Inedita
Krzysztof Mroziewicz
Ineditami nazwiemy te teksty Ryszarda Kapuścińskiego, które co prawda były drukowane (w "Kontynentach"), ale nie weszły lub prawie nie weszły do żadnej z jego książek ani do kanonu. Kanon ukazał się trzy razy, najpierw w Czytelniku, potem w Agorze i na koniec w Znaku. Najwidoczniej autor o niektórych tekstach zapomniał albo nie chciał przypominać, albo uważał, że to tylko trening przed olimpiadą. Odniesienie do sportu jest tu usprawiedliwione o tyle, że Kapuściński zaczynał być osobą publiczną jako bokser, natomiast jako dziennikarz już znany i szanowany dał się poznać dzięki nieprawdopodobnej wręcz skromności i pokorze ducha, dlatego możemy przypuścić, że swoje wcześniejsze od kanonu teksty uważał za wprawki, nad którymi jeszcze trzeba popracować. I tak w istocie było. Każdy jego tekst z "Kontynentów" możemy znaleźć w kanonie jako rozpisaną do rozmiarów książki opowieść, która wskazuje drogę od dziennikarstwa do literatury.
O jego bokserskiej karierze mamy w kanonie jedno tylko zdanie. Właściwie równoważnik zdania: "sukcesy w boksie". Szkoda - boksem interesował się Leszek Kołakowski. Dlaczego? Einstein nie znosił tego pytania. Akceptował pytanie "Jak?". Kapuściński napisał zdanie o boksie w ostatnim rozdziale "Buszu po polsku", który dał tytuł całej książce. Jest to tekst o Polsce, ale napisany w Afryce. Kończy się konstatacją, która doczekała się pieśni: "Dziwny ten świat".
Drugi rozdział biografii po sportowym debiucie zatytułujemy "Poezja". Kapuściński pisał schodkami Majakowskiego, ale była to jedyna kontrybucja na rzecz socrealizmu. Koledzy ze Związku Młodzieży Polskiej krytykowali go za braki tematyczne i nadmiar formy. Obiecali pomoc. Miała ona polegać na korepetycjach ze świadomości klasowej. Przydały się później, kiedy prowadził zajęcia na uniwersytecie, a jego słuchaczem był między innymi Krzysztof Pomian.
Reporter pozostał wierny poezji do końca. Jego "Notes" to zarówno wiersze, jak i notatki robione na potrzeby późniejszych tekstów, w tym lapidariów. Jego koledzy-poeci, jak Wiktor Woroszylski, byli stalinowcami. Po Październiku roku 1956 przejrzeli na oczy i stali się zaciekłymi antykomunistami. Kapuściński nie był stalinowcem. Nie było go z czego rozliczać ani wtedy, ani pod koniec życia. Był człowiekiem lewicy zafascynowanym doświadczeniami Ameryki Łacińskiej, które polegały na próbach uwolnienia się od kurateli Wielkiego Brata, czyli USA, oraz budowy społeczeństwa sprawiedliwego bez zależności od Moskwy.
Zbiór ineditów zaczyna się jak wszystko w jego życiu od poezji. Tom "Wiersze zebrane" wydany przez Marka Kusibę i Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej oraz Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie nie zawiera schodków Majakowskiego. Widocznie były za młode.
Na marginesie - w kanonie zabrakło trzech tomów, z którymi nosił się całe życie, jak García Márquez z "Nie ma kto pisać do pułkownika". Pierwszy miał być poświęcony pokoleniu zetempowców z Nowej Huty, drugi - portowemu miastu pięciu mórz - Pińskowi, a trzeci - podróży Stanisława Ignacego Witkiewicza i Bronisława Malinowskiego do Kolombo i dalej na Wschód. Zabrakło, bo ich nie napisał. Pozostawił tylko wstępne, niewyraźne ślady w "Lapidariach".
Rozdział trzeci to początki pracy dziennikarskiej. W 1951 redakcja "Sztandaru Młodych" wysłała go na Festiwal Młodzieży i Studentów do Berlina, miasta wtedy jeszcze nieprzegrodzonego, ale już sygnalizującego niezadowolenie. To była pierwsza podróż zagraniczna Kapuścińskiego. Po tej podróży nie pozostał żaden ślad. W sześć lat od końca wojny trudno było pisać o budowie socjalizmu przez niemiecką klasę robotniczą. Zresztą "Sztandar" potrzebował wtedy przede wszystkim materiałów krajowych. Dodatek kulturalny gazety, "Przedpole", wydrukował dwukolumnowe sprawozdanie Kapuścińskiego z ogólnopolskiej narady młodzieżowego aktywu kulturalnego. Temat nie do udźwignięcia. Kapuściński jakoś sobie z tym poradził, nie używając ani razu terminów "socjalizm" i "kierownicza rola partii". W tamtych czasach cud.
W rozdziale czwartym zabiera nas do Nowej Huty. Napisał, jak jest. Błoto, wóda, chamstwo, łajdactwo, nędza, kurestwo. To też była prawda o budowie socjalizmu. Gdy tekst się ukazał, naczelna "Sztandaru", która za to wyleciała, zdążyła była jeszcze przed utratą stanowiska dać Kapuścińskiemu paszport i bilet do Azji, żeby go tam schować przed karą. Tymczasem do Polski przybył premier Indii, Jawaharlal Nehru. Dziekan korpusu dyplomatycznego, ambasador ZSRR oczekujący wraz z kolegami na lotnisku, rzucił okiem na dostojnego gościa w stroju kongresowym po hindusku i powiedział: "Priletieł w kaliesonach, cztob podczerknut' intimnyj charakter otnoszenij[1]". Nehru namówił premiera Cyrankiewicza, żeby ten wysłał polskich dziennikarzy do krajów Trzeciego Świata. Kapuściński trafił do Indii. Napisał reportaż wierszem:
Jogin Ramamurti
każe zakopać się w grobie
zostanie tam tydzień
lekarze zaświadczą, że nie ma oszustwa...
Reszta w książce Kusiby na stronie 70. Wydane, a niewydane. Jest w tomie poezji, także kanonicznym. Do żadnego zbioru reportaży nie weszło. Zapomniane są też jego reportaże z Afganistanu (o kopalni ziemi na przykład) i Japonii ("Obok nieba"). Szkoda, że nie drukował w "Kontynentach", których jeszcze nie było. Znalazłyby się w tym tomie. Może trzeba zredagować takie wydanie z udziałem Zojki Kapuścińskiej (Rene Maisner), która najlepiej wie, które teksty Ojciec by dziś zaakceptował, jak akceptował je do druku wtedy. Byłyby to "Teksty zebrane".
Rozdział kolejny. Kapuściński wraca do Polski. Rozprawa władzy z "Po prostu". Koniec nadziei październikowych. Powstaje "Polityka". Marian Turski (jedenaste przykazanie: "Nie bądź obojętny") ściąga do nowego tygodnika młodych dziennikarzy ze "Sztandaru" - Daniela Passenta i Ryszarda Kapuścińskiego. Ten pierwszy napisze o drugim, że Rysiek zrobi światową karierę. Nie byle jaka to przepowiednia, zważywszy że jej autor też liczy się w świecie. Nawiasem mówiąc, w kręgach dziennikarskich, gdzie dobre słowo o koledze należy do rzadkości, Wojciech Giełżyński mówił, że Kapuściński to największy pisarz polski po Mickiewiczu, a Wiesław Górnicki, że "przerasta nas wszystkich o głowę".
"Busz po polsku" to reportaże z Polski. Nie ma w nich największego ineditum - tekstu o Nowej Hucie. I dialogu dwóch robotnic z Woli, który rozwścieczył Władysława Gomułkę (cytuję za Mieczysławem F. Rakowskim):
- A ty jak dajesz?
- Ja? Na stojaka w bramie.
I zaraz potem wyprawa do Afryki. "Czarne gwiazdy". Gdyby wszystkie teksty Kapuścińskiego o Afryce zebrać w jednym tomie, byłoby to coś na kształt "Inside Africa" Johna Gunthera. Tu już mamy do przejrzenia roczniki "Kontynentów". Kapuściński wyjechał z PAP do Dar es Salam zakładać placówkę korespondenta zagranicznego. Był rok 1962 - za wcześnie na "Heban" i "Herodota". Agencja otwierała placówki w najważniejszych stolicach świata. Pisali wszystko, a drukowano to, co w świecie reglamentowanej informacji nie drażniło decydentów. A drażnić mogło wszystko. Zwłaszcza teksty o demoludach. Powstał "Biuletyn Specjalny PAP", w którym - na powielaczu - w kilkudziesięciu egzemplarzach ukazywało się to, co najciekawsze, najczęściej z podtytułem: "Nie do publikacji w prasie". "BS" rozwożony był do najważniejszych domów w Polsce. W jednym z wydań ukazała się analiza Kapuścińskiego poświęcona Algierii po zamachu Bumediena. Wybuchła awantura, bo tekst nie zgadzał się z wnioskami jakiejś znawczyni Afryki pisującej do komunistycznej gazety "Unita". Okazało się, że rację miał polski dziennikarz, a nie ciotka rewolucji, ale na początku wyglądało na to, że Kapuściński zostanie odwołany.
W jego afrykańskich tekstach sporo jest o socjalizmie w rozumieniu prezydenta Tanzanii, Juliusa Nyerere. Jest też o kapitalizmie. Ale słowa te co innego znaczyły i znaczą w Afryce. Nyerere mówił, że drogą rozwoju Afryki może być tylko socjalizm. Jego Tanzania leżała daleko od Moskwy, daleko od Pekinu. Bliżej była Hawana. Che Guevara uczył kongijskich partyzantów, jak się robi okopy. Nie chcieli, bo myśleli, że to kopanie grobów dla siebie. Guevara jako szef banku centralnego Kuby na szczycie niezaangażowanych w Algierze żądał, aby współpracę ekonomiczną opierać na wymianie barterowej. Bez pieniędzy. Uważał, że pieniądze trzeba zlikwidować. Kiedy wrócił z obchodów rocznicy rewolucji październikowej w Moskwie, na witającego go na lotnisku Fidela Castro rzucił się niemal z pięściami. "Yo no quiero esta mierda para mi pueblo"[2] - krzyknął, nazywając tak system radziecki. Mierda - gówno. Od tej pory Che był w Polsce zakazany pod każdym względem. Kapuściński zakazy ominął, przekładając "Dziennik z Boliwii".
Afrykański tom "Czarne gwiazdy" powstawał tak, jak powstał teraz tom "Latynoafryka". Kapuściński miał już kilka tekstów drukowanych w "Polityce" i PAP, ale znowu wysłali go do Afryki. Wydawnictwo Czytelnik pozbierało te fragmenty i ułożyło tom reportaży z niedokończonych dwu tomów o Nkrumahu i Lumumbie, o Ghanie i Kongu. Zamierzonych monografii nigdy nie napisał, natomiast po dziełach o Cesarzu i Szachu myślał o dłuższym tekście na temat Amina. Ponieważ "Cesarza" zaczynano czytać metaforycznie, jako opowieść o dworze i władcy, także w Polsce, pomysł z Aminem wydał mu się nietrafny, bo w Polsce nie było ludożerców. Bał się, że krwiopijcy Amina ugotują go i zjedzą. Dziś takiego zdania nie tylko nie można napisać, ale nawet pomyśleć. Ale Kapuściński by sobie poradził.
Kolejna wyprawa jego życia to podróż do Azji radzieckiej. "Kirgiz schodzi z konia" był w tamtych czasach najlepszym polskim sovieticum. W pierwszym wydaniu jest więcej tekstu gruzińskiego niż w kanonie. Brakuje teraz kilku rozdziałów, których nieobecność została w pierwszym wydaniu zaznaczona. Brakuje też w kanonie puenty gruzińskiego rozdziału. Mowa tam była o pomniku pewnego Gruzina (dziś Gruzini nazywają go Osetyjczykiem). Kapuściński napisał: "Mówią o nim, że popełniał błędy". Ot, takie małe ineditum.
I wreszcie Ameryka Łacińska i teologia wyzwolenia w jednym zdaniu, tytułowym: "Chrystus z karabinem na ramieniu". Gustavo Gutiérrez, ksiądz z Peru studiujący na Katolickim Uniwersytecie w Louvain, przyłączył się do buntu studentów roku kontestacji i kontrkultury 1968. Napisał manifest "Teología de la liberación", który stał się głosem młodych duchownych Ameryki Łacińskiej. Gutiérrez wyjaśnił, że do opisu sytuacji w fawelach, barrios nuevos czy jak tam jeszcze nazywano po hiszpańsku slumsy Ciudad de Mexico, Limy, Buenos, Caracas czy Bogoty trzeba używać aparatu socjologicznego. W Watykanie uznano, że socjologia to marksizm, a marksizm to komunizm. I tu zaczęła się walka księży z hierarchami. Jeden z nich, Camilo Torres, który chrzcił dzieci Garcíi Márqueza, wygłosił kazanie, zarzucił karabin na komżę i wyprowadził wiernych w kolumbijskie góry. Wkrótce zginął. Ksiądz Degollado założył Legion Chrystusa, który miał walczyć z teologami wyzwolenia. Ślady tego wszystkiego zachowały się w świadomości i pamięci Kapuścińskiego, który pojechał do Boliwii śladami Che Guevary i tam pojmany wieziony był na śmierć, ale uratował go porucznik, który spił kata i pozwolił pisarzowi uciec. Reporter miał słabość do oficerów niższej rangi - porucznika Turciosa Limy w Salwadorze i porucznika Omara Torrijosa w Panamie. Obydwaj przeszli z armii na stronę partyzantów, których wcześniej zwalczali. Miał też słabość do lekarzy - Guevary, Allendego i Hugona Spadafory.
Ale epopeja latynoamerykańska przetrwała Kapuścińskiego i znalazła swoje odbicie w dwu książkach Vargasa Llosy. Śledził on uważnie, co się dzieje w otoczeniu Gabo (Garcíi Márqueza) i wokół Nagrody Nobla. Kiedy Kapuściński zyskał już światową sławę, Gabo zaprosił go na zajęcia z reportażu dla młodych dziennikarzy Ameryki Łacińskiej. Vargas musiał przeczytać "Dlaczego zginął Karl von Spreti" (o Gwatemali) i "Człowiek boi się człowieka" (o Dominikanie, jest w niniejszym zbiorze jako "Śmierć przestała być sensacją"). Musiał przeczytać, ale musiał przede wszystkim napisać "Burzliwe czasy" (o Gwatemali) i "Święto kozła" (o Dominikanie). Są to genialne, zwłaszcza druga, analizy mechanizmu władzy. Wielkiego Mechanizmu, jak by napisał prof. Jan Kott. Mechanizm władzy w Ameryce Łacińskiej zaczyna być budowany przez dyktatora albo prezydenta, który szybko staje się dyktatorem. Silnikiem mechanizmu jest strach, a towarzyszy mu cisza. Dyktator zostaje obalony, ale systemu nie można obalić, on działa nadal. Tego nie ma ani w Afryce, ani w Europie, ani w Azji. Kapuściński wszędzie podglądał systemy władzy, ale w Ameryce Łacińskiej obejrzał je w postaci klinicznej. Metodę przekazu nazwałbym reportażem eseizowanym. Wcześniej była poezja eseizowana. Vargas zrobił z tego prozę eseizowaną. Kapuściński wrócił do analiz systemu, kiedy przyszło mu opisywać rozpad ZSRR w "Imperium". Tam pojawia się zdanie, które mówi wszystko: "Najważniejszym produktem radzieckiego przemysłu metalurgicznego był drut kolczasty".
"Kontynenty" dają część dorobku pisarza mało znaną. Poszukawszy dokładniej, zwłaszcza w kulturalnych pismach niszowych, a także w archiwach radia i telewizji, znaleźlibyśmy to, co trzeba włączyć do nieistniejących jeszcze "Tekstów zebranych". Polska jest nadal nieodkrytym kontynentem Kapuścińskiego. Krajem latynoeuropejskim, który trzeba opisywać reportażem latynoamerykańskim - analogowym, a nie anglosaskim - cyfrowym.
Krzysztof Mroziewicz
[...]