ROZDZIAŁ PIERWSZY
PO DESZCZU
Przez miasteczko przetoczyło się trzęsienie ziemi. Tak przynajmniej pomyślała Kucińska, gdy na rynek wjechała ciężarówka. Z warkotem silnika szarpiącym nerwy terkotała po bruku, aż zatrzymała się przed kamienicą, w której znajdowała się apteka, o tej porze jeszcze zamknięta. We wszystkich oknach mieszkań naprzeciwko poruszyły się firanki, a spomiędzy nich wyjrzały czujne pary oczu.
- Co to za rumor w sobotę i to jeszcze o tej porze? Tak się wystraszyłam, że prawie jajka stłukłam! - zrzędziła oburzona kobieta i odłożyła wytłaczankę, którą już chciała schować do bezkształtnej torby.
- Szanowna pani, a kto zapłaci? - Poirytowany Teodor Malinowski, wąsaty właściciel sklepiku, ponaglająco postukał w ladę, gdy podeszła do okna.
- No już, już. Przecież nie ucieknę. - Wróciła do kasy, wysupłała z portmonetki banknot, wpakowała jajka do torby i błyskawicznie z powrotem zajęła punkt obserwacyjny za rozłożystym fikusem. Powykrzywiane gałęzie może i ograniczały dostęp światła do niewielkiej przestrzeni sklepu, ale Malinowski kochał tę roślinę niemal jak żonę. Gdy kwiat w zeszłym roku został zaatakowany przez wełnowca, nie dało się zrobić zakupów bez wysłuchiwania utyskiwań sprzedawcy na mnogość bezskutecznych metod. Z pomocą przybył mu syn mieszkający w mieście. Wysłał ojcu środek chemiczny i wreszcie wszyscy mogli odetchnąć. Uratowana roślina oznaczała spokój i komfort robienia zakupów.
- Pani Kucińska, a reszta? - Mężczyzna natrętnie nie pozwalał o sobie zapomnieć. Stanął w rozkroku, założył ręce nad ogromnym brzuchem i patrzył na nią z jawną naganą w oczach. - Kiedyś głowy pani zapomni. No, wprowadza się ktoś, i co z tego? O co tyle rabanu?
- Wprowadza się? - Odwróciła się do niego gwałtownie, a torba przewieszona przez ramię, w której znalazły się tylko delikatne jajka, obiła się jej o uda. Kilka monet i reszta sprawunków wciąż czekały na spakowanie.
- Dzień dobry, panie Malinowski, o, i pani Kucińska? Dawno pani w bibliotece nie była. O ile dobrze pamiętam, przetrzymała pani książki, termin oddania minął. - Krystyna Kowalczuk złapała się pod boki. - A na co tak pani patrzy?
- Och, na nic, na nic. - Zniecierpliwiona Wiesława oderwała się od okna i podeszła do lady. Wrzuciła resztę zakupów do torby z taką siłą, że Teodor jęknął.
- Jajka! Miej pani litość. Najlepsze sprzedajemy w okolicy, a pani jajecznicę zaraz tam zrobi.
- Zapłaciłam? To mogę z nimi zrobić, co zechcę - odburknęła Kucińska. - A książki nie są przetrzymane. - Machnęła palcem wskazującym przed krępą i niską bibliotekarką. - Przedłużyłam telefonicznie. Odebrała ta wasza stażystka.
- Spokojnie, nic się nie stało. - Kowalczukowa cofnęła się odruchowo. - Po prostu dawno pani nie widziałam, martwiłam się. A co do prolongaty, w poniedziałek zapytam Justysi.
- Niekumata ta dziewucha. Drugi raz wtykała mi książki, które czytałam. Ja jej, że już wypożyczałam, a ona nadal swoje. - Kucińska przewróciła oczami. - Młodzież coraz głupsza.
- No, co też pani! - zaprotestował sprzedawca. Nie bez powodu. Jego dwie wnuczki weszły właśnie w okres nastoletni, a zapatrzony był w nie jak w obrazek. Córki syna uznawał za najmądrzejsze i najpiękniejsze dziewczynki na świecie. Wróżył im świetlaną przyszłość, dla jednej karierę w polityce, druga miała zostać artystką. Kto jednak chociaż raz miał z nimi kontakt, pukał się w czoło na te jego wróżby.
- Wreszcie słońce wyszło, prawda? Mąkę mi pan da. - Bibliotekarka strzelała oczami po półkach, szukając promocji i jednocześnie marszcząc brwi na dziwne zachowanie swojej znajomej. Kucińska nadal czaiła się za rośliną stojącą w glinianej donicy, jakby nie miała nic lepszego do roboty. - Całą wiosnę padało, może wreszcie będziemy mogli się nacieszyć lepszą pogodą.
- Ja nie narzekam, ogródek podlany jak należy, dopiero teraz zaczną dojrzewać warzywa i owoce, jak tak dalej pójdzie, piękne zbiory będziemy mieć w tym roku. Co jeszcze podać?
- Mleko i masło, masło mi się skończyło.
Kucińska zapomniała, że znajduje się w sklepie, a rozmowa za jej plecami brzmiała co najwyżej jak brzęczenie natrętnego komara. Uważnie śledziła to, co się działo na niewielkim rynku. Odkąd dzieci dorosły i opuściły rodzinne gniazdo, jej codzienność przypominała wieczny listopad. Szaro, buro, sennie i nudno. Spragniona odmiany i rozrywki rzucała się na najmniejszy ślad sensacji, a ta ciężarówka pojawiła się tak niespodziewanie, że za tym musiało się coś kryć.
Prawie przykleiła się do szyby, zaciskając dłonie na łodydze fikusa, gdy z samochodu wysiadło dwóch mężczyzn w identycznych kombinezonach. Bez słowa zabrali się do wypakowywania ciężarówki. Sprawnie wnosili meble do znajdującej się naprzeciwko kamienicy. Wiesława uważnie przyglądała się nowoczesnym i eleganckim fotelom, stolikowi, kanapie, lampie. Na końcu wynieśli kartony i rośliny. Na bruku delikatnie postawili ogromną monsterę, kiedyś błędnie nazywaną filodendronem.
Pamiętała szał na tę roślinę, gdy była młoda. W każdym szanującym się biurze, ośrodku zdrowia, a nawet w prywatnych mieszkaniach, chociaż ciasnych, znalazło się dla niej miejsce. Brak pokroju, długie korzenie napowietrzne rozciągające się po podłodze w niekontrolowany sposób, a przy tym pięknie wycięte liście, wielkie na dwie dłonie, to sprawiało, że chętnie ją widziano jako ozdobę pomieszczeń. Teraz świętowała swój powrót dzięki popularności w mediach społecznościowych. Skąd o tym wiedziała Kucińska? Ano z telewizji. Ze swojego ulubionego programu śniadaniowego. Tak więc już po kilku chwilach obserwacji mogła wysnuć wnioski, że do mieszkania nad apteką wprowadza się ktoś światowy, znający się na trendach. Tylko co taka osoba będzie robiła w Starej Dobrej?
Miejscowość liczyła około trzech tysięcy mieszkańców. Malowniczo położona na wzniesieniu, opasana wstęgą rzeki, potocznie nazywanej Smródką, a na mapach widniejącej jako Bystra. Po jednej stronie Starej Dobrej znajdował się kościół, po drugiej basen ze zjeżdżalnią, który przyciągał wielu chętnych z okolicznych miejscowości spragnionych wodnych atrakcji. Obok stał dom kultury czasami pełniący funkcję kina i zaniedbany park. Pozostała część to domki, market i rynek otoczony kamienicami, duma Starej Dobrej. Po wielu latach starań obok apteki powstał punkt informacji turystycznej. Niestety, prowadził go emerytowany nauczyciel geografii, lubiący zajrzeć do kieliszka, więc punkt działał na telefon. Gdy na rynku pojawił się ktoś wyglądający na turystę, zwykle Malinowski dzwonił do Grudzińskiego, a ten stawiał się na miejscu w ciągu kwadransa. Czasami całkiem trzeźwy, częściej jednak wczorajszy albo lekko wstawiony.
I tak to życie w Starej Dobrej toczyło się swoim rytmem, aż do dzisiaj.
Tragarze spieszyli się, a jednocześnie niemal pieszczotliwie brali każdy przedmiot, uważnie, żeby czegoś nie zepsuć albo nie zagiąć chociaż rogu w kartonie. Nic dziwnego. Powód ich nadmiernej staranności wyłonił się zza zakrętu i zaparkował tuż za ciężarówką. Pomarańczowy wóz sportowy na tle miasteczka wydawał się nierzeczywisty. Zgasł silnik i otworzyły się drzwi. Wzrok Wiesławy przykuły niebotycznie wysokie czarne szpilki. Kobiecina wyprostowała się i przełknęła ślinę. Kostki, potem kształtne łydki. Ten ktoś się nie spieszył, jakby zdawał sobie sprawę, że mieszkańcy na niego patrzą. Właściwie to na nią. Eleganckie buty i sukienka z rozcięciem aż do uda nie pozostawiały wątpliwości.
Gdy stanęła w całej okazałości, poprawiając opinającą kobiece kształty marynarkę, promień słońca zamienił jej twarz w jasną plamę pozbawioną rysów i prześlizgnął się po rudych, gęstych, ułożonych w łagodne fale włosach. Niepokój ścisnął Kucińską za gardło. Dopiero teraz zorientowała się, jakie wrażenie zrobiła kobieta na pozostałych obecnych w sklepiku, bo ich przyśpieszony oddech parzył ją w kark.
- Panie Malinowski, pani Kowalczuk, co też wy - obruszyła się Wiesława i tupnęła nogą. Szarpnęła za torbę przyciśniętą przez napierającą na nią parę.
- No co, też chcemy popatrzeć - odburknęła bibliotekarka.
- A na co tu patrzeć? - Wiesława upewniła się, że kobieta zniknęła w mroku klatki schodowej kamienicy naprzeciwko, za mężczyznami uwijającymi się jak w ukropie, i dopiero wtedy zdecydowała się wyjść na ulicę. - Jak ktoś ma za dużo czasu, to szuka rozrywki u innych. Ot, co! A śledź, którego kupiłam ostatnio, nieświeży był. Lepiej sklepem by się pan zajął, bo już ostatni klienci uciekną do tych nowoczesnych marketów. Do widzenia. - Zasapana wyszła na dwór. Weszła w boczną zacienioną uliczkę i o mało nie skręciła sobie nogi na nierównych płytach chodnikowych. Musi wreszcie przycisnąć burmistrza, by zajął się poprawą stanu chodników. Ostatnie ulewy jeszcze pogorszyły sytuację.
- Jesteś? - Wpadła do domu, nie zdejmując butów.
- Ano jestem, gdzie miałbym być. Co ci się stało? Wyglądasz, jakby diabeł cię gonił. - Wojciech siedział przed telewizorem i oglądał jakiś kanał sportowy. Na taborecie przy kanapie zostawiono talerz z niedojedzoną kanapką i szklankę w koszyczku z niewielką ciemną obwódką po herbacie.
- Nic, nic. Zamarudziłam u Malinowskiego. Na psy schodzi ten jego sklep. - Wróciła do przedpokoju, zdjęła buty i włożyła wygodne kapcie. W kuchni otworzyła szeroko okno, bo po marszobiegu serce biło jej jak oszalałe, a kwiecista bluzka przykleiła się do pleców.
- Promocje na piwo ma całkiem niezłe - próbował bronić kolegę Wojtek.
- Promocje na piwo! Też coś! Ta wasza męska solidarność. Piwem się nie najesz! - krzyknęła i sięgnęła po torbę. Zaczęła rozpakowywać zakupy. Mało tego było, ale niewiele potrzebowali. - A słuchaj no. Wiesz coś na temat mieszkania nad apteką? - Wstawiła jajka do lodówki i wróciła do pokoju. Palcem sprawdziła ziemię w doniczce z paprotką.
- Ano wiem. Emerytowana lekarka tam mieszkała. Ale zmarło się jej. Dawno to było, z kilka lat... - Podrapał się po karku, z wysiłkiem grzebiąc w pamięci w poszukiwaniu większej liczby szczegółów na temat interesujący Wiesię.
- Och, Wojtek, to też wiem. Ale co z mieszkaniem? Miała chyba dzieci, prawda? Syna, zdaje się?
- Nie pamiętam. - Mąż pogładził się po łysinie, próbując się wychylić jak najdalej, żeby śledzić to, co się działo na ekranie. Stojąca naprzeciwko Wiesława z premedytacją nie przesunęła się.
- Czyli nic nie wiesz?
- A co cię tak nagle zainteresowało to mieszkanie?
- Zaraz tam zainteresowało. Pytam tylko. Może zainwestujemy nasze oszczędności? Kupimy je? - Podała naciągany powód, żeby jakoś usprawiedliwić swoją dociekliwość. Machnęła ręką, jakby odganiała natrętną muchę.
- Inwestycję? W Starej Dobrej? Zwariowałaś. Poza tym pomogliśmy Oli, kupiła sobie kawalerkę, a nam niewiele zostało.
- Oj, wiem, wiem. Bo tam chyba się ktoś wprowadzał. - Kluczyła, chociaż grunt usuwał się jej spod stóp. Zależało jej na wybadaniu, czy Wojtek coś wie, a zyskała tyle, że teraz patrzył na nią jak na niespełna rozumu.
- Kto i gdzie?
- Nad apteką. Ciężarówkę widziałam.
- No i problem się rozwiązał. Po co drążyć? - Zadowolony z siebie, oparł się wygodnie i gestem pokazał, żeby się odsunęła. Przygnieciona porażką, ustąpiła.
- Jak ci bardzo zależy na inwestycjach, to lokatę załóżmy. Córcia pomoże w wyborze, albo syn, jak wróci z tych wywczasów w Ameryce Południowej.
- On nie na wczasach jest. To wolontariat. Ciężko pracuje. Zresztą oboje są zajęci. Nie będziemy im głowy zawracać.
- Jak zwał, tak zwał. Albo w totka zagraj. To jest myśl. Kumulację ogłosili!
- Na obiad pomidorowa i mielone - zamknęła temat, a Wojtkowi zaświeciły się oczy. Wiedziała, co lubi. Udało się jej zatrzeć wrażenie, że coś się wydarzyło, coś zupełnie wyjątkowego, ale dręczący niepokój wciąż przywoływał obraz kobiety. Niezwykle atrakcyjnej kobiety, chociaż nie zauważyła jej twarzy. Tegoroczne lato zapowiadało się gorące, a już na pewno inne od wszystkich, jakie pamiętała Stara Dobra.