Leonard Cohen. Świadek upadku aniołów - Christophe Lebold

Kup ebooka

89.99 zł
80.99 zł (69,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przypisy końcowe

Prolog. Trzy portrety Leonarda Cohena

1 Leonard Cohen [dalej: LC], Grawitacja, w: tegoż, Księga tęsknoty, przeł. Daniel Wyszogrodzki, Poznań 2006 [przyp. tłum.].

2 Malena Ivarsson, wywiad dla programu Fancy Friday, SVT, 28 kwietnia 1988. [Gdy nie zaznaczono inaczej, przypisy na końcu książki pochodzą od autora].

3 Zob. Bird on a Wire, reż. Tony Palmer, 1974 (DVD 2010).

4 LC, The Law, na: tegoż, Various Positions, Columbia 1984; przekład polski: Prawo, przeł. Maciej Zembaty, na: Maciej Zembaty, Alleluja - ballady Leonarda Cohena, Pronit 1986 [przyp. tłum.].

5 Zob. Jon Pareles, At Lunch with Leonard: Philosophical Songwriter on a Wire, "New York Times", 11 października 1995; Anjelica Huston, Leonard Cohen, "Interview Magazine" 1995, listopad.

6 Zob. LC, Going Home, na: tegoż, Old Ideas, Columbia 2012; przekład polski: Kurs na dom, w: tegoż, Płomień - wiersze, piosenki, fragmenty notatników, przeł. Daniel Wyszogrodzki, Poznań 2018 [przyp. tłum.].

7 Zob. LC, Suzanne, na: tegoż, Songs of Leonard Cohen, Columbia 1967; przekład polski: Suzanne, przeł. Filip Łobodziński (ilekroć autor przekładu cytowanego dzieła nie jest podany, przekład pochodzi od tłumacza niniejszej książki) [przyp. tłum.].

8 LC, Dress Rehearsal Rag, na: tegoż, Songs of Love and Hate, Columbia 1971; przekład polski: Strzęp kostiumowej próby, przeł. Maciej Zembaty, w: tegoż, Panie, panowie, pan Cohen: ballady i wiersze, Kraków 1984 [przyp. tłum.].

9 LC, Waiting for the Miracle, na: tegoż, The Future, Columbia 1992; przekład polski: Czekając na cud, przeł. Maciej Zembaty, w: tegoż, Muzyka nieznajomego: wybrane wiersze i piosenki, Warszawa 1999 [przyp. tłum.].

10 Zob. LC, The Future, tamże; przekład polski: Przyszłość [przyp. tłum.].

11 Zob. wideoklip The Future, reż. Curtis Wehrfritz, Sony Music 1992.

12 Zob. LC, The Favourite Game [przekład polski: Ulubiona gra, przeł. Paweł Lipszyc, Poznań 2003 - dop. tłum.]. W świecie Cohena grawitacja to podstępna gra, w której Bóg się nami bawi, by zmienić nasze życie w burleskę (zob. niżej, rozdział 4, Satori w umyśle) [przyp. tłum.].

13 LC, Księga miłosierdzia, psalm 1, przeł. Daniel Wyszogrodzki, Poznań 2017 [przyp. tłum.].

14 LC, Tower of Song, na: tegoż, I'm Your Man, Columbia 1988; przekład polski: Wieża Słów i Nut [przyp. tłum.].

15 Charles Baudelaire, Podróż, przeł. Maria Leśniewska, w: tegoż, Kwiaty zła, wyb. Maria Leśniewska i Jerzy Brzozowski, Kraków 1990 [przyp. tłum.].

16 Michel de Certeau, La faiblesse de croire, Paris 1987, s. 266.

17 Zob. Gilles Deleuze, Félix Guattari, Tysiąc plateau. Kapitalizm i schizofrenia, t. II, przekład zbiorowy, Warszawa 2015 [przyp. tłum.].

18 Leon Wieseltier, The Art of Wandering, w: książeczka do albumu CD LC, Songs from the Road, Columbia 2010, s. 3.

19 Zob. portret Leonarda avant la lettre pióra Baudelaire'a jako "człowieka świata i człowieka tłumu" w: Le Peintre de la vie moderne, Paris 2010, s. 22 [przekład polski: Charles Baudelaire, Malarz życia nowoczesnego, przeł. Joanna Guze, Gdańsk 1998 - dop. tłum.].

20 Zob. André Neher, L'Identité juive, Paris 2007, s. 20-30. Autor utrzymuje, że imię Abraham pochodzi od słowa ivri, co oznacza "przechodzić, przemijać".

21 Zob. Mojżesz Majmonides, Przewodnik błądzących, przeł. Urszula Krawczyk i Henryk Halkowski, Kraków 2008 [przyp. tłum.].

22 Wywiad w: Ladies and Gentlemen... Mr. Leonard Cohen, reż. Don Owen i Donald Brittain, 1965.

23 Zob. np. zdjęcia jego domu w Los Angeles, które zrobili Dominique Issermann (od wczesnych lat osiemdziesiątych XX w. po 2016 rok) i Renaud Monfourny (Comme un guerrier, "Les Inrockuptibles" 1991, nr 30) bądź James Cassimus (Cohen's Nervous Breakthrough, "Musician" 1988, lipiec).

24 William Styron, Ciemność widoma (Esej o depresji), przeł. Jerzy Korpanty, Warszawa 2012 [przyp. tłum.].

25 Zob. David Sheppard, Leonard Cohen: Kill Your Idols, New York 2000, s. 129.

26 LC, So Long, Marianne, na: tegoż, Songs of Leonard Cohen, dz.cyt.; przekład polski: Żegnaj, Marianne, przeł. Maciej Zembaty, w: tegoż, Muzyka nieznajomego..., dz.cyt.

27 Twórczość Cohena pod wieloma względami można uznać za komentarz do Rdz 1:27 ("jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich") i Rdz 2:24 ("i stają się ciałem jednem") [Genesis, Księga Rodzaju, przeł. Izaak Cylkow, za: www.bibliepolskie.pl/_pliki/cylkow.php, dostęp: styczeń 2026 - dop. tłum.].

28 LC, Ain't No Cure for Love, na: tegoż, I'm Your Man, dz.cyt.; przekład polski: Nie ma lekarstwa na miłość, przeł. Maciej Karpiński, w: tegoż, Muzyka nieznajomego..., dz.cyt. [przyp. tłum.].

29 Motyw zranionego serca, często obecny w Księdze Psalmów (np. w Ps 51:19 - "sercem skruszoném i złamaném Panie nie pogardzisz" [Psalmy, przeł. Izaak Cylkow, dz.cyt. - dop. tłum.]) - został później rozwinięty przez chrześcijan jako Najświętsze Serce Pana Jezusa (Cohen zapowiada w Everybody Knows, że ono "pęknie wszerz" [na: LC, I'm Your Man, dz.cyt.; przekład polski: Każdy o tym wie, przeł. Maciej Zembaty, w: tegoż, Muzyka nieznajomego..., dz.cyt. - dop. tłum.]).

30 Wielu komentatorów wskazuje na teologię Lurii jako mistyczną odpowiedź na wygnanie Żydów z Hiszpanii (1492): oto zadanie przewidywało teraz podróż po całym świecie i zbieranie porozrzucanych iskierek światła Boga. Zob. Neher, dz.cyt., s. 95-96; Gershom Scholem, Mistycyzm żydowski i jego główne kierunki [przeł. Ireneusz Kania, Warszawa 1997 - dop. tłum.]; i Marc­-Alain Ouaknin, Tsimtsoum: introduction a la méditation hébra?que, Paris 1992, s. 30-36.

31 Cindy Bisaillon, Leonard Cohen: The Other Side of Waiting, "Shambhala Sun" 1994, styczeń; Paul Zollo, Songwriters on Songwriting, Boston 2003, s. 348.

Przypisy dolne

Prolog. Trzy portrety Leonarda Cohena

I Wymowa nazwy tej greckiej wyspy to "idra" [przyp. tłum.].

II Kateri Tekakwitha (1656-1680) - święta Kościoła katolickiego, pochodząca z Mohawków i Algonkinów, nazywana Lilią Mohawków. Leonard Cohen obrał ją jako boha­terkę powieści Piękni przegrani, nazywając ją tam świętą irokeską. W czasie wydania tej książki Kateri miała w Kościele katolickim status służebnicy Bożej. W 1980 r. została beatyfikowana, kanonizowana zaś dopiero w 2012 r. [przyp. tłum.].

III Upadek wyglądał widowiskowo, ale nie był fatalny, Cohen pojawił się na scenie już po dwóch dniach. [Gdy nie zaznaczono inaczej, przypisy dolne pochodzą od autora].

IV Bodhisattwa, mitologiczna postać w mahajanie (odłamie buddyzmu), ucieleśnia ideał współczucia. W przeciwieństwie do arahanta, który sam doświadcza oświecenia, bodhisattwa powstrzymuje się przed przejściem w stan nirwany, aż wszystkie czujące istoty dostąpią zbawienia (zob. Helen J. Baroni, The Illustrated Encyclopedia of Zen Buddhism, New York 2002, s. 27-29).

V Piosenka Passing Thru z 1947 roku (wydana przez Cohena na albumie Live Songs) ukazuje Jezusa, Adama i George'a Washingtona jako włóczęgów­-pielgrzymów, którzy są "dzisiaj tu, jutro tam" [przekład polski: Dzisiaj tu, jutro tam, przeł. Maciej Zembaty, na: Maciej Zembaty, Alleluja..., dz.cyt. - dop. tłum.].

VI Na głębszym poziomie wszyscy rzecz jasna jesteśmy wygnańcami z Ogrodu Edenu. Leonard często wskazywał judaizm jako swoje dziedzictwo kulturowe, które po prostu przedstawia dylematy ludzkości z należytą intensywnością.

VII W domu rodziców Leonard został sfilmowany w dokumencie Ladies and Gentlemen... Mr. Leonard Cohen, swój grecki dom zaś uwiecznił na tyle okładki płyty Songs from a Room oraz na wewnętrznej kopercie płyty I'm Your Man. Pamiętna sekwencja w dokumencie BBC Songs from the Life of Leonard Cohen w reż. Boba Portwaya (1988) zawiera zabawną wycieczkę po domu - artysta siada okrakiem na krześle i usiłuje dostrzec drobny fragment morza widoczny z okna na piętrze.

VIII Tę jego namiętność do pustych przestrzeni można by powiązać z jego ulubioną czynnością filozoficzną, jaką jest akt rozbierania. Cohen dekorator wnętrz rozbiera pokoje tak samo, jak poeta usuwa zbędne słowa z wiersza, a kochanek zdejmuje odzienie z kobiety. Cel: pokonać nieprzejrzystość, odkryć wewnętrzne światło każdej rzeczy i pozbyć się wszystkiego, co stanowi dla nas balast.

IX Była to zapewne ironiczna replika na zarzuty krytyków, oskarżających Cohena o pisanie piosenek "w sam raz do podcinania sobie żył".

X Kolejne skalpele i brzytwy pojawiają się w piosence Teachers, książce Death of a Lady's Man oraz w piosence Dress Rehearsal Rag, w której odrzucony poeta (podczas golenia) zostaje skonfrontowany w lustrze z pokrytym pianą i wymachującym brzytwą Świętym Mikołajem­-samobójcą ["W mydlanej pianie kryje twarz / Święty Mikołaj, tak czy nie?" - przekład polski: Strzęp kostiumowej próby, dz.cyt. - dop. tłum.].

XI Cohen z reguły używa słowa "serce" w sensie biblijnym, na oznaczenie nie tylko ośrodka emocji, ale przede wszystkim centrum ludzkiej duchowości, "wewnętrznej synagogi", w której toczy się życie duchowe.

XII Niektóre z jego książek - jak The Energy of Slaves (1972), czyli na poły ironiczne studium mizoginii, Death of a Lady's Man (1978), czyli kronika małżeństwa niemożliwego, czy Księga miłosierdzia (1984), czyli współczesna księga psalmów - to bardzo skrupulatne eksperymenty liryczne. [Tłumacz podaje oryginalne tytuły książek Cohena, jeśli nie zostały one w całości przełożone i wydane po polsku, tytuły polskie zaś, gdy takie integralne edycje polskie istnieją - dop. tłum.].

XIII Znakomity tytuł książki, której się poza tym czytać nie da, autorstwa Loranne S. Dorman i Clive'a L. Rawlinsa: Leonard Cohen: Prophet of the Heart, London 1990.

XIV W tym kontekście scenę z Ulubionej gry, ukazującą bohatera dokonującego po pijaku sekcji serca żaby na chodniku w Montrealu (potem będzie usiłował ożywić to serce słoną wodą w chińskiej restauracji), można uznać za scenę całkiem programową.

XV Kabała luriańska - nurt kabały zapoczątkowany przez rabina Izaaka ben Szlomo Aszkenazego Lurię (zwanego Ha'ari, bądź ARI), ujmujący historię stworzenia świata poprzez emanacje boskiego światła i boskich obliczy [przyp. tłum.].

XVI Cohen nigdy nie użył metafory z szisz kebabem w piosenkach (pierwszy raz posłużył się nią w The Great Ones Never Leave, "Melody Maker", 20 listopada 1977), ale jest ona wszechobecna w jego wywiadach. Ten porażający opis pożądania jest zapowiedzią ostatnich słów poety na ten temat z 2016 roku: "to nie jest ładne wcale / co sercu daje znak" [LC, Sercu daje znak, w: tegoż, Płomień..., dz.cyt. - dop. tłum.].

XVII "We wszystkim pęknięć wiele jest i rys / tamtędy wnika blask" (LC, Anthem, na: tegoż, The Future, Columbia 1992; przekład polski: Hymn) [przyp. tłum.].

XVIII Cohen wspomina kabałę luriańską w wielu wywiadach, także w ostatnim, jakiego udzielił, dwa tygodnie przed śmiercią ("New Yorker", 17 października 2016), a w którym tak podsumował teologię Lurii: "W sumie żyjemy na ruinach Boga". Zob. rozdział 14.

Od tłumacza

Oddając niniejszy przekład w ręce czytelników, tłumacz musi się wytłumaczyć. Z trzech spraw.

Leonard Cohen w Polsce ma status bliski osobom świętym, a sakralizacja ta jest rezultatem nie tylko charyzmy artysty i potęgi jego twórczości, ale także ogromnego i serdecznego wysiłku, jaki w upowszechnianie cohenowskiego dorobku włożyli jego polscy tłumacze, a za nimi również interpretatorzy piosenek i wierszy. Gdy w Polsce mówimy: "Leonard Cohen", niemal natychmiast myślimy: "Maciej Zembaty". Bardziej skrupulatni fani Kanadyjczyka dodadzą jeszcze nazwiska Macieja Karpińskiego i Daniela Wyszogrodzkiego, Anny Kołyszko i Pawła Lipszyca. Nie wspominając o mniej znanych, publikujących swoje przekłady na własną rękę.

Jak łatwo się domyślić, rzetelna książka o Cohenie nie może obyć się bez cytatów z jego wierszy, powieści i piosenek. Tak jest i w tym wypadku. Ilekroć niżej podpisany mógł odwołać się do istniejącego już przekładu danego utworu i zacytować go w brzmieniu nadanym przez Zembatego, Karpińskiego, Wyszogrodzkiego, Kołyszko czy Lipszyca, tylekroć z wdzięcznością dla ich pracy to czynił.

Niemniej książka Christophe'a Lebolda nie jest typową biografią muzycznego gryzipiórka. To de facto esej literacko­-filozoficzny, sumiennie wsparty udokumentowanymi faktami, ale poprowadzony wedle kilku naczelnych myśli, wynikających zarówno z głębokiej analizy twórczości Cohena, jak i z jej podglebia duchowego, użyźnianego tradycjami judaizmu, chrystianizmu i buddyzmu. Autor nierzadko skupia się na pojedynczym słowie z danego tekstu, by wyprowadzać kluczowe wnioski.

Przekład poetycki, szczególnie przekład piosenek, to materia niniejszemu tłumaczowi znana od wielu dekad. W pracy tej nieodzowne jest niekiedy odejście od dosłowności, by zachować ducha i sens. Dlatego tłumacze pozwalają czasem pewnym sformułowaniom z oryginałów umknąć, by zbytnia, fałszywie gloryfikowana wierność nie stanęła na przeszkodzie temu, co naprawdę w danym utworze się liczy.

Co jednak, gdy tłumacz danej piosenki - bo o piosenkach właśnie tu mowa - wybierze interpretację, która z pewnych słów i fraz zrezygnuje, a one właśnie dla Christophe'a Lebolda okażą się ważkie?

Dlatego niżej podpisany tłumacz podjął ryzyko i w wielu momentach odwoływał się do własnych przekładów z Cohena, niezakorzenionych w obiegu polskiej kultury, ale bliższych oryginalnym sformułowaniom, by uszanować tok wywodu autora książki. Kilkakrotnie wykorzystał więc przekłady dokonane przez siebie już przed laty (Tower of Song, Is This What You Wanted, Bird on the Wire, Anthem), niekiedy jednak musiał - co czynił z radością - dokonać nowych przekładów, w tym kilku piosenek "kanonicznych", jak Suzanne, Famous Blue Raincoat czy I'm Your Man.

By zilustrować dylemat, tłumacz pozwala sobie niniejszym przytoczyć trzy przykłady. W Suzanne Leonard Cohen wspomina w trzeciej zwrotce o Armii Zbawienia, co dla Lebolda, jak czytelnicy się przekonają podczas lektury książki, jest drobiazgiem, ale istotnym. Tymczasem Maciej Zembaty w swoim sławnym przekładzie wspomina jedynie o "jakiejś akcji dobroczynnej".

Drugi przykład to Famous Blue Raincoat. Maciej Zembaty wspomina w swoim przekładzie, nie mniej słynnym niż sam "niebieski prochowiec", że adresat listu narratora myślał "już o tym, by zwiać. / Lecz niełatwo jest zwiać". Ma to być odpowiednikiem oryginalnych słów "you planned to go clear. / Did you ever go clear?". Rzeczywiście, "to go clear" można przełożyć jako "zwiać" - ale tylko jeśli osoba wypowiadająca te słowa używa brytyjskiego języka potocznego (byłby to synonim "to clear off"). Tymczasem Lebold wskazu­je, że "go clear" w oryginalnym tekście to aluzja do oczyszczenia się w toku praktyki scjento­logicznej - której Cohen w czasie powstawania piosenki się sporadycznie oddawał.

Przykład trzeci związany jest z późną piosenką, You Want It Darker. Cohen wykorzystuje tam początkowy, nieco tylko przetworzony fragment tradycyjnego kadyszu: "Niech będzie uświęcone Jego wielkie Imię", po czym dokłada odniesienie do śmierci Jezusa na Krzyżu. Istniejący, piękny zresztą, przekład mego przyjaciela Daniela Wyszogrodzkiego nie skupia się tak pilnie na tych odniesieniach, stąd niniejszy tłumacz pozwolił sobie na stworzenie tekstu włas­nego, który w tym miejscu będzie bardziej "posłuszny" intencjom Cohena w wersji odczytywanej przez Lebolda.

I kwestia trzecia, czyli przypisy. Autor opatrzył książkę licznymi uzupełnieniami, nie tylko odniesieniami bibliograficznymi, ale nierzadko wręcz krótkimi opowiastkami, które dopełniają narrację. Wszystkie przypisy zgromadził na końcu książki, co w odczuciu tłumacza utrudnia korzystanie z tych cennych dopowiedzeń na bieżąco. Dlatego tłumacz zdecydował się na przeniesienie do tekstu tych przypisów - zarówno autorskich, jak i pochodzących od niniejszego tłumacza (co za każdym razem jest wyraźnie wskazane) - które stanowią uzupełnienia encyklopedyczne, dopełniają opowieść, czasem ją lekko modyfikują, czasem rozszerzają. Czytelnicy znajdą je tradycyjnie na dole stronic. Wszystkie przypisy natury bibliograficznej, a więc wskazujące źródła cytatów - odautorskie i dodane przez tłumacza - czytelnicy znajdą natomiast na końcu książki. Ilekroć tłumacz postanowił uzupełnić przypis autora, zaznaczał swój dopisek. Dotyczy to zarówno przypisów bibliograficznych, jak i encyklopedycznych.

W każdym z wypadków gdy nowy przekład zastępuje już istniejący w druku i nagraniach, tłumacz zastrzega, że nie starał się być "lepszy", przekład literacki bowiem to nie wyścigi. Wszystkie przekłady w podobnym stopniu wchodzą w dialog z oryginałami oraz w rozmowę ze sobą nawzajem. Dzięki temu nie przepychają się, tylko pokazują tekst z różnych perspektyw. Tworzą nie uczestników turnieju, lecz rodzinę. Niech Suzanne Cohena towarzyszą i Zuzanna Zembatego, i Suzanne Łobodzińskiego. Niech I'm Your Man zapewni zarówno, że Jestem twój (Zembaty), jak i Otom jest (Łobodziński).

***

Dwie pozostałe sprawy są już nieco mniejszej wagi, bo nie dotyczą świętej strefy polskiego Cohena. Książka zawiera sporo odniesień do Pisma Świętego, zwłaszcza do Starego Testamentu. Najczęściej w polskich przekładach tłumacze odwołują się do Biblii Tysiąclecia. Zważywszy jednak, że Cohen w dużej mierze pozostawał w kręgu duchowości żydowskiej, która wyznaczała rytm jego dzieciństwa, tłumacz niniejszy zdecydował się sięgnąć po stare przekłady rabina, doktora Izaaka Cylkowa. W pojedynczych wypadkach, szczególnie gdy przekład Cylkowa nie był dostępny lub rzecz dotyczyła ksiąg Nowego Testamentu, tłumacz cytował Pismo Święte w przekładzie ks. Remigiusza Popowskiego Biblia pierwszego Kościoła lub w XVI­-wiecznym przekładzie ks. Jakuba Wujka - czyniąc to w wielkiej nadziei, że gestem tym zwróci uwagę na te piękne teksty.

***

Na koniec pozostaje mu mieć nadzieję, że choć po polsku ukazało się już kilka książek o Leonardzie Cohenie, ta kolejna będzie na kilka sposobów odkrywcza i przyniesie satysfakcję nie tylko znawcom życia i twórczości Kanadyjczyka, ale też tym, którzy szukają po prostu interesującej, niebanalnej lektury.

Filip Łobodziński

Drzwi pierwsze

Świadek upadku aniołów

Lecz miłość grawitacją jest

I wszystko runie w dół

Wpierw jest to jabłoń z której jesz

Potem zachodni mur.

Leonard Cohen, Grawitacja1

Sztuka Leonarda Cohena ma swe źródło w szczególnym darze obserwacji: jest on świadkiem upadku mężczyzn. A także kobiet, świętych, aniołów. Stąd jego fascynacja upadającymi ciałami i cała kariera poświęcona metodycznemu, niemalże namiętnemu badaniu prawa ciążenia. Temat: jak i dlacze­go upadamy, z jakich wysokości, jakimi trajektoriami. Cel: z należytą ścisłością ukazać niepojęte piękno upadku ciał i wyjaśnić, dlaczego mężczyźni bez­ustannie upadają.

Cohen, z początku jako poeta i powieściopisarz, potem także jako globalny trubadur, wszędzie - w Montrealu, na greckiej wyspie HydrzeI, w nowojorskich hotelach i w winnicach Luberon - poddawał obserwacji niekończące się wariacje ciążenia: tu tragiczne upadki, tam skoki w wewnętrzne otchłanie, wszędzie burleskowe fikołki na bananowej skórce życia. Wyposażony w wizjonerską moc pozwalającą mu widzieć świat w rzeczywistej postaci, cały czas doskonalił swe narzędzia - głos tak głęboki, że mógłby nas spalić na węgiel, zwięzły i coraz bardziej nieubłagany styl oraz szczególne połączenie lęku, mistycyzmu żydowskiego i flirtów z chrześcijaństwem i buddyzmem. A świat, który przy okazji uformował, jest zarazem wyłącznie jego własny i bardzo podobny do naszego: to świat Leonarda Cohena, w którym mężczyźni wstępują w lawiny, a święci pałają miłością do Ognia.

Efekt, jak łatwo się domyślić, jest trudny do zniesienia: piosenki, które przynoszą nam ulgę rytmem walczyka, ale stanowią broń wycelowaną prosto w nasze serca - i nigdy nie chybiają. O czym nam mówią? O tym, co sami wiemy - o nieokiełznanym ciążeniu egzystencji. O tym, że umieramy. Że nasze serca gotują się w klatkach piersiowych i skwierczą jak kebaby. Że zaczęła się apokalipsa, a Potop już nastąpił. Że Bóg zawezwał nas do gry w chowanego, w której najwyraźniej zamierza być zwycięzcą. Że mężczyźni i kobiety nieustannie się przyciągają, ale ich uścisk to ogień zostawiający za sobą tylko zgliszcza. Mówiąc krótko: że jesteśmy niebezpiecznie zawieszeni pomiędzy upadaniem a uwzniośleniem. Nasz los: upadek z wysoka. Nasz święty patron: Ikar. Ewangelia według Leonarda.

Prorok ciążenia

Leonard wcześnie w życiu zaznał siły ciążenia i rychło odkrył, że naprawdę umie spadać. Przede wszystkim pogrążać się w miłości, co zdarzało mu się bezustannie. Niekiedy była to jedna noc, niekiedy cała dekada. A najczęściej pogrążał się przez święte. Święta Kateri TekakwithaII, siedemnastowieczna dziewica irokeska. Święta Suzanne, dla której napisał słynną odę. Święta Nico z Kolonii, której mroźny chłód przetrzymał. Joanna d'Arc, która spłonęła na stosie. I tysiące innych. "Mężczyźni mają szczenięce serca - oświadczył kiedyś szwedzkiej seksuolożce podczas telewizyjnego wywiadu w łóżku - zakochują się w każdej sekundzie"2.

W okresie dojrzewania Cohen zaczął też wpadać w otchłanie podczas ataków depresji, która zaznajomiła go z największymi mrokami życia i której z czasem zaczął zawdzięczać renomę wielkiego poety ludzkiego fatum. A do tego kilkakrotnie upadł w dosłownym sensie. W filmie dokumentalnym Tony'ego Palmera Bird on a Wire widzimy go, jak 7 kwietnia 1972 roku we frankfurckiej Jahrhunderthalle leży na scenie głaskany przez kobiety z pierwszego rzędu widowni. Był to ostatni dzień Paschy, kiedy to Żydzi na całym świecie upamiętniają rozstąpienie się wód Morza Czerwonego - co najwyraźniej w jego wypadku nie nastąpiło. W wypowiedzianym nazajutrz przed kamerą komentarzu Cohen oznajmił: "Zhańbiłem się". Innymi słowy: "Wypadłem z łask"3. Do kolejnego upadku doszło, ku przerażeniu publiczności, blisko cztery dziesięciolecia później, 18 września 2009 roku, trzy dni przed jego siedemdziesiątymi piątymi urodzinami, podczas występu w hiszpańskiej Walencji. Trudno się ogląda filmową relację: kilka minut po rozpoczęciu koncertu Leonard Cohen traci równowagę. Najpierw pada na kolana, po chwili na twarz - pokonany przez siłę ciążeniaIII. A gdy siedem lat potem poeta zmarł we śnie, nastąpiło to po upadku w jego własnym mieszkaniu - ostatnim starciu z grawitacją.

Toteż na pewnym etapie tego życia poświęconego ewidencji i badaniu upadków - podczas którego powstawały kolejne książki o upadku człowieka (jak Piękni przegrani) albo niemożliwych uwzniośleniach (jak Pasożyty nieba) bądź piosenki, w których padają słowa: "razem z moim aniołem runąłem na dno"4 - wszystko oczywiście zaczynało nabierać wyraźnych kształtów. W jakimś momencie Leonard Cohen musiał pojąć - być może kolejny raz przyglądając się przez okno hotelowe temu, co spada z nieba (deszcz, śnieg, aniołowie) - tę podstawową prawdę: że siła ciążenia to prawo bezwzględnie rządzące naszym życiem, ale też jest to jedyny warunek umożliwiający owo życie. Że tylko przez upadek możemy w pełni cieszyć się własnym ciężarem.

Stąd też bierze się niebywały zakład - może jeszcze bardziej niebezpieczny niż ten pascalowski - wielki zakład Cohena: lekkomyślność jest nudna i w ostatecznym rozrachunku obniża wartość życia, za to na największą radość możemy liczyć w samym jądrze grawitacji. Innymi słowy, Cohen zakłada, że upadanie to uwznioślenie.

Nie sposób oczywiście określić, kiedy zakład ten został uczyniony - każda konwersja to proces zachodzący po cichu, w głębi duszy. Ale w pewnym momencie artysta jasno dostrzegł misję, którą musi wypełnić jako poeta: do naszych upadków podejść poważnie.

Nie chcemy żyć lekkomyślnie. Nie chcemy żyć powierzchownie. [...] Powaga to coś bardzo zmysłowego, czego jesteśmy głodni, a nie­wielu ludzi stać na taki luksus. Dlatego życie staje się płytkie, a serce zamyka się w stanie nieznośnego zwątpienia5.

Czyli lekkomyślność umie dopiec, grawitacja umie uleczyć. Stąd misja poety: być prorokiem i pedagogiem grawitacji, pisać "podręczniki, jak w poczuciu klęski żyć"6, które pomogą nam zlokalizować w nas samych jądro grawitacji zdolne uświęcić nasze życie. A cóż mogłoby się do tego nadawać lepiej od czterominutowej piosenki?

Sztuka upadania z wysoka

Koniec 1968 roku. Arpeggia na gitarze klasycznej, melodia w duchu walca, dyskretne smyki i żeńskie głosy wznoszące się niczym aniołowie: tak Leonard Cohen rozpoczął swoją karierę wokalną, od piosenki Suzanne, której niebiańska uroda zdaje się przypuszczać szturm na Niebiosa. Słowa tymczasem mówią o upadłych aniołach i o tym, jak wszystko - popołudnie, promyk słońca, kochanka - staje się wzruszające i piękne, kiedy przemija.

Znamy tę opowieść: Suzanne jest trochę szalona, częstuje cię herbatą i pomarańczami z Chin, widzi bohaterów w wodorostach. Ty byś chciał z nią ruszyć w drogę, ale ostatecznie nie zdołasz, Jezus zaś utonie w twej mądrości niby głaz7. W kontekście LSD, rewolty studenckiej i solówek gitarowych Jimiego Hendrixa Leonard Cohen przez Suzanne wypowiada pod adresem ówczesnej młodzieży potrójną przestrogę: świętość ma swoją cenę; można ją osiągnąć jedynie przez upadek; prawo ciążenia nie podlega negocjacjom. Większość jego piosenek z kolejnego dziesięciolecia w różny sposób podejmuje temat sztuki upadania. W jednej z nich chórek dziecięcy śpiewa:

To była długa droga w dół

to była dziwna droga w dół8.

To był pierwszy etap rozwoju kariery artysty, etap diagnozy. Płynąca z niego konkluzja metafizyczna to pierwsza lekcja Leonarda Cohena: przed siłą ciążenia nie ma ucieczki. Jesteśmy gatunkiem nie Homo sapiens, ale Homo cadens - człowiekiem upadającym.

Piętnaście lat później następuje zmiana scenerii: Leonard Cohen przeniósł się do Los Angeles - Miasta Aniołów, jakżeby inaczej? - i zaczął chodzić w dwurzędowych garniturach w prążki niczym mafioso. Jego koncepcja fantazji: kolor grafitowy. Jego ulubione hobby: rzucanie palenia. Jego koncepcja prorokowania: śpiewać co roku coraz niżej. Był rok 1992. Po dwudziestoletnim okresie praktyki zen artysta artysta podchodził do życia z większym poczuciem humoru, a jego głos nabrał głębi. Był tak niski, że mógł wywołać drobne incydenty sejsmiczne, a Cohen serwował nim instrukcje, jak należy prawidłowo postępować po upadku na drogę, a konkretnie: pozostań w miejscu, nie skarż się i czekaj "na cud"9. To już druga jego lekcja z metafizyki: powinniśmy w pełni zaakceptować, a nawet pokochać własne upadki - jest to zresztą uzasadnione, bo one wiodą nas do naszego prawdziwego życia.

I nadal rok 1992. Leonard Cohen, w towarzystwie wokalistek soulowych, oznajmia, że poznał przyszłość, że przyszłość to morderstwo i że w tej niebywałej kategorii chrześcijańskiej - odczuwania czynnego żalu - nigdy nie był w stanie dostrzec sensu10. W zrealizowanym do piosenki (pod jakże adekwatnym tytułem The Future) wideoklipie śmiertelnie poważny prorok improwizuje kilka przesyconych ironią kroków tanecznych - drobnych funkowych podrygów - w hallu luksusowego hotelu, gdzie (o dziwo) zaczyna padać deszcz. W tle obrazy upadających w zwolnionym tempie ciał - pogrążonych w wodzie eleganckich kobiet, odzianych w marynarki mężczyzn tonących głowami w dół, niektórym postaciom dodatkowo ciążą walizki, inne chwytają się przepływającej obok kostki czyjejś nogi, wszystkie zaś się topią, opadają na dno, pochłonięte przez Potop. Kolejny obraz piękna upadku11.

Niewątpliwie niektórym czytelnikom może się to skojarzyć z parabolą filozoficzną wieńczącą pierwszą powieść Cohena Ulubiona gra z 1963 roku. Ów fragment opisuje zabawę zimową, której bohater, Lawrence Breavman, oddawał się w dzieciństwie. Kolega czy koleżanka chwyta cię mocno za ręce, ty obracasz się tak szybko, by ten ktoś oderwał się nogami od ziemi, aż w kulminacyjnej chwili puszczasz tę osobę, a ona, poruszana energią kinetyczną, usiłuje wpaść w śnieg w jakiejś szalonej pozycji, optymalnie z rozpostartymi rękami i nogami. I tu następuje najlepsza część gry: wspólnie podziwiacie piękno sylwetek odciśniętych w śniegu. Owe dzieciaki raczej nie były tego świadome, ale właśnie udzielały nam trzeciej lekcji z metafizyki: że nasze upadki są piękne i że da się prowadzić grę z prawami boskimi. W ten sposób Breavman i jego kumple wymyślają poetykę, która będzie stanowić rdzeń niemal całej twórczości Cohena: przekształcać upadek w dzieło sztuki i zapisać Upadek Człowieka w śniegu12.

Bodhisattwa, akt 1

Powiadają, że geniusz to umiejętność widzenia rzeczy takimi, jakimi są, publiczność zaś dostrzegła, że wizja Leonarda Cohena oparta jest na absolutnym realizmie. Nasze serca są nieodwracalnie pęknięte, nasze pragnienie miłości jest nie do zaspokojenia, a nasze życie wypełniają niewykrywalne upadki, widzialne tylko dla świętych, aniołów i błogosławionych przegranych. Oto rzeczywistość, każdy może ją zweryfikować. Paradoksalnie mamy tu element optymistyczny, wręcz dobrą nowinę - to sekretna ewangelia grawitacji według Cohena.

Jego dzieło przywraca nam te cenne rzeczy, których pozbawiają nas dominująca kultura infotainment i psychologia dobrego samopoczucia: złamane serca i autentyczny ciężar naszego życia. W buddyzmie takie przebudzenie bliźnich ku ich prawdziwej naturze to zadanie bodhisattwyIV. To akt wzmocnienia i wyzwolenia - Cohen uwalnia nas od fałszywych marzeń o życiu idealnym i od trudu udawania, że nic nas nie złamało. To pierwszy znaczący krok ku lżejszemu, swobodniejszemu życiu.

Tak wysoko jak teraz i nie wyżej

Oczywiście siła ciążenia to również atrybut głosu wokalisty, a Cohen jako wokalista często igrał z ograniczeniami własnej barwy. Co ciekawe, swój zbiór psalmów Księga miłosierdzia z 1984 roku otworzył autoportretem pod postacią anioła śpiewającego w najniższym chórze niebiańskim - z dala od Bożego tronu. Oto śpiewak,

który urodził się pięćdziesiąt lat temu, aby wznosić głos tak wysoko jak teraz i nie wyżej13.

Cztery lata później półżartem, półserio oświadczał w Tower of Song:

Urodzono mnie takim, bo tak chciał los

urodzono mnie z darem, którym był złoty głos14.

Bo faktycznie dla tego przesłania Leonarda Cohena (że nasze życie zostało złamane) jego głos był narzędziem ze złota, i faktycznie tak zechciał los - z taką jedynie barwą mógł skupić się na ciążeniu najbardziej podniosłych prawd.

Ten głos też miał swoją historię, w której nastąpiło spektakularne obsunięcie - niemal o dwie oktawy - ku jądru grawitacji. Na pierwszym albumie, Songs of Leonard Cohen z 1967 roku, głos artysty to wciąż kruchy i subtelny baryton, żegnający się z kobietami z lekkim drżeniem i delikatną mieszanką pogody i niepokoju - to głos poety. W latach osiemdziesiątych tenże głos, pod wpływem ścisłej diety złożonej z papierosów, whisky i zaglądania w otchłań, nabrał cech sejsmicznego basu, obdarzonego autorytetem i głębią - to głos proroka, niekiedy wykorzystywany do pięknego nucenia, niekiedy zaś do obwieszczania apokalipsy. A pod koniec życia głos trzeci, elegancko pęknięty, wyna­lazł coś żywcem zza grobu: zwiewną grawitację, zarazem ulotną (przynależną niebu) i telluryczną (powodującą wstrząsy podziemne) - to głos archanioła.

Te trzy głosy opowiadają historię naszego wygnania bardzo daleko od Edenu, w świat Upadku, gdzie ludzie i ich plany rozbijają się i ponoszą klęskę. Ale te same głosy upominają się o tajemne rozkosze grawitacji. Każdy śpiewak wie, że grawitacja bardzo przydaje się przy uwodzeniu - sprzyja igraszkom. Oraz że jest w niej coś skrycie przezabawnego.

Kosmiczny żart

I to zapewne jest najlepsza nowina. Upadek może być zabawny, a grawitacja zmysłowa. Grawitacja to gra, w której bawi się nami Bóg - kosmiczny żart, a Cohen bez cienia wątpliwości chce, byśmy w nim uczestniczyli.

Toteż często, ucieleśniając grawitację, czyni to jak komediant, który swoją ironią przestrzega nas, byśmy żadnej z przybieranych przezeń tożsamości - pokonanego przez Miłość nieskruszonego uwodziciela, mistrza zen nauczającego dharmy, proroka zwiastującego Potop czy pieśniarzironisty mówiącego, że nasze serca płoną - nie brali całkowicie na serio. I to jest być może sedno jego artystycznej postawy: nauczyć nas, by do tragedii nie podchodzić z tragicznym nastawieniem. Siła ciążenia to sakralna przestrzeń uświęcająca nasze życie, ale także przestrzeń, w której można cieszyć się absolutną pełnią życia i śmiać się wraz z Bogiem, ponieważ doceniliśmy żart.

Stąd wprowadzone przez Leonarda przemiany: metafizyczny poeta przywdział garnitur od Armaniego, trubadur stał się gwiazdą rocka, a ironiczny pieśniarz - gnostyckim arcykapłanem serca. Jego ukryte przesłanie zaś brzmi: świat jest poważną sprawą, ale to doskonały pretekst, by się z niego śmiać.

Drzwi trzecie

Leonard Cohen - metafizyk złamanych serc

Kamasutry i brzytwy

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych, gdy triumfował punk, imię i nazwisko "Leonard Cohen" (o czym sam artysta wiedział aż nadto dobrze) padało głównie w kontekście prześmiewczym25. Punki - ewidentnie niemające za sobą lektury Pięknych przegranych - uznały, że każda twórczość oparta na mocarnej wizji poetyckiej oznacza oderwanie od rzeczywistości. A przecież Leonard na swój sposób był utajonym punkiem i byłby w stanie udzielić tancerzom pogo kilku solidnych lekcji realizmu. Na pięć lat przed nastaniem mody na agrafki w skórzanych ciuchach opublikował tom poezji noszący tytuł Siła niewolników, w którym doszukiwał się piękna w nienawiści, a na każdej stronie widniał zarys żyletki - Johnny Rotten z pewnością robił notatkiIX. A jeszcze pięć lat wcześniej, kiedy to filozofia flower power kwitła w najlepsze, Cohen twierdził, że jest "zimny jak nowej brzytwy stal"26 i albumem Songs of Love and Hate dał wyraźny sygnał, że zamierza odsentymentalizować piosenkę miłosną - a Sid Vicious słuchał.

Żyletka i brzytwa to częsty motyw w twórczości Cohena z końca lat sześćdziesiątych, można w niej widzieć metaforę wizji poetyckiej tak ostrej, że za jej pomocą da się przeciąć grubą warstwę pozorów i dotrzeć do rdzenia rzeczywistościX. Jest bowiem tak, że dla Cohena rzeczywistość ma zdecydowanie metafizyczny wymiar. Pod społeczną i psychologiczną powierzchnią życia rozgry­wają się wewnętrzne dramaty i przędą nić drugiego, "ukrytego" życia, od którego nie ma ucieczki: życia sercaXI.

Cohen swoją twórczością bada właśnie owo utajone życie. W ciągu sześciu dekad udokumentował je w setkach czarnych notesów. W rezultacie otrzymaliśmy sto czterdzieści piosenek, dwie powieści i z górą tysiąc stron bez­kompromisowej poezji. W całości dzieło to - szeroko zakrojone badania tajników serca - zawiera między innymi rozproszone fragmenty autobiografii duchowej, dziennik uwodziciela, Ars amatoria w tradycji owidiuszowej, rozliczne kamasutry oraz współczesną Anatomię melancholii. Jej główne zagadnienie dotyczy nas wszystkich, również punków: co mamy uczynić z naszym sercem, z jego nieskończoną podatnością na rozpacz i nieustającym głodem miłościXII.

Nauka o sercu

Nie da się jednak osiągnąć statusu "proroka serca"XIII, działając wyłącznie ad hoc. Chcąc choćby wejrzeć do środka - ujrzeć wewnętrzny ogień i stwierdzić, co tak naprawdę płonie - trzeba działać nie tylko odważnie i przytomnie, ale także metodycznie i cierpliwie. I właśnie metodycznie i cierpliwie (oraz przy użyciu skalpela i brzytwy) postępował Leonard - niczym naukowiec. Jak wiadomo, współczesna nauka opiera się na obserwacji, eksperymentach i hipotezach - i w tym względzie Leonard działał w sposób nader nowoczesnyXIV.

Przez całe lata zatem obserwował serce - to coś, co płonie w naszej piersi, jaźń - czyli niespokojną małpkę skaczącą z gałęzi na gałąź, oraz ego - ów kruchy element, rozpadający się dziesięciokrotnie każdego dnia. Najmniejszy skurcz wewnętrzny (każdy poryw pożądania, każde drgnienie bólu, nadziei i rozpaczy) poddawał przez lata próbom w ramach rozmaitych tradycji ezoterycznych: kabały żydowskiej, poezji sufickiej, chrześcijańskiego mistycyzmu, scjentologii, I­-cing, buddyzmu zen oraz - kiedy już żadna z nich nie działała - najróżniejszych pozycji Kamasutry. Przez lata praktykował modlitwę i zaloty jako nauki ścisłe, uwodził kobiety, aniołów i Boga i zdradzał ich wszystkich. W życiu miłosnym mnożył triumfy i porażki i eksplorował wszelkie oblicza miłości - krótkie idylle i długie zniewolenia, trójkąty pozamałżeńskie i jednostronne namiętności, niepohamowane żądze i cnotliwe sojusze, a także oczywiście wszelkie odmiany samotności. Takie, które doprowadzają do szaleństwa, i takie, które wprawiają w stan błogości.

Jakie płynęły dlań wnioski? Nigdy nie przymykaj oczu na oczywistości. Oczywistości są prawdą: mężczyźni i kobiety naprawdę sprawiają sobie nawzajem radość, a ich złączenie to mroczne jądro boskiego planu (taka była wszak historia Adama i Ewy27). Iskry światła mogą rozjarzyć nam serca w dowolnej chwili i wzniecić ogień w naszym życiu (to naczelna idea kabały luriańskiejXV). W trójkącie miłosnym zaś tworzonym przez mężczyznę, kobietę i Boga zawsze znajdzie się rola dla rogacza i dla przegranego. Wszystko to są fakty, które da się zaobserwować i które potwierdzi każdy.

Podstawy metafizyki serca

Wynika z tego cohenowska poetycka teologia miłości, rządząca się ledwie kilkoma zasadami. Pierwszą jest najprostsza prawda i fundamentalny aksjomat metafizyki Cohena: wszyscy jesteśmy złamani. Serce przeznaczone jest do łamania, a nim do tego dojdzie, "piecze się w naszej piersi i skwierczy jak szisz kebab" w piecu zwanym miłościąXVI. Miłość - to drugi aksjomat Cohena - nie jest więc szczęśliwym zbiegiem okoliczności, ale naszą rzeczywistą kondycją, na którą w związku z tym nie ma lekarstwa (stąd: "nie wie nikt, jak miłość leczy się"28). Zasada trzecia - rozsławiona w piosence Anthem - mówi, że blask wnika w nasze życie jedynie przez pęknięcia i rysyXVII, dzięki czemu nasze złamane serca stają się rydwanami łaski. Innymi słowy - tylko przegrani są piękni29. I właściwie tyle.

Oczywiście mamy też do czynienia z dziwniejszymi obserwacjami - z fizyką kwantową miłości - zgodnie z którymi materia staje się światłem, gdy objawia się w nagim ciele kobiecym. Że kochankowie znikają w uścisku erotycznym, a powracają dopiero po ostatnim pocałunku. I że jądro ciążenia wszelkich żądz jest jądrem pustym i miejscem, w którym przebywa nieobecny Bóg. I nic poza tym. Trzy aksjomaty i kilka obserwacji. Cohenowi wystarcza to, by sporządzić - za pomocą czterominutowej piosenki pop - skromny, acz bardzo oświecający literacki instruktaż duchowy. A oto płynąca zeń nauka: miłość oznacza upadek na tysiąc sposobów, upadki te zaś przynoszą zbawienie.

Autor piosenek jako kabalista

Ostatnie pytanie: dlaczego akurat przez piosenki? Dlaczego właśnie one stały się ulubionym narzędziem Cohena? Odpowiedź ma oczywiście podłoże biograficzne: Leonard zawsze śpiewał. Jako dziecko - w synagodze, jako nastolatek - w montrealskich kafejkach, jako student - w zespole countrowym, a jako młody poeta - ilekroć ktoś sobie życzył posłuchać. Miał więc zawsze świadomość wielowarstwowej mocy odkupienia tkwiącej w piosenkach.

Chcąc jednak naprawdę zrozumieć głęboki rezonans mistyczny, jaki oddziaływał na nastoletniego Cohena, musimy nieco zboczyć. Szlak powiedzie nas prosto w szesnasty wiek i w prowokacyjną teologię ojca współczesnej kabały, Izaaka Lurii (1534-1572).

Luria twierdził, że Stworzenie było częściowo katastrofą. Wycofawszy się "z siebie w siebie", by zrobić puste miejsce dla Stworzenia (tak zwana teoria cimcum), Bóg natychmiast wypełnił tę próżnię promieniami światła Swojej miłości. Jednak światło to - dotychczas przechowywane w glinianych wazach - rozsadziło naczynia i popłynęło z powrotem ku swemu źródłu, pozostawiając w świecie liczne rozproszone iskierki. Od tamtej pory zadaniem każdego Żyda było pozbieranie tych iskier (i odtworzenie światła Boga) - akt ten nosi nazwę tikun, czyli Wielkiego Dzieła30. I oto ta właśnie teologia Lurii - z motywem pęknięcia i miłości tak silnej, że zdolnej zniszczyć wszystko, z wybuchem energii Boga - idealnie pasuje do Leonarda Cohena. Szczególnie gdy zważymy, że chasydyzm - nurt ludowy w dużej mierze wywodzący się z kabały luriańskiej - z czasem przyznał pieśniom i śpiewowi ogromną rolę w dążeniu do tikun.

Dla idei tych - Leonard był z nimi zaznajomiony od czasu spędzonego w szkole hebrajskiejXVIII - znalazł w latach pięćdziesiątych potwierdzenie w montrealskich kafejkach, gdzie jako nastolatek odkrył w szafach grających countrowe piosenki Hanka Williamsa i lamentacje czarnego Orfeusza, który nazywał się Ray Charles, który eleganckim swingiem i głosem pełnym ognia zdawał się nieść pociechę całemu wszechświatu. Zresztą każdy ówczesny pieśniarz (w tym uwielbiany przez Cohena Frankie Laine) podejmował faktycznie podobne próby. I właś­nie za pośrednictwem szaf grających młody Cohen zapewne pojął prawdziwą misję śpiewaka: dokonać samodzielnie i jednostronnie (przynajmniej w czasie trwania piosenki) Wielkiego Dzieła, tikun - niemożliwego odkupienia naszego życia i całego świata. Innymi słowy - stać się metafizykiem złamanych serc. Potrzeba tylko, jak to sam Leonard później wyjaśniał, trzech-czterech akordów i "złotego głosu":

Dobra piosenka istnieje zarówno w skali skromnej, jak i himalajskiej. To coś takiego, co pomaga ci w zmywaniu albo towarzyszy ci w zalotach czy też w samotności. Ale potrafi także pocieszyć, dodać odwagi, zmotywować. [...] Piosenki służą sprawom ważnym. Przywoływaniu Miłości. Leczeniu popękanych nocy31.

Tak więc piosenka może zapewnić zbawienie. Jak tego dokonuje? To dość prosty proces: melodia łączy cię z twoimi emocjami i pozwala rozkoszować się nawet tymi smutnymi. Głos śpiewaka przemawia bezpośrednio do ciebie i rozprasza twoją samotność. W trzy bądź cztery minuty słowa piosenki mówią wszystko, co było do powiedzenia: żyjemy, kochamy, płoniemy, umieramy. A harmonia brzmieniowa przez cały czas pozwala ci zapomnieć o wszystkim, co wywołało twoje wyobcowanie.

Cała piosenkowa twórczość Leonarda Cohena opiera się na tej fundamentalnej wierze: piosenki są duchowym orężem otwierającym nasze serca, ale także niematerialnymi talizmanami, które wszędzie ze sobą nosimy. I sanktuariami, w których znajdujemy otuchę - miejscem głębokiego, autentycznego pocieszenia.

Widać to jasno w mrocznych walcach flamenco z początków kariery artysty i w emanujących mądrością pieśniach electro tworzonych przezeń później - piosenki mają moc uzdrawiającą i potrafią przynieść zbawienie. W każdym razie na cztery minuty.

A teraz musimy tylko pokazać, w jaki sposób życie Leonarda uczyniło go tak wybitnym mistrzem owej sztuki.

Dalsza część w wersji pełnej

Drzwi drugie

Wieczny pielgrzym, Żyd idealny

Lecz prawdziwi wędrowcy jadą od niechcenia

Charles Baudelaire, Podróż15

Niezaplanowane podróże

Tak właśnie myśliciel jezuicki Michel de Certeau określił życia, którymi kieruje powołanie: "niezaplanowane podróże". Podróże ku czemuś nienazwanemu, co oczekuje u kresu drogi i przyzywa16. Podróże, za sprawą których życie staje się trajektorią, a człowiek pielgrzymem. I te trzy słowa - "powołanie", "trajektoria", "pielgrzym" - niemal wystarczą, by nakreślić portret Leonarda Cohena.

Niełatwo stworzyć mapę peregrynacji Cohena. Po pierwszym wygnaniu do Nowego Jorku w 1956 roku, drugim do Londynu w 1959 i trzecim na grecką wyspę wiosną kolejnego roku stał się zawodowym przechodniem, kimś, kto na podobieństwo bohaterów jego ulubionej piosenki folkowej jest "dzisiaj tu, jutro tam"V. W latach sześćdziesiątych nieustannie krążył między Grecją a Kanadą, a gdy zaczął śpiewać ze sceny, przyjął na siebie perypatetyczny los trubadura, trasy koncertowe przywiązały go do szlaku w sumie na ponad siedem lat. Czyli siedem lat lotnisk i anonimowych pokoi hotelowych. Siedem lat wiecznych powrotów do tych samych miast: Londynu, Nowego Jorku, Berlina, Paryża, Rzymu - świat to hotel i kurs taksówką.

Oczywiście trasy były przerywane przez kolejne wygnania (Nashville, Luberon, Los Angeles), nieustające powroty (Hydra, Londyn, Montreal, Toronto), regularne pobyty w samotniach (w studiach nagraniowych albo w klasztorach), nowe szlaki (Meksyk, Maroko, Izrael, Indie) i przez życie codzienne, również pełne niepokoju.

Wyjąwszy znaczący sześcioletni okres spędzony w mnisiej chatce w górach na północny zachód od Los Angeles (w latach dziewięćdziesiątych), można orzec, że Leonard Cohen w całym swoim dorosłym życiu nigdy nie spędził więcej niż pół roku w jednym miejscu. I pewnie właśnie tak odnalazł równowagę między upadaniem a uwzniośleniem - był w ruchu i kompensował pionową oś Upadku poziomymi liniami, które francuski filozof Gilles Deleuze nazwał "liniami ucieczki"17. Przyjaciel Cohena Leon Wieseltier określił je mianem "sztuki błądzenia"18 - i trafił tu w sedno, ponieważ Leonard uczynił z podróżowania sztukę, a z każdym kolejnym ruchem jego życie nabierało większej lekkości.

Zawód: Żyd tułacz

Wiele filmów dokumentalnych zaświadcza, że Leonard Cohen zawsze był wielkim badaczem miast. W filmie Ladies and Gentlemen... Mr. Leonard Cohen (1965) widzimy go, jak przemierza ulice Montrealu, w Hallelujah in Moll (1985) - Paryża i Berlina, w Songs from the Life of Leonard Cohen (1988) - Nowego Jorku, w Bird on a Wire (1974) wędruje zaś po Jerozolimie i wielu miastach europejskich. Jak gdyby odstawiał walizki tylko po to, by zaraz ponownie włóczyć się kolejnymi ulicami.

W Leonardzie połączyły się trzy typy wędrowców. Do flâneura, którego Baudelaire określił mianem kwintesencji człowieka nowoczesnego, czującego się swobodnie w stale zmieniającym się tłumie i w nieznanych miastach, otwartego na wszelkie możliwości19, dodał jeszcze jedną figurę, tragiczną: obcego­ egzystencjalistę. Ta zainspirowana przez Alberta Camus postać, obecna w piosenkach (na przykład w The Stranger Song), jest kompletnie wyobcowana - od samej siebie, od innych, od świata. Obcy egzystencjalista, odziany w płaszcz przeciwdeszczowy, kojarzy się z metafizycznym detektywem tropiącym sens egzystencji, herosem obdarzonym swoistym męskim urokiem.

Trzeci typ wędrowca to oczywiście Żyd tułacz, który ma za zadanie błąkać się po świecie i wszędzie pozostawać obcym. Jak nam przypomina filozof i talmudysta André Neher, Żyd jest zarazem Hebrajczykiem - czyli potomkiem Abrahama (a więc osobą praktykującą sztukę wędrówki) - i Izraelitą, a więc kimś, kto jak Jakub/Izrael walczy z aniołem. Ekspertem w dziedzinie zmagań i dialektyki20. Za sprawą nieustających podróży, a także ciągłego dialogu z kobietami, Bogiem i lawinami Leonard Cohen staje się zatem wzorcowym Żydem. Neher dodaje jednak, że po pierwszej diasporze Żydzi także stali się wygnańcami, a - jak wiemy - życie z dala od domu było jednym z ulubionych hobby LeonardaVI. Nie powinno więc dziwić, że przez całe życie starał się ucieleśnić dwa paradoksy Żyda tułacza: być stale w ruchu, ale nigdy się nie zagubić, oraz mnożyć niebiosa, ale pozostawać wszędzie obcym.

I faktycznie Leonard Cohen niemal nigdy nie robił wrażenia człowieka zagubionego. Może zresztą rozliczne wezwania, które sprowadziły go na szlak, były tak zrozumiałe, że nie sposób było zgubić trop. I niewykluczone, że w walizce miał ze sobą egzemplarz Przewodnika błądzących, napisanego w dwunastym wieku przez Mojżesza Majmonidesa z myślą o wszystkich zagubionych Żydach21. Zasadniczo jednak trudno się zgubić, jeżeli nie masz przed sobą ściśle wytyczonego celu. A Leonard nigdy takowego nie miał. Jego sztuka wędrowania przypominała raczej ćwiczenie filozoficzne, swoistą próbę uzyskania wolności, sposób na ponowne dostrojenie się do świata i do życia przez ciągłe spotykanie na swej drodze kolejnych miast, nowych klimatów i nowych tłumów. Stąd motto, które mógłby przybrać za swoje: veni, vidi, ivi. Przybyłem, zobaczyłem, odszedłem.

Bywalec hoteli, bywalec pustki

Oczywiście by nigdy nie robić wrażenia zagubionego, najłatwiej jest czuć się wszędzie u siebie, a w tym celu bardzo przydaje się mnożenie niebios. Dlatego hotele stanowiły centrum życia i wyobraźni cohenowskiej. Imponująco wygląda lista hoteli wspomnianych w jego twórczości. Mamy nowojorskie Penn Terminal, Henry Hudson, Royalton, Algonquin, Chelsea; paryskie Place de Cluny, Raphael, Prince de Galles i Napoleon; londyńskie Regent's i Savoy; montrealski Hotel de France; Windsor Arms i King Edward w Toronto; Landmark i Chateau Marmont w Los Angeles; Kemps Corner w Mumbaju; tokijski Takanawa Prince; i Hotel Sainte­-Anne w Roussillon. Jak Cohen wyjaśniał w 1965 roku:

Pokój hotelowy to sanktuarium przejściowe, a więc tym wyborniejsze. [...] W pokoju hotelowym zawsze czujesz, jakbyś był na gigancie i właśnie przyszła jedna z tych chwil, kiedy jesteś bezpieczny - drzwi są zamknięte [...], a ty się zaraz napijesz, zapalisz papierosa i bardzo powoli zaczniesz się golić22.

Lata w drodze uczyniły z Cohena istnego eksperta od hoteli, konesera pokoi i tego, czemu one sprzyjają: pisania, uwodzenia i introspekcji.

Koniec końców najbardziej liczy się to, czego miejsca owe nauczyły samego Leonarda - że w tym życiu odgrywamy jedynie rolę gospodarzy. Oto pokorna mądrość podróżników: trzeba wiedzieć, że codziennie, w każdym nowym pokoju musimy czynić świat miejscem gościnnym. Obowiązkiem każdego człowieka jest się zadomowić. Nic zatem dziwnego, że pełen wdzięczności Cohen pragnął filmem I Am a Hotel (1983) nakreślić swój portret jako hotelu, podobnie jak Dylan Thomas nakreślił swój jako szczeniaka.

W życiu Cohena miały też miejsce bardziej permanentne przystanie: nie hotele, lecz domy, spośród których cztery często pojawiają się na zdjęciach i w filmach dokumentalnych. W legendzie artysty imponująco przedstawia się dom jego rodziców w Westmount (gdzie spędził czasy dzieciństwa), podobnie jak kultowy dom na Hydrze (kupiony, gdy Cohen miał dwadzieścia sześć lat), fotogeniczny szary dom w Montrealu (kupiony przez Cohena trzydziestoośmioletniego) i anonimowy domek w Mid­-Wilshire w Los Angeles (kupiony, gdy Cohen miał lat czterdzieści pięć)VII. Były też miejsca mniej znane, gdzie tylko wpadał na krótko: otoczona lasami i bażantami chatka dwadzieścia mil na południe od Franklin w Tennessee (pomieszkiwał tam okresowo w latach 1969-1971), mnisia chatka w Ośrodku Zen Mount Baldy (gdzie spędził sześć lat w latach dziewięćdziesiątych), przyczepa stacjonująca w winnicach na południu Francji (w której napisał księgę psalmów) i dom przyjaciółki w czternastej dzielnicy Paryża. I rzecz jasna był też jeszcze jeden, tajemny punkt kotwiczenia, który nigdy go nie zawiódł: pozycja siedząca w zazen.

We wszystkich tych miejscach zamieszkiwał z niefrasobliwością kogoś, kto niedługo ma ruszyć w drogę. Postronne osoby były może zaszokowane prostotą jego kwater - pustymi pokojami, pustymi ścianami - a przecież wynikała ona z faktu, że Leonard nigdy nie planował dłuższego pobytu (niezagracone pomieszczenia łatwiej pożegnać) i że pragnął także w domu czuć się, jakby nadal był w podróży. Jego ideał: wszędzie być gościem w pustym pokojuVIII.

Wiele zdjęć uwieczniło artystę in situintra muros, przy czym uderzająca jest intensywna, ascetyczna siła bijąca na nich z Leonarda w tych różnych budynkach. Widzimy mężczyznę w ciemnych garniturach pośród białych ścian, ale także bardzo konkretny sposób zamieszkiwania świata. Niczym idealny gospodarz, emanujący wyrazistą lekkością23. Inteligentnie zmontowana sekwencja w dokumencie CBC Summer Festival ukazuje Leonarda w montrealskim domu zimą 1989 roku. Podążamy za nim przez kolejne pokoje: szykuje stół do pracy, brzdąka na gitarze, wygląda przez okno. W toku przenikających się ujęć poeta to znika, to wyłania się w różnych kątach pokoju. Obiektem filmowanym jest rzecz jasna operacja metafizyczna: intra muros poeta evanescit. Pośród czterech ścian poeta znika. Jak lekkie może być życie?

Quo vadis, Leonard? Potrójny zew świata

Oczywiście łatwiej jest porzucić dane miejsce, gdy coś cię wzywa. Tu akurat Leonardowi dopisało szczęście - został wezwany trzykrotnie niczym Abraham. Najpierw przez swoje własne nazwisko, które wytyczyło mu klarowną misję. Następnie przez to życie, które pragnął wieść. I wreszcie przez kobiety, za którymi wszędzie podążał. Pierwsze wezwało go jednak nazwisko. Jak wiadomo, kohen (w liczbie mnogiej kohanim) oznacza po hebrajsku kapłana, rolą zaś tego ostatniego jest błogosławić wspólnocie i służyć jej jako orędownik. Kapłan pozwala nam połączyć się z naszymi sercami i z mieszkającymi w nich tajemnicami zwanymi "Bogiem" lub "Miłością". Z takim patronimikiem Cohen (który podchodził do niego nader serio) odziedziczył czysto rabiniczną gotowość: pragnienie potwierdzenia sensu egzystencji i niepohamowany głód siły ciążenia.

Równie naglący, jak sami zobaczymy, był zew od życia, które błagało o to, by je przeżywać, i od dzieła, które błagało o to, by je stworzyć. Cohen dosyć wcześnie zdecydował, że wieść będzie życie poety, a ponieważ jego dziadka talmudystę nazywano Księciem Gramatyków, nie mógł być lada poetą, ale księciem poetów i bezkompromisowym artystą. Stąd bierze się jego życie i konkretny, jasno wytyczony program: pisać książki i rozpalać dusze, podążać za bodźcami i za mistrzami, kolekcjonować miasta, kobiety i paszporty.

Rzecz jasna trzeci zew przekształcił Leonarda w zawodowego romantyka, który zdołał uwieść świat - był to zew kobiecego piękna, a więc tego, czemu nigdy nie był się w stanie oprzeć.

Wszyscy żydowscy bohaterowie naraz

Ten potrójny zew stał się źródłem trojakiej kariery: arcykapłana, bawidamka i poety. Powstało życie, które za bohatera miało Leonarda Cohena. Życie oczywiście całkowicie improwizowane (jak każde zresztą), ale tak pełne naturalnego dramatyzmu, jakby ktoś je wymyślił i spisał. Niczego w tej intrydze nie brakuje, nawet nieodzownych przeszkód, a zwłaszcza nieustającej walki z otchłanią, którą William Styron (cytując Miltona) w swoim potężnym eseju na temat depresji nazwał "ciemnością widomą"24.

W toku swej wędrówki przez życie Cohen cieszył się przywilejem bycia protagonistą czterech równoległych powieści i wszystkimi żydowskimi bohaterami naraz. Jak Abraham przemierzył cały świat i wszędzie starał się czuć jak u siebie - i to była pierwsza powieść: tułaczka Leonarda. Jak król Dawid pisał niebu psalmy i płonął dla kobiet - to powieść o żądzy i niepohamowanej sile przyciągania. Jak Jonasz grał ze Stwórcą w chowanego, ale najbliżej Niego znajdował się wówczas, gdy sądził, że ukrył się w sposób doskonały - to powieść (niekiedy komiczna) o poszukiwaniach duchowych Leonarda. I jak Jakub walczył z aniołem (czarnym aniołem melancholii) w nadziei nie na zwycięstwo, ale na błogosławieństwo o świcie, gdy będzie ranny, ale nie pokonany - to epicka powieść o walce Leonarda z ciemnością.

Ta poczwórna powieść, z jej tysiącami zwrotów akcji oraz kobietami i aniołami za każdym rogiem, to schemat życia Leonarda i matryca całego jego dzieła. W największej jego głębi znajdziemy poetę, który skrycie pragnął ożywić kulturę masową i muzykę rockową za pomocą sztuki króla Dawida. Archetyp Żyda.