4.
Życie płynęło powoli. Żywia wypełniała je obowiązkami, o których nie wspominała rodzicielce. Zresztą ta skupiła się na Witoszu i sierotach, często zostawiała córkę samą sobie. Korzystała więc ze swobody, łaziła, poznawała najdalsze krańce kniei, zapuszczała się do serca lasu. Przypadkowo też ratowała zwierzęta. Te zaplątane w sidła, złapane w pułapki - w lasach nienależących już do Dziewanny, a do prawdziwego świata. Cierpiące, ze złamanymi łapkami albo skrzydłami. Bywało, że wyczuwała trzepot ich serc, zanim jeszcze dostrzegła je wzrokiem. Rosochatek muskał ją wtedy czułkami i miała wrażenie, że to jej dar. Dostrzeganie tego, co ukryte.
Leszy zjawiał się zawsze, chociaż czasami musiała czekać kilka godzin, by zawędrował w tę część lasu, w której się znajdowała. Poczucie, że ratuje istnienia, zaczęło sprawiać jej radość i satysfakcję. Nie sądziła, że tak się stanie. Nie chciała dać się wciągnąć w ten wolontariat. Miała na siebie o wiele lepszy plan.
Wszystko zepsuło się, kiedy wybuchła Wielka Kłótnia. Żywia nie chciała jej analizować, ale matka powiedziała jasno: "To się wynoś i nie wracaj, słyszysz!? Nie masz tu już domu, nie masz wstępu". Chciała ją zmusić do uległości, posłannictwa na rzecz Dziewanny. A ona chciała sama decydować o sobie i życiu, cholera! Czy żądała tak wiele?
Matka mogłaby ją zrozumieć, gdyby chciała. W końcu ją też trawiła gorączka, również chciała coś osiągnąć, zostać lekarzem! To nie byle co, ale jednak zapomniała o tym. Wyrzuciła z pamięci bunt, została okiełznana, pokonana. Żywia nie chciała podzielić jej losu, zabrała rzeczy i wyszła, skierowała się jednak nie w kierunku miasta, a kniei. Tam powinna odnaleźć spokój, zastanowić się, co dalej. Rosochatek próbował ją powstrzymać, ale nie miał przecież takiej mocy. Maszerowała przez bór, wokół hukały sowy, gdzieś zawyli Wilcy - umiała już odróżnić ich odgłosy od wycia tych zwykłych wilków. Nie przejmowała się, że ją ostrzegają. Parła przed siebie mimo zmęczenia. W końcu opadła na polance na kępkę soczyście wyglądającej trawy. Przełyk i usta paliło jej pragnienie, w żołądku czuła ciężki kamień głodu. Działała pod wpływem emocji i nie zabrała najważniejszego - jedzenia. Pomyślała, że może umrze w kniei, a jej ciało rozłoży się i w najpiękniejszy ze sposobów połączy z naturą. Zasnęła, a może straciła przytomność.
Ocknęła się, kiedy jakieś chłodne dłonie zaczęły macać jej twarz i ciągnąć za włosy. Poczuła na ustach smak wody i zwielokrotnione wieloma głosami szepty: "zbudź się, zbudź się!". Uniosła się gwałtownie.
- Żyjesz!
Obok przycupnęła kobieta, która jednak nie mogła być człowiekiem. Przypominała elfa z jednej z książek dla dzieci, które czasami matka czytywała sierotom. Każda z otaczających ją istot wyglądała podobnie, miały długie włosy w różnych kolorach, srebrzyste albo złote oczy, ciała okryte jedynie płatkami ogromnych kwiatów.
- Rusałki? - odgadła, a kobiety pokiwały głowami.
- Jak do nas trafiłaś? Czy to przez ślimaka? Leszy ci go podarował?
Zewsząd padały pytania, ale Żywia czuła się zbyt oszołomiona, by odpowiedzieć na którekolwiek.
- Dajcie jej oddychać! - Usłyszała w pewnym momencie męski głos.
Istoty rozpierzchły się, ale przysiadły nieopodal, by nadal ją obserwować. Chyba nieczęsto widywały ludzkie kobiety. Tymczasem podszedł do niej mężczyzna. Nie wyglądał na Rusała (czy coś takiego w ogóle istniało? Żywia nie umiała sobie przypomnieć), raczej na zagubionego chłopca z opowieści o Piotrusiu Panie.
- Sieciech. - Podał jej dłoń i pomógł wstać.
Zakręciło się jej w głowie. Nie wiedziała, czy z powodu jego bliskości czy z osłabienia po omdleniu.
- Żywia - przedstawiła się, stając mocno na nogach.
Nie chciała, żeby wziął ją za słabą, nie była taka. W końcu uciekła od matki, zrobiła krok ku wolności. Musiała się co prawda zastanowić, co dalej, ale miała jeszcze chwilę czasu. Nikt jej nie gonił, matka przecież nie wyśle pościgu.
- Pokażę ci miejsce, gdzie będziesz mogła w spokoju odpocząć. Albo nawet zamieszkać, jeśli potrzebujesz. - Wziął ją za rękę i poprowadził w głąb zagajnika. Dłoń miał suchą i chłodną.
Żywia dopiero teraz zorientowała się, że nie zna tego miejsca. Wydawało się obce, zupełnie inne od kniei, w której się wychowała.
- Ta kraina została ukryta przed wzrokiem normalnych ludzi - wyjaśnił Sieciech, który chyba odgadł jej myśli, aż poczuła się nieswojo. - Twój... ślimak jakimś sposobem cię tu przeniósł. Uważał, że potrzebujesz pomocy.
- Dziękuję - tyle zdołała wydukać.
Nie zobaczyła Rosochatka na ramieniu, poczuła się dziwnie bez jego przyjaznego, znajomego ciężaru. Nie chciała o niego pytać, pewnie już doniósł Leszemu i Dziewannie, gdzie się podziewała. Może sprowadzi jej też na głowę matkę. Na tę myśl przewróciła oczami.
- Kim jesteś? - zapytał Sieciech.
- Człowiekiem, a niby kim? Z rusałką chyba jednak trudno mnie pomylić - odburknęła zła, że nie jest równie piękna jak zamieszkujące tę krainę istoty.
- Słyszałem o nich. - Zapatrzył się w dal, chyba nie wyczuwając sarkazmu w jej głosie. - Podobno tam kiedyś wrócę.
- Jesteś z miasta? - zdumiała się Żywia.
No tak, rusałki były kobietami, nie spotkano nigdy męskiego odpowiednika. Przynajmniej tak słyszała.
- Ktoś mnie porzucił i one mnie przygarnęły. - Wskazał na towarzyszące im w oddali, zaciekawione istoty. - Podobno znajdują często dzieciaki na skraju boru, choć teraz już rzadziej niż wcześniej.
- Jest tu jeszcze jakiś chłopiec oprócz ciebie?
- Niestek - odpowiedział Sieciech. - Ale on żyje w innym świecie, zupełnie oderwany od rzeczywistości. Chce się przygotować do prawdziwego świata.
- Dlaczego was stąd wyrzucają? - Wszystko to niezmiernie ją ciekawiło.
- Doroślejemy, stajemy się mężczyznami - westchnął. - Jakby była to moja wina.
- Nie uśmiecha ci się normalne życie?
Sieciech się skrzywił i pomyślała, że go uraziła. Szli przez moment w ciszy, wokół szemrał las, ale zupełnie inny niż ten, który Żywia znała. Szeptał wiatrem, opowiadał coś i gdyby mogła się skupić, na pewno by usłyszała co. Postanowiła, że to zrobi, kiedy tylko nieco się tu zadomowi. Bo że zostaje, zdecydowała już dawno temu.
- Normalne życie oznacza dla mnie to tutaj - odpowiedział w końcu chłopak. - Nie znam innego, nie wiem, jak się odnajdę. Podobno rzeczywistość ludzka pełna jest brutalności, walki. Nie znam tego.
- Masz rację - odparła. - Chociaż mnie tam akurat ciągnie. Życie z matką i sierotami, bardzo chorymi dziećmi - dodała, kiedy spojrzał na nią bez zrozumienia - jest trudne. W lesie nie mamy bieżącej wody i prądu. Kilka razy byliśmy w Dziewicach i tam poczułam, że... - Potrząsnęła głową, nie powinna zdradzać swoich tajemnic. - Po prostu, że to odpowiednie dla mnie miejsce.
- Dziewanna bardzo chwali sobie twoją matkę. Żanetę, tak?
Potwierdziła skinieniem głowy. Nie chciała mówić, jakie ma o niej zdanie, skoro sama bogini przedstawiała ją w superlatywach. Miała wrażenie, że tylko ona widzi prawdziwe oblicze rodzicielki.
- Dlaczego od niej uciekłaś?
Wzruszyła ramionami. Odpuścił, nie naciskał, żeby się dowiedzieć. Tymczasem doszli już na miejsce. Pokój mieścił się w pniu ogromnego drzewa. Wydrążone wnętrze miało dwa poziomy, dostęp do prywatnej sadzawki i balkon wystawiony na promienie słoneczne.
- Drzewo, kiedy obumiera, daje nam to, co ma najcenniejsze - wyjaśnił Sieciech i z nabożnością dotknął starego pnia. - Dzięki temu mamy gdzie mieszkać, my i zwierzęta. - Wskazał na górę, gdzie ptaki uwiły gniazda, a wiewiórki miały swoje dziuple. - Opiekuje się nim Nieradka, pewnie niebawem ją poznasz. Jemy wspólnie tam. - Machnął w kierunku ogromnego stołu nieopodal, ustawionego na środku polany. - Zadzwonią dzwonki, wtedy jadamy, będziesz wiedziała.
- Dziękuję. - Uśmiechnęła się, chyba pierwszy raz tego dnia. - To... niesamowite.
- Mam nadzieję, że odpoczniesz. - Ukłonił się lekko. - Rusałkami się nie przejmuj, przez chwilę będziesz atrakcją, ale wkrótce cię zignorują, mają ważniejsze sprawy w tych ślicznych główkach. Dzisiaj możesz się jednak spodziewać wielu wizyt. Bądź życzliwa, a będą dla ciebie równie miłe.
Odszedł, a Żywia została z poczuciem, że straciła coś ważnego. Przyjaciela. Kiedy weszła do chatynki, myślała o jego słowach. Miła i życzliwa to akurat słowa, którymi ciężko ją opisać. Nie lubiła udawać, ale może w tej krainie, zbyt idealnej, by mogła być prawdziwa, uda się jej wykrzesać z siebie odrobinę czegoś innego niż wściekłość.
- Cześć. - Usłyszała, zanim zdołała zrobić kolejny krok.
Westchnęła w duchu, przywołała na twarzy grymas udający życzliwość i się odwróciła.
- Nieradka. - Istota dygnęła, co wydało się Żywii komiczne, powstrzymała jednak okrutny wybuch śmiechu. - Przyniosłam twojego towarzysza.
Żywia naprawdę ucieszyła się na widok Rosochatka. Podbiegła, wzięła go na ręce, przytuliła i usadowiła na ramieniu, gdzie jego miejsce. Teraz czuła się pełna.
- Chciałam ci pokazać, gdzie są ręczniki i inne potrzebne rzeczy. - Nieradka czuła się jak u siebie, chodziła swobodnie po domu i pokazywała schowki, szafki, niezbędne przedmioty domowego użytku.
Na piętrze mieściła się sypialnia, mała biblioteczka, balkon. Na dole miała do dyspozycji sadzawkę, saunę, pokój dzienny.
- Za dwie godziny kolacja - powiedziała na pożegnanie Nieradka. - Odpocznij chwilę. Zadzwonią...
- Dzwonki, tak, wiem - weszła jej w słowo. - Dziękuję.
Kiedy tylko rusałka wyszła, na szczęście już się nie kłaniając, Żywia pobiegła na górę i położyła się na łóżku. Spała tak mocno, że przegapiła dzwonek zapowiadający posiłek i ocknęła się dopiero o świcie.