Lekcje seksu doktora Alzheimera - Radosław Piwowarski

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dla He­leny męż­czyźni nie ist­nieli. Nie żeby była nie­in­te­re­su­jąca czy brzydka, wręcz prze­ciw­nie. Od dziecka była bar­dzo ładna, no może nie aż tak ładna jak jej sio­stra, ale wszyst­kim się po­do­bała. Wu­jek Bro­ni­sław za­cho­dził do nich trzy razy do roku, za­wsze ją pierw­szą brał na ko­lana i ro­bił jej pa­ta­taj, pa­ta­taj. W prze­past­nych kie­sze­niach su­tanny miał po­ukry­wane krówki, któ­rych mu­siała szu­kać tak długo, aż zna­la­zła wszyst­kie. Sio­strę także brał na ko­lana, ale w dru­giej ko­lej­no­ści, i dla niej już cu­kier­ków nie było. Krów­kami He­lena za­wsze się z nią dzie­liła.

Pra­cow­nio­ga­le­ria mie­ściła się w przed­wo­jen­nej ka­mie­nicy w cen­trum War­szawy. He­lena z kwia­tami cze­kała długo przy wą­skich drzwiach windy, a gdy ta wresz­cie nad­je­chała, oka­zała się za­jęta. Para mło­dych nie za­mie­rzała wy­sia­dać. He­lena wi­działa przed sobą plecy chło­paka, nogi dziew­czyny obej­mu­jące go w bio­drach, jej ręce na jego szyi i białka jej pół­przy­mknię­tych oczu. Szep­nęła coś chłopcu do ucha, a on wbił się w nią jesz­cze moc­niej, da­jąc tym He­le­nie znak, że się zmie­ści. "Zro­bili miej­sce. To miło z ich strony. Ale ja­koś nie­zręcz­nie", po­my­ślała.

- Dzię­kuję - wy­szep­tała i za­mknęła drzwi windy.

Schody przed­wo­jenne, stop­nie wy­so­kie, pię­tra od­le­głe. Na szczę­ście miała stare, wy­godne pan­to­fle. Na uro­czy­stość za­koń­cze­nia roku szkol­nego, po­łą­czo­nego z odej­ściem na eme­ry­turę, ku­piła so­bie nowe. To przez nie przej­ście do wy­cze­ki­wa­nej sta­ro­ści oka­zało się istną tor­turą. Więc stare wró­ciły do łask. Wspi­nała się pod­nie­cona. Ta­kie atrak­cje jak wer­ni­saż nie tra­fiały się jej czę­sto. Za­ra­zem z każ­dym mi­ja­nym pół­pię­trem rósł nie­po­kój. Lu­biła stare, znane ścieżki. Pod tym wzglę­dem była prze­ci­wień­stwem młod­szej sio­stry. Tamtą po­cią­gało to, co za ro­giem; ją pa­ra­li­żo­wało.

Od trze­ciej kon­dy­gna­cji na jej dro­dze po­ja­wili się wer­ni­sa­żowi go­ście. Jedni wy­szli na pa­pie­rosa, prze­glą­dali smart­fony, inni roz­sie­dli się na stop­niach, z dziew­czy­nami na ko­la­nach. Wy­mi­jała ich, po­wta­rza­jąc: "Prze­pra­szam bar­dzo, prze­pra­szam", a oni roz­stę­po­wali się grzecz­nie i uśmie­chali po­ro­zu­mie­waw­czo. Sla­lo­mu­jąc mię­dzy nimi, mię­dzy uczu­ciami ra­do­ści, że jest tu­taj, a nie­po­ko­jem - "Chyba je­stem tu naj­star­sza?" - do­tarła na ostat­nie pię­tro. Na wer­ni­saż Kiki.

Jej młod­szej sio­strzyczki.

Nikt nie zwró­cił uwagi na jej wej­ście. To ją uspo­ko­iło.

Ktoś nie­wi­doczny w tłu­mie re­cy­to­wał wiersz. Znała ten głos. Cha­rak­te­ry­styczny głos pięk­nego chłopca. Pa­mię­tała go z daw­nych lat, cią­gle sły­chać go było w ra­diu, czy­tał Pol­ską Kro­nikę Fil­mową i grał w fil­mach. Za­zwy­czaj w mun­du­rze; za­wsze wy­glą­dał świet­nie. Grał też w fil­mach o In­dia­nach. Po­tem ja­koś znik­nął, ale głos po­zo­stał ten sam: młody i do­no­śny.

Mó­wią, że je­stem stary. Jak rzeka.

Że czas co­raz bar­dziej z rąk mi ucieka.

To prawda, że mi wiele go­dzin prze­pa­dło. Ale to nic. Do dia­bła!

Ja gram na moc­nych stru­nach

i są jesz­cze kan­taty moje, do pio­runa!

Nie czas mnie, ale ja go wzią­łem na ko­wa­dło.

Re­cy­to­wał wspa­niale. Jed­nak do­brze, że po­słu­chała sio­stry. Była w miej­scu, w któ­rym chciała być. W świe­cie sztuki. Z ar­ty­stami. Wśród nich.

To śmieszne, że nie­któ­rzy na­zwali mnie mi­strzem.

Mó­wią, że w mych kan­ta­tach za­mkną­łem nie­biosa.

Szkoda, że tu nie wszy­scy zna­cie mego kosa.

Ach, jak ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiż­dże.

Jemu wiele za­wdzię­czam. No i wiel­kim chmu­rom.

I wiel­kim rze­kom. I pier­siom twoim, Na­turo.

He­lenka od dziecka bar­dziej wo­lała czy­tać niż ga­niać się z chło­pa­kami. Sio­stra ga­niała się za nią i za sie­bie. Jej pi­ski do­bie­gały to z piw­nicy, to ze stry­chu - wtedy Hela za­ty­kała uszy. Za to wszystko, co dru­ko­wane, wprost ją przy­cią­gało. Na­wet ga­zeta, którą miała roz­pa­lić w piecu, mu­siała być naj­pierw do­kład­nie prze­czy­tana. Po­tem jesz­cze przez chwilę, gdy pa­pier zwi­jał się w pło­mie­niach, nie mo­gła ode­rwać od niego oczu.

Oczki miała He­lenka ja­sno­nie­bie­skie jak nie­za­po­mi­najki.

Wło­ski - blond.

My­sie war­ko­czyki za­pla­tała jej młod­sza sio­stra. Wła­ści­wie to ona po­winna za­pla­tać młod­szej, ale przez to czy­ta­nie za­wsze była spóź­niona. Kiki na od­wrót. Ze wszyst­kim się wy­ra­biała. Była szybka, sprytna i - co dziw­niej­sze - wszystko jej wy­cho­dziło. He­lenka prędko po­go­dziła się z tym, że to młod­sza bę­dzie się nią opie­ko­wać. Byle tylko nie prze­szka­dzała jej w czy­ta­niu.

Co gor­sza, He­lence wy­ro­sły piersi i chłopcy od­kryli jej ist­nie­nie. Ga­pili się nie­ustan­nie albo wpa­dali na nią. Sy­biga, naj­więk­szy chu­li­gan, w szatni, skąd nie było ucieczki, chwy­tał ją za piersi, a po­tem, wzbu­dza­jąc re­chot ko­le­gów, ob­no­sił roz­cza­pie­rzone dło­nie po szkole, po­ka­zu­jąc, jaki to He­lenka ma roz­miar. Gdy Kiki się o tym do­wie­działa, stłu­kła świn­tu­cha. Od tej pory Hela była nie­ty­kalna. Ob­ma­cy­wa­nie było wstrętne, ale jesz­cze gor­sza była ra­dość dzie­cia­ków na wi­dok bi­tego i upo­ka­rza­nego przez sio­strę chło­paka. Nie chciała, by ktoś przez nią cier­piał. To było naj­gor­sze. Czy­jeś cier­pie­nie kro­iło jej serce.

Była pry­mu­ską. W bia­łej bluzce, uno­szą­cej się na pier­siach, re­pre­zen­to­wała szkołę na wszel­kich uro­czy­sto­ściach. Śpie­wała hymn o pułku pie­choty, co idzie na­przód, nie zwa­ża­jąc na słoty. Po­tem, gdy szkoła zmie­niła pa­trona na po­etę, re­cy­to­wała z prze­ję­ciem jego nie­zro­zu­miałe wier­sze. Nie lu­biła, gdy się na nią ga­pili. De­kla­mu­jąc, za­my­kała oczy, co czy­niło wy­stęp jesz­cze bar­dziej pod­nio­słym.

Te­raz też za­mknęła oczy. Ak­tor skoń­czył, do­stał brawa, go­ście się roz­stą­pili, unio­sła po­wieki. Uj­rzała go.

Był stary. Siwe włosy do ra­mion. Twarz spa­lona słoń­cem, po­orana głę­bo­kimi zmarszcz­kami. Trzy­mał się pro­sto, jego oczy pło­nęły. Biły od niego siła i god­ność.

Wo­kół niego ska­kało chude pta­szy­sko w zło­tej ma­ry­narce, żół­tych spodniach i czer­wo­nych bu­tach. Z nie­bie­skimi, na­stro­szo­nymi wło­sami. Była ko­lo­rowa jak wście­kłe ob­razy na ścia­nach. Była ru­cho­mym dzie­łem sztuki. To Kiki, jej młod­sza sio­stra.

He­lena skryła za ple­cami pa­ste­lowe kwiatki. W ostat­nim mo­men­cie, bo sio­strzyczka za­uwa­żyła ją i pisz­cząc na całą salę, ru­szyła ku niej, cią­gnąc ze sobą ak­tora.

- Po­znaj­cie się!

- Żyl­ski. Adam. - Sta­rzec skło­nił się z mło­dzień­czym wdzię­kiem.

- My się znamy - wy­szep­tała.

Zdu­miał się. Zdu­miał się tak, żeby wszy­scy, cała sala, wi­dzieli, jak się po­trafi dzi­wić. Znany po­wszech­nie z ge­nial­nej pa­mięci, po­ka­zy­wał te­raz, że nie może so­bie przy­po­mnieć. Tarł brodę i mru­czał: "Za­raz, za­raz". Kiki pa­trzyła roz­ba­wiona, a He­lena wy­stra­szona i skrę­po­wana. Pod­po­wie­działa ci­chutko:

- To było w sie­dem­dzie­sią­tym szó­stym. Z oka­zji nada­nia na­szej szkole imie­nia Cy­priana Ka­mila Nor­wida. Cze­ka­łam przed szkołą...

Pry­mu­ska He­lenka, w bia­łej bluzce, w bia­łych pod­ko­la­nów­kach, stoi przed szkołą. Na szczę­ście nie pada, ale li­sto­pa­dowy wiatr goni li­ście. Dra­pią ją po zsi­nia­łych z zimna no­gach. Od­wraca się ple­cami do wia­tru, chro­niąc czer­wony goź­dzik - ten goź­dzik jest te­raz naj­waż­niej­szy. Pod­jeż­dża tak­sówka, wy­ska­kuje Ar­ty­sta. Skost­niałe dziecko pod­suwa mu kwia­tek, ale nie może wy­krztu­sić wy­ku­tego na pa­mięć po­wi­ta­nia. Za­miast tego dzwoni zę­bami. Ar­ty­sta, roz­ba­wiony, głasz­cze ją po gło­wie i znika w drzwiach.

Żyl­ski się roz­pro­mie­nił. Wes­tchnął, prze­wró­cił oczyma. Pra­wie roz­ba­wiony, za­py­tał:

- Spóź­ni­łem się pół go­dziny?

- Go­dzinę.

Ja­kież to było nie­tak­towne! Ostat­nią rze­czą, jaką chciała zro­bić w ży­ciu, to być nie­tak­towną, po­sta­wić ko­goś w nie­zręcz­nej sy­tu­acji. Kie­dyś, gdy przez ga­pio­stwo wdep­nęła w psią kupę, ucie­kła po­śpiesz­nie, by nie zro­bić wła­ści­cie­lowi psa przy­kro­ści. Że nie sprząt­nął. A te­raz? Czło­wie­kowi, który za­pewne spóź­nił się z waż­nych po­wo­dów, po pięć­dzie­się­ciu la­tach robi wy­mówki? Przez pół wieku ani razu o tym nie po­my­ślała i wła­śnie te­raz, na wer­ni­sażu sław­nej sio­stry, mu­siało jej się przy­po­mnieć? Już na scho­dach coś jej mó­wiło, żeby się wy­co­fać. Wstyd, wstyd, ob­ciach.

- Moja sio­strzyczka jest na­uczy­cielką - wy­ja­śnia Kiki.

- By­łam - po­pra­wia ją He­lena.

- Na­uczy­cielką eme­rytką. Ale poza tym jest bar­dzo, bar­dzo ko­chana. - Chce ob­jąć He­lenę, ale ta się nie daje. Mało tego, od­gryza się pod­nie­sio­nym to­nem, co wy­pada dość ża­ło­śnie:

- Przez to cze­ka­nie na pana do­sta­łam za­pa­le­nia płuc!

Kiki ma dość. Od­ciąga ak­tora, szep­cząc:

- Adam, wy­bacz jej. Od Pe­erelu nikt jej nie prze­trze­pał fu­tra.

Ak­tor zerka, za­in­try­go­wany. Ko­bieta z nie­prze­trze­pa­nym fu­trem stoi, gdzie ją zo­sta­wili. Kryje twarz w dło­niach.

Ar­ty­ści. O ile męż­czyźni dla He­leny nie ist­nieli, o tyle bez ist­nie­nia ar­ty­stów nie wy­obra­żała so­bie ży­cia. Oso­bi­ście nie znała żad­nego. Do szkoły dwa razy w roku przy­jeż­dżali a to mu­zycy z fil­har­mo­nii, a to pani so­pra­nistka z ope­retki. Za­pa­mię­tała szcze­gól­nie wi­zytę mło­dego po­ety. Był mały i brzydki. Czy­tał swoje utwory tak nie­wy­raź­nie, że ni­czego nie można było zro­zu­mieć. Klasy od pią­tej do siód­mej chi­cho­tały. Po­szła go prze­pro­sić, ale po­eta był z sie­bie bar­dzo za­do­wo­lony, czuć było od niego al­ko­hol, a na jej wi­dok wy­re­cy­to­wał: "Je­stem jedną kro­plą spermy", co ją spe­szyło. Wy­co­fała się.

Jak wie­działa z li­te­ra­tury i fil­mów, ar­ty­ści mieli ce­chy mę­skie i przy­wary. Ale nie ła­pali jej za biust! Ni­czego od niej nie chcieli. Czy­ta­jąc, oglą­da­jąc, słu­cha­jąc, czuła się bez­pieczna i szczę­śliwa. Dzięki nim jej bez­barwne ży­cie było pełne we­wnętrz­nych, gwał­tow­nych emo­cji i wzru­szeń. Je­śli za coś mia­łaby dzię­ko­wać Bogu, to za to, że stwo­rzył zwie­rzęta i ar­ty­stów. Cóż, nie­któ­rych ich przy­war nie ak­cep­to­wała, cho­ciażby wy­ko­rzy­sty­wa­nia ko­biet. Przy czym im go­rzej ar­ty­sta ob­cho­dził się z ko­bietą w rze­czy­wi­sto­ści, tym pięk­niej­szy jej ob­raz two­rzył w swym dziele. Można to było wy­tłu­ma­czyć tylko tym, że ko­biety są ła­two­wierne. Skłonne do po­świę­ceń. A ona? Da­łaby się wy­ko­rzy­stać ar­ty­ście, by na­ro­dzić się w dziele sztuki? Być Nagą ko­bietą w nie­bie­skiej po­ścieli Mo­di­glia­niego? Od­po­wia­dała so­bie wzru­sze­niem ra­mion. Ten le­dwo wi­doczny gest był je­dyną emo­cją, na którą so­bie po­zwa­lała. Była ci­cha, cie­pła, wy­peł­niona ła­god­no­ścią.

Te­raz wszystko w niej la­tało. Kiki od­pro­wa­dziła Adama do windy, więc droga ucieczki była od­cięta. He­lena pró­bo­wała się uspo­koić, oglą­da­jąc ob­razy. Prze­cho­dziła od jed­nego do dru­giego i przy każ­dym ko­lej­nym trzę­sła się co­raz bar­dziej. Duże, wście­kle ko­lo­rowe plamy. Ce­lowo roz­chwiane kom­po­zy­cje. Pra­wie wi­dać było agre­sję w ude­rze­niach szpa­chli. Jaką złość i na kogo wy­ra­żały? Ta­kiej sio­stry jesz­cze nie znała. Kiki ni­gdy nie była chętna do zwie­rzeń. Ow­szem, lu­biła się chwa­lić suk­ce­sami i po­uczać He­lenkę przy byle oka­zji. No cóż, He­lena po­go­dziła się z tym - Kiki była ar­tystką, wy­po­wia­dała się przez swoją sztukę. Pro­szę bar­dzo. Ale dla­czego w ta­kim ra­zie przed­sta­wiła ją sło­wem "na­uczy­cielka"? I to tak do­bit­nie. Co chciała tym po­wie­dzieć? O co jej cho­dziło?

- Przy­no­sisz mi wstyd - sły­szy za sobą szept sio­stry. Mało tego, Kiki cią­gnie ją, po­py­cha do pa­ka­mery, bę­dą­cej za­ra­zem jej kuch­nią i sy­pial­nią, wci­ska w fo­tel. Kuca przed nią, ściąga jej buty z nóg. - Nie po­zwolę, by moja sio­stra wy­glą­dała jak że­braczka!

He­lena nie zdą­żyła za­pro­te­sto­wać. Kiki zrywa się, otwiera okno...

Żyl­ski wdra­puje się do ka­biny auta. To do­staw­czy tar­pan. Zdej­muje zza kie­row­nicy ta­bliczkę z na­pi­sem "Za­opa­trze­nie", z którą od lat przy­jeż­dża na wer­ni­saże i par­kuje, gdzie chce. Coś ude­rza o dach. Wy­siada za­nie­po­ko­jony i znaj­duje na da­chu dam­skie pan­to­fle. Uży­wane.

Roz­gląda się. Na pu­stej, ciem­nej ulicy nie ma ży­wego du­cha. Za­dziera głowę. W oknach, na bal­ko­nach nie wi­dzi ni­kogo, nic po­dej­rza­nego. "To moje dzi­siej­sze ho­no­ra­rium", uśmie­cha się sar­ka­stycz­nie.

Kie­dyś przy­jeż­dżał do mia­sta jako gwiazda. Te­raz jako była gwiazda, barwny di­no­zaur z epoki zlo­do­wa­ce­nia ko­mu­ni­stycz­nego. Mło­dzi trak­tują go z ła­skawą po­błaż­li­wo­ścią. Jedni po­dzi­wiają, inni się śmieją. Wie o tym, ale przy­jeż­dża na każde za­pro­sze­nie. Re­cy­tuje wier­sze i przez pięć mi­nut jest w cen­trum uwagi. Ko­cha jedno i dru­gie. Nie bie­rze ho­no­ra­rium. Chęt­nie przyj­mie ob­ra­zek, ce­ra­mikę, wi­sio­rek, małe dziełko sztuki. Od Kan­tora do­stał po­ła­many pa­ra­sol, je­den ze sław­nych am­ba­laży - to był cu­downy do­wód po­ro­zu­mie­nia mię­dzy ar­ty­stami. Ale ta­kie buty? Ogląda je uważ­nie i nie znaj­duje śladu, że są dzie­łem sztuki. Je­dyne, co da się z nich od­czy­tać, to że słu­żyły długo, a wła­ści­cielka nie miała plat­fusa.

Też miał ta­kie ulu­bione buty. Prze­szedł w nich dwa razy od Oki do Ber­lina bez od­pa­rzeń i choćby jed­nego od­ci­sku. No, ale w prze­ci­wień­stwie do in­nych on na­uczył się po­praw­nie owi­jać stopy onu­cami. Ni­gdy ich nie od­dał do ma­ga­zynu ko­stiu­mów. Trzy­mał je "na do­ży­wo­ciu" w domu, na dnie szafy, a po la­tach, od­da­jąc do mu­zeum, po­gła­skał prze­pra­sza­jąco i tłu­ma­czył się: "Tam wam bę­dzie le­piej". Wspo­mnie­nie tam­tych roz­tkli­wia go, więc tych też nie od­nie­sie do śmiet­nika. Wy­brały go - może to znak?

Ob­cho­dzi auto i otwiera pakę. Wszystko, co znaj­dzie, za­biera na pakę. Szcze­gól­nie ma­te­riały bu­dow­lane. De­ska kan­tówka, ce­gła dziu­rawka, rolka papy. Pod tym wzglę­dem tar­pan jest nie­za­stą­piony, ła­dow­ność pięć­set kilo. Wszystko się przyda. Pan­to­fle ra­czej nie, ale nie po to spa­dły z nieba, by je zo­sta­wić. Wrzuca buty na pakę.

Jesz­cze raz wsiada. Ostatni, stały punkt wer­ni­sażu. Czy stary druh od­pali? Prze­kręca klu­czyk. Nie pusz­cza. Roz­rusz­nik dławi się, rzęzi. Żyl­ski prosi piesz­czo­tli­wie:

- Za­milcz, Bo­le­ści moja... - Głasz­cze ba­ke­li­tową kie­row­nicę. Roz­rusz­nik od­po­wiada char­cze­niem, zbun­to­wane tłoki strze­lają po­je­dyn­czym ogniem. Prze­krzy­kuje je, roz­ka­zuje:

Za­milcz, Bo­le­ści moja, po­skrom swoje żale,

Po­żą­da­łaś wie­czora - oto na nas spływa.

Mia­sto już spo­wi­nęły gę­ste mroku fale,

Jedni w nim od­dy­chają, in­nym trosk przy­bywa.

Oto nik­czemną tłusz­czę co­raz to zu­chwa­lej

Bo­dzie Żą­dza roz­ko­szy, dzika i zło­śliwa,

I czerń w ob­ję­cia grze­chu brnie da­lej i da­lej...

Chodźmy stąd, nic tu po nas, moja Bo­le­ściwa.

Po­patrz: z bal­ko­nów nieba dawno zga­słe lata

Wy­chy­lają się w dziw­nych, sta­ro­świec­kich sza­tach,

Z głę­biny wód wy­ła­nia się Żal uśmiech­nięty,

Do­ga­sa­jące Słońce pod ar­kadą kona,

I ni­czym długi ca­łun na Wscho­dzie roz­pięty,

Po­woli ku nam zbliża się Noc upra­gniona.

Sil­nik od­po­wiada ogniem cią­głym. Taka jest siła po­ezji! Żyl­ski ca­łuje kie­row­nicę, naj­wier­niej­szą ko­chankę. Ko­lejny raz nie za­wio­dła.

Miały ten sam nu­mer buta - i co z tego? Tę samą, rzadką grupę krwi - i co? Ko­chały się, jedna dru­giej od­da­łaby nerkę, gdyby było trzeba. Jedna za drugą sko­czy­łaby w ogień. Kiki bez wa­ha­nia, He­lena naj­pierw spró­bo­wa­łaby zna­leźć te­le­fon i nada­remno przy­po­mnieć so­bie, gdzie za­pi­sała nu­mer do straży po­żar­nej. Co z tego, że Kiki była ar­tystką, a He­lena po­dzi­wiała ar­ty­stów. Każde spo­tka­nie sio­strzy­czek, ostat­nio co­raz rzad­sze, koń­czyło się tak samo. Po­ucza­niem, szy­der­stwami i dro­gim pre­zen­tem. Po czym fi­nał al­le­gro fu­rioso. Kiki krzy­czała za od­jeż­dża­jącą:

- Obudź się! Łap ży­cie za jaja! Na co cze­kasz?!

Te­raz w ube­rze, za­mó­wio­nym mimo jej pro­te­stów i za­pła­co­nym przez sio­strę, wra­ca­jąc na swoje przed­mie­ście, czeka, by ścią­gnąć z nóg czer­wone buty. Na­stęp­nie za­pa­rzy świeżą to­rebkę me­lisy i opad­nie na swój fo­tel z książką. No, ale przed­tem jesz­cze pies. Pit­bull o kwa­dra­to­wej, po­czci­wej mor­dzie pisz­czy bła­gal­nie. Na­brała już wprawy i przy­pię­cie smy­czy do ob­roży zaj­muje jej nie­całą mi­nutę. Ścią­gnię­cie z nóg szpi­lek od sio­stry musi odło­żyć na póź­niej.

Wy­cho­dząc z klatki scho­do­wej w czerń nocy, cią­gle jesz­cze była na wer­ni­sażu, a w jej oczach wi­ro­wały sza­lone kom­po­zy­cje sza­lo­nej sio­stry. Serce ści­skał wstyd. Wy­glą­dała jak że­braczka? A kto by tam pa­trzył na jej buty? Go­rzej - jak mo­gła być tak nie­tak­towna, upie­ra­jąc się przy swoim? Przez te ką­sa­jące my­śli nie upew­niła się, czy na ulicy nie ma ni­kogo.

Był kot. Sie­dział przed bramą vis-a-vis, a na ich wi­dok ru­szył ci­cha­czem wzdłuż muru. Pies szarp­nął - He­lena nie pu­ściła smy­czy. Za­chy­bo­tała się na dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych ob­ca­sach z Me­dio­lanu, pa­dła na ko­lana. Je­chała po śli­skim chod­niku, ale nie pu­ściła smy­czy, wo­ła­jąc:

- Tay­son, stój! Tay­son!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki