Rozdział 7
Kamala
- Cześć, Kami. Od rana nie odbierasz, a ja dosłownie umieram z ciekawości. Opowiadaj, co ten palant wczoraj nawywijał - zaczęła Willow, jak tylko otworzyłam drzwi.
- Przepraszam. Cały poranek próbowałam to sobie poukładać w głowie. - Ruszyłam do kuchni, gdzie właśnie przygotowywałam kawę. - Chciałam pobyć sama, wyciszyć się...
Gdy zatrzymałam się przy drewnianym blacie, Willow zajęła miejsce naprzeciwko.
- No to coś mi się wydaje, że było gorąco. No i nie masz za co przepraszać. Czasami musimy przetrawić rzeczywistość i stawić jej czoła, a do tego potrzebna jest cisza. Też tak mam. Przecież wiesz. - Rzuciła torebkę na krzesło obok, splotła palce i wlepiła we mnie wzrok.
- Tak... - Podałam jej kubek z kawą, podstawiłam kolejny pod ekspres i wcisnęłam odpowiedni przycisk.
- Kami, co się tam wydarzyło? Chcę poznać każdy pikantny szczegół.
Oparłam się tyłkiem o blat i przyjrzałam się przyjaciółce, która aż kipiała z ekscytacji.
- Okej. Może zacznę od tego, że to nie była pierwsza wizyta Stevena w Moon...
Opowiedziałam jej o wszystkim, łącznie z podzieleniem się wnioskami, do jakich doszłam, a Willow co chwila rzucała tylko wiązanką przekleństw w kierunku mojego byłego faceta.
- Czyli potwierdziły się moje przypuszczenia. - Z zaciętą miną pokiwała głową. - A ty jak się z tym wszystkim czujesz?
- Nadzwyczaj dobrze - wyznałam pospiesznie. - Czuję ulgę, że to koniec. Dusiłam się w tym związku, mając z tyłu głowy myśl, że tkwię w fałszywej relacji bez przyszłości.
- No i całe szczęście. Martwiłam się o ciebie, a nie chciałam za bardzo wchodzić z butami w twoje życie. Czekałam, aż sama zrozumiesz, że ten skurwiel nie jest ciebie wart.
- Z tym brakiem wtrącania się to przesadziłaś - powiedziałam, bo akurat Willow dość często wyrażała swoje niezbyt pochlebne zdanie na temat Stevena.
- Dobra. Może i nigdy go nie lubiłam i dawałam ci to odczuć, ale uwierz: sporo z tego, co chciałam ci powiedzieć, zostawiłam dla siebie.
- Niech ci będzie.
- A jak sam klub?
- Coś totalnie niesamowitego. Nawet nie wiem, jak to opisać. Było mrocznie, sensualnie, niebezpiecznie, a jednocześnie czułam się chroniona i miałam pewność, że nikt mnie nie skrzywdzi. Jedni skupiali się na rozmowie, inni zabawiali się dużo odważniej. Naprawdę bardzo interesujące miejsce.
- Tym razem wypiłaś tylko kilka drinków... ale myślisz, że kiedyś mogłabyś się tam bardziej zabawić?
- Nie wiem. Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Ale kiedy opadnie kurz po tym beznadziejnym związku, to kto wie. Jest coś w tym miejscu. Coś szalonego, a jednocześnie bardzo podniecającego. Słuchaj, a może chciałabyś się tam wybrać? Jako członek będę mogła cię polecić - zasugerowałam i zobaczyłam, jak zaświeciły jej się oczy.
- Pomyślimy... - Uśmiechnęła się chytrze, po czym upiła łyk kawy.
***
- Cześć, żabciu. - Steven przywitał mnie standardowym zdrobnieniem.
Przez ostatnie lata w ogóle mi to nie przeszkadzało i wydawało się nawet pieszczotliwe, ale teraz czułam trudną do opanowania chęć, by dać mu w twarz za ten cyrk w piątek i za to, jak mnie potraktował.
Przez weekend ignorowałam jego wiadomości i telefony, ale dłużej nie mogłam go unikać, więc umówiłam się z nim w jego ulubionej restauracji, żeby ostatecznie zakończyć to coś między nami, co on nazywał związkiem.
Postanowiłam, że nie będę robić żadnych scen, tylko postaram się porozmawiać z nim na spokojnie, a co za tym idzie, zachowamy się jak dorośli, którzy nie czują do siebie już nic więcej poza sympatią i tolerowaniem swojej obecności.
- Cześć. - Obróciłam głowę, kiedy się nachylił, by jak zawsze cmoknąć mnie w usta. Nie miałam najmniejszej ochoty na tego rodzaju czułości z jego strony.
Denerwowałam się, ale nie czułam bólu złamanego serca, jedynie rozczarowanie nami, jego kłamstwami i dwulicowością. Zawiódł moje zaufanie i to chyba było w tym wszystkim najgorsze.
- Usiądźmy. - Odsunął dla mnie krzesło, co przyjęłam skinieniem głowy.
Mimo że trwała pora lunchu, to i tak miałam silną ochotę na whisky, że aż mnie skręcało od środka. Alkohol może i pomógłby mi się zrelaksować, ale to nie był najlepszy pomysł, ponieważ planowałam jeszcze wrócić do pracy.
Nie zamierzałam przedłużać tego spotkania, więc kiwnęłam na kelnera, który w okamgnieniu pojawił się przy naszym stoliku.
- Poproszę sałatkę z buraków i rukoli, do tego wodę z miętą - wyrecytowałam, nawet nie zerknąwszy w kartę.
- Oczywiście. A dla pana? - Kelner zwrócił się do Stevena.
- Może być to samo. Dziękuję.
Po przyjęciu zamówienia mężczyzna zostawił nas samych w przytłaczająco krępującej ciszy, co było dość pokręcone, bo przecież znaliśmy się naprawdę długo.
- Dlaczego tak szybko zniknęłaś w piątek? - zapytał.
O dziwo, zamiast się na niego zezłościć, zrobiłam coś skrajnie innego: parsknęłam śmiechem, rozbawiona tym absurdalnym pytaniem. Tymczasem on siedział z naburmuszoną miną i wyglądał jak pięcioletnie dziecko, któremu ktoś zabrał ulubioną zabawkę.
- Żartujesz, prawda?
Żarliwie pokręcił głową.
- Steven, w piątkowy wieczór nastąpił spektakularny koniec naszego wspólnego życia.
Już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale przy stoliku pojawił się kelner, po czym postawił przed nami kryształowe szklanki z wodą.
- Przecież obiecałaś poczekać z rozstaniem... Daj mi jeszcze kilka miesięcy. Ojciec przechodzi na emeryturę...
- Prosiłeś mnie o to dokładnie trzy miesiące temu i wtedy się zgodziłam. Tym razem to definitywny koniec. Chcę się wreszcie skupić na sobie. Twój ojciec na pewno zrozumie, że się rozstaliśmy.
- Nie, on tego nie zaakceptuje. Cały czas ma mnie za idiotę. Ty byłaś jednym stałym punktem w moim życiu. Dzięki tobie uważał, że jestem coś wart.
- Steven, myślę, że zbyt surowo się oceniasz. Ciężko pracujesz i on to na pewno doceni.
- Kamalo, proszę, daj mi jeszcze trochę czasu.
To spotkanie miało przebiec spokojnie. Obiecałam sobie powstrzymać emocje, agresję i niekulturalne słowa cisnące się na usta. Chciałam porozmawiać, zjeść lunch i pożegnać się z nim w przyjaźni, ale niestety okazało się to niewykonalne.
Przeginał.
Nie mogłam na niego patrzeć. Z trudem znosiłam jego obecność, a już jak diabli wkurzała mnie ta skruszona mina i błagalne spojrzenie. Naiwnie myślał, że coś w ten sposób ugra. To wszystko było kłamstwem. W piątek pokazał swoją prawdziwą twarz, a dzisiaj znowu udawał, żeby tylko mnie przy sobie zatrzymać.
- Kurwa, nie wierzę, że masz czelność o to prosić - wydusiłam, zaskoczona jego impertynencją i chamstwem.
- Możesz bardziej uważać na słowa? - Zniżył głos, próbując mnie uspokoić.
- Nie mam zamiaru. Jesteś popieprzony, jeśli myślisz, że dam się nabrać na te twoje...
- Kamalo, przy stoliku obok siedzą przyjaciele moich rodziców. Nie rób scen - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Za dwa tygodnie jest zebranie rady nadzorczej. Zostaną przedstawieni kandydaci na miejsce mojego ojca. Oprócz mnie jest jeszcze Bill. Ojciec go uwielbia...
- Steven, ostatni raz powtórzę: nie ma, kurwa, mowy, żebyśmy dalej tkwili w tym czymś, co nazywasz relacją. Między nami nic już nie ma. Nawet czegoś tak podstawowego jak zaufanie, szczerość czy choćby przyjaźń.
- Kamalo, nie podnoś głosu. Co się z tobą, do cholery, dzieje? - Złapał mnie za nadgarstek, ale błyskawicznie się wyrwałam, odchylając się na oparcie fotela.
Rozejrzałam się po wypasionej restauracji, gdzie rządziły przepych i bogactwo. Zauważyłam, że kilka osób przy sąsiednich stolikach nam się przygląda, zapewne z ogromnym zainteresowaniem podsłuchując naszą rozmowę.
- Taka właśnie jestem. Szczera, głośna, pyskata. Czyżbyś nie zauważył przez ostatnie pięć lat? A no tak, przecież ty swój wolny czas poświęcałeś na wizyty w klubie. Zapomniałam, że masz nowe hobby - sarknęłam pod nosem.
Wychwyciłam moment, kiedy poczerwieniał na twarzy i zacisnął dłonie w pięści tak mocno, że aż zbielały mu kostki.
- Udam, że tego nie słyszałem, i zapomnę o twoich insynuacjach. Tylko błagam, daj mi jeszcze dwa miesiące. Potem się rozstaniemy. Powiemy wszystkim, że nasze drogi się rozeszły. Wypaliło się. Cokolwiek... Pomóż mi zdobyć to, na co pracuję od początku studiów. Jeśli ojciec przekaże stanowisko Billowi, to cała ta walka pójdzie na marne. Będę jednym z kilkunastu dyrektorów, z kilkoma procentami udziałów na koncie, i nic więcej.
- Boże! Steven, jak śmiesz mnie o to prosić?! I to po tym, co się stało w piątek?! Nie sądzisz, że już i tak za dużo czasu poświęciłam nam i temu, co nas łączyło? Abstrahując od tego, co się stało w klubie, ja po prostu po tych wszystkich latach z tobą chcę wreszcie wychodzić ze znajomymi i nie czuć presji otoczenia czy oceniającego wzroku. Nawet nie mogę być sobą w środowisku, w jakim funkcjonujemy. Cały czas czuję się przywiązana do wizerunku spokojnej, ułożonej panny, która pokornie przyjmuje wszystkie uwagi i nawet nie ma prawa się odezwać. Ty wiesz, ile razy na tych twoich biznesowych kolacyjkach z inwestorami czy imprezach charytatywnych wyśmiewano moją galerię? Ile razy czułam się upokorzona, bo wszyscy ukończyli studia biznesowe, finansowe czy prawnicze, a ja skończyłam tylko malarstwo?
- Jesteś potwornie inteligentna, Kamalo. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszej partnerki.
- Dziękuję za komplement, ale spóźniłeś się o jakieś dwa, trzy lata - wtrąciłam. Nie potrzebowałam jego uznania, żeby poprawić swoją samoocenę.
- Przepraszam, że cię zawiodłem i zapomniałam o tobie w tym całym gonieniu za pieniędzmi, statusem i awansami. I wiem, że już nie naprawię tego błędu, ale pozwól sobie pomóc. Zorganizuję kilka imprez w twojej galerii. Zrobimy licytację wybranych dzieł sztuki. Coś jeszcze wymyślę. Wiem, że to nie twoje środowisko i najchętniej byś ode mnie uciekła gdzie pieprz rośnie, ale daj mi jeszcze osiem tygodni. Tylko tyle.
- Ty nic nie rozumiesz. Ja mówię, a do ciebie i tak nic nie dociera.
- Kamalo...
- Państwa zamówienie. - W odpowiednim momencie pojawił się kelner.
Sałatkę zjedliśmy w ciszy, każde z nas zatopione we własnych myślach, ale tak to już wyglądało między nami od jakiegoś czasu. Nie było chemii, fajerwerków ani nawet chęci rozmowy. Zachowywaliśmy się jak starzy znajomi, którzy wszystko już o sobie wiedzą i nie są szczególnie zainteresowani tym, co aktualnie dzieje się u drugiej strony.
Na szczęście nie próbował już rozmawiać o swoim genialnym pomyśle. Sądziłam, że wszystko między nami wyjaśnione, choć on nie sprawiał wrażenia, jakby moje słowa w ogóle do niego dotarły.
***
W piątkowy poranek, jak tylko pojawiłam się w pracy, zostawiłam w biurze swoje rzeczy i skierowałam się do wyjścia, żeby przynieść obrazy z samochodu. Planowałam je zawiesić w zachodniej części galerii.
Pociągnęłam za klamkę sporej wielkości drewnianych drzwi i wpadłam na tors wysokiego mężczyzny.
- Dzień dobry, panno Forester. - Głęboki męski głos przywołał mnie do porządku, bo przez ułamek sekundy tkwiłam w ramionach obcego człowieka.
- Dzień dobry. - Zrobiłam spory krok w tył. - Czy my się znamy? - Zamyśliłam się na moment, przyglądając się mężczyźnie.
- Jakiś czas temu byłem tu ze znajomą na wernisażu, a przy okazji kupiłem jeden z obrazów. Zdobi teraz jedną ze ścian w moim biurze.
- Okej... - Wpatrywałam się w niego i coś zaczęło mi świtać.
- Idealnie uzupełnia wystrój gabinetu, więc pomyślałem, że wpadnę sprawdzić, czy ma pani jeszcze coś od Mandy Berry.
- Zaskoczył mnie pan.
Milczałam przez kilka sekund, zdziwiona nie tyle jego obecnością chwilę po otwarciu galerii, ale przede wszystkim tym, że chciał kupić kolejną pracę Mandy. Do tej pory sprzedałam tyko cztery jej obrazy. A w zasadzie trzy oddałam na licytację, a czwarty kupił mężczyzna stojący przede mną.
- Tristan Wellinghton. - Wystawił dłoń w moim kierunku.
- Kamala Forester. Proszę mi mówić po imieniu.
- Z przyjemnością, Kamalo, i również nalegam na bardziej serdeczne tytułowanie.
Uśmiechnął się zachęcająco, więc przytaknęłam, będąc pod wrażeniem tego, jak swobodnie się przy nim czułam i jaka serdeczność od niego promieniowała.
- Dobrze, a więc, Tristan, pozwól, że przyniosę kilka obrazów z samochodu. Może któryś z nich wpadnie ci w oko.
- Z przyjemnością pomogę.
Dalej staliśmy w drzwiach, więc złapał za klamkę, otworzył je szerzej i przepuścił mnie w przejściu.
- A ja z przyjemnością skorzystam. Są sporej wielkości. Z trudem załadowałam je na tylne siedzenie. Mam nadzieję, że nic nie uszkodziłam.
Tristan dotrzymywał mi kroku.
Jak tylko odblokowałam zamki w moim ukochanym białym GLS-ie, Tristan parsknął krótkim śmiechem. Zerknęłam na niego, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej, pokazując rząd białych zębów.
- Co? Spodziewałeś się czegoś mniejszego, lżejszego?
- W zasadzie to tak, ale powiem ci, że idealnie do ciebie pasuje. Imponują mi kobiety potrafiące utemperować takie bestie. Serio, jesteś jedną z niewielu niewiast, jakie znam, a które nie boją się poruszać po ulicach czterystukoniowym buldożerem.
Roześmiałam się głośno. To porównanie było tak abstrakcyjne i zabawne, że nie potrafiłam się powstrzymać.
- Ma dokładnie pięćset pięćdziesiąt koni mechanicznych. Założę się, że przyjechałeś jakimś sportowym, powiedzmy... czarnym lamborghini?
- Jesteś niewiarygodna. - Pokręcił głową, rozbawiony.
- Zgadałam? - Dopiero teraz rozejrzałam się z zainteresowaniem po ulicy, na której parkowali właściciele butików i klienci, aż nagle mój wzrok napotkał czarne lambo. - Chyba minęłam się z powołaniem.
- Najwyraźniej - wydusił, próbując zgrabnym ruchem wydostać płótna z tylnego siedzenia.
- Uważaj, proszę.
- Za nic nie zniszczyłbym tych obrazów. Na pewno mi się spodobają.
- Te akurat różnią się od tych wiszących w galerii i od tego, który kupiłeś.
- Skąd wiesz? - Wyprostował się, z zapakowanym na stelażu płótnem w dłoniach.
- Sprzedałam tylko jeden - wyznałam, ale nie ze smutkiem, raczej po raz kolejny rozbawiona na widok jego zaskoczonej miny.
- Żartujesz?
- Nie. Mandy Berry nie cieszy się zbyt dużym powodzeniem.
- Jest niedoceniona. - Pokiwał głową, przeszywając mnie zamyślonym spojrzeniem. - Ta malarka mieszka w Santa Monica?
- Nic nie mogę zdradzić. Ukrywa się pod pseudonimem, więc jej tożsamość to tajemnica.
- Rozumiem, teraz jestem nią jeszcze bardziej zaintrygowany. - Podał mi płótno i zajął się kolejnymi.
Jak tylko przetransportowaliśmy je wszystkie do środka, zadzwonił jego telefon, a po krótkiej rozmowie Tristan stwierdził, że niestety musi już jechać, ale obiecał, że niedługo pojawi się ponownie.
***
Po spotkaniu z Tristanem dotarło do mnie, jak wiele mnie omijało, gdy tkwiłam w komicznym układzie i ograniczałam kontakty z ludźmi w trosce o wizerunek Stevena.
Jego rodzina była rozpoznawalna w całej Kalifornii. Niejednokrotnie robiono nam zdjęcia na różnych galach czy podczas kolacji i rozpisywano się o prywatnym życiu jednej z bogatszych rodzin na wybrzeżu. To właśnie z tego powodu od początku naszego związku raczej unikałam spotkań z mężczyznami, nawet znajomymi, bo to mogłaby wywołać skandal. Czułam się stłamszona i w pewnym stopniu kontrolowana.
Przez pięć lat bycia w związku ze Stevenem zdążyłam się nauczyć, jak unikać dwuznacznych sytuacji, i tylko podczas spotkania z Devonem pozwoliłam sobie na luz i bycie sobą. W tamtej chwili nie przejmowałam się tym, czy ktoś zrobi nam zdjęcie lub nas zobaczy, kiedy ratował mnie od upadku. Przy nim poczułam się wolna.
Zresztą Tristan też dawał mi poczucie normalności. W innym sensie niż Devon, ale byłam po prostu Kamalą, która prowadzi galerię sztuki odziedziczoną po babci. Robi to, co kocha, nie licząc się ze zdaniem innych czy konwenansami narzuconymi przez społeczeństwo z wyższych sfer.