ROZDZIAŁ 3
2019
Sara nie bez wzruszenia oglądała swój przyszły gabinet. A właściwie gabinecik, bo był on naprawdę niewielkich rozmiarów, choć i tak imponujących, zważywszy na fakt, że przerobiono na niego dawny składzik na narzędzia ogrodnicze, które teraz musiały zadowolić się kątem w piwnicy. Małe, drewniane biurko, regał na książki i fotel z Jyska. Za biurkiem duże okno wychodzące na dwie śliwy i wzgórza porośnięte bzami. Szklany stolik przywiezie tu z Lublina. I swój ulubiony, pluszowy fotel w kolorze przygaszonej zieleni. Należały do niej, kupiła je do swojego gabinetu w Lublinie i teraz przyjadą tu za nią. Janusz będzie musiał wstawić w ich miejsce jakieś inne meble, trudno. Przejechała palcem po blacie biurka, wyobrażając sobie leżące na nim notesy i książki. Na ścianach powiesi obrazy, jakieś grafiki ziół i kwiatów. I powiesi koronkowe firanki, żeby było przytulniej. Usiadła w fotelu i okręciła się dookoła. W tym momencie do środka wszedł kierownik przychodni.
- Jak się pani podoba?
- Bardzo - odparła Sara, która, przyłapana na dziecinnym zachowaniu, zarumieniła się, tak jak w dzieciństwie przyłapana na kradzieży wiśni z sadu Bystroniowej. - I proszę mi mówić po imieniu: Sara.
- Dobrze, pani... to znaczy ty również. Leszek.
- Miło mi. - Uścisnęła wyciągniętą w jej kierunku dłoń.
- To niesamowite, że tak szybko znalazłem obu lekarzy. Właściwie to dwóch w jednym.
- Tak jest łatwiej i lepiej dla pacjenta, bo nie musi dwa razy opowiadać tej samej historii - odparła Sara.
- Za tydzień uruchomimy rejestrację. Ale na brak pacjentów nie będziesz narzekać. Już dzisiaj kilka osób otrzymało od naszych lekarzy rodzinnych skierowania do psychiatry lub psychologa. Musisz ich poznać.
Sara domyśliła się, że Leszek ma na myśli kolegów z pracy.
- Z przyjemnością.
- Słyszałem, że remontujesz dom. Kiedy się wprowadzisz?
- Mam nadzieję, że na przełomie maja i czerwca. Jeśli wizyty zaczną się szybciej, a dom będzie niegotowy, zamieszkam u ciotki.
- Pochodzisz stąd?
- Tak, mam tu rodzinę. To znaczy, w tych okolicach. Brzeziny, Podlas, Hajnówka, Lipiny.
- Powrót z Lublina do Brzezin. No proszę, proszę.
- Wiem, wszyscy uważają, że to szalone. - Sara zaśmiała się lekko. Zaczynała czuć się zmęczona reakcją innych ludzi na wiadomość o swojej decyzji - każda wyglądała tak samo: wielkie oczy i głupawy uśmiech.
- Trochę - przyznał szczerze Leszek. - Ale na pewno tu jest czystsze powietrze.
Jakby nie było innych argumentów przemawiających za przeprowadzką z miasta na wieś.
- O tak.
"Ale to nie powietrze mnie tu ściągnęło, tylko przeszłość". Tego jednak nie powiedziała na głos.
* * *
2019
- A pamiętacie ten festyn?
- Jak mogłabym zapomnieć, kobieto! Wygrałam na nim te niebieskie korale.
- Potem wszędzie w nich chodziłaś, aż babcia chciała ci je zabrać i schować.
- I schowała!
Siedzieli we trójkę na tarasie starego domu: Sara, Marzena i Mirek. Niemal jak przed trzydziestu laty. Od strony lasu, ciemniejącego tuż za sadem, powiewał lekki majowy wiaterek. Aksamitny mrok rozświetlały ledowe lampiony, które Sara poustawiała w ogrodzie, na stole i parapecie. Ćmy, wabione ich blaskiem, nadpływały z ciemności. Oglądali stare zdjęcia. Część należała do Sary, inne przyniosła Marzena. Kompot z jabłek kończył się, popołudnie przeszło w zmierzch, a oni co chwila wybuchali śmiechem.
- To wtedy Mirek wygrał konkurs tańca?
- O Boże! Wyglądał, jakby go pchły obsiadły!
- Egurrola mógłby mi buty czyścić! Siubidubikendens!
Wstał i zatoczył kilka kółek, kończąc na jednym kolanie w stylu Elvisa Presleya. Sara zaklaskała w dłonie.
- Taniec z gwiazdami czeka!
- Co ja jeszcze robię w tej budowlance? - Mirek wykonał dramatyczny gest. - Życie marnuję! Chociaż kostka brukowa czegoś mnie jednak nauczyła.
- Czego?
- Że w życiu wszystko się ułoży - odparł filozoficznie.
Dziewczyny wybuchnęły śmiechem.
- No, muszę tak myśleć. Wracając tutaj z Lublina...
- Co, już żałujesz? - Marzena, która po wypiciu całego kompotu zabrała się do nieco cięższego trunku w postaci wina porzeczkowego własnej roboty, zrobiła się jeszcze bardziej bezpośrednia. - A mówiła ci Mulakowa, a właściwie to mnie, że tak będzie! - zaśmiała się.
- No, skoro stara tak przepowiedziała, to tak na pewno będzie! - Mirek także dolał sobie wina. - Jej ojciec przepowiadał przyszłość.
- Co ty gadasz? Jaką przyszłość?
- Wróżył z dna szklanki - odparł Mirek poważnie. - Tylko że nigdy go nie widział, to i przepowiednie się nie sprawdzały.
Do Sary dopiero po chwili dotarł sens słów kuzyna.
- Czy to nie on przyszedł kiedyś na mszę kompletnie pijany?
- I usiadł w pierwszej ławce. I śpiewał głośniej od organisty - potwierdziła Marzena. - Gdybyś jej to przypomniała, toby cię zjadła! Udaje, że nie pamięta. Ale cokolwiek by mówić o jej ojcu, był dobrym człowiekiem. Ona wdała się w matkę. Warchołowa była strasznie wredną babą.
- Nazwisko zobowiązuje - wtrącił Mirek.
- Pamiętam ją. Wystawała zawsze po mszy na placu kościelnym, żeby widzieć, kto z kim przyszedł. Raz się do mnie przyczepiła! - Sara nagle przypomniała sobie pewną sytuację. Przebłysk. Jak zawsze, gdy wracała do przeszłości. Albo gdy przeszłość wracała do niej. - Zarzuciła mi, że jestem zarozumiała z powodu włosów i że rude osoby są fałszywe.
- Na serio?
- Miałam może ze dwanaście lat... Boże, ależ to była franca. Do dziecka tak powiedzieć. I pomyśleć, że straszono nas jakąś babą-jagą, podczas gdy Warchołowa była chyba największą wiedźmą po tej stronie równika.
- To już jasne, dlaczego Warchoł tyle pił - dodał Mirek.
- Córeczka jest taka sama, tylko słodszą udaje, żeby się ludziom przypochlebić i jak najwięcej o nich dowiedzieć. Już w szkole taka była - dodała Marzena.
- Ona jest od ciebie parę lat starsza? - zapytała Sara.
- Tak, ale dobrze małpę zapamiętałam.
- Za duszę starego Warchoła! - Mirek wzniósł niespodziewany toast. - Aby tam, gdzie jest, był wolny od swojej żonki.
- Za Warchoła! - przyłączyła się Sara. Chyba z nikim na świecie nie czuła się równie swobodnie. Przynajmniej, odkąd odeszły jej prababcia i babcia.
- A to czyj ślub? - Spojrzeli na kolejne zdjęcie.
- Baśki Soboniowej. Byłyśmy jej druhenkami, pamiętasz?
- Rzeczywiście! Miałam wtedy chyba z pięć lat!
Znów błysk. Oślepiające promienie przedzierające się przez gałęzie jabłoni.
- Aleście miały kiece!
- Całe w koronkach. Byłam taka dumna z tej sukienki. - Sara uśmiechnęła się do świeżo odnalezionego wspomnienia.
- A tu prababcia. Jakaś taka niewyraźna.
Sara wyjęła zdjęcie zza ochronnej folii i przyjrzała mu się z bliska. Kilka kobiet stojących w ogrodzie, pod rozłożystą jabłonią w pełni kwitnienia. Ich prababcia z tyłu, na uboczu. Dziwnie smutna. Czy nie była taka zawsze? Zamyślona, nieobecna. Jednak nie, Sara zapamiętała ją jako pogodną, prostolinijną kobietę o niezużytych pokładach energii. Tylko czasem siadywała pod oknem w kuchni... Albo na ławce pod lipą. Nuciła jakąś starą melodię i ukradkiem ocierała spływającą po policzku łzę. Gdy mała Sara pytała, dlaczego się smuci, odpowiadała, że śpiewa dla zmarłych, których już nie ma. I Sara też zaczęła śpiewać zmarłym. Najpierw wujkowi. Potem prababci, babci, matce. I wszystkim innym.
- Sara, tu ziemia!
Marzena machała jej przed oczami pustą szklanką.
- Przepraszam, zamyśliłam się.
- A myślałam, że już się upiłaś. No dobra, idę do kuchni, moja kochana, po następną butelkę.
* * *
2019
Sara kłamała, mówiąc ciotce, że nie będzie tęsknić za swoim mieszkaniem w Lublinie.
Teraz rozglądała się po nim z mieszaniną żalu i lęku. A jeśli popełnia największe głupstwo w życiu? Tutaj miała swój azyl, który z każdym rokiem udoskonalała - przemalowując ściany, zmieniając meble i ich ustawienie, dodając dekoracje, kwiaty i obrazy. Tu spędzała długie godziny, czytając ulubione baśnie i oglądając seriale kryminalne, gotując i słuchając muzyki. Tu też, w najmniejszym pokoju, przez kilka lat przyjmowała pacjentów w prywatnym gabinecie, dopóki Janusz nie zaproponował jej pracy w swojej klinice. Dużo dobrych wspomnień, trochę tych gorszych - te najczarniejsze rozpłynęły się, bo zawsze w krytycznym momencie jechała do Brzezin - no właśnie, zawsze tam wracała. Tam było jej miejsce, tutaj żyła jakby w poczekalni.
Poszła do kuchni, ogołoconej już niemal ze sprzętów, pochowanych do wielkich kartonowych pudeł ustawionych w korytarzu i dawnym gabinecie, i włączyła czajnik. Wsypała do kubka kilka liści lipy i zalała je wrzątkiem. Ubrania już spakowała, zostały obrazy, plakaty i zdjęcia. No i kwiaty.
Przeszła do salonu i otworzyła drzwi balkonowe. Nowych właścicieli zachwycił widok na park, właściwie bardziej skwer, ale gęsto zarośnięty drzewami i dający przyjemny cień w upalne dni. Mieszkanie znajdowało się z dala od centrum, co oni uważali za duży plus. No bo cóż to za problem, jeśli ma się samochód? A zresztą przystanek jest zaledwie sto metrów od bloku, autobusy zaś jeżdżą co kilkanaście minut.
Wymarzone miejsce na nowy początek.
A dla niej koniec.
Jaki koniec? Skąd te dziwne myśli? Czy z powodu wczorajszego snu, w którym widziała las? Nie był to zwyczajny las, ale dziwna plątanina zieleni i czerni, ziejąca jakimś niewypowiedzianym mrokiem. Co więcej, Sara była przekonana, że to jej las, ten za domem. Może tak go zapamiętała z dzieciństwa? Ten sen powtórzył się już któryś raz. Oczywisty sygnał, że, choć na pozór radziła sobie ze związanym z przeprowadzką stresem, to na poziomie podświadomości przeżywała ogromne napięcie. Ale to nic niepokojącego. Tak działa ludzka psychika. Nagle zadzwoniła jej komórka. Sara podeszła do stolika i zobaczyła wiadomość od Izy.
Dziś o 18! Nie zapomnij!
Wypiła herbatę, połknęła dwie tabletki i zaczęła szykować się do wyjścia.
* * *
2019
- To kiedy parapetówka?
- Jeśli dobrze pójdzie, w czerwcu.
- Przyjadę na cały tydzień - zapewniła Iza, dopijając swojego drinka. Była jedyną koleżanką, z którą Sara utrzymywała kontakt. Zapewne dlatego, że ona także nie miała męża ani dzieci. - Wezmę wolne i tyle mnie będą widzieć w biurze.
- Koniecznie! Zwłaszcza że na początku będzie mi pewnie nieswojo. Przywykłam do miejskiego gwaru, a tam tylko las dookoła.
- Żadnych innych domów?
- Najbliższy jest jakieś pięćdziesiąt metrów od nas, potem kawałek dalej kolejne. Ale nie ma okna w okno, jak tutaj.
- I nie będziesz się... czuła dziwnie?
- Przywyknę.
- No wiesz, chodzi mi o to, co przydarzyło się twojej prababci i babci, potem mamie...
- Ludzie umierają, i tyle. - Sara wzruszyła ramionami, jak zawsze ucinając temat. Każdy, kto ją znał, wiedział, że to moment, w którym należy odpuścić, jednak Iza tym raz postanowiła nie dać za wygraną tak łatwo.
- Ale nie wszyscy w takich okolicznościach, w lesie.
Sara zesztywniała. Nie lubiła mówić o szczegółach tamtych wydarzeń, zwłaszcza zaś drażniły ją półsłówka i znaczące spojrzenia.
- W jakich? Poszły na grzyby i dostały zawału.
Sara bezwiednie podniosła głos, zwracając uwagę pary siedzącej przy stoliku obok. Iza zdecydowała się wycofać.
- Na pewno będziesz mieć kupę frajdy z remontem - powiedziała, by zmienić temat.
- Pewnie tak. - Sara z kamienną twarzą mieszała łyżeczką herbatę. Zapadła niezręczna cisza, którą sama po chwili, ku uldze Izy, przerwała.
- Już wybrałam kolory do pokoi.
- Oo! Szybka jesteś - podchwyciła Iza entuzjastycznie. Nie chciała denerwować koleżanki, nawet jeśli ta zachowywała się czasem irracjonalnie. To był delikatny temat i najwyraźniej w jej sytuacji sprawdzało się powiedzenie: Szewc bez butów chodzi. - Jakie? A meble? Weźmiesz wszystko?
- Tak. W większości to nowe rzeczy. Kanapa ma może trzy lata. Kupię tylko stół i krzesła ogrodowe. Może pojedziesz ze mną któregoś dnia do Castoramy?
- Z przyjemnością! Uwielbiam zakupy, gdy ktoś inny za nie płaci.
Sara wydawała się jakaś nieobecna, rozkojarzona. Odpowiadała wprawdzie na pytania, ale były to automatyczne, wyuczone zdania. Miewała tendencję do popadania w zamyślenie, teraz jednak Iza doszła do wniosku, że to coś więcej.
- Może mogłabym ci pomóc w pakowaniu? Albo w załatwianiu innych spraw?
- Nie, nie trzeba - odparła Sara, otrząsając się z zamyślenia. - Już i tak większość pracy mam za sobą.
- Wiesz, że jesteś szalona? - zaryzykowała ponownie Iza.
- Wiem. Wszyscy mi to mówią. - Sara uświadomiła sobie, że całkiem niedawno wypowiedziała te same słowa. - A jeśli nie mówią, to myślą.
- Najdziwniejsze jest to, że nawet nie wiem, czy jest mi smutno, czy się cieszę - dodała i Iza odniosła wrażenie, że to pierwsze szczere zdanie, jakie wypowiedziała podczas ich dzisiejszego spotkania.
- To duża zmiana... - odparła ostrożnie.
- Nawet nie o to chodzi. Ja nie czuję tej zmiany. Jakby to było naturalne, że teraz właśnie mam wyjechać z Lublina. Jakby wszystko działo się bez mojej woli, tak po prostu. Wiesz co? Nacieszmy się miastem, póki tu jestem. Za miesiąc nie będę już codziennie oglądać tych kolorowych świateł.
- Mówisz, masz! Przepraszam. - Gestem przywołała kelnerkę. - Poprosimy jeszcze jedną butelkę.
Do Sary zaś powiedziała:
- Warto od czasu do czasu wypić coś innego niż zioła.
* * *
2019
Co roku w maju Sara odwiedzała ciotkę Marię, kuzynkę swojej prababci. Kobiecina mieszkała samotnie w małym drewnianym domku w dolinie, po drugiej stronie lasu, który Sara mogła zobaczyć z okna swojej dawnej sypialni. Były więc sąsiadkami, chociaż dzieliły je trzy kilometry. Tym razem odwiedziła ją pod koniec kwietnia, chociaż drzewa w ogródku ciotki były w pełni kwitnienia, jakby to był już maj.
- Zawsze mówiłam, że wrócisz. Zośce, Jolce. Marzenie też, gdy tu ostatnio była.
- Dlaczego tak sądziłaś? - zapytała Sara, zalewając wrzątkiem herbatę. Ciotka Maria miała tradycyjną, starą kaflową kuchnię, którą wraz z Sylwią uwielbiały, gdy przychodziły tu jako dzieci.
- No bo ty masz wieś we krwi!
- Nie wiem, czy to komplement - odparła Sara ze śmiechem.
- Wiesz, o czym mówię. Jesteś tutejsza, nie miastowa. No i może tu wyjdziesz za mąż.
- Wątpię, abym znalazła kogoś w Brzezinach, skoro w Lublinie mi się nie udało - odparła Sara pogodnie. Nie czuła swojej czterdziestki i lekkie przytyki dotyczące staropanieństwa nigdy jej nie dokuczały. - Tam jednak mieszka trochę więcej ludzi.
- Tacy ludzie! - Ciotka machnęła ręką. - Cukier jest w kredensie, w szufladzie, po prawej. Wszyscy się śpieszą, potem rozwody. W telewizji mówili, że teraz co drudzy się rozchodzą.
- Nie jest aż tak źle, ciociu. Ile? Jedna?
- A jedna, cukier mi skacze ostatnio.
- Byłaś u lekarza?
- Byłam razem z Marzeną w zeszłym tygodniu. Tylko ręce rozłożył i kazał leki brać.
- To i w przychodni będziemy się czasem widywać.
- Ano, pani doktor w rodzinie, to jest coś! - Uśmiechnęła się dumnie. - Już mnie Banasiowa zaczepiała o ciebie.
- O co pytała?
- A tak, ogólnie, co u ciebie. Słyszała, że się wprowadzasz.
- Już chyba wszyscy wiedzą.
- Ano, wiedzą. - Siorbnęła głośno łyk herbaty. - Niektórzy się dziwią.
- Że z miasta przyjeżdżam na wieś?
- Nie tylko - odparła ciotka, podnosząc znacząco brew. - Chodzi o las.
- O jaki znowu las?
Sara postawiła kubek na stole z taką mocą, że rozlała nieco herbaty. Ciotka spojrzała na nią przeciągle.
- O ten las. I o Anielę i Józię. O twoją mamę i Pawła.
- Dostały zawału, jaka w tym sensacja? - zapytała Sara lekko zirytowanym tonem, ścierając wziętą ze zlewu szmatką wylany napar. Nie chciała się kłócić z ciotką, ale kolejny raz w ostatnim czasie słyszała o tym lesie.
- A co wcześniej widziały? Komu zdrowemu serce staje?
- Widocznie nie były zdrowe.
Nie dodała, że sama co pół roku odwiedza kardiologa, w obawie, że i ją spotka nagła śmierć.
- Zdrowe były, nie gadaj! Dwa dni wcześniej w polu cały dzień zapieprzały obie!
Sara westchnęła. Nie było sensu polemizować z osiemdziesięcioletnią ciotką. Ona żyła w świecie swoich przekonań, w którym członkowie rodziny nie chorują i umierają zawsze w podejrzanych okolicznościach. No bo jak to tak, przed setką? Dopiła herbatę i postanowiła się pożegnać.
- Wracasz dziś do Lublina?
- Nie. Rano mam rozmowę w kierownikiem przychodni. Mamy podpisać umowę. Przenocuję u cioci Joli.
- Tylko pilnuj, żeby tam ci czegoś złego w tej umowie nie napisali.
- Nie martw się, ciociu. - Nachyliła się i pocałowała ciotkę w policzek, rozbawiona jej podejrzliwym nastawieniem do życia.
- I pilnuj się - dodała, gdy Sara stała już w progu. - Licho nie śpi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki