Dla Heleny mężczyźni nie istnieli. Nie żeby była nieinteresująca czy brzydka, wręcz przeciwnie. Od dziecka była bardzo ładna, no może nie aż tak ładna jak jej siostra, ale wszystkim się podobała. Wujek Bronisław zachodził do nich trzy razy do roku, zawsze ją pierwszą brał na kolana i robił jej patataj, patataj. W przepastnych kieszeniach sutanny miał poukrywane krówki, których musiała szukać tak długo, aż znalazła wszystkie. Siostrę także brał na kolana, ale w drugiej kolejności, i dla niej już cukierków nie było. Krówkami Helena zawsze się z nią dzieliła.
Pracowniogaleria mieściła się w przedwojennej kamienicy w centrum Warszawy. Helena z kwiatami czekała długo przy wąskich drzwiach windy, a gdy ta wreszcie nadjechała, okazała się zajęta. Para młodych nie zamierzała wysiadać. Helena widziała przed sobą plecy chłopaka, nogi dziewczyny obejmujące go w biodrach, jej ręce na jego szyi i białka jej półprzymkniętych oczu. Szepnęła coś chłopcu do ucha, a on wbił się w nią jeszcze mocniej, dając tym Helenie znak, że się zmieści. "Zrobili miejsce. To miło z ich strony. Ale jakoś niezręcznie", pomyślała.
- Dziękuję - wyszeptała i zamknęła drzwi windy.
Schody przedwojenne, stopnie wysokie, piętra odległe. Na szczęście miała stare, wygodne pantofle. Na uroczystość zakończenia roku szkolnego, połączonego z odejściem na emeryturę, kupiła sobie nowe. To przez nie przejście do wyczekiwanej starości okazało się istną torturą. Więc stare wróciły do łask. Wspinała się podniecona. Takie atrakcje jak wernisaż nie trafiały się jej często. Zarazem z każdym mijanym półpiętrem rósł niepokój. Lubiła stare, znane ścieżki. Pod tym względem była przeciwieństwem młodszej siostry. Tamtą pociągało to, co za rogiem; ją paraliżowało.
Od trzeciej kondygnacji na jej drodze pojawili się wernisażowi goście. Jedni wyszli na papierosa, przeglądali smartfony, inni rozsiedli się na stopniach, z dziewczynami na kolanach. Wymijała ich, powtarzając: "Przepraszam bardzo, przepraszam", a oni rozstępowali się grzecznie i uśmiechali porozumiewawczo. Slalomując między nimi, między uczuciami radości, że jest tutaj, a niepokojem - "Chyba jestem tu najstarsza?" - dotarła na ostatnie piętro. Na wernisaż Kiki.
Jej młodszej siostrzyczki.
Nikt nie zwrócił uwagi na jej wejście. To ją uspokoiło.
Ktoś niewidoczny w tłumie recytował wiersz. Znała ten głos. Charakterystyczny głos pięknego chłopca. Pamiętała go z dawnych lat, ciągle słychać go było w radiu, czytał Polską Kronikę Filmową i grał w filmach. Zazwyczaj w mundurze; zawsze wyglądał świetnie. Grał też w filmach o Indianach. Potem jakoś zniknął, ale głos pozostał ten sam: młody i donośny.
Mówią, że jestem stary. Jak rzeka.
Że czas coraz bardziej z rąk mi ucieka.
To prawda, że mi wiele godzin przepadło. Ale to nic. Do diabła!
Ja gram na mocnych strunach
i są jeszcze kantaty moje, do pioruna!
Nie czas mnie, ale ja go wziąłem na kowadło.
Recytował wspaniale. Jednak dobrze, że posłuchała siostry. Była w miejscu, w którym chciała być. W świecie sztuki. Z artystami. Wśród nich.
To śmieszne, że niektórzy nazwali mnie mistrzem.
Mówią, że w mych kantatach zamknąłem niebiosa.
Szkoda, że tu nie wszyscy znacie mego kosa.
Ach, jak ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiżdże.
Jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom.
I wielkim rzekom. I piersiom twoim, Naturo.
Helenka od dziecka bardziej wolała czytać niż ganiać się z chłopakami. Siostra ganiała się za nią i za siebie. Jej piski dobiegały to z piwnicy, to ze strychu - wtedy Hela zatykała uszy. Za to wszystko, co drukowane, wprost ją przyciągało. Nawet gazeta, którą miała rozpalić w piecu, musiała być najpierw dokładnie przeczytana. Potem jeszcze przez chwilę, gdy papier zwijał się w płomieniach, nie mogła oderwać od niego oczu.
Oczki miała Helenka jasnoniebieskie jak niezapominajki.
Włoski - blond.
Mysie warkoczyki zaplatała jej młodsza siostra. Właściwie to ona powinna zaplatać młodszej, ale przez to czytanie zawsze była spóźniona. Kiki na odwrót. Ze wszystkim się wyrabiała. Była szybka, sprytna i - co dziwniejsze - wszystko jej wychodziło. Helenka prędko pogodziła się z tym, że to młodsza będzie się nią opiekować. Byle tylko nie przeszkadzała jej w czytaniu.
Co gorsza, Helence wyrosły piersi i chłopcy odkryli jej istnienie. Gapili się nieustannie albo wpadali na nią. Sybiga, największy chuligan, w szatni, skąd nie było ucieczki, chwytał ją za piersi, a potem, wzbudzając rechot kolegów, obnosił rozczapierzone dłonie po szkole, pokazując, jaki to Helenka ma rozmiar. Gdy Kiki się o tym dowiedziała, stłukła świntucha. Od tej pory Hela była nietykalna. Obmacywanie było wstrętne, ale jeszcze gorsza była radość dzieciaków na widok bitego i upokarzanego przez siostrę chłopaka. Nie chciała, by ktoś przez nią cierpiał. To było najgorsze. Czyjeś cierpienie kroiło jej serce.
Była prymuską. W białej bluzce, unoszącej się na piersiach, reprezentowała szkołę na wszelkich uroczystościach. Śpiewała hymn o pułku piechoty, co idzie naprzód, nie zważając na słoty. Potem, gdy szkoła zmieniła patrona na poetę, recytowała z przejęciem jego niezrozumiałe wiersze. Nie lubiła, gdy się na nią gapili. Deklamując, zamykała oczy, co czyniło występ jeszcze bardziej podniosłym.
Teraz też zamknęła oczy. Aktor skończył, dostał brawa, goście się rozstąpili, uniosła powieki. Ujrzała go.
Był stary. Siwe włosy do ramion. Twarz spalona słońcem, poorana głębokimi zmarszczkami. Trzymał się prosto, jego oczy płonęły. Biły od niego siła i godność.
Wokół niego skakało chude ptaszysko w złotej marynarce, żółtych spodniach i czerwonych butach. Z niebieskimi, nastroszonymi włosami. Była kolorowa jak wściekłe obrazy na ścianach. Była ruchomym dziełem sztuki. To Kiki, jej młodsza siostra.
Helena skryła za plecami pastelowe kwiatki. W ostatnim momencie, bo siostrzyczka zauważyła ją i piszcząc na całą salę, ruszyła ku niej, ciągnąc ze sobą aktora.
- Poznajcie się!
- Żylski. Adam. - Starzec skłonił się z młodzieńczym wdziękiem.
- My się znamy - wyszeptała.
Zdumiał się. Zdumiał się tak, żeby wszyscy, cała sala, widzieli, jak się potrafi dziwić. Znany powszechnie z genialnej pamięci, pokazywał teraz, że nie może sobie przypomnieć. Tarł brodę i mruczał: "Zaraz, zaraz". Kiki patrzyła rozbawiona, a Helena wystraszona i skrępowana. Podpowiedziała cichutko:
- To było w siedemdziesiątym szóstym. Z okazji nadania naszej szkole imienia Cypriana Kamila Norwida. Czekałam przed szkołą...
Prymuska Helenka, w białej bluzce, w białych podkolanówkach, stoi przed szkołą. Na szczęście nie pada, ale listopadowy wiatr goni liście. Drapią ją po zsiniałych z zimna nogach. Odwraca się plecami do wiatru, chroniąc czerwony goździk - ten goździk jest teraz najważniejszy. Podjeżdża taksówka, wyskakuje Artysta. Skostniałe dziecko podsuwa mu kwiatek, ale nie może wykrztusić wykutego na pamięć powitania. Zamiast tego dzwoni zębami. Artysta, rozbawiony, głaszcze ją po głowie i znika w drzwiach.
Żylski się rozpromienił. Westchnął, przewrócił oczyma. Prawie rozbawiony, zapytał:
- Spóźniłem się pół godziny?
- Godzinę.
Jakież to było nietaktowne! Ostatnią rzeczą, jaką chciała zrobić w życiu, to być nietaktowną, postawić kogoś w niezręcznej sytuacji. Kiedyś, gdy przez gapiostwo wdepnęła w psią kupę, uciekła pośpiesznie, by nie zrobić właścicielowi psa przykrości. Że nie sprzątnął. A teraz? Człowiekowi, który zapewne spóźnił się z ważnych powodów, po pięćdziesięciu latach robi wymówki? Przez pół wieku ani razu o tym nie pomyślała i właśnie teraz, na wernisażu sławnej siostry, musiało jej się przypomnieć? Już na schodach coś jej mówiło, żeby się wycofać. Wstyd, wstyd, obciach.
- Moja siostrzyczka jest nauczycielką - wyjaśnia Kiki.
- Byłam - poprawia ją Helena.
- Nauczycielką emerytką. Ale poza tym jest bardzo, bardzo kochana. - Chce objąć Helenę, ale ta się nie daje. Mało tego, odgryza się podniesionym tonem, co wypada dość żałośnie:
- Przez to czekanie na pana dostałam zapalenia płuc!
Kiki ma dość. Odciąga aktora, szepcząc:
- Adam, wybacz jej. Od Peerelu nikt jej nie przetrzepał futra.
Aktor zerka, zaintrygowany. Kobieta z nieprzetrzepanym futrem stoi, gdzie ją zostawili. Kryje twarz w dłoniach.
Artyści. O ile mężczyźni dla Heleny nie istnieli, o tyle bez istnienia artystów nie wyobrażała sobie życia. Osobiście nie znała żadnego. Do szkoły dwa razy w roku przyjeżdżali a to muzycy z filharmonii, a to pani sopranistka z operetki. Zapamiętała szczególnie wizytę młodego poety. Był mały i brzydki. Czytał swoje utwory tak niewyraźnie, że niczego nie można było zrozumieć. Klasy od piątej do siódmej chichotały. Poszła go przeprosić, ale poeta był z siebie bardzo zadowolony, czuć było od niego alkohol, a na jej widok wyrecytował: "Jestem jedną kroplą spermy", co ją speszyło. Wycofała się.
Jak wiedziała z literatury i filmów, artyści mieli cechy męskie i przywary. Ale nie łapali jej za biust! Niczego od niej nie chcieli. Czytając, oglądając, słuchając, czuła się bezpieczna i szczęśliwa. Dzięki nim jej bezbarwne życie było pełne wewnętrznych, gwałtownych emocji i wzruszeń. Jeśli za coś miałaby dziękować Bogu, to za to, że stworzył zwierzęta i artystów. Cóż, niektórych ich przywar nie akceptowała, chociażby wykorzystywania kobiet. Przy czym im gorzej artysta obchodził się z kobietą w rzeczywistości, tym piękniejszy jej obraz tworzył w swym dziele. Można to było wytłumaczyć tylko tym, że kobiety są łatwowierne. Skłonne do poświęceń. A ona? Dałaby się wykorzystać artyście, by narodzić się w dziele sztuki? Być Nagą kobietą w niebieskiej pościeli Modiglianiego? Odpowiadała sobie wzruszeniem ramion. Ten ledwo widoczny gest był jedyną emocją, na którą sobie pozwalała. Była cicha, ciepła, wypełniona łagodnością.
Teraz wszystko w niej latało. Kiki odprowadziła Adama do windy, więc droga ucieczki była odcięta. Helena próbowała się uspokoić, oglądając obrazy. Przechodziła od jednego do drugiego i przy każdym kolejnym trzęsła się coraz bardziej. Duże, wściekle kolorowe plamy. Celowo rozchwiane kompozycje. Prawie widać było agresję w uderzeniach szpachli. Jaką złość i na kogo wyrażały? Takiej siostry jeszcze nie znała. Kiki nigdy nie była chętna do zwierzeń. Owszem, lubiła się chwalić sukcesami i pouczać Helenkę przy byle okazji. No cóż, Helena pogodziła się z tym - Kiki była artystką, wypowiadała się przez swoją sztukę. Proszę bardzo. Ale dlaczego w takim razie przedstawiła ją słowem "nauczycielka"? I to tak dobitnie. Co chciała tym powiedzieć? O co jej chodziło?
- Przynosisz mi wstyd - słyszy za sobą szept siostry. Mało tego, Kiki ciągnie ją, popycha do pakamery, będącej zarazem jej kuchnią i sypialnią, wciska w fotel. Kuca przed nią, ściąga jej buty z nóg. - Nie pozwolę, by moja siostra wyglądała jak żebraczka!
Helena nie zdążyła zaprotestować. Kiki zrywa się, otwiera okno...
Żylski wdrapuje się do kabiny auta. To dostawczy tarpan. Zdejmuje zza kierownicy tabliczkę z napisem "Zaopatrzenie", z którą od lat przyjeżdża na wernisaże i parkuje, gdzie chce. Coś uderza o dach. Wysiada zaniepokojony i znajduje na dachu damskie pantofle. Używane.
Rozgląda się. Na pustej, ciemnej ulicy nie ma żywego ducha. Zadziera głowę. W oknach, na balkonach nie widzi nikogo, nic podejrzanego. "To moje dzisiejsze honorarium", uśmiecha się sarkastycznie.
Kiedyś przyjeżdżał do miasta jako gwiazda. Teraz jako była gwiazda, barwny dinozaur z epoki zlodowacenia komunistycznego. Młodzi traktują go z łaskawą pobłażliwością. Jedni podziwiają, inni się śmieją. Wie o tym, ale przyjeżdża na każde zaproszenie. Recytuje wiersze i przez pięć minut jest w centrum uwagi. Kocha jedno i drugie. Nie bierze honorarium. Chętnie przyjmie obrazek, ceramikę, wisiorek, małe dziełko sztuki. Od Kantora dostał połamany parasol, jeden ze sławnych ambalaży - to był cudowny dowód porozumienia między artystami. Ale takie buty? Ogląda je uważnie i nie znajduje śladu, że są dziełem sztuki. Jedyne, co da się z nich odczytać, to że służyły długo, a właścicielka nie miała platfusa.
Też miał takie ulubione buty. Przeszedł w nich dwa razy od Oki do Berlina bez odparzeń i choćby jednego odcisku. No, ale w przeciwieństwie do innych on nauczył się poprawnie owijać stopy onucami. Nigdy ich nie oddał do magazynu kostiumów. Trzymał je "na dożywociu" w domu, na dnie szafy, a po latach, oddając do muzeum, pogłaskał przepraszająco i tłumaczył się: "Tam wam będzie lepiej". Wspomnienie tamtych roztkliwia go, więc tych też nie odniesie do śmietnika. Wybrały go - może to znak?
Obchodzi auto i otwiera pakę. Wszystko, co znajdzie, zabiera na pakę. Szczególnie materiały budowlane. Deska kantówka, cegła dziurawka, rolka papy. Pod tym względem tarpan jest niezastąpiony, ładowność pięćset kilo. Wszystko się przyda. Pantofle raczej nie, ale nie po to spadły z nieba, by je zostawić. Wrzuca buty na pakę.
Jeszcze raz wsiada. Ostatni, stały punkt wernisażu. Czy stary druh odpali? Przekręca kluczyk. Nie puszcza. Rozrusznik dławi się, rzęzi. Żylski prosi pieszczotliwie:
- Zamilcz, Boleści moja... - Głaszcze bakelitową kierownicę. Rozrusznik odpowiada charczeniem, zbuntowane tłoki strzelają pojedynczym ogniem. Przekrzykuje je, rozkazuje:
Zamilcz, Boleści moja, poskrom swoje żale,
Pożądałaś wieczora - oto na nas spływa.
Miasto już spowinęły gęste mroku fale,
Jedni w nim oddychają, innym trosk przybywa.
Oto nikczemną tłuszczę coraz to zuchwalej
Bodzie Żądza rozkoszy, dzika i złośliwa,
I czerń w objęcia grzechu brnie dalej i dalej...
Chodźmy stąd, nic tu po nas, moja Boleściwa.
Popatrz: z balkonów nieba dawno zgasłe lata
Wychylają się w dziwnych, staroświeckich szatach,
Z głębiny wód wyłania się Żal uśmiechnięty,
Dogasające Słońce pod arkadą kona,
I niczym długi całun na Wschodzie rozpięty,
Powoli ku nam zbliża się Noc upragniona.
Silnik odpowiada ogniem ciągłym. Taka jest siła poezji! Żylski całuje kierownicę, najwierniejszą kochankę. Kolejny raz nie zawiodła.
Miały ten sam numer buta - i co z tego? Tę samą, rzadką grupę krwi - i co? Kochały się, jedna drugiej oddałaby nerkę, gdyby było trzeba. Jedna za drugą skoczyłaby w ogień. Kiki bez wahania, Helena najpierw spróbowałaby znaleźć telefon i nadaremno przypomnieć sobie, gdzie zapisała numer do straży pożarnej. Co z tego, że Kiki była artystką, a Helena podziwiała artystów. Każde spotkanie siostrzyczek, ostatnio coraz rzadsze, kończyło się tak samo. Pouczaniem, szyderstwami i drogim prezentem. Po czym finał allegro furioso. Kiki krzyczała za odjeżdżającą:
- Obudź się! Łap życie za jaja! Na co czekasz?!
Teraz w uberze, zamówionym mimo jej protestów i zapłaconym przez siostrę, wracając na swoje przedmieście, czeka, by ściągnąć z nóg czerwone buty. Następnie zaparzy świeżą torebkę melisy i opadnie na swój fotel z książką. No, ale przedtem jeszcze pies. Pitbull o kwadratowej, poczciwej mordzie piszczy błagalnie. Nabrała już wprawy i przypięcie smyczy do obroży zajmuje jej niecałą minutę. Ściągnięcie z nóg szpilek od siostry musi odłożyć na później.
Wychodząc z klatki schodowej w czerń nocy, ciągle jeszcze była na wernisażu, a w jej oczach wirowały szalone kompozycje szalonej siostry. Serce ściskał wstyd. Wyglądała jak żebraczka? A kto by tam patrzył na jej buty? Gorzej - jak mogła być tak nietaktowna, upierając się przy swoim? Przez te kąsające myśli nie upewniła się, czy na ulicy nie ma nikogo.
Był kot. Siedział przed bramą vis-a-vis, a na ich widok ruszył cichaczem wzdłuż muru. Pies szarpnął - Helena nie puściła smyczy. Zachybotała się na dziesięciocentymetrowych obcasach z Mediolanu, padła na kolana. Jechała po śliskim chodniku, ale nie puściła smyczy, wołając:
- Tayson, stój! Tayson!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki