 - Geniusz - burzliwy początek i nieudana próba
Burzliwy początek. Gdy geniusz miał
zaledwie osiem centymetrów długości, rozszalał się sztorm. We wrześniu
1787 roku otaczający go ocean wód płodowych rozkołysał się, rzucając nim
we wszystkie strony i grożąc utratą delikatnego połączenia z wybrzeżem
macicy. Minęły dni cudownego, miękkiego falowania. Jego synapsy nerwowe,
pozbawione wszelkiej pomocy i bez żadnej nadziei na ratunek, roziskrzyły
się we wszystkich kierunkach.
Najwcześniejsze lekcje zostają z nami najdłużej. Arthur Schopenhauer na
zawsze zapamiętał tę naukę.
Nieudana próba (czyli jak Arthur
Schopenhauer niemal został Anglikiem). Arthurrrr. Arthurrrr.
Heinrich Florio Schopenhauer szorował językiem po każdej sylabie. Arthur
- odpowiednie imię, znakomite dla przyszłego właściciela wielkiego domu
kupieckiego Schopenhauerów.
W 1787 roku jego młodziutka żona Johanna była dopiero w trzecim miesiącu
ciąży, ale Heinrich podjął decyzję: jeśli urodzi się chłopiec, da mu na
imię Arthur. Jako człowiek prawy i uczciwy, Heinrich zawsze stawiał
obowiązek na pierwszym miejscu. Odziedziczył po przodkach dużą firmę
handlową, którą w przyszłości przekaże potomkowi. Czasy były
niespokojne, jednak Heinrich wierzył, że jego syn, który dopiero miał
przyjść na świat, wprowadzi rodzinne przedsiębiorstwo w XIX wiek. Imię
Arthur idealnie pasowało do takiej roli. Miało taką samą pisownię niemal
w całej Europie, mogło się z łatwością prześlizgiwać przez granice. Ale
przede wszystkim było imieniem angielskim.
Przodkowie Heinricha już od kilku stuleci z oddaniem i powodzeniem
zarządzali rodzinnym majątkiem. Dziadek gościł nawet rosyjską władczynię
Katarzynę Wielką. Żeby zapewnić jej wszystko, co najlepsze, kazał rozlać
na podłodze brandy, a potem ją podpalić - dzięki temu pokoje gościnne
były suche i ładnie w nich pachniało. A ojciec Heinricha przyjmował u siebie króla Prus, Fryderyka, który przez kilka godzin próbował go
przekonać do przeniesienia interesów z Gdańska do Prus. Bezskutecznie.
Potem zarządzanie wielką firmą handlową przeszło w ręce Heinricha, który
był przekonany, że Schopenhauer noszący imię Arthur poprowadzi rodzinny
interes ku świetlanej przyszłości.
Przedsiębiorstwo Schopenhauerów handlowało zbożem, drewnem oraz kawą i od dawna należało do największych domów kupieckich Gdańska,
hanzeatyckiego miasta władającego nadbałtyckim handlem. Ale i tu
nadciągnęły złe czasy. Zagrożenie ze strony Prus i Rosji oraz słabość
Polski, która nie mogła już gwarantować Gdańskowi suwerenności, rodziły
obawy, że nadchodzi kres kupieckiej wolności i stabilizacji. Polityczne
i finansowe zawirowania ogarnęły całą Europę - z wyjątkiem Anglii.
Anglia była opoką. I przyszłością. To tam firma i rodzina Schopenhauerów
mogła znaleźć bezpieczne schronienie. A nawet więcej - możliwości
rozkwitu, jeśli jej przyszły właściciel urodzi się na angielskiej ziemi
i będzie nosił angielskie imię. Herr Arthur Schopenhauer... Nie, mister
Arthur Schopenhauer, angielski poddany stojący na czele wielkiego domu
kupieckiego - oto przepustka do przyszłości.
Nie zważając na protesty kilkunastoletniej ciężarnej żony, która błagała
go, by mogła urodzić pierwsze dziecko w kojącej obecności matki,
Heinrich postanowił wyruszyć w długą podróż do Anglii. Johanna była
przerażona, ale musiała uszanować mężowską wolę. Na szczęście w Londynie
wróciły jej dobry nastrój i niespożyta energia, a wielki urok osobisty
przyciągnął londyńską śmietankę towarzyską. W dzienniku podróżnym
zapisała, że nowi znajomi zapewnili jej krzepiące wsparcie i wkrótce
stała się centrum ich zainteresowania.
Jednak dla surowego i ponurego z natury Heinricha tego zainteresowania i życzliwości musiało być za dużo, bo jego podszyta lękiem zazdrość
wkrótce przerodziła się w ataki paniki. Tracił oddech, a napięcie w klatce piersiowej rozrywało go niemal na strzępy. Musiał coś z tym
zrobić. Nieoczekiwanie oznajmił, że opuszcza Londyn, i ciągnąc za sobą
opierającą się żonę, teraz już w szóstym miesiącu ciąży, w środku
wyjątkowo srogiej zimy wyruszył do Gdańska. Wiele lat później Johanna
tak opisywała swoje uczucia: "Nikt mi nie pomógł, sama musiałam znosić
troski. Mąż tymczasem ciągnie mnie przez pół Europy, żeby rozwiać swoje
obawy"2.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki