Łańcuch ze złota. Cykl Ostatnie godziny. Księga 1 - Cassandra Clare

Kup ebooka

45.00 zł
38.25 zł (37,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Minione dni. 1897

Minione dni 1897

Lucie Heron­dale miała dzie­sięć lat, gdy pierw­szy raz spo­tkała chłopca w lesie.

Wycho­wy­wała się w Lon­dy­nie i takie miej­sce jak Bro­ce­lind prze­ra­stało jej wyobra­że­nia. Las ota­czał rezy­den­cję Heron­dale'ów ze wszyst­kich stron, czubki drzew pochy­lały się ku sobie jak nie­ufni roz­mówcy szep­czący sobie do uszu. Latem były ciem­no­zie­lone, jesie­nią przy­po­mi­nały wypo­le­ro­wane złoto. Dywan mchów pod sto­pami był nie­sa­mo­wi­cie zie­lony i miękki - ojciec powie­dział jej, że na jego podusz­kach nocą śpią faerie, a z kwia­tów podob­nych do bia­łych gwiazd, które rosły tylko w ukry­tej kra­inie Idrisu, wyra­biano bran­so­letki i pier­ście­nie na ich deli­katne dło­nie.

James, rzecz jasna, powie­dział jej, że faerie nie mają żad­nych podu­szek, śpią pod zie­mią i pory­wają nocą nie­grzeczne małe dziew­czynki. Lucie nadep­nęła mu za to na stopę, dla­tego tata porwał ją na ręce i zaniósł do domu, zanim wynik­nęła z tego poważ­niej­sza walka. James wywo­dził się ze sta­ro­daw­nego i szla­chet­nego rodu Heron­dale'ów, ale to nie zna­czyło, że pocią­gnię­cie młod­szej sio­stry za war­ko­cze, kiedy wyma­gają tego oko­licz­no­ści, jest poni­żej jego god­no­ści.

Pew­nej nocy jasno świe­cący księ­życ obu­dził Lucie. Blask wle­wał się do jej pokoju niczym mleko, malu­jąc się bia­łymi prąż­kami na łóżku i wypo­le­ro­wa­nej drew­nia­nej pod­ło­dze.

Zsu­nęła się z łóżka i wyszła przez okno, lądu­jąc deli­kat­nie na kwiet­nej raba­cie. To była let­nia noc, więc nie mar­zła w koszuli noc­nej.

Skraj lasu, tuż za staj­niami, gdzie trzy­mano ich konie, wyglą­dał, jakby się jarzył. Pomknęła w jego stronę jak mały duch. Gdy sunęła mię­dzy drze­wami, jej stopy w ran­nych pan­to­flach pra­wie nie zosta­wiały śla­dów na mchu.

Począt­kowo zaba­wiała się robie­niem wian­ków z kwia­tów i wie­sza­niem ich na gałę­ziach. Potem uda­wała, że jest Śnieżką ucie­ka­jącą przed myśli­wym. Bie­gła przez plą­ta­ninę drzew, odwra­cała się nagle i nabie­rała gwał­tow­nie powie­trza, przy­kła­da­jąc teatral­nym gestem grzbiet dłoni do czoła. "Nie zabi­jesz mnie" - mówiła - "bo w moich żyłach pły­nie kró­lew­ska krew i pew­nego dnia zostanę dwa razy potęż­niej­szą kró­lową od mojej maco­chy. I każę ściąć jej głowę".

Póź­niej pomy­ślała, że być może nie zapa­mię­tała zbyt dokład­nie opo­wie­ści o Śnieżce.

Mimo to świet­nie się bawiła i dopiero po czwar­tym albo pią­tym biegu przez las zdała sobie sprawę, że zabłą­dziła. Nie widziała już przez drzewa zna­jo­mego kształtu rezy­den­cji Heron­dale'ów.

Spa­ni­ko­wana zaczęła obra­cać się w miej­scu. Las nie wyda­wał się już magiczny. Zamiast tego drzewa pochy­lały się nad nią jak groźne duchy. Wydało jej się, że sły­szy dźwięk nie­ziem­skich gło­sów w sze­le­ście liści. Napły­nęły chmury i zakryły księ­życ. Zna­la­zła się sama w ciem­no­ści.

Lucie była dzielna, ale miała rap­tem dzie­sięć lat. Zaszlo­chała słabo i ruszyła bie­giem w kie­runku, który uznała za wła­ściwy. Jed­nakże las tylko pociem­niał, a cier­nie sta­wały się coraz bar­dziej splą­tane. Jeden zacze­pił o jej koszulę nocną i ją roz­darł. Lucie potknęła się...

I upa­dła. Miała wra­że­nie, że spada jak Ali­cja do Kra­iny Cza­rów, cho­ciaż trwało to dużo kró­cej. Prze­ko­zioł­ko­wała i ude­rzyła o mocno ubitą zie­mię.

Usia­dła z jękiem. Leżała na dnie okrą­głej wyko­pa­nej w ziemi dziury. Ściany jamy były gład­kie i wzno­siły się na kilka stóp - kra­wędź znaj­do­wała się daleko poza zasię­giem jej rąk.

Pró­bo­wała wbi­jać palce w ota­cza­jące ją ściany z ziemi i wspiąć się, jakby wcho­dziła po drze­wie, ale zie­mia była miękka i kru­szyła się pod jej rękami. Po pią­tym razie, kiedy spa­dła z powro­tem na dno jamy, spo­strze­gła coś bia­łego, co lśniło w pio­no­wej ścia­nie. Miała nadzieję, że to korzeń, który pomoże jej we wspi­naczce, więc rzu­ciła się do niego, wycią­gnęła rękę, żeby go zła­pać...

Zie­mia odpa­dła, odsła­nia­jąc biały przed­miot. Nie­stety to nie był korzeń, ale biała kość. W dodatku to nie była zwie­rzęca kość...

- Nie krzycz, bo je tu ścią­gniesz - roz­legł się głos nad nią.

Lucie odchy­liła głowę i popa­trzyła. Nad jamą pochy­lał się chło­piec. Był star­szy od jej brata Jamesa, miał może szes­na­ście lat. Miał cudną melan­cho­lijną twarz i pro­ste czarne włosy, które ani odro­binę się nie krę­ciły. Ich koniuszki pra­wie doty­kały koł­nie­rzyka koszuli.

- Kogo? - zapy­tała Lucie, opie­ra­jąc pię­ści na bio­drach.

- Faerie - odpo­wie­dział. - To jedna z ich puła­pek. Zwy­kle łapią w nie zwie­rzęta, ale bar­dzo by się ucie­szyły, gdyby zamiast tego zna­la­zły w pułapce dziew­czynkę.

Lucie aż zatkało.

- Chcesz powie­dzieć, że mnie zje­dzą?

Roze­śmiał się.

- Wąt­pię, ale mogła­byś skoń­czyć, usłu­gu­jąc ary­sto­kra­tom faerie przez resztę życia w kra­inie pod wzgó­rzem. Ni­gdy wię­cej nie zoba­czy­ła­byś swo­jej rodziny.

Poru­szył zna­cząco brwiami.

- Nie pró­buj mnie nastra­szyć.

- Zapew­niam cię, że mówię jedy­nie prawdę - odpo­wie­dział. - Nie zni­żył­bym się nawet do pół­prawdy.

- I nie wygłu­piaj się - zbesz­tała go. - Jestem Lucie Heron­dale. Mój ojciec to Will Heron­dale i jest bar­dzo ważną osobą. Jeśli mnie ura­tu­jesz, dosta­niesz nagrodę.

- Heron­dale? Ależ ja mam szczę­ście.

Chło­pak wes­tchnął i przy­su­nął się do brzegu jamy. Wycią­gnął rękę do Lucie. Spo­strze­gła bli­znę na grzbie­cie jego pra­wej dłoni. Paskudną, jakby się popa­trzył.

- Wyska­kuj.

Lucie zła­pała go za nad­gar­stek obiema rękami. Chło­pak wycią­gnął ją z jamy z zaska­ku­jącą siłą. Chwilę potem oboje stali obok dziury. Teraz Lucie lepiej go widziała. Był star­szy, niż myślała, i miał na sobie wie­czo­rowy strój. Księ­życ znowu wyszedł, więc widziała, że chło­pak ma zie­lone oczy w odcie­niu leśnego mchu.

- Dzię­kuję - oznaj­miła sztywno.

Otrze­pała koszulę nocną. Była cała uwa­lana zie­mią.

- Chodźmy - zapro­po­no­wał łagod­nie nie­zna­jomy. - Nie bój się. O czym poroz­ma­wiamy? Lubisz opo­wie­ści?

- Uwiel­biam - odpo­wie­działa Lucie. - Kiedy doro­snę, zostanę znaną pisarką.

- To brzmi cudow­nie - odparł chło­piec. W jego gło­sie poja­wiła się marzy­ciel­ska nuta.

Ruszyli ścieżką wśród drzew. Chło­pak robił wra­że­nie, jakby wie­dział, dokąd iść, jakby dobrze znał las. Pew­nie jest odmień­cem, domy­śliła się Lucie. Tak dużo wie­dział o faerie, cho­ciaż ewi­dent­nie nie był jed­nym z nich. Ostrzegł ją, by nie dała się porwać przez faerie, bo pew­nie wła­śnie to przy­da­rzyło się jemu. Nie zamie­rzała o tym wspo­mi­nać, żeby go nie zawsty­dzać - być odmień­cem, zostać zabra­nym od wła­snej rodziny, to musiało być straszne. Zamiast tego wcią­gnęła go w roz­mowę o księż­nicz­kach z bajek i o tym, która z nich jest naj­lep­sza. Miała wra­że­nie, że w oka­mgnie­niu zna­leźli się z powro­tem w ogro­dzie przy rezy­den­cji Heron­dale'ów.

- Myślę, że z tego miej­sca księż­niczka trafi już sama do zamku - powie­dział chło­piec, kła­nia­jąc się.

- O, tak - odpo­wie­działa Lucie, patrząc na okno swo­jej sypialni. - Myślisz, że się zorien­tują, że wyszłam?

Roze­śmiał się i odwró­cił, żeby odejść. Zawo­łała za nim, kiedy doszedł do bramy.

- Jak masz na imię? Ja się przed­sta­wi­łam. A jak ty się nazy­wasz?

Wahał się chwilę. Pośród nocy skła­dał się z samej czerni i bieli, jak ilu­stra­cja z jed­nej z jej ksią­żek. Ukło­nił się nisko i z wdzię­kiem, w spo­sób, w jaki kie­dyś kła­niali się ryce­rze.

- Nie zabi­jesz mnie, bo w moich żyłach pły­nie kró­lew­ska krew i pew­nego dnia będę dwa razy potęż­niej­szy od kró­lo­wej - powie­dział. - I każę ściąć jej głowę.

Lucie aż sap­nęła z obu­rze­nia. Pod­słu­chi­wał ją, gdy bawiła się w lesie? Jak śmiał sobie z niej żar­to­wać! Unio­sła pięść, zamie­rza­jąc mu pogro­zić, ale on już znik­nął pośród nocy, zosta­wia­jąc za sobą tylko śmiech.

Minie sześć lat, nim Lucie znowu go zoba­czy.

1. Dobry duch

1 Dobry duch

"Tak samo widma naszych wła­snych pra­gnień stają pomię­dzy nami a dobrym duchem naszych myśli i świa­tło jego zaćmie­wają"1.

Char­les Dic­kens, Bar­naba Rudge

James Heron­dale wła­śnie wal­czył z demo­nem, gdy nagle został wcią­gnięty do pie­kła.

To nie był pierw­szy raz i z pew­no­ścią nie będzie ostatni. Chwilę wcze­śniej klę­czał przy kra­wę­dzi spa­dzi­stego dachu w cen­tral­nym Lon­dy­nie, z wąskimi nożami do rzu­ca­nia w obu rękach, i myślał o tym, jak obrzy­dliwe śmieci zbie­rają się w mie­ście. Poza zie­mią, pustymi butel­kami po dżi­nie i zwie­rzę­cymi kośćmi w ryn­nie poni­żej jego lewego kolana nie­wąt­pli­wie utknął mar­twy ptak.

Jakże wytworne jest życie Noc­nych Łow­ców, doprawdy. Cho­ciaż brzmi cał­kiem cie­ka­wie, pomy­ślał James, patrząc w pusty zaułek w dole - w wąską prze­strzeń zawa­loną śmie­ciami i słabo oświe­tloną księ­ży­co­wym świa­tłem. Spe­cjalna rasa wojow­ni­ków, potom­ków anioła, obda­rzo­nych mocami, które pozwa­lały im dzier­żyć broń wyko­naną z ada­masu i nosić czarne Znaki świę­tych runów na ciele, które czy­niły ich sil­niej­szymi, szyb­szymi i bar­dziej śmier­cio­no­śnymi od każ­dego Przy­ziem­nego. Runów, dzięki któ­rym pło­nęli jasno pośród nocy. Nikt ni­gdy nie wspo­mi­nał o tym, że można nie­chcący przy­klęk­nąć na mar­twym ptaku, gdy czeka się na poja­wie­nie się demona.

Krzyk poniósł się echem w zaułku. James znał ten dźwięk - głos Mat­thew Fair­childa. Sko­czył z dachu bez chwili waha­nia. Mat­thew Fair­child był jego para­ba­tai - jego towa­rzy­szem w walce, wią­zało ich bra­ter­stwo krwi. James przy­siągł, że będzie go bro­nił, cho­ciaż to nie miało zna­cze­nia - i bez przy­sięgi oddałby życie za Mat­thew.

Spo­strzegł roz­ma­zaną plamę ruchu w końcu zaułka, w miej­scu skrętu pro­wa­dzą­cego za wąski sze­reg domów. James obró­cił się, kiedy demon wynu­rzył się z rykiem z cieni. Stwór miał prąż­ko­wane, szare ciało, zakrzy­wiony ostry dziób z zębami jak haki i roz­cza­pie­rzone, podobne do zwie­rzę­cych łap stopy z nie­rów­nymi szpo­nami. Deu­mas, pomy­ślał ponuro James. Dosko­nale pamię­tał, że czy­tał o tych demo­nach w jed­nej ze sta­rych ksią­żek, jakie dał mu wuj Jem. Pod jakimś wzglę­dem się wyróż­niały. Były może wyjąt­kowo agre­sywne, a może nie­zwy­kle nie­bez­pieczne? Co za iro­nia losu, gdyby po wielu mie­sią­cach cał­ko­wi­tego braku demo­nicz­nej aktyw­no­ści musiał natknąć się razem z przy­ja­ciółmi aku­rat na jed­nego z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych demo­nów.

A skoro już o przy­ja­cio­łach mowa - gdzie wła­ści­wie podzie­wali się jego przy­ja­ciele?

Deu­mas znowu ryk­nął i rzu­cił się na Jamesa. Ślina sączyła mu się z pyska dłu­gimi, zie­lon­ka­wymi pasmami śluzu.

James wziął zamach gotowy rzu­cić nożem. Demon na chwilę sku­pił na nim wzrok. Śle­pia skrzyły mu się zie­le­nią i czer­nią, były napeł­nione nie­na­wi­ścią, która nagle zamie­niła się w coś innego.

W coś, co przy­po­mi­nało roz­po­zna­nie. Tyle że demony, a przy­naj­mniej te pośled­nie, nie roz­po­zna­wały ludzi. To były agre­sywne zwie­rzęta, któ­rymi kie­ro­wały czy­sta chci­wość i nie­na­wiść. Kiedy zasko­czony James zawa­hał się, zie­mia pod nim się szarp­nęła. Zdą­żył tylko pomy­śleć "O nie, tylko nie teraz", zanim świat posza­rzał i zapa­dła cisza. Budynki wokół niego zamie­niły się w nie­równe cie­nie, a niebo w czarną jaski­nię prze­szy­waną bia­łymi bły­ska­wi­cami.

Zaci­snął dłoń na nożu, ale nie na ręko­je­ści, tylko na ostrzu. Ból był jak poli­czek wymie­rzony w twarz, który wyrwał go ze stu­poru. Świat powró­cił gwał­tow­nie wraz ze wszyst­kimi kolo­rami i dźwię­kami. James led­wie zdą­żył zauwa­żyć, że deu­mas leci, wycią­ga­jąc ku niemu szpony, kiedy sznury prze­cięły powie­trze, oplo­tły nogi demona i szarp­nęły go do tyłu.

Tho­mas! - pomy­ślał James i rze­czy­wi­ście jego nie­zwy­kle wysoki przy­ja­ciel poja­wił się za deu­ma­sem uzbro­jony w bolę. Za nim stał Chri­sto­pher z łukiem i Mat­thew z sera­fic­kim nożem błysz­czą­cym w dłoni.

Deu­mas ude­rzył o zie­mię z kolej­nym rykiem i w tej samej chwili James rzu­cił nożami. Jeden wbił się w gar­dło demona, a drugi w czoło. Oczy ucie­kły potwo­rowi w głąb czaszki, jego cia­łem wstrzą­snęły spa­zmy i nagle James przy­po­mniał sobie, co czy­tał na temat deu­ma­sów.

- Mat­thew... - zaczął, ale w tej samej chwili demon eks­plo­do­wał, zale­wa­jąc Tho­masa, Chri­sto­phera i Mat­thew posoką i przy­pa­lo­nymi kawał­kami cze­goś, co można opi­sać tylko sło­wem "maź".

Pasku­dzą, przy­po­mniał sobie ponie­wcza­sie James. Deu­masy sły­nęły z tego, że zosta­wiały po sobie wyjąt­kowy bała­gan. Więk­szość demo­nów zni­kała, umie­ra­jąc. Nie­stety nie deu­masy.

Deu­masy wybu­chały.

- Jak...? Co...? - wyją­kał Chri­sto­pher, któ­remu ewi­dent­nie zabra­kło słów. Śluz ście­kał mu ze szpi­cza­stego nosa i oku­la­rów w zło­tych opraw­kach. - Ale jak...?

- Chcesz zapy­tać, jak to moż­liwe, że wresz­cie wytro­pi­li­śmy ostat­niego demona w Lon­dy­nie i musiał się on oka­zać naj­bar­dziej obrzy­dli­wym spo­śród demo­nów? - James był zdzi­wiony, jak zwy­czaj­nie brzmi jego głos. Już otrzą­snął się z tego, że prze­lot­nie zoba­czył kró­le­stwo cieni. Przy­naj­mniej jego ubra­nie pozo­stało nie­tknięte, demon zapa­sku­dził głów­nie drugi koniec zaułka. - Nie naszą rze­czą pytać dla­czego, Chri­sto­phe­rze.

James miał wra­że­nie, że przy­ja­ciele patrzą na niego z pre­ten­sją. Tho­mas prze­wró­cił oczami. Ocie­rał się chu­s­teczką, która już była przy­pa­lona i uwa­lana w krwi demona, więc to nie­wiele pomo­gło.

Sera­fic­kie ostrze Mat­thew zaczęło trza­skać i przy­ga­sać. Nasą­czone aniel­ską ener­gią sera­fic­kie noże były bro­nią, któ­rej Nocni Łowcy czę­sto naj­bar­dziej ufali, ich naj­lep­szą obroną przed demo­nami, ale zda­rzało się, że gasły w nad­mia­rze demo­nicz­nej krwi.

- To obu­rza­jące - oznaj­mił Mat­thew, odrzu­ca­jąc zga­szone ostrze na bok. - Masz poję­cie, ile wyda­łem na tę kami­zelkę?

- Nikt nie kazał ci wybie­rać się na patrol w stroju sta­ty­sty do "Bądźmy poważni na serio" - odparł James, rzu­ca­jąc mu czy­stą chu­s­teczkę. W tej samej chwili poczuł pie­cze­nie w ręce. Miał krwawe roz­cię­cie na dłoni od ostrza noża. Zamknął pięść, żeby towa­rzy­sze tego nie zauwa­żyli.

- Moim zda­niem nie wygląda jak sta­ty­sta - odparł Tho­mas, który już sku­pił się na ocie­ra­niu Chri­sto­phera.

- Dzię­kuję - powie­dział Mat­thew i skło­nił się do niego lekko.

- Myślę, że jest ubrany jak główny boha­ter - uści­ślił z sze­ro­kim uśmie­chem Tho­mas.

James nie znał nikogo, kto by miał bar­dziej życz­liwą twarz i łagod­niej­sze piwne oczy. Co nie zna­czyło, że kpie­nie z przy­ja­ciół nie spra­wiało Tho­ma­sowi przy­jem­no­ści.

Mat­thew otarł chu­s­teczką od Jamesa przy­bru­dzone złote włosy.

- To pierw­szy raz od roku, kiedy spo­tka­li­śmy pod­czas patrolu praw­dzi­wego demona, dla­tego przy­pusz­cza­łem, że kami­zelka prze­trwa ten wie­czór. Zresztą żaden z was nie wło­żył stroju bojo­wego.

To prawda, że Nocni Łowcy zwy­kle polo­wali w odpo­wied­nich stro­jach bojo­wych - w swego rodzaju ela­stycz­nych zbro­jach z twar­dego, podob­nego do skóry czar­nego mate­riału odpor­nego na krew demo­nów, ostrza i temu podobne, ale wyraźny spa­dek demo­nicz­nej aktyw­no­ści w mie­ście spra­wił, że tro­chę mniej przej­mo­wali się regu­łami.

- Tho­mas, prze­stań mnie wycie­rać - zapro­te­sto­wał Chri­sto­pher, wyma­chu­jąc rękami. - Powin­ni­śmy iść do Tawerny i tam dopro­wa­dzić się do porządku.

Cała grupa mruk­nęła zgod­nie. Kiedy ruszyli w drogę powrotną, idąc w kie­runku głów­nej ulicy, James roz­my­ślał nad tym, że Mat­thew miał rację. Ojciec Jamesa, Will, czę­sto opo­wia­dał mu o patro­lach, na jakie cho­dził ze swoim para­ba­tai, Jemem Car­sta­ir­sem, teraz dla Jamesa po pro­stu wujem Jemem, pod­czas któ­rych musieli wal­czyć z demo­nami prak­tycz­nie każ­dej nocy.

James i pozo­stali mło­dzi Nocni Łowcy na­dal obo­wiąz­kowo patro­lo­wali ulice Lon­dynu, szu­ka­jąc demo­nów, które mogłyby skrzyw­dzić popu­la­cję Przy­ziem­nych, ale w ciągu ostat­nich kilku lat demony poja­wiały się coraz rza­dziej. I bar­dzo dobrze, rzecz jasna, a jed­nak... To było nie­wąt­pli­wie dziwne. Jeśli idzie o resztę świata, demo­niczna aktyw­ność ani tro­chę się nie zmie­niła, więc co wyróż­niało Lon­dyn?

Mimo póź­niej pory na uli­cach było mnó­stwo Przy­ziem­nych. Żaden nawet nie zer­k­nął na uba­bra­nych Noc­nych Łow­ców, gdy szli Fleet Street. Chro­nił ich czar, dzięki któ­remu pozo­sta­wali nie­wi­doczni dla wszyst­kich, któ­rzy nie mieli Widze­nia.

To dziwne uczu­cie być oto­czo­nym przez ludzi, któ­rzy cię nie widzą, pomy­ślał James. Fleet Street była sie­dzibą gazet i sądów w Lon­dy­nie, na każ­dym kroku stały jasno oświe­tlone puby wypeł­nione dru­ka­rzami, adwo­ka­tami i urzęd­ni­kami sądo­wymi, któ­rzy pra­co­wali do późna i pili do świtu. Na pobli­ski Strand wysy­pała się zawar­tość teatrów i sal rewio­wych, hała­śliwe grupki ele­gancko ubra­nych mło­dych ludzi ze śmie­chem goniły za ostat­nimi omni­bu­sami.

Poli­cjanci też byli na patro­lach, a ci miesz­kańcy Lon­dynu, któ­rzy na swoje nie­szczę­ście nie mieli domów, kucali, pomru­ku­jąc, przy piw­nicz­nych odpo­wietrz­ni­kach, z któ­rych buchało cie­płe powie­trze - nawet w sierp­niu noce bywały wil­gotne i chłodne. Kiedy minęli grupkę takich przy­gar­bio­nych postaci, James spo­strzegł bladą skórę i błysz­czące oczy wam­pira.

Odwró­cił wzrok. Nie zaj­mo­wał się Pod­ziem­nymi, dopóki nie łamali Prawa. W dodatku był zmę­czony, mimo ener­gii jaką dawały mu Znaki. Prze­rzu­ce­nie do tego innego świata peł­nego sza­rego świa­tła i czar­nych, postrzę­pio­nych cieni zawsze go wyczer­py­wało. To mu się przy­da­rzało od lat; wie­dział, że miał na to wpływ krwi jego matki, cza­row­nicy.

Cza­row­nicy byli potom­kami ludzi i demo­nów, mogli posłu­gi­wać się magią, ale nie mogli nosić runów ani posłu­gi­wać się ada­ma­sem - czy­stym, kry­sta­licz­nym meta­lem, z jakiego wyko­nuje się stele i sera­fic­kie ostrza. Sta­no­wili jedną z czte­rech gałęzi Pod­ziem­nych obok wam­pi­rów, wil­ko­ła­ków i faerie. Matka Jamesa, Tessa Heron­dale, była wła­śnie kimś takim, tyle że jej matka nie była zwy­kłą kobietą, lecz Nocną Łow­czy­nią. Sama Tessa potra­fiła zmie­niać swój wygląd i przy­bie­rać postać dowol­nej osoby, żywej lub mar­twej. Takiej mocy nie miał żaden inny cza­row­nik. Była nie­zwy­kła jesz­cze pod jed­nym wzglę­dem - cza­row­nicy nie mogą mieć dzieci. Tessa sta­no­wiła wyją­tek. Wszy­scy zasta­na­wiali się, co to zna­czy dla Jamesa i jego sio­stry, Lucie, pierw­szych zna­nych wnu­ków demona i istoty ludz­kiej.

Przez wiele lat wyda­wało się, że to dla nich nie ma żad­nego zna­cze­nia. Zarówno James, jak i Lucie mogli nosić Znaki i wyglą­dało na to, że mają takie same zdol­no­ści jak inni Nocni Łowcy. Oboje widzieli duchy, na przy­kład na stałe zamiesz­ku­jące Insty­tut gada­tliwe widmo - Jes­sa­mine - ale to nie było nic nie­zwy­kłego w rodzi­nie Heron­dale'ów. Wyda­wało się, że oboje mogą oka­zać się cudow­nie nor­malni, a przy­naj­mniej tak nor­malni, jak to moż­liwe w przy­padku Noc­nych Łow­ców. Zapo­mniało o nich nawet Clave - orga­ni­za­cja spra­wu­jąca wła­dzę wśród Noc­nych Łow­ców.

A potem James skoń­czył trzy­na­ście lat i pierw­szy raz udał się do kró­le­stwa cieni. W jed­nej chwili stał na zie­lo­nej tra­wie, a w dru­giej na zwę­glo­nej ziemi. Podob­nie spa­lone niebo roz­cią­gało się nad nim. Poskrę­cane drzewa wyra­stały z ziemi jak nie­równe szpony szar­piące powie­trze. Widział takie miej­sca na drze­wo­ry­tach w sta­rych książ­kach. Wie­dział, na co patrzy - na świat demo­nów. Pie­kło.

Zaraz potem wró­cił gwał­tow­nie na zie­mię, ale jego życie już ni­gdy nie było takie samo. Przez lata żył w oba­wie, że w każ­dej chwili może znowu zostać wyrzu­cony do kró­le­stwa cieni. Zupeł­nie jakby nie­wi­dzialna lina łączyła go ze świa­tem demo­nów i w każ­dej chwili mogła się napiąć, wyry­wa­jąc go ze zna­jo­mego śro­do­wi­ska w miej­sce wypeł­nione ogniem i popio­łem.

Przez ostat­nie kilka lat dzięki pomocy wuja Jema zaczął myśleć, że nad tym panuje. I dzi­siej­szy wie­czór wstrzą­snął nim, cho­ciaż prze­skok trwał tylko kilka sekund. Ulżyło mu, gdy zoba­czył przed sobą Dia­bel­ską Tawernę.

Dia­bel­ska Tawerna roz­go­ściła się przy Fleet Street pod nume­rem dru­gim obok sza­cow­nie pre­zen­tu­ją­cej się dru­karni. W prze­ci­wień­stwie do dru­karni na Dia­bel­ską Tawernę rzu­cono czar ochrony, dzięki czemu Przy­ziemni nie widzieli jej ani nie sły­szeli hała­sów hula­nek wyle­wa­ją­cych się przez okna i otwarte drzwi. Była zbu­do­wana z muru pru­skiego w tudor­skim stylu, ale drewno próch­niało i roz­pa­dało się i całość trzy­mała się razem tylko dzięki zaklę­ciom cza­row­ni­ków. Za barem stał wła­ści­ciel, wil­ko­łak imie­niem Ernie, który nale­wał piwo do kufli, klien­telę sta­no­wiła mie­sza­nina pixie, wam­pi­rów, likan­tro­pów i cza­row­ni­ków.

Nor­mal­nie Noc­nych Łow­ców powi­tano by w takim miej­scu raczej chłodno, ale klienci Dia­bel­skiej Tawerny przy­wy­kli do chłop­ców. Przy­wi­tali Jamesa, Chri­sto­phera, Mat­thew i Tho­masa okrzy­kami i kpi­nami. James został w pubie, żeby wziąć drinki od bar­manki Polly, a reszta poszła na górę do swo­ich poko­jów, zosta­wia­jąc na scho­dach ślady z demo­nicz­nej krwi.

Polly była wil­ko­ła­kiem i zaopie­ko­wała się chłop­cami, kiedy James pierw­szy raz wyna­jął pokoje na pod­da­szu trzy lata temu. Chciał zapew­nić im kry­jówkę, do któ­rej mógłby wyco­fać się z przy­ja­ciółmi bez sto­ją­cych im nad kar­kiem rodzi­ców. To ona pierw­sza zaczęła ich nazy­wać Weso­łymi Zło­dzie­jasz­kami przez sko­ja­rze­nie z Robin Hoodem i jego dru­żyną. James podej­rze­wał, że on jest Robi­nem z Lock­sley, a Mat­thew - Wil­lem Scar­let. Tho­mas bez wąt­pie­nia był Małym Joh­nem.

Polly zachi­cho­tała.

- Pra­wie was nie pozna­łam, kiedy przy­wle­kli­ście się tutaj wysma­ro­wani tym czymś, jak­kol­wiek to nazy­wa­cie.

- To ichor - powie­dział James, bio­rąc od niej butelkę reń­skiego wina. - Posoka demo­nów.

Polly zmarsz­czyła nos, prze­rzu­ca­jąc mu przez ramię kilka mocno prze­cho­dzo­nych ście­re­czek kuchen­nych. Dała mu dodat­kową, którą przy­ło­żył do roz­cię­cia na dłoni. Prze­stało już krwa­wić, ale na­dal bolało.

- Niech to dia­bli.

- Minęły wieki, odkąd widzie­li­śmy demona w Lon­dy­nie - powie­dział James. - Moż­liwe, że zare­ago­wa­li­śmy nieco wol­niej, niż powin­ni­śmy.

- Pew­nie za bar­dzo się boją, żeby się tu poka­zać - odparła życz­li­wie Polly, odwra­ca­jąc się po kie­li­szek dżinu dla sta­łego bywalca Pic­klesa, który był kel­pie.

- Boją się? - powtó­rzył James, nie­ru­cho­mie­jąc. - Czego się boją?

Polly też zamarła.

- Och, niczego - odparła i ode­szła pośpiesz­nie na drugi koniec baru.

James poszedł na górę, marsz­cząc czoło. Pod­ziemni bywali cza­sem tajem­ni­czy.

Gdy już poko­nał dwa ciągi skrzy­pią­cych scho­dów, zna­lazł się przed drew­nia­nymi drzwiami, na któ­rych lata temu wycięto zda­nie: "Ważne jest, jak czło­wiek żyje, nie jak umiera2. S.J.".

James pchnął drzwi ramie­niem i zastał Mat­thew i Tho­masa już sie­dzą­cych przy okrą­głym sto­liku pośrodku pokoju wyło­żo­nego boaze­rią. Kilka okien o wypa­czo­nych i znisz­czo­nych przez czas szy­bach wycho­dziło na oświe­tloną ulicz­nymi latar­niami Fleet Street; po dru­giej stro­nie znaj­do­wał się budy­nek sądu kró­lew­skiego, led­wie widoczny na tle pochmur­nego noc­nego nieba.

Ten pokój był lubia­nym i zna­jo­mym miej­scem o pod­nisz­czo­nych ścia­nach, ze sfa­ty­go­wa­nymi meblami i małym ogniem pło­ną­cym na kominku. Na kominku stało popier­sie Apolla, któ­remu dawno temu utrą­cono nos. Pod ścia­nami usta­wiono regały z okul­ty­stycz­nymi książ­kami napi­sa­nymi przez przy­ziem­nych magów - biblio­teka Insty­tutu nie pozwa­lała na takie rze­czy, ale James je zbie­rał. Był zafa­scy­no­wany myślą o tych, któ­rzy nie naro­dzili się w świe­cie magii i cieni, a jed­nak tęsk­nili za nim tak mocno, że nauczyli się wywa­żać pro­wa­dzące do niego wrota.

Zarówno Tho­mas, jak i Mat­thew wytarli się już z krwi demona i mieli na sobie pognie­cione, ale czy­ste ubra­nia, a ich włosy - ciemny blond w przy­padku Tho­masa i ciem­no­złote w przy­padku Mat­thew - na­dal były wil­gotne.

- James! - wykrzyk­nął Mat­thew na widok przy­ja­ciela. Oczy miał podej­rza­nie błysz­czące; na stole już stała do połowy opróż­niona butelka brandy. - Czy widzę przed sobą butelkę taniego napitku?

James posta­wił wino na stole w chwili, gdy Chri­sto­pher wynu­rzył się z małej sypialni na dru­gim końcu pod­da­sza. Sypial­nia znaj­do­wała się już tam, zanim wyna­jęli pokoje; na­dal stało tam łóżko, ale żaden ze Zło­dzie­jasz­ków nie korzy­stał z niego poza tym, że cza­sem się tam myli, prze­cho­wy­wali broń i ubra­nia na zmianę.

- James, myśla­łem, że posze­dłeś do domu - powie­dział z uśmie­chem Chri­sto­pher.

- A czemu, do licha, miał­bym iść do domu? - James usiadł obok Mat­thew i rzu­cił ścierki od Polly na stół.

- Nie mam poję­cia, ale mogłeś - odparł Chri­sto­pher, wycią­ga­jąc krze­sło. - Ludzie cią­gle robią dziwne rze­czy. Mie­li­śmy raz kucharkę, która poszła na zakupy i zna­le­ziono ją dwa tygo­dnie póź­niej w Regent's Park. Została dozor­czy­nią w zoo.

Tho­mas uniósł brwi. James i pozo­stali ni­gdy do końca nie wie­dzieli, czy wie­rzyć w opo­wie­ści Chri­sto­phera. Nie kła­mał, ale kiedy tylko rzecz nie wią­zała się ze zlew­kami i pró­bów­kami, to Chri­sto­pher poświę­cał jej zale­d­wie uła­mek uwagi.

Chri­sto­pher był synem ciotki Jamesa, Cecily i wuja Gabriela. Miał piękne rysy swo­ich rodzi­ców, ciem­no­brą­zowe włosy i oczy w kolo­rze, który można było porów­nać do koloru bzu. "U tego chło­paka tylko się mar­nują!" - czę­sto powta­rzała Cecily i wzdy­chała jak męczen­nica. Chri­sto­pher powi­nien mieć powo­dze­nie u dziew­cząt, ale grube szkła oku­la­rów zasła­niały więk­szość jego twa­rzy i wiecz­nie miał proch strzel­ni­czy za paznok­ciami. Więk­szość Noc­nych Łow­ców trak­to­wała broń Przy­ziem­nych z podejrz­li­wo­ścią albo w ogóle się nią nie inte­re­so­wała - zasto­so­wa­nie runów na metalu lub poci­skach spra­wiało, że proch się nie zaj­mo­wał, a broń bez runów do niczego się nie przy­da­wała w walce z demo­nami. Chri­sto­pher jed­nak miał obse­sję na jej punk­cie - uwa­żał, że można broń zapa­la­jącą przy­sto­so­wać do potrzeb Nefi­lim. James musiał przy­znać, że pomysł umiesz­cze­nia działa na dachu Insty­tutu brzmiał dość kusząco.

- Twoja dłoń - ode­zwał się nagle Mat­thew, pochy­la­jąc się i sku­pia­jąc spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu na Jame­sie. - Co się stało?

- To tylko roz­cię­cie - odpo­wie­dział James.

Rana prze­bie­gała uko­śnie przez dłoń. Kiedy Mat­thew wziął go za rękę, srebrna bran­so­letka na pra­wym nad­garstku Jamesa zadzwo­niła o butelkę wina na stole.

- Powi­nie­neś był mi powie­dzieć - zbesz­tał go Mat­thew, się­ga­jąc do kami­zelki po stelę. - Zajął­bym się tym od razu w zaułku.

- Zapo­mnia­łem.

Tho­mas, który prze­su­wał pal­cem po kra­wę­dzi kie­liszka, ale nie pił, zapy­tał:

- Coś się stało?

Tho­mas był dener­wu­jąco spo­strze­gaw­czy.

- To była tylko kró­ciutka chwila - odparł nie­chęt­nie James.

- Wiele rze­czy roz­grywa się bły­ska­wicz­nie, a mimo to są bar­dzo złe - powie­dział Mat­thew, przy­kła­da­jąc stelę do skóry Jamesa. - Na przy­kład ostrze gilo­tyny spada bar­dzo szybko. Kiedy eks­pe­ry­menty Chri­sto­phera wybu­chają, to też dzieje się to w oka­mgnie­niu.

- To chyba jasne, że nie eks­plo­do­wa­łem ani zosta­łem ścięty na gilo­ty­nie - odparł James. - Po pro­stu... wsze­dłem do kró­le­stwa cieni.

Mat­thew pode­rwał gwał­tow­nie głowę, cho­ciaż na­dal pewną ręka ryso­wał iratze, run lecz­ni­czy, który stop­niowo nabie­rał kształtu na skó­rze. James już czuł, jak ból słab­nie.

- Myśla­łem, że to już się skoń­czyło - powie­dział Mat­thew. - Myśla­łem, że Jem ci pomógł.

- Pomógł mi. Minął rok od ostat­niego razu. - James pokrę­cił głową. - Chyba za bar­dzo się roz­ma­rzy­łem, myśląc, że tak będzie już zawsze.

- Czy to zwy­kle nie zda­rza się, kiedy się dener­wu­jesz? - zapy­tał Tho­mas. - To przez atak demona?

- Nie - odpo­wie­dział szybko James. - Nie, nie sądzę... Nie.

James pra­wie palił się do walki. Lato było fru­stru­jące - pierw­sze od ponad dzie­się­ciu lat, któ­rego nie spę­dził z rodziną w Idri­sie.

Idris znaj­do­wał się w środ­ko­wej Euro­pie. Chro­niony ze wszyst­kich stron cza­rami pozo­stał nie­tknięty, ukryty przed oczami Przy­ziem­nych i przed ich wyna­laz­kami - nie było tam torów kole­jo­wych, fabryk, węglo­wego dymu. James wie­dział, że jego rodzina nie mogła tam wyje­chać w tym roku, ale miał wła­sne powody, by żało­wać, że jest w Lon­dy­nie, a nie Idri­sie. Patrole były jedną z nie­wielu rze­czy, które pozwa­lały mu na chwilę o tym zapo­mnieć.

- Demony nie prze­szka­dzają naszemu przy­ja­cie­lowi - powie­dział Mat­thew, koń­cząc run lecz­ni­czy. Kiedy sie­dział tak bli­sko swo­jego para­ba­tai, James pra­wie czuł jego zna­jomy zapach: miesz­kankę mydła i alko­holu. - Musiało cho­dzić o coś innego.

- W takim razie powi­nie­neś poroz­ma­wiać ze swoim wujem - pora­dził Tho­mas.

James pokrę­cił głową. Nie chciał zawra­cać głowy wujowi Jemowi z powodu cze­goś, co trwało uła­mek chwili.

- To nic takiego. Demon mnie zasko­czył. Zła­pa­łem ostrze przez nie­uwagę. To na pewno dla­tego.

- Zamie­ni­łeś się w cień? - zapy­tał Mat­thew, odkła­da­jąc stelę.

Cza­sem, kiedy James zosta­wał wcią­gnięty do kró­le­stwa cieni, przy­ja­ciele mówili mu, że widzieli, jak roz­mywa się przy kra­wę­dziach. Cza­sem zamie­niał się cał­ko­wi­cie w cień, który miał jego kształt, ale był prze­zro­czy­sty i nie­na­ma­calny.

Kilka razy, naprawdę bar­dzo rzadko, uda­wało mu się zamie­nić w cień i przejść przez litą barierę, ale nie chciał mówić o tych sytu­acjach.

Chri­sto­pher pod­niósł wzrok znad notesu.

- A skoro już mowa o demo­nach...

- O któ­rych by­naj­mniej nie mówi­li­śmy - wtrą­cił Mat­thew.

- ...co to był za demon? - zapy­tał Chri­sto­pher, zagry­za­jąc koniec ołówka. Czę­sto zapi­sy­wał szcze­góły walk z demo­nami. Twier­dził, że to pomaga mu w jego bada­niach. - Mam na myśli tego, który wybuchł.

- W prze­ci­wień­stwie do tego, który nie wybuchł? - zapy­tał James.

Tho­mas, który dosko­nale pamię­tał wszel­kie szcze­góły, powie­dział:

- To deu­mas. To dziwne, że się tu zna­lazł. Zwy­kle nie prze­pa­dają za mia­stami.

- Zacho­wa­łem odro­binę jego krwi - powie­dział Chri­sto­pher, wyj­mu­jąc z zaka­mar­ków ubra­nia zakor­ko­waną pro­bówkę z zie­lon­kawą sub­stan­cją. - Uprze­dzam, żeby żaden z was tego nie pił.

- Zapew­niam cię, że nikt z nas nie miał takich pla­nów, kapu­ściana głowo.

Mat­thew zady­go­tał.

- Dość już tego gada­nia o krwi. Wypijmy toast za powrót Tho­masa do domu!

Tho­mas zapro­te­sto­wał. James uniósł kie­li­szek i wzniósł toast z Mat­thew. Chri­sto­pher już miał stuk­nąć pro­bówką w kie­li­szek Jamesa, kiedy Mat­thew, klnąc pod nosem, skon­fi­sko­wał ją i zamiast tego podał Chri­sto­pherowi kie­li­szek.

Tho­mas, mimo obiek­cji, spra­wiał wra­że­nie zado­wo­lo­nego. Więk­szość Noc­nych Łow­ców zali­czała coś podob­nego do Grand Touru po ukoń­cze­niu osiem­na­stego roku życia, kiedy opusz­czali swój insty­tut na rzecz jakie­goś za gra­nicą. Tho­mas dopiero kilka tygo­dni temu wró­cił po dzie­wię­ciu mie­sią­cach spę­dzo­nych w Madry­cie. W podróży cho­dziło o to, żeby poznać nowe oby­czaje i posze­rzyć hory­zonty. Tho­mas nie­wąt­pli­wie sam się przy oka­zji posze­rzył.

Cho­ciaż był naj­star­szy z ich grupy, to zawsze był drob­nej budowy. Kiedy James, Mat­thew i Chri­sto­pher poja­wili się w por­cie, żeby pocze­kać na jego sta­tek z Hisz­pa­nii, prze­pa­try­wali tłum i o mały włos nie pozna­liby przy­ja­ciela w musku­lar­nym mło­dzieńcu, który scho­dził po tra­pie. Teraz Tho­mas był z nich naj­wyż­szy i tak opa­lony, jakby wycho­wy­wał się na far­mie, a nie w Lon­dy­nie. Mógł trzy­mać pół­to­rak w jed­nym ręku, a w Hisz­pa­nii nauczył się posłu­gi­wać nową bro­nią - bolą - sznu­rem z obciąż­ni­kami, któ­rym obraca się nad głową i rzuca. Mat­thew czę­sto mówił, że czuje się, jakby zaprzy­jaź­nił się z życz­li­wym olbrzy­mem.

- Kiedy już skoń­czy­cie, to mam nowiny - powie­dział Tho­mas, odchy­la­jąc się z krze­słem. - Zna­cie tę starą rezy­den­cję w Chi­swick, która nale­żała kie­dyś do mojego dziadka? Nazy­wano ją Domem Ligh­two­odów. Dostała ją moja ciotka Tatiana od Clave parę lat temu, ale ni­gdy z niej nie korzy­stała. Wolała miesz­kać w Idri­sie w jakiejś rezy­den­cji z moją kuzynką, ehm...

- Ger­trude - pod­su­nął mu usłuż­nie Chri­sto­pher.

- Grace - spro­sto­wał James. - Ona nazywa się Grace.

Była też kuzynką Chri­sto­phera, ale James wie­dział, że chłopcy ni­gdy jej nie poznali.

- Tak, Grace - przy­tak­nął Tho­mas. - Ciotka Tatiana zawsze żyła razem z nią w cał­ko­wi­tej izo­la­cji od reszty Idrisu. Nie przyj­mo­wała żad­nych gości, nikogo takiego. Naj­wy­raź­niej jed­nak posta­no­wiła prze­pro­wa­dzić się z powro­tem do Lon­dynu, więc moi rodzice są z tego powodu w roz­terce.

Serce Jamesa zabiło mocno, powoli.

- Grace... - zaczął. Zauwa­żył, że Mat­thew rzu­cił mu szyb­kie spoj­rze­nie z ukosa. - Grace... prze­pro­wa­dza się do Lon­dynu?

- Wygląda na to, że Tatiana zamie­rza wpro­wa­dzić ją do towa­rzy­stwa. - Tho­mas robił wra­że­nie skon­ster­no­wa­nego. - Pew­nie pozna­łeś ją w Idri­sie? Czy twój dom nie sąsia­duje z rezy­den­cją Black­thor­nów?

James odru­chowo poki­wał głową. Czuł cię­żar bran­so­letki na pra­wej ręce, cho­ciaż nosił ją od tylu lat, że zwy­kle nie pamię­tał o jej obec­no­ści.

- Zwy­kle widy­wa­łem ją latem - odpo­wie­dział. - Oczy­wi­ście nie widzia­łem jej tego lata.

Nie tego lata. Nie był w sta­nie prze­ko­nać rodzi­ców, kiedy powie­dzieli, że rodzina Heron­dale'ów spę­dzi lato w Lon­dy­nie. Nie był w sta­nie wyja­wić powodu, dla któ­rego chciał wró­cić do Idrisu. W końcu z ich punktu widze­nia prak­tycz­nie nie znał Grace. Cho­roba, zgroza, jaka go pochwy­ciła na myśl, że nie zoba­czy Grace przez kolejny rok, nie były czymś, co potra­fił wyja­śnić.

To był sekret, jaki ukry­wał od trzy­na­stego roku życia. Oczami wyobraźni widział wysoką bramę rezy­den­cji Black­thor­nów i swoje ręce przed sobą, dzie­cinne ręce bez blizn, ści­na­jące pil­nie cier­ni­ste pną­cza. Widział westy­bul rezy­den­cji, zasłony wydy­ma­jące się w oknach, sły­szał muzykę. Widział Grace w sukni w kolo­rze kości sło­nio­wej.

Mat­thew przy­glą­dał mu się w zamy­śle­niu. Jego zie­lone oczy nie skrzyły się już wesoło. Mat­thew, jedyny spo­śród przy­ja­ciół, wie­dział, że coś łączy Jamesa i Grace Black­thorn.

- W Lon­dy­nie jest aż tłoczno od nowych przy­by­szy - zauwa­żył Mat­thew. - Rodzina Car­sta­ir­sów też nie­długo tu przy­je­dzie, prawda?

James poki­wał głową.

- Lucie nie posiada się z rado­ści, bo zoba­czy Cor­de­lię.

Mat­thew dolał sobie wina.

- Nie dzi­wię się, że mają dość wiej­skiego życia w hrab­stwie Devon... Jak się nazywa ich dom? Ciren­worth? Myślę, że przy­jadą za dzień albo dwa...

Tho­mas roz­lał zawar­tość swo­jego kie­liszka, a razem z nim prze­wró­cił też kie­li­szek Jamesa i pro­bówkę Chri­sto­phera. Tho­mas wciąż jesz­cze nie przy­zwy­czaił się do tego, że zaj­muje znacz­nie wię­cej miej­sca w świe­cie, i cza­sem był bar­dzo nie­zręczny.

- Powie­dzia­łeś, że przy­je­dzie cała rodzina Car­sta­ir­sów?

- Bez Eliasa Car­sta­irsa - odpo­wie­dział Mat­thew. Elias był ojcem Cor­de­lii. - Za to przy­je­dzie Cor­de­lia i... rzecz jasna... - Urwał zna­cząco.

- O, do dia­bła - powie­dział Chri­sto­pher. - Ala­stair Car­sta­irs. - Miał minę, jakby zro­biło mu się nie­do­brze. - Dobrze pamię­tam, prawda? To wyjąt­kowy hul­taj?

- "Hul­taj" to nie­zwy­kle życz­liwe pod­su­mo­wa­nie - odparł James.

Tho­mas wycie­rał roz­lany alko­hol. James patrzył na niego z tro­ską. Tho­mas był w szkole nie­śmia­łym, drob­nym chłop­cem, a Ala­stair był paskud­nym szkol­nym tyra­nem.

- Możemy uni­kać Ala­sta­ira, Tom. Nie ma powodu, byśmy spę­dzali z nim czas, a ja nie wyobra­żam sobie, żeby on rwał się do naszego towa­rzy­stwa.

Tho­mas zakrztu­sił się, ale nie w reak­cji na słowa Jamesa. Zawar­tość pro­bówki Chri­sto­phera zro­biła się nagle fio­le­to­wo­brą­zowa i zaczęła prze­że­rać stół. Wszy­scy sko­czyli i zła­pali ścierki od Polly. Tho­mas oblał blat wodą z dzbanka, oble­wa­jąc też Chri­sto­phera, a Mat­thew zło­żył się wpół ze śmie­chu.

- Doprawdy - powie­dział Chri­sto­pher, odgar­nia­jąc z oczu mokre włosy. - Myślę, że to podzia­łało, Tom. Zneu­tra­li­zo­wa­łeś dzia­ła­nie kwasu.

Tho­mas krę­cił głową.

- Ktoś powi­nien zneu­tra­li­zo­wać cie­bie, ty bara­nia...

Mat­thew popła­kał się ze śmie­chu.

James czuł się zupeł­nie ode­rwany od tego rado­snego zamie­sza­nia. Od wielu lat w set­kach wymie­nia­nych w tajem­nicy listów mię­dzy Lon­dy­nem i Idri­sem on i Grace przy­się­gali sobie, że pew­nego dnia będą razem. Że pew­nego dnia będą doro­śli, a wtedy pobiorą się, nie zwa­ża­jąc na plany rodzi­ców, i zamiesz­kają razem w Lon­dy­nie. To było ich marze­nie.

Dla­czego więc nie powie­działa mu, że przy­jeż­dża?

***

- Och, popatrz! Royal Albert Hall! - wykrzyk­nęła Cor­de­lia, przy­ci­ska­jąc nos do okna powozu.

To był piękny dzień, sło­neczne świa­tło zale­wało Lon­dyn, przez co rząd bia­łych domów w South Ken­sing­ton aż skrzył się jak rząd pion­ków z kości sło­nio­wej w dro­gim zesta­wie do gry w sza­chy.

- Archi­tek­tura Lon­dynu jest naprawdę wspa­niała.

- Co za prze­ni­kliwe spo­strze­że­nie - rzu­cił prze­cią­gle jej star­szy brat Ala­stair, który osten­ta­cyj­nie czy­tał pod­ręcz­nik aryt­me­tyki w kącie powozu, jakby chciał obwie­ścić wszyst­kim, że nie zamie­rza nawet wyglą­dać przez okno. - Na pewno nikt do tej pory nie sko­men­to­wał budyn­ków w Lon­dy­nie.

Cor­de­lia spio­ru­no­wała go wzro­kiem, ale on nie ode­rwał oczu od książki. Nie rozu­miał, że ona tylko pró­buje popra­wić wszyst­kim humor? Jej matka, Sona, opie­rała się wyczer­pana o ścianę powozu, pod oczami miała fio­le­towe sińce, a jej zwy­kle pro­mienna brą­zowa skóra była teraz zie­mi­sta. Cor­de­lia mar­twiła się o nią od tygo­dni, odkąd z Idrisu przy­szły wie­ści doty­czące ich ojca.

- Rzecz w tym, Ala­stair, że teraz będziemy tu miesz­kać, a nie tylko przy­jeż­dżamy z wizytą. Będziemy pozna­wać ludzi, podej­mo­wać gości, nie musimy sie­dzieć w Insty­tu­cie, cho­ciaż bar­dzo chęt­nie zosta­ła­bym bli­sko Lucie...

- I Jamesa - dodał Ala­stair, nie pod­no­sząc wzroku znad książki.

Cor­de­lia zazgrzy­tała zębami.

- Dzieci. - Matka zga­niła ich wzro­kiem.

Ala­stair poczuł się ura­żony - za mie­siąc skoń­czy dzie­więt­na­ście lat i z pew­no­ścią nie był dziec­kiem. Przy­naj­mniej w jego mnie­ma­niu.

- To poważna sprawa - mówiła dalej Sona. - Jak wie­cie, nie przy­je­cha­li­śmy do Lon­dynu dla zabawy. Jeste­śmy tu w imie­niu naszej rodziny.

Cor­de­lia i jej brat popa­trzyli po sobie nieco mniej wrogo. Wie­działa, że on też się mar­twi o matkę, cho­ciaż ni­gdy by się do tego nie przy­znał. Po raz milio­nowy zasta­na­wiała się, jak dużo Ala­stair wie na temat sytu­acji ojca. Wie­działa, że brat wie wię­cej niż ona i że ni­gdy nic jej na ten temat nie powie.

Serce zabiło jej moc­niej, gdy powóz zatrzy­mał się przed nume­rem 102 przy Corn­wall Gar­dens, przy jed­nym z domów w rzę­dzie wspa­nia­łych, bia­łych wik­to­riań­skich budyn­ków z nume­rem wypi­sa­nym surową czer­nią na pierw­szej kolum­nie od pra­wej. Kilka postaci stało na fron­to­wych scho­dach pod por­ty­kiem. Cor­de­lia natych­miast roz­po­znała Lucie Heron­dale, tro­chę wyż­szą, niż kiedy ostatni raz się widziały. Jasno­brą­zowe włosy miała upięte i scho­wane pod kape­lu­szem, a jasno­nie­bie­ski żakiet i spód­nica paso­wały do jej oczu.

Obok niej stały dwie osoby. Jedną była matka Lucie, Tessa Heron­dale, słynna - przy­naj­mniej wśród Noc­nych Łow­ców - żona Willa Heron­dale'a, który kie­ro­wał Lon­dyń­skim Insty­tu­tem. Robiła wra­że­nie tylko odro­binę star­szej od córki. Tessa była nie­śmier­telną cza­row­nicą, potra­fiła zmie­niać wygląd i w ogóle się nie sta­rzała.

A obok Tessy stał James.

Cor­de­lia pamię­tała, jak pew­nego razu, gdy była małą dziew­czynką, wycią­gnęła rękę, żeby pogła­skać łabę­dzia na sta­wie obok jej domu. Ptak ją zaata­ko­wał, ude­rzył w pierś i prze­wró­cił. Przez kilka minut leżała na tra­wie, dusząc się i nie mogąc zaczerp­nąć tchu. Bała się, że już ni­gdy wię­cej nie zła­pie odde­chu.

Pew­nie nie było to naj­bar­dziej roman­tyczne stwier­dze­nie na świe­cie, ale za każ­dym razem gdy widziała Jamesa Heron­dale'a, czuła się, jakby znowu zaata­ko­wał ją łabędź.

Był piękny, tak piękny, że zapo­mi­nała oddy­chać, gdy na niego patrzyła. Miał nie­okieł­znaną czarną czu­prynę, która robiła wra­że­nie mięk­kiej w dotyku, dłu­gie ciemne rzęsy oka­lały mu oczy w kolo­rze bursz­tynu albo miodu. Miał teraz sie­dem­na­ście lat i nie wyglą­dał już jak tyko­waty mło­dzik, ale był smu­kły, śliczny i ide­al­nie poskła­dany jak cudowny przy­kład archi­tek­tury.

- Ups! - Jej stopy ude­rzyły o zie­mię i pra­wie się potknęła.

Jakimś cudem wyka­ra­skała się z powozu i stała teraz na chod­niku, a wła­ści­wie chwiała się na nim, sta­ra­jąc się zła­pać rów­no­wagę na nogach, które jej zdrę­twiały po wielu godzi­nach bez­ru­chu.

James natych­miast sta­nął obok niej i poło­żył rękę na jej ramie­niu.

- Daisy? Nic ci nie jest?

Tak ją prze­zy­wał. Nie zapo­mniał.

- Nie­zdara ze mnie. - Rozej­rzała się z żalem. - Mia­łam nadzieję na bar­dziej wdzięczne przy­by­cie.

- Nie masz się czym przej­mo­wać. - Uśmiech­nął się i serce zabiło jej szyb­ciej. - Chod­niki w South Ken­sing­ton są naprawdę bestial­skie. Sam wię­cej niż raz zosta­łem przez nie zaata­ko­wany.

Odpo­wiedz bły­sko­tli­wie, pona­gliła sie­bie. Powiedz coś dow­cip­nego.

James jed­nak już się odwró­cił, kiwa­jąc głową do Ala­sta­ira. Cor­de­lia wie­działa, że obaj nie lubili się w szkole, ale matka nie miała o tym poję­cia. Sona myślała, że Ala­stair był bar­dzo popu­larny.

- Widzę, że przy­je­cha­łeś - powie­dział James intry­gu­jąco bez­na­mięt­nym tonem. - Wyglą­dasz...

Obrzu­cił jasne, żółto-białe włosy Ala­sta­ira z pew­nym zdu­mie­niem. Cor­de­lia cze­kała, aż skoń­czy zda­nie, i miała ogromną nadzieję, że powie coś w rodzaju "jak burak", ale nie zro­bił tego.

- ...dobrze - dokoń­czył James.

Chłopcy popa­trzyli na sie­bie w mil­cze­niu, a Lucie zbie­gła po scho­dach i objęła Cor­de­lię.

- Tak bar­dzo, bar­dzo się cie­szę, że cię widzę! - zdo­łała wykrztu­sić. Dla Lucie wszystko było "bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo", nie­ważne: piękne, pod­nie­ca­jące czy potworne. - Droga Cor­de­lio, będziemy się cudow­nie bawić...

- Lucie, Cor­de­lia i jej rodzina przy­je­chali do Lon­dynu, żeby­ście mogły razem tre­no­wać - wtrą­ciła się łagod­nie Tessa. - Czeka was mnó­stwo pracy i obo­wiąz­ków.

Cor­de­lia spu­ściła wzrok na buty. Tessa była uprzejma, powta­rza­jąc ofi­cjalny powód, dla któ­rego Car­sta­ir­so­wie przy­je­chali do Lon­dynu w takim pośpie­chu - ponie­waż Cor­de­lia i Lucie miały zostać para­ba­tai. Prawda jed­nak była inna.

- Na pewno pani pamięta, kiedy sama miała pani szes­na­ście lat, pani Heron­dale - odpo­wie­działa Sona. - Dziew­częta uwiel­biają tańce i sukienki. Na pewno ja taka byłam w ich wieku i podej­rze­wam, że pani także.

Cor­de­lia wie­działa, że ich matka w żad­nym razie taka nie była, ale trzy­mała język za zębami. Tessa unio­sła brwi.

- Pamię­tam, że bra­łam kie­dyś udział w wam­pi­rzej zaba­wie. To było jakieś przy­ję­cie w domu Bene­dicta Ligh­two­oda, nim zacho­ro­wał na demo­niczną ospę i zamie­nił się w robaka, rzecz jasna...

- Mamo! - Lucie była zgor­szona.

- Naprawdę zamie­nił się w robaka - powie­dział James. - A wła­ściwe w strasz­li­wego, ogrom­nego węża. To była abso­lut­nie naj­cie­kaw­sza rzecz na zaję­ciach z histo­rii.

Tessę przed dal­szymi komen­ta­rzami ura­to­wał przy­jazd fur­go­nów z rze­czami Car­sta­ir­sów. Kilku rosłych męż­czyzn zesko­czyło z jed­nego z wozów i zaczęli ścią­gać płótna przy­kry­wa­jące różne pedan­tycz­nie unie­ru­cho­mione sznu­rami meble.

Jeden z męż­czyzn pomógł zejść z pierw­szego fur­gonu Risie, poko­jówce i kucharce Sony. Risa pra­co­wała dla rodziny Jahan­shah, odkąd Sona był nasto­latką i towa­rzy­szyła jej od tej pory. Była Przy­ziemną obda­rzoną Widze­niem i w związku z tym cenną towa­rzyszką dla Noc­nej Łow­czyni. Risa mówiła tylko po per­sku. Cor­de­lia zasta­na­wiała się, czy męż­czyźni na fur­go­nie pró­bo­wali ją zaga­dy­wać. Risa dosko­nale rozu­miała język angiel­ski, ale wolała mil­czeć.

- Podzię­kuj, pro­szę, w moim imie­niu Cecily Ligh­twood, za to, że uży­czyła nam swo­jej służby - mówiła matka Cor­de­lii do Tessy.

- Och, rze­czy­wi­ście! Będą przy­cho­dzić od wtorku do czwartku, żeby zająć się naj­cięż­szymi obo­wiąz­kami, dopóki nie wynaj­miesz wła­snej służby - odpo­wie­działa Tessa.

"Naj­cięż­sze obo­wiązki" to było wszystko, czym Risa - która goto­wała, robiła zakupy i poma­gała ubie­rać się Sonie i Cor­de­lii - nie będzie się zaj­mo­wała, na przy­kład szo­ro­wa­nie pod­łóg albo doglą­da­nie koni. Pomysł, że Car­sta­ir­so­wie wynajmą nie­długo wła­sną służbę, był kolejną uprzejmą fik­cją. Cor­de­lia o tym wie­działa. Kiedy wyjeż­dżali z Devonu, Sona zwol­niła całą służbę z wyjąt­kiem Risy, bo sta­rała się zaosz­czę­dzić jak naj­wię­cej pie­nię­dzy, dopóki Elias Car­sta­irs cze­kał na pro­ces.

Duży kształt na jed­nym z fur­go­nów przy­cią­gnął spoj­rze­nie Cor­de­lii.

- Mamo! - wykrzyk­nęła. - Przy­wio­złaś for­te­pian?

Matka wzru­szyła ramio­nami.

- Lubię muzykę od czasu do czasu. - Mach­nęła wład­czym gestem na tra­ga­rzy. - Cor­de­lio, będzie tu spore zamie­sza­nie i mnó­stwo kurzu. Może przej­dzie­cie się z Lucie po oko­licy? A ty, Ala­stair, zosta­niesz i pomo­żesz mi kie­ro­wać służbą.

Cor­de­lia była zachwy­cona per­spek­tywą spę­dze­nia czasu z Lucie. Ala­stair tym­cza­sem nie wie­dział, czy krzy­wić się, bo musiał zostać z matką, czy się napu­szyć, bo powie­rzono mu obo­wiązki pana domu.

Tessa Heron­dale miała roz­ba­wioną minę.

- James, idź z dziew­czę­tami. Może do Ogro­dów Ken­sing­ton? To nie­da­leko stąd, a dzień jest piękny.

- Ogrody Ken­sing­ton robią wra­że­nie bez­piecz­nych - odparł z powagą James.

Lucie prze­wró­ciła oczami i zła­pała Cor­de­lię za rękę.

- Chodźmy - powie­działa i ścią­gnęła ją po scho­dach na chod­nik.

James, z racji dłu­gich nóg, z łatwo­ścią dotrzy­mał im kroku.

- Nie ma powodu ucie­kać - powie­dział do sio­stry. - Matka nie zawle­cze cię z powro­tem i nie zażąda, żebyś pomo­gła wno­sić for­te­pian do domu.

Cor­de­lia zer­k­nęła na niego z ukosa. Wiatr tar­gał mu włosy. Nawet włosy jej matki nie były tak czarne, w dodatku poły­ski­wały czer­wie­nią i zło­tem. Włosy Jamesa były czarne jak atra­ment.

Uśmiech­nął się do niej, jakby wcale nie przy­ła­pał jej na tym, że się na niego gapi. Z dru­giej strony pew­nie przy­wykł w towa­rzy­stwie Noc­nych Łow­ców, że ludzie się na niego gapią. Nie tylko z powodu urody, ale też z innych przy­czyn.

Lucie uści­snęła jej rękę.

- Tak się cie­szę, że tu jesteś - oznaj­miła. - Nie myśla­łam, że to wresz­cie się sta­nie.

- Dla­czego? - zdzi­wił się James. - Prawo wymaga, żeby­ście razem tre­no­wały, zanim zosta­nie­cie para­ba­tai, a poza tym ojciec uwiel­bia Daisy i ustala reguły...

- Twój ojciec uwiel­bia wszyst­kich Car­sta­ir­sów - odparła Cor­de­lia. - Nie jestem pewna, czy ja sama mam w tym jaką­kol­wiek zasługę. Moż­liwe, że lubi nawet Ala­sta­ira.

- Myślę, że jest prze­ko­nany, że Ala­stair ma ukrytą głę­bię - odparł James.

- Tak samo jak ruchome pia­ski - powie­działa Cor­de­lia.

James się roze­śmiał.

- Dość tego - prze­rwała im Lucie i ude­rzyła Jamesa w ramię dło­nią w ręka­wiczce. - Daisy to moja przy­ja­ciółka, a ty zagar­niasz ją całą dla sie­bie. Idź zająć się czymś innym.

Szli Queen's Gate w stronę Ken­sing­ton Road, ota­czał ich rumor prze­jeż­dża­ją­cych omni­bu­sów. Cor­de­lia wyobra­ziła sobie, jak James odcho­dzi w tłum, gdzie z pew­no­ścią znaj­dzie cie­kaw­sze zaję­cie, a może zosta­nie porwany przez piękną dzie­dziczkę for­tuny, która zako­cha się w nim od pierw­szego spoj­rze­nia. Takie rze­czy zda­rzały się w Lon­dy­nie.

- Będę szedł za wami dzie­sięć kro­ków, jak­bym niósł tren, ale muszę mieć was w zasięgu wzroku, bo ina­czej matka by mnie zabiła i prze­ga­pił­bym jutrzej­szy bal, a wtedy Mat­thew by mnie zabił i umarł­bym dwa razy - odparł James.

Cor­de­lia uśmiech­nęła się, ale James już zosta­wał w tyle zgod­nie z obiet­nicą, dając im swo­bod­nie poroz­ma­wiać. Cor­de­lia sta­rała się ukryć roz­cza­ro­wa­nie. Teraz w końcu miesz­kała w Lon­dy­nie i będzie widy­wała Jamesa czę­ściej i nie tylko prze­lot­nie; miała nadzieję, że sta­nie się czę­ścią jej codzien­no­ści.

Obej­rzała się na niego. Już wyjął książkę i czy­tał, idąc i pogwiz­du­jąc cicho.

- O jakim balu mówił? - zapy­tała przy­ja­ciółkę.

Do Ogro­dów Ken­sing­ton weszły przez bramę z kutego żelaza i zna­la­zły się w cie­niu listo­wia. Park był pełen niań z wóz­kami i mło­dych par. Dwie małe dziew­czynki plo­tły wianki, chło­piec w mary­nar­skim ubranku ganiał za kół­kiem, pisz­cząc z ucie­chy. Pod­biegł do wyso­kiego męż­czy­zny, który wziął go na ręce i pod­rzu­cił w powie­trze ze śmie­chem. Cor­de­lia zaci­snęła na chwilę powieki, myśląc o ojcu, o tym, jak pod­rzu­cał ją, gdy była bar­dzo mała, a ona śmiała się i śmiała, gdy ją łapał.

- Odbę­dzie się jutro wie­czo­rem - wyja­śniła Lucie, bio­rąc Cor­de­lię pod rękę. - Urzą­dzamy go z oka­zji waszego przy­jazdu do Lon­dynu. Będzie tam cała Enklawa, będą tańce, matka będzie mogła popi­sać się nową salą balową. A ja będę mogła popi­sać się tobą.

Cor­de­lię prze­szedł dreszcz, tro­chę z pod­nie­ce­nia, a tro­chę ze stra­chu. Enklawa to ofi­cjalna nazwa dla Noc­nych Łow­ców miesz­ka­ją­cych w Lon­dy­nie; każde mia­sto miało swoją Enklawę, która pod­le­gała miej­sco­wemu Insty­tu­towi, a także sto­ją­cym wyżej Clave i Kon­su­lowi. Wie­działa, że to nie­mą­dre, ale na samą myśl o takim tłu­mie skóra ją mro­wiła z nie­po­koju. Życie, jakie pro­wa­dziła ze swoją rodziną - w cią­głym ruchu poza chwi­lami spę­dzo­nymi w Ciren­worth w Devo­nie - było wolne od tłu­mów.

A jed­nak musiała to zro­bić. Przy­je­chali do Lon­dynu wła­śnie po to, żeby to zro­bić. Pomy­ślała o matce.

To nie bal, powie­działa sobie. To pierw­sza potyczka w woj­nie.

Zni­żyła głos:

- Czy wszy­scy tam będą wiedz... Czy oni wie­dzą o moim ojcu?

- O, nie. Bar­dzo nie­wiele osób poznało szcze­góły i nie­wiele na ten temat mówią. - Lucie przyj­rzała jej się w zamy­śle­niu. - Czy mogła­byś...? Jeśli powiesz mi, co się stało, to przy­się­gam, że nie powiem o tym nikomu, nawet Jame­sowi.

Cor­de­lię zabo­lało serce, jak zawsze, kiedy myślała o ojcu. Musiała jed­nak powie­dzieć Lucie i będzie musiała powie­dzieć też innym. Nie zdoła pomóc ojcu, jeśli nie zażąda wprost tego, czego chce.

- Jakiś mie­siąc temu mój ojciec wybrał się do Idrisu - powie­działa. - To była bar­dzo tajna misja. Odkryto gniazdo demo­nów kravy?d tuż poza gra­nicą Idrisu.

- Naprawdę? To są te wyjąt­kowo paskudne demony, prawda? Ludo­żercy?

Cor­de­lia poki­wała głową.

- Wybiły pra­wie całe stado wil­ko­ła­ków. To wła­śnie wilki prze­ka­zały infor­ma­cję do Ali­cante. Kon­sul zebrała eks­pe­dy­cję Nefi­lim i wezwała mojego ojca ze względu na jego wie­dzę na temat rzad­kich demo­nów. Razem z dwoma Pod­ziem­nymi pomógł zapla­no­wać wyprawę mającą na celu znisz­cze­nie kravy?dów.

- To brzmi nie­sły­cha­nie eks­cy­tu­jąco - powie­działa Lucie. - Cudow­nie, że można tak współ­pra­co­wać z Pod­ziem­nymi.

- To się jesz­cze okaże - odparła Cor­de­lia. Obej­rzała się. James szedł spory kawa­łek za nimi i na­dal czy­tał. Nie mógł ich sły­szeć. - Misja się nie powio­dła. Kravy?dy znik­nęły, a Nefi­lim zapę­dzili się na tereny, które klan wam­pi­rów uważa za swoje. Doszło do walki. Krwa­wej.

Lucie pobla­dła.

- Na Anioła. Ktoś zgi­nął?

- Kilku Nefi­lim odnio­sło rany - odpo­wie­działa Cor­de­lia. - A klan wam­pi­rów uważa, że my, to zna­czy Nocni Łowcy, sprzy­mie­rzy­li­śmy się z wil­ko­ła­kami, żeby ich zaata­ko­wać. Zro­bił się potworny bała­gan i może to dopro­wa­dzić do zerwa­nia Poro­zu­mień.

Lucie była prze­ra­żona. Cor­de­lia wcale jej się nie dzi­wiła. Poro­zu­mie­nia to trak­tat poko­jowy zawarty mię­dzy Noc­nymi Łow­cami a Poziem­nymi, który poma­gał zacho­wać porzą­dek. Gdyby doszło do ich zerwa­nia, mogłoby to dopro­wa­dzić do wybu­chu krwa­wego cha­osu.

- Clave roz­po­częło docho­dze­nie - powie­działa Cor­de­lia. - Wszystko zała­twiono, jak należy. Myśle­li­śmy, że mój ojciec zosta­nie wezwany na świadka, ale zamiast tego aresz­to­wano go. Obwi­niają go za nie­po­wo­dze­nie misji. Ale to nie jego wina. Nie mógł wie­dzieć... - Zamknęła oczy. - Fakt, że tak bar­dzo zawiódł Clave, pra­wie go zabił. Będzie musiał żyć z poczu­ciem winy. Jed­nak nikt z nas nie spo­dzie­wał się, że docho­dze­nie zosta­nie zamknięte, a on zosta­nie aresz­to­wany. - Ręce jej się trzę­sły; splo­tła mocno palce. - Przy­słał mi jeden list, ale potem już nic. Zabro­nili mu. Umiesz­czono go w aresz­cie domo­wym w Ali­cante, dopóki nie odbę­dzie się pro­ces.

- Pro­ces? - powtó­rzyła Lucie. - Tylko dla niego? Ale prze­cież misją kie­ro­wali też inni, zga­dza się?

- Oczy­wi­ście, ale mój ojciec został kozłem ofiar­nym. Całą winę zrzu­cono na niego. Moja matka chciała poje­chać do Idrisu, żeby się z nim zoba­czyć, ale on jej zabro­nił - dodała Cor­de­lia. - Powie­dział, że musimy poje­chać do Lon­dynu, bo jeśli zosta­nie ska­zany, to wstyd, jaki spad­nie na naszą rodzinę, będzie ogromny i musimy szybko się od niego odciąć.

- To byłoby okrop­nie nie­spra­wie­dliwe! - Oczy Lucie zabły­sły. - Wszy­scy wie­dzą, że praca Noc­nych Łow­ców jest nie­bez­pieczna. Na pewno, gdy twój ojciec zosta­nie prze­py­tany, uznają, że zro­bił wszystko, co w jego mocy.

- Być może - odparła cicho Cor­de­lia. - Ale potrze­bują kogoś, żeby go obwi­nić, a on pasuje do tej roli, bo mamy nie­wielu przy­ja­ciół wśród Noc­nych Łow­ców. Cią­gle się prze­pro­wa­dza­li­śmy z powodu cho­roby papy i ni­gdzie nie zagrza­li­śmy miej­sca. Byli­śmy w Paryżu, Bom­baju, Maroku...

- Zawsze uwa­ża­łam, że to naprawdę wspa­niałe życie.

- Pró­bo­wa­li­śmy zna­leźć kli­mat, który naj­le­piej odpo­wia­dałby jego zdro­wiu, lecz teraz moja matka czuje, że ma bar­dzo nie­wielu sprzy­mie­rzeń­ców. Dla­tego jeste­śmy tutaj, w Lon­dy­nie. Ma nadzieję, że szybko znaj­dziemy przy­ja­ciół, więc jeśli naszemu ojcu będzie gro­zić wię­zie­nie, to ktoś sta­nie w naszej obro­nie.

- Zawsze jest wuj Jem. W końcu to twój kuzyn - zauwa­żyła Lucie. - A Cisi Bra­cia cie­szą się ogrom­nym powa­ża­niem Clave.

Wuj Jem to był James Car­sta­irs, znany więk­szo­ści Nefi­lim jako brat Zacha­riasz. Cisi Bra­cia byli leka­rzami i archi­wi­stami Nefi­lim. Niemi, dłu­go­wieczni, potężni, miesz­kali w Cichym Mie­ście, w pod­ziem­nym mau­zo­leum, z któ­rego tysiące wyjść pro­wa­dziło do świata powy­żej.

Zda­niem Cor­de­lii naj­dziw­niej­sze w nich - a także ich żeń­skim odpo­wied­niku, Żela­znych Sio­strach, które wyci­nały broń i stele z ada­masu - było to, że sami wybie­rali sobie ten los. Jem był kie­dyś zwy­kłym Noc­nym Łowcą, para­ba­tai ojca Lucie, Willa. Kiedy został Cichym Bra­tem, potężne runy uci­szyły go i pozna­czyły bli­znami, zamknęły na zawsze jego oczy. Cisi Bra­cia nie sta­rzeli się fizycz­nie, ale też nie mieli dzieci, żon ani domów. Wie­dli okrop­nie samotne życie. Cor­de­lia z pew­no­ścią widziała brata Zacha­ria­sza - Jema - przy róż­nych waż­nych oka­zjach, ale nie czuła, że zna go tak dobrze jak James i Lucie. Jej ojciec ni­gdy nie czuł się swo­bod­nie w towa­rzy­stwie Cichego Brata i przez całe życie robił co w jego mocy, żeby zapo­bie­gać rodzin­nym wizy­tom Jema.

Gdyby tylko Elias myślał ina­czej, Jem mógłby teraz być ich sprzy­mie­rzeń­cem. A w obec­nej sytu­acji Cor­de­lia nie miała nawet poję­cia, jak zagad­nąć brata Zacha­ria­sza.

- Twój ojciec nie zosta­nie ska­zany - pocie­szyła ją Lucie, ści­ska­jąc jej dłoń. - Poroz­ma­wiam z rodzi­cami...

- Nie, Lucie. - Cor­de­lia pokrę­ciła głową. - Wszy­scy wie­dzą, jak bli­sko trzy­mają się nasze rodziny. Nie uznają two­ich rodzi­ców za bez­stron­nych. - Ode­tchnęła. - Zwrócę się do Kon­sul. Bez­po­śred­nio. Może nie zda­wać sobie sprawy, że Clave pró­buje uci­szyć skan­dal z Pod­ziem­nymi, zrzu­ca­jąc całą winę na mojego ojca. Łatwiej wytknąć pal­cem jedną osobę niż przy­znać, że wszy­scy popeł­nili błąd.

Lucie poki­wała głową.

- Ciotka Char­lotte jest życz­liwa, na pewno pomoże.

Ciotka Char­lotte to była Char­lotte Fair­child, pierw­sza kobieta, jaką kie­dy­kol­wiek wybrano na Kon­sula. Była też matką para­ba­tai Jamesa, Mat­thew i starą przy­ja­ciółką rodziny Heron­dale'ów.

Kon­sul miała ogromną wła­dzę i kiedy Cor­de­lia pierw­szy raz usły­szała o uwię­zie­niu ojca, od razu o niej pomy­ślała. Nie­stety Kon­sul nie mogła uwol­nić, kogo zechce, jak wyja­śniła Sona. Pewne frak­cje w Clave, potężne frak­cje, zawsze naci­skały na Kon­sul, żeby zro­biła tę czy inną rzecz, a ona nie mogła ryzy­ko­wać ich gniewu. Gdyby zwró­cili się do Kon­sul, to tylko pogor­szy­łoby sytu­ację ich rodziny.

Oso­bi­ście Cor­de­lia uwa­żała, że jej matka się myli. Czy nie na tym wła­śnie pole­gała wła­dza, że można ryzy­ko­wać, że roz­gniewa się innych ludzi? Jaki sens ma bycie kobietą-kon­su­lem, jeśli na­dal zamar­twiasz się tym, czy wszyst­kich zado­wo­lisz? Jej matka była zbyt ostrożna, zbyt lękliwa. Sona uwa­żała, że jedy­nym wyj­ściem z obec­nej sytu­acji będzie wyda­nie Cor­de­lii za kogoś wpły­wo­wego, za kogoś, kto zdoła ura­to­wać ich rodzinę, jeśli Elias trafi do wię­zie­nia.

Jed­nakże Cor­de­lia nie zamie­rzał wspo­mi­nać o tym Lucie. Nie chciała nikomu o tym mówić. Led­wie sama była w sta­nie o tym myśleć. Nie miała nic prze­ciwko mał­żeń­stwu, ale chciała wyjść za wła­ściwą osobę i zro­bić to z miło­ści. Mał­żeń­stwo nie mogło być czę­ścią umowy, mającą na celu zmniej­sze­nie wstydu rodziny, skoro jej ojciec nie zro­bił nic złego. Cor­de­lia roz­wiąże ten pro­blem za pomocą wła­snego sprytu i odwagi, a nie sprze­da­jąc swoją rękę.

- Wiem, że w tej chwili to wygląda naprawdę potwor­nie... - powie­działa Lucie, a Cor­de­lia miała wra­że­nie, że prze­ga­piła część wypo­wie­dzi przy­ja­ciółki - ...ale wie­rzę, że to nie­długo się skoń­czy i twój ojciec znowu będzie bez­pieczny. A na razie jesteś w Lon­dy­nie i możesz ze mną tre­no­wać, i... Och! - Lucie zabrała rękę z uści­sku Cor­de­lii i pogrze­bała w torebce. - Pra­wie zapo­mnia­łam. Mam dla cie­bie kolejny odci­nek Pięk­nej Cor­de­lii do prze­czy­ta­nia.

Cor­de­lia uśmiech­nęła się i spró­bo­wała odsu­nąć na bok myśli o ojcu. Piękna Cor­de­lia to powieść, którą Lucie zaczęła pisać jako dwu­na­sto­latka. Chciała w ten spo­sób pocie­szyć Cor­de­lię pod­czas jej prze­dłu­żo­nego pobytu w Szwaj­ca­rii. Opi­sy­wała przy­gody mło­dej, pora­ża­jąco pięk­nej kobiety imie­niem Cor­de­lia, uwiel­bia­nej przez przy­stoj­nego męż­czy­znę, który nazy­wał się lord Hawke. Nie­stety zostali roz­dzie­leni, kiedy piękna Cor­de­lia została porwana przez pira­tów i od tam­tej pory pró­bo­wała do niego wró­cić, ale jej powrót kom­pli­ko­wały liczne przy­gody, a także tak wielu atrak­cyj­nych męż­czyzn, któ­rzy zawsze zako­chi­wali się w niej i pra­gnęli się z nią żenić, że Cor­de­lia już dawno stra­ciła rachubę.

Nie­odmien­nie przez cztery lata Lucie co mie­siąc prze­sy­łała nowy roz­dział, a Cor­de­lia sado­wiła się z roman­tycz­nymi przy­go­dami swo­jej fik­cyj­nej imien­niczki i zatra­cała się w nich na jakiś czas.

- Cudow­nie - powie­działa, bio­rąc arku­sze papieru. - Nie mogę się docze­kać, żeby się dowie­dzieć, czy Cor­de­lia ucie­kła od tego nik­czem­nego Króla Ban­dy­tów!

- Jak się okaże, Król Ban­dy­tów wcale nie jest taki cał­kiem nik­czemny. Widzisz, jest naj­młod­szym synem diuka, który zawsze był... Wybacz... - Lucie urwała, kiedy Cor­de­lia spio­ru­no­wała ją wzro­kiem. - Zapo­mnia­łam, jak nie cier­pisz, kiedy opo­wiada ci się histo­rię, zanim ją prze­czy­tasz.

- Ow­szem. - Cor­de­lia szturch­nęła przy­ja­ciółkę zwi­nię­tym w rulon ręko­pi­sem. - Ale dzię­kuję, moja droga, prze­czy­tam natych­miast, jak tylko będę miała chwilę dla sie­bie. - Obej­rzała się przez ramię. - Myślisz... To zna­czy okrop­nie chcę poga­wę­dzić z tobą sam na sam, ale czy to nie jest okrop­nie nie­grzeczne kazać two­jemu bratu tak iść za nami?

- Ani odro­binę - zapew­niła ją Lucie. - Popatrz na niego. Książka cał­kiem go pochło­nęła.

Rze­czy­wi­ście. Cho­ciaż James spra­wiał wra­że­nie cał­ko­wi­cie sku­pio­nego na lek­tu­rze, był w sta­nie z god­nym podziwu wdzię­kiem omi­jać prze­chod­niów idą­cych z naprze­ciwka, cza­sem kamień albo gałąź leżące na ziemi, a raz nawet małego chłopca z kół­kiem. Cor­de­lia podej­rze­wała, że gdyby ona spró­bo­wała cze­goś takiego, wpa­dłaby na drzewo.

- Masz takie szczę­ście - powie­działa, na­dal oglą­da­jąc się przez ramię na Jamesa.

- A niby to czemu, u licha? - Lucie wytrzesz­czyła oczy.

O ile James miał bursz­ty­nowe oczy, to Lucie miała jasno­nie­bie­skie, kilka odcieni jaśniej­sze od oczu ojca.

Cor­de­lia odwró­ciła gwał­tow­nie głowę.

- Och, bo...

"Bo możesz codzien­nie spę­dzać czas z Jame­sem?". Wąt­piła, żeby Lucie uznała to za szcze­gólny dar. Nie odbie­rało się tego w taki spo­sób, kiedy cho­dziło o członka wła­snej rodziny.

- To taki dobry star­szy brat. Gdy­bym popro­siła Ala­sta­ira, żeby szedł dzie­sięć kro­ków za mną w parku, to na pewno szedłby przez cały czas tuż obok mnie, żeby mnie dener­wo­wać.

- Phi! Pew­nie, że uwiel­biam Jamiego, ale ostat­nio jest potworny. Odkąd się zako­chał.

Rów­nie dobrze mogłaby spu­ścić Cor­de­lii na głowę bombę zapa­la­jącą. Wszystko wokół niej się roz­pa­dło.

- Co takiego?!

- Zako­chał się - powtó­rzyła Lucie z miną kogoś, kto z rado­ścią dzieli się plo­tecz­kami. - Oczy­wi­ście nie powie, w kim, ale to Jamie, a on ni­gdy nic nam nie mówi. Jed­nak ojciec go zdia­gno­zo­wał i mówi, że to z całą pew­no­ścią miłość.

- Mówisz o tym tak, jakby zacho­ro­wał na gruź­licę. - Cor­de­lii w gło­wie się krę­ciło z nie­po­koju. James się zako­chał? W kim?

- Bo to tro­chę podobne, nie? Pobladł, stał się humo­rza­sty i cały czas wygląda przez okno jak Keats.

- A Keats wyglą­dał przez okno?

Cza­sem trudno było nadą­żyć za Lucie.

Lucie mówiła dalej, nie zwa­ża­jąc na pyta­nie, czy naj­więk­szy angiel­ski poeta roman­tyczny rze­czy­wi­ście wyglą­dał godzi­nami przez okno, czy też nie.

- Nic nie powie nikomu poza Mat­thew, a Mat­thew mil­czy jak grób w spra­wach Jamesa. Ale tego ranka usły­sza­łam nie­chcący kawa­łek ich roz­mowy...

- Nie­chcący? - Cor­de­lia unio­sła brew.

- Moż­liwe, że cho­wa­łam się pod sto­łem - odpo­wie­działa z god­no­ścią Lucie. - Ale to tylko dla­tego, że zgu­bi­łam kol­czyk i wła­śnie go szu­ka­łam.

Cor­de­lia zdu­siła uśmiech.

- Mów dalej.

- Zde­cy­do­wa­nie jest zako­chany i Mat­thew uważa, że zacho­wuje się nie­mą­drze. Cho­dzi o dziew­czynę, która nie mieszka w Lon­dy­nie, ale nie­długo przy­je­dzie tu na dłu­żej. Mat­thew nie pochwala jego wyboru... - Lucie urwała nagle i zła­pała Cor­de­lię za nad­gar­stek. - Rety!

- Auć! Lucie...

- Cudna młoda dama, która przy­je­dzie do Lon­dynu! Ale ze mnie głu­pia gęś! To jasne, że miał na myśli cie­bie!

- Tak? - powąt­pie­wała Cor­de­lia. Zbli­żały się do Long Water, widziała już słońce skrzące się na powierzchni jeziora.

- Miał na myśli cie­bie - eks­cy­to­wała się Lucie. - Och, jak cudow­nie! Wyobraź sobie, gdy­by­ście się pobrali! Były­by­śmy naprawdę sio­strami!

- Lucie! - Cor­de­lia zni­żyła głos do szeptu. - Nie mamy dowodu, że miał na myśli mnie.

- Musiałby być sza­lony, żeby się w tobie nie zako­chać - odparła Lucie. - Jesteś okrop­nie ładna i tak jak powie­dział Mat­thew, dopiero co przy­je­cha­łaś do Lon­dynu na dłu­żej. O kogo innego może cho­dzić? Enklawa nie jest aż tak duża. To musisz być ty.

- Sama nie wiem...

Lucie wytrzesz­czyła oczy.

- Bo on się tobie nie podoba? Cóż, to natu­ralne, przy­naj­mniej na razie. Znasz go całe życie, więc pew­nie nie robi na tobie nad­zwy­czaj­nego wra­że­nia, ale jestem pewna, że można przy­wyk­nąć do jego twa­rzy. Nie chra­pie i nie opo­wiada ordy­nar­nych dow­ci­pów. Naprawdę nie jest taki naj­gor­szy - dodała roz­trop­nie. - Zasta­nów się, dobrze? Zatańcz z nim jutro z jeden raz. Masz sukienkę, prawda? Musisz mieć piękna sukienkę, żebyś sto­sow­nie go olśniła.

- Mam sukienkę - pośpiesz­nie zapew­niła ją Cor­de­lia, cho­ciaż daleko jej było do cze­goś olśnie­wa­ją­cego.

- Gdy już go olśnisz, to on się oświad­czy - mówiła Lucie. - Wtedy zasta­no­wimy się, czy masz się zgo­dzić, czy nie, a jeśli tak, to czy zarę­czyny mają być dłu­gie. Może lepiej tak, żeby­śmy mogły skoń­czyć tre­ning para­ba­tai.

- Lucie, w gło­wie mi się kręci od tego wszyst­kiego! - zapro­te­sto­wała Cor­de­lia i obej­rzała się z nie­po­ko­jem przez ramię. Czy James usły­szał cokol­wiek z tego, co powie­działy? Nie, nie wyglą­dało na to. Na­dal szedł i czy­tał.

Zdra­dziecka nadzieja wez­brała jej w sercu i przez chwilę wyobra­żała sobie, że jest zarę­czona z Jame­sem i została powi­tana w rodzi­nie Lucie. A Lucie, teraz jej sio­stra zgod­nie z pra­wem, nie­sie pęk kwia­tów na jej ślu­bie. Ich przy­ja­ciele, bo z pew­no­ścią mie­liby przy­ja­ciół, wykrzy­kują: "Och wy dwoje jeste­ście ide­alną parą...".

Zmarsz­czyła nagle czoło.

- Dla­czego Mat­thew mnie nie pochwala? - zapy­tała i zaraz odchrząk­nęła. - Gdy­bym rze­czy­wi­ście była dziew­czyną, o któ­rej roz­ma­wiali, a jestem pewna, że nie jestem.

Lucie mach­nęła non­sza­lancko ręką.

- Uważa, że tej dziew­czy­nie nie zależy na Jame­sie, choć, jak już usta­li­ły­śmy, możesz z łatwo­ścią się w nim zako­chać, jeśli wło­żysz w to tro­chę pracy. Mat­thew za bar­dzo chroni Jamesa, ale nie musisz się go oba­wiać. Może i nie prze­pada za wie­loma oso­bami, ale dla tych, któ­rych polubi, jest bar­dzo miły.

Cor­de­lia pomy­ślała o Mat­thew, para­ba­tai Jamesa. Pra­wie nie odstę­po­wał Jamesa, odkąd razem uczęsz­czali do szkoły w Idri­sie. Cor­de­lia spo­tkała go parę razy przy róż­nych towa­rzy­skich oka­zjach. Mat­thew miał zło­ci­ste włosy i piękny uśmiech, ale podej­rze­wała, że pod wdzię­kiem słod­kiego kociaka kryje się lew, który ujaw­niłby się, gdyby ktoś skrzyw­dził Jamesa.

Tyle że ona ni­gdy nie skrzyw­dzi­łaby Jamesa. Kochała go. Kochała go całe życie.

A jutro będzie miała szansę mu to powie­dzieć. Była prze­ko­nana, że to doda jej odwagi, żeby zwró­cić się do Kon­sul i popro­sić o wyro­zu­mia­łość dla ojca, zwłasz­cza gdy James będzie stał u jej boku.

Cor­de­lia unio­sła pod­bró­dek. Tak, po jutrzej­szym balu jej życie cał­kiem się zmieni.

Minione dni. Idris, 1899

Minione dni Idris, 1899

Co roku, odkąd James się­gał pamię­cią, jego rodzina i on spę­dzali lato w rezy­den­cji Heron­dale'ów w Idri­sie. To był wiel­gachny gmach ze złoto-żół­tego kamie­nia z ogro­dami opa­da­ją­cymi ku zacza­ro­wa­nej zie­lo­nej prze­strzeni lasu Bro­ce­lind. Wysoki mur oddzie­lał ich od posia­dło­ści Black­thor­nów po sąsiedzku.

James i Lucie całymi dniami bawili się na skraju ciem­nego lasu, pły­wa­jąc i łowiąc ryby w pobli­skiej rzece, jeż­dżąc konno po zie­lo­nych polach. Cza­sem pró­bo­wali zer­k­nąć ponad murem na dom Black­thor­nów, ale był cały poro­śnięty cier­ni­stymi pną­czami. Ostre jak brzy­twy kolce pora­stały też bramę do posia­dło­ści Black­thor­nów, jakby dom dawno temu porzu­cono, ale wie­dzieli, że mieszka tam Tatiana Black­thorn. Widy­wali cza­sem z daleka jej powóz przy­jeż­dża­jący i wyjeż­dża­jący, z oknami i drzwiami dokład­nie zamknię­tymi.

James zapy­tał raz, dla­czego nie utrzy­mują kon­tak­tów z sąsiadką, zwłasz­cza że Tatiana była spo­krew­niona z jego wujami, Gide­onem i Gabrie­lem Ligh­two­odami. Tessa wyja­śniła dyplo­ma­tycz­nie, że rodziny są skłó­cone, odkąd na ojca Tatiany spa­dło prze­kleń­stwo, a oni nie zdo­łali go ura­to­wać. Ojciec i mąż Tatiany zmarli tam­tego dnia, a jej syn Jesse kilka lat póź­niej. Obwi­niała Willa i swo­ich braci za ponie­sioną stratę. "Ludzie zamy­kają się cza­sem w swo­jej gory­czy i pra­gną zna­leźć kogoś, kogo­kol­wiek, żeby obwi­nić go o swoje cier­pie­nie. To wielka szkoda, bo Will i twoi wuj­ko­wie pomo­gliby jej, gdyby mogli" - powie­działa Tessa.

James nie myślał dużo wię­cej o Tatia­nie; nie chciał znać dziw­nej kobiety, która bez­pod­staw­nie nie­na­wi­dziła jego ojca. A potem latem, kiedy James skoń­czył trzy­na­ście lat, do Willa przy­szła wia­do­mość z Lon­dynu, że Edmund i Linette Heron­dale'owie, dziad­ko­wie Jamesa, zmarli z powodu influ­ency.

Gdyby Willa nie pochło­nęła tak jego strata, to może sprawy przy­bra­łyby inny obrót.

A tak wyda­rze­nia poto­czyły się tak, jak się poto­czyły.

Wie­czo­rem, po wia­do­mo­ści o śmierci Linette i Edmunda Will sie­dział na pod­ło­dze w bawialni, a Tessa w wyście­ła­nym fotelu za nim, pod­czas gdy Lucie i James wycią­gali się na dywa­nie przed komin­kiem. Will opie­rał się ple­cami o nogi Tessy i patrzył na ogień, nie widząc go tak naprawdę. Wszy­scy sły­szeli, jak otwie­rają się fron­towe drzwi; Will pod­niósł wzrok, gdy wszedł Jem, ten zaś pod­szedł do Willa i usiadł obok niego w swo­ich sza­tach Cichego Brata. Oparł sobie głowę Willa na ramie­niu, a Will zła­pał w pię­ści przód jego szaty i zapła­kał. Tessa pochy­liła się nad nimi i we trójkę pogrą­żyli się w smutku ludzi doro­słych, w sfe­rze, któ­rej James nie potra­fił jesz­cze prze­nik­nąć. Po raz pierw­szy do Jamesa dotarło, że jego ojciec może z jakie­goś powodu pła­kać.

Lucie i James ucie­kli do kuchni. Tam zastała ich Tatiana Black­thorn - sie­dzieli przy stole z kucharką Brid­get, która dała im pud­ding na kola­cję. Przy­szła popro­sić Jamesa, żeby ściął kol­cza­ste pną­cza.

Wyglą­dała jak szara wrona i zupeł­nie nie paso­wała do ich jasnej kuchni. Nosiła suk­nię ze zno­szo­nej serży z postrzę­pio­nymi man­kie­tami i rąb­kiem oraz prze­krzy­wiony brudny kape­lusz z wypcha­nym pta­kiem o oczach z pacior­ków. Włosy miała siwe, jej skóra była szara, oczy męt­nie zie­lone, jakby żałość i gniew ode­brały jej wszel­kie kolory.

- Chłop­cze, moja brama kli­nuje się z powodu dzi­kich róż - powie­działa, patrząc na Jamesa. - Ktoś musi je ściąć. Zaj­miesz się tym?

Może sprawy poto­czyłby się ina­czej, gdyby James nie rwał się do tego, żeby pomóc ojcu, cho­ciaż nie miał poję­cia, w jaki spo­sób. Może odmó­wiłby. Może zasta­no­wiłby się, dla­czego pani Black­thorn nie poprosi o to osoby, która od lat zaj­mo­wała się przy­ci­na­niem dzi­kich róż, i dla­czego nagle wła­śnie tego wie­czoru potrze­bo­wała pomocy.

Nie zro­bił tego jed­nak. Wstał od stołu i poszedł za Tatianą o zmierz­chu. Słońce już zacho­dziło, drzewa lasu Bro­ce­lind wyglą­dały, jakby pło­nęły, kiedy Tatiana szła przez teren mię­dzy ich domami w stronę swo­jej fron­to­wej bramy. Była zro­biona z czar­nego, poskrę­ca­nego żelaza, a na łuku nad nimi wid­niały słowa "lex malla, lex nulla".

Złe prawo to żadne prawo.

Pochy­liła się pośród opa­dłych liści i wypro­sto­wała, trzy­ma­jąc ogromny nóż. Ewi­dent­nie kie­dyś był ostry, ale teraz ostrze miało ciem­no­brą­zowy kolor od rdzy, pra­wie czarny. Przez chwilę James wyobra­żał sobie, że Tatiana Black­thorn przy­pro­wa­dziła go tam, żeby go zabić. Wytnie mu serce i zostawi go na ziemi, a krew roz­leje się wokół niego kałużą.

Zamiast tego wepchnęła mu nóż do ręki.

- Pro­szę, chłop­cze. Nie śpiesz się.

Przez chwilę myślał, że się uśmiech­nęła, ale może to była tylko gra świa­tła i cie­nia. Ode­szła pośród sze­le­stu suchej trawy, zosta­wia­jąc go przy bra­mie z zardze­wia­łym nożem w ręce jak naj­bar­dziej pecho­wego kon­ku­renta do ręki Śpią­cej Kró­lewny. Z wes­tchnie­niem James zaczął ciąć kol­cza­ste zaro­śla.

A przy­naj­mniej spró­bo­wał. Tępe ostrze niczego nie cięło, kol­cza­ste gałę­zie gęsto pora­stały pręty bramy. Wię­cej niż raz pokłuł się wred­nymi cier­niami.

Obo­lałe ręce wkrótce miał jak z oło­wiu, a na jego bia­łej koszuli poja­wiły się plamki krwi. To idio­tyczne, powie­dział sobie. Z pew­no­ścią to prze­kra­czało zobo­wią­za­nia wobec sąsiadki. Na pewno rodzice zro­zu­mie­liby, gdyby wyrzu­cił nóż i wró­cił do domu. Na pewno...

Nagle pośród pną­czy poja­wiły się białe jak lilie dło­nie.

- Heron­dale - szep­nął ktoś. - Pomogę ci.

Popa­trzył ze zdu­mie­niem, jak kilka gałęzi spada. Chwilę potem w dziu­rze poja­wiła się blada i drobna dziew­częca twarz.

- Heron­dale - powtó­rzyła. - Potra­fisz mówić?

- Tak. I mam imię. Nazy­wam się James.

Jej twarz znik­nęła. Roz­legł się brzęk i chwilę potem seka­tor, może nie tyle nowy, ile sprawny, wysu­nął się spod bramy. James pochy­lił się po niego.

Pro­sto­wał się, kiedy usły­szał, że ktoś go nawo­łuje po imie­niu. To była jego matka.

- Muszę iść, ale dzię­kuję ci, Grace - powie­dział. - Nazy­wasz się Grace, prawda? Grace Black­thorn?

Usły­szał ciche wes­tchnie­nie i dziew­czyna znowu poja­wiła się w dziu­rze.

- Och, ale wróć, pro­szę - powie­działa Grace. - Jeśli wró­cisz jutro wie­czo­rem, to wymknę się do bramy i poroz­ma­wiamy, kiedy będziesz ciął pną­cza. Minęło tyle czasu, odkąd roz­ma­wia­łam z kim­kol­wiek poza mamą.

Wycią­gnęła rękę mię­dzy prę­tami i zoba­czył czer­wone linie w miej­scach, gdzie poka­le­czyły ją cier­nie. James pod­niósł swoją i ich dło­nie musnęły się prze­lot­nie.

- Obie­cuję - powie­dział zasko­czony wła­snymi sło­wami. - Wrócę.

2. Popioły róż

2 Popioły róż

"Choćby był jak pąk róży Blask urody się chmu­rzy I nawet miłość dłu­żej Nie trwa niż jawy bieg"3.

Alger­non Char­les Swin­burne, Ogród Per­se­fony

- Mat­thew - powie­dział James. - Mat­thew, wiem, że tam jesteś. Wyjdź, bo przy­się­gam na Anioła, że prze­trącę ci kark jak żabie.

James leżał na stole bilar­do­wym w sali gier w Insty­tu­cie i pio­ru­no­wał wzro­kiem prze­strzeń poni­żej.

Bal trwał już co naj­mniej pół godziny i nikt nie był w sta­nie zna­leźć Mat­thew. Tylko James domy­ślił się, gdzie się scho­wał jego para­ba­tai - to był jeden z jego ulu­bio­nych poko­jów, wygodny i pięk­nie ozdo­biony przez Tessę. Miał lam­pe­rię z tapety w szare i czarne pasy, a powy­żej poma­lo­wano go na szaro. Wisiały tam opra­wione por­trety i drzewa gene­alo­giczne, stały wygodne, wysie­dziane sofy i fotele uszaki. Piękny kom­plet do gry w sza­chy błysz­czał jak klej­not na humi­do­rze z cyga­rami marki Dun­hill. Stał tam także masywny stół do bilardu, pod któ­rym obec­nie ukry­wał się Mat­thew.

Roz­legł się brzęk i jasno­włosa głowa Mat­thew wychy­liła się spod stołu. Zamru­gał, patrząc na Jamesa.

- Jamie, Jamie, czemu tak pona­glasz czło­wieka? - zapy­tał z uda­wa­nym smut­kiem. - Wła­śnie ucią­łem sobie cudowną drzemkę.

- Zatem czas na pobudkę. Jesteś potrzebny na sali balo­wej, bo bra­kuje nam ludzi. Zja­wiła się szo­ku­jąca liczba panien.

- Do dia­bli z salą balową - powie­dział Mat­thew, wycho­dząc spod stołu. Wyglą­dał dosko­nale w gołę­biej sza­ro­ści i miał bla­do­zie­lony goź­dzik w buto­nierce. W ręce trzy­mał karafkę z rżnię­tego szkła. - Chrza­nić tańce. Zamie­rzam pozo­stać tutaj i doku­ment­nie się ulu­lać. - Zer­k­nął na karafkę, a potem spoj­rzał z nadzieją na Jamesa. - Możesz mi towa­rzy­szyć, jeśli chcesz.

- To porto mojego ojca - zauwa­żył James. Wie­dział, że to mocny i bar­dzo słodki alko­hol. - Rano okrut­nie to odcho­ru­jesz.

- Carpe karafkę - odparł Mat­thew. - To dobre porto. Zawsze podzi­wia­łem two­jego ojca, wiesz? Zamie­rza­łem być taki jak on. Cho­ciaż pozna­łem raz pew­nego cza­row­nika, który miał trzy ręce. Jedną mógł się poje­dyn­ko­wać, drugą taso­wać karty, a trze­cią roz­sz­nu­ro­wy­wać damie gor­set, wszystko jed­no­cze­śnie. To dopiero gość, któ­rego warto naśla­do­wać.

- Ty już się ulu­la­łeś - zauwa­żył z dez­apro­batą James i się­gnął po karafkę.

Mat­thew był jed­nak za szybki i zabrał ją, jed­no­cze­śnie łapiąc przy­ja­ciela za rękę. Ścią­gnął go ze stołu i przez chwilę tur­lali się po pod­ło­dze jak dwa szcze­niaki. Mat­thew śmiał się jak opę­tany, a James pró­bo­wał wyrwać mu karafkę.

- Zejdźże ze mnie! - wydy­szał Mat­thew i puścił Jamesa, który pole­ciał do tyłu z takim impe­tem, że karafka wyle­ciała mu z ręki. Ochla­pał się porto.

- Patrz, co naro­bi­łeś! - zawo­łał James. Pró­bo­wał chu­s­teczką zetrzeć czer­woną plamę na gor­sie koszuli. - Cuchnę jak gorzel­nik i wyglą­dam jak rzeź­nik.

- Phi, żadna z dziew­czyn i tak nie zwróci uwagi na twój strój - żach­nął się Mat­thew. - Wszyst­kie będą za bar­dzo zajęte patrze­niem w twoje wiel­kie, złote śle­pia. - Wytrzesz­czył oczy tak, że wyglą­dał jak wariat. A potem zro­bił zeza.

James tylko zmarsz­czył czoło. Miał duże oczy w kolo­rze jasno­zło­tej her­baty i w czar­nej opra­wie, ale zbyt wiele razy drę­czono go w szkole z powodu ich nie­zwy­kło­ści, żeby potra­fił się teraz nimi cie­szyć.

Mat­thew wycią­gnął ręce.

- Rozejm - zapro­po­no­wał przy­po­chleb­nie. - Niech zapa­nuje mię­dzy nami pokój. Możesz wylać resztę porto na moją głowę.

James wykrzy­wił usta w uśmie­chu. Nie dało się długo gnie­wać na Mat­thew. Wła­ści­wie w ogóle nie można było się na niego rozgnie­wać.

- Chodź ze mną na salę balową, żeby nie zabra­kło tam panów, a będziemy mogli ogło­sić rozejm.

Mat­thew pod­niósł się posłusz­nie. Bez względu na stan upo­je­nia trzy­mał się pew­nie na nogach. Pomógł Jame­sowi wstać i popra­wił mu mary­narkę, żeby ukryć plamę po porto.

- Chcesz się napić porto czy wystar­czy ci, że się nim upa­pra­łeś? - Poka­zał Jame­sowi karafkę.

James pokrę­cił głową. Już był pode­ner­wo­wany i cho­ciaż porto pomo­głoby mu się uspo­koić, to też namie­sza­łoby mu w gło­wie. Chciał myśleć trzeźwo, na wszelki wypa­dek. Wie­dział, że ona może nie zja­wić się tego wie­czoru. Ale kto wie. Minęło sześć mie­sięcy od jej ostat­niego listu, a teraz była w Lon­dy­nie. Musiał być przy­go­to­wany na każdą ewen­tu­al­ność.

Mat­thew wes­tchnął i odsta­wił karafkę na komi­nek.

- Wiesz, co się mówi - powie­dział, gdy wyszli z pokoju i ruszyli w stronę balu. - Pij, a będziesz spał, śpij, a nie będziesz grze­szył, nie grzesz, a będziesz zba­wiony. Zatem pij, by zyskać zba­wie­nie.

- Mat­thew, ty potra­fisz grze­szyć nawet przez sen - roz­legł się roz­le­ni­wiony głos.

- Anna - powie­dział Mat­thew, wspie­ra­jąc się na ramie­niu Jamesa. - Przy­słano cię po nas?

O ścianę opie­rała się kuzynka Jamesa, Anna Ligh­twood, cudow­nie ubrana w dopa­so­wane spodnie i koszulę w prążki. Miała nie­bie­skie oczy Heron­dale'ów, które zawsze nieco nie­po­ko­iły Jamesa - miał wra­że­nie, że patrzy na niego jakaś część jego ojca.

- Jeśli mówiąc "posłano po was", masz na myśli, że mam was zawlec na salę balową wszel­kimi moż­li­wymi spo­so­bami - odpo­wie­działa Anna. - Jest tam tro­chę dziew­cząt, które potrze­bują kogoś do tańca i kogoś, kto powie im, że ład­nie wyglą­dają, a ja nie dam rady zająć się wszyst­kimi sama.

Muzycy na sali zagrali nagle. Popły­nął żywy walc.

- Do licha, tylko nie walc - rzu­cił zroz­pa­czony Mat­thew. - Nie­na­wi­dzę walca.

Zaczął się cofać. Anna zła­pała go za mary­narkę.

- O nie, nie, nic z tego - powie­działa i zde­cy­do­wa­nie zago­niła obu na salę.

***

- Prze­stań się prze­glą­dać - rzu­cił znu­żo­nym tonem Ala­stair. - Dla­czego kobiety wiecz­nie się prze­glą­dają? I dla­czego marsz­czysz czoło?

Cor­de­lia spio­ru­no­wała odbi­cie brata w tremo. Cze­kali przed salą balową w Insty­tu­cie. Ala­stair dosko­nale pre­zen­to­wał się w czerni i bieli, z jasnymi wło­sami pokry­tymi pomadą i w ręka­wicz­kach z koź­lej skórki.

Bo mnie ubiera matka, a ty możesz nosić, co zechcesz, pomy­ślała, ale nie powie­działa tego na głos, ponie­waż matka stała tuż obok. Sona posta­no­wiła sobie, że będzie ubie­rać córkę zgod­nie z naj­now­szą modą, cho­ciaż ta moda w ogóle nie paso­wała Cor­de­lii. Na dzi­siej­szy wie­czór wybrała dla niej suk­nię w odcie­niu jasnego lila obrę­bioną błysz­czą­cymi dże­tami. Jej włosy zebrano w kaskadę locz­ków, a przez gor­set led­wie mogła oddy­chać.

Zda­niem Cor­de­lii wyglą­dała okrop­nie. Pastele były według żur­nali sza­le­nie modne, ale żur­nale ocze­ki­wały, że dziew­częta będą bla­dymi blon­dyn­kami o drob­nym biu­ście, a Cor­de­lia w żad­nym razie nie nale­żała do tego gatunku. W paste­lach wyglą­dała mdło i nawet gor­set nie był w sta­nie spłasz­czyć jej piersi. W dodatku ciem­no­rude włosy nie były cien­kie i rzad­kie, prze­ciw­nie - były gęste i dłu­gie jak włosy matki, się­gały jej do pasa przy szczot­ko­wa­niu. Wyglą­dały idio­tycz­nie poskrę­cane w drobne loczki.

- Ponie­waż muszę nosić gor­set - wark­nęła. - I spraw­dza­łam, czy już posi­nia­łam.

- Wtedy mia­ła­byś twarz pod kolor sukienki - odparł Ala­stair.

Cor­de­lia żało­wała, że nie ma z nimi ojca; zawsze jej mówił, że wygląda pięk­nie.

- Dzieci - zbesz­tała ich matka.

Cor­de­lia miała prze­czu­cie, że będzie do nich mówiła "dzieci", nawet kiedy będą sta­rzy, siwi i będą doci­nać sobie, sie­dząc na fote­lach na kół­kach.

- Cor­de­lio, gor­set nie tylko nadaje syl­wetce kobie­cych kształ­tów, ale poka­zuje, że dama jest dobrego uro­dze­nia i deli­katna. Ala­stair, zostaw sio­strę w spo­koju. To ważny wie­czór dla nas wszyst­kich i musimy posta­rać się zro­bić dobre wra­że­nie.

Cor­de­lia wyczu­wała nie­po­kój matki, bo jako jedyna zakry­wała włosy rusari4 i nie orien­to­wała się, kto na sali jest wpły­wowy, pod­czas gdy w Insty­tu­cie w Tehe­ra­nie wie­dzia­łaby to natych­miast.

Sytu­acja się zmieni po dzi­siej­szym wie­czo­rze, powtó­rzyła sobie znowu Cor­de­lia. Nie miało zna­cze­nia, czy sukienka wygląda na niej okrop­nie. Liczyło się to, żeby ocza­ro­wała wpły­wo­wych Noc­nych Łow­ców na sali, któ­rzy mogą przed­sta­wić ją Kon­sul. Sprawi, że Char­lotte zro­zu­mie... że oni wszy­scy zro­zu­mieją, że jej ojciec może i jest kiep­skim stra­te­giem, ale to nie powód, żeby wrzu­cać go do wię­zie­nia. Sprawi, że zro­zu­mieją, że rodzina Car­sta­ir­sów nie ma nic do ukry­cia.

Sprawi, że jej matka się uśmiech­nie.

Drzwi na salę balową otwo­rzyły się i zoba­czyli Tessę Heron­dale w różo­wym szy­fo­nie z różycz­kami we wło­sach. Cor­de­lia wąt­piła, żeby Tessa potrze­bo­wała gor­setu. I bez tego wyglą­dała ete­rycz­nie. Trudno uwie­rzyć, że ta kobieta poko­nała armię meta­lo­wych potwo­rów.

- Dzię­kuję, że pocze­ka­li­ście - powie­działa. - Chcia­łam wpro­wa­dzić was razem i przed­sta­wić. Wszy­scy nie mogą się wprost docze­kać, żeby was poznać. Wejdź­cie, wejdź­cie!

Wpro­wa­dziła ich na salę. Cor­de­lia przy­po­mi­nała sobie jak przez mgłę, że kie­dyś bawiła się tu z Lucie. Sala była wtedy cał­kiem pusta, a teraz wypeł­niały ją świa­tło i muzyka.

Znik­nęły cięż­kie bro­katy ze ścian i aksa­mitne zasłony. Sala była prze­stronna i jasna, pod ścia­nami stały ławki z jasnego drewna wyście­łane biało-zło­tymi podusz­kami. Fryz ze zło­tych pta­ków lata­ją­cych mię­dzy drze­wami cią­gnął się nad zasło­nami - gdy dokład­niej im się przyj­rzeć, widać było, że to cza­ple. Na ścia­nach wisiały różne orien­talne bro­nie, mie­cze w pochwach zdo­bio­nych klej­no­tami, łuki z kości sło­nio­wej i jade­itu, szty­lety z ręko­je­ściami w kształ­cie słońc i aniel­skich skrzy­deł.

Więk­szość sali uprząt­nięto, żeby zro­bić miej­sce dla tań­czą­cych, ale stał tam kre­dens zasta­wiony szklan­kami i dzban­kami z lemo­niadą z lodem oraz kilka sto­łów nakry­tych na biało. Star­sze mężatki i parę młod­szych, które nie miały z kim tań­czyć, stały pod ścia­nami zajęte plot­ko­wa­niem.

Cor­de­lia natych­miast rozej­rzała się za Lucie i Jame­sem. Lucie odna­la­zła natych­miast - tań­czyła z mło­dym ciem­nym blon­dy­nem - ale na próżno szu­kała na sali ciem­nej potar­ga­nej czu­pryny Jamesa. Nie było go tam.

Nie miała jed­nak czasu zasta­na­wiać się nad tym. Tessa była dosko­nałą gospo­dy­nią. Pro­wa­dziła Cor­de­lię i jej rodzinę od jed­nej grupki do dru­giej, przed­sta­wia­jąc ich, wychwa­la­jąc zalety. Cor­de­lię przed­sta­wiono ciem­no­wło­sej dziew­czy­nie parę lat od niej star­szej, która wyglą­dała zupeł­nie swo­bod­nie w bla­do­zie­lo­nej sukni obrę­bio­nej koronką. "Bar­bara Ligh­twood" - powie­działa Tessa, a Cor­de­lia ucie­szyła się. Dygnęły obie. Ligh­twoodowie byli kuzy­nami Jamesa i Lucie, wpły­wową rodziną.

Jej matka natych­miast zaczęła roz­ma­wiać z rodzi­cami Bar­bary, Gide­onem i Sophie Ligh­two­odami. Cor­de­lia sku­piła wzrok na Bar­ba­rze. Czy chcia­łaby posłu­chać o jej ojcu? Pew­nie nie. Patrzyła na par­kiet z uśmie­chem na twa­rzy.

- Kim jest chło­piec, z któ­rym tań­czy Lucie? - zapy­tała Cor­de­lia.

Bar­bara par­sk­nęła śmie­chem.

- To mój brat, Tho­mas - odpo­wie­działa. - I cho­ciaż raz nie potyka się o wła­sne nogi!

Cor­de­lia spoj­rzała raz jesz­cze na ciem­nego blon­dyna, który śmiał się razem z Lucie. Był bar­dzo wysoki, miał sze­ro­kie ramiona i wyglą­dał wręcz onie­śmie­la­jąco. Czy podo­bał się Lucie? Wspo­mi­nała o nim w swo­ich listach, ale tylko jako o jed­nym z przy­ja­ciół brata.

Ala­stair, który stał na obrze­żach grupki ze znu­dzoną miną - prawdę mówiąc, Cor­de­lia pra­wie o nim zapo­mniała - nagle się roz­pro­mie­nił.

- Char­les! - zawo­łał z zado­wo­le­niem. Wygła­dził przód kami­zelki. - Wybacz­cie, pro­szę, muszę pójść się przy­wi­tać. Nie widzie­li­śmy się od wie­ków.

Znik­nął wśród sto­li­ków, nie cze­ka­jąc na pozwo­le­nie.

Matka Cor­de­lii wes­tchnęła.

- Chłopcy. Brak mi słów.

Sophie uśmiech­nęła się do córki, a Cor­de­lia pierw­szy raz zauwa­żyła potworną bli­znę na jej policzku. Jej żywość, spo­sób, w jaki się poru­szała i mówiła, spra­wiały, że w pierw­szej chwili szramy się nie zauwa­żało.

- Dziew­częta też bywają nie­zno­śne - zauwa­żyła. - Szkoda, że nie widzia­łaś Bar­bary i jej sio­stry Euge­nii, kiedy były dziećmi. Zgroza!

Bar­bara się roze­śmiała. Cor­de­lia zazdro­ściła jej, że ma tak dobry kon­takt z matką. Chwilę potem młody sza­tyn pod­szedł i zapro­sił Bar­barę do tańca. Dziew­czyna została porwana na par­kiet, a Tessa skie­ro­wała Sonę i Cor­de­lię do następ­nego sto­lika, gdzie wuj Lucie, Gabriel Ligh­twood sie­dział obok pięk­nej kobiety o dłu­gich ciem­nych wło­sach i nie­bie­skich oczach - swo­jej żony, Cecily. Will Heron­dale opie­rał się o brzeg stołu ze skrzy­żo­wa­nymi rękami i uśmie­chem.

Twarz Willa zła­god­niała na widok Tessy i idą­cej za nią Cor­de­lii. Cor­de­lia widziała w nim cząstkę tego, kim sta­nie się James, gdy doro­śnie.

- Cor­de­lia Car­sta­irs - powie­dział, gdy już przy­wi­tał jej matkę. - Jak wypięk­nia­łaś.

Cor­de­lia się roz­pro­mie­niła. Jeśli Will uwa­żał, że ona wygląda ład­nie, to może jego syn też tak pomy­śli. Oczy­wi­ście, zwa­żyw­szy na sła­bość Willa wobec wszyst­kiego, co ma na nazwi­sko Car­sta­irs, to pew­nie Ala­sta­ira też uznałby za ide­al­nego i ład­nego.

- Podobno przy­je­cha­łaś do Lon­dynu, żeby zostać para­ba­tai Lucie - ode­zwała się Cecily. Wyglą­dała nie­mal tak młodo jak Tessa, a ponie­waż nie była nie­śmier­telną cza­row­nicą, można było się zasta­na­wiać, jak to robi. - Cie­szę się. Naj­wyż­szy czas, żeby wię­cej dziew­cząt zosta­wało para­ba­tai. Męż­czyźni zbyt długo mono­po­li­zo­wali ten stan.

- Cóż, w końcu pierwsi para­ba­tai byli męż­czy­znami - zwró­cił jej uwagę Will w spo­sób, który spra­wił, że Cor­de­lia zaczęła się zasta­na­wiać, czy Cecily też uwa­żała go za nie­zno­śnego, tak jak ona myślała o Ala­sta­irze.

- Czasy się zmie­niają - odparła z uśmie­chem Cecily. - To nowo­cze­sna epoka, mamy świa­tło elek­tryczne, auto­mo­bile...

- To Przy­ziemni mają elek­tryczne świa­tło - popra­wił ją Will. - My mamy magiczne świa­tło.

- A auto­mo­bile to chwi­lowa moda - wtrą­cił Gabriel Ligh­twood. - To się nie utrzyma.

Cor­de­lia zagry­zła usta. Nie tak wyobra­żała sobie ten wie­czór. Miała cza­ro­wać ludzi i wpły­wać na nich, a zamiast tego czuła się jak dziecko zepchnięte na obrzeża roz­mów doro­słych na temat auto­mo­bi­lów. Z ogromną ulgą zauwa­żyła, że Lucie porzu­ciła Tho­masa na par­kie­cie i pod­bie­gła do niej. Objęły się, a potem Cor­de­lia obej­rzała ładną sukienkę Lucie z nie­bie­skiej koronki, pod­czas gdy Lucie wpa­try­wała się ze zgrozą w lila kosz­mar na Cor­de­lii.

- Mogę zabrać Cor­de­lię do pozo­sta­łych dziew­cząt? - zapy­tała Sonę, posy­ła­jąc jej swój naj­bar­dziej cza­ru­jący uśmiech.

- Oczy­wi­ście. - Sona spra­wiała wra­że­nie zado­wo­lo­nej.

W końcu po to przy­pro­wa­dziła tu Cor­de­lię, prawda? Żeby poznała synów i córki wpły­wo­wych Noc­nych Łow­ców. Cho­ciaż Cor­de­lia wie­działa, że tak naprawdę to głów­nie synów, a nie córki.

Lucie wzięła Cor­de­lię za rękę i zapro­wa­dziła do stołu z poczę­stun­kiem, gdzie zebrała się grupka dziew­cząt w kolo­ro­wych sukien­kach. Z lawiny imion i nazwisk pod­czas pre­zen­ta­cji Cor­de­lia wychwy­ciła tylko kilka: Cathe­rine Town­send, Rosa­mund Wen­tworth i Ariadne Brid­ge­stock, która musiała być spo­krew­niona z Inkwi­zy­to­rem. Była wysoką, śliczną dziew­czyną kilka lat star­szą od pozo­sta­łych. Miała śniadą skórę o odcień ciem­niej­szą od skóry Cor­de­lii.

- Jaka ładna sukienka - powie­działa do Cor­de­lii cie­płym tonem Ariadne. Jej wła­sną uszyto z pod­kre­śla­ją­cego jej urodę jedwa­biu w kolo­rze wina. - Wydaje mi się, że ten odcień nazywa się "popio­łem róż". Jest sza­le­nie popu­larny w Paryżu.

- O, tak - przy­tak­nęła jej ocho­czo Cor­de­lia. Nie poznała zbyt wielu dziew­cząt, dora­sta­jąc, wła­ści­wie żad­nej poza Lucie, więc jak miała im zaim­po­no­wać i je ocza­ro­wać? To było okrop­nie ważne. - Rze­czy­wi­ście to sukienka z Paryża. Z Rue de la Paix. Sama Jeanne Paquin ją uszyła.

Zauwa­żyła, że zanie­po­ko­jona Lucie otwiera sze­roko oczy. Rosa­mund zaci­snęła usta.

- Masz duże szczę­ście - odparła chłodno. - Więk­szość z nas, z tej małej lon­dyń­skiej Enklawy, rzadko wyjeż­dża zagra­nicę. Musisz uwa­żać nas za bar­dzo nudne.

- Och... - Cor­de­lia zdała sobie sprawę, że popeł­niła gafę. - Nie, w żad­nym razie...

- Moja matka zawsze mówiła, że Nocni Łowcy nie powinni tak bar­dzo inte­re­so­wać się modą - orze­kła Cathe­rine. - Uważa, że to przy­ziemne.

- Ponie­waż tak wiele razy wypo­wia­da­łaś się o stro­jach Mat­thew z podzi­wem, rozu­miem, że ta reguła doty­czy tylko dziew­cząt? - wtrą­ciła cierpko Ariadne.

- Ariadne, doprawdy... - zaczęła Rosa­mund i roze­śmiała się. - O wilku mowa! Patrz­cie, kto przy­szedł.

Patrzyła w stronę drzwi na dru­gim końcu sali balo­wej, przez które weszło wła­śnie dwóch chłop­ców. Cor­de­lia naj­pierw zoba­czyła Jamesa, jak to zwy­kle ona. Był wysoki, piękny, uśmiech­nięty - wizja mala­rza w czerni i bieli ze zmierz­wio­nymi heba­no­wymi wło­sami.

Usły­szała, jak Lucie jęczy, kiedy dziew­czyny zaczęły szep­tać mię­dzy sobą imię Jamesa, a zaraz potem na tym samych odde­chu wymie­niały Mat­thew Fair­childa.

Oczy­wi­ście. Para­ba­tai Jamesa. Minęły lata, odkąd Cor­de­lia go widziała. Pamię­tała szczu­płego blon­dyna. Teraz to był dobrze zbu­do­wany młody męż­czy­zna, któ­rego włosy pociem­niały do odcie­nia spiżu. Miał twarz roz­pust­nego anioła.

- Oni są tacy przy­stojni - jęk­nęła nie­mal z bólem Cathe­rine. - Nie uwa­żasz, Ariadne?

- Ehm, tak - przy­tak­nęła tamta pośpiesz­nie. - Tak mi się wydaje.

- Ona nie widzi nikogo poza Char­le­sem - wyja­śniła Rosa­mund.

Ariadne zaczer­wie­niła się, a dziew­czyny wybu­chły śmie­chem. Poza Lucie, która prze­wró­ciła oczami.

- To tylko chłopcy - powie­działa.

- James to twój brat - odparła Cathe­rine. - Nie jesteś obiek­tywna. On jest prze­śliczny.

Cor­de­lię ogar­nął nie­po­kój. James naj­wy­raź­niej nie był tylko jej odkry­ciem. On i Mat­thew przy­sta­nęli, żeby pośmiać się z Bar­barą i jej part­ne­rem do tańca. James objął Mat­thew za ramiona i uśmiech­nął się. Był taki piękny, że patrze­nie na niego bolało jak strzała wbita w serce. To jasne, że nie tylko ona musiała to zauwa­żyć. James nie­wąt­pli­wie mógł prze­bie­rać w dziew­czy­nach.

- Mat­thew też nie wygląda naj­go­rzej - dodała Rosa­mund. - Ale jest skan­da­liczny.

- To prawda - powie­działa Cathe­rine z bły­skiem w oku. - Musisz na niego uwa­żać, panno Car­sta­irs. Doro­bił się nie­złej repu­ta­cji.

Lucie zaczęła różo­wieć z gniewu.

- Zgad­nijmy, którą James pierw­szą poprosi do tańca - powie­działa jasno­włosa dziew­czyna w różo­wej sukience. - Na pewno cie­bie, Rosa­mund. Wyglą­dasz dzi­siaj ślicz­nie. Kto by się tobie oparł?

- Ach, wła­śnie, kogo obda­rzy swo­imi wzglę­dami mój brat? - rzu­ciła prze­cią­gle Lucie. - Kiedy miał sześć lat, zwy­mio­to­wał do wła­snego buta.

Pozo­stałe dziew­czyny osten­ta­cyj­nie uda­wały, że jej nie sły­szą. Ktoś, kto oka­zał się bra­tem Rosa­mund, przy­szedł zapro­sić jasno­włosą dziew­czynę do tańca. Char­les opu­ścił Ala­sta­ira i prze­szedł przez salę, żeby wziąć Ariadne za rękę i zabrać na par­kiet. Will i Tessa już tań­czyli, podob­nie jak obaj wujo­wie Lucie ze swo­imi żonami.

Chwilę potem Mat­thew Fair­child pod­szedł do stołu. Nagle zna­lazł się zaska­ku­jąco bli­sko Cor­de­lii. Mogła teraz zauwa­żyć, że jego oczy nie są ciemne, jak myślała, ale mają ciemny odcień zie­leni jak leśny mech. Skło­nił się lekko przed Lucie.

- Mogę pro­sić o ten taniec?

Lucie zer­k­nęła na pozo­stałe dziew­czyny, a Cor­de­lia potra­fiła odczy­tać zna­cze­nie tego spoj­rze­nia, jakby czy­tała książkę. Ona by­naj­mniej nie przej­mo­wała się repu­ta­cją Mat­thew. Unio­sła wysoko głowę i popły­nęła na par­kiet u boku dru­giego syna Kon­sul.

I chwała jej za to, pomy­ślała Cor­de­lia. Jed­nakże Lucie zosta­wiła ją samą z dziew­czy­nami, które z pew­no­ścią jej nie polu­biły. Sły­szała, jak parę z nich szep­cze mię­dzy sobą, że Cor­de­lia robi wra­że­nie strasz­nie z sie­bie zado­wo­lo­nej. Wychwy­ciła nawet imię swo­jego ojca i słowo "pro­ces"...

Wypro­sto­wała się sztywno. Popeł­niła błąd, wspo­mi­na­jąc o Paryżu. Nie pogłębi błędu, oka­zu­jąc sła­bość. Spoj­rzała na par­kiet z uśmie­chem przy­kle­jo­nym do ust. Dostrze­gła brata, który roz­ma­wiał teraz z Tho­ma­sem Ligh­two­odem. Sie­dzieli razem na ławeczce, jakby wymie­niali się sekre­tami. Nawet Ala­stair lepiej radził sobie z cza­ro­wa­niem wpły­wo­wych ludzi niż ona.

Nie­da­leko od nich opie­rała się o ścianę dziew­czyna ubrana nie­zwy­kle mod­nie. Tyle że to była moda męska. Była wysoka i nie­mal prze­sad­nie smu­kła, miała bar­dzo ciemne włosy jak Will i James. Nosiła je ścięte krótko i ugła­dzone pomadą, z koniusz­kami uło­żo­nymi w pre­cy­zyjne loczki. Dło­nie miała smu­kłe, popla­mione atra­men­tem i tyto­niem, piękne jak dło­nie posągu. Paliła krót­kie cygaro, dym prze­la­ty­wał obok jej twa­rzy nie­zwy­kłej urody - o wyra­zi­stych, ale deli­kat­nych rysach.

To Anna, zdała sobie sprawę Cor­de­lia. Anna Ligh­twood, kuzynka Lucie. Z pew­no­ścią była naj­bar­dziej onie­śmie­la­jącą osobą na sali.

- O rety - powie­działa Cathe­rine, kiedy muzyka przy­brała na sile. - To walc.

Cor­de­lia spu­ściła wzrok. Potra­fiła tań­czyć, matka zatrud­niła nauczy­ciela tańca, żeby nauczył ją kadryla i lan­sjera, sta­tecz­nego menu­eta i koty­liona, ale walc to uwo­dzi­ciel­ski taniec, przy któ­rym czuje się ciało part­nera. Począt­kowo wywo­łał skan­dal. Ni­gdy się go nie nauczyła.

Bar­dzo chcia­łaby zatań­czyć walca z Jame­sem. On pew­nie w ogóle nie miał ochoty tań­czyć. Wolał roz­ma­wiać z przy­ja­ciółmi, jak każdy młody czło­wiek. Usły­szała kolejny wybuch chi­chotu i szep­tów, a potem głos Cathe­rine:

- Czy to nie jest ta dziew­czyna, któ­rej ojciec...

- Daisy? Masz ochotę zatań­czyć?

Tylko jeden chło­pak tak się do niej zwra­cał. Pod­nio­sła wzrok z nie­do­wie­rza­niem i zoba­czyła, że stoi przed nią James.

Jego piękne włosy były jak zawsze potar­gane i przez to jesz­cze bar­dziej cza­ru­jące. Jedno pasmo spa­dało mu na czoło. Gęste i ciemne rzęsy ocie­niały bla­do­złote oczy. Kości policz­kowe Jamesa przy­po­mi­nały skrzy­dła.

Grupka dziew­czyn onie­miała. Cor­de­lia miała wra­że­nie, że szy­buje.

- Nie­stety... - zająk­nęła się, nie mając poję­cia, co wła­ści­wie mówi. - Nie umiem tań­czyć walca.

- W takim razie cię nauczę - odparł James i chwilę potem wiro­wali na par­kie­cie.

- Bogu dzięki, że byłaś wolna - mówił z abso­lutną szcze­ro­ścią James, kiedy poru­szali się wśród par, szu­ka­jąc miej­sca. - Bałem się, że będę musiał popro­sić do tańca Cathe­rine, a ona będzie gadać, jaki to Mat­thew jest skan­da­liczny.

- Cie­szę się, że mogę pomóc, ale ja naprawdę nie potra­fię tań­czyć walca - odparła z odro­biną gory­czy Cor­de­lia.

- Ja też nie potra­fię. - James uśmiech­nął się sze­roko i obró­cił do niej. Stała tak bli­sko niego i w dodatku się doty­kali: jego dłoń była na jej przed­ra­mie­niu. - A w każ­dym razie nie tań­czę zbyt dobrze. Możemy się umó­wić, że spró­bu­jemy nie dep­tać sobie po pal­cach?

- Posta­ram się - zgo­dziła się Cor­de­lia i pisnęła słabo, gdy wziął ją w obję­cia.

Pokój zako­ły­sał się prze­lot­nie. To James, jej James, obej­mo­wał ją i poło­żył rękę na jej łopatce. Drugą dłoń Cor­de­lii poło­żył sobie na ramie­niu.

I potem zaczęli tań­czyć, a ona sta­rała się, jak mogła, żeby go naśla­do­wać. Przy­naj­mniej tyle umiała - dawała się pro­wa­dzić, reago­wała na ruch part­nera. James dobrze tań­czył, co nie dzi­wiło, bo zawsze poru­szał się z wdzię­kiem, więc podą­ża­nie za nim było łatwe.

- Nie­źle - pochwa­lił James. Chciał zdmuch­nąć pasemko z czoła, ale ono spa­dło mu jesz­cze bar­dziej na oczy. Uśmiech­nął się z żalem, a Cor­de­lia potrze­bo­wała całej siły woli, żeby nie odgar­nąć mu wło­sów. - Cóż, ale to na­dal wstyd, gdy twoi rodzice tań­czą lepiej od cie­bie.

- Hmm, mów za sie­bie - mruk­nęła Cor­de­lia. Dostrze­gła Lucie tań­czącą z Mat­thew kilka kro­ków dalej. Lucie się śmiała. - Może Cathe­rine zako­chała się w Mat­thew? - zasu­ge­ro­wała. - Może ją fascy­nuje?

- To byłoby eks­cy­tu­jące, a zapew­niam cię, że nic eks­cy­tu­jącego nie wyda­rzyło się lon­dyń­skiej Enkla­wie od bar­dzo dawna.

Oczy­wi­ście taniec z Jame­sem był sam w sobie nagrodą, ale do Cor­de­lii dotarło, że może być też poży­teczny.

- Myśla­łam wła­śnie, ilu ludzi należy do Enklawy i jak nie­wielu z nich znam. Oczy­wi­ście jeste­ście ty i Lucie...

- Powi­nie­nem opro­wa­dzić cię po resz­cie? - zapy­tał, gdy wyko­ny­wali skom­pli­ko­wany obrót. - Czy kilka wska­zó­wek, kto jest kto, spra­wi­łoby, że poczu­ła­byś się tu bar­dziej jak w domu?

Uśmiech­nęła się.

- Ow­szem. Dzię­kuję.

- Tam - powie­dział, wska­zu­jąc tań­czą­cych Char­lesa i Ariadne, któ­rej suk­nia błysz­czała w świe­tle. - Char­lesa znasz, a towa­rzy­szy mu jego narze­czona, Ariadne Brid­ge­stock.

- Nie wie­dzia­łam, że są zarę­czeni!

W kąci­kach oczu Jamesa poja­wiły się zmarszczki.

- Wiesz, że Char­les pra­wie na pewno zaj­mie pozy­cję Kon­sula, kiedy jego matka ustąpi po trze­ciej kaden­cji? Ojciec Ariadne jest Inkwi­zy­to­rem, to bar­dzo korzystny alians poli­tyczny dla Char­lesa... cho­ciaż jestem pewien, że poza tym ją kocha.

James nie spra­wiał wra­że­nia, jakby rze­czy­wi­ście w to wie­rzył, cho­ciaż zda­niem Cor­de­lii Char­les wpa­try­wał się w narze­czoną z uwiel­bie­niem. Miała nadzieję, że James nie stał się cyni­kiem. James, któ­rego pamię­tała, był wszyst­kim, ale nie cyni­kiem.

- A to musi być Anna - powie­działa.

To nie mógł być nikt inny niż kuzynka opi­sana przez Lucie w listach: piękna, nie­ulę­kła, zawsze ubrana w naj­lep­sze stroje z Jer­myn Street. Roz­ma­wiała i śmiała się ze swoim ojcem Gabrie­lem w pobliżu drzwi do sąsied­niej sali.

- Rze­czy­wi­ście - potwier­dził James. - A to jej brat, Chri­sto­pher, tań­czy z Rosa­mund Wen­tworth.

Cor­de­lia spoj­rzała na szczu­płego chłopca w oku­la­rach, które roz­po­znała ze zdjęć. Wie­działa, że Chri­sto­pher jest jed­nym z bli­skich przy­ja­ciół Jamesa razem z Mat­thew i Tho­ma­sem. Tań­czył z ponurą miną ze wście­kłą Rosa­mund.

- Nie­stety Chri­sto­pher o wiele lepiej czuje się w towa­rzy­stwie pró­bó­wek i zle­wek niż w towa­rzy­stwie kobiet - dodał James. - Miejmy nadzieję, że nie ciśnie biedną Rosa­mund o stół z poczę­stun­kiem.

- Jest w niej zako­chany?

- Boże, skąd, led­wie ją zna. Poza Char­le­sem i Ariadną jesz­cze Bar­bara Ligh­twood i Oli­ver Hay­ward są po sło­wie. Anna wiecz­nie łamie komuś serce. Poza tym nie wiem o żad­nym innym kro­ją­cym się tu roman­sie. Cho­ciaż może ty, Daisy, i Ala­stair oży­wi­cie nieco atmos­ferę.

- Nie sądzi­łam, że jesz­cze pamię­tasz to stare prze­zwi­sko.

- Co? Daisy? - Trzy­mał ją bli­sko w tańcu. Czuła jego cie­pło, od któ­rego prze­cho­dziły ją dresz­cze. - Oczy­wi­ście, że pamię­tam. Sam ci je nada­łem. Mam nadzieję, że nie chcesz, żebym prze­stał tak cię nazy­wać.

- Oczy­wi­ście, że nie. Lubię je. - Zmu­siła się, żeby nie odwra­cać wzroku. Dobry Boże, patrzył na nią z tak bli­ska. Jego oczy miały kolor zło­tego syropu, wręcz szo­ku­jący przez kon­trast ze źre­ni­cami. Sły­szała szepty, wie­działa, że dla wielu ludzi jego oczy są dziwne, świad­czą o jego inno­ści. I cho­ciaż były koloru ognia i złota, to ona wyobra­żała sobie, że to serce słońca. - Cho­ciaż chyba do mnie nie pasuje. Daisy to imię dla ślicz­nej dziew­czynki ze wstąż­kami we wło­sach.

- Cóż, w takim razie pasuje do cie­bie przy­naj­mniej pod pew­nymi wzglę­dami.

Uśmiech­nął się. To był słodki uśmiech, do jakiego przy­wy­kła u Jamesa, ale kryło się w nim coś wię­cej. Cho­dziło mu o to, że jest ładna, czy że jest małą dziew­czynką? Dobry Boże, flir­to­wa­nie było iry­tu­jące.

Chwi­leczkę, czy James Heron­dale z nią flir­to­wał?

- Jutro spo­ty­kamy się w parę osób na pik­niku w Regent's Park - powie­dział i Cor­de­lia cała zesztyw­niała. Czy zamie­rzał ją zapro­sić? Wola­łaby prze­jażdżkę we dwoje albo spa­cer, ale zgo­dzi się na wspólne spo­tka­nie z przy­ja­ciółmi. Prawdę mówiąc, zgo­dziłaby się nawet na wizytę w Hade­sie. - Na wypa­dek gdyby Lucie ci o tym nie wspo­mniała...

Urwał. Nagle już nie patrzył na nią, ale na kogoś, kto wła­śnie wszedł na salę. Cor­de­lia spoj­rzała w tym samym kie­runku i zoba­czyła wysoką kobietę, chudą jak strach na wró­ble. Była ubrana w suk­nię sprzed kilku dekad, czarną jak strój żałobny Przy­ziem­nych, i miała siwe pasma we wło­sach. Tessa zmie­rzała ku niej pośpiesz­nie z zatro­skaną miną. Will szedł za nią.

Kiedy Tessa do niej dotarła, kobieta odsu­nęła się na bok, odsła­nia­jąc sto­jącą za nią dziew­czynę. Była ubrana w odcie­nie kości sło­nio­wej, łagodna kaskada biało-zło­tych loków oka­lała jej twarz. Dziew­czyna zro­biła wdzięczny krok w stronę Tessy i Willa, żeby ich przy­wi­tać, i w tej samej chwili James wypu­ścił dłoń Cor­de­lii.

Już nie tań­czyli. James odwró­cił się od Cor­de­lii bez słowa i ruszył przez salę do nowo przy­by­łych. Ona stała jak zamro­żona, pod­czas gdy James pochy­lił się, żeby poca­ło­wać dłoń dziew­czyny, która wła­śnie weszła. Na par­kie­cie roz­le­gły się chi­choty. Lucie odsu­nęła się od Mat­thew, wytrzesz­cza­jąc oczy. Ala­stair i Tho­mas odwró­cili się do Cor­de­lii ze zdzi­wie­niem.

Cor­de­lia wie­działa, że matka zaraz zauważy, że jej córka dry­fuje pośrodku par­kietu jak zagu­biony holow­nik, i rzuci się ku niej, a Cor­de­lia umrze ze wstydu. Rozej­rzała się po sali za naj­bliż­szym wyj­ściem, gotowa ucie­kać, kiedy ktoś zła­pał ją za rękę. Ktoś ją zręcz­nie obró­cił i pew­nie chwy­cił - chwilę potem znowu tań­czyła, auto­ma­tycz­nie odzwier­cie­dla­jąc ruchy part­nera.

- Tak wła­śnie. - To był Mat­thew Fair­child. Jasne włosy, słodka woda koloń­ska, nie­wy­raźny uśmiech. Trzy­mał ją deli­kat­nie pro­wa­dząc w walcu. - Po pro­stu... sta­raj się uśmie­chać i nikt niczego nie zauważy. James i ja w opi­nii publicz­nej to wła­ści­wie jedno i to samo.

- James... poszedł - wydu­kała zaszo­ko­wana Cor­de­lia.

- Wiem. Fatalne zacho­wa­nie. Nie zosta­wia się damy na par­kie­cie, chyba że ktoś naprawdę zajął się ogniem. Popro­szę go póź­niej na słowo.

- Słowo - powtó­rzyła Cor­de­lia. Zasko­cze­nie zaczy­nało ustę­po­wać w niej miej­sca gnie­wowi. - Słowo?!

- Kilka słów, jeśli to poprawi ci samo­po­czu­cie?

- Kto to jest? - zapy­tała o nowo przy­byłą dziew­czynę Cor­de­lia.

Pra­wie nie chciała tego robić, ale lepiej poznać prawdę. Zawsze lepiej znać prawdę.

- Nazywa się Grace Black­thorn - odpo­wie­dział cicho Mat­thew. - Jest wycho­wa­nicą Tatiany Black­thorn. Wła­śnie przy­je­chały do Lon­dynu. Podobno dora­stała w jakiejś dziu­rze w Idri­sie. Stąd zna ją James. Ich drogi krzy­żo­wały się latem.

"Dziew­czyna, która nie mieszka w Lon­dy­nie, ale nie­długo przy­je­dzie tu na dłu­żej".

Cor­de­lii zro­biło się nie­do­brze. I pomy­śleć, że uwie­rzyła, że Lucie mówi o niej! Że James może coś do niej czuć.

- Źle wyglą­dasz - zauwa­żył Mat­thew. - To przez mój taniec czy kon­kret­nie przeze mnie?

Cor­de­lia się wypro­sto­wała. Była w końcu Cor­de­lią Car­sta­irs, córką Eliasa i Sony ze sta­rego rodu Noc­nych Łow­ców. Była dzie­dziczką słyn­nej Cor­tany, która prze­cho­dziła w rodzi­nie Car­sta­irsów z poko­le­nia na poko­le­nie. Przy­je­chała do Lon­dynu, żeby rato­wać ojca. Nie zała­mie się publicz­nie.

- Moż­liwe, że tro­chę się dener­wuję - powie­działa. - Lucie wspo­mniała, że nie prze­pa­dasz za ludźmi.

Mat­thew zaśmiał się zasko­czony, ale zaraz przy­wo­łał na twarz wyraz leni­wego roz­ba­wie­nia.

- Doprawdy? Lucie to praw­dziwa gaduła.

- Ale nie jest kłam­czu­chą.

- Oba­wiam się, że nie jest. Nie mogę cię nie lubić, bo nawet cię nie znam. Znam za to two­jego brata. Uprzy­krzał mi życie w szkole, a także Chri­sto­phe­rowi i Jame­sowi.

Cor­de­lia zer­k­nęła nie­chęt­nie na Jamesa i Grace. Wyglą­dali razem olśnie­wa­jąco, on ciem­no­włosy, ona piękna jak sopel lodu. Jak popiół i sre­bro. Jak, jak, och, jak Cor­de­lia mogła myśleć, że ktoś taki jak James Heron­dale zain­te­re­suje się kimś takim jak ona?

- Ala­stair i ja bar­dzo się róż­nimy - powie­działa. Nie chciała doda­wać niczego wię­cej. Byłaby nie­lo­jalna wobec brata. - Na przy­kład ja lubię Oscara Wilde'a, a on nie.

Mat­thew drgnął kącik ust.

- Widzę, że od razu ude­rzasz pro­sto w słaby punkt. Czy­ta­łaś dzieła Oscara?

- Tylko Doriana Greya. Mia­łam potem kosz­mary.

- Chciał­bym mieć por­tret na stry­chu, który uka­zy­wałby moje grze­chy, pod­czas gdy ja pozo­stał­bym młody i piękny. I to nie tylko ze względu na grze­chy. Wyobraź sobie, że można by na nim wypró­bo­wy­wać nową modę. Mógł­bym prze­ma­lo­wać włosy por­tretu na nie­bie­skie i prze­ko­nać się, jak to wygląda.

- Nie potrze­bu­jesz por­tretu. Prze­cież jesteś młody i piękny.

- Męż­czyźni nie są piękni. Są przy­stojni - sprze­ci­wił się Mat­thew.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki