To zaczęło się tak4:
W pewnej wiosce Manczy, której nazwy nie mam ochoty sobie przypomnieć, nie tak dawno żył szlachcic z rodzaju tych, co to mają wiszącą na kołku kopię, starą tarczę, suchą chabetę i łownego charta.
(I, 1, W. Charchalis, s. 99)
Oto jeden z najsłynniejszych początków (skrupulant nazwałby te słowa incipitem), no więc jeden z najsłynniejszych początków w całej historii literatury, nie mniej sławny niż:
Było to w Megarze, na przedmieściu Kartaginy, w ogrodach Hamilkara5.
Albo:
Przepych i wytworność nigdy nie jaśniały we Francji równym blaskiem jak w ostatnich latach panowania Henryka Drugiego6.
Czy na przykład:
Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób7.
Wróćmy w takim razie do początku:
Przez długi czas kładłem się spać wcześnie8.
Nie, nie o ten początek chodzi! To jest Proust poszukujący straconego czasu, a mnie chodzi o pierwsze słowa Don Kichota:
W pewnej wiosce Manczy, której nazwy nie mam ochoty sobie przypomnieć, nie tak dawno żył szlachcic z rodzaju tych, co to mają wiszącą na kołku kopię, starą tarczę, suchą chabetę i łownego charta.
Ależ dziwny początek! Jesteśmy w wiosce w regionie La Mancha, nie mylić z francuskim departamentem la Manche, w centralnej Hiszpanii, na południe od Madrytu, gdzie okolica jest niemal pustynna, zupełnie niesprzyjająca przygodzie, i oto narrator, a raczej ten, kto opowiada historię, wcale nie podaje nam jej nazwy. To zresztą nie znaczy, że tej nazwy nie pamięta, co przecież może się zdarzyć, lub nigdy jej nie poznał - nie, on nie chce sobie przypomnieć, jak ta wioska się nazywa. Krótko mówiąc, celowo pozbawia nas informacji, którą każdy czytelnik powieści ma prawo znać, dlatego że powieści zwyczajowo sporo mówią o postaciach i o omawianych wydarzeniach.
Odmowa narratora, żeby przypomnieć sobie nazwę, jest równoznaczna z tym, co Freud nazywa wyparciem. Wyparciem świadomym i uczynionym publicznie w naszej przytomności - czytelniczek i czytelników. Co uzasadnia owo wyparcie? Czyżby złe wspomnienia?
Niektórzy twierdzą, że Cervantes trafił do więzienia w miejscowości Argamasilla de Alba. Przewodnicy pokazują tam zwiedzającym loch, w którym rzekomo napisał Don Kichota, ławę, na której ponoć siedział, stół, przy którym jakoby pracował, i jeszcze świeży atrament w kałamarzu. Nie ma obowiązku, by wierzyć w lokalne legendy, których turystyczny cel jest aż nazbyt oczywisty.
Prawda jest taka, że nigdy nie poznamy przyczyny tej dziury w opowieści, ponieważ książka nie pozwala nam jej wypełnić. Czy w takim razie możemy mieć zaufanie do dalszego ciągu? Jest to absolutnie niepewne.
Początkowe opory narratora paradoksalnie wzmacniają wrażenie realności: czytelnik dochodzi do wniosku, że skoro nie chce on sobie przypomnieć nazwy wioski, to zapewne owa wioska rzeczywiście istnieje i opowiedziana historia naprawdę miała miejsce, bo po cóż by zatajać jej nazwę, gdyby nie istniała? Tak oto oscylujemy pomiędzy przeświadczeniem a niedowierzaniem wobec opowiadacza-manipulatora. Już pierwsze zdanie budzi naszą czujność.
Pod koniec drugiej części narrator powraca do owej przedziwnej powściągliwości incipitu: jeżeli odmówił podania miejsca pochodzenia przemyślnego hidalga, zrobił to, "aby wszystkie miasta i miejscowości Manczy spierały się, chcąc go usynowić i uznać za swego tak, jak siedem miast Grecji walczyło o Homera" (II, 74, A.L. i Z. Czerny, s. 658) Poważnie? Druga część powieści została wymyślona, napisana i opublikowana dziesięć lat po pierwszej, więc to retrospektywne wyjaśnienie sformułowano zapewne przy tej okazji.
Cervantes wprowadza nowy typ powieści, w związku z czym warto, by czytelnik nauczył się nie wierzyć we wszystko, co podaje mu się do wierzenia. To szkoła inteligencji i krytycznego podejścia. A także sposób na to, by spojrzeć z pewnego dystansu na całą wiedzę zawartą w książkach i podawaną przez autorytety.
Czy dowiemy się czegoś więcej w tej mierze? To się okaże w następnym rozdziale.