Legion Wspomnień. Cykl Expanse. Tom 10 - James S.A. Corey

Kup ebooka

45.00 zł
38.25 zł (36,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Napęd

Przy­śpie­sze­nie rzuca Solo­mona w fotel kapi­tań­ski, a potem przy­gniata mu pierś. Jego prawa ręka ląduje na brzu­chu, lewa na opar­ciu fotela koło ucha. Łydki napie­rają na pod­pórki. Wstrząs jest ude­rze­niem, ata­kiem. Jego mózg jest pro­duk­tem milio­nów lat ewo­lu­cji naczel­nych i nie jest przy­go­to­wany na coś takiego. Naj­pierw uznaje, że został zaata­ko­wany, potem, że spada, a w końcu, że to wszystko jest jakimś rodza­jem kosz­mar­nego snu. Jacht nie powstał w wyniku ewo­lu­cji, jego alarmy akty­wują się czy­sto infor­ma­cyj­nie. Gdy­byś chciał wie­dzieć, to lecimy wła­śnie z przy­śpie­sze­niem czte­rech ziem­skich gra­wi­ta­cji. Pię­ciu. Sze­ściu. Sied­miu. Wię­cej niż sied­miu. Na obra­zie z zewnętrz­nej kamery prze­myka Fobos, a potem widać tam tylko gwiazdy, pozor­nie rów­nie nie­zmienne, jak na zdję­ciu.

Potrze­buje pra­wie peł­nej minuty na zro­zu­mie­nie, co się stało, a potem pró­buje się uśmiech­nąć. Jego obcią­żone serce stara się zdo­być na więk­szy wysi­łek, by poczuć dumę.

Wnę­trze jachtu urzą­dzono na kre­mowo i poma­rań­czowo. Panel ste­ro­wa­nia to pro­sty model z ekra­nem doty­ko­wym, na tyle stary, że powierzch­nia zaczęła sza­rzeć w rogach. Nie jest ładny, ale funk­cjo­nalny. Pewny. Poja­wiło się ostrze­że­nie, że wyłą­czył się recy­kler wody. Solo­mona to nie dziwi - leci z przy­śpie­sze­niem wycho­dzą­cym poza zało­że­nia pro­jek­towe - i zaczyna zga­dy­wać, na czym dokład­nie może pole­gać usterka. Sądzi, że przy tak dużym ciągu dzia­ła­ją­cym wzdłuż głów­nej osi statku zawiódł zawór prze­pływu zwrot­nego zbior­nika, ale chęt­nie spraw­dzi, gdy skoń­czy się lot. Pró­buje ruszyć ręką, lecz zaska­kuje go jej cię­żar. Ludzka dłoń waży około trzy­stu gra­mów. Przy 7 g to wciąż nie­wiele ponad dwa tysiące. Powi­nien móc nią poru­szyć. Czu­jąc drże­nie mię­śni, prze­suwa rękę w stronę panelu ste­ro­wa­nia. Zasta­na­wia się, ile fak­tycz­nie wynosi przy­śpie­sze­nie powy­żej sied­miu. Ponie­waż czuj­niki osią­gnęły swoje mak­si­mum, będzie musiał to wyli­czyć po zakoń­cze­niu lotu, na pod­sta­wie dłu­go­ści przy­śpie­sze­nia i koń­co­wej pręd­ko­ści statku. Pro­sta aryt­me­tyka. Pora­dzi sobie z tym nawet dziecko. Nie mar­twi się. Sięga do panelu ste­ro­wa­nia, tym razem uży­wa­jąc całej siły, a z jego bar­kiem dzieje się coś mokrego i bole­snego.

Ups, myśli. Chce zaci­snąć zęby, ale nie udaje mu się to ani tro­chę bar­dziej niż wcze­śniej­sza próba uśmie­chu. To będzie zawsty­dza­jące. Jeśli nie zdoła wyłą­czyć sil­nika, będzie musiał pocze­kać na zuży­cie całego paliwa, a potem wezwać pomoc. Co może sta­no­wić pro­blem. W zależ­no­ści od war­to­ści jego przy­śpie­sze­nia ciąg statku ratun­ko­wego będzie musiał być bar­dzo długi w porów­na­niu z jego wła­snym. Może dwu­krot­nie dłuż­szy. Dotar­cie do niego może nawet wyma­gać jakiejś jed­nostki dale­kiego zasięgu. Odczyt poziomu paliwa jest drobną war­to­ścią na lewej dol­nej czę­ści panelu, zie­loną na czar­nym tle. Trudno się na nim sku­pić. Przy­śpie­sze­nie działa na gałki oczne, zmie­nia­jąc ich kształt. Astyg­ma­tyzm zawdzię­czany zaawan­so­wa­nej tech­no­lo­gii. Mruży oczy. Jacht zbu­do­wano do lotów z dłu­gim cią­giem, a zaczął, mając zbior­niki na masę reak­cyjną zapeł­nione w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach. Odczyt wska­zuje, że sil­nik pra­cuje od dzie­się­ciu minut. Poziom paliwa wynosi osiem­dzie­siąt dzie­więć prze­ci­nek sześć. To nie może być prawda.

Po minu­cie spada do prze­ci­nek pięć. Dwie i pół minuty póź­niej do prze­ci­nek cztery. To ozna­cza, że sil­nik będzie pra­co­wał z bie­żą­cym przy­śpie­sze­niem przez ponad trzy­dzie­ści sie­dem godzin, a jego koń­cowa pręd­kość wynie­sie nieco poni­żej pięć pro­cent pręd­ko­ści świa­tła.

Solo­mon zaczyna się przej­mo­wać.

***

Spo­tkał ją dzie­sięć lat temu. Ośro­dek badaw­czy w Dhan­bad Nova był jed­nym z naj­więk­szych na Mar­sie. Trzy poko­le­nia po tym, jak pierwsi kolo­ni­ści wko­pali się w skałę i piach dru­giego domu ludz­ko­ści, postęp roz­sze­rzył gra­nice nauki, zro­zu­mie­nia i kul­tury tak bar­dzo, że pod­ziemne mia­sto mogło utrzy­mać aż pięć barów, nawet jeśli jed­nym z nich był bez­al­ko­ho­lowy lokal, w któ­rym spo­ty­kali się dżi­ni­ści i zro­dzeni na nowo chrze­ści­ja­nie. Pozo­stałe cztery sprze­da­wały alko­hol i dokład­nie takie samo jedze­nie, jak to dostępne w sto­łów­kach, tylko przy akom­pa­nia­men­cie muzyki i z ekra­nami ścien­nymi wyświe­tla­ją­cymi przez całą dobę kanały roz­ryw­kowe z Ziemi. Solo­mon i jego grupa spo­ty­kali się w tym miej­scu dwa do trzech razy na tydzień, gdy nie byli zbyt­nio obcią­żeni pracą w ośrodku.

Zwy­kle grupa skła­dała się z jakichś wer­sji tej samej dwu­nastki. Dzi­siaj byli tu Tori i Raj z pro­jektu odzy­ski­wa­nia wody. Vol­ta­ire, która naprawdę miała na imię Edith. Julio, Carl i Malik, pra­cu­jący razem nad tera­piami anty­no­wo­two­ro­wymi. I Solo­mon. Mówili, że Mars to naj­więk­sze małe mia­steczko w Ukła­dzie Sło­necz­nym. Nie­mal ni­gdy nie poja­wiał się tu nikt nowy.

Tym razem ktoś taki przy­szedł. Sie­działa obok Malika, miała ciemne włosy i cier­pliwy wyraz twa­rzy o rysach tro­chę zbyt ostrych, by uznać ją za kla­sycz­nie piękną, a na przed­ra­mio­nach dostrzegł ciemne wło­ski. Miała geny, w wyniku któ­rych około trzy­dzie­stego pią­tego roku życia u kobiet czę­sto poja­wiał się pro­blem wąsika. Solo­mon nie wie­rzył w miłość od pierw­szego wej­rze­nia, ale gdy tylko usiadł przy stole, bar­dzo bole­śnie zdał sobie sprawę, że tego ranka nie ucze­sał się zbyt sta­ran­nie i tro­chę zbyt długo miał na sobie tę koszulę.

- Mars jest Ame­ryką - powie­dział Tori, wyko­nu­jąc przy tym sze­roki gest ręką z piwem. - Jest tu dokład­nie tak samo.

- To nie Ame­ryka - zapro­te­sto­wał Malik.

- Nie taka, jaką była na koniec, tylko taka jak na początku. Pomyśl, ile trwała podróż z Europy do Ame­ryki Pół­noc­nej w szes­na­stym wieku. Dwa mie­siące. Ile czasu potrzeba na dotar­cie tu z Ziemi? Czte­rech mie­sięcy. Albo dłu­żej, jeśli orbity nie są korzystne.

- I to pierw­szy powód, dla któ­rego nie przy­po­mi­namy Ame­ryki - sko­men­to­wał cierpko Malik.

- Zga­dza się rząd wiel­ko­ści - rzu­cił Tori. - Cho­dzi mi o to, że na potrzeby poli­tyki odle­głość mie­rzy się cza­sem. Od Ziemi dzielą nas całe mie­siące, a oni wciąż trak­tują nas, jak­by­śmy byli jakąś zagu­bioną kolo­nią. Jak­by­śmy im pod­le­gali. Ile osób spo­śród sie­dzą­cych przy tym stole otrzy­my­wało pole­ce­nia od kogoś, kto ni­gdy nie opu­ścił studni gra­wi­ta­cyj­nej, ale i tak uważa, że powi­nien dyk­to­wać, jak mają prze­bie­gać nasze bada­nia?

Tori uniósł rękę, a Raj zro­bił to samo. Vol­ta­ire. Carl. Nawet Malik, choć z opo­rami. Tori uśmiech­nął się prze­mą­drzale.

- Kto w tym ukła­dzie upra­wia praw­dziwą naukę? - zapy­tał Tori. - Wła­śnie my. Mamy now­sze i lep­sze statki. Nasza tech­no­lo­gia śro­do­wi­skowa przy­naj­mniej o dekadę wyprze­dza wszystko, co mają na Ziemi. W zeszłym roku zaczę­li­śmy być samo­wy­star­czalni.

- Nie wie­rzę - rzu­ciła Vol­ta­ire. Nowa wciąż się nie ode­zwała, ale Solo­mon zauwa­żył, że prze­nosi uwagę kolejno na każ­dego, kto się odzy­wał. Przy­glą­dał się, jak słu­cha.

- Nawet jeśli wciąż jest parę rze­czy, któ­rych potrze­bu­jemy z Ziemi, możemy je kupo­wać. Cho­lera, jesz­cze parę lat i będziemy mogli je wydo­by­wać z Pasa - stwier­dził Tori, wyco­fu­jąc się ze swo­jej ostat­niej uwagi i rów­no­cze­śnie pre­zen­tu­jąc nowe, rów­nie mało praw­do­po­dobne stwier­dze­nie. - Prze­cież nie twier­dzę, że powin­ni­śmy zerwać sto­sunki dyplo­ma­tyczne.

- Nie - odpo­wie­dział Malik. - Twier­dzisz, że powin­ni­śmy ogło­sić nie­za­leż­ność poli­tyczną.

- Cho­lerna racja - potwier­dził Tori. - Bo odle­głość mie­rzy się w cza­sie.

- A roz­są­dek w piwie - sko­men­to­wała Vol­ta­ire, dosko­nale naśla­du­jąc ton głosu Toriego. Nowa kobieta zare­ago­wała na to uśmie­chem.

- Nawet gdy­by­śmy uznali, że wszystko, co mamy do stra­ce­nia, to nasze łań­cu­chy, po co sobie zawra­cać głowę? - powie­dział Malik. - Prak­tycz­nie i tak mamy już wła­sny rząd. Zwra­ca­nie na to uwagi tylko przy­spo­rzy nam kło­po­tów.

- Naprawdę uwa­żasz, że Zie­mia tego nie zauwa­żyła? - zapy­tał Tori. - Myślisz, że chło­paki w labo­ra­to­riach na Lunie i w Sao Paulo nie patrzą w górę na niebo i nie mówią: "Ta mała czer­wona kropka kopie nas w dupę?". Czują zazdrość i strach, tak jak powinni. Tylko tyle mówię. Jeśli posta­no­wimy się unie­za­leż­nić, to nawet jeśli od razu spró­bują coś z tym zro­bić, i tak będziemy mieć mie­siące na przy­go­to­wa­nia. Anglia stra­ciła swoje kolo­nie, bo nie potra­fiła utrzy­mać kon­troli przy sześć­dzie­się­ciu dniach opóź­nie­nia, nie mówiąc już o stu dwu­dzie­stu.

- Cóż, także dzięki Fran­cu­zom - wtrą­ciła cierpko Vol­ta­ire.

- I, do cho­lery, bar­dzo dobrze. - Tori kon­ty­nu­ował, jakby się nie ode­zwała. - Bo kto póź­niej przy­szedł z pomocą, gdy nazi­ści zaczęli pukać Anglii do drzwi? Nie mam racji?

- Uch - ode­zwał się Solo­mon. - Wła­ści­wie to nie. Tak naprawdę powie­dzia­łeś coś innego. To my jeste­śmy Niem­cami.

A ponie­waż się ode­zwał, nowa kobieta prze­nio­sła na niego wzrok. Poczuł, jak ści­ska go w gar­dle, i napił się piwa, żeby je roz­luź­nić. Gdyby teraz się ode­zwał, zaskrze­czałby, jakby znowu miał czter­na­ście lat. Vol­ta­ire oparła łok­cie na stole, uło­żyła pod­bró­dek na ciem­nych dło­niach i unio­sła brwi. Wyraz jej twa­rzy jed­no­znacz­nie mówił: "To powinno być rów­nie dobre jak pod­pis".

- No dobrze. - Tori zre­zy­gno­wał z prób sporu z Mali­kiem. - Niech będzie. W czym jeste­śmy podobni do mor­der­czej bandy faszy­stów?

- W tym, jak byśmy wal­czyli - wyja­śnił Solo­mon. - Niemcy mieli naj­bar­dziej roz­wi­niętą naukę, tak jak my. Naj­no­wo­cze­śniej­szą tech­nikę. Rakiety. Nikt inny nie miał rakiet, tylko oni. Nie­miec­kie czołgi mogły nisz­czyć czołgi sprzy­mie­rzo­nych w sto­sunku pięć na jeden. Mieli naj­lep­sze łodzie pod­wodne, samo­na­pro­wa­dza­jące się poci­ski, wcze­sne odrzu­towce. Tak bar­dzo byli do przodu. Lep­sze pro­jekty, lep­sza pro­duk­cja. Byli ele­ganccy i inte­li­gentni.

- Poza całym tym raso­wym ludo­bój­stwem - sko­men­to­wał Julio.

- Ow­szem, poza tym - zgo­dził się Solo­mon. - Ale prze­grali. Mieli naj­lep­szą tech­nikę, tak jak my. I prze­grali.

- Ponie­waż byli psy­cho­pa­tyczni i sza­leni - odpo­wie­dział Julio.

- Nie - zaprze­czył Solo­mon. - To zna­czy ow­szem, byli, ale ist­niało mnó­stwo psy­cho­pa­tycz­nych faszy­stów, któ­rzy nie prze­gry­wali wojen. Prze­grali, ponie­waż każdy jeden ich czołg był wart pię­ciu prze­ciw­nika, ale Ame­ryka mogła zbu­do­wać dzie­sięć. Mieli olbrzy­mią bazę prze­my­słową, a nawet jeśli pro­jekt nie był rów­nie dobry, to co z tego? Zie­mia ma tę bazę prze­my­słową. Mają ludzi. Dotar­cie tutaj może im zająć mie­siące, może nawet lata, ale kiedy już to zro­bią, to nie pora­dzimy sobie z ich liczbą. Bycie zaawan­so­wa­nym tech­no­lo­gicz­nie jest świetne, ale my wciąż budu­jemy lep­sze wer­sje tego, co było już wcze­śniej. Jeśli chcesz pora­dzić sobie z prze­wagą demo­gra­ficzną Ziemi, potrze­bu­jesz cze­goś nowego w stop­niu zmie­nia­ją­cym para­dyg­mat.

Vol­ta­ire pod­nio­sła rękę.

- Nomi­nuję "zmianę para­dyg­matu" na hasło wie­czoru.

- Popie­ram - rzu­cił Julio.

Solo­mon poczuł, że zaczyna się czer­wie­nić.

- Wszy­scy za?

Zabrzmiał chór potwier­dzeń.

- Posta­no­wione - oświad­czyła Vol­ta­ire. - Niech mu ktoś kupi kolej­nego drinka.

Roz­mowa popły­nęła dalej, jak zwy­kle. Poli­tyka i histo­ria ustą­piły sztuce i inży­nie­rii pre­cy­zyj­nych struk­tur. Tema­tem wiel­kiej debaty wie­czoru stało się to, czy sztuczne mię­śnie dzia­łają lepiej z nano­rur­kami w arku­szach czy pęcz­kach, a obie strony sporu dopu­ściły się obrzu­ca­nia prze­ciw­ni­ków obe­lgami. Więk­szość była dobro­duszna, a pozo­stałe takie uda­wały, co było pra­wie tym samym. Ekran ścienny prze­łą­czył się na czy­sto muzyczny kanał niewiel­kiej spo­łecz­no­ści na Syria Pla­num, z cha­rak­te­ry­stycz­nymi dźwię­kami rai prze­pla­ta­ją­cymi się z kla­sycz­nymi euro­pej­skimi instru­men­tami stru­no­wymi. Był to jeden z ulu­bio­nych rodza­jów muzyki Solo­mona, bo była gęsta, skom­pli­ko­wana inte­lek­tu­al­nie i nie ocze­ki­wano, że będzie do niej tań­czył. Połowę wie­czoru spę­dził, sie­dząc obok Carla, roz­ma­wia­jąc o sys­te­mach wydaj­no­ści iniek­cji i pró­bu­jąc nie gapić się na nową kobietę. Kiedy prze­nio­sła się z miej­sca obok Malika do Vol­ta­ire, jego serce przy­śpie­szyło - może nie przy­szła tu z Mali­kiem - a potem z roz­pa­czą pomy­ślał, że może być les­bijką. Czuł się, jakby zgu­bił dekadę życia i nagle ugrzązł w hor­mo­nal­nej sali tor­tur począt­ków uni­wer­sy­tetu. W końcu zde­cy­do­wał się zapo­mnieć o ist­nie­niu nowej kobiety. Jeśli była nowa w ośrodku badaw­czym, dowie się, kim jest, i zapla­nuje oka­zję na roz­mowę z nią, dzięki czemu nie będzie wyglą­dał na samot­nego i zde­spe­ro­wa­nego. A jeśli nie była, to cóż, już jej nie zoba­czy. Mimo wszystko wciąż się za nią roz­glą­dał, tylko na wszelki wypa­dek.

Jak zwy­kle jako pierw­szy wyszedł Raj. Był w komi­te­cie pla­no­wa­nia, co zna­czyło, że dźwi­gał wszyst­kie cię­żary pracy tech­nicz­nej plus udział w zebra­niach komi­tetu kie­row­ni­czego. Jeśli któ­re­goś dnia pro­jekt ter­ra­for­ma­cji fak­tycz­nie ruszy, będzie miał w sobie inte­lek­tu­alne DNA Raja. Następni wyszli Julio i Carl, ręka w rękę, z Car­lem opie­ra­ją­cym głowę na ramie­niu Julia, jak robił to zwy­kle, gdy obaj byli lekko nie­trzeźwi i roz­ocho­ceni. Skoro zostali tylko Malik, Vol­ta­ire i Tori, uni­ka­nie nowej kobiety stało się trud­niej­sze. Solo­mon raz wstał, żeby wyjść, ale zatrzy­mał się i krę­cił się chwilę, tak naprawdę tego nie chcąc. Powie­dział sobie, że pój­dzie, gdy tylko wyj­dzie nowa kobieta. Kiedy jej nie będzie, on też będzie mógł. Przy­naj­mniej, kiedy zoba­czy, z kim wyj­dzie, będzie wie­dział, kogo o nią pytać. Albo, jeśli wyj­dzie z Vol­ta­ire, kogo nie pytać. To tylko zbie­ra­nie danych, to wszystko. Kiedy ekran prze­łą­czył się na wcze­sno­po­ranne wia­do­mo­ści, musiał w końcu przy­znać, że sam się oszu­kuje. Tym razem na poważ­nie zama­chał na poże­gna­nie, wbił ręce w kie­sze­nie i ruszył do głów­nego kory­ta­rza.

Przez nało­że­nie się pro­ble­mów inży­nie­ryj­nych, zwią­za­nych z budową odpor­nych kopuł, z cał­ko­wi­tym bra­kiem magne­tos­fery na Mar­sie, wszyst­kie pomiesz­cze­nia miesz­kalne znaj­do­wały się głę­boko pod powierzch­nią. Sufit głów­nego kory­ta­rza był na wyso­ko­ści czte­rech metrów, a oświe­tle­nie zapew­niały diody LED, zmie­nia­jące natę­że­nie i cie­pło świa­tła w zależ­no­ści od pory dnia, ale Solo­mon cza­sami odczu­wał ata­wi­styczną tęsk­notę za nie­bem. Za wra­że­niem otwar­to­ści i moż­li­wo­ści i może za nie­spę­dze­niem całego życia pod zie­mią.

Z tyłu dobiegł jej głos.

- Hej.

Szła pew­nym, swo­bod­nym kro­kiem, z cie­płym i może tro­chę niepew­nym uśmie­chem. Poza przy­ciem­nio­nym oświe­tle­niem baru dostrzegł w jej wło­sach jaśniej­sze pasma.

- Ach. Hej.

- Tak naprawdę nie mie­li­śmy oka­zji się tam poznać - powie­działa, wycią­ga­jąc rękę. - Caitlin Esqu­ibel.

Solo­mon ujął jej dłoń i potrzą­snął nią raz, jakby byli w ośrodku.

- Solo­mon Epstein.

- Solo­mon Epstein? - powtó­rzyła. Szli teraz obok sie­bie. Razem. - To co taki miły żydow­ski chło­pak robi na takiej pla­ne­cie?

Gdyby nie był tro­chę nie­trzeźwy, zbyłby to śmie­chem.

- Głów­nie pró­buje zebrać się na odwagę, żeby cię poznać - odpo­wie­dział.

- Tak jakby to zauwa­ży­łam.

- Mam nadzieję, że było to uro­cze.

- Dużo lep­sze niż twój kolega Malik, który zawsze znaj­duje powody, żeby dotknąć mojej ręki. W każ­dym razie. Pra­cuję w zarzą­dza­niu zaso­bami dla grupy przed­się­biorstw Kwi­kow­ski. Przy­le­cia­łam z Luny mie­siąc temu. To, co mówi­łeś o Mar­sie, Ziemi i Ame­ryce. To było cie­kawe.

- Dzię­kuję - odpo­wie­dział Solo­mon. - Jestem inży­nie­rem w Mas­ste­chu.

- Inży­nier sil­ni­kowy - sko­men­to­wała. - Tech­nika rakie­towa?

- Odrzut, wyrzut, pęd, napęd, takie sprawy - rzu­cił. - Ale bez popędu. Jak długo zosta­niesz na Mar­sie?

- Aż odlecę. Mam otwarty kon­trakt. Ty?

- Och, tu się uro­dzi­łem - odpo­wie­dział. - I spo­dzie­wam się, że tu umrę.

Z drwią­cym uśmiesz­kiem zer­k­nęła na jego długą, chudą syl­wetkę. Oczy­wi­ście wie­działa, że tu się uro­dził. Nie dało się tego ukryć. Teraz jego słowa zabrzmiały jak kiep­ska prze­chwałka.

- Czło­wiek firmy - sko­men­to­wała, robiąc z tego wspólny żart.

- Mar­sja­nin.

Na sta­no­wi­sku z wóz­kami stało sześć cia­sno upchnię­tych pojaz­dów, goto­wych do wypo­ży­cze­nia. Solo­mon wycią­gnął kartę i machał nią przez chwilę obok ósemki, aż czyt­nik zdo­łał ją odczy­tać i skrajny wózek prze­łą­czył kon­tro­lki z bursz­ty­no­wych na zie­lone. Wycią­gnął go, zanim dotarło do niego, że tak naprawdę nie chce wsia­dać.

- Czy ty... - zaczął Solo­mon, a potem odchrząk­nął i spró­bo­wał ponow­nie. - Chcia­ła­byś pójść ze mną do domu?

Widział, jak w jej mózgu for­muje się "Jasne, czemu nie". Śle­dził prze­bieg tych słów na krót­kiej dro­dze do ust. Była tak bli­sko, że pocią­gnęła jego krew jak księ­życ. A potem zoba­czył, jak w ostat­niej chwili ucieka. Jej potrzą­śnię­cie głową wyni­kało nie tyle z odmowy, ile z próby oczysz­cze­nia myśli. Ale uśmiech­nęła się. Naprawdę się uśmiech­nęła.

- Tro­chę za szybki jesteś, Sol.

***

To nie szyb­kość sta­no­wiła pro­blem. O ile na coś nie wpad­nie, szyb­kość to tylko szyb­kość, mógł być nie­ważki przy locie nie­mal z pręd­ko­ścią świa­tła. Szko­dziła mu delta V. Przy­śpie­sze­nie. Zmiana. W każ­dej sekun­dzie leciał o sześć­dzie­siąt osiem metrów na sekundę szyb­ciej niż sekundę wcze­śniej. Albo wię­cej. Może wię­cej.

Tylko że przy­śpie­sze­nie też nie sta­no­wiło pro­blemu. Statki mogły lecieć z przy­śpie­sze­niem 15 czy 20 g od czasu wcze­snych rakiet che­micz­nych. Moc zawsze była dostępna, bra­ko­wało wydaj­no­ści koniecz­nej do utrzy­ma­nia takiego ciągu. Sto­sunku ciągu do masy, gdy więk­szość masy to mate­riał odrzu­towy zapew­nia­jący ciąg. Ludz­kie ciała mogły wytrzy­mać nawet powy­żej 20 g przez uła­mek sekundy. Zabi­jało go utrzy­mu­jące się cią­że­nie. To trwało już godzi­nami.

Ist­niały wyłącz­niki awa­ryjne. Jeśli reak­tor zacznie się prze­grze­wać lub butelka magne­tyczna zrobi się nie­sta­bilna, sil­nik się wyłą­czy. Ist­nieje mnó­stwo wyłącz­ni­ków reagu­ją­cych na różne rodzaje sytu­acji awa­ryj­nych, ale nic się nie psuje. Wszystko działa dosko­nale. I w tym pro­blem. To wła­śnie go zabija.

Na panelu ste­ro­wa­nia jest też ręczne odcię­cie. Ikona dużego czer­wo­nego przy­ci­sku. Przy­cisk awa­ryjny. Gdyby mógł go dotknąć, wszystko byłoby dobrze. Ale nie może. Cała radość ode­szła. Zamiast eufo­rii czuje tylko panikę i nara­sta­jący, kosz­marny ból. Gdyby tylko zdo­łał się­gnąć pul­pitu. Albo gdyby coś się zepsuło. Cokol­wiek.

Nic się nie psuje. Ma pro­blem z oddy­cha­niem, dyszy tak, jak nauczono go na kur­sach bez­pie­czeń­stwa. Napina ręce i nogi, pró­bu­jąc wymu­sić krą­że­nie krwi przez tęt­nice i żyły. Jeśli straci przy­tom­ność, już się nie obu­dzi, a na brze­gach jego pola widze­nia nara­sta ciem­ność. Jeśli nie znaj­dzie wyj­ścia, umrze tu. Na swoim fotelu, z rękami przy­ci­śnię­tymi do ciała i wło­sami odcią­ga­ją­cymi skórę na gło­wie. Ręczny ter­mi­nal w kie­szeni spra­wia wra­że­nie tępego noża wbi­ja­nego mu w bio­dro. Pró­buje sobie przy­po­mnieć, ile waży ręczny ter­mi­nal. Nie potrafi. Wal­czy o oddech.

Ręczny ter­mi­nal. Jeśli zdoła do niego się­gnąć, zdoła go wycią­gnąć, może uda mu się połą­czyć z Caitlin. Może jej uda się nawią­zać zdalne połą­cze­nie i wyłą­czyć sil­niki. Dłoń leżąca na brzu­chu mocno wgniata trze­wia, ale jest tylko cen­ty­me­try od kie­szeni. Naparł, aż zatrzesz­czały kości, a nad­garstki się prze­su­nęły. Tar­cie skóry o skórę wydarło mu małą dziurę w brzu­chu, a uwol­niona z rany krew popły­nęła ku opar­ciu, jakby się cze­goś bała, ale się poru­szył.

Naparł znowu. Tro­chę bli­żej. Krew działa jak smar, zmniej­sza tar­cie. Ręka rusza się dalej. Wszystko trwa minuty. Jego paznok­cie doty­kają utwar­dzo­nego pla­stiku. Da radę.

Moc i wydaj­ność, myśli, i przez chwilę mimo wszystko odczuwa falę przy­jem­no­ści. Udało mu się. Magiczne połą­cze­nie.

Bolą go ścię­gna pal­ców, ale odsuwa na bok tka­ninę kie­szeni. Czuje, jak ręczny ter­mi­nal zaczyna wysu­wać się z kie­szeni, ale nie może unieść głowy, żeby go zoba­czyć.

***

Trzy lata po pierw­szym spo­tka­niu Caitlin sta­nęła przed drzwiami jego dziury o trze­ciej nad ranem, pła­cząca, prze­stra­szona i trzeźwa. Nie było to coś, czego Solo­mon się po niej spo­dzie­wał, a spę­dził w jej towa­rzy­stwie cał­kiem sporo czasu. Zostali kochan­kami nie­mal sie­dem mie­sięcy po tym, jak się poznali. To on tak to nazy­wał. Sta­nie się kochan­kami nie było czymś, co powie­dzia­łaby Caitlin. W jej przy­padku zawsze było to coś pro­stac­kiego i lekko spro­śnego. Taka wła­śnie była. Uwa­żał, że to objaw jakiejś osłony emo­cjo­nal­nej i że ni­gdy nie była do końca szczera. Że to taki spo­sób na kon­trolę stra­chu i wypie­ra­nia się lęków. Ale tak naprawdę, jak długo wciąż chciała przy­cho­dzić i w nie­które noce dzie­lić z nim łóżko, nie prze­szka­dzało mu to. A jeśli prze­sta­nie chcieć, będzie roz­cza­ro­wany, choć też jakoś to znie­sie. Lubił spo­sób, w jaki uśmie­chała się krzywo, patrząc na świat. Pew­ność sie­bie, jaką pre­zen­to­wała, zwłasz­cza gdy ją uda­wała. Tak naprawdę po pro­stu lubił osobę, którą była. To wszystko uła­twiało.

Jej kon­trakt już dwu­krot­nie prze­bił daty auto­ma­tycz­nego prze­dłu­że­nia, a ona nie sko­rzy­stała z opcji odlotu. Przyj­mu­jąc sta­no­wi­sko w gru­pie robo­czej zaj­mu­ją­cej się kon­fi­gu­ra­cją pól magne­tycz­nych, jedną ze spraw, którą brał pod uwagę, było to, czy dodat­kowy czas spę­dzany przez niego w pracy nie odsu­nie ich od sie­bie. Żadne z nich nie pró­bo­wało nawią­zy­wać związ­ków roman­tycz­nych lub sek­su­al­nych z innymi ludźmi w ośrodku. Wszy­scy trak­to­wali ich, jakby byli wza­jem­nie swoją wyłączną wła­sno­ścią, zatem, choć ni­gdy nie skła­dali sobie żad­nych obiet­nic wprost, Solo­mon nazwałby ich fak­tycz­nymi mono­ga­mi­stami. Z pew­no­ścią czułby się dotknięty i zdra­dzony, gdyby spała z kimś innym, i zakła­dał, że ona czu­łaby się tak samo w sto­sunku do niego.

Jed­nakże seks i towa­rzy­stwo, choć były przy­jemne, nie wią­zały się z prze­sad­nym pozio­mem wraż­li­wo­ści. Był więc zasko­czony.

- Sły­sza­łeś? - zapy­tała. Mówiła chra­pli­wym i przy­ci­szo­nym gło­sem. Po jej policz­kach spły­wały świeże łzy i opa­dały jej kąciki ust.

- Chyba nie - odpo­wie­dział Solo­mon, cofa­jąc się, by ją prze­pu­ścić.

Jego dziura miesz­kalna miała stan­dar­dowy układ: mały wie­lo­funk­cyjny pokój z przodu z moż­li­wo­ścią goto­wa­nia pro­stych posił­ków, moni­tor zaj­mu­jący ćwierć powierzchni ściany i dość miej­sca, by mogły tam usiąść trzy lub cztery osoby. Głę­biej znaj­do­wała się sypial­nia, a za nią scho­wek i łazienka. Według powszech­nego żartu na Mar­sie dziura czło­wieka była jego zam­kiem przy zało­że­niu, że zamek da się porów­nać z poko­jem w inter­na­cie. Opa­dła ciężko na jedną z ław i objęła się rękami. Solo­mon zamknął drzwi. Nie wie­dział, czy powi­nien z nią roz­ma­wiać, objąć ją, czy zro­bić jedno i dru­gie. Zaczął od obję­cia. Jej łzy pach­niały solą, wil­go­cią i skórą. Łkała na jego ramie­niu, aż cie­ka­wość i nie­po­kój skło­niły go do wyj­ścia poza pocie­sza­nie w roli plu­szo­wego misia.

- No dobrze. To co takiego mogłem wła­ści­wie sły­szeć?

Roz­kasz­lała się, pró­bu­jąc śmie­chu.

- Orga­ni­za­cja Naro­dów Zjed­no­czo­nych - powie­działa. - Powo­łali się na zapis o odry­wa­ją­cej się pro­win­cji. Ich statki już ruszyły w naszą stronę. Czter­dzie­ści sztuk. Lecą po bali­stycz­nych.

- Och - rzu­cił, a ona znowu zaczęła pła­kać.

- To ci pie­przeni sece­sjo­ni­ści. Od kiedy opu­bli­ko­wali swój mani­fest, ludzie zacho­wują się, jakby to było na poważ­nie. Jakby nie byli bandą krót­ko­wzrocz­nych dup­ków, któ­rzy chcą tylko ścią­gnąć na sie­bie uwagę. A teraz wywo­łali wojnę. Oni naprawdę to zro­bią, Sol. Będą na nas zrzu­cać kamie­nie, aż zmie­nią nas w war­stwę węgla gru­bo­ści dzie­się­ciu ato­mów.

- Nie zro­bią tego. Nie zro­bią - powie­dział i natych­miast poża­ło­wał, że się powtó­rzył. Zabrzmiał przez to, jakby pró­bo­wał sam sie­bie do tego prze­ko­nać. - Za każ­dym razem, gdy powo­ły­wano się na zasadę odry­wa­ją­cej się pro­win­cji, działo się tak, bo ONZ chciało prze­jąć zasoby. Jeśli znisz­czą naszą infra­struk­turę, niczego nie dostaną. Po pro­stu pró­bują nas prze­stra­szyć.

Caitlin unio­sła rękę, jak uczen­nica pra­gnąca zostać zauwa­żona.

- Udało im się. Jestem prze­ra­żona.

- I wcale nie cho­dzi o sece­sjo­ni­stów, nawet jeśli tak wła­śnie twier­dzą - dodał Solo­mon. Poczuł, że zaczyna się roz­krę­cać. Już nie powta­rzał zdań. - Cho­dzi o to, że Ziemi koń­czą się lit i molib­den. Nawet z odzy­ski­wa­niem z wysy­pisk potrze­bują ich wię­cej, niż mają. My mamy dostęp do suro­wej rudy. To wszystko, o co cho­dzi. Po pro­stu o pie­nią­dze, Cait. Wcale nie zaczną na nas zrzu­cać kamieni. Zresztą, jeśli oni zro­bią to nam, my odpo­wiemy tym samym. Mamy lep­sze statki.

- Całe osiem­na­ście - sko­men­to­wała. - Oni wysłali do nas czter­dzie­ści, a dru­gie tyle zosta­wili sobie do obrony.

- Ale jeśli prze­ga­pią choć jeden... - zaczął, ale nie dokoń­czył myśli.

Prze­łknęła ślinę i prze­tarła policzki wierz­chem dłoni. Się­gnął przez pokój i wycią­gnął dla niej z podaj­nika papie­rowy ręcz­nik.

- Czy ty fak­tycz­nie to wiesz? - zapy­tała. - Czy tylko myślisz pozy­tyw­nie, żeby mnie uspo­koić?

- Muszę na to odpo­wia­dać?

Wes­tchnęła i zapa­dła się w niego.

- Miną całe tygo­dnie - powie­działa. - Mini­mum. Pew­nie mie­siące.

- No dobrze. Co byś zro­biła, gdyby zostały ci tylko cztery mie­siące życia?

- Padła z tobą do łóżka i nie wycho­dziła. - Wychy­liła się i go poca­ło­wała. Miała w sobie gwał­tow­ność, która go zanie­po­ko­iła. Nie, to nie tak. Nie gwał­tow­ność. Szcze­rość.

- Chodź - powie­działa.

Obu­dził go alarm ręcz­nego ter­mi­nala. Miał wra­że­nie, że sły­szy ten dźwięk już od jakie­goś czasu. Caitlin leżała spo­koj­nie przy­tu­lona do niego, wciąż z zamknię­tymi oczami i otwar­tymi ustami. Wyglą­dała bar­dzo młodo. Roz­luź­niona. Wyłą­czył alarm i spraw­dził godzinę. Z jed­nej strony był potwor­nie spóź­niony do pracy, z dru­giej... kolejna godzina nie zrobi już wiel­kiej róż­nicy. Cze­kały na niego dwie wia­do­mo­ści od szefa grupy. Caitlin zamam­ro­tała i prze­cią­gnęła się, a ruch spra­wił, że zsu­nęło się z niej przy­kry­cie. Odło­żył ter­mi­nal, wsu­nął rękę pod poduszkę i zamknął oczy.

Gdy znowu się obu­dził, patrzyła na niego. Z jej twa­rzy znik­nęło roz­luź­nie­nie, ale wciąż była piękna. Uśmiech­nął się i się­gnął, by spleść swoje palce z jej.

- Wyj­dziesz za mnie?

- Och, daj spo­kój.

- Nie, poważ­nie. Wyj­dziesz za mnie?

- Czemu? Bo nad­ciąga wojna, która zabije nas i wszyst­kich zna­nych nam ludzi, a nie możemy zro­bić nic, co w taki czy inny spo­sób to zmieni? Szybko, zróbmy coś trwa­łego, zanim cała ta trwa­łość zosta­nie wyczer­pana.

- Jasne. Wyj­dziesz za mnie?

- Oczy­wi­ście, że tak, Sol.

Cere­mo­nia była skromna. Druhną Caitlin była Vol­ta­ire, drużbą Solo­mona był Raj. Ślubu udzie­lił kapłan meto­dy­stów, który dzie­ciń­stwo spę­dził w Pen­dża­bie, ale teraz mówił z pseu­do­tek­sań­skim akcen­tem doliny Mari­nera. W ośrodku badaw­czym znaj­do­wało się kilka kaplic, a ta była nawet dość uro­cza. Wszystko, włącz­nie z ołta­rzem, wyrzeź­biono z miej­sco­wego kamie­nia i pokryto przej­rzy­stym two­rzy­wem, które nadało skale wygląd wil­got­nej, świe­żej i żywej. Przez czer­wony kamień prze­bie­gały białe i czarne żyły, a miej­scami błysz­czały kry­sta­liczne płatki. Powie­trze inten­syw­nie pach­niało bzem spro­wa­dzo­nym w dużej ilo­ści ze szklarni przez Vol­ta­ire.

Kiedy stali razem, wypo­wia­da­jąc kolejno for­muły przy­siąg, Solo­mon pomy­ślał, że na twa­rzy Caitlin widzi taki sam spo­kój, jaki zoba­czył na niej, gdy spała. A może tylko mu się przy­wi­działo. Zakła­da­jąc obrączkę na jej palec, odniósł wra­że­nie, że coś poru­sza się w jego piersi, i poczuł się abso­lut­nie i irra­cjo­nal­nie szczę­śliwy w spo­sób, jakiego chyba jesz­cze ni­gdy nie zaznał. Flota ONZ była trzy tygo­dnie od nich. Nawet w naj­gor­szym razie nie zginą jesz­cze pra­wie przez mie­siąc. Zaczął żało­wać, że nie zro­bili tego wcze­śniej. Na przy­kład tej pierw­szej nocy, gdy ją zoba­czył. Albo że nie spo­tkali się, gdy byli młodsi. Na zdję­ciach, które wysłali jej rodzi­com, wyglą­dał, jakby zaraz miał zacząć śpie­wać. Strasz­nie mu się nie podo­bały, ale Caitlin miała inne zda­nie, więc i on zaczął je lubić. Mie­siąc mio­dowy spę­dzili w hotelu na miej­scu, w Dhan­bad Nova, wycie­ra­jąc się ręcz­ni­kami i myjąc mydłami wypro­du­ko­wa­nymi na Ziemi z myślą o luk­su­sie. Będąc tam, kąpał się dwa razy czę­ściej, nie­mal odbie­ra­jąc cie­pło wody i mięk­kość szla­froka jak magię, jakby dzięki deka­den­cji mógł uda­wać Zie­mia­nina.

I zupeł­nym przy­pad­kiem to dzia­łało. Pro­wa­dzone pota­jem­nie nego­cja­cje zakoń­czyły się powo­dze­niem. Okręty ONZ wcze­śniej odwró­ciły się do hamo­wa­nia, a ich ciąg był dwu­krot­nie dłuż­szy. Zawró­ciły do domu. Oglą­dał pre­zen­tera kanału wia­do­mo­ści oma­wia­ją­cego mecha­nikę orbi­talną lotu tam i z powro­tem. Pró­bo­wał sobie wyobra­zić, jak wyglą­dało to dla mari­nes na pokła­dach tych jed­no­stek. Prze­być nie­mal całą drogę do nowego świata, a potem zawró­cić, nawet go nie oglą­da­jąc. Ponad pół roku życia stra­cone w ramach poli­tycz­nego przed­sta­wie­nia. Caitlin sie­działa na brzegu łóżka, nachy­la­jąc się do moni­tora, nie odry­wa­jąc od niego wzroku. Wchła­nia­jąc wia­do­mo­ści.

Sie­dząc za nią z ple­cami na opar­ciu łóżka, Solo­mon poczuł prze­cho­dzący przez niego powiew nie­po­koju, zimny i nie­przy­jemny.

- Wygląda na to, że trwałe zro­biło się wła­śnie dużo dłuż­sze - powie­dział, pró­bu­jąc obró­cić to w żart.

- Mhm - zgo­dziła się.

- Tak jakby zmie­nia sytu­ację.

- Mhm.

Podra­pał się po wierz­chu dłoni, choć wcale go nie swę­działa. Suchy dźwięk paznokci na skó­rze uto­nął w gło­sie pre­zen­tera, więc bar­dziej go poczuł, niż usły­szał. Caitlin prze­cze­sała włosy dło­nią, z pal­cami nik­ną­cymi w nich i wyła­nia­ją­cymi się ponow­nie.

- No dobrze - ode­zwał się. - Chcesz roz­wodu?

- Nie.

- Bo wiem, że myśla­łaś, że reszta two­jego życia będzie dość krótka. A jeśli... jeśli to nie było coś, co byś wybrała? W każ­dym razie zro­zu­miał­bym.

Caitlin obej­rzała się na niego przez ramię. Świa­tło ekranu lśniło na jej policzku, oku i wło­sach, jakby stwo­rzono ją z kolo­ro­wego szkła.

- Jesteś uro­czy, jesteś moim mężem i kocham cię oraz ufam ci, jak ni­gdy nikomu w całym życiu. Nie zamie­ni­ła­bym tego na nic, poza wię­cej tego samego. Czemu? Ty chcesz się wyco­fać?

- Nie. Po pro­stu sta­ram się być uprzejmy. A wła­ści­wie to nie. Nagle poczu­łem się nie­pew­nie.

- Prze­stań. Zresztą wiele się nie zmie­niło. Ziemi wciąż bra­kuje litu, molib­denu i mnó­stwa surow­ców prze­my­sło­wych. My wciąż je mamy. Tym razem zawró­cili, ale na­dal nad­cią­gają i nie prze­staną nad­cią­gać.

- Chyba że znajdą jakiś spo­sób na zaspo­ko­je­nie swo­ich potrzeb innymi meta­lami. Albo znajdą inne źró­dło. Wszystko cią­gle się zmie­nia. Coś może spra­wić, że to wszystko zrobi się bez zna­cze­nia.

- Może - zgo­dziła się. - Tym wła­śnie jest pokój, prawda? Odło­że­niem kon­fliktu do czasu, aż to, o co się wal­czy, prze­sta­nie się liczyć.

Okręty ONZ na ekra­nie leciały na sil­ni­kach, cią­gnąc za sobą łuki jasnego ognia w dro­dze powrot­nej.

***

Ręczny ter­mi­nal wysuwa się tro­chę bar­dziej z jego kie­szeni i jest prze­ko­nany, że zostawi po sobie siniak sze­ro­ko­ści całego urzą­dze­nia. Nie przej­muje się tym. Pró­buje przy­po­mnieć sobie, czy zosta­wił włą­czoną akty­wa­cję gło­sową, ale albo tego nie zro­bił, albo jego gar­dło jest zbyt znie­kształ­cone przez cią­że­nie ciągu, by dało się roz­po­znać głos. Musi to zro­bić ręcz­nie. Nie może się roz­luź­nić ani stra­cić przy­tom­no­ści, ale coraz trud­niej mu o tym pamię­tać. Inte­lek­tu­al­nie wie, że jego krew jest przy­ci­skana do tyłu ciała, zbie­ra­jąc się w głębi czaszki i zale­wa­jąc nerki. Nie ma odpo­wied­niego wykształ­ce­nia medycz­nego, by wie­dzieć, jakie będą kon­se­kwen­cje, ale nie mogą być dobre. Ręczny ter­mi­nal nie­mal wysuwa się do końca. Ma go już w dłoni.

Przez sta­tek prze­cho­dzi drże­nie, a na ekra­nie wyska­kuje powia­do­mie­nie. Na bursz­ty­no­wym tle wid­nieje jakiś tekst, ale nie potrafi go prze­czy­tać. Jego wzrok nie chce się sku­pić. Gdyby było czer­wone, akty­wo­wa­łoby wyłą­cze­nie sil­nika. Czeka parę sekund w nadziei, że cokol­wiek to jest, nasili się, ale nic wię­cej się nie dzieje. Jacht jest porządny, rze­tel­nie zapro­jek­to­wany i dobrze zbu­do­wany. Zwraca uwagę z powro­tem na ręczny ter­mi­nal.

Caitlin powinna być teraz w miesz­ka­niu. Będzie szy­ko­wać kola­cję, słu­cha­jąc wia­do­mo­ści z infor­ma­cjami o kry­zy­sie stocz­nio­wym. Jeśli zdoła do niej zadzwo­nić, odbie­rze. Opada go nagły, potężny strach o to, że uzna połą­cze­nie za wynik nie­umyśl­nej akty­wa­cji w kie­szeni. Że powtó­rzy parę razy jego imię, zaśmieje się i roz­łą­czy. Kiedy odbie­rze, będzie musiał wydać jakieś dźwięki. Nawet jeśli praw­dziwe słowa będą zbyt trudne, musi jakoś dać jej znać, że zda­rzyło się coś złego. Tysiące razy wywo­ły­wał połą­cze­nie bez patrze­nia na ekran, ale teraz wszystko jest inne, a pamięć mię­śniowa wcale mu nie pomaga. Ter­mi­nal ma ogromny cię­żar. Wszystko w jego ręce boli, jakby został ude­rzony mło­tem. Boli go brzuch. Roz­kwita w nim naj­gor­szy wyobra­żalny ból głowy. Nic w tym doświad­cze­niu nie jest przy­jemne poza wie­dzą, że mu się udało. Nawet gdy stara się zmu­sić ter­mi­nal do reak­cji, myśli o tym, co jego napęd ozna­cza w prak­tyce. Przy takiej wydaj­no­ści statki mogą lecieć cią­giem przez całą drogę. Przy­śpie­sze­nie ciągu do połowy trasy, potem wyłą­czyć sil­niki, wyko­nać zwrot i hamo­wać przez resztę podróży. Nawet sto­sun­kowo łagodne 0,3 g będzie ozna­czało nie tylko dotar­cie do dowol­nego miej­sca znacz­nie szyb­ciej, ale też wyeli­mi­nuje wszel­kie pro­blemy zwią­zane z dłu­go­trwałą nie­waż­ko­ścią. Pró­buje sobie wyli­czyć, ile potrwałby lot na Zie­mię, ale nie potrafi. Musi zwra­cać uwagę na ter­mi­nal.

Prze­suwa się coś w topo­lo­gii jego trzewi, zmie­nia­jąc kąt, pod jakim leży ter­mi­nal. Urzą­dze­nie zaczyna się zsu­wać, a on nie ma dość siły ani szyb­ko­ści, by je zła­pać. Dociera do brzegu ciała, spada parę cen­ty­me­trów na fotel. Pró­buje ruszyć lewą rękę z miej­sca, gdzie leży przy­gnie­ciona koło ucha, ale się nie rusza.

Nawet nie drgnie. W ogóle nie napina się przy wysiłku. Och, myśli, mam udar.

***

Byli mał­żeń­stwem od sze­ściu lat, gdy Solo­mon pod­jął pie­nią­dze oszczę­dzane z pre­mii i kupił sobie jacht. Sta­tek nie był duży, uży­teczna prze­strzeń była mniej­sza niż w jego pierw­szej dziu­rze. Miał pra­wie pięć lat i już nie­długo będzie wyma­gał spę­dze­nia mie­siąca w dokach stoczni orbi­tal­nych. Kolory urzą­dze­nia wnę­trza - kre­mowy i poma­rań­czowy - wcale mu się nie podo­bały. Sta­tek sie­dział w suchym doku od ośmiu i pół mie­siąca, od czasu, gdy zmarł jego poprzedni wła­ści­ciel, młod­szy wice­pre­zes kon­glo­me­ratu z cen­tralą na Lunie. Jego rodzina z Luny nie pla­no­wała przy­lotu na Marsa, a pro­blemy zwią­zane ze spro­wa­dze­niem go przez mie­siące pustki spra­wiły, że łatwiej było im go sprze­dać po zani­żo­nej cenie. Dla więk­szo­ści miesz­kań­ców Marsa tego typu sta­tek był tylko osten­ta­cyj­nym sym­bo­lem sta­tusu i niczym wię­cej. Nie było tu zamiesz­ka­nego księ­życa ani zało­go­wej sta­cji w L5, do któ­rej można by latać. Podróż na Zie­mię taką jed­nostką nie byłaby ani kom­for­towa, ani szcze­gól­nie bez­pieczna. Można było latać w kółko na orbi­cie. Można było wyle­cieć w pustkę w pobliżu Marsa, a potem wró­cić. I to w zasa­dzie tyle, a brak sensu takich zabaw pomógł jesz­cze bar­dziej obni­żyć cenę. Jako dowód bogac­twa ogła­szał, że jego wła­ści­ciel miał zbyt wiele. Ale jako śro­dek trans­portu było to jak posia­da­nie samo­chodu wyści­go­wego, który ni­gdy nie mógł opu­ścić toru.

Dla Solo­mona była to ide­alna jed­nostka testowa.

Jacht zapro­jek­to­wano na bazie zna­nego mu sil­nika, do któ­rego sam pisał część kodu ste­ro­wa­nia. Patrząc na dzien­nik tech­niczny i kon­ser­wa­cji, widział każdy zestaw ste­row­ni­ków, każdy zawór recy­klingu powie­trza i każdą pokrywę. Jesz­cze zanim posta­wił na nim stopę, znał sta­te­czek na wylot. Dekadę temu oso­bi­ście zapro­jek­to­wał nie­które ele­menty sys­temu wyde­cho­wego. A ponie­waż był wła­ści­cie­lem jed­nostki, eli­mi­no­wało to pół roku admi­ni­stra­cyj­nych zma­gań o pozwo­le­nia, gdyby chciał go użyć do prze­te­sto­wa­nia jakichś mody­fi­ka­cji sil­nika. Sama ta myśl spra­wiała, że potra­fił się roze­śmiać z zachwy­tem.

Żad­nych wię­cej komi­te­tów dopusz­cza­ją­cych. Żad­nych rapor­tów doty­czą­cych poten­cjal­nych uszko­dzeń. Tylko sta­tek, jego reak­tor, parę ska­fan­drów próż­nio­wych i zestaw mani­pu­la­to­rów prze­my­sło­wych, które zostały mu jesz­cze z cza­sów szkoły. Daw­niej nauko­wiec mógł trzy­mać w garażu albo w szo­pie za domem urzą­dze­nie do PCR, roz­mon­to­wane sil­niki albo nie­go­towe pro­to­typy wyna­laz­ków, które zmie­nią świat, jeśli tylko uda się je zmu­sić do dzia­ła­nia. Solo­mon miał swój jacht i kupie­nie go było naj­bar­dziej przy­jemną, rado­sną i ważną rze­czą, jaką zro­bił od czasu oświad­cze­nia się Caitlin.

A mimo to, nawet gdy żyzny ogród jego umy­słu sadził tysiąc róż­nych sie­wek pomy­słów, pro­jek­tów, mody­fi­ka­cji i zmian, z nie­po­ko­jem myślał o chwili, gdy powie żonie o tym, co zro­bił. A kiedy przy­szła ta chwila, jego nie­po­kój oka­zał się uza­sad­niony.

- Och, Sol. Och, skar­bie.

- Nie wyda­łem na to swo­jej pen­sji - zapew­nił. - To wszystko było z pre­mii. I tylko z moich. Nie uży­łem wspól­nych pie­nię­dzy.

Caitlin sie­działa na ławie w ich pokoju dzien­nym, stu­ka­jąc w wargi koń­cami pal­ców, jak zwy­kle, gdy nad czymś inten­syw­nie myślała. Sys­tem odtwa­rzał w tle łagodną muzykę z lekką per­ku­sją i instru­men­tami smycz­ko­wymi dość gło­śnymi, by ukryć syk wymien­ni­ków powie­trza, ale nie na tyle, by utrud­nić roz­mowę. Jak w przy­padku nie­mal wszyst­kich nowych budyn­ków na Mar­sie był więk­szy, lepiej urzą­dzony i znaj­do­wał się głę­biej pod zie­mią.

- Usły­sza­łam wła­śnie, że możesz pod­jąć i wydać dowolną sumę z konta bez roz­mowy ze mną, jeśli tylko łączna kwota jest mniej­sza niż to, co zaro­bi­łeś w pre­miach. To chcia­łeś powie­dzieć?

- Nie - zaprze­czył, choć było to bli­skie prawdy. - Cho­dzi mi o to, że to nie były pie­nią­dze, na które liczy­li­śmy. Wszyst­kie nasze zobo­wią­za­nia są kryte. Nie doj­dzie do sytu­acji, że będziemy musieli kupo­wać jedze­nie, a na kon­cie zabrak­nie środ­ków. Nie będziemy musieli brać dodat­ko­wych godzin ani pracy na boku.

- W porządku.

- A to jest ważne. Mój pro­jekt cewek dyszy magne­tycz­nej może naprawdę zwięk­szyć wydaj­ność napędu, jeśli zdo­łam...

- W porządku - zgo­dziła się.

Oparł się o fra­mugę drzwi. Muzyka wydo­by­wana przez smyczki nasi­liła się w deli­kat­nym arpeg­gio.

- Gnie­wasz się.

- Nie, skar­bie. Nie gnie­wam się - odpo­wie­działa łagod­nie. - Gniew to krzyk. Mam ci za złe, i to dla­tego, że odci­nasz mnie od przy­jem­no­ści. Naprawdę, patrzę na cie­bie i widzę pod­nie­ce­nie i szczę­ście, i bar­dzo chcia­ła­bym być jego czę­ścią. Chcę ska­kać z rado­ści, machać rękami i roz­ma­wiać o tym, jak świetne jest to wszystko. Ale te pie­nią­dze były naszym zabez­pie­cze­niem. Igno­ru­jesz fakt, że wyda­łeś nasze zabez­pie­cze­nie, a jeśli oboje to zigno­ru­jemy, będziemy mieć pro­blemy, gdy tylko wyda­rzy się coś nie­spo­dzie­wa­nego. Kocham nasze życie, więc teraz to ja będę musiała być osobą, która się przej­muje, odma­wia i nie może sobie pozwo­lić na eks­cy­ta­cję. Zmu­szasz mnie do sta­nia się doj­rzałą. Wcale nie chcę być doj­rzała. Chcia­ła­bym, żeby­śmy oboje byli doj­rzali, żeby­śmy, gdy zro­bimy coś takiego, oboje mogli być dziećmi.

Popa­trzyła na niego i wzru­szyła ramio­nami. Miała tward­szy wyraz twa­rzy, niż kiedy się spo­tkali. W jej ciem­nych wło­sach dostrzegł białe nitki. Kiedy się uśmiech­nęła, poczuł, jak roz­pływa się kamień w jego piersi.

- Może... dałem się tro­chę ponieść. Zoba­czy­łem, że jest dostępny i możemy sobie na niego pozwo­lić.

- I rzu­ci­łeś się na główkę, nie zasta­na­wia­jąc się nad tym wszyst­kim, co to będzie zna­czyć. Ponie­waż jesteś Solo­mo­nem Epste­inem i jesteś naj­by­strzej­szym, naj­bar­dziej suro­wym i meto­dycz­nym czło­wie­kiem, jaki kie­dy­kol­wiek doko­nał każ­dego moż­li­wego wyboru w życiu, kie­ru­jąc się impul­sem. - Gdyby w jej gło­sie nie sły­szał cie­pła i śmie­chu, zabrzmia­łoby to jak potę­pie­nie. Zamiast tego brzmiało jak miłość.

- Za to jestem uro­czy - odpo­wie­dział.

- Jesteś - zgo­dziła się. - Chcę usły­szeć wszystko o twoim nowym, cokol­wiek to jest, czego zamie­rzasz spró­bo­wać. Tylko naj­pierw obie­caj, że następ­nym razem spró­bu­jesz pomy­śleć o przy­szło­ści.

- Obie­cuję.

Przez resztę wie­czoru opo­wia­dał o mocy i wydaj­no­ści, masie odrzu­to­wej i mnoż­ni­kach pręd­ko­ści. A kiedy skoń­czył, roz­ma­wiali o budo­wa­niu odpo­wie­dzial­nego planu eme­ry­tal­nego i pil­no­wa­niu aktu­ali­zo­wa­nia ich testa­men­tów. Wszystko to spra­wiało wra­że­nie prze­pro­sin i miał nadzieję, że zro­bią to ponow­nie, gdy Caitlin zro­zu­mie, ile będzie kosz­to­wało utrzy­ma­nie jachtu. Ale to było star­cie na inny dzień.

Obec­nie spę­dzał dnie, pra­cu­jąc jak zwy­kle z zespo­łem w gru­pie napę­dów, a wie­czo­rami sie­dział przed moni­to­rami w ich dziu­rze i pro­jek­to­wał wła­sne rze­czy. Caitlin roz­po­częła pro­gram sie­ciowy z grupą w Lon­dres Nova, oma­wia­jąc, jak firmy w rodzaju Kwi­kow­skiego mogły inter­we­nio­wać w celu desta­bi­li­za­cji spi­rali zagro­żeń i uni­ka­nia, w któ­rej ugrzę­zły Zie­mia i Mars. Za każ­dym razem, gdy sły­szał, jak roz­ma­wia z innymi - o pro­pa­gan­dzie, roz­bież­nych kodach moral­nych i mnó­stwie innych poważ­nie brzmią­cych nie­ja­snych słów - poja­wiał się temat litu i molib­denu. A teraz jesz­cze wol­framu. Wszyst­kie inne sprawy były inte­re­su­jące, ważne, infor­ma­cyjne i donio­słe, jed­nakże, o ile nie zdo­łają roz­wią­zać klu­czo­wych kwe­stii, mogli pora­dzić sobie ze wszyst­kim innym, a i tak nie roz­wią­zać pro­blemu. Zawsze odczu­wał dumę, gdy to mówiła. Trudno było wyzwo­lić się z wykształ­ce­nia ze sztuk wyzwo­lo­nych, ale świet­nie sobie radziła.

W końcu przy­szedł czas na prze­te­sto­wa­nie jego pomy­słu i pla­nów. Odbył długą drogę do stoczni, korzy­sta­jąc z nowego sys­temu trans­portu publicz­nego: próż­nio­wych tuneli wywier­co­nych w ska­łach, z szy­nami elek­tro­ma­gne­tycz­nymi niczym w powol­nym, zbyt sła­bym dziale szy­no­wym. Pojazd był zatło­czony i nie­wy­godny, ale poru­szał się szybko. Solo­mon dotarł do jachtu godzinę przed zacho­dem słońca na mar­sjań­skim hory­zon­cie. Wpro­wa­dził ostat­nie mody­fi­ka­cje do zbu­do­wa­nego przez sie­bie pro­to­typu, dwu­krot­nie prze­pro­wa­dził sekwen­cje dia­gno­styczne i wypro­wa­dził sta­tek poza rzadką atmos­ferę. Po dotar­ciu na orbitę chwilę uno­sił się swo­bod­nie, cie­sząc się nowym odczu­ciem nie­waż­ko­ści. Zapa­rzył sobie bańkę świe­żej her­baty, przy­piął się do fotela kapi­tań­skiego i prze­su­nął pal­cami po sta­rym ekra­nie doty­ko­wym.

Jeśli się nie mylił, wpro­wa­dzone przez niego mody­fi­ka­cje zwięk­szą wydaj­ność o nie­mal szes­na­ście pro­cent wzglę­dem wyj­ścio­wej. Kiedy otrzy­mał odczyty, oka­zało się, że nie miał racji. Wydaj­ność spa­dła o cztery i pół. Wylą­do­wał z powro­tem w stoczni i poje­chał metrem do domu, całą drogę mam­ro­cząc ponuro pod nosem.

Orga­ni­za­cja Naro­dów Zjed­no­czo­nych opu­bli­ko­wała oświad­cze­nie, że wszyst­kie przy­szłe statki mar­sjań­skie będą kon­trak­to­wane przez stocz­nie Bush na Ziemi. Lokalny rząd nawet tego nie sko­men­to­wał, kon­ty­nu­ując po pro­stu budowę roz­po­czę­tych jed­no­stek i nego­cju­jąc kon­trakty na kilka nowych. ONZ zażą­dała zamknię­cia wszyst­kich stoczni mar­sjań­skich do czasu, aż będzie można tam wysłać zespół kon­tro­le­rów. Sie­dem mie­sięcy na zebra­nie zespołu i pra­wie sześć mie­sięcy na prze­lot z powodu względ­nej odle­gło­ści pla­net na orbi­tach wokół Słońca. Sol zro­bił się ner­wowy, gdy to usły­szał. Jeśli zamkną stocz­nie, może to ozna­czać uzie­mie­nie jego jachtu testo­wego. Nie musiał się przej­mo­wać. Wszyst­kie stocz­nie zostały otwarte. Znowu poja­wiły się plotki o woj­nie, a Solo­mon pró­bo­wał je igno­ro­wać. Pró­bo­wał prze­ko­ny­wać sie­bie, że tym razem będzie tak samo jak poprzed­nio.

Ku zasko­cze­niu wszyst­kich Raj zre­zy­gno­wał z pracy w komi­te­cie pla­no­wa­nia, wyna­jął tanią dziurę bli­sko powierzchni i zaczął sprze­da­wać ręcz­nie robione cera­miczne dzieła sztuki. Twier­dził, że ni­gdy nie był szczę­śliw­szy. Vol­ta­ire roz­wio­dła się i chciała, żeby cała stara ekipa cho­dziła z nią do barów. Była ich teraz ósemka, ale pra­wie nikt nie cho­dził. Julio i Carl mieli dziecko i prze­stali się socja­li­zo­wać z pozo­sta­łymi. Tori zatrud­niła się w fir­mie zaj­mu­ją­cej się doradz­twem w spra­wach bez­pie­czeń­stwa che­micz­nego, która uda­wała, że obsłu­guje dowolne firmy zało­żone na Mar­sie, ale tak naprawdę wszyst­kie zle­ce­nia dosta­wała z pro­jek­tów ter­ra­for­ma­cji. Malik zmarł na nie­re­agu­ją­cego na lecze­nie raka krę­go­słupa. Życie toczyło się dalej, cza­sem nio­sąc wygrane, cza­sem porażki. Eks­pe­ry­men­talne sil­niki Solo­mona dotarły do etapu, na któ­rym zro­biły się nie­mal rów­nie dobre, jak w nie­zmo­dy­fi­ko­wa­nym statku. Potem tro­chę lep­sze.

Nie­mal równo rok po kupie­niu statku Solo­mon poje­chał do jachtu z nowym pro­jek­tem. Jeśli się nie mylił, zwięk­szy wydaj­ność o pra­wie cztery i pół pro­cent wzglę­dem wyj­ścio­wej. Był w komo­rze sil­nika, pro­wa­dząc insta­la­cję, gdy zadzwo­nił jego ręczny ter­mi­nal. Caitlin. Przy­jął połą­cze­nie.

- Co jest? - zapy­tał.

- Czy pod­ję­li­śmy decy­zję o zro­bie­niu sobie dłu­giego week­endu w przy­szłym mie­siącu? - zapy­tała. - Wiem, że o tym roz­ma­wia­li­śmy, ale chyba bez roz­strzy­gnię­cia.

- Nie pod­ję­li­śmy, ale lepiej tego nie robić. Zespół jest tro­chę w plecy.

- Na pozio­mie nad­go­dzin?

- Nie. Na pozio­mie, na któ­rym to cią­gle wycho­dzi.

- W porządku. W takim razie mogę coś zapla­no­wać z Mag­gie Chu.

- Masz moje bło­go­sła­wień­stwo. Wrócę do domu, jak tylko z tym skoń­czę.

- Dobrze - rzu­ciła i się roz­łą­czyła.

Prze­te­sto­wał obu­dowy, wyko­nał dodat­kowy spaw w miej­scu, gdzie cewka będzie naj­bar­dziej obcią­żona, i wró­cił do fotela kapi­tań­skiego. Jacht poko­nał rzadką atmos­ferę i wzbił się na orbitę. Solo­mon ponow­nie prze­pro­wa­dził dia­gno­stykę przed włą­cze­niem sil­nika, upew­nia­jąc się, że wszystko wygląda dobrze. Przez pra­wie pół godziny uno­sił się w fotelu, utrzy­my­wany na miej­scu przez pasy.

Roz­po­czy­na­jąc sekwen­cję ciągu, przy­po­mniał sobie, że zespół będzie w Lon­dres Nova w ten week­end, o któ­rym roz­ma­wiał z Caitlin. Zaczął się zasta­na­wiać, czy zro­biła już jakieś plany z Mag­gie Chu, czy był jesz­cze czas na zmiany. Włą­czył sil­nik.

Przy­śpie­sze­nie rzu­ciło Solo­mona w fotel kapi­tań­ski, a potem przy­gnio­tło mu pierś. Jego prawa ręka wylą­do­wała na brzu­chu, lewa na opar­ciu fotela koło ucha. Łydki wci­snęło w pod­pórki.

***

Sta­tek nisko śpiewa ele­gię, gar­dłową, pełną pasji i smutną jak pie­śni, które jego ojciec śpie­wał w świą­tyni. Teraz poj­muje, że tu umrze. Leci zbyt szybko i za daleko, by dotarła do niego pomoc. Przez jakiś czas - mie­siące albo lata - mały jacht będzie wyzna­czał naj­więk­szy dystans poza stud­nią gra­wi­ta­cyjną Ziemi, na jaki pole­ciał sta­tek zało­gowy. Znajdą spe­cy­fi­ka­cję pro­jektu w jego dziu­rze. Caitlin jest mądra, będzie wie­działa, że należy sprze­dać pro­jekt. Zarobi na tym dość, by jeść woło­winę codzien­nie przez resztę życia. W każ­dym razie dobrze o nią zadbał, nawet jeśli nie o sie­bie.

Gdyby mógł ste­ro­wać, dole­ciałby do pasa aste­ro­idów. Mógłby się skie­ro­wać do układu Jowi­sza i być pierw­szą osobą, która dotarła do Europy lub Gani­me­desa. Ale nic z tego. Zrobi to ktoś inny. I zabie­rze tam jego sil­nik.

Wojna! Jeśli odle­głość mie­rzy się w cza­sie, Mars nagle zna­lazł się bar­dzo, bar­dzo bli­sko Ziemi, która wciąż jest bar­dzo daleko od Marsa. Taki rodzaj asy­me­trii wszystko zmie­nia. Zasta­na­wia się, jak to wyne­go­cjują. Co zro­bią. Wszel­kie zasoby litu, molib­denu i wol­framu zna­lazły się teraz w zasięgu firm wydo­byw­czych. Mogą lecieć do pasa aste­roid, księ­ży­ców Saturna i Jowi­sza. To, co do tej pory powstrzy­my­wało Zie­mię i Marsa od osią­gnię­cia trwa­łego pokoju, prze­sta­nie mieć zna­cze­nie.

Ból głowy i krę­go­słupa coraz bar­dziej się nasila. Trudno mu pamię­tać o napi­na­niu rąk i nóg, by pomóc zawo­dzą­cemu sercu w prze­miesz­cza­niu krwi. Pra­wie znowu traci przy­tom­ność, ale nie jest pewien, czy to wynik udaru, czy cią­że­nia ciągu. Jest prze­ko­nany, że zwięk­sza­nie ciśnie­nia krwi pod­czas udaru nie jest dobrze widziane.

Ele­gia statku zmie­nia nieco ton i teraz dosłow­nie śpiewa gło­sem jego ojca, z hebraj­skimi syla­bami, któ­rych zna­cze­nia Solo­mon już dawno zapo­mniał, jeśli w ogóle je znał. Czyli omamy słu­chowe. Cie­kawe.

Żałuje, że nie będzie mógł jesz­cze jeden raz zoba­czyć Caitlin. Poże­gnać się z nią i powie­dzieć, że ją kocha. Żałuje, że nie zoba­czy kon­se­kwen­cji wyni­ka­ją­cych z moż­li­wo­ści swo­jego sil­nika. Mimo kosz­mar­nego bólu zaczy­nają go ogar­niać spo­kój i eufo­ria. Myśli, że wła­ści­wie zawsze tak było. Od kiedy Moj­żesz zoba­czył zie­mię obie­caną, do któ­rej nie mógł wkro­czyć, ludzie na łożach śmierci zawsze pra­gnęli zoba­czyć, co będzie dalej. Zasta­na­wia się, czy to wła­śnie, czyli zie­mię obie­caną świętą: fakt, że można ją zoba­czyć, ale do niej nie dotrzeć. Trawa jest zawsze zie­leń­sza po dru­giej stro­nie wła­snej śmierci. Brzmi to jak coś, co powie­działby Malik. Z czego Caitlin by się zaśmiała.

Następne kilka lat - nawet dzie­się­cio­le­cia - będą fascy­nu­jące, a wszystko dzięki niemu. Zamyka oczy. Żałuje, że nie może tam być i zoba­czyć tego wszyst­kiego.

Solo­mon roz­luź­nia się, a bez­miar obej­muje go jak kochanka.

Rzeź­nik sta­cji Ander­son

Gdy Fred był jesz­cze dziec­kiem na Ziemi i miał może pięć czy sześć lat, w piw­nicy u wujka zoba­czył roślinkę rosnącą w ciem­no­ści.

Chwast był bar­dzo blady i dwa razy wyż­szy niż inne na dwo­rze, znie­kształ­cony próbą się­gnię­cia do słońca. Taki wła­śnie był facet za barem: zbyt wysoki, zbyt blady, za bar­dzo spra­gniony cze­goś, czego ni­gdy nie zaznał i ni­gdy mu się to nie uda. Tacy wła­śnie byli Pasia­rze.

Muzyka w barze łączyła pen­dżab­skie rytmy z rapo­wa­niem wyso­kim kobie­cym gło­sem w wie­lo­ję­zycz­nej mie­szance języ­ków two­rzą­cych pasiar­ski kre­ol­ski. W kącie w głębi dzwo­nił i popi­ski­wał pod­nisz­czony auto­mat pachinko. W powie­trzu uno­sił się słodki aro­mat haszy­szu. Fred roz­parł się na stołku baro­wym zapro­jek­to­wa­nym dla kogoś wyż­szego o dzie­sięć cen­ty­me­trów i uśmiech­nął się łagod­nie.

- Masz jakiś pie­przony pro­blem? - zapy­tał.

Bar­man mógł być Chiń­czy­kiem, Kore­ań­czy­kiem lub ich mie­szanką, co zna­czyło, że jego rodzina praw­do­po­dob­nie przy­była tu w jed­nej z pierw­szych fal. Pięć poko­leń walki o powie­trze całych rodzin, upchnię­tych w mapu­ją­cych aste­ro­idy sta­tecz­kach na sie­dem prycz, i oglą­da­nia Słońca jako led­wie naj­ja­śniej­szej gwiazdy. Trudno było ich wciąż uwa­żać za ludzi.

- Żad­nego pro­blemu, jefe - odpo­wie­dział bar­man, jed­nak się nie ruszył.

W wiszą­cym nad barem lustrze Fred zoba­czył, jak roz­su­wają się drzwi wej­ściowe. Do środka ocię­żale weszło czte­rech Pasia­rzy. Jeden miał na ramie­niu opa­skę z roze­rwa­nym krę­giem Soju­szu Pla­net Zewnętrz­nych. Fred zoba­czył, że go zauwa­żyli, a jeden z nich go roz­po­znał. Auto­ma­tyczny zastrzyk adre­na­liny do krwi był przy­jemny.

- To może podasz mi mojego drinka?

Bar­man jesz­cze przez chwilę się nie poru­szył, aż w końcu ustą­pił. W gra­wi­ta­cji odśrod­ko­wej whi­skey lała się ina­czej, ale nie na tyle, żeby Fred potra­fił spre­cy­zo­wać, co się nie zga­dzało. Efekt Corio­lisa na sta­cji Ceres nie powi­nien wystar­czyć do zmiany kąta, przy­naj­mniej nie tak bli­sko powierzchni aste­ro­idy. Może po pro­stu za wolno opa­dała. Bar­man pchnął szkla­neczkę w jego stronę.

- Na koszt firmy - rzu­cił. Po krót­kiej prze­rwie dodał: - Puł­kow­niku.

Fred popa­trzył mu w oczy. Żaden z nich się nie ode­zwał. Wypił alko­hol bez dodat­ków. Napój palił w gar­dle i zosta­wił na języku posmak sta­rych grzy­bów i ple­śni na chle­bie.

- Masz coś innego niż fer­men­to­wana pleśń? - zapy­tał.

- Als u apre­cie no, koai sa sa? - zabrzmiał głos z tyłu. "Skoro ci nie sma­kuje, to po co tu jesteś?".

Fred okrę­cił się na stołku. Jeden z przy­by­łej czwórki patrzył na niego wrogo. Miał spore bary jak na Pasia­rza. Może był ope­ra­to­rem mecha, albo po pro­stu spę­dzał dużo czasu na siłowni. Nie­któ­rzy tak robili, uży­wa­jąc mie­szanki maszyn i cię­żar­ków z dro­gimi lekami, by zdo­być to, czego nie mogło im zapew­nić cią­że­nie.

"Po co tu jesteś?". Dobre pyta­nie.

- Lubię whi­skey, która była kie­dyś zbo­żem. Jak chce­cie ssać grzyby, nie będę wam prze­szka­dzał.

Ope­ra­tor mecha prze­su­nął się na krze­śle. Wyglą­dał, jakby chciał wstać, ale zamiast tego tylko wzru­szył ramio­nami i odwró­cił wzrok. Jego kum­ple popa­trzyli po sobie. Ten z opa­ską wycią­gnął ter­mi­nal i szybko stu­kał w ekran.

- Mam bur­bon z Gani­meda - rzu­cił bar­man. - Ale będzie cię kosz­to­wał.

- Nie dość, żeby mnie powstrzy­mać - zapew­nił Fred, odwra­ca­jąc się. - Daj butelkę.

Bar­man się schy­lił, wsu­wa­jąc rękę pod bar. Praw­do­po­dob­nie miał tam broń. Fred pra­wie ją zoba­czył oczyma wyobraźni. Coś, co miało groź­nie wyglą­dać, a gdyby wygląd nie wystar­czył, powa­lić prze­ciw­nika. Może obrzyn do strze­la­nia na małe odle­gło­ści. Fred cze­kał, ale w ręce bar­mana poja­wiła się tylko butelka. Posta­wił ją na barze. Przez ciało Freda prze­szła fala ulgi i roz­cza­ro­wa­nia.

- Czy­sta szklanka - zażą­dał.

- Tak sobie myślę... - stwier­dził bar­man, się­ga­jąc do tyłu, do szkła pod lustrem - ...że po coś pan tu przy­szedł. Rzeź­nik sta­cji Ander­son w barze Pasia­rzy.

- Chcę się tylko napić - rzu­cił Fred.

- Nikt nie chce się tylko napić - odpo­wie­dział bar­man.

- Jestem wyjąt­kowy.

Bar­man się wyszcze­rzył.

- To prawda - zgo­dził się i schy­lił się nisko, pra­wie do poziomu Freda. - Niech pan na mnie spoj­rzy, puł­kow­niku.

Fred odkrę­cił butelkę i nalał płynu na dwa palce do nowej szkla­neczki. Zakrę­cił flaszkę. Bar­man się nie ruszył. Fred spoj­rzał w jego piwne oczy. Wła­śnie miał coś powie­dzieć, nawet nie był pewien co takiego, poza tym, że miało być ostre i jado­wite, kiedy kątem oka dostrzegł ruch w lustrze. Ludzie za ple­cami.

Miał chwilę na spię­cie się, na przy­ję­cie noża, kuli lub ude­rze­nia, które nie nade­szło. Na jego gło­wie wylą­do­wał czarny worek.

***

Trzy lata wcze­śniej wszystko wyglą­dało ina­czej.

- Dag­mar w kolejce, dzie­więć­dzie­siąt sekund do kon­taktu, wszystko zie­lone.

- Roger, Dag­mar. Widzę cię w dro­dze do kon­taktu za dzie­więć­dzie­siąt...

Ruchem szczęki Fred zmniej­szył gło­śność pasma pilo­tów, redu­ku­jąc ich komu­ni­katy do deli­kat­nej muzyki tła ze sło­wami o pozy­cjach i wek­to­rach. Dzie­więć­dzie­siąt sekund do wej­ścia pierw­szej grupy ude­rze­nio­wej.

Cała wiecz­ność.

Wes­tchnął głę­boko, na sekundę zapa­ro­wu­jąc wnę­trze hełmu, zanim wizjer się oczy­ścił. Pró­bo­wał się prze­cią­gnąć, ale pry­cza prze­ciw­prze­cią­że­niowa nie pozwa­lała mu wysu­nąć koń­czyn w żadną stronę. Kon­sola dowo­dze­nia wska­zy­wała osiem­dzie­siąt trzy sekundy do kon­taktu ze sta­cją Ander­son. Oddy­cha­nie i prze­cią­ga­nie zajęło mu tylko sie­dem sekund.

Prze­łą­czył ekran na widok przed­niej śluzy Dag­mar. Jed­nostkę zbu­do­wano jako barkę desan­tową pie­choty mor­skiej, która mogła przy­ssać się do kadłuba statku lub sta­cji, a potem wyciąć w niej dziurę. Na ekra­nie zoba­czył dwu­stu mari­nes przy­pię­tych do pio­no­wych kla­tek prze­ciw­prze­cią­że­nio­wych, z bro­nią zamo­co­waną obok na szyb­ko­złą­czach. Śluzę zapro­jek­to­wano do otwar­cia prze­słony natych­miast po wybu­cho­wym prze­bi­ciu pan­ce­rza i uszczel­nie­niu styku.

Przez pan­ce­rze bojowe do walki w próżni trudno było to oce­nić, ale żoł­nie­rze wyda­wali się spo­kojni. Szko­lono ich na Księ­życu, aż manewry w obni­żo­nym cią­że­niu lub mikro­gra­wi­ta­cji i próżni weszły im w krew. Upy­chano ich do cia­snych stat­ków, w któ­rych ćwi­czyli, aż nie robił na nich wra­że­nia atak w kory­ta­rzach z kry­jów­kami na każ­dym skrzy­żo­wa­niu. Tak długo powta­rzano im, że mari­nes pro­wa­dzący szturm w abor­dażu mogli ocze­ki­wać nawet sześć­dzie­się­ciu pro­cent strat, że ta liczba prze­stała mieć jakie­kol­wiek zna­cze­nie.

Fred popa­trzył na swo­ich ludzi w klat­kach i wyobra­ził sobie, że sze­ściu na dzie­się­ciu nie wróci.

Według wyświe­tla­cza zostało trzy­dzie­ści sekund.

Prze­łą­czył kon­solę na widok radaru. Obok Dag­mar poja­wiły się dwie duże plamy. Bliź­nia­cze statki, każdy wio­zący kolej­nych dwu­stu mari­nes. Dalej małe, szyb­kie jed­nostki eskor­towe. Z przodu rosnący z sekundy na sekundę potężny, obra­ca­jący się pier­ścień sta­cji Ander­son.

Wszy­scy byli na sta­no­wi­skach, żoł­nie­rze byli gotowi do walki, a dyplo­ma­cja zawio­dła. Nad­szedł czas, by wyko­nał swoje zada­nie. Otwo­rzył kanał do dowód­ców dru­żyn i w heł­mie nagle roz­brzmiało dzie­sięć waria­cji na temat szu­mów tła.

- Wszyst­kie dru­żyny, dzie­sięć sekund do wyłomu. Przy­go­to­wać się.

W gło­śni­kach zabrzmiało dzie­sięć potwier­dzeń.

- Uda­nych łowów - rzu­cił Fred, po czym wywo­łał ekran tak­tyczny.

Układ sta­cji Ander­son poja­wił się w zwod­ni­czo wyraź­nym, dwu­wy­mia­ro­wym pla­nie. Nie mogli wie­dzieć, ile for­ty­fi­ka­cji Pasia­rze zbu­do­wali od czasu prze­ję­cia sta­cji.

Jego żoł­nie­rzy przed­sta­wiało sześć­set zie­lo­nych kro­pek uno­szą­cych się tuż poza sta­cją.

- Wyłom, już! Już! Już! - krzy­czał w mikro­fon pilot Dag­mar.

Sta­tek zady­go­tał, gdy szpony śluzy wbiły się w meta­lowy kor­pus sta­cji ze zgrzy­tem, który Fred poczuł nawet przez wyście­ła­nie pry­czy. Szarp­nię­ciem w bok wró­ciło cią­że­nie, gdy ruch obro­towy sta­cji zaczął cią­gnąć jed­nostki abor­da­żowe, nada­jąc im 0,3 g siły odśrod­ko­wej. Roz­brzmiała seria wyso­kich ude­rzeń wybu­cha­ją­cych ładun­ków pene­tru­ją­cych.

Nad wyświe­tla­czem tak­tycz­nym poja­wiły się małe ekrany z obra­zami z włą­cza­nych kamer na heł­mach dowód­ców dru­żyn. Mari­nes ruszyli przez trzy nowe otwory w powłoce sta­cji. Fred zaczął prze­ska­ki­wać po pla­nie tak­tycz­nym, stu­ka­jąc pal­cami w mapę.

- Wszyst­kie dru­żyny, usta­no­wić przy­czó­łek i pozy­cje rezer­wowe w kory­ta­rzu L, od węzła trzy­dzie­ści cztery do trzy­dzie­ści osiem - powie­dział do mikro­fonu, jak zwy­kle zasko­czony spo­ko­jem brzmią­cym w swoim gło­sie pod­czas bitwy.

Zie­lone kropki ruszyły przez wyświe­tlane na ekra­nie kory­ta­rze. Cza­sami poja­wiała się nowa, czer­wona kropka, gdy wyświe­tlacz na wizje­rze żoł­nie­rza wykrył ostrzał prze­ciw­nika i ozna­czył go jako zagro­że­nie. Czer­wone kropki ni­gdy nie świe­ciły długo. Co jakiś czas zie­lona kropka zmie­niała kolor na żółty. Żoł­nierz wyłą­czony z walki: pan­cerz wykry­wał zgon lub rany, które czy­niły go nie­sku­tecz­nym w boju.

Nie­sku­teczny w boju. Taki ładny eufe­mizm na dzie­ciaki wykrwa­wia­jące się na gów­nia­nej sta­cji na zadu­piu Pasa.

Spo­dzie­wane sześć­dzie­siąt pro­cent strat. Cztery zie­lone kropki na każde sześć żół­tych, a wszyst­kie nale­żały do niego.

Przy­glą­dał się sztur­mowi prze­bie­ga­ją­cemu niczym kom­pu­te­rowa gra, prze­su­wa­jąc pionki, reagu­jąc na zagro­że­nia nowymi roz­ka­zami, pil­nu­jąc liczby zie­lo­nych kro­pek.

Trzy nowe czer­wone. Cztery zie­lone zatrzy­mały ruch i schro­niły się za osłoną. Fred wysłał kolejne cztery zie­lone do bocz­nego kory­ta­rza, prze­miesz­cza­jąc je na flankę. Czer­wone kropki znik­nęły. Trzy zie­lone ruszyły ponow­nie. Kusiło go, by dać się ponieść prze­bie­gowi star­cia, zapo­mnieć, co tak naprawdę zna­czą świe­cące na ekra­nie sym­bole.

Dowódca dru­żyny idą­cej na szpicy wyrwał go z transu, wywo­łu­jąc go na kanale dowo­dze­nia.

- Nad­zór, tu dowódca dru­żyny jeden.

Fred prze­niósł uwagę na widok z kamery na heł­mie dowódcy pierw­szej dru­żyny. Drugi koniec dłu­giego, łagod­nie wzno­szą­cego się kory­ta­rza blo­ko­wała pro­wi­zo­ryczna bary­kada. Według wyświe­tla­cza tak­tycz­nego bro­nił jej przy­naj­mniej tuzin prze­ciw­ni­ków. Na oczach Freda zza bary­kady wyle­ciał mały obiekt i wybuchł jak gra­nat led­wie kilka metrów od pozy­cji dowódcy dru­żyny.

- Tu nad­zór, słu­cham, dowódca dru­żyny jeden - odpo­wie­dział Fred.

- Dostęp do głów­nego kory­ta­rza blo­kuje sil­nie ufor­ty­fi­ko­wana pozy­cja. Mogę ją roz­bić ciężką bro­nią, ale spo­wo­duje to zna­czące znisz­cze­nia struk­tury i moż­liwą utratę zdol­no­ści pod­trzy­my­wa­nia życia w tej sek­cji.

Fred zer­k­nął na mapę tak­tyczną, zauwa­ża­jąc nie­wielką odle­głość dzie­lącą bary­kadę od kilku klu­czo­wych węzłów sys­temu pod­trzy­my­wa­nia życia i zasi­la­nia. Dla­tego wła­śnie tam ją posta­wili. Uwa­żają, że się na to nie zde­cy­du­jemy.

- Potwier­dzam, dru­żyna jeden - odpo­wie­dział Fred, szu­ka­jąc alter­na­tyw­nej drogi. Wyglą­dało na to, że takiej nie ma. Pasia­rze byli inte­li­gentni.

- Nad­zór, pyta­nie. Użyć cięż­kiej broni do znisz­cze­nia bary­kady czy oczy­ścić ją sztur­mem?

Roz­wa­lić sporą część infra­struk­tury pod­trzy­my­wa­nia życia sta­cji, poten­cjal­nie zabi­ja­jąc sporą liczbę ukry­wa­ją­cych się w swo­ich miesz­ka­niach cywi­lów, czy wysłać do ataku wła­snych ludzi, pozwa­la­jąc im zgar­nąć swoje sześć­dzie­siąt pro­cent strat, by zdo­być pozy­cję.

Pie­przyć. Pasia­rze sami zde­cy­do­wali. Muszą teraz ponieść kon­se­kwen­cje.

- Dowódca dru­żyny jeden, udzie­lam zgody na uży­cie cięż­kiej broni do usu­nię­cia prze­szkody. Roz­łą­czam się.

Kilka sekund póź­niej bary­kada znik­nęła w bły­sku świa­tła i chmu­rze dymu. Po kilku kolej­nych sekun­dach jego ludzie znów byli w ruchu.

Trzy godziny i dwa­dzie­ścia trzy żółte kropki póź­niej nade­szło połą­cze­nie.

- Nad­zór, tu dowódca dru­żyny jeden. Zdo­by­li­śmy cen­trum dowo­dze­nia. Sta­cja jest nasza. Powta­rzam, sta­cja jest nasza.

***

Bolały go skrę­po­wane za ple­cami ręce. Przy­wią­zano je do kostek, więc mógł leżeć na boku lub dźwi­gnąć się na kolana, ale nie było mowy o roz­pro­sto­wa­niu nóg i wsta­niu. Wybrał klę­cze­nie.

Worek na gło­wie two­rzył abso­lutną czerń, ale sądząc po obro­to­wym cią­że­niu, na­dal znaj­do­wał się gdzieś bli­sko powierzchni sta­cji. Czyli śluza. Usły­szy syk i pyk­nię­cie uszczelki wewnętrz­nych drzwi. Potem albo powolne wypusz­cza­nie powie­trza, albo - jeśli chcieli go wyrzu­cić w prze­strzeń - kaszl­nię­cie wyłą­cze­nia blo­kady bez­pie­czeń­stwa. Prze­su­nął stopą po pod­ło­dze, pró­bu­jąc wyma­cać spo­iny śluzy. Roz­su­nie się czy to jeden z tych sta­rych typów, na zawia­sach?

Dźwięk, który usły­szał, nie był mecha­niczny. Gdzieś z lewej strony odchrząk­nęła kobieta. Kilka sekund póź­niej otwarły się i zamknęły drzwi. Dźwięk był przy­tłu­miony, jakby miały uszczelkę ciśnie­niową, ale na sta­cji nie zna­czyło to wiele. Więk­szość drzwi była her­me­tyczna. Zbli­żyły się do niego kroki. Pięć, może sześć osób. Plus kobieta z pro­ble­mem w gar­dle.

- Puł­kow­niku? Zdejmę teraz panu worek.

Fred kiw­nął głową.

Świat odzy­skał blask.

Pomiesz­cze­nie miało tanią pod­łogę i ściany z suro­wego kamie­nia. Wzdłuż sufitu i ścian bie­gły prze­wody i rury, a w jed­nym z rogów stało nie­uży­wane meta­lowe biurko. Tunel ser­wi­sowy. Świa­tła były ostre. Roz­po­znał czte­rech męż­czyzn z baru. Dołą­czył do nich jesz­cze jeden. Szczu­pły, młody, z trą­dzi­kiem wyma­ga­ją­cym poważ­nego lecze­nia. Fred obró­cił głowę, żeby zoba­czyć kobietę. Stała czuj­nie, trzy­ma­jąc w dło­niach pięć­dzie­się­cio­letni kara­bin na naboje strzał­kowe, a jej przed­ra­mię zdo­biła opa­ska SPZ z roze­rwa­nym krę­giem.

Nikt nie miał maski na twa­rzy. Kiedy nowy się ode­zwał, jego głos nie był znie­kształ­cony. Nie przej­mo­wali się tym, czy będzie mógł ich ziden­ty­fi­ko­wać.

- Puł­kow­nik Fre­de­rick Lucius John­son. Bar­dzo chcia­łem pana spo­tkać. Nazy­wam się Ander­son Dawes i pra­cuję dla SPZ.

- Ander­son, tak? - odpo­wie­dział Fred, a męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

- Rodzice nazwali mnie tak na cześć kor­po­ra­cji Ander­son-Hyosung Coope­ra­tive Indu­stries Group. W sumie i tak nie dostało mi się naj­go­rzej.

- I co z tego? Sta­cja Ander­son była dla cie­bie jak brat?

- Imien­nik. Jeśli będzie tak panu wygod­niej, pro­szę mi mówić Dawes.

- Pier­dol się, Dawes.

Męż­czy­zna kiw­nął głową i klęk­nął przed Fre­dem.

- Chi-chey au? - zapy­tał jeden z męż­czyzn z baru.

- Etchyeh - odpo­wie­dział Dawes, a tamci wyszli. Zanim znowu się ode­zwał, Dawes odcze­kał, aż zamkną się za nimi drzwi. - Spę­dzał pan sporo czasu w barach Pasia­rzy, puł­kow­niku. Można by pomy­śleć, że cze­goś pan tam szu­kał.

- Dawes?

- Fred?

- Zali­czy­łem lep­sze szko­le­nie prze­ciwko tech­ni­kom prze­słu­chi­wa­nia, niż kie­dy­kol­wiek zoba­czysz. Chcesz nawią­zać poro­zu­mie­nie? Pro­szę bar­dzo. Mów przez chwilę, zdej­mij mi więzy, zacznij opo­wia­dać, że możesz mnie ura­to­wać, jeśli tylko powiem ci, co wiem. A potem wydłu­bię ci oczy i wyru­cham czaszkę. Rozu­miesz?

- Tak - potwier­dził bez mru­gnię­cia Dawes. - No to może powiedz mi, Fred, co się z tobą stało na sta­cji Ander­son?

***

Gdy tylko żoł­nie­rze skoń­czyli prze­cze­sy­wać kory­ta­rze w poszu­ki­wa­niu maru­de­rów, eskorta mari­nes zapro­wa­dziła Freda do zdo­by­tej sta­cji. Zatrzy­mał się na chwilę w rezer­wo­wej pozy­cji przy­go­to­wa­nej tuż przed śluzą. Mari­nes zaczy­nali tam wra­cać z innych zadań. Byli nabu­zo­wani adre­na­liną i ner­wowi po walce. Fred pozwo­lił im się zoba­czyć. Kładł dło­nie na ramio­nach i mówił, że świet­nie się spi­sali.

Nie­któ­rzy wra­cali na noszach. Żółte kropki w realu. Mię­dzy nimi prze­bie­gali sani­ta­riu­sze, pod­łą­cza­jąc ręczne ter­mi­nale do gniazd w pan­cer­zach powa­lo­nych żoł­nie­rzy, odczy­tu­jąc dane dia­gno­styczne i przy­dzie­la­jąc miej­sca w kolejce do ope­ra­cji, w zależ­no­ści od tego, jak poważne były rany. Cza­sami doty­kali przy­ci­sku na ter­mi­nalu i jedna z żół­tych kro­pek Freda robiła się czarna. Opro­gra­mo­wa­nie dowo­dze­nia ozna­czało zabi­tego i wysy­łało wia­do­mość do wła­ści­wych dowód­ców dru­żyn i kom­pa­nii w celu napi­sa­nia listu do rodziny. Podobny wpis poja­wiał się na jego liście zadań.

Wszystko było bar­dzo ele­ganc­kie i dobrze zor­ga­ni­zo­wane. Całe stu­le­cia walk w erze elek­tro­niki pomo­gły w dopra­co­wa­niu algo­ryt­mów. Fred poło­żył dłoń na ramie­niu mło­dej kobiety, któ­rej pan­cerz zgła­szał uszko­dze­nie krę­go­słupa, i ści­snął. Opty­mi­stycz­nie wysta­wiła kciuki do góry, co było dla niego niczym ude­rze­nie w splot sło­neczny.

- Sir?

Fred pod­niósł wzrok i zoba­czył sto­ją­cego na bacz­ność porucz­nika, swo­jego adiu­tanta.

- Jeste­śmy gotowi?

- Tak jest, sir. Może się jesz­cze tra­fić jakiś poje­dyn­czy bun­tow­nik, ale kon­tro­lu­jemy kory­ta­rze stąd do sta­no­wi­ska dowo­dze­nia.

- Zapro­wadź­cie mnie tam - pole­cił.

W zale­d­wie kilka minut poko­nali drogę, na któ­rej oczysz­cze­nie mari­nes potrze­bo­wali wielu godzin. Zespoły do sprzą­ta­nia po boju wciąż sie­działy w bar­kach desan­to­wych, cze­ka­jąc na potwier­dze­nie końca walk. Wzdłuż kory­ta­rzy leżały ciała zabi­tych prze­ciw­ni­ków. Fred przy­glą­dał im się uważ­nie. Poza rzu­ca­ją­cym się w oczy bra­kiem odznak SPZ wyglą­dali tak, jak się spo­dzie­wał. Wysocy, chu­dzi męż­czyźni i kobiety roze­rwani wybu­chami lub podziu­ra­wieni poci­skami z broni ręcz­nej. Więk­szość była uzbro­jona, ale nie wszy­scy.

Skrę­cili, za rogiem weszli do głów­nego kory­ta­rza i dotarli do bary­kady, którą kazał znisz­czyć. Leżało przy niej kil­ka­na­ście ciał. Nie­które osła­niały pro­wi­zo­ryczne pan­ce­rze, ale więk­szość nosiła zwy­kłe ska­fan­dry próż­niowe. Rakieta z ładun­kiem burzą­cym użyta przez żoł­nie­rzy do znisz­cze­nia bary­kady roze­rwała ich jak przej­rzałe wino­grona. Przy­sto­so­wany do walki w próżni pan­cerz Freda chro­nił przed smro­dem wnętrz­no­ści, ale zgło­sił go w postaci nieco pod­wyż­szo­nego poziomu metanu w atmos­fe­rze. Smród śmierci spro­wa­dzony do punktu danych.

W pobliżu w jed­nym miej­scu zebrano mały sto­sik broni i pro­wi­zo­rycz­nych mate­ria­łów wybu­cho­wych.

- W to byli uzbro­jeni? - zapy­tał.

Eskor­tu­jący go ofi­cer przy­tak­nął.

- Lekki sprzęt, sir. Cywilny. Więk­szość tego nie dałaby rady nawet wgnieść naszych pan­ce­rzy.

Fred schy­lił się i pod­niósł gra­nat ręcz­nej roboty.

- Rzu­cali w was bom­bami, żeby powstrzy­mać przed zbli­że­niem się na tyle, by było widać, że ich kara­biny nie zadzia­łają.

- I zmu­sili nas do roz­wa­le­nia ich - potwier­dził ze śmie­chem porucz­nik. - Gdy­by­śmy wie­dzieli, że strze­lają z takich puka­wek, mogli­by­śmy po pro­sto podejść i użyć para­li­za­to­rów.

Fred pokrę­cił głową i odło­żył gra­nat.

- Spro­wadź­cie tu sape­rów, niech roz­broją te mate­riały wybu­chowe, zanim przy­pad­kiem się akty­wują i kogoś zabiją.

Przyj­rzał się znisz­czo­nemu przez wybuch węzłowi apa­ra­tury do pod­trzy­my­wa­nia życia. Zgi­nęło już dzi­siaj dość nie­win­nych ludzi, pomy­ślał. Wywo­łał raport o sta­nie sta­cji na bie­żąco aktu­ali­zo­wany przez zespół do walki elek­tro­nicz­nej. Dowie­dział się o cał­ko­wi­tej utra­cie pod­trzy­my­wa­nia życia w sek­cji, w któ­rej się znaj­do­wał, oraz w dwóch przy­le­głych. Nieco ponad tysiąc sto osób bez powie­trza i zasi­la­nia. Za każ­dymi drzwiami, które widział, mogła się kryć rodzina dusząca się z braku tlenu i waląca w nie­ru­chome drzwi, bo banda skre­ty­nia­łych Pasia­rzy zbu­do­wała swoją bary­kadę wła­śnie w takim miej­scu. A on zde­cy­do­wał się ją znisz­czyć.

Gdy adiu­tant wzy­wał sape­rów, Fred ruszył w stronę cen­trum dowo­dze­nia. Po dro­dze zoba­czył jesz­cze kilka ciał Pasia­rzy. Pró­bo­wali bro­nić kory­ta­rza nawet po tym, jak jego ludzie znisz­czyli pierw­szą bary­kadę, kry­jąc się za pro­wi­zo­rycz­nymi osło­nami i rzu­ca­jąc gra­naty z domo­wej roboty mate­ria­łów wybu­cho­wych. Wyraź­nie sta­rali się zdo­być wię­cej czasu, ale na co? Nie mogło być wąt­pli­wo­ści co do osta­tecz­nego wyniku. Mieli za mało ludzi i zde­cy­do­wa­nie nie­do­sta­teczne uzbro­je­nie. Żoł­nie­rze potrze­bo­wali na zdo­by­cie sta­cji aż trzech godzin tylko dla­tego, że Fred nale­gał na ostroż­ność. Patrząc na prak­tycz­nie nie­osło­nięte ciała na pod­ło­dze, zro­zu­miał, że jego ludzie mogli się zna­leźć w cen­trum dowo­dze­nia w poło­wie tego czasu.

Leżący wokół niego ludzie też musieli o tym wie­dzieć. Ci idioci zmu­sili nas do zabi­cia ich.

Porucz­nik dogo­nił go w chwili, gdy wcho­dził do cen­trum dowo­dze­nia.

Pomiesz­cze­nie było pełne tru­pów, leżało ich tam przy­naj­mniej dwa­dzie­ścia. Choć więk­szość miała na sobie jakieś kom­bi­ne­zony próż­niowe, męż­czy­zna na środku był ubrany tylko w tani nie­bie­ski strój robo­czy z logo firmy gór­ni­czej na ramie­niu. Był cały podziu­ra­wiony kulami. W jego dłoni tkwił mało­ka­li­browy pisto­let, przy­kle­jony zasy­cha­jącą krwią.

- Sądzimy, że to ich lider - poin­for­mo­wał porucz­nik. - Pro­wa­dził jakąś trans­mi­sję. Pozo­stali wal­czyli do ostat­niego, żeby dać mu wię­cej czasu. Pró­bo­wa­li­śmy wziąć go żyw­cem, ale wycią­gnął z kie­szeni ten pisto­let i...

Fred rozej­rzał się po masa­krze wokół i poczuł poru­sze­nie w trze­wiach. Trwało tylko chwilę, zastą­pione nagłym ata­kiem furii. Gdyby był sam, pod­szedłby do trupa w tanim nie­bie­skim stroju i go sko­pał. Zamiast tego tylko zaci­snął zęby.

- Co, do cho­lery, was tak pogięło? - zwró­cił się do tru­pów.

- Sir? - Porucz­nik wtrą­cił się, patrząc na sta­no­wi­sko łącz­no­ści. - Wygląda na to, że pró­bo­wał nada­wać aż do ostat­niej chwili.

- Pokaż - zażą­dał Fred.

***

- Na sta­cji Ander­son wyko­na­łem swoją powin­ność - oświad­czył Fred.

- Swoją powin­ność - powtó­rzył Dawes. Nie pytał. Nie drwił. Po pro­stu powtó­rzył.

- Tak.

- Czyli wyko­ny­wa­łeś roz­kazy - zasu­ge­ro­wał Dawes.

- Nawet tego nie pró­buj, dupku. Nie zadzia­łają na mnie te bzdety z Norym­bergi. Wyko­ny­wa­łem roz­kazy, w ramach któ­rych moi prze­ło­żeni pole­cili mi odbić sta­cję z rąk zaj­mu­ją­cych ją ter­ro­ry­stów. Uzna­łem ten roz­kaz za słuszny i legalny, w związku z czym odpo­wia­dam za wszystko, co nastą­piło dalej. Zdo­by­łem sta­cję i zro­bi­łem to, sta­ra­jąc się, po pierw­sze, zmi­ni­ma­li­zo­wać straty wśród moich ludzi, a po dru­gie, nie dopu­ścić do znisz­cze­nia sta­cji.

Dawes popa­trzył na niego. Nie­wiel­kie zmarszczki nie były zbyt widoczne na tle trą­dziku. Coś w prze­wo­dach zaczęło bul­go­tać, zasy­czało, zabul­go­tało ponow­nie i uci­chło.

- Kazano ci coś zro­bić. I zro­bi­łeś to - stwier­dził Dawes. - Teraz twier­dzisz, że to nie jest wyko­ny­wa­nie roz­ka­zów?

- To ja wyda­łem roz­kazy - powie­dział Fred. - I wszystko, co zro­bi­łem, wyni­kało z tego, że uzna­łem to za słuszne.

- Dobra.

- Pró­bu­jesz mi dać szansę na wymi­ga­nie się. Pozwo­lić mi powie­dzieć, że Pasia­rze na sta­cji Ander­son zgi­nęli przez decy­zję kogoś wyżej w struk­tu­rze dowo­dze­nia. To bzdura.

- A niby czemu miał­bym to robić? - zapy­tał Dawes. Dobry był. Wyda­wał się szcze­rze zacie­ka­wiony.

- Żeby nawią­zać poro­zu­mie­nie.

Dawes kiw­nął głową, po czym się zmarsz­czył z bole­snym wyra­zem twa­rzy.

- A potem wró­cimy do rucha­nia czaszki? - zapy­tał z gry­ma­sem.

Fred nie zdo­łał się powstrzy­mać od wybu­chu śmie­chu.

- Nie po to tu przy­sze­dłem, puł­kow­niku - kon­ty­nu­ował Dawes. - I nie chcę pana roz­pra­szać, ale czy to nie działa też w drugą stronę? Nie oddał pan ani jed­nego strzału. Nie naci­snął pan spu­stu ani nie wbił kodu do wystrze­le­nia rakiet. Wydał pan roz­kazy, a pań­scy żoł­nie­rze uznali je za słuszne i legalne.

- Bo tak wła­śnie było - zapew­nił Fred. - Moi ludzie postą­pili słusz­nie.

- Ponie­waż pan im tak kazał. Wyko­ny­wali pań­skie roz­kazy.

- Tak.

- Na pań­ską odpo­wie­dzial­ność.

- Tak.

Kobieta z wie­ko­wym kara­bi­nem znowu zaka­słała. Dawes zsu­nął się na tanią pod­łogę, sia­da­jąc ze skrzy­żo­wa­nymi nogami. Nawet wtedy był o głowę wyż­szy od Freda. W miej­scach, które nie były czer­wone, jego skóra była blada, a połą­cze­nie krost i nie­zdar­nego, wydłu­żo­nego ciała nada­wało mu wygląd nasto­latka. Poza oczami.

- No i ter­ro­ry­ści - powie­dział Dawes.

- Co?

- Ludzie, któ­rzy prze­jęli sta­cję. Uważa pan, że to oni byli odpo­wie­dzialni, prawda?

- Tak - potwier­dził Fred.

Dawes ode­tchnął głę­boko, pozwa­la­jąc, by powie­trze powoli wypły­wało mię­dzy zębami.

- Zdaje pan sobie sprawę, puł­kow­niku, że szturm na sta­cję Ander­son jest jedną z naj­le­piej udo­ku­men­to­wa­nych ope­ra­cji woj­sko­wych w dzie­jach. Kamery moni­to­ringu wszystko trans­mi­to­wały. Spę­dzi­łem całe mie­siące na oglą­da­niu tych nagrań. Mógł­bym panu opo­wie­dzieć o tym ataku rze­czy, któ­rych nawet pan nie wie.

- Jeśli tak twier­dzisz.

- Gdy wybu­chła ta bary­kada, wraz z nią zgi­nęło jede­na­ście osób. Trzy kolejne prze­stały oddy­chać w ciągu kolej­nych dwóch minut, a ostat­nia prze­żyła do czasu nadej­ścia pań­skich żoł­nie­rzy.

- Nie zabi­ja­li­śmy ran­nych.

- Zabi­li­ście jed­nego, gdy pró­bo­wał pod­nieść pisto­let. Jedna kobieta miała zapad­nięte płuco i zadła­wiła się wła­sną krwią, zanim dotarli do niej pań­scy sani­ta­riu­sze.

- Chcesz prze­pro­sin?

Uśmiech Dawesa zro­bił się chłod­niej­szy.

- Chcę, żeby pan zro­zu­miał, że wiem o wszyst­kim, co działo się na tej sta­cji. Znam każdy roz­kaz. Każdy pocisk i wiem, z któ­rej broni został wystrze­lony. Wiem wszystko o tym ataku, jak cała reszta Pasa. Jest pan tam sławny.

- To ty spy­ta­łeś, co się tam stało - stwier­dził Fred, pró­bu­jąc wzru­szyć zwią­za­nymi, zdrę­twia­łymi ramio­nami.

- Nie, puł­kow­niku. Zapy­ta­łem, co stało się z panem.

***

Pry­watne biuro gene­rała Jasiry urzą­dzono zgod­nie z czy­imś wyobra­że­niem na temat bry­tyj­skiego klubu dla gen­tle­ma­nów. Meble z ciem­nego dębu i jesz­cze ciem­niej­szej skóry. Masywne biurko pach­nące cytryną i ole­jem tun­go­wym. Sto­jący na nim zestaw do pisa­nia i glo­bus Ziemi wyko­nano z mosią­dzu. Półki były pełne praw­dzi­wych papie­ro­wych ksią­żek i innych pamią­tek z dłu­giego życia peł­nego podróży. Ni­gdzie nie było widać urzą­dze­nia elek­tro­nicz­nego bar­dziej zaawan­so­wa­nego od lampy. Gdyby nie wyno­szące 0,17 g księ­ży­cowe cią­że­nie, nie dałoby się odróż­nić tego pomiesz­cze­nia od biura w Lon­dy­nie na początku XX wieku.

Gene­rał cze­kał, by Fred ode­zwał się pierw­szy, więc zamiast tego puł­kow­nik zakrę­cił whi­sky w szkla­neczce, cie­sząc zmy­sły stu­ka­niem kostek lodu i ostrym zapa­chem alko­holu. Wypił whi­sky jed­nym łykiem i odsta­wił szkło na biurko przed sobą, zapra­sza­jąc do dolewki. Gdy Jasira nalał alko­hol na kolejne dwa palce, w końcu zre­zy­gno­wał z cze­ka­nia.

- Sądzę, że mia­łeś czas na przej­rze­nie nagrań trans­mi­sji nada­wa­nych przez ter­ro­ry­stów z Ander­son - powie­dział.

Fred kiw­nął głową. Domy­ślił się, że to wła­śnie było powo­dem zapro­sze­nia po godzi­nach. Upił łyk szkoc­kiej, ale nabrała kwa­śnego posmaku, więc ją odsta­wił.

- Tak jest, sir. Zgod­nie z pro­ce­durą cały czas ich zagłu­sza­li­śmy, ale nie wykry­li­śmy tego prze­kaź­nika kie­run­ko­wego, który zosta­wili...

- Fred... - prze­rwał mu ze śmie­chem Jasira. - To nie docho­dze­nie. Nie przy­sze­dłeś tu prze­pra­szać. Naprawdę świet­nie się spi­sa­li­ście, puł­kow­niku.

Fred zmarsz­czył brwi, pod­niósł szkla­neczkę i po chwili odsta­wił ją nie­tkniętą.

- W takim razie pozwolę sobie na szcze­rość, sir, po co tu przy­sze­dłem?

Jasira odchy­lił się na opar­cie fotela.

- Kilka dro­bia­zgów. Widzia­łem twój wnio­sek o wsz­czę­cie śledz­twa w spra­wie pracy zespołu nego­cja­cyj­nego. I odtaj­nie­nie trans­kryp­tów z nego­cja­cji. Tro­chę mnie to zasko­czyło.

Mówiąc, Jasira poru­szył ramio­nami, choć w nie­znacz­nym cią­że­niu Księ­życa nie mogły być zbyt spięte. Musiał spę­dzać sporo czasu na pla­ne­cie i nabrał przy­zwy­cza­jeń.

- Sir... - Fred mówił powoli, ostroż­nie dobie­ra­jąc słowa. - Z powodu prze­kazu, opi­nia publiczna widziała już rela­cje z walk. Tego mleka nie da się zebrać z powro­tem do butelki. Jed­nak wydaje się, że nikt nie chce roz­ma­wiać o tej wiązce kie­run­ko­wej, którą wysłali nam na koniec. My...

- A niby jak ta infor­ma­cja mia­łaby cokol­wiek zmie­nić? Wyko­na­li­ście swoje zada­nie, żoł­nie­rzu. Zespół nego­cja­cyjny wyko­nał swoje. To wszystko.

- W obec­nej sytu­acji, sir, ludzie, któ­rzy prze­jęli Ander­son, wydają się sza­leni, a my spra­wiamy wra­że­nie wyko­nu­ją­cych egze­ku­cję - odpo­wie­dział Fred i umilkł, zda­jąc sobie sprawę, że pod­nosi głos. Opa­no­wał się i dodał ciszej: - Musiało dojść do jakiejś pomyłki. Ta druga wia­do­mość jed­no­znacz­nie suge­ruje, że sądzili, że się pod­dali. Z powodu pro­blemu z poro­zu­mie­niem zgi­nęło mnó­stwo ludzi.

Jasira uśmiech­nął się bez śladu humoru.

- Nie bądź dla sie­bie taki surowy. Pra­wie nikogo nie stra­ci­łeś - zauwa­żył gene­rał. - W każ­dym razie wnio­sek odrzu­cony. Nie mamy powodu pro­wa­dzić śledz­twa w tej spra­wie. Nagra­nia z walk wyszły w świat i tak się składa, że prze­ma­wiają na twoją korzyść. Im prost­sza wia­do­mość, tym wię­cej ludzi ją zro­zu­mie: jeśli zabie­rze­cie nam sta­cję, odbi­jemy ją. Siłą. Jeśli wmie­szamy do tego poli­tykę, sprawa zrobi się mętna.

- Sir. - Z głosu Freda znik­nął jaki­kol­wiek ślad cie­pła. - W tej akcji zabi­łem stu sie­dem­dzie­się­ciu trzech uzbro­jo­nych powstań­ców i ponad tysiąc cywi­lów. Jest pan winny tym ludziom - jest pan winny mnie - dowie­dze­nie, że postą­pi­li­śmy słusz­nie. A gdy­by­śmy mogli zapo­biec powtó­rze­niu takiej sytu­acji w przy­szło­ści?

- W przy­szło­ści nic takiego się nie powtó­rzy - oświad­czył gene­rał. - Wła­śnie ty się o to posta­ra­łeś.

- Sir, z pań­skich słów można wnio­sko­wać, że to wcale nie była pomyłka. Kto wydał roz­kaz zigno­ro­wa­nia pod­da­nia się i wysła­nia mnie do walki? Czy to pan?

Jasira wzru­szył ramio­nami.

- To nie ma zna­cze­nia. Zro­bi­łeś to, czego od cie­bie chcie­li­śmy. Nie zapo­mnimy o tym.

Fred popa­trzył na swoje dło­nie. Wstał, odro­binę za szybko, pod­ska­ku­jąc w niskim cią­że­niu, i zasa­lu­to­wał ener­gicz­nie. Jasira nalał sobie kolejną szkla­neczkę szkoc­kiej i ją wypił, pozwa­la­jąc Fre­dowi stać na bacz­ność.

- Czy to wszystko, sir?

Prze­ło­żony popa­trzył na niego z rezy­gna­cją.

- Dosta­niesz Medal Wol­no­ści.

Fred stra­cił czu­cie w ręce, która opa­dła bez­wład­nie z salutu.

- Co takiego? - zdo­łał wykrztu­sić.

- Wrócę do studni. Jestem już za stary na wcią­ga­nie próżni. Przy­pną ci naj­wyż­sze odzna­cze­nie mari­nes ONZ, a nie­długo póź­niej dosta­niesz pierw­szą gwiazdkę. Przed koń­cem roku wylą­du­jesz na sta­no­wi­sku w dowódz­twie ope­ra­cyj­nym. Spró­buj wyglą­dać na zado­wo­lo­nego.

***

Cisza się prze­dłu­żała. Fred usil­nie sku­piał się na pustym miej­scu jakieś trzy metry przed sobą. Dawes przy­glą­dał mu się przez pra­wie minutę, zanim odpu­ścił.

- No dobra. To może ja zacznę? - zapro­po­no­wał. - Było tak. Spa­łeś z kimś ze swo­ich mari­nes. I trzy­ma­łeś to w tajem­nicy, bo byłeś dowódcą, a to sta­now­czo zaka­zane, prawda? Byłeś bar­dzo ostrożny przy zdo­by­wa­niu sta­cji, zapew­nia­jąc niskie straty, ale mia­łeś pecha i zgi­nęła twoja kochanka.

Fred utrzy­my­wał kamienny wyraz twa­rzy. Dawes odchy­lił się, opie­ra­jąc się na dłu­giej, chu­dej ręce jakby odpo­czy­wał pod drze­wem w sło­necz­nym parku.

- Nie mogłeś popro­sić o zwy­kłą pomoc psy­cho­lo­giczną, bo to ozna­cza­łoby ujaw­nie­nie związku, a wciąż się go wsty­dzi­łeś - kon­ty­nu­ował Dawes. - Doszło do zała­ma­nia. Efekt: zaczą­łeś się włó­czyć po barach SPZ w nadziei, że ktoś cię zabije.

Fred nie odpo­wie­dział. Nogi, w któ­rych wcze­śniej stra­cił czu­cie, zaczęły o sobie przy­po­mi­nać bólem. Dawes wyszcze­rzył się w uśmie­chu. Wyglą­dało na to, że dobrze się bawi.

- Nie? - zapy­tał przed­sta­wi­ciel SPZ. - Ta histo­ria ci się nie podoba? Dobra. To może tak. Zanim wstą­pi­łeś do mari­nes, byłeś chło­pa­kiem z pro­ble­mami. Robi­łeś mnó­stwo złych rze­czy. Dzi­kich. Wstą­pie­nie do woj­ska cię napro­sto­wało. Zro­biło z cie­bie odda­nego, pra­wego i popraw­nego gościa z krę­go­słu­pem moral­nym, jakim jesteś do dziś. Jed­nak nagle poja­wia się trans­mi­sja ze sta­cji Ander­son. Grupa ludzi z daw­nych lat ogląda prze­kazy i ktoś cię roz­po­znaje. Wra­casz jako boha­ter, ale jest w tym kro­pla dzieg­ciu. Ktoś cię szan­ta­żuje za... Hm. Może gwałt? Albo nie. Nar­ko­tyki. Pich­ci­łeś pastylki łaski w pokoju aka­de­mika i sprze­da­wa­łeś po klu­bach. A teraz sprawa wyszła na jaw i nastą­piło drobne zała­ma­nie. Efekt: zaczą­łeś się włó­czyć po barach SPZ w nadziei, że ktoś cię zabije.

Dawes poma­chał ręką przed oczami Freda.

- Słu­chasz mnie, puł­kow­niku? Ta też nie pasuje? W porządku. Może masz sio­strę, która wydo­stała się ze studni i stra­ci­łeś z nią kon­takt...

- Może oszczę­dzisz tro­chę pie­przo­nego powie­trza - wark­nął Fred. - Zrób to, po co tu przy­sze­dłeś, i będzie spo­kój.

- Rzecz w tym, puł­kow­niku, że "czemu" ma zna­cze­nie. Powód zawsze się liczy. Nie­za­leż­nie od początku tej histo­rii znam jej zakoń­cze­nie. Koń­czy się wła­śnie tą roz­mową. To ta łatwa część, a sądzę, że szu­kasz łatwej drogi.

- Co to ma zna­czyć?

Kobieta z kara­bi­nem coś powie­działa. Jej pasiar­ska gwara była zbyt mocno akcen­to­wana i mówiła za szybko, albo po pro­stu użyła jakie­goś kodu SPZ, bo Fred nie zdo­łał nawet roz­bić dźwię­ków na poszcze­gólne słowa. Dawes kiw­nął głową, wycią­gnął z kie­szeni ręczny ter­mi­nal i coś na nim wstu­kał. Fred pochy­lił się, pró­bu­jąc przy­wró­cić prze­pływ krwi w nogach. Dawes scho­wał ter­mi­nal.

- Zmie­nił się pan, puł­kow­niku. Po sta­cji Ander­son zmie­niło się pań­skie zacho­wa­nie. Wcze­śniej był pan po pro­stu kolej­nym dup­kiem z pla­net wewnętrz­nych, któ­rego nie obcho­dziło, czy Pas będzie żył, czy umrze. Trzy­mał się pan swo­ich baz i wie­lo­eta­po­wych pro­gra­mów pomocy, a także pozio­mów sta­cji, na któ­rych ochrona opła­cana jest z ziem­skich podat­ków. A teraz już nie. Miesz­kam w Pasie całe życie. Zna­łem sporo męż­czyzn, któ­rzy chcieli zgi­nąć. Zacho­wy­wali się dokład­nie tak, jak pan. Kobiety nie. Jesz­cze tego nie roz­gry­złem, ale męż­czyźni? Nawet jeśli wyjdą na spa­cer bez kom­bi­ne­zonu albo łykną kulę, wcze­śniej zawsze jest ta część. Ryzyko. Nadzieja, że wszech­świat zrobi to za nich. Pój­dzie na łatwi­znę. A Pas to bar­dzo bez­względne śro­do­wi­sko. Jeśli chcesz zgi­nąć, zwy­kle wystar­czy być nie­ostroż­nym.

- Gówno mnie obcho­dzi, co myślisz - wark­nął Fred. - Mam w dupie, czego chcesz albo kogo znasz. A te twoje psy­cho­lo­giczne mądro­ści? Możesz je sobie popić mlecz­kiem. Nie podam ci żad­nych uspra­wie­dli­wień. Wyko­na­łem swoje zada­nie i nie wsty­dzę się żad­nej pod­ję­tej decy­zji. Mając do dys­po­zy­cji te same infor­ma­cje, jesz­cze raz postą­pił­bym tak samo.

- Mając do dys­po­zy­cji te same infor­ma­cje - powtó­rzył Dawes, mocno akcen­tu­jąc. - To zna­czy, że cze­goś się pan dowie­dział?

- Pieprz się, Dawes.

- Co takiego, puł­kow­niku? Jakie infor­ma­cje zmie­niają rzeź­nika sta­cji Ander­son w samo­bójcę? Co zro­biło z niego tchó­rza?

***

Stu sie­dem­dzie­się­ciu Pasia­rzy oku­pu­ją­cych sta­cję Ander­son jesz­cze nie pod­jęło dzia­łań ofen­syw­nych. Fred przy­glą­dał się sta­cji na pod­ko­lo­ro­wa­nym obra­zie w pod­czer­wieni.

- Prio­ry­te­towa wia­do­mość z dowódz­twa ope­ra­cyj­nego, sir, spraw­dzona i zwe­ry­fi­ko­wana - ode­zwał się ofi­cer wywiadu znad moni­tora. - Tylko dla pań­skich oczu. Prze­sy­łam na pana kon­solę.

Wia­do­mość zawie­rała tylko jeden wiersz.

UDZIE­LAM UPO­WAŻ­NIE­NIA DO ODBI­CIA STA­CJI.

I to wszystko. Koniec trzy­dzie­stu sied­miu godzin nego­cja­cji. Dowódz­two Pla­net Zewnętrz­nych miało dość cze­ka­nia i spusz­czali psy.

Fred wywo­łał majora kom­pa­nii i wydał roz­kaz.

- Wsadź­cie ich w ste­laże. Będziemy ata­ko­wać. Usta­wić odli­cza­nie na godzinę.

- Potwier­dzam, sir. - Major odpo­wie­dział z więk­szym entu­zja­zmem, niż Fred uznał za przy­zwo­ity.

Jedna godzina do ataku na sta­cję. Fred wywo­łał zespół nego­cja­cyjny na okrę­cie dowo­dze­nia.

- Zgła­sza się psy­cho­lo­gia - ode­zwał się kapi­tan San­tiago, dowódca zespołu.

- Kapi­ta­nie, tu puł­kow­nik John­son. Dosta­li­śmy roz­kaz odbi­cia sta­cji. Moi ludzie wkro­czą za godzinę. Nie zostało nam nic, czego mogli­by­śmy spró­bo­wać? Może cho­ciaż modli­twa? Ostrze­ga­li­ście ich o ataku?

Nie było powodu niczego ukry­wać. Nie dało się ukryć trzech barek desan­to­wych mari­nes na kur­sie koli­zyj­nym.

Cisza z dru­giej strony połą­cze­nia prze­cią­gała się i Fred pra­wie dotarł do punktu, w któ­rym chciał spraw­dzić, czy połą­cze­nie wciąż jest aktywne, gdy w końcu otrzy­mał odpo­wiedź.

- Czy spraw­dza pan moją pracę, puł­kow­niku?

Fred powoli poli­czył do dzie­się­ciu.

- Nie, kapi­ta­nie. Ale za chwilę wyślę na sta­cję sze­ściu­set mari­nes. Oprócz stu sie­dem­dzie­się­ciu bun­tow­ni­ków jest tam ponad dzie­sięć tysięcy cywi­lów. Wielu z nich może dzi­siaj zgi­nąć. Chcę się tylko upew­nić, że wyczer­pa­li­śmy wszyst­kie inne moż­li­wo­ści, zanim zde­cy­du­jemy się...

- Sir, mam swoje roz­kazy, tak samo jak pan. Zro­bi­li­śmy, co mogli­śmy, ale zespół psy­cho­lo­giczny składa broń. Pań­ska kolej.

- Czy jestem jedyną osobą twier­dzącą, że to nie ma żad­nego sensu? - zapy­tał Fred. - Twier­dzą, że prze­jęli sta­cję z powodu trzy­pro­cen­to­wego narzutu za trans­fer towaru? Prze­cież już wyrzu­cili przez pie­przoną śluzę admi­ni­stra­tora, który to wymy­ślił. Dopro­wa­dze­nie do walki nic im nie da.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki