3
La Torreta
Jest ciemny wieczór w La Roca del Vall?s, miasteczku położonym 15 kilometrów od Mataró. Reflektory oświetlają sztuczną murawę boiska. Po lewej stronie przylega do niego długi szary budynek. Na ścianie widnieje niebieski napis "La Torreta". W klubowym barze światło jest włączone, mamy i tatowie tłoczą się przy kontuarze, by napić się kawy lub piwa i coś przekąsić w oczekiwaniu, aż ich pociechy skończą trening. Ekspres do kawy obsługuje Emilio Reixach. Po zrealizowaniu zamówień ma chwilę, żeby opowiedzieć o klubie, którego jest wiceprezydentem i skarbnikiem.
- Jesteśmy klubem dzielnicowym, klubem z La Torrety, liczącej niespełna trzy tysiące mieszkańców, która razem z La Roca i Santa Agn?s de Malanyanes jest częścią gminy La Roca del Vall?s. Jesteśmy klubem rodzinnym, chcemy, żeby dzieci się bawiły, uczyły sportowych wartości, dorastały i były tu szczęśliwe. Staramy się, żeby rodzice czuli się tu dobrze, żeby włączali się w życie drużyny i mogli się do nas zwrócić z każdym problemem. Nie jesteśmy jednym z tych klubów, dla których liczą się tylko pieniądze, zawodowstwo i sukces. Powstaliśmy w 1975 roku. Zaczęło się od lokalnego święta i pachangi, meczyku przyjaciół. Potem sprawa nabrała rozpędu, zorganizowaliśmy się i dołączyliśmy do Katalońskiej Federacji Piłkarskiej. W tym roku obchodzimy 50. rocznicę założenia.
W ciągu paru minut w barze robi się tłoczno i Reixach musi wrócić do swojej "pracy" baristy. Przekazuje nas koordynatorowi i sekretarzowi klubu. Kilka kroków dalej, za szatniami, a przed siłownią i małą zadaszoną trybuną, znajduje się pomieszczenie pełne trofeów, piłek i koszulek. Przy stole Joel García i Fran Herrera opowiadają o La Torrecie, zaczynając od klubowego herbu, który rzuca się w oczy na czerwonych koszulkach.
- Na górze są dwa symbole La Torrety: przydrożny krzyż z dwoma cyprysami oraz Glorieta de la Miranda d'en Puntes, czyli altana - wyjaśnia Herrera - z której można podziwiać zachody słońca i panoramę okolicy. Na dole znajduje się piłka z lat 50. na tle senyery, katalońskiej flagi z czerwono-złotymi pasami.
- Mamy 13 drużyn, w których gra łącznie 200 zawodników - mówi García. - Od trzy-, czterolatków po ponad 40-letnich weteranów. Co najmniej jeden zespół dla każdej kategorii wiekowej (escuelita - maluszki; pre benjamines - żaki; benjamines - skrzaty; alevines - nowicjusze; infantiles - młodziki; cadetes - trampkarze; juveniles - juniorzy; oraz amatorzy). Jest też sekcja kobieca dla dziewczyn od 18 lat wzwyż. Treningi i mecze odbywają się na sztucznym boisku gminnego stadionu. Jesteśmy mali i skromni w porównaniu z innymi okolicznymi klubami, które mogą się pochwalić dłuższą historią, większym budżetem, lepszą infrastrukturą i bardziej utalentowanymi zawodnikami. Ale bardzo się cieszymy, że możemy pracować tak, jak pracujemy z dziećmi ze znacznej części naszej dzielnicy.
- Porozmawiajmy o Laminie...
- Przez 50 lat istnienia klubu nikt sobie nigdy nie wyobrażał, że chłopiec, który zaczynał grać właśnie tutaj, dotrze na taki poziom, jak Lamine w wieku zaledwie 17 lat. To coś nie do pomyślenia, także dlatego, że od początku naszej działalności żaden piłkarz nigdy nie trafił do drużyny z La Liga czy do reprezentacji. Jedynym, który otarł się o ten poziom, jest Ignasi Vilarrasa, lewy obrońca drugoligowej Hueski - wyjaśnia Joel García. - Lamine zapewnił nam rozpoznawalność, jakiej nigdy nie mieliśmy, teraz ludzie nas znają, interesują się naszymi programami, chcą wiedzieć więcej o klubie La Torreta, a dziennikarze przyjeżdżają, żeby poznać początki tego fenomenalnego zawodnika.
- Lamine Yamal wywołał efekt przyciągania: dzieci z okolicy chcą grać tam, gdzie zaczynał on, chcą wkładać tę samą koszulkę co on - dodaje Herrera. - To bardzo pomaga, bo w ten sposób łatwiej nam rywalizować z lepszymi klubami.
Herrera i García nie pracowali jeszcze w klubie, kiedy grał w nim mały Lamine. Dobrze zna go natomiast 32-letni Leonardo Giordanella, Argentyńczyk z Cipolletti (północna Patagonia), który był jego trenerem. Wchodzi do pomieszczenia, wita się z obecnymi i siada. Ma tylko dziesięć minut, zanim będzie musiał wracać na boisko do maluszków, ale nie przejmuje się tym i zaczyna opowiadać:
- Znałem go, jeszcze zanim do nas dołączył, bo grywałem w piłkę z jego ojcem w jednym z parków w Granollers. Lamine przychodził na mecze ze swoim tatą. Zawsze miał piłkę przy nodze. Kopał futbolówkę i za nią biegł. Musiał mieć dwa, najwyżej trzy latka.
Lamine trafia do La Torrety jako trzyipółlatek. Sheila rozstaje się z Mounirem i przeprowadza do mieszkania przy ulicy Kolumbii 7 w Granollers, dwa kroki od boiska. Zaczyna pracę w McDonaldzie, gdzie poznaje Sandrę. Pewnego razu wyjawia jej, że ma syna, który chce grać w piłkę, ale ona nie wie, gdzie go zapisać, nie ma też pieniędzy na takie wydatki. Sandra jest córką Inocente Díeza, wówczas koordynatora La Torrety. Zwraca się więc do ojca, który zaprasza malucha i ułatwia mu dostanie się do klubu.
- To był mój pierwszy sezon w roli trenera. Lamine był w maluszkach świeżakiem i jednym z najmniejszych. - Giordanella pokazuje ręką, że ledwie odrósł od ziemi. - Jaki był? Wielki indywidualista, trudno było go odwieść od przekonania, że jedna piłka jest dla niego, a druga dla drużyny. Musiałem uparcie mu powtarzać, że powinien ją podawać, a nie trzymać przy sobie. W tym wieku nie tylko on był taki, inne dzieci też zawsze chciały mieć piłkę. Powtarzałem mu też, żeby podnosił głowę, patrzył, gdzie są koledzy z zespołu, żeby próbował wyobrazić sobie akcję, zagranie. Żeby miał wizję gry. Do dziś kładę na to nacisk: wszystkie dzieciaki są na środku boiska, wszystkie gonią za piłką, podczas gdy ja wolę, żeby grały na skrzydłach. Lamine'a ustawiałem przed obrońcami, nie chciałem, żeby ciągle ruszał w stronę bramki przeciwnika, chciałem, żeby grał przy linii. Miałem jeszcze dwóch innych dobrych zawodników, z którymi Lamine doskonale się rozumiał, razem budowali dobre akcje, to była otwarta gra. Co jeszcze? Robił rzeczy, które nie były normalne dla kogoś w jego wielu, próbował przekładanki, starając się zawsze minąć rywala, i loba, żeby pokonać bramkarza. U tak małego dziecka to było coś niesamowitego. Zabawnie było patrzeć na czteroletniego chłopca, który robi takie rzeczy. Kto go tego nauczył? Mounir, który bardzo dobrze grał, jeśli się nie mylę, na pozycji ofensywnego pomocnika? Robił na Laminie wrażenie niektórymi elementami swojej gry. No i Lamine bez wątpienia był doskonałym strzelcem, goleadorem, zdobywał najwięcej bramek w całej drużynie. Wiele razy ratował nam mecze, w których przegrywaliśmy 0:1 albo 0:2.
"Sam rozstrzygał spotkania. Dobrze pamiętam taką akcję, kiedy podaliśmy mu piłkę blisko linii bocznej na naszej połowie, a on okiwał wszystkich rywali i strzelił gola. Był bardzo szybki, bardzo zwinny i miał niesamowity strzał", mówił w wywiadzie Marc Martin, jeden z jego kolegów z drużyny żaków.
- Był bardzo inteligentnym dzieckiem, na boisku zawsze próbował różnych rozwiązań. Było widać, że może zajść daleko, choć oczywiście nigdy nie sądziłem, że jeden z zawodników mojej pierwszej drużyny wzniesie się na taki poziom - przyznaje Giordanella. - To, ile osiągnął w tak młodym wieku, przedwczesna dojrzałość, a nawet bezczelność z piłką, naprawdę zaskakują.
A jak dziś wyglądają relacje szkoleniowca z dziewiętnastką Barcelony?
- Ostatnio z nim rozmawiałem. Nie łączy nas relacja trener-zawodnik, tylko relacja przyjacielska, zarówno z nim, jak i z jego matką. W czasach La Torrety Sheila zaplatała mi warkoczyki, często przychodziłem do nich do domu i z Lamine'em godzinami graliśmy na PlayStation. Teraz gramy w Fortnite'a. Traktuję go jak chrześniaka - przyznaje Giordanella. - Kiedy do niego dzwonię, pytam, jak się miewa mama, jak się miewa tata, co u brata, co u niego. Nie rozmawiamy o futbolu i o tym całym cyrku, jaki powstał wokół niego. Chodziłem patrzeć, jak grał w La Masii, a i teraz proponuje mi bilety na mecze, ale niezręcznie mi z tego korzystać.
Jest wpół do siódmej. Na Giordanellę czekają najmłodsi zawodnicy. Przed wyjściem jeszcze pokazuje w telefonie dwa zdjęcia. Na pierwszym, w otoczeniu sześciorga dzieci, trzyma puchar, który maluchy zdobyły na turnieju w Bellavista, sąsiedniej miejscowości. Wszyscy dotykają trofeum. Lamine, z medalem na szyi i w klubowej kurtce, trzyma na nim obie ręce. I nie puszcza. Na drugim zdjęciu jest ich dwanaścioro, siedzą na boisku w czerwonych koszulkach klubowych. Lamine, z loczkami na głowie, rozemocjonowany, tak jak koledzy celuje pięścią w stronę aparatu i krzyczy.
Inocente Díez, dla wszystkich Kubala (ksywka nadana mu przez jednego z trenerów, któremu przypominał Ladislao Kubalę, węgierskiego napastnika Barcelony z lat 50.), ma 64 lata. Do Katalonii przyjechał z Almadén (prowincja Ciudad Real) jako 12-latek. Futbol jest jego pasją, uwielbia nie tylko w niego grać, lecz także o nim opowiadać. Od jesieni 2024 roku nie jest już koordynatorem La Torrety, ale dwa razy w tygodniu trenuje żeńską drużynę klubu i pracuje również z zespołem skrzatów w klubie z Bellavisty.
- Lamine przyszedł do La Torrety razem z tatą i mamą. Był 2010 rok - wspomina Kubala. - Spędził u nas trzy i pół sezonu. Grał w maluszkach i żakach, chociaż często braliśmy go do skrzatów, gdzie byli chłopcy starsi od niego o dwa-trzy lata. Zwykle, kiedy sześciolatek gra z ośmio- czy dziewięciolatkami, ta różnica jest bardzo zauważalna, ale w przypadku Lamine'a nie było tego wcale widać. Miał umiejętności, które widzimy u niego dzisiaj: lewonożny chłopak, który bardzo przypominał mi Messiego z filmików nagranych w jego dzieciństwie. Potrafił przedryblować każdego, kto stawał mu na drodze. W razie potrzeby kiwał nawet sędziego. Ile to razy powtarzaliśmy mu: "Lamine, podaj piłkę, Lamine, podaj piłkę", ale on nas nie słuchał, sam chciał strzelić gola. Raz nawet go ukaraliśmy, sadzając na ławce, ale w tamtym meczu przegrywaliśmy i w końcu wpuściliśmy go na boisko. Wszedł, odwrócił wynik i wygraliśmy. We wszystkich turniejach, w których braliśmy udział, Lamine zdobywał nagrodę dla najlepszego zawodnika i najlepszego strzelca. Ma dar, talent, który pokazał bardzo wcześnie. Jaki był poza boiskiem? Serdeczne dziecko, które od razu zyskało sympatię wszystkich w klubie. Dobrze wychowany, poważny, skryty, odpowiedzialny, nieco wstydliwy. Wiele razy zostawał po treningu, czekając na swoją matkę. "Kubala - prosiła mnie Sheila - rzuć na niego okiem do czasu, aż skończę pracę i przyjdę go odebrać". Sheila włożyła ogromny wysiłek w rozwój Lamine'a, robiła wszystko, żeby jak najlepiej go wychować, żeby posłać go do Szkoły Pereanton w Granollers, żeby pomóc mu zostać tym, kim jest dziś. Wspieraliśmy ją, jak tylko mogliśmy. Kiedy chłopiec był u swojego ojca w Rocafondzie, a Mounir nie mógł przywieźć go na trening, jeździłem tam po niego.
Rozmawiając o teraźniejszości i przyszłości, Inocente Díez jest przekonany, że Lamine Yamal jest bardziej kompletnym piłkarzem niż Leo Messi, biorąc pod uwagę warunki fizyczne i umiejętności techniczne.
- I mówię to bez cienia wątpliwości. Jaka jest różnica? Taka, że Messi grał z Iniestą, Xavim, Puyolem, Piqué, Alvesem czy Albą. Lamine gra z Pedrim, Cubarsím, Gavim, Raphinhą. Oczywiście, oni są przyszłością, ale to nie są tacy sami zawodnicy jak ci, na których mógł liczyć Argentyńczyk. Ile osiągnął Messi z PSG bez swoich kolegów z Barçy? Lamine już w wieku 17 lat jest kluczowym piłkarzem La Roja i Barcelony. I chociaż nie gra na tej samej pozycji, ma na koncie mnóstwo asyst, a celność jego strzałów wynosi 70-80 procent. Nie lubię ich porównywać, bo Messi po Maradonie i Cruijffie jest najwybitniejszym zawodnikiem w historii futbolu, ale porównania nie wzięły się znikąd.
Kubala się ekscytuje, mówiąc o wielkich mistrzach i chłopcu dorastającym w La Torrecie. I zakłada się o kolację, że w ciągu trzech lat Lamine zdobędzie Złotą Piłkę. Na tym rozmowa się kończy: dziewczyny z La Torrety czekają już na niego na boisku.
W jednym z rogów boiska Pau, Eloi, Liam, Einar i Mateu, najmłodsi chłopcy w klubie, nie zatrzymują się ani na chwilę. Giordanella musi wołać ich po kolei, żeby zostawili piłkę w spokoju i podeszli do linii bocznej, aby porozmawiać z gośćmi. Jeden mniejszy od drugiego, wszyscy znają Lamine'a Yamala, wszyscy chcą zostać piłkarzami tak jak on i strzelać tyle goli, co on. Wszyscy widzieli w telewizji, jak gra, ale Liam widział go także tutaj, na boisku.
31 maja 2024 roku Lamine, zanim pojechał na zgrupowanie reprezentacji przed mistrzostwami Europy, wrócił do La Torrety. Kubala pełnił funkcję gospodarza, na zawodnika czekali rodzina, przyjaciele i mnóstwo małych graczy w koszulkach La Torrety, Barcelony i reprezentacji, niektórzy z imieniem Lamine'a na plecach. Popołudnie pełne autografów, zdjęć z dużymi i małymi oraz grą w dziadka na środku boiska z chłopcami. Potrzeba cierpliwości do tych wszystkich nieokiełznanych maluchów. W klubowym gabinecie Lamine doszedł do porozumienia z kierownictwem, żeby letni kampus La Torrety, przeznaczony dla dzieci, nosił jego imię. Było mnóstwo krzyków, mnóstwo uśmiechniętych twarzy, mnóstwo uściśniętych dłoni, mnóstwo padania w objęcia, mnóstwo klepnięć po plecach i mnóstwo radości w klubie, w którym Lamine zaczynał swoją przygodę. W klubie, z którego odszedł, mając zaledwie siedem lat.