9
Długi pogrzeb literaturyczyli wyłącznie socrealizm
Drętwy język przemówień, niemal powszechna zgodność poglądów - czytane po ponad pół wieku w Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie z lekka pożółkłe kartki z protokołami ze zjazdu literatów w Szczecinie - nie oddają klimatu tamtych czasów. A przecież to właśnie wtedy i właśnie tam zapoczątkowany został proces glajchszaltowania polskiej literatury.
Dla władz partyjnych ten zjazd miał znaczenie szczególne. Planowany początkowo na jesień 1948 roku, przełożony został na początek roku następnego, bo - jak pisał Stefan Żółkiewski do Jana Kotta - "wszedł nam w paradę kongres zjednoczeniowy partii". To przesunięcie terminu nie było oczywiście przypadkowe.
Na trwającym cały tydzień - od 15 do 21 grudnia 1948 roku - Kongresie Zjednoczeniowym Partii Robotniczych licznie zaproszeni twórcy mieli okazję obejrzeć widowisko w stylu znanym z nazistowskich Niemiec czy stalinowskiej Rosji. Przemówienie Bieruta o "odchyleniu prawicowym i nacjonalistycznym" przerywały co chwilę oklaski, uniesione w górę pięści i skandowanie haseł. "Największym entuzjazmem odznaczały się krzyki na cześć Rosji i Stalina - notowała w dzienniku zniesmaczona Maria Dąbrowska - tak że ani na chwilę nie można było stracić uczucia, że jest się w głębi Rosji [...]. Pisarze siedzący przede mną zachowywali się manifestacyjnie aż do histerii" (19 grudnia 1948).
Kiedy półtora tysiąca delegatów z PPR-u i PPS-u jednogłośnie przyjęło uchwałę o połączeniu ich partii i powstaniu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - zgromadzona w auli Politechniki Warszawskiej publiczność (pospołu intelektualiści, robotnicy, górnicy w mundurach galowych, chłopki w łowickich strojach) zareagowała owacją na stojąco. Nie ulegało wątpliwości, że idzie nowe, a czas "łagodnej rewolucji" ostatecznie dobiegł końca.
Adam Ważyk przywitał to z entuzjazmem: "Kiedy myślę o sprawach kultury w związku ze zjednoczeniem partyj na zasadach marksizmu-leninizmu o każdej sprawie z oddzielna i o wszystkich razem - zwierzał się czytelnikom "Kuźnicy" - ciśnie mi się na język słowo podobne do westchnienia ulgi: nareszcie. Powstają nareszcie przesłanki do racjonalnego zorganizowania spraw kultury i nadania im jasnego kierunku".
Już następnego dnia po zakończeniu kongresu zwołano zebranie koła literatów PPR-u i koła literatów PPS-u, by dokonać aktu zjednoczenia. Tak narodziła się podstawowa organizacja partyjna PZPR-u przy związku pisarzy - ciało, które przez najbliższe lata zajmie się ideologicznym wychowywaniem kolegów-literatów, pilnowaniem, by ani w swojej twórczości, ani w życiu nie zbaczali ze "słusznej linii", jaką obrała partia.
Na kolejnym zebraniu POP-u - 5 stycznia 1949 roku - Stefan Żółkiewski przedstawił, kogo partia życzy sobie w nowych władzach Związku Literatów (na prezesa wytypowano Leona Kruczkowskiego, który przetrwał na tym stanowisku trzy kadencje). Sam Żółkiewski, skądinąd ostry ideolog marksistowski, zaraz po kongresie pod zarzutem "tolerowania zamętu ideologicznego wśród inteligencji partyjnej" oraz "zaniedbywania marksistowskiego oświetlenia zagadnień literatury" odwołany został z funkcji naczelnego "Kuźnicy". Zastąpił go dotychczasowy naczelny dziennika "Rzeczpospolita" Paweł Hoffman, przedwojenny komunista, były oficer polityczny I Dywizji imienia Tadeusza Kościuszki.
Tydzień przed zjazdem w Szczecinie partyjni literaci wezwani zostali na naradę do KC. Jakub Berman, odpowiedzialny w Biurze Politycznym za kulturę, wyjaśnił im, jakie konkretnie są oczekiwania partii wobec literatury. Otóż ma ona "odzwierciedlać dążenia mas ludowych" w duchu realizmu socjalistycznego. Rzucił hasła: prymat treści nad ambicjami warsztatowymi, walka z kosmopolityzmem i czołobitnością wobec Zachodu. Jednym słowem, literatura ma się włączyć w budowę socjalizmu. Była to pierwsza z całej serii narad na tak wysokim szczeblu, które w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych staną się ośrodkiem centralnym ręcznego sterowania polską literaturą.
Szczecin na miejsce zjazdu pisarzy wybrano nieprzypadkowo.
"Prastary słowiański port Szczecin wywalczony krwią żołnierza polskiego i radzieckiego niech będzie bodźcem w waszej twórczości literackiej. Stop. Niech praca bezimiennych bohaterów, marynarzy, rybaków, robotników portowych i stoczniowych, budowniczych naszych osiągnięć na morzu i wybrzeżu, znajdzie wyraz w waszej twórczości. Stop. Prezydium Zarządu Głównego Ligi Morskiej"[1]. Depesze podobnej treści płynęły do zjazdu z całej Polski. Odczytywano je ze śmiertelną powagą przy stole prezydialnym.
Epoka zresztą była serio. Kiedy okazało się, że delegaci zaproszeni są na premierę komedii Shakespeare'a Wiele hałasu o nic, na jednego z organizatorów zjazdu padł blady strach, czy nie zostanie to odebrane jako jakaś aluzja, i zastanawiał się, czy nie zażądać zmiany repertuaru. Wtedy ktoś zaproponował, że może prościej byłoby zmienić tytuł Shakespeare'owi. I wcale nie jest jasne, czy to był żart, bo dla żartów nadchodziły złe czasy.
Pierwszego dnia zjazdu, 20 stycznia, po rytualnych obrzędach przyszła kolej na zasadnicze referaty, których wygłoszenie powierzono wciąż walczącemu o utrzymanie się na politycznej scenie Stefanowi Żółkiewskiemu i Włodzimierzowi Sokorskiemu, wiceministrowi kultury. Mickiewiczolog Wacław Kubacki, występujący jako trzeci, mówił - w ramach obchodów sto pięćdziesiątej rocznicy urodzin Adama Mickiewicza - o "postępowych ideach" zawartych w dziele poety.
Żółkiewski zaczął od stwierdzenia, że kongres zjednoczeniowy jasno sformułował zbiorowe zadania, jakie stoją przed społeczeństwem, i że dotyczy to również pisarzy. Oświadczył co prawda, że obok literatury respektującej normy realizmu socjalistycznego istnieć będą także inne nurty artystyczne, zaraz jednak poddał surowej krytyce dotychczasową twórczość, w której przejawia się "obca marksizmowi ideologia". Ganił naturalizm (Jerzy Andrzejewski, Ksawery Pruszyński), sentymentalizm (Kazimierz Brandys), estetyzm (Jarosław Iwaszkiewicz), antyestetyzm (Tadeusz Borowski, Adolf Rudnicki), fideizm (Jerzy Zawieyski) i psychologizm (Stanisław Dygat, Zofia Nałkowska[2]). Mówił o niebezpieczeństwie przenikania do literatury jawnie wrogich treści oraz o obowiązku przezwyciężania obcych wpływów. I podsumował, że kierunek rozwoju prozy współczesnej jest co prawda właściwy, ale tempo za wolne.
Sokorski z kolei uświadomił zebranych, że "proces walki klasowej w twórczości artystycznej nie kończy się wraz z przejściem pisarza do obozu klasy robotniczej", że narodowej kultury nie reprezentują dziś "nędzni kapitulanci i epigoni emigracyjni mieniący się ostatnimi obrońcami kultury łacińskiej". On też zaznaczył, że realizm socjalistyczny nie jest dogmatem, ale w sumie jego wystąpienie odebrano jako bardziej ortodoksyjne niż wywody Żółkiewskiego.
W dyskusji nikt - poza reprezentującymi środowisko katolickie Jerzym Zawieyskim i Jerzym Turowiczem - nie ośmielił się zaoponować[3].
Niemal wszyscy strzelali do jednej bramki. Kiedy Aleksander Wat odezwał się nieśmiało w obronie Węzłów życia Nałkowskiej, zaraz odparował mu Żółkiewski, że płytkość życia katolickiego w Polsce jest niewspółmierna do wielkiej i głębokiej moralnej problematyki marksizmu. W podobnym duchu wypowiedzieli się Adam Ważyk oraz prozaik i poseł Adam Polewka ("to nasze "kochajmy się" z katolikami musi ulec rewizji").
W przerwie obrad Tadeusz Borowski - najmłodszy delegat na zjeździe - wywołał skandal. Jadł akurat obiad z Andrzejewskim (który nie był delegatem), kiedy do jego stolika podszedł Sokorski (według innych przekazów Żółkiewski):
- Nic się nie przejmujcie tym, co mówię oficjalnie, i tak lubię was czytać.
- Odpierdolcie się, towarzyszu - huknął na niego Borowski, który znany był z tego, że nie przebierał w słowach.
W ostatnim, czwartym dniu zjazdu stawiła się w Szczecinie delegacja radziecka. "Sowiecki emisariusz prof. Anisimow - wspominał w eseju Klucz i hak Aleksander Wat - po obleśnej obietnicy milionowych nakładów, "dacz" i zisów [luksusowych samochodów] ostrzegł: "A kto nie pójdzie z nami, będzie unicestwiony, a imię jego zostanie wykreślone z książek i z pamięci na zawsze", a polscy literaci oklaskiwali go do paroksyzmu, przy zsiniałych twarzach"[4].
Wybrany na prezesa Leon Kruczkowski nie zamierzał zawieść pokładanych w nim nadziei. W swoim wystąpieniu powtórzył za Bermanem, że literatura powinna odtąd spełniać wymogi "realizmu socjalistycznego" (ale - podobnie zresztą jak Sokorski i Żółkiewski - nie wyjaśnił, co by to miało znaczyć w praktyce). I jeszcze oświadczył optymistycznie, że w takich historycznych czasach pisarze "powinni się czuć jak ryby w wodzie".
Jedyna sceptyczna relacja ze zjazdu ukazała się w "Tygodniku Powszechnym". Żółkiewskiemu wolno uważać, iż tylko realizm socjalistyczny da nam wielką literaturę - pisał tam Jerzy Turowicz - ale nie powinien narzucać tego innym.
Wiktor Woroszylski, którego na zjazd wydelegowała redakcja dwutygodnika ZMP "Pokolenie", relacjonował, że pisarze wreszcie "mocniej niż dotąd zwiążą się z chłopem i robotnikiem, prawdziwie odzwierciedlą ideologię proletariatu, jednym słowem, lepiej i trafniej niż dotąd będą spełniali swoją rolę inżynierów dusz ludzkich". I podsumował: "Dla pisarzy lewicy przyszedł czas czyszczenia, zwierania szeregów, wytyczania dróg". A na pierwszym po zjeździe posiedzeniu POP-u ZLP powie, że w Szczecinie za mały odpór dano katolikom.
Tymczasem opary nudy unoszące się nad salą obrad wróżyły literaturze jak najgorzej.
W kuluarach między Arturem Maryą Swinarskim a Pawłem Hertzem miał się odbyć następujący dialog:
- A czemu to pan w ciemnym ubraniu, panie Pawle?
- Bo jestem na pogrzebie literatury polskiej.
- Nie wiedziałem, że jest pan tak bliskim jej krewnym, by nosić po niej żałobę.
Ten dialog, który usłyszałyśmy od paru osób, musiał być w tamtych czasach ulubioną anegdotą. Powtarzano ją z przyjemnością, ale odmówić udziału w tym pogrzebie jakoś nikt się nie kwapił. Akurat dla Pawła Hertza zjazd szczeciński stał się czytelną zapowiedzią sowietyzacji polskiej literatury. Do następnego, socrealistycznego etapu przejść nie miał ochoty, usunął się w cień, przeszedł do prac redakcyjnych i tłumaczeń[5].
Inaczej Kazimierz Brandys. On to, co się działo na zjeździe, przyjął w najlepszej wierze. Pół roku później w programowym artykule w "Kuźnicy" pisał: "Wieje dziś pomyślny wiatr dla człowieka i ludzkości. Zadaniem nowej literatury, jej ambicją i godnością jest chwycić ten wiatr w żagle".
W archiwum KC PZPR zachowały się produkowane po zjeździe szczecińskim na użytek najwyższych władz partyjnych dokumenty. I tak w opinii o miesięczniku "Twórczość" czytamy: "Trzeba przytrzeć nosa inteligencji, wzmocnić pozycje marksistowskie w piśmie" (wkrótce redakcję przeniesiono z Krakowa do Warszawy, a Adam Ważyk zastąpił na stanowisku redaktora naczelnego Kazimierza Wykę). W omówieniu tygodnika "Odrodzenie" wytknięto braki: święto 1 Maja i Komuny Paryskiej - nieodnotowane; rocznica śmierci Lenina - nie dość poważnie potraktowana; dekadenckie ruchy kultury Zachodu - zbyt mocno lansowane (na wyciągnięcie wniosków z tej krytyki nie trzeba będzie długo czekać).
Rok po zjeździe, niczym trzy donośne salwy, zabrzmiały głosy Jerzego Andrzejewskiego, Wiktora Woroszylskiego i Tadeusza Borowskiego, opublikowane w "Odrodzeniu". Zaczęło się od - zamieszczonych w tym samym numerze z 29 stycznia 1950 roku - Notatek Andrzejewskiego i Batalii o Majakowskiego autorstwa Woroszylskiego.
"Andrzejewski - komentowała Maria Dąbrowska w dzienniku - cynicznie kaja się z powodu Popiołu i diamentu, że nie był w tej książce dość marksistowski, skoro "wrogowie chwalili go za uczciwość i obiektywizm". W czym się myli, gdyż ani wrogowie, ani nawet przyjaciele go nie chwalili. [...] W tymże numerze jakiś Woroszylski "demaskuje" Jastruna, [Leopolda] Lewina i [Stanisława] Wygodzkiego, że nie są marksistami, bo nie naśladują Majakowskiego, "klasyka epoki radzieckiej"" (2 lutego 1950).
Notatki - wyznanie wiary nawróconego na komunizm pisarza - zaczął Andrzejewski od krytyki własnej postawy: "Dorastaliśmy zatem do marksizmu nie w więziennych celach i nie w walce, która wymaga największych wyrzeczeń i kształtuje charakter socjalistyczny, lecz kupując antyki i jedwabne krawaty, płacąc za kolacje rachunki niewiele częstokroć niższe od miesięcznej pensji nauczyciela, nie najrzadziej również zbierając za swoją pracę nagrody i zaszczyty".
Następnie przeszedł do własnej twórczości. Tę przedwojenną nazwał "moralnym bełkotem" i odciął się od niej: "Nie umiałem zrozumieć, że moralista musi być człowiekiem walki. Więcej: moralistą może być tylko człowiek czynnie zaangażowany po stronie postępowych wartości historii". Nie oszczędził Popiołu i diamentu: "Pisałem tę powieść jak mańkut, jeszcze nienawykły do posługiwania się prawą ręką: w zasadzie pisałem ręką prawą, lecz stare nawyki raz po raz zmuszały mnie do przerzucenia pióra. Stąd w tej powieści obok trafnych ocen poszczególnych zjawisk czy wydarzeń - błędny w całości obraz ówczesnej rzeczywistości, stąd [...] niezdolność do ukazania przemian historycznych w ich zasadniczych, z walki klasowej wynikających elementach. Prawą ręką nie dość pewną i precyzyjną opisywałem "diament"; lewą, wyćwiczoną w uprawianiu mrocznych guseł nocy, zamętu i niepokoju - "popiół""[6].
Potępił "siedzenie okrakiem na barykadzie" i zadeklarował, że pragnie zostać pisarzem w pełni socjalistycznym. Porzuca więc "cały śmietnik inteligencko-mieszczańskiej rekwizytorni" oraz złudzenia, że "bez solidarnego związania się z pracującymi masami można dogonić historię". Wybiera "prawdę, której podjęcie zobowiązuje do niełatwego wprawdzie życia, lecz przywraca człowiekowi godność, ponieważ zdejmuje z jego ramion ciężar samotności i wskazuje ten sam kierunek walki, który jest wspólnym celem ludzi postępu".
I zakończył apelem do władzy: "Nie bądźcie dla inteligenckich artystów i intelektualistów zbyt pobłażliwi. Oni sami skłonni są okazywać sobie tyle pobłażliwości, iż wy nie wspierajcie ich w tych doświadczeniach. Natomiast demaskujcie ich, jeśli sami się nie potrafią demaskować. Popędzajcie ich, jeśli nie chcą lub nie potrafią kroku przyśpieszyć".
Batalia o Majakowskiego z kolei była ostrą napaścią na ludzi "Kuźnicy". Oni uważają, że trzeba bronić - szydził Woroszylski - ""doskonałej formy klasycznej" przed brutalami rozbijającymi zwrotkę" oraz "języka "poetyckiego", misternie utkanego z Led, Endymionów i Persefon, przed wtargnięciem "żywiołu niepoetyckiego", jak pepesza, współzawodnictwo, Pstrowski, ZWM"[7]. Jako jawnych przeciwników Majakowskiego napiętnował Pawła Hertza oraz Mieczysława Jastruna. I skarżył się na wrogość wobec "młodych, rewolucyjnych poetów, którzy podjęli tradycję Majakowskiego".
Podpisując się pod leninowską zasadą partyjności literatury, chwalił Woroszylski wiersze Romana Bratnego Po chińsku słów parę na Marszałkowskiej ("Dla was "ból" i "trud",/ dla was, panowie, "praca" to chińszczyzna!/ Wam poświęcę wiersz - jak but/ wymierzony, by kopać po tyłkach") oraz Andrzeja Brauna Człowiek ("Józefie Wissarionowiczu - pozwól - to jest nasze/ nie tylko Twoje święto").
I jeszcze, zgodnie z duchem nadchodzących czasów, złożył samokrytykę: "Szczególnie Woroszylskiemu [tak, w trzeciej osobie, pisał o sobie samym] zdarzało się ulegać pociągowi do formalistycznych eksperymentów - i wtedy powstawały [...] nieudałe, skrzywione ideologicznie i artystycznie utwory".
Dziś już nie sposób odtworzyć, kto pierwszy ochrzcił młodych, gniewnych orędowników poezji Majakowskiego mianem "pryszczatych". Jedni uważają, że nazwę tę rzucił Tadeusz Różewicz na seminarium młodych pisarzy w Nieborowie. Inni przypominają sobie, jak to Julian Przyboś w czasie jakiejś narady na temat literatury na widok Wiktora Woroszylskiego miał wykrzyknąć: "Co tu porabiają jacyś pryszczaci?". Jeszcze inni twierdzą, że wymyśliła to rozżalona na młodych kolegów po piórze Nałkowska. Według Kazimierza Brandysa określenie to ukuł satyryk i bon vivant Janusz Minkiewicz. Inna wersja mówi, że autorem jest Jan Kott, i podaje nawet miejsce i datę narodzin: narada literatów w Radzie Państwa w lutym 1950 roku. Sam Kott z kolei w Przyczynku do autobiografii autorstwo przypisuje Marynie Zagórskiej, żonie poety Jerzego. I tak wspomina ofensywę "pryszczatych": "Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak szybko w tym wyścigu do żdanowszczyzny zmieniali się wartownicy i jak szybko nowa ekipa przejmuje pałeczkę czy raczej pałkę".
Tak czy inaczej, faktem jest, że określenie natychmiast się przyjęło, a do "pryszczatych" doszlusowali młodzi pisarze z AK-owskim rodowodem: Andrzej Braun, Roman Bratny, Tadeusz Konwicki, Witold Zalewski.
Otóż "Kuźnica" wydawała się "pryszczatym" zbyt mieszczańska, liberalna, oportunistyczna i ugodowa[8]. "Kuźniczanie" irytowali ich swoim dobrym przedwojennym wykształceniem i rozeznaniem w światowej literaturze, a także wysoką pozycją w literackiej hierarchii.
Środowisko "Kuźnicy" postanowiło bronić się poprzez atak. Woroszylskiego, który mieszkał jeszcze w Szczecinie, wezwano depeszą do Warszawy na nadzwyczajne zebranie podstawowej organizacji partyjnej, które odbyło się w klubie partyjnych literatów na Pankiewicza i przeciągnęło długo w noc. Prócz pisarzy przybyli też dygnitarze z KC i redaktorzy partyjnych gazet.
Woroszylski - jak wynika z protokołów zebrań POP-u - tłumaczył się z tego, że oddał do redakcji tekst przeciwko zbyt mało rewolucyjnym wierszom zasłużonych towarzyszy. Myślał, że to rzecz redakcji konsultowanie artykułów w KC, więc był pewien, że jeśli napisze tekst błędny, to nie zostanie on puszczony do druku. A ponieważ towarzysz Borejsza codziennie chodzi do KC - kontynuował - miał prawo sądzić, że jego artykuł został uzgodniony. I zakończył, że teraz sam będzie tam nosił swoje teksty, żeby nie było nieporozumień.
Przywoływali go do porządku Sokorski i Żółkiewski, Hoffman i Ważyk.
"Zebranie zamieniło się w sąd nade mną" - wspominał Woroszylski po latach. Skąd ten atak? - pytał. Po prostu "zwierzchność partyjna nie przepada za wyskakiwaniem ochotników przed szereg. Andrzejewskiemu dano spokój, ale moją "walkę pokoleń" potępiono na łamach "Kuźnicy" i "Trybuny Ludu""[9].
Przebywający na placówce w Berlinie, ponaglany listami z Warszawy Tadeusz Borowski pisał w tym czasie swój zadedykowany Andrzejewskiemu i Woroszylskiemu artykuł Rozmowy, deklarując, że ma dość siły, aby "wszystkimi sposobami przykładać się do walki z imperializmem: pamfletem i paszkwilem, reportażem i wywiadem, felietonem i esejem. Nie chcę zrezygnować z żadnego ciosu, który można zadać".
Z tą samą siłą, z jaką kiedyś atakował Zofię Kossak-Szczucką, teraz w pełnych pasji słowach potępiał całą swoją dotychczasową twórczość: "Dużo pisano o moim kompleksie obozowym. [...] To był tylko "antyfaszyzm" bez pozytywnych rozwiązań. Kiedy się ukazuje upodlenie człowieka w warunkach faszyzmu, trzeba pokazać jednocześnie jego bohaterstwo; nie wolno z udziału w walce klasowej wymigiwać się "okrutnym oburzeniem moralnym". [...] Nie umiałem klasowo podzielić obozu [...]. Zabawiłem się w ciasny empiryzm, behawioryzm i jak to tam się nazywa. Miałem ambicję pokazania "prawdy", a skończyłem na obiektywnym przymierzu z ideologią faszystowską".
Bez pardonu rozprawiał się z pisarzami starszego pokolenia, z Zofią Nałkowską i Jarosławem Iwaszkiewiczem na czele, których twórczość określił mianem "zdegenerowanego realizmu mieszczańskiego". "Nasi nauczyciele, starsi pisarze przedwojenni, wytykali nam stale nieuctwo; z wtajemniczonymi minami mówili o tradycji europejskiej i narodowej, udzielali porad, wskazówek i przestróg" - wspominał seminarium w Nieborowie. I pastwił się nad Iwaszkiewiczem, który podczas warsztatów rzemiosła pisarskiego na przykładzie jednego ze swych opowiadań "wskazywał, jak rzeczywistość przetapia się w materiał literacki, a ten ulega dalszej obróbce w myśl praw kompozycji". Borowski ciągnął dalej: "Oto dwoje nieszczęśliwych kochanków spotyka się po latach, wspominają dawne lata na Ukrainie, potem kochanka topi się w kanale weneckim. W rzeczywistości jednak kochanka nie pochodziła z Ukrainy, tylko z Warszawy, i wcale nie była kochanką, tylko szoferem". I podsumował: "O, nędzo tego warsztatu pisarskiego! [...] O naiwności młodych adeptów literatury! Braliśmy te "wtajemniczenia" za dobrą monetę. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że podobne seminaria urządzał Gorki. Ale Gorki nie opowiadał o przeróbkach doświadczeń homoseksualnych na "kompozycje"".
W równie koszarowym stylu zaatakował pisarzy związanych z "Kuźnicą": "Nie mając ani hartu, ani doświadczenia socjalnego szeregowego członka partii, robotnika czy chłopa, pisarz [...] po dawnemu barłożył się na Bandurskiego w Łodzi i przyjeżdżał na kochanki do Warszawy albo urządzał pogadanki z mandolinistkami łódzkimi".
Gromił też "antysanacyjność" współczesnej prozy jako sposób na "bezczynne przyglądanie się praktykom imperializmu". Do tego, żeby być pisarzem realistycznym i postępowym - dowodził - nie wystarczy drukować w "Odrodzeniu" i osobiście nie lubić sanacji oraz rządu pułkowników[10]. Krytykować ustrój burżuazyjny można tylko z pozycji marksistowskich. Wszystko inne jest jego zakamuflowaną obroną, rzewnym "kochajmy się".
Andrzejewskiego chwalił za to, jak wiele się nauczył i jak wspaniałą przebył drogę od zbioru debiutanckich opowiadań Drogi nieuniknione. Woroszylskiego zapewniał: "Mylicie się, towarzyszu Woroszylski, przyjdzie czas, że robotnik po pracy, mówca na trybunie, chłopiec z ZMP będą powtarzali wasze wiersze".
Tymczasem najwyższe władze partyjno-państwowe niepokoił fakt, że wciąż jakoś nie widać było na horyzoncie pisanych w duchu realizmu socjalistycznego arcydzieł. Na 18 lutego 1950 roku zwołano pisarzy na konferencję z udziałem przedstawicieli rządu oraz dyrektorów przemysłu ciężkiego i lekkiego, by uświadomić literatom "oderwanie od społeczeństwa" oraz "nienadążanie za duchem czasu" i zaproponować antidotum: wyjazdy na wieś i do ośrodków przemysłowych. Kiedy zaproszeni goście weszli do sali obrad Rady Państwa, czekało już na nich, rozłożone na krzesłach i pulpitach, "Odrodzenie" z artykułem Borowskiego.
Dąbrowska sama na konferencję nie poszła, ale przytoczyła w dzienniku opowiedzianą jej scenę: Adolf Rudnicki biegał po sali obrad, zbierał egzemplarze "Odrodzenia", a nawet wyrywał je z rąk czytających, i wyrzucał przez okno. A to dlatego, że poczuł się osobiście dotknięty z powodu tego, co Borowski napisał o nim: "Czyż nie jest obroną połowicznej dzisiejszej postawy kajanie się Brandysa w Drewnianym koniu, że nie uczestniczył w ruchu oporu, Sandauera, że przeżył getto, moje, że przeżyłem obóz, Adolfa Rudnickiego, że nie upiekli go w piecu?".
Referat programowy wygłosił Jakub Berman. Pisarze muszą sobie przyswoić podstawy marksizmu i leninizmu - mówił ogólnie. Gdy przeszedł do szczegółów, zaproponował zebranym, by zwrócili swoją uwagę na przykład na pracę POM-ów - państwowych ośrodków maszynowych przy wiejskich spółdzielniach. Zwracał się do tych, którzy "nie chcą stać się narcyzami, zapatrzonymi w swoją samotność i przeszłość, którzy nie chcą, ażeby wartki prąd nowego życia przepłynął obok nich": "Miliony ludzi pracy wyciągają do was rękę - mówił. - Kraj wzmaga wysiłek i może wzmożonego wysiłku wymagać od swoich pisarzy".
Przy okazji wygłosił pean na cześć samokrytyki: "Zrozumienie tej broni jest bodaj najmniejsze, tymczasem jest to coś niesłychanie pięknego, wyzwolenie najlepszych cech, niszczenie złych cech, zawiści, zarozumialstwa, samouwielbienia"[11].
Andrzejewski natychmiast złożył samokrytykę i powtórzył, co mu leży na sercu: "Bez odnalezienia w sobie partyjnego stosunku do ludzi i konfliktów naszych czasów nie będę potrafił przetworzyć artystycznie naszej rzeczywistości".
Nałkowska po powrocie z konferencji zanotowała w dzienniku, że pisarze "pomiatani, iż dotąd nie napisali nic albo źle", na zarzuty Bermana odpowiadali "słabo lub dziwnie", a Jerzy Andrzejewski wręcz pokornie, dziękując za nagany, które pomagają mu pisać. Zastanawiała się, dlaczego wzywanie do zbliżenia się z masami i głoszenie socrealizmu muszą się odbywać za pomocą fraz typu: "płynie wśród nas wielką falą fluid i stuka do naszych sumień"; "najwęższym gardłem planu sześcioletniego jest człowiek"; "pierwsze ogniwo scementowania".
Pisarze dowiedzieli się jeszcze, że partia ma im do zaoferowania stypendia na wyjazdy w teren, na wieś i do wielkich zakładów przemysłowych, żeby zbierali tam materiały do przyszłych socrealistycznych dzieł[12]. Ta akcja miała uporządkować literacką twórczość według zapotrzebowań partii. I zaraz ruszyła cała partyjno-biurokratyczna machina. Wydział Kultury KC wystosował poufny list do wojewódzkich pierwszych sekretarzy, aby pomagali literatom w ich pracy, składając jednocześnie "górze" sprawozdania, informując o wszystkich problemach (zwłaszcza natury politycznej), jakie w związku z ich przyjazdem mogą się pojawić. Stosowne ministerstwa zaczęły zgłaszać do KC listę zakładów typowanych do akcji wyjazdowej (czasem ze szczegółowym wyliczeniem tematów czy wręcz nazwiskami przodowników pracy, o których należałoby pisać). Ministerstwo Kultury z kolei informowało KC, dokąd poszczególni literaci chcieliby pojechać i jakie są ich twórcze zamiary. Między urzędami centralnymi a lokalną władzą krążyły w tej sprawie dziesiątki okólników, listów i sprawozdań.
Z oferty skorzystało osiemdziesięciu pisarzy (choć zgłosiło się blisko 200). Wśród nich Maria Dąbrowska, która - jak odnotowała w dzienniku - uznała, że to szansa, aby przyjrzeć się pracy jakiejś fabryki, co ze względu na kreowaną przez propagandę atmosferę powszechnego zagrożenia szpiegostwem i sabotażem było jak dotąd niemożliwe. "Sądzę, że każdy z nas ma dosyć własnych oczu i własnego rozumu - tłumaczyła sobie - aby zobaczyć w zwiedzanych obiektach nie tylko to, co "nam do widzenia podają". Dlatego, o ile tylko da się to pogodzić z moją pracą i z moimi bardzo zmurszałymi siłami, mam zamiar wziąć w tym bynajmniej nie pozorny (choć nie w celu stania się apologetą ustroju) udział. [...] Interesuje mnie wszystko, oprócz kołchozacji, którą uważam w tej formie za piramidalny błąd systemu" (3 marca 1950). I przez wiele dni pilnie jeździła do warszawskich Zakładów Urządzeń Przemysłowych (dawny Parowóz), ale żaden utwór na tej podstawie nie powstał.
Adam Ważyk po powrocie z konferencji zasiadł do pisania referatu, który przed opublikowaniem w "Kuźnicy" złożył do zaakceptowania (w Archiwum Akt Nowych w teczce Wydziału Kultury KC PZPR widnieją na nim drobne tylko korekty dwóch towarzyszy, jedna ołówkiem zwykłym, druga kopiowym). Tytuł O właściwe stanowisko odpowiadał treści. To był czas, kiedy twórcy o tym, co myśleć i jak pisać, dowiadywali się ze stosownych referatów przygotowywanych przez Jakuba Bermana, Pawła Hoffmana, Włodzimierza Sokorskiego, Leona Kruczkowskiego, Jerzego Putramenta czy Ważyka właśnie.
Ważyk zaczął od samokrytycznej oceny roli "Kuźnicy", która nie pomagała odnaleźć się zagubionym w nowej rzeczywistości pisarzom, chwaliła ich miast zagrzewać do walki, nie przyśpieszała ich dojrzewania, a tym samym niedostatecznie wywiązywała się z zadań czołowego pisma marksistowskiego. Na pisarzach zaś "ciążyły pozostałości dawnych orientacji artystycznych wytwarzanych pod presją ideologiczną burżuazji w okresie imperializmu; przenikały do nich wpływy antyhumanistyczne prądów dzisiejszej literatury amerykańskiej albo kosmopolitycznych wasali USA we Francji".
"Kuźnica" popełniła jeszcze jeden grzech - pisał Ważyk. W swoim "elitarnym zasklepieniu" i "wyniosłym mentorstwie" odepchnęła od siebie grupę młodych, rewolucyjnych poetów. Tu przeszedł do Woroszylskiego, którego artykuł "zawierał co prawda zdrowe ziarno protestu przeciwko estetyzmowi", ale zepchnął dyskusję na błędny tor, ujawnił "niebezpieczeństwo grupowości w łonie jednego obozu walczącego o jedną sprawę, o rozwój kultury socjalistycznej". "Młody poeta, partyjny, pozostawiony bez opieki i umacniany w nieprzemyślanych poglądach - wyjaśniał - wpadł w błędne rozumowanie. Szafował przy tym nieuzasadnionymi oskarżeniami politycznymi bez argumentów". I dowodził, że szczególne upodobania poetyckie zaślepiły Woroszylskiego tak dalece, że odebrały mu jasność sądu ideowo-politycznego.
Pochwalił postawę Jerzego Andrzejewskiego, który "przeszedł długą i żmudną drogę, by w końcu okazać się najlepszym krytykiem swojej powieści". Od dawna był w obozie postępu, ale nie był marksistą, zaledwie sprzymierzeńcem. Jednak w zetknięciu z teorią i praktyką marksistowską odnalazł właściwy system moralny dla swego pisarstwa.
Wreszcie zajął się artykułem Borowskiego, któremu "maniera lekkomyślnego szafowania ocenami zeszpeciła słuszną w wielu miejscach wypowiedź". Zarzucił mu, że wydając wyrok na pisarstwo Iwaszkiewicza i Nałkowskiej, nie wykazał się "dojrzałą rewolucyjną wiarą w człowieka, która przewiduje przecież możliwość przekształcania się i rozwoju pisarzy".
I zakończył: "Nowa sytuacja wymaga zmiany przestarzałego układu czasopism literackich".
Pod koniec marca 1950 roku rozwiązano zarówno redakcję "Kuźnicy", jak i "Odrodzenia". Na ich miejsce powołano tygodnik "Nowa Kultura", którego naczelnym został Paweł Hoffman.
Pierwszy numer otwierał wstępniak Tadeusza Borowskiego, który będzie miał w piśmie stały felieton Mała kronika.
Wiktor Woroszylski tak rok później oceniał powstanie nowego pisma: ""Nowa Kultura" uwolniła siły literackie obozu lewicy od spadku kuźnicowo-odrodzeniowego eklektyzmu i zamętu ideowego". W świetle reflektorów na główną scenę literacką wkraczali "pryszczaci" (z dawnej redakcji "Kuźnicy" ostał się w "Nowej Kulturze" jedynie Kazimierz Brandys; jego dawni koledzy redakcyjni publikować tam będą z rzadka, a jeżeli, to głównie drobiazgi). "Kuźniczanie", którzy w swojej publicystyce od samego początku przygotowywali grunt pod realizm socjalistyczny - jako formacja schodzili ze sceny[13].
W takiej atmosferze toczyły się przygotowania do kolejnego zjazdu literatów, który przypieczętować miał to, o czym zaczęło się mówić już w Szczecinie: monopol realizmu socjalistycznego.
24 czerwca 1950 roku zjazd warszawski otworzył premier Józef Cyrankiewicz, pierwsze przemówienie wygłosił sekretarz Związku Pisarzy Radzieckich Aleksiej Surkow. Przerywały mu okrzyki na cześć Stalina. Nad stołem prezydialnym wisiał transparent: "Pisarze - inżynierowie dusz ludzkich". I podpis: "Stalin".
Referat Perspektywy rozwojowe literatury polskiej Adam Ważyk zaczął od tradycyjnych już ataków na "ciemne siły imperializmu", dla których dobre jest wszystko, "co odwraca człowieka od perspektyw rozwojowych, co wtrąca go w mrok samotnictwa i niewiedzy, co gasi wiarę w człowieka". Wszystkie koncepcje literackie, które nie podporządkowują się realizmowi, uznał za służące owym ciemnym siłom akty dywersji. Wymienił je po kolei: formalizm ("bo odbiera sztuce zdolność do walki o wartości życia"), ekspresjonizm, płaski empiryzm, a także "oderwane, izolowane od dramatu życia dramaty zasad moralnych, które dzieją się nigdy i nigdzie", jakby moralność można było traktować w oderwaniu od tego, "w jakim świecie będziemy żyli, czy w świecie sponiewieranym przez bankierów amerykańskich, czy w tym świecie postępu, który w fazie komunizmu chce dać ludziom chleb bezpłatny i na pewno da go - na pozgonne bankierom".
Następnie omówił "poszczeciński dorobek literacki". Ciosy rozdawał na oślep, bił po równi w poezję, prozę, krytykę literacką. Nic nie znalazło jego uznania poza Opowieściami z książek i gazet Tadeusza Borowskiego, szkicami literackimi Przy budowie Tadeusza Konwickiego oraz powieścią Traktory zdobędą wiosnę Witolda Zalewskiego.
Najbardziej jednak zapamiętano mu brutalny atak na Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, którego poetyki nie cierpiał zresztą już przed wojną i którego twórczość uznał za szkodzącą sprawie socjalizmu w Polsce: "Poeta opowiada się po stronie demokracji ludowej, po stronie socjalizmu, ale na dowód rozkłada nam przed oczami zdemolowany kramik mieszczańskiego inteligenta. Czego tam nie ma? Jest lamus szlacheckiego baroku z antycznymi bogami, pstrokacizna cudzoziemskich słówek, wyprzedaż całej neoromantycznej starzyzny poetyckiej, cygańskie antyfilisterskie facecje, a spoza tych facecji wyłania się z wierszy Gałczyńskiego filisterski kącik z koteczkiem i firankami. Wszystko to prosi się o zestawienie ze znakomitym wierszem Majakowskiego: "Czerwona ramka/ Marks na ścianie./ Kot się ociera o "Izwiestia" stare./ A pod sufitem/ piszczy nieustannie/ rozwydrzony kanarek". Słuszniej by było, gdyby Gałczyński ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach". I dalej apelował o "oczyszczenie poezji ze smaczków i pięknostek burżuazyjnej poetyki z czasów imperializmu, ze skłonności formalistycznych i tradycji zepsutego baroku". Gałczyński miał na to odpowiedzieć w kuluarach: "Cóż, kanarkowi łeb można ukręcić, ale wtedy wszyscy zobaczą klatkę. Co zrobić z klatką, koledzy?"[14].
Żółkiewski, choć odmieniał przez wszystkie przypadki "marksistowską etykę" i "naukę radziecką", był dużo łagodniejszy od Ważyka. On z kolei pochwalił Jerzego Andrzejewskiego i Kazimierza Brandysa za to, że ich książki "przechodzą na przodujący bastion walki o nową literaturę". Opowiedział się - jak jego przedmówca - za realizmem socjalistycznym.
Zadanie wytłumaczenia pisarzom, czym tak naprawdę jest realizm z przymiotnikiem "socjalistyczny", powierzono Melanii Kierczyńskiej, wykładowczyni szkoły partyjnej przy KC, gwieździe krytyki marksistowskiej. Zaczęła od wyjaśnienia, że idealiści "przyjmują zasadę prymatu idei", a materialiści zasadę "prymatu bytu", że "idealizm spełnia klasową funkcję narzędzia ideologicznego klasy wyzyskującej", realizm zaś "jest zgodny z naturą ludzkiego poznania". Realizm socjalistyczny to nic innego jak twórcze przezwyciężanie dziewiętnastowiecznego realizmu w duchu epoki, a więc - czego nie powiedziała wprost - tendencyjne i w dydaktycznym sosie. "Realizm socjalistyczny tworzy typowe postacie, w typowych warunkach, to znaczy postacie żyjące w rzeczywistości mocno odtworzonej w jej konkretności". Wymieniła jego cechy: optymizm, humanizm, ostrą aktualność, pokazanie nowego człowieka, budowniczego socjalizmu, i - przede wszystkim - postawę partyjną, która ma obowiązywać również bezpartyjnych.
Z jej wystąpienia Dąbrowska odnotowała taki passus: "Na pierwszych zjazdach pisarze reakcyjni, mający jeszcze nadzieję tymczasowości obecnego stanu rzeczy, występowali jawnie. Dziś zamknęli się w okopach milczenia. Ale my ich wyciągniemy z tych okopów". A całość obrad tak skomentowała: "Martwota i służalczość duchowa, faszerowana górnymi frazesami. Wściekła postna nuda kiepskiego przedstawienia teatralnego, które, zdaje się, przeraziło i zasmuciło nawet komunistów, reżyserów widowiska. Sala składała się zresztą przeważnie z młodych grafomanów partyjnych, różnych "pryszczatych" liczących na koniunkturę dla krzykliwej miernoty" (27 czerwca 1950).
Po Kierczyńskiej przemówił Borowski. Zaczął od bicia się w piersi: "Kiedy my błądziliśmy w formalizmie, nasze pokolenie walczyło z bandami. Jeden ze znajomych opowiadał mi o tym". Gdy wymawiał słowa: "klasa robotnicza", "imperializm", "burżuazja", "prowokacja" - jego głos podnosił się do krzyku. Nie ma walki pokoleń. Jest tylko walka klas - oświadczył. Zażądał od pisarzy, by stawili czoło nowym czasom. I zapowiedział: "Będziemy bronić Dąbrowskiej z Nocy i dni przeciwko dzisiejszej Dąbrowskiej".
Woroszylski natomiast zaczął od skargi na starszych kolegów po piórze, którzy lekceważą młodzież i ich pisma "Pokolenie" oraz "Sztandar Młodych". Podał przykład Jana Kotta, który na propozycję, by napisał artykuł o Dickensie, przesłał list podpisany przez sekretarkę, że jest zajęty (głos z sali: "Kott to niebezpieczny bumelant"). I Jarosława Iwaszkiewicza, który odmówił napisania artykułu z wrażeniami z zagranicznej podróży (wywołany do tablicy Iwaszkiewicz odkrzyknął: "Ale zrobiłem to osobiście"). Następnie złożył samokrytykę: zbyt formalistycznie podszedł do tradycji Majakowskiego. Po czym zaatakował wiersz Tadeusza Różewicza Chmury mosiężne i czarne za uleganie katastrofizmowi i nastrojom literatury zachodniej, burżuazyjnej - "tej literatury, o której Tadeusz Borowski słusznie powiedział, że jest jedną wielką prowokacją". I zakończył, że dla takiej liryki nie ma miejsca w kraju budującym socjalizm.
Jan Kott, odnosząc się do przemówienia Borowskiego, zauważył, że trzeba nie mieć za grosz skromności, aby na otwarcie zjazdu literatów z całej Polski opowiadać głównie o sobie i na koniec oznajmić, że posiadło się wiedzę, co i jak mówić robotnikom. Prawda, przyznał, "Kuźnica" popełniała błędy, ale była pismem ciekawym, podczas gdy "Nowa Kultura", "bardziej martwa niż oba pisma, na których grobie powstała", pełna jest "oficjalszczyzny". Mówiąc o potrzebie szacunku dla Dąbrowskiej, przestrzegał, że przełomu w literaturze nie dokonają studenci wysłani w teren w celu zrobienia reportaży z zakładu pracy.
Stefan Żółkiewski (odesłany już na inny front: do organizowania Instytutu Badań Literackich) miał mu na to odpowiedzieć, że jest największą przeszkodą na drodze do socrealizmu.
Tak jak dla Pawła Hertza zjazd szczeciński, tak dla Jana Kotta zjazd warszawski stał się sygnałem, że nadchodzą ciężkie czasy dla literatury i krytyki literackiej. I na dobrą sprawę przestał je uprawiać, przeszedł do pracy uniwersyteckiej, najpierw na romanistyce we Wrocławiu, później na polonistyce na UW[15]. Wciąż jednak uczestniczył w różnych partyjnych gremiach dyrygujących kulturą, zaczął też pisać recenzje teatralne, stawiając w ten sposób pierwsze kroki jako przyszły szekspirolog.
Aleksander Wat, zabierając głos w dyskusji, zwyczajowo już zganił schematyzm nowej literatury.
Głos chciał zabrać również poeta Wojciech Bąk, przed wojną laureat nagrody "Wiadomości Literackich" i wawrzynu Polskiej Akademii Literatury. Wcześniej oznajmił paru osobom (między innymi Jerzemu Putramentowi), że wygarnie z trybuny, jak niszczona i sowietyzowana jest polska kultura. Jarosław Iwaszkiewicz, któremu zwierzył się, że po swoim wystąpieniu ma zamiar zażyć cyjanek, wziął go na stronę i próbował wyperswadować mu ten zamiar. Bąk się zaparł, jednak w drodze na mównicę został zatrzymany przez ubeków, którzy odstawili go do miejsca zamieszkania w Poznaniu[16].
Incydent ten przeszedł jednak niemal niezauważony. Generalnie zjazd upłynął na ubolewaniach nad współczesną literaturą, krytykowaniu pisarzy za to, że nie dość energicznie zabrali się do pracy po zjeździe szczecińskim, i gromkich zachętach do tworzenia dzieł na miarę epoki.
Jerzy Andrzejewski, który w sporach między "kuźniczanami" a "pryszczatymi" nie uczestniczył, wyznał, że gdy zbliżał się do ideologii marksistowskiej, raził go frazes, przeszkadzało mu, że będzie musiał używać sformułowań, których przed nim używano już wielokrotnie. Te zahamowania - zapewnił - będą znikać wraz z krzepnięciem nowej świadomości pisarskiej.
"Mit oryginalności i strach przed partyjnym językiem rozwiał się całkowicie z chwilą, gdy zetknąłem się z konkretnym obowiązkiem, gdy rok temu miałem wygłosić mowę o uchwałach watykańskich - oświadczył. - Otóż stwierdziłem wtedy, że nie mogę pisać i mówić o tym inaczej, jak tylko tak, jak mówi się w języku marksistowskim". Apelował, by nie uciekać przed językiem, którym posługuje się partia. Przyczyn "niedowładu obecnej literatury" upatrywał też w niedojrzałości ideologicznej pisarzy i płynącej stąd obawie przed polityczną oceną ich dzieł. To dlatego procesowi twórczemu towarzyszy strach: "Co powie towarzysz Sokorski? Co powie towarzysz Berman?". Proponował, by przystępując do pisania, "zrzucić z siebie gorset" i wyzwolić się z tych lęków.
Kazimierz Brandys oświadczył, że młodzi czytelnicy oczekują takich bohaterów literackich jak Pawka Korczagin z powieści Jak hartowała się stal, i podzielił się smutną rewelacją, że na zakończenie roku szkolnego uczennica jednej z warszawskich szkół dostała w nagrodę książkę amerykańskiego autora, wydaną przez jezuitów. Zakończył cytatem z Fadiejewa: "Tylko w świecie socjalizmu literatura może prawdziwie stać się piękna".
Leon Kruczkowski ogłosił, że realizm socjalistyczny jest odtąd jedyną doktryną obowiązującą Związek Literatów Polskich, i wezwał: "Pisarze - do twórczości!", przestrzegając przy tym, że "wróg klasowy czai się w mózgu każdego z nas". Do statutu ZLP wpisano, że jego członkowie stanowić powinni "czołowy oddział pracowników kultury państwa budującego socjalizm".
Dąbrowska w dzienniku podsumowała, że zjazd "był czymś w rodzaju uroczystego pogrzebu literatury i pisarzy na rzecz pismaków-pomagierów rządu w akcji "umacniania ustroju". Nie był to nawet zjazd polityczny, lecz zjazd posłuszeństwa i liturgiczno-kanoniczny, jeśli można użyć tych pięknych, starych słów do określenia szmiry. [...] Jedynymi względnie przyzwoitymi i starającymi się zachować ślad polskiego stanowiska i jakiś poziom intelektualny były referat Żółkiewskiego i przemówienie Kotta (mówili tylko komuniści). Obie te mowy były bardzo skąpo oklaskiwane przez współwyznawców. Szczególnie odrażające były przemówienia T. Borowskiego i W. Woroszylskiego" (27 czerwca 1950).
Jerzy Andrzejewski wybrany został na wiceprezesa ZLP, a do prezydium zarządu weszli Tadeusz Borowski i Kazimierz Brandys.
Jednak faktyczną władzę w ZLP przez najbliższe lata sprawować będzie jego sekretarz generalny Jerzy Putrament, ściągnięty specjalnie z Paryża, gdzie był ambasadorem. Objął on osobisty nadzór nad stworzonymi decyzją zjazdu sekcjami prozy, poezji, dramatu, tłumaczeń, satyry, literatury dla dzieci i młodzieży. To one miały teraz administracyjnie zarządzać pisarskim natchnieniem.