ROZDZIAŁ III. NIECO O RODZINIE CESARSKIEJ.
Szedłem do pałacyku księżnej Pauliny z dość dziwnem uczuciem, na Faubourg Saint-Honoré.
Właściwie zaczynałem się zaplątywać w przygodę, sam nie wiedząc dokąd ona zmierza.
W jakim celu wzywała mnie jej cesarska wysokość? Czy będąc poznaną, celem zapewnienia sobie dyskrecji, czy też pragnąc nadal mojej pomocy?
Wczoraj po drodze starałem się wysądować Wąsowicza.
- Uważasz - mówił mi ten bywalec a znawca wszystkich wersyj, krążących o dworze - siostra cesarza, jest wielce dziwaczną osobą... Skoro cię tak interesuje, mogę opowiedzieć całą jej historję... Jak wiesz, uwielbiam cesarza, ale może dla tego, iż od dziecka ocierałem się o dwory, na niektóre sprawy zapatruję się zgoła inaczej...
Nieszczęściem to rodziny cesarskiej, iż nie otrzymali żadnego wychowania a niezwykłe powodzenie boga wojny przewróciło im w głowach... Zbyt słabe to głowy, aby godnie się utrzymać na wyżynach... i sami nie wiedzą co im wolno, sądząc, iż każdy ich kaprys jest święty. Weź nie tylko Paulinę, ale najmłodszego brata cesarza, Hieronima - ten kąpie się codzień w winie i mleku, bo mu to zachowuje urodę... A Paulina...
- Paulina... - powtórzyłem.
- Gdy Napoleon był skromnym kapitanem artylerji, Paulina uciekła wraz z matką i swemi siostrami - Elizą i Karoliną do - Marsylji. Sytuacja ich była nad wyraz smutną. Wygnani z rodzinnej Korsyki, za sprzyjanie ideom wielkiej rewolucji, znaleźli się we Francji w więcej, niżli ciężkiem położeniu. Z całej licznej rodziny, bo jak wiesz doskonale, Napoljon prócz trzech sióstr ma jeszcze czterech braci: Józefa, Lucjana, Ludwika i Hieronima, którzy wszyscy, prócz, Lucjana, poróżnionego z bratem, zajmują trony - zarabiał tylko Napoljon. A ze swej szczupłej oficerskiej gaży, wielkiego chyba wsparcia nie mógł udzielać rodzinie...
- O tak... - potwierdziłem.
- Tedy w Marsylji, zarówno matka - signora Letizia - obecnie zwą ją Madame M?re - wdowa po skromnym korsykańskim adwokacie, jakoteż panny - dwudziestoletnia Eliza, szesnastoletnia Paulina i dwunastoletnia Karolina - cierpiały biedę wielką. Żywiły się przeważnie kartoflami, na ulicę nie wychodząc niemal, tak podartem było ich obuwie...
- Ktoby się tego domyślił na wczorajszym balu... - zauważyłem w duchu.
- Z sióstr najpiękniejszą była Paulina... W niej to, niezadługo, zakochał się bez pamięci, zapoznawszy się z nią przypadkiem na ulicy, Stanisław Fréron - podówczas potężny członek rządu rewolucyjnego, w jakiejś misji specjalnej delegowany do Marsylji... Począł rodzinie okazywać wszelką pomoc, dzięki niemu, jak przeczytasz w pierwszym lepszym pamflecie rojalistycznym, miał nawet awansować Napoljon...
- Et kłamstwa... - wybuchnąłem, oburzony na wzmiankę, mogącą poniżać nasze bóstwo.
- Mniejsza z tem... Zato szczegóły, jakie ci podaję o cesarskiej rodzinie, są ścisłe i zna je cały Paryż. Wy, co tam siedzicie na polach bitew, nic nie wiecie, lecz może i lepiej... bo w Paryżu, przyznać trzeba, wybryki rodziny, dużo szkodzą cesarzowi w opinji ludu...
- Opowiadaj dalej... Więc Freron zakochał się w Paulinie, czemuż się z nią nie ożenił?
- Hm... jakby ci powiedzieć... było to małżeństwo bez ślubu... Ale żenić się chciał, tylko...
- Tylko...
- Tylko Napoljon wtedy jął awansować błyskawicznie. Po zdobyciu Tulonu został generałem brygady, później dowodzącym nad armjami, będącemi wewnątrz Francji... W tymże czasie Freron, przesiadujący wciąż w Marsylji, tracił wpływy, wreszcie stał się figurą zbyt... nieznaczną... dla Bonapartego.
- Hm... mimo blizkiego stosunku?
- Tak... Paulina szczerze kochała Frerona. Oderwana od niego siłą i wywieziona do Milanu, gdzie Napoljon, jako głównodowodzący wojskami w Italji, miał swą kwaterę, rozpaczała, nawet czyniła awantury wszechpotężnemu już wówczas bratu... Dodać należy, iż winę swego rozbitego szczęścia, przypisywała głównie, obecnej cesarzowej Józefinie, sądząc iż pod jej wpływem Napoljon działał... Ztąd ta szalona nienawiść do szwagierki, jaka się datuje od tej chwili a którą podziela i reszta rodziny...
- Czemu?
- W tymże czasie ożenił się generał Bonaparte z wdową po generale Beauharnais, wbrew woli swej rodziny, która uważała, że Józefina za starą jest dla niego - była starszą o dziesięć lat - i że ma dwuznaczną reputację... twierdzono, iż przed ślubem utrzymywała blizkie stosunki z Barrasem i Napoljonem jednocześnie....
- Pewnie kłamstwo! - wyrwał mi się okrzyk szczery, na wspomnienie o cesarzowej.
- Widzę gorliwego ma w tobie zwolennika! - uśmiechnął się Wąsowicz - Lecz, jeśli chcesz dowiedzieć się dalszego ciągu, tyle cię interesującego żywota księżnej Pauliny, to mi wciąż nie przerywaj... Więc...
- Więc...
- Jak powiedziałem, Paulina w Milanie czyniła, co mogła, aby dokuczyć bratu i jego żonie... Frerona, przyznać należy, rychło zapomniała, kompromitując się natomiast z pierwszym lepszym oficerem z brzegu...
Wreszcie, któregoś dnia, zastał ją Napoljon w objęciach swego adjutanta, generała Leclerc'a.
Ślub odbył się natychmiast. Wnet jednak po ślubie, Paulina, ufna w swe nowe stanowisko mężatki, poczęła takie swary, kłótnie niemal publiczne z bratową, iż Napoljon, zirytowany, rozkazał jej wraz z mężem, udać się na wyspę San Domingo, gdzie mianował generała Leclerc'a głównodowodzącym, operującemi tam, przeciw murzynom, wojskami...
- Słyszałem o tem - przytwierdziłem - miała na San Domingo księżna Paulina złożyć niemałe dowody odwagi...
- Tak... rzecz to głośna. Przyjmowała osobiście udział w utarczkach z negrami, zachęcając innych do męstwa, jak na prawdziwą siostrę Napoljona przystało... Dalszy ciąg zapewnie również jest ci wiadomy. Generał Leclerc zachorował na cholerę, zmarł po parodniowej chorobie i Paulina, jako wdowa powróciła do Paryża...
- Wiem...
- W Paryżu zaczęły się znów te same historje, co przedtem. Ciągłe miłostki, afiszowanie się niemal publiczne. Napoljon, wówczas pierwszy konsul, był w rozpaczy... Za byle kogo wydać powtórnie siostrę nie mógł, znaleźć odpowiedniego kandydata, ze względu na jej zachowanie, stawało się ciężkiem... Wreszcie nawinął się książę Kamil Borghese, potomek jednej z najznakomitszych rodzin rzymskich, niezmiernie bogaty... lecz głupi, jak but... Jemu.............
ROZDZIAŁ II. W SAINT-CLOUD.
- Gdzieżeś ty wczoraj przepadał - zagadnął nazajutrz Wąsowicz, gdy zrana napotkał mnie na koszarowym dziedzińcu w Chantilly - zachodziłem wieczorem do ciebie a tu mi zameldowano, że mości porucznik dokądciś wyruszył i późno w noc go niema... Ho, ho, gratuluję, czynimy konkiety śród paryżanek...
- Niestety, jeno gwoli spaceru jeździłem w okolice Paryża, drogę żem zmylił i stąd opóźnienie... Ale w rzeczy samej, przypadkiem napotkałem niewiastę wielkiej urody - odparłem nie chcąc go wtajemniczać we wszystkie szczegóły - i doprawdy zaciekawiła mnie ona... Ty dłużej siedzisz tu a wielkiś światowiec i bywalec...
- Tam, do djaska! - przerwał ze śmiechem - odrazu imaginowałem sobie, że była przygoda. No, a poznałeś ją?
- Nie, przejeżdżała przypadkiem w karecie... wyjrzała... ot wszystko...
- Jak wygląda?
- Brunetka o oślepiająco białej cerze, wielkie ogniste oczy, rysy najdelikatniejsze i najregularniejsze, jakie sobie wyobrazić można...
- Oniemiałeś na jej widok?...
- Nieco... I dla tego zapytuję ciebie, czy nie wiesz, kto to być może...
Wąsowicz, jak szalony począł się śmiać.
- Ależ widzę zrobiła na waści wrażenie. Niczem, pamiętasz, w wierszach naszego zacnego Trębeckiego:
Cóż to jest! Gdy cię ujrzę zaraz kolor zmienię
Albo blednieję, albo zbytnio się czerwienię
Gdy chcę do ciebie mówić, mięsza mi się mowa...
- Miast dworować - rzekłem, nadąsawszy się srodze, by pokryć konfuzję - racz powiedzieć, czy nie jest to która z dam znanych w Paryżu! Może aktorka?
- Doprawdy, nie wiem - odparł - ale nie wiedziałem, żeś taki Filo romansowy i tak... interesować się umiesz ...jeno z wejrzenia... Przyznaj się, tam coś więcej być musiało..
- Nic ponadto, com powiedział! - uciąłem krótko, zły, iż nie zdobywszy żadnej wiadomości, jeszcze naraziłem się na drwiny. - Zostawię cię teraz samego, muszę opatrzyć konia...
Powstrzymał mnie za ramię.
- Nie sierdź się zaraz... A to gorączka! Urazić nie chciałem... A nie dowiedział się waćpan jeszcze najważniejszej sprawy.
- Co?
- Jesteśmy dziś zaproszeni.
- Dokąd?
- Dokąd?... Do... cesarza!
Osłupienie moje było tak wielkie, iż zdążyłem jeno wybełkotać:
- Żarty?
- Żadne żarty. Cesarz nas zaprosił do Saint-Cloud!
- Do Saint-Cloud?
- Tam przebywa teraz i od czasu do czasu, urządza bale. Zaprasza na nie prawie wszystkich oficerów gwardji, obecnych w Paryżu. Ponieważ, my szwoleżerowie, cieszymy się łaskami, Berthier przysłał do Stokowskiego zawiadomienie, że i nas prosi...
- Tam do licha!
- Czego klniesz, miast się cieszyć!
Przekleństwo wyrwało mi się z nadmiaru wrażenia. Co innego widzieć Napoljona zdala na polu bitwy, krzyczeć "vive l'empereur" i dać się choć zabić dla niego, co innego na balu, w tym całym świetnym orszaku... Sam nie wiedziałem, czy radować się, czy martwić... i jak niczego się nie bałem, czułem dziwne ściskanie koło serca...
- I zobaczymy cesarza, tak zblizka?
- A pod Somosierrą go nie widziałeś?... Tylko dziś nie każe ci zdobywać skaliste wąwozy, najwyżej poleci tańczyć z damami...
- Uf....
- Nie sap!... Z "lansierem" i "kadrylem" może jako tako pójdzie... A jeszcze, kto wie, twoją tam nieznajomą napotkasz... Czyść mundur, guziki, szlufy... Uszy do góry... Spotykamy się wieczorem i idziemy ze Stokowskim, we trójkę... A teraz, amigo... żegnaj...
I śmiejąc się, pozostawił mnie samego.
- - - - - - - - - - - - - - -
Przed ósmą, stanęliśmy przed kratą w Saint-Cloud. Wejścia pilnowało dwóch szyldwachów-grenadjerów, w bermycach. Na dziedzińcu pełno i tłoczno było od karet i pojazdów. Po okazaniu kart naszych, z zaproszeniami, pełniącemu służbę szambelanowi, podążyliśmy na górę wielkiemi marmurowemi chodami, przybranemi zielenią i znaleźliśmy się w cesarskich salonach.
Salony były rzęsiście oświetlone nieskończoną ilością świec, rozmieszczonych w kandelabrach i wiszących żyrandolach.
Gości było już pełno.
W pierwszej chwili oślepiony zostałem blaskiem mundurów i przepychem ubiorów kobiecych.
- Stańmy gdzie w kącie! - szepnąłem do Wąsowicza. Ten jednak snać nie po raz pierwszy na tych salonach bywalec, przytrzymał mnie zlekka za ramię.
- Nic się nie bój - szepnął z uśmiechem - a do kąta się nie pchaj! Ot, tu staniemy a zobaczysz to, co nie wiem, czy kiedy, po raz drugi, uda ci się w ciągu twego żywota zobaczyć!
Ukryty nieco za kolumną, począłem obserwować. Cały ogromny salon obity jedwabiem zielonym z wielkiemi złotemi girlandami, a w nich orłami cesarskiemi, był wypełniony barwnym tłumem, połyskującym od szlif, naszyć, gwiazd, krzyżów i orderów. Kobiety, niemal obnażone, tonęły w powodzi koronek, piór i muślinów. Zewsząd dobiegał gwar wesołych i ożywionych głosów.
- Dawne spartańskie obyczaje rewolucji - mówił mój towarzysz - ustąpiły teraz miejsca zbytkom. Cesarz pragnie, aby jego dwór był najświetniejszym w Europie. Sam nie wydając na siebie niemal nic, żąda, aby jego rodzina i otoczenie występowały z przepychem i bogato...
Rozmyślając nad zasłyszanemi słowami, spozierałem na te kobiety prawie nagie, spozierałem na twarze wodzów, których dotychczas jeno zdala podziwiać mogłem.
- Przyglądasz się naszym marszałkom - ciągnął dalej Wąsowicz - słusznie, bo poza paroma, którychś dotychczas widział na polu bitwy, zapewne nie znasz z nich większości... O tam stoi cała grupa...
W rzeczy samej, zdala widać było ich szyte złotem mundury przyzdobione takiemiż złotemi, wawrzynowemi liściami.
- Massena, Ney, Lannes.
Ogarnęło mnie nieopisane wzruszenie...
- A tam Augerau...
Patrzyłem, wytrzeszczając oczy, na te znakomitości, które dotychczas znałem li tylko z nazwiska.
- A ta pani w tej czerwonej tualecie, co tak wymachuje rękami?
- Marszałkowa Lefebvre, istny postrach dworu. Prała kiedyś bieliznę cesarzowi i stale zachowuje się tu, jakby była u siebie w pralni.
Ostatnia ta uwaga zastanowiła mnie głębiej. Toć wszyscy ci świetni marszałkowie wyszli z nicości i tylko niezwykłej gwiezdzie cesarza zawdzięczali swe dostojeństwa. Massena wszak był kontrabandystą, Ney kiedyś robił beczki, Lannes pracował, jako chłopiec okrętowy...
- Tak, tak - powtórzył Wąsowicz, gdyby odgadując moje myśli - każdy z nas nosi, jak sam powiedział cesarz, buławę marszałkowską w tornistrze zwykłego żołnierza - a cały ten dwór, mimo pozorów wielkiej świetności, sprawia dziwne wrażenie. Jak wiesz, byłem paziem u Stanisława Augusta! Mniej bogato tam było, lecz jakże inaczej! Tu patrzy się na nich, jak na bóstwa, ale w gruncie, dwór to bez żadnej tradycji...
I mnie, prostakowi, nieprzywykłemu do blichtru, otwierały się oczy.
Dwór ten, tak wspaniały zdaleka, zblizka tracił. Obok kobiet bardzo wytwornych i bardzo bogato wystrojonych, zasiadały żony marszałków, niezbyt przyzwyczajone do noszenia dworskiego płaszcza. Prawie tak samo było z ich mężami, których haftowane mundury, tak świetne na paradzie, tak piękne na placu boju, nieprzyjemne stanowiły przeciwieństwo ze słowami i manjerami niezbyt dworskiemi. Ta szczególna mieszanina, pobudzałaby do śmiechu, gdyby główna osobistość Napoljona, nie przejmowała jakimś poważaniem i strachem, które zacierały myśl o śmieszności, lub przynajmniej stłumiły jej skutki.
- A ten to kto?
Pomiędzy tłumem przechodził czarno ubrany mężczyzna, osobliwszej postaci. Mógł mieć około piędziesięciu lat, był szeroki w ramionach, lecz szedł przygarbiony, kulejąc, wsparty o laskę, o srebrnej, cyzelowanej gałce. Nosił czarne ubranie, bez żadnej ozdoby i takież czarne jedwabne pończochy. Jednak taki autorytet bił od tej niepozornej postaci, iż wszyscy przed nim rozstępowali się z szacunkiem.
- Kto to? - powtórzyłem ze zdziwieniem.
- Pan Tayllerand, książe Perigord, który właściwie trzęsie wszystkiem i śmie, jedyny, sprzeciwiać się cesarzowi...
- A ten? - wskazałem na jegomościa, o lisim wyrazie twarzy.
- Fouché... minister policji, największa kanalja, jaką wyobrazić sobie można, ale niechciałbym go mieć za wroga...
Nagle rozległ się cichy szmer i gdyby dreszcz przebiegł po zebranych. Dwaj kamerdynerzy szeroko rozwarli białe złocone drzwi i przez nie śród nizkich ukłonów obecnych, weszła grupa osób.
- Czy to już cesarz? - zapytałem.
- Nie cesarza oznajmiają - to tylko książęta i księżne cesarskiego dworu. Nie znoszą one cesarzowej Józefiny i stale, ku wielkiemu niezadowoleniu Napoljona, urządzają się tak, aby nie wchodzić w jego orszaku, wślad za cesarzową, a przed nią...
Wpiłem się wzrokiem w tą grupę, gdy on dalej prawił:
- O ten wysoki z czarnemi bokobrodami, przybrany w fantastyczny kostjum, to szwagier cesarski Murat, od niedawna król neapolitański, obok niego żona królowa Karolina, dalej druga siostra cesarza, Eliza, wielka księżna toskańska, a ta trzecia...
- A ta trzecia? - powtórzyłem, przejęty niewiedzieć jakim dreszczem.
- Ta trzecia... Paulina, księżna Borghese... Ale też zrobiła na tobie wrażenie - dodał, spoglądając na moją osłupiałą minę.. nic dziwnego jest tak piękną, iż każdy musi się w niej zakochać...
- Ta.... ta.. to siostra cesarza... księżna Borghese?
- Cóż tak głupio pytasz? Tak, jej wysokość księżna Paulina!
Stałem z wlepionemi oczami w piękne zjawisko. Lecz nie zwykła, klasyczna uroda księżnej zamieniła mnie nagle w kamienny słup, nie ten dziwny czar jaki rozsiewała dokoła... Azaliż to było możliwe, czy śniłem, czy z powodu zbytniej odległości, było to li tylko przywidzenie? Najwyraźniej, wydało mi się, iż wczorajsza moja nieznajoma... była księżną Borghese...
- Cóż tak patrzysz?
- A bo... począłem sam nie wiedząc co mówić, ani jak tłomaczyć moje osłupienie.
- Ten co koło niej się kręci, z miną poważną, choć nieskończenie głupią, to jej dostojny małżonek, książe. Przystojny, ale hm... hm... nieco półgłówek i sam cesarz mu to często publicznie wytyka. To też piękna Paulina niezbyt się z nim liczy i wiele o niej niezwykłych opowiadają historji. O... bardzo dziwnych historji... - począł, lecz nie dokończył, bo w tejże chwili rozwarły się drzwi i poprzedzony paru bogato ubranemi paziami ukazał się jakiś dygnitarz, wołając donośnym i dobitnym głosem:
- Najjaśniejszy pan idzie!
To generał Duroc, wielki marszałek dworu, oznajmiał cesarza.
Napoljona widziałem już parokrotnie. Stał o parę kroków od nas, gdy pod Somosierrą pozdrawiał szwoleżerów, wołając "niech żyją polacy". Ale trudno dla kogoś, co nigdy z bliska się z nim nie stykał, będzie pojąć, jakiem głębokiem i niespodziewanem było wrażenie, ilekroć się znajdowało w jego obecności.
Co do mnie doznałem jakiegoś osłupienia, jakiegoś niemego zdziwienia, które nas ogarnia na widok wszelkiej cudowności.
Zdawało mi się, że był otoczony aureolą. Jedyną myślą, która mi przyszła, kiedym się ocknął z pierwszego olśnienia, było to, że jest niemożliwem, aby taka istota miała umrzeć, żeby organizacja tak potężna, genjusz tak wielki, mógł kiedykolwiek obrócić się w niwecz.
Wszedł ubrany, jak zwykle w swój ulubiony mundur strzelców gwardji - zielony z białą kamizelką i takiemiż spodniami. Takim widywaliśmy go na polach bitwy. Miast tylko wysokich butów, nosił białe jedwabne pończochy i lakierowane pantofle.
Koło niego postępowała cesarzowa, dość wysoka, wysmukła o śniadej cerze, darząc dokoła wszystkich swym uśmiechem. Mimo, iż liczyła z górą lat czterdzieści, mogła uchodzić za skończoną piękność, gdyby jej nie szpeciły brzydkie, czarne zęby. To też uśmiechała się nieco sztucznie, niemal nie roztwierając ust.
Za parą postępował mężczyzna, o twarzy opalonej i dużym wąsie.
- Eugenjusz Beauharnais... syn cesarzowej Józefiny - zauważył Wąsowicz.
- Co? - zawołałem, zapomniawszy na chwilę o moich spostrzeżeniach i o księżnej Paulinie - ten mężczyzna który wygląda znacznie starzej od niej, miałby być synem cesarzowej?
- Tak... kiedy Józefina wychodziła pierwszy raz za mąż za generała Beauharnais była bardzo młodą, liczyła zaledwie lat szesnaście... Pozatem, gdy on bił się wraz z cesarzem w Syrji, w Egipcie, ona wypoczywała na sofie w Paryżu, zajęta wyłącznie zabiegami dokoła swej urody. Dla tego też, dziś matka jest znacznie młodszą od syna...
- Doprawdy, cesarzowa to piękna kobieta - zawołałem z uniesieniem - i mimo wielkiej różnicy wieku, jaka pomiędzy nią a księżną Borghese zachodzi - gdyż Paulina nie liczy więcej niźli dwadzieścia siedem lat - zaiste nie wiadomo, której z urody wyznaczyć pierwszeństwo...
- Zupełną masz rację... i dlatego też nie cierpią się wzajemnie... Józefina, uwielbiana powszechnie za swą dobroć i wdzięk... ma li tylko nieprzejednanych wrogów, śród rodziny cesarskiej... Darować jej nie mogą, że Napoljon wysuwa ją przed swe siostry, darować nie mogą, że ona trzyma berło mody w Paryżu i jeśli wreszcie dojdzie do rozwodu, między cesarzem a Józefiną, to głównie zawdzięczając intrygom rodzinnym...
- Ach tak - począłem pragnąc uzyskać więcej jeszcze zgoła nieznanych, nam zwykłym żołnierzom, szczegółów, lecz urwałem, bo cesarz, wciąż trzymając małżonkę pod rękę, obchodził teraz zebranych, którzy utworzyli, pod ścianami, wielkie koło. Za nim, postępował Murat i księżne.
- Oj, oberwą niektórzy! - ze śmiechem szepnął Wąsowicz, - cesarz ma coś za wielkiego marsa na czole.
- Co przez to chciałeś powiedzieć? - zapytałem, ogarnięty mimowolnym lękiem.
- Wnet zobaczysz... ale nas się to nie tyczy... Myśmy tylko pionki... Ale na takich zebraniach, Napoljon często wyładowywuje na najbliższych, co ma na wątrobie...
Cesarz przystanął przed jakąś damą i obserwował ją z niezadowoleniem.
- Cóż to, pani Jourdan, w takiej marnej sukni się zjawia? Na to pieniądze płacę mężowi, żeby, pani wyglądała, jak szwaczka! Jak tak dalej pójdzie, zabronię na dworze bywać i dochody obetnę!
Dama, żona generała, której prostego pochodzenia, zapewne nie pokryłaby najpiękniejsza suknia, stała zaczerwieniona, zmięszana, nie wiedząc co począć. Niewątpliwie najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Również najbliżsi tej scenie, w trwodze z opuszczonemi oczami, oczekiwali, na którego z nich z kolei, niezadowolenie cesarza spadnie.
- A ty Junot - grzmiał głos Napoljona, który teraz strofował jednego ze swych ulubionych generałów, Jounot'a, księcia d'Abrantes, gubernatora Paryża - znów zgrałeś się w karty i myślisz, że za ciebie zapłacę! Zapłacę, bo co mam zrobić! Ale, żeby mi to było po raz ostatni! A za aktorkami też przestań biegać, bo ci to wcale nie przystoi!
Cichy śmiech pobiegł po zebranych. Uśmiechała się nawet księżna d'Abrantes, bardzo wytworna pani, przyjaciółka cesarskich wysokości, której, choć zdawna przywykłej do niewiernostek męża, podobne jednak publiczne strofowanie, nie mogło być jej miłem. Jeden Junot, niewiele zdawało się, przejmował publicznem napomnieniem, więcej rad z zapowiedzi spłacenia długów.
Dwie wygłoszone admonicje nie udobruchały Napoljona. Przypatrywał się obecnie jakiejś młodej damie, która pod jego wzrokiem to czerwieniała to bladła.
- Hrabianko Saint-Cere, jest pani stanowczo za chuda - odezwał się nagle - że pani pochodzi ze starej szlachty, to jeszcze żaden dowód, aby wyglądać, jak strach na wróble!
- Nie moja wina, najjaśniejszy panie! - szepnęła ta dość cicho.
- Hm... zapewne... - burknął cesarz, zmiękczony widokiem panny, której kręciły się łzy w oczach. - Ale trzeba na to znaleźć radę!... Hm... Wydamy panią za mąż! Duroc! Przypomnisz mi jutro o tej sprawie! Kawalera wynajdę! - Tu rozejrzał się po zebranych, jakby wyszukując kandydata, lecz nagle dobiegł go śmiech, więc zwrócił się do jednej damy groźnie:
- A pani czemu się śmieje?
Osobą, która nie wykazywała najmniejszego zmięszania na widok cesarza i teraz nadal śmiała się dość bezceremonjalnie, była marszałkowa Lefebvre.
- A pani czemu się śmieje? - powtórzył. - Czy pani się wreszcie oduczy głupio śmiać i wymachiwać rękami?
- Śmieję się najjaśniejszy panie - odrzekła ta spokojnie - że w tych czasach, kiedy sire dawał mi swoją bieliznę do prania a nigdy nie miał na zapłacenie rachunku, to był znacznie grzeczniejszy dla dam!
Napoljon spojrzał na nią ze zdumieniem. Niezadługo jednak, na twarzy jego wykwitł uśmiech i wesoło rzucił:
- Ma pani rację, marszałkowo Lefebvre!
Od tej chwili zmienił się humor cesarza. Odpowiedź marszałkowej, byłej praczki, zwanej przy dworze madame sans gene, rozproszyła jakby ten zły nastrój, pod wpływem którego przybył na zebranie. Przeskoki od złości do wesołości i od zamierzeń genialnych do czepiania się o drobiazgi, były jedną z cech charakterystycznych Napoljona. Teraz zupełnie już udobruchany, szedł, rzucając damom jakieś uwagi, wreszcie dostrzegł nasze mundury.
- A, panowie polacy - rzekł, zatrzymując się przed nami - mam nadzieję, że okażą się dziś równie dobremi tancerzami, jak są żołnierzami... To moi dzielni z dzielnych... - dodał, wskazując na nas - Wiem o czem marzą - zauważył, jakby odgadując nasze myśli. - O innych granicach Księstwa Warszawskiego - wiem... ale może którego dnia i to bardzo już blizkiego... ich marzenia... hm... się ziszczą - zakreślił szeroki dłonią ruch, obejmujący lądy i morza...
Staliśmy obaj z Wąsowiczem, w postawie żołnierskiej, z roziskrzonemi oczami, chłonąc w siebie każdy ton metalicznego głosu. Cesarz skinął nam przyjaźnie, poczem przystanął na środku salonu.
- A teraz was wszystkich pożegnam, bo pilniejsze oczekują mnie sprawy! A wy tu bezemnie dobrze się bawcie! Józefino! Zajmiesz się gośćmi, aby nie mówiono, iż na naszym dworze jest nudno!
Odszedł, poprzedzany przez Duroca, śród nizkich ukłonów, a w ślad za nim - ruszył wyprężony dotychczas przy drzwiach, mameluk Rustam.
Mimo, iż ostatnio, groźna zmarszczka znikła z czoła cezara, mimo, że ostatnie jego uwagi nosiły raczej żartobliwy charakter, po wyjściu Napoljona, piersi wszystkich obecnych odetchnęły, rzekłbyś, głębiej, zgięte karki wyprostowały się a po sali pobiegło ciche westchnienie ulgi...
Obecność jego działała, wyczuwałem to nietylko sam po sobie, ale i po minach najwyższych dygnitarzy, wprost przytłaczająco. W jego obecności, można go było jeno podziwiać, drżeć, by nie zasłużyć na jaką gniewną uwagę, ale w jego obecności ani nieprzymuszenie rozmawiać, ani bawić się nie było można - wyglądało to niemal na świętokradztwo, na chęć zabawy, w pobliżu groźnego bóstwa...
- Uwielbiam Napoljona - szepnął Wąsowicz, jakby potwierdzając moje uwagi - ale dobrze, iż odszedł, bo doznaję przy nim niewypowiedzianego lęku... Taki on zawsze... Oderwała go cesarzowa od pilnej pracy, aby nam się na chwilę ukazał, przyszedł zły, czepiał się głupstw, prawił wszystkim impertynencje... Teraz wrócił do swego gabinetu z ministrem wojny Berthier'em i będzie budował genialne plany, jak zarzucić mosty, abyśmy mogli suchą nogą przejść do Anglji, albo cesarza austryjackiego, jako niewolnika sprowadzić do Paryża... o bo coś się knuje się w powietrzu... Berthier zanadto obgryzał paznokcie...
Rozległy się pierwsze takty muzyki.
Przytłoczony obecnością boga wojny, na chwilę zapomniałem i o księżnej Paulinie i o moich spostrzeżeniach. Teraz stałem z wlepionemi w nią oczami. Czyż ta księżna, przyjmująca z czarującym uśmiechem, lecz z gestem iście pańskim, składane jej przez obecnych hołdy, mogła być w rzeczy samej, moją wczorajszą nieznajomą? Wprawdzie twarz tajemniczej damy z oberży dojrzałem przez moment jeno, gdy wiatr tak niedyskretnie zdarł z jej oblicza zasłonę, lecz rysy te, niezwykłej piękności, mocno utkwiły w mej pamięci i czas cały miałem je przed oczyma, jak wykute. Tedy?
Bezwzględnie, ona to była. Nie mogłem się łudzić. Ten sam nos, te same czarne ogniste oczy, ten dziwny czar uśmiechu, ten profil rznięty, rzekłbyś, w kamei greckiej. Trudno było się pomylić.
A może? Bo cóż mogła czynić księżna Borghese, w nędznej, podmiejskiej oberży, narażając się na tysiące nieprzyjemności i kompromitację... Jeśli ona to była, to cóż nastąpiłoby, gdybym tam nie był nadjechał i nie stanął, w jej obronie przed pijanemi huzarami? Lecz, czyż przed chwilą nie wspominał Wąsowicz, iż dziwne o niej krążą historje?.. Wartoby go zlekka wybadać...
- Doprawdy, nie wiedzieć komu oddać pierwszeństwo - trąciłem Wąsowicza, wskazując mu na stojącą, po środku sali grupę, złożoną z cesarzowej, księżnej Pauliny i królowej neapolitańskiej a ze wszech stron otoczoną wojskowemi i cywilnemi dygnitarzami. - Mam wszakże wrażenie, iż księżna Borghese najpiękniejsza...
- I ja tak sądzę?
- A cożeś o jakichś historjach wspominał? - zagadnąłem, z głupia frant.
- At - długoby gadać... No, i nie tu... To jedno ci szepnę, że siostra Napoljona lubi bardzo naszą wojskową brać a swego małżonka ma za nic...
- Hm...
Możebym i był usłyszał, mimo zastrzeżeń towarzysza, jakie dalsze relacje, lecz w tejże chwili w sali powstał wielki ruch i pary jęły się ustawiać do modnego lansjera.
Aczkolwiek, żem znał zasady tego tańca, a czasem nawet sam rad, w niego się puszczałem, nie zamierzając tańczyć i nie znając nikogo, wcisnąłem się głębiej pod ścianę, podczas gdy Wąsowicz odchodził.
- Mam tam parę znajomych dam, muszę przetańczyć - oświadczył - zresztą cesarz nas na to zaprosił... Mają damy z nas mieć rozrywkę! I tobie radzę, zrób to samo..
- Nikogo nie znam....
- Jak tylko przetańczę, wnet cię sprezentuję.
Znikł w tłumie.
Stałem nadal, obserwując - i jak łacno odgadnąć można, wciąż wpatrzony w księżnę Paulinę.
Ona, nie ona?
Tańczyła teraz, z niewypowiedzianą gracją, ze swym szwagrem, Muratem, królem neapolitańskim. Na wprost niej - cesarzowa z generałem Junot. Gdy w powolnym, tanecznym ruchu, śród innych par, zbliżyła się do miejsca, w którym stałem, nagle jej oczy, dotychczas obojętnie błądzące po sali, zatrzymały się na mojej postaci i spotkały z mojem spojrzeniem. Trwało to chwilę może, lecz zauważyłem najwyraźniej, jak na jej twarzy odbiło się zdumienie i oblał ją nieco silniejszy rumieniec.
Poznała...? Więc ona?
I znów zdawało mi się, że jej wzrok z pod opuszczonych teraz rzęs, wciąż spoczywa na mnie, dopóki pary nie przesłoniła innych, tańczących ciżba.
Było jasnem. Zarówno ona mnie poznała, jak i ja ją poznałem. Teraz jasnem było, czemu wczoraj tak starannie osłaniała twarz i czemu wymogła na mnie słowo, abym nie usiłował się dowiadywać, ani kim jest, ani dokąd się udaje. Lecz w takim razie, co robiła w oberży? Aczkolwiek cała przygoda, miała niezwykły i dziwny charakter, cóż wreszcie mogło mnie to obchodzić i czemu tyle nad tą sprawą łamać sobie głowę? Zapewne księżna miała jakieś spotkanie...
- Zaprezentować cię damie? - posłyszałem głos Wąsowicza.
- Nie mam ochoty do tańców!
- A na co cię tu zaprosili? Szwoleżerowie są potrzebni do bitwy... albo dla zabawy dam. Niech tylko dojrzy Duroc, że tak stoisz, zaraz przyjdzie, admonicję wypowie i każe obtańcowywać jaką chudą hrabiankę.!.
- Et...
- Napewno się to stanie! Lepiej, ja cię przedstawię, której przystojnej niewieście...
- Doprawdy, nie mam chęci! Może mi się jako upiecze!
- Właśnie! Masz Duroc'a! Dojrzał, że próżnujemy!
W rzeczy samej, zbliżał się do nas wielki marszałek dworu. Ścierpłem na samą myśl zabawiania wielce nudnej której damy, zgodnie z przepowiedniami Wąsowicza. Wykręcać się nie było sposobu, ani nie wypadało. A Duroc szedł z miną rozradowaną, uśmiechniętą, zacierając ręce, niby kat czyhający na ofiarę.
- Poruczniku! Duży zaszczyt panu przypada! Jej cesarska wysokość, księżna Paulina, poleciła mi zaprosić pana jako jednego z bohaterów Somosierry, do tańca!
Zbaraniałem.
Widziałem, jak na twarzy Wąsowicza odbiły się uczucia zdziwienia i zazdrości.
- Tiens!...
Niezadługo, sam nie wiedząc na którym świecie żyję trzymałem jej cesarską wysokość w objęciach.
Przez chwilę tańczyliśmy w milczeniu, wreszcie, ja nie wiedząc, co powiedzieć, byle nie obrazić etykiety, cicho szepnąłem:
- Jak wasza cesarska wysokość pięknie tańczy!
- Nie w tem rzecz - odparła ona - czy dobrze tańczę - Ale... poznał mnie pan?
- Tak!
- I w dalszym ciągu pragnie być moim rycerzem?
- Tak!
- Wobec tego, proszę stawić się u mnie jutro, o piątej!
- Rozkaz! Wasza cesarska wysokość!
Taniec był skończony a rozmowa prowadzona tyle cicho, iż naprawdę, nie wiem, czy najbardziej człowiek spostrzegawczy, mógł ją zauważyć.
- Sacrebleu, masz szczęście - mówił Wąsowicz - gdyśmy opuszczali zebranie - tańczyłeś z księżną Pauliną. Nie swojej osobie jednak przypisuj ten zaszczyt a temu, żeś szwoleżerem, co walczył pod Somosierrą... Takiem było zapewne życzenie cesarza...
- Rozumiem - odrzekłem - uśmiechając się w duchu - nie mnie to przypada ta cześć...
ROZDZIAŁ I. PRZYGODA W OBERŻY.
Doprawdy, gdybym się w ten słotny marcowy dzień 1809 r. nie był wybrał na wycieczkę w okolice Chantilly, nie spotkałby mnie dziwny szereg przygód niezwykłych, jaki mnie spotkał i nie zetknąłbym się z różnemi osobami, które taką w mojem życiu odegrały rolę...
Ale...
Pamiętam, mżył lekki deszczyk a błotniste kałuże, z głośnem chlupaniem, bryzgały pod kopytami gniadosza. Stąpał, niespokojnie potrząsając szyją, snać niezadowolony z zbyt powolnej przejażdżki.
- Gdzież, u licha jestem?
Rozejrzałem się dokoła. Zmrok zapadał szybko, ciemności stawały się coraz nieprzenikliwsze a tylko wysmukłe sylwetki drzew znaczyły pasmo drogi.
- Alem się zamyślił...
W rzeczy samej jechałem pogrążony w zadumę, bez celu. Urlopowany, po hiszpańskiej kampanji, z powodu lekkiej kontuzji, siedziałem w Paryżu, zdrów teraz i sam nie wiedząc co począć z czasem, w oczekiwaniu, póki reszta naszych szwoleżerów do Chantilly, gdzie znajdowały się koszary, nie ściągnie...
Prawdę rzec, nudziło mi się tęgo w onym wychwalanym Paryżu.
Bo to choć i wielkie miasto, stolica i człowiek śród bitew wciąż marzył, aby tam się dostać, ale wojskowemu zawszeć markotno bez rąbaniny, pochodów i kolegów... Było tu i paru naszych - i szef Stokowski i kapitan Jerzmanowski i Wąsowicz porucznik. Pierwsi ciągle zajęci służbą i przygotowaniami, w oczekiwaniu przybycia pułku krzątając się po koszarach, niby wśród ataku, wcale gadać z nikim nie chcieli a Wąsowicz, zakochawszy się w jakieś mademoiseli, całe dnie u francuzicy przesiadywał...
Nudziłem się tedy, jak szabla w pochwie, a że kontuzja przestała dokuczać, włóczyłem kędy oczy poniosą, póki nasi nie przyjdą a Napoljon do nowego marszu nie wyda rozkazu...
Żeby choć z urodziwą niewiastą było się spotkać!
Łyskały okiem w Paryżu, niby te wszystkie damy na nasz błyszczący mundur a zęby szczerzyły, aleć to wszystko takie delikatne a wysztafirowane, że nie wiadomoć, ani z której strony zajść, ani jak się zabrać, ani jak zagadnąć... ani w jakie cirkumfibulacje z taką elegantką się wdać...
Zostawał jedynie towarzysz... gniadosz...
Też, w ów marcowy wieczór, ja Stanisław Gasztołd, podporucznik szwoleżerów gwardji, znudzony włóczeniem się po ulicach a oglądaniem Wersalu i Tuilerji, poszedłem do koszar, dosiadłem konia a pojechałem, prosto przed siebie...
Jadąc, wspominałem niedawne dzieje.
Przed dwoma laty, dwudziesto dwuletni młodzieniaszek, zaciągnąłem się pod orły cesarskie, by później przejść do pułku szwoleżerów, sformowanego przez hrabię Krasińskiego. Ot, tamci to była służba! W bojach pod Saragossą i w świetnej Somosierskiej szarży... Tam cesarz nas pozdrawiał wołając "niech żyją polacy", tam zdobyłem tyle upragnione szlify oficerskie...
Piękne to były czasy, my szwoleżerowie jednym z najpierwszych pułków najświetniejszej armji w Europie a niejeden oficer wstępował do nas na szeregowca, zrzekając się swej rangi, byle się znaleść w szeregach, nas szwoleżerów...
Z dumą myślałem, jakie wrażenie sprawić musiał mój awans tam, na moich staruszków, zamieszkałych w skromnym dworku nad Pilicą, jak zmartwić się oni musieli z wieści początkowej o mej ranie - a następnie ucieszyć, iż syn ich jest nietylko zdrów, ale jest podporucznikiem, podporucznikiem gwardji cesarskiej...
Hej! Z podporucznika tak łatwo zostać porucznikiem, kapitanem, majorem, pułkownikiem... ba.. nawet marszałkiem...
Czyż inaczej awansowali Lannes, Bessieres, Murat, Oudinot... tylu innych...
Do stu bomb i kartaczy! Wszak wciąż przebąkują, iż pójdziemy tam, nad Wisłę, rozszerzyć księstwo Warszawskie a odzyskać dawne nasze granice. Przebąkują... to musi być prawda! Napoljon, niby to w przyjaźni i z moskalem i z austryjakiem. Ale, jak, co, wiadomo!
Taka przyjaźń czarta warta! Pójdziemy, a wówczas jakie miny zrobią w Warszawie ci panicze z pod znaków ks. Józefa, Dąbrowskiego i Zajączka, kiedy mnie zobaczą w mundurze oficera gwardji cesarskiej... Ciekawe? A tak ze mnie dworowali, gdym wstępował na zwykłego szeregowca.
Podobny wątek myśli snuł się w mojej głowie... kiedym nagle się ocknął i rozejrzał dokoła...
Jadąc wprost przed siebie, w okolice Chantilly, ujechać musiałem dość daleko a skręcić na jakąś boczną dróżkę, bo główny trakt zaginął zupełnie a zdala nie widać było zarysów miasta...
Hm... mruknąłem... zagubiłeś się, panie podporuczniku Gasztołdzie, lecz nieszczęścia niema! Francja nie Hiszpanja, nie grozi, z za drzewa, niespodziana kula gerylasa... Wnet zasięgniemy języka, toć nie pustkowie...
Ponagliwszy do szybszego kłusa gniadosza, raźno ruszyłem naprzód.
Przewidywania nie zawiodły. Po paruminutowej ledwie drodze, ujrzałem zdala migające światełko. Był to słaby odblask i pochodził z jakowegoś domku. Kiedym bardziej się zbliżył, rozeznałem iż ów domek jest oberżą, jedną z licznie rozsianych w okolicach Paryża. Stała nieco na uboczu, schowana śród drzew a czerwona latarnia, zawieszona pod szyldem, oświetlała wielkiemi złotemi literami wymalowany napis - "Repos au voyageurs" - odpoczynek podróżnym.
Nie ja jeden snać musiałem skręcić do tej karczmy, gdyż na podwórzu, stała wcale pięknie wyglądająca karoca, tudzież kilka koni - na pierwszy rzut oka, po wojskowych czaprakach, rozróżnić było można, należących do oficerów.
- Ha! Zacna zebrała się kompanja - pomyślałem - tym panom wszystko jedno gdzie pić, byle wino było dobre!
Nie namyślając się długo, zeskoczyłem z gniadosza, przywiązałem go również do płotu i śmiałym krokiem wszedłem do izby.
Buchnęło na mnie ciężkie, oparne powietrze.
Za długim, wysokim szynkwasem gospodarowała coś koło gąsiorów przystojna, tęga szynkareczka.
Nieco opodal, za stołem, na drewnianych zydlach, siedziało dwóch oficerów huzarskich, pułku Bercheny'ego i wcale nieźle już musieli pociągnąć, o czem świadczyły twarze zaczerwienione i pijacka głośna rozmowa.
Obrzuciwszy wzrokiem owych jegomościów - a widząc, że szarże mieli ze mną równe, nie kwapiłem się im pierwszy składać ukłonu. Oni również zerknęli przelotnie i prowadzili dalej swą gawędę, nie zwracając na mnie uwagi.
Nieco zły, wykręciłem się do dudków tyłem a trzasnąwszy głośno rękojeścią pałasza o stół, zawołałem o wino.
Podskoczyła szynkareczka.
- O pan porucznik - rzekła, spoglądając na mój mundur - nosi nieznane dystynkcje, wolno zapytać, jaki pułk... wszak odznaki gwardji cesarskiej...
- Dziwi mnie bardzo - odparłem - że go tu nie znacie, moja panno! Szwoleżerowie gwardji! Polacy! Jeden z pierwszych pułków najjaśniejszego pana...
Za mną rozległy się lekkie śmiechy. Widocznie huzary pozwalały sobie na jakieś uwagi.
- Tak! - powtórzyłem - jeden z najpierwszych pułków. I uszybym temu uciął, ktoby ośmielił się zaprzeczyć!
Uwagi tamtych durni z tyłu umilkły. Natomiast szynkareczka, nalewając złociste wino, mówiła.
- Szwoleżerowie... o wiem... Wiem, ci co to tych hiszpańskich zbójów, w tych górach, tak tłukli... Wiem, nawet w gazetach pisali... Pan porucznik, polak? O to bardzo miły naród! Każdy polak ma podobno na imię Stanisław i jest przystojny... Czy i pan porucznik... Stanisław?
Udobruchany nieco roześmiałem się szczerze.
- Zgadłaś moja obywatelko! W rzeczy samej, na imię mi Stanisław, ale i inne u nas też bywają imiona... Ażeby cię przekonać, rozpowiem o twojej oberży kolegom, którzy niechybnie zapragną zobaczyć, tak miłą gosposię...
- Bardzo, bardzo proszę! I pan porucznik niechaj też częściej zagląda! Do nas bardzo blizko ze stolicy, tylko trzeba jechać nie tą drogą, na prawo... pan zdaje się z prawej strony przyjechał... a na lewo...
- Wiem - poświadczyłem, choć z jej ust dopiero dowiadywałem się o należytym kierunku, rad iż nie muszę rozpytywać o drogę, a tem może dostarczyć, z tyłu siedzącym huzarom, powodu do dowcipków, z przyczyny mej nieznajomości okolic Paryża - wiem i nie omieszkam wizytę powtórzyć!
- Będę czekała - szepnęła cicho - bardzo lubię oficerów... męża mam starego... i nudzę się tu sama...
Co powiedziawszy, szybko uciekła za szynkwas, gdzie z miną poważną, jęła gospodarzyć śród flaszek i gąsiorów.
- Wcaleś moja acani, niczego - pomyślałem nabijając lulkę a pociągnąwszy francuskiego cienkusza z kubka - wcaleś niczego i w rzeczy samej, warto będzie te odwiedziny powtórzyć. No, a teraz przyjrzyjmy się tym pankom od Bercheny'ego, bo, jak jeszcze który, choć nieznacznie się skrzywi, to jakem szwoleżer i szlachcic polski, mimo wszystkich zakazów przeciw pojedynkom cesarza... nie przepuszczę... Wykręciwszy się nieco z zydlem, śmiało spojrzałem na dudków..
Ci jednak, czy zapomnieli naprawdę o mojej obecności, czy nie chcieli wszczynać awantury, teraz siedzieli odwróceni, coś szepcząc do siebie a ich spojrzenia biegły w zgoła odmiennym kierunku.
Patrzyli, w pogrążony w mroku kąt izby a przytem tak się wzajem poszturgiwali, uśmiechali, zamieniając przyciszonym głosem jakieś spostrzeżenia, że w pierwszej chwili odniosłem wrażenie, iż w głowach im się pomięszało, albo upili się do nieprzytomności.
Jąłem zaciekawiony, w tąż stronę spozierać a gdy oko nieco przywykło do ciemności i ja, z kolei, zdumiałem.
W mrocznym zupełnie rogu izby, siedziała jakaś niewiasta, ubrana czarno, z głową otuloną wielkim zawojem, że cała jej postać, rzekłbyś, zlewała się z otaczającemi ciemnościami. Teraz dopiero wspomniałem o oczekującej na dworzu karocy, domyślając się, iż nią przybyć musiała nieznajoma.
Nadstawiłem ucha.
- Kto to może być? - mówił jeden z huzarów.
- Sądzę, że coś lepszego...
- Przyjechała karetą...
- Może aktorka...
- Sacrebleu! Doprawdy, nie wiem...
- Zagadać?...
- Jeśli masz odwagę...
- Jabym nie miał!
Właśnie podnosił się już z miejsca młodszy z panków od Bercheny'ego, gdy w tejże chwili, w drzwiach oberży ukazał się człowiek, wyglądający na woźnicę. Podszedł do nieznajomej i niespokojnie rozglądając się dokoła, szepnął:
- Czy długo jeszcze oczekiwać będziemy?...
- Sądzę, wyruszymy wnet. Już ósma wieczór. Miał być o szóstej... - zabrzmiał melodyjny głos. - Nie przyjedzie...
- Więc mam szykować się do odjazdu?
- Tak!
Woźnica wyszedł, nieznajoma zastukała na szynkareczkę, aby uiścić swój rachunek.
- A więc miało być słodkie randez-vous, które się nie udało... mówił teraz starszy huzar... Hm, biedna dama! Nie dziwię się, iż siedziała markotna! Ale też sobie i miejsca wybiera, na spotkania!
- Tam do czarta! - krzyknął niemal głośno jego towarzysz - a możebyśmy tak nieobecnego zastąpili!
- Wcale niezły pomysł, tylko spiesz się, bo już odchodzi!
W rzeczy samej, nieznajoma powstawała, kierując się do wyjścia. Szła powoli, majestatycznie, nie zwracając na obecnych uwagi, gdy oficer poderwawszy się szybko z miejsca, zastąpił jej drogę.
- Madame!
- Doprawdy, nie pojmuję?... - bąknęła zdziwiona.
- Właśnie widzieliśmy, że pani siedzi sama, się nudzi i dlatego tak rychło opuszcza ten przybytek.. Sądziliśmy więc...
- Proszę mnie przepuścić! - rzekła ostro, przerywając potok wymowy pijanego.
- Zaraz, zaraz, ma toute belle! Więc, pragnęliśmy zaprosić do towarzystwa...
- Wstyd, aby huzar francuski zaczepiał niewiasty, które nie dają do tego żadnego powodu! Proszę pozwolić mi przejść!
- No... no... myślę, że bardzo wielkie damy w podobnej oberży bywać nie mogą... Karetą, ślicznotko, nam nie zaimponujesz! A parę mile spędzonych chwil w kompanji oficerów, despektu nie przyniesie! Pocóż tyle certacji!...
- Błazen!
- Wymyślać poczynasz! O, to nie tylko nie przepuszczę, ale welon, co zasłania piękne wdzięki, wnet uchylę...
Podniósł ręką, jakby pragnąc spełnić swą groźbę. Nieznajoma cofnęła się o krok i rzuciwszy wzrokiem w moją stronę, zawołała:
- Czyż doprawdy nikt z noszących mundur, nie stanie w obronie napastowanej białogłowy!
I bez tego wykrzykniku, miałem ochotę w całą historję się wdać. Raz, że chciałem huzarkowi udzielić nauki za śmiechy z najpierwszego pułku szwoleżerów gwardji, po drugie, żem zawsze stawał w obronie kobiety.
Zagrała tedy we mnie krew a zbliżywszy się do natręta zapytałem, niby to pozornie spokojnie:
- Hola! Kochasiu! A odkąd to huzarowie Bercheny'ego wprowadzili zwyczaje zbójeckie?
- A tobie, gołowąsie, co do tego?
- To mi do tego - rzekłem - iż nie lubię, gdy byle kto mi staje na drodze!
Tu ująwszy wąsala pod ramię, ponieważ natura sił mi nie poskąpiła, pchnąłem go tak, iż potoczył się o parę kroków i upadł na ławę.
- Droga wolna, madame... - zwróciłem się z ukłonem do nieznajomej... - proszę iść...
Lecz przeciwnik mój, powstawszy z miejsca, wyciągał już pałasz.
- Powiadasz wolna? - krzyknął - Zobaczymy, jak dla kogo, bo ty na sucho nie ujdziesz...
Towarzysz jego również obnażył broń.
- Chętnie wam stanę - odparłem z uśmiechem, patrząc na ich rozsierdzone miny - jak sobie nawet chcecie, czy obaj razem, czy oddzielnie, z osobna. Ot! tak tylko zaznaczę, że jak obaj razem, to wyglądać będzie nie na pojedynek, a na napad zbójecki... No, en awant, zaczynajcie...
- Nie jesteśmy bandytami a oficerami - rzekł drugi huzar, chowając pałasz do pochwy - towarzysz został obrażony przez waści, słusznie mu się satysfakcja należy... Co do mnie... później zobaczymy... Nie chwal się tak, młokosie...
Zadźwięczały ostrza naszych szabel. Huzar napadł na mnie z niebywałym impetem, lecz wnet po paru złożeniach poznałem, iż z wcale mizernym mam do czynienia przeciwnikiem. To też, nie zamierzając przedłużać zabawy, puściłem tego młynka, co to mój ojciec, gracz w szable nad gracze, jeszcze za młodu mnie wyuczył a wytrąciwszy francuzowi broń z ręki, że z hałasem upadła w róg pokoju, odezwałem się spokojnie.
- Dość?
Obaj milczeli. Jeno rozbrojony mój przeciwnik gryzł wąsy ze złością.
- A może acan ma ochotę stanąć, drugi mości zabijako?
- Nie widzę powodu, abyśmy mieli się rąbać - rzekł tamten, snać rozważniejszy. - Mój kolega postąpił nieco gorąco, za co dostał naukę...
- Skoro tak, żegnam... A i na przyszłość, pamiętajcie... polakom w drogę nie wchodzić!
Rzuciłem złotą monetę szynkareczce, która głośno lamentując, przyglądała się naszej utarczce i szybko wyskoczyłem z izby. Ku mojemu zdumieniu, nieznajoma siedziała w karocy i z niej obserwowała całą scenę.
- Pani jeszcze tu?
- I w moich żyłach płynie rycerska krew - posłyszałem odpowiedź - siły nie miałam odjechać, aby się przódy nie dowiedzieć, co się stało z moim obrońcą...
- Doprawdy?..
- I mu podziękować...
Mała, wypieszczona, woniejąca rączka, wysunęła się z okna karocy i sama jakoś przylgnęła do moich warg. Chwilę stałem oszołomiony, nie wiedząc co gadać, ani nie śmiąc nawet oczu podnieść, bo to żołnierzowi łacniej się rąbać, niźli z niewiastą dyskurs wieść. Wreszcie rozumiejąc, że cośkolwiek należy powiedzieć, jąłem mruczeć:
- Bo... bo... tedy... madame...
- Chciał porucznik, suponuję - rzekła, z lekkim śmiechem w głosie - zapewnić mnie o swej gotowości do dalszej opieki...
- Tak...
- Owszem, chętnie przyjmuję, panie kawalerze. Więcej dodam, rada z niej będę, bo osłonić mnie może od nowej napaści. Nie wiele czasu zajmie... do Paryża niedaleko...
Ruszyliśmy.
Dama jechała w karecie, ja cwałowałem na moim gniadoszu obok. Teraz ośmielony, starałem się ją lepiej zaobserwować. Twarzy rozeznać nie mogłem, gdyż wciąż przesłaniał ją ten przeklęty woal, sądząc z głosu jednak musiała być młodą. Domyślałem się również, niewiedzieć czemu, że musi być piękną, wszak tak cudną do pocałunku wyciągnęła rączkę.
Lecz kim mogła być ona? Aktorką? Damą z wielkiego świata, oczekującą na amanta? Karoca, jak zauważyłem, nie nosiła żadnej cyfry, ani herbu, woźnica nie był ubrany w liberję, znamionującą świetny ród, lub dostatek.
Więc?
Nieznajoma, jakby sądząc, iż pierwsza winną jest wyjaśnienie, poczęła:
- Oczekiwałam na kogoś, kto miał przybyć w bardzo pilnej sprawie i nie przybył... Wybrałam tą oberżę, sądząc, iż w niej nikogo nie napotkam...
- Tymczasem, bywa tam pono wielu oficerów... zdaje się gwoli przystojnej gosposi...
- Nie powinnam była wchodzić.. ale zimno dojmujące na dworze... Nie mogłam wszak godziny marznąć w pojeździe... Co za straszliwa nauka! Boże! aż boję się pomyśleć... gdyby nie pan...
- Et, wspominać nie warto!
- Porucznik sobie nie imaginuje, z jak przykrej opresji mnie wyratował!
Zamilkła. Ja również nie wiedziałem, co dalej prawić, chcąc podtrzymać rozmowę. Korciło mnie, aby dowiedzieć się czegoś bliżej i zobaczyć oblicze nieznajomej. Lecz należało postępować oględnie a politycznie. To też po dłuższym namyśle, podczas gdy ona wciąż siedziała zatopiona w rozważaniach, odezwałem się nagle:
- Przecenia miłościwa pani moje zasługi! Com uczynił, uczyniłby każdy inny na mojem miejscu! Lecz, gdybym w dalszym ciągu na co mógł być przydatny... jestem na rozkazy...
- Ach, nie... Dziękuję... Może później... Pan jest szwoleżerem gwardji?
- Tak! - potwierdziłem dumny, iż dama odrazu rozeznała mój mundur - Z pułku lekkokonnego, ulubionego pułku cesarza Napoljona! Jesteśmy polacy i wszyscy w obronie najjaśniejszego pana, ojczyzny i... czci niewiasty na kawałki damy się porąbać... nie, raczej na szablach, zawsze rozniesiemy naszych nieprzyjaciół...
- Pięknie powiedziane...
- Wielki to dla mnie honor, pani, iż jej się sprezentuję... Podporucznik Stanisław Gasztołd... kwaterujący w koszarach Chantilly...
- Gasz...tołd... - powtórzyła, z trudem wymawiając cudzoziemskie dla niej nazwisko - Stanislas... Stanisław... bardzo ładne imię...
- Masz i ta - pomyślałem, wspominając niedawną rozmowę z oberżystką - wszystkie francuzki tylko tyle o nas wiedzą, iż nosimy takie imiona - a głośno dodałem - Tam, więc, łaskawa pani, można mnie szukać i zawsze...
- Może kiedy skorzystam... - dorzuciła, jak znów mi się wydało, z lekkim w głosie śmiechem.
Znów zapadło milczenie. Zaiste, nie była moja nieznajoma zbyt rozmowną i mimo wszelkich zapewnień o wdzięczności z racji jej okazanej przysługi, skłonną do szczerszej rozmowy, lub udzielenia o swej osobie bliższych wyjaśnień.
Urażony nieco, cwałowałem teraz przy oknie karety, oczekując aż się odezwie - lecz daremnie. Tak to, bez słowa jechaliśmy może z kwadrans, póki nie zajaśniały pierwsze światła przedmieść Paryża.
Zauważywszy je, nieznajoma zawołała na woźnicę, aby przystanął.
- Tu waćpana pożegnam - oświadczyła, wyciągając ku mnie rączkę - dalsza opieka byłaby zbyteczną...
- Skoro pani sobie tego nie życzy...
- I jeszcze mam jedną prośbę!
- Słucham?
- Aby waćpan nie jechał w ślad za moją karetą i nie starał się dowiedzieć, ani dokąd się udaję, ani kim jestem!
Ach, więc tak! Starała się mnie najwyraźniej pozbyć. Na tem miała się zakończyć, tak pięknie rozpoczęta przygoda. Nie było to nazbyt grzecznem ze strony nieznajomej, lecz dalipan, cóż miałem czynić - raz stanąwszy w obronie napastowanej kobiety, nie wypadało mi w dalszym ciągu, wobec niej, okazać się natrętnym.
- Ha, trudno! zastosuję się do rozkazu! - rzekłem, z wielkiem rozczarowaniem w głosie - Jeśli taka wola miłościwej pani!...
- To rozumiem! To jest prawdziwy rycerz! - zawołała, wychylając głowę z karocy - Zresztą, może podobne poświęcenie znajdzie nagrodę! Wiem kim waćpan jest, wiem, gdzie go szukać i skoro stosowna chwila...
Tu figlarz przypadek a raczej, wiatr figlarz, wypłatał nieznajomej najzłośliwszą psotę. Gdy tak przemawiała do mnie, wychylona przez okno karocy, zefir złośliwy, poderwawszy silnym podmuchem zasłonę, obnażył twarz całkowicie, którą dotychczas ukrywała starannie.
Spojrzałem... i osłupiałem... tyle nadobną była moja dama. Rysy delikatne, niby rżnięte w greckiej kamei, ogromne czarne oczy, olśniewająco biała płeć, usta kraśniejsze od malin..
Kiedym przez chwilę ją podziwiał, podczas, gdy ona walczyła, aby naprawić wyrządzoną przez wiatr psotę, wargi moje wyszeptały mimowolnie:
- Jaka piękna...
Teraz znów już siedziała z głową owiniętą a w tonie, jakim ozwała się do mnie, niewiedzieć co przebijało - czy śmiech z mego podziwu, bom szczerze mówiąc, zagapił się na nią z miną wielce głupią, czy niezadowolenie z przypadkowego uchylenia rąbka tajemnicy.
- Takam piękna - rzekła - No... no... wzruszonam doprawdy podobną kontemplacją... A może, porucznik, mnie zna?
- Nie! - wyznałem szczerze.
- Dziwnem by było, gdyby pan mnie znał, gdyż zaledwie od paru dni jestem w Paryżu. Tylko chciałam zażartować... A teraz, piękne adieu! I tak ujrzał waszmość moją twarz, której nie powinien był ujrzeć! Lecz liczę na dyskrecję...
- Ach...
- A gdybyśmy się kiedy przypadkowo spotkali... aczkolwiek to mało prawdopodobne... mam nadzieję, że się waćpan nie zdradzi, iż wogóle się znamy...
- Parol oficerski...
- Bo... bo... jeśli monsieur Stanislas będzie grzeczny... to... to... sama...
Kareta szybko odjechała, a ja jeszcze przez długą chwilę, stałem nieruchomo na miejscu.