Kamienne płyty na Śaista Mahal
Tak bardzo marzyłam, żeby wyrwać się z tego dusznego otoczenia - z tej betonowej dżungli - uwolnić się od krzykliwych apartamentów ustawianych jedne na drugich niczym pudełka zapałek sięgające nieba, od pojazdów, które wciąż suną przed siebie, kopcąc i trąbiąc, dniem i nocą, jakby ciągły ruch był jedynym celem życia. Wreszcie, uwolnić się od ludzi, ludzi, ludzi - nieznających miłości, wzajemnego zaufania, żyjących bez harmonii, nawet bez uśmiechu na powitanie. Dlatego gdy Mudźahid przyszedł z wiadomością, że go przenoszą, poczułam się naprawdę szczęśliwa.
Byłabym zapomniała. Przecież powinnam wam opowiedzieć o Mudźahidzie, prawda? Mudźahid to mój domowy człowiek. No tak. Brzmi dziwnie. W domu zazwyczaj zostaje żona, więc to raczej ona staje się domowym człowiekiem. Może więc Mudźahid to mój biurowy człowiek. Znowu błąd. Biuro w końcu nie jest moje. Jak inaczej mogę to powiedzieć? Gdybym użyła określenia jadźamana, czyli nazwała go właścicielem, wtedy ja musiałabym do niego należeć, jakbym była jego zwierzęciem albo psem. Mam niejakie wykształcenie. Mam dyplom. Nie chcę budować relacji pan-sługa.
To może nazwę męża formalnie - ganda? Jednak to też za mocne słowo, jakby zapowiadało jakąś gandantarę, wielką katastrofę. Ale czy w ogóle trzeba się tak wysilać? Naturalnie moglibyście zasugerować, żebym na określenie męża użyła eleganckiego słowa pati, ale znowu: żadna kobieta, która was odwiedza, nie przedstawi męża słowami "A to jest mój pati" - prawda? W języku potocznym to niezbyt popularne słowo. Jest bardzo książkowe. Kiedy ktoś używa słowa pati, od razu pojawia się pokusa, żeby dodać dewaru, słowo, które zrównuje męża z Bogiem, co jest zgodne z powszechnym przekonaniem. Nie mam ochoty nadawać Mudźahidowi tak wysokiego statusu.
Jak się nad tym głębiej zastanowić, to ponoć dla nas, muzułmanek, nasz pati - poza Allahem w niebie - jest jedynym Bogiem tu, na ziemi. Wyobraźmy sobie, że ciało męża pokrywają rany, z których sączą się ropa i krew. Nawet jeśli żona oczyści te rany własnym językiem, to i tak nie będzie w stanie spłacić długu, jaki ma wobec męża. Tak się uważa. Nawet jeśli jest pijakiem, kobieciarzem albo codziennie prześladuje ją żądaniami posagu, nawet jeśli te wszystkie "jeśli" są prawdziwe - on wciąż jest mężem. Niezależnie od wyznawanej religii uważa się, że żona jest najuleglejszą służącą męża, niewolnicą.
Teraz na pewno rozumiecie, jaką mam relację z Mudźahidem. I na pewno rozumiecie, co o tym wszystkim myślę. To nie była moja decyzja. Kiedy Mudźahida, czyli mojego towarzysza życia, przeniesiono, wprowadziliśmy się do pięknego apartamentu dla inżynierów pracujących przy budowie zapory w Krysznaradźasagarze. Po czym zostałam w nim sama, jeśli nie liczyć drzew chlebowca i cytrynowych, dalii, jaśminu, chryzantem i róż przed domem, na którego tyłach rosły drzewka curry, pnącza fasoli i gorzkiego melona. Mudźahid był zajęty dwadzieścia osiem godzin na dobę - czy to pracując w biurze, czy prowadząc badania w Karnataka Engineering Research Station.
Teraz też tak jest. Chłodny wietrzyk muska moje ciało i umysł. Ponieważ nie mam z kim porozmawiać, siedzę tutaj, w ogrodzie, i wylewam przed wami swoje żale na temat tak zwanego męża. Ale! Co to? Skuter Mudźahida! O tej porze! Spojrzałam na zegar. Była dopiero piąta. Uniosłam brwi. Nie ruszyłam się z miejsca. Mudźahid odsłonił zęby w uśmiechu. Ja swoje ukryłam za szczelnie zaciśniętymi wargami. Pochylił się, założył mi kask na głowę, pociągnął za rękę i powiedział:
- Hmm, pospiesz się! Masz osiem minut, żeby się przygotować do wyjścia. Jeśli nie...
Chwileczkę. Pozwólcie, że opowiem wam całą historię. Jesteśmy nowożeńcami. Dokładniej mówiąc, jesteśmy małżeństwem od dziesięciu miesięcy i trzynastu dni. Mudźahid próbował już ze mną różnych sztuczek. Pewnego dnia, nie szczędząc trudu, zaplótł mi warkocz i upiął mi go za pomocą stu osiemnastu wsuwek, żeby się utrzymał na głowie. Przekonany, że efekt jest wspaniały, zrobił mi nawet zdjęcie. Wyglądałam jak małpa. Innego dnia próbował mnie namówić, żebym włożyła jego spodnie, ale nawet największe, jakie miał, pękły w szwach i musiał zrezygnować z dalszych prób. Potem przekonywał mnie do palenia, żeby ludzie myśleli o nim jako o człowieku bardzo towarzyskim, o liberalnych poglądach. A mnie bardzo drażni, gdy inni palą, więc zamiast wypuszczać dym, zatrzymywałam go w płucach, żeby pokazać, że nie mogę przestać kaszleć i trudno mi oddychać. Biedaczek. Był taki zmartwiony. Wszystkie te katastrofy wydarzyły się w ciągu trzech miesięcy od naszego ślubu i teraz jesteśmy zupełnie "normalną" parą.
- Mogę zapytać, dokąd jedziemy?
- Tak. W fabryce w Belagoli pracuje pewien mężczyzna, nazywa się Iftikhar Ahmed.
Poznałem go zaledwie osiem dni temu. Zaprosił nas dziś do swojego domu, do Belagoli - odpowiedział Mudźahid.
Przygotowanie się do wyjścia zajęło mi mniej niż osiem minut. Ćeluwa wybiegł za mną i zatrzymał się przy bramie. Ucieszył się, gdy mu powiedziałam:
- Nie gotuj dziś kolacji. Wrócę i sama zrobię.
Wyglądało na to, że Mudźahid też był tego dnia w dobrym humorze. Jechał skuterem bardzo powoli. Przysłuchując się, jak gwiżdże hinduską piosenkę, wyobrażałam sobie, co by było, gdybym go połaskotała. Ale w tym momencie dojeżdżaliśmy już do ronda w Belagoli.
Kiedy podjechaliśmy pod dom, stojący na zewnątrz mężczyzna uśmiechnął się i szeroko otworzył dla nas bramę. Zsiadłam ze skutera i stanęłam na ścieżce. Teren posesji był ogromny. Obejrzałam wszystkie udogodnienia, zastanawiając się, czy jesteśmy w ogrodzie czy w parku. Po dwóch stronach ścieżki rosły drzewa gujawy, a do ich grubych gałęzi przymocowano huśtawki na stalowych linach. Wokół nich kwitły pnącza jaśminu i różne odmiany róż. Z wrażenia odjęło mi mowę.
Domyśliłam się, że mężczyzna, który czekał na nas na zewnątrz, to Iftikhar. W tym momencie wyszła gospodyni, powitała nas uprzejmym salam i zaprosiła do środka. Nie minęło pół godziny, a Iftikhar bhai1 i Śaista bhabhi2 dogadywali się z nami tak dobrze, że aż mnie to zaskoczyło! Widziałam, że Mudźahid rozmawia głównie z Śaistą bhabhi, więc pomyślałam, że potem, gdy będziemy już sami, trochę sobie z tego pożartuję. Ale kiedy zorientowałam się, że ona jest nie tylko dużo starsza od Mudźahida, ale też szczera i nie ma żadnych ukrytych intencji, zrezygnowałam z żartów na jej temat. Była bardzo bezpośrednia i otwarta i w ciągu kilku chwil zaprezentowała nam całą szóstkę swoich dzieci. Trzy córki, trzech synów. Poza najstarszą Asifą dzieci przypominały małpki bez ogonków. Jakby czytając w moich myślach, Śaista powiedziała:
- Co robić, Zinat, nie planowałam tego. Zanim zdążyłam się obejrzeć, miałam już sześcioro dzieci. A twój bhai sahab3 - tu skinęła głową w stronę Iftikhara - sprzeciwił się, kiedy tylko pomyślałam o zrobieniu operacji. Po numerze siódmym na pewno ją zrobię.
- Nie ma takiej potrzeby, Śaista. To ja je wychowuję. Czym ty się w ogóle martwisz? Dzięki Bożej łasce zarabiam dość, żeby dobrze się nimi wszystkimi zająć - wtrącił Iftikhar.
- Och! Czy naprawdę wystarczy dobrze zarabiać? Przeze mnie moja kochana Asifa musiała się pożegnać ze studiami. Wiesz, jak bardzo mnie to boli?
- To nie o to chodzi. Kazałem jej przerwać naukę, bo dziewczęta nie potrzebują takiego wykształcenia. Wystarczy im świadectwo szkoły średniej. Nie chcę, żeby włóczyła się po Majsurze z powodu studiów. Możemy ją w przyszłym roku wydać za mąż - odparł Iftikhar.
- Wykluczone! Wyszłam za mąż w wieku dwudziestu lat. W ciągu siedemnastu lat zostałam matką sześciorga dzieci. Jeśli wydasz moją córkę za mąż tak wcześnie... - Śaista urwała.
Mudźahid i ja słuchaliśmy tego wszystkiego w milczeniu. Asifa, której dotyczyła rozmowa, stała przy oknie, trzymając w ramionach braciszka. Czułam narastające wzburzenie, gdy patrzyłam na jej dziewczęcą urodę i słuchałam, jak podejmowane są decyzje o jej przyszłości. Pomyślałam też sobie, że Śaista jest atrakcyjniejsza ode mnie. Iftikhar wstał, jakby właśnie coś sobie przypomniał, i powiedział:
- Śaista, wyjdź z Zinat bhabhi na zewnątrz i tam sobie posiedźcie. A ja tymczasem nazrywam trochę kwiatów...
Wyszłyśmy do ogrodu. Asifa podała braciszkowi butelkę z mlekiem i delikatnie go poklepywała. Śaista usiadła na jednej huśtawce, ja na drugiej. Bardzo mi się to spodobało i zaczęłam się bujać coraz wyżej i szybciej. Ależ to była frajda tak wznosić się w górę i opadać, żeby ponownie odbić się od ziemi! Właśnie wtedy zobaczyłam, że Iftikhar bhai zaczyna zrywać drobne pąki jaśminu, plastikowy koszyk miał przywieszony u pasa. Mudźahid bawił się z dziećmi na frontowym podwórzu. Chwilę później Iftikhar podszedł do nas i wręczył koszyk żonie, po czym wspiął się na drzewo gujawy. Śaista, wciąż siedząc na huśtawce, zaczęła robić girlandę z kwiatów.
Iftikhar przyniósł owoce gujawy dla mnie i dla żony, po czym szturchnął ją, żeby zrobiła mu miejsce obok siebie, i zawołał:
- Asifa, zrób nam herbaty, kochanie!
Dziewczyna właśnie uśpiła brata i stała teraz cicha i nieco niepewna z powodu obecności Mudźahida. Gdy tylko usłyszała wołanie ojca, weszła do domu, by przygotować herbatę. To miała być dziesiąta filiżanka herbaty wypita przez Iftikhara w ciągu godziny od naszego przybycia.
Śaista podzieliła nawleczone pąki jaśminu na dwie równe części i jedną z nich wręczyła mnie. Druga spływała jej z czubka głowy niczym sznur. Ładnie to współgrało z jej wspaniałym długim warkoczem. Asifa podeszła i podała Iftikharowi filiżankę herbaty. Wydało mi się jakoś niewłaściwe to, że Śaista ignoruje swoją dorosłą córkę i ozdabia siebie tyloma kwiatami.
- Chodź tutaj, Asifa! - zawołałam i podałam jej moją część kwiatów.
Nie chciała ich przyjąć, ale nakłoniłam ją, żeby usiadła obok, i wpięłam jej kwiaty we włosy. Oczy dziewczyny napełniły się łzami i Asifa zniknęła w domu z pustą filiżanką po herbacie Iftikhara.
Robiło się ciemno. Właśnie gdy pomyślałam, że trzeba się pożegnać, gospodarz rzekł:
- Zinat bhabhi, popatrz tutaj, to drzewo gujawy posadziłem dla Śaisty. Każda roślina i każdy kwiat w tym ogrodzie to jej ulubione. Winorośl też jest dla niej. A te huśtawki... ona je uwielbia.
- Iftikhar bhai, to takie miłe patrzeć na was. Mam wrażenie, że bardzo leży ci na sercu to, co bhabhi lubi, a czego nie.
- Jeszcze jak. Gdybym był cesarzem, zbudowałbym pałac, który przyćmiłby Tadź Mahal. Nazwałbym go Śaista Mahal...
Tymczasem Mudźahid przestał się bawić z dziećmi. Podszedł do nas i przerwał Iftikharowi w pół zdania:
- No, no! Daj spokój, Iftikhar, chyba nie zdajesz sobie sprawy, co mówisz. Cesarz zbudował Tadź Mahal jako grobowiec dla swojej zmarłej żony. Niech Allah da bhabhi długie życie. Ona siedzi przed tobą, a ty mówisz o budowie Śaista Mahal!
Wydawało się, że Iftikhar na moment poczuł się zbity z tropu.
- Ale nikt nie myśli o Tadź Mahal jako o grobie. Uważa się go za mohabbat ki niśani, symbol miłości. W tym sensie to powiedziałem.
Mudźahid jednak nie ustępował:
- Tak, tak, symbol martwej miłości.
- Ależ miłość nie umiera, Mudźahid.
- Hmm... to prawda, nie umiera. Ale to wszystko jest trochę jak z filmu, bhai. Kiedy umiera twoja matka, to umiera też jej miłość. Takiej miłości nie dostaniesz już od nikogo. Huh. Ale co innego, jeśli umrze żona, bo zawsze można wziąć sobie drugą.
Słowa Mudźahida mną wstrząsnęły.
Na twarzy Śaisty pojawił się przelotny uśmiech. Zerwała się i powiedziała:
- Tak, moja babka zwykła mówić, że śmierć żony jest dla męża jak uraz łokcia. Wiesz, Zinat, gdy uderzysz się w łokieć, w pierwszej chwili ból jest ogromny, nie do zniesienia. Ale trwa to tylko kilka sekund, a potem już nic nie czujesz. Nie ma rany, krwi, blizny, bólu...
Coraz mniej podobał mi się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa. Nagle Iftikhar wstał, wyraźnie przejęty. Chwycił Śaistę za ręce i powiedział:
- Śaista, co ty mówisz? Każda komórka mojego ciała żyje dzięki sile twojego imienia. Twoja energia, twoja żywotność pobudza każde uderzenie mego serca. Ty... to, co powiedziałaś, czy te słowa płyną z twojego serca? Ty naprawdę tak myślisz?
Z trudem powstrzymałam śmiech. Przypomniałam sobie, jak Śaista mówiła, że Iftikhar jest od niej starszy o dziesięć lat. Widok niemal pięćdziesięcioletniego mężczyzny, który niczym nastolatek zapewnia o nieśmiertelności swego uczucia, i jej, siedzącej jak królowa obrzucająca go dobrotliwym spojrzeniem, jakby gotowa była mu wybaczyć każdy występek, to coś, czego raczej już więcej nie zobaczę. W końcu Mudźahid uśmiechnął się szeroko. Śaista zachichotała, zawstydzona.
Wkrótce pojechaliśmy do domu.
Ponieważ zjedliśmy obfity posiłek u Śaisty, Mudźahid powiedział, że nie chce kolacji, i wypił tylko szklankę mleka. Ja również byłam najedzona, więc nie musiałam zawracać sobie głowy gotowaniem. On usiadł z książką, a ja, choć przerzucałam strony magazynu "Femina", myślami byłam przy rodzinie Śaisty.
- Wiem... tylko udajesz, że to czytasz...
- To powiedz, o czym myślę.
- Mam ci powiedzieć? Myślisz o najmłodszym dziecku Śaisty, tym o czarnych oczach i pulchnych policzkach - odparł Mudźahid.
- Może. Ale bardziej myślę o tym, co tam mówiłeś.
- Wiedziałem. Wiedziałem, że za bardzo się tym przejmiesz. Szczerze mówiąc, Zinat, trzeba postawić sprawę jasno: cesarz, który zbudował ten najsłynniejszy na świecie pomnik miłości, nie umarł wraz ze swoją żoną. W jego haremie była niezliczona liczba kobiet.
- Tu nie chodzi o cesarza.
- Dobrze. Zostawmy Szahdżahana. Może porozmawiamy o naszym współczesnym badśahu4 miłości? W gruncie rzeczy Iftikhar potrzebuje towarzystwa kobiet. Śaista ma w jego sercu szczególne miejsce, bo od wielu lat bardzo dobrze się dogadują. Ale to nieważne, czy to będzie Śaista czy Nargis, czy Mehrun.
- Dość. Przestań. Nawet gdybyś odrodził się dziesięć razy, nie byłbyś w stanie pokochać mnie tak, jak Iftikhar kocha Śaistę.
- Po pierwsze, u nas nie ma pojęcia reinkarnacji. Ja nie wierzę w takie rzeczy. Po drugie, jestem gotów okazać ci sto razy więcej miłości, niż Iftikhar okazuje Śaiście, i to właśnie teraz... bez względu na to, jak bardzo będziesz protestować...
Zanim zdążyłam docenić, jak sprytnie zmienił temat, Mudźahid mocno mnie przytulił i obsypał szalonymi, pełnymi czułości pocałunkami. Po prostu zwierzę!
Którejś niedzieli, o dziewiątej rano, kiedy Mudźahid wciąż leżał w łóżku, przyszli do nas Iftikhar z Śaistą. Powiedziałam im, że Mudźahid jeszcze śpi, więc usiedliśmy w ogrodzie i zaczęliśmy rozmawiać. Przyniosłam gorące, świeżo usmażone pierożki samosy, ale Iftikhar nie zjadł ani jednego. Wszystkie przełożył na talerz Śaisty, sam wypił tylko filiżankę herbaty, a potem poszedł na targ po warzywa.
Śaista, w sari w pawich kolorach i w bogatej biżuterii, wyglądała wyjątkowo pięknie. Dałam jej nasz album ślubny i weszłam do domu. Kiedy wróciłam, patrzyła zamyślona na jedną z fotografii. To było moje zdjęcie z ukończenia studiów, byłam na nim w todze. Usiadłam obok niej, a ona powiedziała:
- Zinat, marzy mi się, żeby Asifa też miała zdjęcie w takiej todze. Zdała egzaminy w dziesiątej klasie za pierwszym podejściem. Nie pozwoliliśmy jej jednak uczyć się dalej, bo nie było nikogo innego, kto mógłby się zająć domem i dziećmi.
- Zatrudnij kogoś do pomocy, bhabhi.
- Mieliśmy wcześniej dziewczynę. Wyjechała. Mówiła, że jedzie odwiedzić rodzinne strony, i już nigdy nie wróciła. Chyba jakiś pośrednik wysłał ją do Dammamu. Nikogo innego nie znalazłam.
- Asifa i tak nie może kontynuować nauki w tym roku. Pozwól jej przynajmniej pójść do koledżu od przyszłego roku.
- Tak zrobię. Jaki jest sens dręczenia tej biednej dziewczyny tylko dla naszej wygody? Zinat, miałam cię o coś zapytać. Czy operacja, żeby nie mieć więcej dzieci, jest niebezpieczna?
- Dlaczego miałaby być niebezpieczna, bhabhi? Trzy moje szwagierki i dwie starsze siostry zrobiły to, kiedy już urodziły dwoje lub troje dzieci. Wszystkie te kobiety są zdrowe i czują się dobrze.
- Naprawdę? W takim razie ja też ją zrobię. A jeśli mogłabyś mi w tym towarzyszyć, zniknąłby nawet ten malutki strach, który wciąż się we mnie tli.
- Bhabhi, jak ty pięknie dziś wyglądasz! Naucz, proszę, tę moją Zinat tak ładnie się ubierać - powiedział Mudźahid, który właśnie przyszedł.
Przysunął teraz krzesło i chciał się z nią podroczyć.
- Cicho bądź! Ty nieznośny mężczyzno! Zabieraj się stąd, leniu! - powiedziała Śaista, uderzając go żartobliwie w plecy.
Nalegałam, żeby zostali na obiad. Zgodzili się i wyjechali do Belagoli dopiero wieczorem. Moje dni w Krysznaradźasagarze nie były już tak samotne jak wcześniej. Bywałam w domu Śaisty, kiedy tylko miałam na to ochotę. Czas mijał mi szybko na zabawie z jej dziećmi. Z Śaistą było podobnie. Chciała zapewnić swoim dzieciom, zwłaszcza Asifie, dobre wykształcenie - marzyła, by uwolnić ją od obowiązków domowych i umożliwić jej zdobycie dyplomu. Poza tym nie miała innych pragnień. Wyglądała na zdrową i pełną sił, jej twarz promieniała.
Lekarka, która zbadała Śaistę, stwierdziła, że do porodu zostało jakieś piętnaście, dwadzieścia dni. Dlatego w niedzielę zaprosiłam wszystkich do nas i nalegałam, żeby przyprowadzili Asifę. To był radosny dzień, a ja miałam mnóstwo pracy i ani chwili wytchnienia. Śaista i Mudźahid jak zwykle się przekomarzali, Iftikhar próbował przekonywać żonę o swojej wiecznej miłości, dzieci hałasowały, Asifa milczała w swoim osamotnieniu. Kiedy wśród tego rwetesu zakończyliśmy królewską ucztę i pożegnaliśmy się z gośćmi, było już po dziewiątej.
Gdy o piątej rano obudził mnie dźwięk budzika, walczyłam z pokusą, by otulić się mocniej kocem i jeszcze trochę pospać. I wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie było wyjścia, musiałam wstać. Owinęłam się szczelnie szalem i poszłam otworzyć. Na dworze stał Iftikhar.
- Are, Iftikhar bhai! Wejdź, wejdź, co cię sprowadza o tak wczesnej porze?
- Nie mam czasu, bhabhi. Po wyjściu od was, koło pierwszej w nocy, Śaista dostała bólów porodowych. Natychmiast zawiozłem ją do Majsuru, wziąłem Jeepa z fabryki. Jest w Shilpa Maternity Home. O trzeciej urodziła. To chłopiec - powiedział Iftikhar, a ja odniosłam wrażenie, że przy tych słowach trochę się zarumienił.
Poczułam ogromną radość. Och! Minęło tyle lat, odkąd ostatni raz widziałam noworodka i brałam udział we wszystkich uroczystościach związanych z narodzinami. Zostawiłam Iftikhara przed drzwiami i pobiegłam do Mudźahida, mojego śpiącego Kumbakarny5. Zerwałam z niego koc, chcąc go jak najszybciej obudzić.
- Wstawaj, szybko wstawaj, proszę! Śaista urodziła chłopca, a ty śpisz!
Mudźahid przyciągnął mnie do siebie mocnym uściskiem i mruknął:
- Obiecuję, Zinat, że niezależnie od tego, czy będziesz miała chłopca czy dziewczynkę, na pewno nie będę spał całą noc. Będę siedział i wpatrywał się w twoje dziecko.
- Wstydu nie masz! Iftikhar bhai jest na zewnątrz. Wstawaj, idź z nim porozmawiać!
Nim zaparzyłam herbatę, Iftikhar zdążył już wypalić cztery czy pięć papierosów. Podając mu filiżankę, zapytałam:
- Mam nadzieję, że ze zdrowiem Śaisty bhabhi wszystko w porządku?
- Hmm. Teraz tak. Ale wcześniej pojawił się jakiś problem i lekarz mówił, że być może będzie konieczna transfuzja. Na szczęście okazało się, że nie ma takiej potrzeby. Śaista jest jednak bardzo słaba. Pójdę już - powiedział Iftikhar, odstawiając filiżankę.
Wyszedł, zanim ten leniuch Mudźahid zdążył wstać.
Pojechaliśmy z Mudźahidem do Majsuru. Całą drogę droczył się ze mną, opowiadając, czego to on by nie zrobił, gdyby to było moje dziecko, sam by je wychowywał i tak dalej, i tak dalej.
Kiedy dotarliśmy do kliniki, zobaczyliśmy, że zgromadziła się tam cała rodzina Iftikhara. Asifa zebrała wszystkie dzieci na zewnątrz, żeby nie hałasowały w szpitalu. Uśmiechnęła się na nasz widok.
- Skąd u ciebie taki dobry humor? - spytałam.
- Dziecko jest takie słodkie, bhabhi - odpowiedziała. - Ty też będziesz zachwycona, gdy je zobaczysz.
Dziecko było naprawdę urocze, miękkie, różowiutkie jak pączek róży. Spało z mocno zamkniętymi oczkami. Śaista uśmiechnęła się słabo bladymi wargami. Usiadłam obok niej i wzięłam dziecko na ręce.
- Śaista bhabhi, złe oko może rzucić urok na tego dzieciaka. Jak ci się udaje rodzić tak piękne dzieci? - zażartowałam.
- Nic się nie martw. Szepnij słówko Mudźahidowi, a on włoży ci w ramiona dziecko dużo słodsze od tego - odpowiedziała.
W tym momencie weszli Mudźahid i Iftikhar. Mudźahid wziął ode mnie dziecko, popatrzył na nie przez chwilę i przytulił je do piersi.
- Bhabhi, ukradnę je i ucieknę, i co wtedy zrobisz? - zapytał, a ona bez wahania odparła żartobliwie:
- Co z ciebie za człowiek, żeby kraść cudze dziecko i z nim uciekać? Lepiej postaraj się o armię własnych, wtedy zobaczymy.
Iftikhar roześmiał się głośno.
Zostaliśmy tam do wieczora, a kiedy szykowaliśmy się do wyjścia, zwróciłam się do Śaisty:
- Dla Asify może to być zbyt wiele. Opiekowanie się wszystkimi dziećmi i jeszcze organizowanie ci jedzenia, gdy jesteś tutaj. Może wezmę do siebie Sallu, Immu, Naveena i Kamala, dopóki nie wrócisz do domu?
- Nie ma takiej potrzeby, Zinat. Asifa nie jest moją córką, jest dla mnie niczym matka. I to nie tylko teraz. Odkąd skończyła szkołę, wzięła na siebie wszystkie obowiązki domowe i opiekę nad dziećmi. Nie zostanę tu długo. Wrócę do domu pojutrze - odpowiedziała Śaista.
- A potem... operacja?
- Teraz jestem trochę słaba. Lekarz powiedział, żebym wróciła tutaj za jakieś piętnaście dni. Wtedy ją zrobię.
- Dobrze. No to będę się zbierać.
Po powrocie Śaisty do domu odwiedziłam ją kilka razy. Ale bardzo zaskoczyło mnie coś, co zobaczyliśmy z Mudźahidem, gdy pewnej niedzieli wybraliśmy się do Majsuru.
Tego dnia pojechaliśmy pociągiem, bo musieliśmy zrobić zakupy spożywcze. Pociąg zatrzymał się w Belagoli. Ku mojemu zdumieniu dostrzegłam na peronie Iftikhara i Śaistę ubraną w sweter z długimi rękawami; na głowie miała szal. Mudźahid stanął w drzwiach wagonu i pomachał im. Pospiesznie wsiedli do naszego przedziału.
Zapytałam jak idiotka:
- Dlaczego właściwie jedziecie do Majsuru?
Śaista wyraźnie odzyskała swoją dawną żywiołowość. Kobieta w połogu zaledwie od dwóch tygodni, której niczego nie brakowało i która prowadziła wygodne życie - czy naprawdę musiała jechać do Majsuru, żeby załatwiać sprawunki? Jakby czytając w moich myślach, powiedziała:
- Och, nigdy nie byłam w połogu dłużej niż piętnaście dni. Po prostu staram się ubierać ciepło. A Iftikhar czuje się nieswojo, gdy mnie nie ma obok. Jestem zdrowa. Dlaczego miałabym cały czas leżeć? Nawet po urodzeniu pierwszej córki leżałam w łóżku tylko przez piętnaście dni.
Nie odważyłam się zadać jej kolejnego pytania. Widziałam, jak moje starsze siostry i szwagierki przechodziły połóg. Przez trzy miesiące po porodzie nie wstawały z łóżka. Nie wolno im było nawet dotknąć zimnej wody. Rano, kiedy tylko się budziły, amma6 wylewała na nie trzy wielkie garnki gorącej wody, natychmiast kładła je z powrotem do łóżka i przykrywała dziesięcioma kocami. A kiedy uznała, że dziesięć koców to za mało, dokładała jeszcze na wierzch materac. Po piętnastu minutach taka świeżo upieczona matka zaczynała się obficie pocić. Wtedy amma kazała jej wstać, wycierała złą wodę - tak nazywała pot - i podawała jej zupę na sercu lub nodze baraniej. Suszyła jej włosy dymem z żywicy sambrani, kładła ją do łóżka, podciągała fałdy brzucha do góry i ciasno owijała jej talię cienkim bawełnianym sari, tak żeby brzuch był płaski. A jeszcze potem kazała zjadać całą miskę klarowanego masła z odrobiną sproszkowanej kozieradki... Ale ponieważ mężowie zabronili im jeść masło, żeby nie przybrały na wadze, wsuwały miski pod łóżko, żeby amma niczego nie zauważyła.
Po nakarmieniu dziecka położnica spała mniej więcej do pierwszej po południu. Gdy się obudziła, czekał już na nią ryż, zupa z pieprzem i cztery kawałki najdelikatniejszego mięsa smażonego z chili. Do popicia była tylko przegotowana woda. Wieczorem dostawały cieniutki makaron ryżowy z dużą ilością masła, migdałów i kardamonu albo jakieś danie na słodko, a w nocy chleb lub pszenne placki rotti z mięsnym sosem. Po czterdziestu dniach takiej ścisłej diety mogły założyć biżuterię i nowe sari - wyglądały wtedy zupełnie jak panna młoda.
Kiedy moi bracia lub szwagrowie chcieli w okresie połogu zbyt często przebywać ze swoimi żonami, amma narzekała:
- Co to za bezwstydnicy! Jak tylko pozwolę mężowi i żonie spędzić razem trochę czasu, to oni natychmiast chcą to wykorzystać... ale co mnie to obchodzi... jeśli jesteście zdrowe, wasi mężowie będą z wami... jeśli zmarnujecie swoje młode ciała, same na tym ucierpicie... spójrzcie na kobiety Brambra czy Śettru7! Nawet pięć miesięcy po porodzie wciąż są w połogu. Nie możemy robić tak jak one? Dlaczego nie chcecie tak o siebie zadbać? Właśnie dlatego one wszystkie są silne i zdrowe.
Stale powtarzała takie rzeczy. Gdy świeżo upieczone matki siadały, mówiła im, że zła woda wypełni ich talię, a jeśli wstawały, straszyła, że zemdleją i upadną, najlepiej byłoby, gdyby nie wstawały z łóżka.
- Przez czterdzieści dni po porodzie czterdzieści grobów otwiera paszcze, chcąc pożreć dziecko i młodą matkę. Z każdym mijającym dniem jedna się zamyka. Czy to naprawdę błahostka wydać ze swego ciała nowe życie? To przecież tak, jakby sama matka rodziła się na nowo - mawiała amma.
Gdyby wierzyć jej słowom, na Śaistę czyhało jeszcze dwadzieścia pięć grobów. A ona już poczynała sobie tak swobodnie! Wszystkie te myśli przebiegły mi przez głowę w jednej chwili.
A jednak te dwadzieścia pięć grobów też się zamknęło. Po czterdziestu dniach zorganizowano w domu Śaisty uroczystość. Właśnie zbierałam się do wyjścia, na kostkach miałam srebrne bransoletki, trzymałam śpioszki dla synka Śaisty i materiał na bluzkę dla niej, kiedy przyszedł telegram.
"Matka w ciężkim stanie. Przyjeżdżaj natychmiast". Mudźahid i ja zupełnie straciliśmy głowę. Wrzuciliśmy do walizki ubrania, które mieliśmy pod ręką, i od razu pojechaliśmy do Majsuru. Stamtąd ruszyliśmy do naszej wioski. Kiedy dotarliśmy do domu, amma czuła się bardzo źle. Była blada, skrajnie osłabiona po ciężkim ataku serca. Zdając sobie sprawę, że długo już nie pożyje, zapragnęła mieć przy sobie wszystkie dzieci. Byłam najmłodsza i przyjechałam ostatnia. Trzeciego dnia amma wydała ostatnie tchnienie - jakby po prostu zasnęła. Moja matka. Ta, która mnie wychowała i kochała, która tuliła mnie w ramionach, leżała teraz przede mną niczym kawałek drewna. Nie wiem, jak zdołałam to wytrzymać.
Odprawiono ostatnie obrzędy. Czułam jedynie pustkę. Mudźahid zdawał sobie sprawę, że gdy wrócimy do Krysznaradźasagary, będę w domu sama i pogrążę się w jeszcze głębszym smutku, wziął więc dłuższy urlop, żeby dotrzymywać mi towarzystwa. Cztery czy pięć dni po ceremonii zakończenia czterdziestodniowej żałoby wróciliśmy do domu.
Tamtego dnia nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Czułam niepokój, nieokreśloną udrękę. Zastanawiałam się, czy to dlatego, że po pobycie w domu pełnym ludzi nagle znalazłam się sama. Ponieważ Mudźahid nadal miał wolne, oboje szykowaliśmy się, żeby pójść do Śaisty. Wzięłam też prezenty, które kupiliśmy dla niej i dziecka.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, wydało nam się, że ogród jest zaniedbany. W domu nie było ani śladu dzieci. Usiadłam na krześle w salonie i rozejrzałam się. Drzwi do pokoju Śaisty były zamknięte. Mudźahid też usiadł i nie bardzo wiedząc, co robić, sięgnął po gazetę. Zapukałam do niej mocno, zastanawiając się, jaka drzemka może trwać aż do czwartej po południu.
- Bhabhi... Śaista bhabhi... to ja, Zinat. Wyjdź natychmiast! Bo inaczej wyważę drzwi!
Usłyszałam dźwięk otwieranego zamka. W drzwiach stanął Iftikhar. Byłam przekonana, że jest w fabryce, i poczułam lekkie zakłopotanie. Cofnęłam się o dwa kroki. Iftikhar ruszył w stronę Mudźahida. Weszłam do pokoju. To wystarczyło. Poczułam, że kręci mi się w głowie. Wszystkie okna i drzwi były zamknięte, a stojąca w mdłym świetle lampki nocnej kobieta w sari koloru pawiego błękitu na pewno nie była Śaistą. Wyglądała na nie więcej niż osiemnaście lat, stała ze spuszczoną głową, ze świeżą henną na dłoniach i nogach, z pełną zasłoną na głowie, zielone i czerwone bransoletki zdobiły jej ręce. To na pewno nie była Śaista. Wyszłam z pokoju, jeszcze nim łzy zaczęły płynąć mi policzkach.
- Gdzie jest moja Śaista bhabhi? - zwróciłam się do Iftikhara.
- Już jej nie ma. Zanim zdążyliśmy zrozumieć, co się dzieje, odeszła od nas bardzo daleko.
- A kim jest ona? - zapytałam bez pardonu.
- Poślubiłem ją następnego dnia po czterdziestodniowej żałobie po Śaiście. Pochodzi z biednej rodziny. Potrzebuję przecież kogoś, kto zajmie się dziećmi, dlatego...
- Och tak, z pewnością... ona... świetnie opiekuje się dziećmi, co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Iftikhar bhai, rób, co uważasz, to twoja sprawa. Ale nie składaj jej takich deklaracji miłości, jakie składałeś Śaiście. I nic się nie stanie, jeśli darujesz sobie budowę Śaista Mahal czy układanie kamiennych płyt wokół jej grobu... Lecz jeśli twoja wieczna i namiętna miłość doleci tam, gdzie Śaista jest teraz, i jeśli ona się obudzi i wróci, będziesz w nie lada kłopotach.
Z obawy przed tym, co mogłabym jeszcze powiedzieć, wybiegłam z domu. Asifa odebrała już swoje rodzeństwo ze szkoły. Siedzieli teraz w ogrodzie - być może dlatego, że nie chciała przeszkadzać ojcu. Gdy ją zobaczyłam, zatrzymałam się na chwilę.
- Ciocia Zinat!
Wszystkie dzieci otoczyły mnie w jednej chwili. Asifa też podeszła, z dwumiesięcznym niemowlęciem w ramionach. Jej oczy były pełne łez. Gdzieś w oddali Śaista pewnie szeptała: "Ona nie jest moją córką, jest moją matką...".