Leśna obietnica. Część 2. Żywia i syn - Patrycja Żurek

Kup ebooka

46.95 zł
38.97 zł (38,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Pierw­sze wspo­mnie­nie Ży­wii to upa­da­jący Mi­łosz. Mi­łosz trzy­ma­jący się za klat­kę pier­sio­wą, od­dy­cha­jący spa­zma­tycz­nie. Wcze­śniej­sze prze­bły­ski pa­mi­ęci po­szły w za­po­mnie­nie w ob­li­czu tego, co sta­ło się tam­te­go dnia i co na­zna­czy­ło Ży­wię na za­wsze, jak­by umie­ra­jący brat wy­pa­lił na niej ja­kiś nie­ście­ral­ny ślad. Ka­żda mi­nu­ta tam­te­go dnia wry­ła się w jej pa­mi­ęć, często od­twa­rza­ła we śnie te chwi­le. Lu­bi­ła ci­che to­wa­rzy­stwo Mi­ło­sza, jego klu­sko­wa­te cia­ło, do­broć. Wie­dzia­ła, że opie­ko­wał się nią, od­kąd się uro­dzi­ła, i ko­cha­ła go ca­łym ser­cem. O wie­le bar­dziej niż mamę, tatę czy ko­go­kol­wiek na świe­cie. Uwa­ża­ła, że jest ide­al­nym bra­tem. Wte­dy zo­sta­li sami i Ży­wia się cie­szy­ła. Mie­li obo­wi­ąz­ki, mu­sie­li za­jąć się zwie­rzęta­mi, na­kar­mić je i opo­rządzić, ale obo­je to umie­li.

- Uwiel­biam mu­ćkę - po­wie­dział Mi­łosz i przy­tu­lił twarz do kro­wie­go py­ska.

Ży­wia się uśmiech­nęła. Przy nim ogar­niał ją spo­kój, zresz­tą zwie­rzętom też się chy­ba udzie­lał.

- Ona cie­bie też - od­pa­rła, bo Mi­łosz pa­trzył na nią wy­cze­ku­jąco.

Lu­bił, kie­dy roz­mów­ca od­po­wia­dał. Cza­sa­mi cze­kał dłu­go, szcze­gól­nie przy ma­mie, za­jętej wiecz­nie czy­mś wa­żniej­szym niż dzie­ci. Na myśl o Ża­ne­cie Ży­wii po­psuł się hu­mor, co Mi­łosz mo­men­tal­nie wy­czuł. Ży­wia nie wie­dzia­ła, jak on to robi.

- Przy­tul się do nas - za­chęcił. - Od razu zro­bi ci się le­piej, Żyw­ka.

I fak­tycz­nie miał ra­cję. Po­czu­ła jego nie­co lep­ki do­tyk, a po­tem za­ci­ągnęła się aro­ma­tem zwie­rzęcia, któ­ry wca­le nie wy­da­wał się jej od­ra­ża­jący. Chło­nęła ich cie­pło.

- Ko­cham cię, Mi­łosz­ku - wy­zna­ła, nie pa­trząc na bra­ta.

Ta­kie wy­nu­rze­nia jesz­cze wzbu­dza­ły w niej wstyd. Ale dla Mi­ło­sza mó­wie­nie o uczu­ciach ni­g­dy nie sta­no­wi­ło pro­ble­mu i z tego po­wo­du rów­nież go po­dzi­wia­ła.

- Ja cie­bie bar­dziej - prze­ko­ma­rzał się sta­rym zwy­cza­jem.

Ży­wia za­śmia­ła się, za­bur­cza­ło jej w brzu­chu.

- Czas na­kar­mić młod­szą sio­strzycz­kę - za­de­cy­do­wał Mi­łosz i ostat­ni raz po­gła­skał kro­wę.

Wzi­ął Ży­wię za rękę i po­szli do domu, gdzie mama zo­sta­wi­ła pro­duk­ty na śnia­da­nie. Lu­bi­ła ob­ser­wo­wać bra­ta, jego uwa­żne ru­chy, ostro­żno­ść. Ja­ro­mir często krzy­czał, że Mi­łosz jest nie­zdar­ny, więc ten na­uczył się uwa­żno­ści. Poza tym ni­g­dzie się ni­g­dy nie spie­szył, przyj­mo­wał ży­cie, ja­kie było, i Ży­wia czu­ła, że tyl­ko ona się mio­ta. Ró­żni­li się ni­czym dzień i noc. On ła­god­ny, ona wy­bu­cho­wa. On po­wol­ny, na­wet w je­dze­niu, ona wrzu­ca­ła w sie­bie ka­nap­ki i le­d­wo gry­zła, bo za­wsze gdzieś mu­sia­ła biec, coś ro­bić, je­dze­nie było tyl­ko pa­li­wem, nie­wa­żnym ele­men­tem. Choć mat­ka ci­ągle jej wy­po­mi­na­ła, że jako nie­mow­lę ci­ągle się da­rła, że chce żreć. To sło­wo ją od­py­cha­ło.

Po śnia­da­niu usie­dli na gan­ku, Ży­wia się nu­dzi­ła, ale Mi­łosz lu­bił ga­pić się na czub­ki drzew, na pro­mie­nie sło­ńca prze­świ­tu­jące mi­ędzy ko­ro­na­mi, na pnie po­ru­sza­ne wia­trem. Czer­pał przy­jem­no­ść z pro­stych rze­czy, ta­kich jak mrów­ki upar­cie bu­du­jące ogrom­ne mro­wi­sko nie­opo­dal domu, bie­dron­ki, któ­re mia­ły le­cieć do nie­ba po ka­wa­łek chle­ba. Za­chwy­ca­ły go psz­czo­ły, zbie­ra­jące py­łek z kwia­tów, żucz­ki gno­ja­rze, mie­ni­ące się w sło­ńcu, wszel­kie żywe stwo­rze­nie. Nie bał się na­wet Wil­ków, któ­rych wy­cie roz­le­ga­ło się cza­sa­mi gdzieś da­le­ko w kniei. Ona, sły­sząc ten od­głos, za­wsze cier­pła.

Dzień upły­nął. Kie­dy po­szli się po­ło­żyć, Mi­łosz źle się po­czuł. Na­rze­kał co praw­da cały dzień, że mu dusz­no, ale nie zwra­ca­ła na to wi­ęk­szej uwa­gi. Często ma­ru­dził na po­go­dę, nie­do­brze się czuł we wła­snej skó­rze, lep­kiej, ja­snej, ozna­czo­nej pie­ga­mi, któ­rych nie dało się po­li­czyć - kie­dyś pró­bo­wa­ła.

- Boli mnie, Żyw­ka - po­wie­dział.

- Gdzie? - Po­de­rwa­ła gło­wę, za­jęta za­pi­na­niem gu­zi­ków po­szwy, któ­re ci­ągle się wy­my­ka­ły z dziu­rek.

- Tu. - Wska­zał mo­stek. - Tak mnie roz­dzie­ra, pie­cze, jak­by coś chcia­ło wy­jść na ze­wnątrz.

- Mama po­win­na za­raz wró­cić - od­po­wie­dzia­ła Ży­wia.

Spoj­rza­ła za okno, zmrok nad­cho­dził szyb­ko i wca­le nie mia­ła pew­no­ści, że Ża­ne­ta zdąży wró­cić z Dzie­wic na czas. Mi­łosz stał się jesz­cze bled­szy, le­d­wo trzy­mał się na no­gach, pot ro­sił mu czo­ło.

- Może usi­ądź, przy­nio­sę wody, do­brze?

Nie chcia­ła pa­ni­ko­wać, ale czu­ła sto­jącą w gar­dle gulę, nie do prze­łk­ni­ęcia. Nie mia­ła po­jęcia, co ro­bić, a mama wie­lo­krot­nie mó­wi­ła, że Mi­łosz ma sła­be ser­ce. Co­kol­wiek to zna­czy­ło. Po­bie­gła po wodę, ale usły­sza­ła ha­łas i wró­ci­ła. Mi­łosz le­żał na podło­dze, od­dy­chał ci­ężko. Przy­pa­dła do nie­go, po­kle­pa­ła po po­licz­ku.

- Mi­łosz! - pi­snęła. - Po­bie­gnę po mamę, co?

Nie mia­ła po­jęcia, co in­ne­go mia­ła­by zro­bić.

- Nie zo­sta­wiaj mnie - rzu­cił płacz­li­wie brat i chwy­cił jej rękę.

Ści­snęła, ale nie za moc­no, żeby nie zro­bić mu krzyw­dy. Nie chcia­ła pła­kać, po­wstrzy­my­wa­ła się, chcia­ła do­dać mu otu­chy, być sil­na.

- Nie wiem, jak ci po­móc - za­brzmia­ło bez­rad­nie.

- Nie... mo­żna - wy­chry­piał. - Boję się, Żyw­ka. Gdzie mama? Mamo! - krzyk­nął, a ona aż przy­mknęła oczy.

Co ro­bić? Nie mia­ła po­jęcia, jak mu ulżyć, jak go po­cie­szyć.

- Mama za­raz wró­ci, Mi­łosz­ku-Śpiosz­ku - po­wie­dzia­ła piesz­czo­tli­wie. - Ko­cha­my cię, pa­mi­ętasz?

- Boli, Ży­wia, boli tak bar­dzo. Ma­mu­siu!

Tra­cił od­dech, kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, aż w ko­ńcu przy­tom­no­ść. Ży­wia po­trząsa­ła bra­tem, już nie kry­ła łez i szlo­cha­ła gło­śno. Pró­bo­wa­ła go do­bu­dzić, ale w pew­nym mo­men­cie zo­rien­to­wa­ła się, że Mi­łosz nie od­dy­cha. Przy­ło­ży­ła ucho do klat­ki pier­sio­wej, nie usły­sza­ła ryt­micz­ne­go bi­cia ser­ca, któ­re­go słu­cha­ła prze­cież wie­lo­krot­nie, gdy ją przy­tu­lał. Ci­sza. Mar­twa jak jej brat. Ży­wia wie­dzia­ła, co to śmie­rć, w le­sie wi­dy­wa­ła ją nie­raz, ale do­pie­ro w tym mo­men­cie do­tknęła jej oso­bi­ście.

Na­gle Mi­łosz stał się kimś ob­cym. Prze­stał być do­brym, zna­nym od za­wsze bra­tem, któ­ry trzy­mał jej rękę, gdy się bała - w tym mo­men­cie stał się źró­dłem jej stra­chu. Jesz­cze cie­pły, ale już nie­ru­cho­my ni­czym ka­mień, zmar­twia­ły, to naj­lep­sze sło­wo, któ­re przy­cho­dzi­ło jej do gło­wy. Drża­ła. Nie mia­ła siły wstać, od­su­nąć się od cia­ła, pa­trzy­ła na twarz Mi­ło­sza, na jego klat­kę pier­sio­wą, szu­ka­ła oznak, że jed­nak się po­my­li­ła.

W po­ko­ju ro­bi­ło się co­raz ciem­niej. Sło­ńce za­cho­dzi­ło, po­ja­wi­ły się dłu­gie, prze­ra­ża­jące cie­nie. Twarz Mi­ło­sza też się zmie­nia­ła pod wpły­wem za­pa­da­jących ciem­no­ści - Ży­wia mia­ła wra­że­nie, że po­ru­sza ocza­mi skry­ty­mi pod po­wie­ka­mi, że na­dy­ma po­licz­ki, chce coś po­wie­dzieć, ale nie może. Spa­ra­li­żo­wa­ło ją zim­no, wy­obra­ża­ła so­bie, że pły­nie od zma­rłe­go i opla­ta ją ni­czym mgła. Skry­ła twarz mi­ędzy ko­la­na­mi, zro­bi­ła ko­kon z ra­mion i pła­ka­ła bez­gło­śnie. Ki­wa­ła się w przód i tył, do­pó­ki ktoś nie wzi­ął jej na ręce. Nie­wie­le pa­mi­ęta­ła z tego ocze­ki­wa­nia, aż przyj­dzie mama. Ża­ne­ta wy­gląda­ła strasz­li­wie z twa­rzą po­bru­żdżo­ną cier­pie­niem, błysz­czący­mi ocza­mi, roz­czo­chra­na. Ży­wii wca­le nie było jej żal. Opo­wie­dzia­ła mat­ce, co mó­wił Mi­łosz, jak ją roz­pacz­li­wie wo­łał.

- Prze­stań już - szep­nęła w ko­ńcu Ża­ne­ta tak ci­cho, że Ży­wia od­nio­sła wra­że­nie, że się jej prze­sły­sza­ło.

Nie dzie­li­ły cier­pie­nia. Mimo że le­ża­ły bli­sko sie­bie, nie po­tra­fi­ły jed­nak prze­ła­mać wza­jem­nej nie­chęci. Ży­wia da­ła­by wie­le, żeby po­znać my­śli mat­ki, po­dej­rze­wa­ła, że Ża­ne­ta wo­la­ła­by, żeby to ona uma­rła. Ko­cha­ła Mi­ło­sza o wie­le moc­niej niż któ­re­kol­wiek z dzie­ci i Ży­wia często za­sta­na­wia­ła się dla­cze­go. Nie za­py­ta­ła jed­nak, nie zna­la­zła w so­bie na ra­zie od­wa­gi.

Śmie­rć Mi­ło­sza obu­dzi­ła w niej wście­kło­ść.

2.

Chy­ba to wła­śnie wte­dy za­częła się wy­my­kać z domu. Bez Mi­ło­sza ro­dzi­na oka­za­ła się nie do znie­sie­nia. Mama prze­ży­wa­ła ża­ło­bę, często sztur­cha­ła ją albo ude­rza­ła szmat­ką niby to w żar­tach, ale jed­no­cze­śnie śmier­tel­nie po­wa­żnie. Jak­by wi­ni­ła Ży­wię za to, co się sta­ło. Nie­wy­po­wie­dzia­ne na głos "nie po­mo­głaś mu" tkwi­ło mi­ędzy nimi ni­czym nie­wi­dzial­ny mur, ale Ży­wia nie czu­ła po­trze­by, żeby go skru­szyć. Zro­bi­ła, co mo­gła, czy­li nie­wie­le, ale jed­nak wi­ęcej niż Ża­ne­ta - w ko­ńcu to ona zo­sta­wi­ła ich sa­mych, żeby spędzić noc w mie­ście z Wi­to­szem. Ten ostat­ni prze­pro­wa­dził sek­cję i orze­kł, że to ser­ce. Sia­dł kie­dyś przy niej wie­czo­rem. Za­pa­trzy­ła się na za­chód, szu­ka­ła ja­kie­goś śla­du Mi­ło­sza w ota­cza­jącej rze­czy­wi­sto­ści i wie­rzy­ła, że kie­dyś go znaj­dzie.

- Nie mo­głaś mu po­móc. Nikt z nas nie mógł - po­wie­dział mi­ęk­ko mężczy­zna.

Lu­bi­ła go. Bu­dził za­ufa­nie dzi­ęki ni­skie­mu gło­so­wi i błękit­nym oczom pa­trzącym szcze­rze na czło­wie­ka. Czu­ła się przy nim bez­piecz­niej niż przy ojcu. Rzad­ko my­śla­ła o tym ostat­nim. Za­pa­dł jej w pa­mi­ęć ra­czej jako pi­jak niż do­bry czło­wiek, awan­tur­nik z wiecz­nie za­czer­wie­nio­ną twa­rzą.

- Mama uwa­ża ina­czej. - Po­chy­li­ła gło­wę i scho­wa­ła w ko­la­nach.

- Mama stra­ci­ła ko­goś bli­skie­go - wy­ja­śnił, jak­by nie wie­dzia­ła.

- Za­po­mi­na, że ma jesz­cze nas - rzu­ci­ła bu­ńczucz­nie.

- Przy­po­mni so­bie, daj jej chwi­lę cza­su - obie­cał, ale mu nie uwie­rzy­ła.

Może sie­ro­tom oka­że ser­ce, jej na pew­no nie. W su­mie chcia­ła­by się do tego przy­zwy­cza­ić, ale głu­pie ser­ce wy­ry­wa­ło do mat­ki i nie umia­ła go po­skro­mić. Wi­tosz od­sze­dł, cho­ciaż czer­pa­ła z nie­go siłę, i zo­sta­ła sama, nie na dłu­go jed­nak. Przy­sia­dła się do niej Ma­tyl­da. Dłu­go zbie­ra­ła się w so­bie - jak nie ona - żeby w ko­ńcu za­brać głos.

- Śmie­rć jest strasz­na? - za­py­ta­ła. - Wi­dzia­łaś ją?

- Wi­dzia­łam cia­ło Mi­ło­sza.

- Mó­wię o Śmiert­ce - spre­cy­zo­wa­ła Ma­tyl­da. - Wiesz, jak prze­cho­dzi cię dreszcz, to ona cię wącha. Po­dob­no mo­żna ją wy­czuć, kie­dy ktoś prze­cho­dzi na dru­gą stro­nę.

- Nie wiem. - Ży­wia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Nie za­sta­na­wia­łam się nad tym wte­dy. Pó­źniej... zro­bi­ło się strasz­nie. Gdy za­pa­dła ciem­no­ść.

- My­ślisz, że on gdzieś tam jest? - Ma­tyl­da za­da­rła gło­wę, pew­nie szu­ka­ła gwiazd, ale było za wcze­śnie.

- Mam na­dzie­ję.

- Boję się umrzeć - wy­zna­ła ci­cho Ma­tyl­da i po­pa­trzy­ła na przy­szy­wa­ną sio­strę prze­ra­żo­na.

No tak, ona w ogó­le do tej pory nie my­śla­ła o śmier­ci, bo i po co? Do­pie­ro za­czy­na­ła poj­mo­wać jej sens, gdy tym­cza­sem Ma­tyl­da żyła w jej cie­niu nie­mal od uro­dze­nia. Cho­ro­wa­ła i zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie do­ży­je na­wet dwu­dzie­ste­go roku ży­cia. Ży­wii wy­da­wa­ło się to nie­po­jęte i prze­ra­ża­jące, we­szło jej do gło­wy i kłu­ło upor­czy­wy­mi my­śla­mi.

- A ty zno­wu bez­czyn­nie - za­gde­ra­ła mat­ka. - Zro­bi­ła­byś coś po­ży­tecz­ne­go, Ży­wia.

- Roz­ma­wia­łam z Ma­tyl­dą - za­pro­te­sto­wa­ła, bo sie­ro­ta nie do­sta­ła re­pry­men­dy. - Dla­cze­go cze­piasz się za­wsze tyl­ko mnie?

- Po­nie­waż masz obo­wi­ąz­ki, cze­ka­ją na spe­łnie­nie, nikt tego za cie­bie nie zro­bi - wy­li­czy­ła Ża­ne­ta.

Nogi mia­ła brud­ne, więc Ży­wia wy­wnio­sko­wa­ła, że znów ła­zi­ła po cmen­ta­rzu, do­gląda­ła lamp­ki na mo­gi­le Mi­ło­sza, py­ta­ła Los, dla­cze­go za­brał nie to dziec­ko, któ­re trze­ba. Wy­czu­wa­ła w mat­ce ta­kie roz­ter­ki, sama nie wie­dzia­ła skąd.

- Ja­sne, już rwę się do pra­cy - rzu­ci­ła, ale mat­ka chy­ba nie wy­czu­ła sar­ka­zmu.

Ma­tyl­da, nie­nie­po­ko­jo­na przez Ża­ne­tę, zo­sta­ła na pro­gu. Ona już daw­no zro­bi­ła, co do niej na­le­ży, Ży­wii się nie chcia­ło. Od­kła­da­ła to często na ostat­nią chwi­lę, chy­ba tyl­ko po to, żeby ze­brać burę od mat­ki. W su­mie lu­bi­ła mieć za­jęcie, nie ana­li­zo­wa­ła wte­dy wszyst­kie­go.

- Mu­sisz się wi­ęcej do na­uki przy­ło­żyć - oznaj­mi­ła Ża­ne­ta, kie­dy Ży­wia wró­ci­ła od zwie­rząt. - Moja ma­tu­la nie chcia­ła mnie za dużo uczyć, a to prze­cież wa­żne. Może się do szko­ły ja­kie­jś w Dzie­wi­cach za­pi­szesz?

- Nie chcę.

- Pstro w gło­wie masz, szko­da zmar­no­wać twój po­ten­cjał. Do ksi­ążek, marsz - za­rządzi­ła mat­ka.

Nie słu­cha­ła jej, ni­g­dy tego nie ro­bi­ła, chy­ba że Ży­wia wpa­da­ła w gniew. Ale na­wet to nie dzia­ła­ło w przy­pad­ku ob­se­sji mat­ki na punk­cie na­uki.

- Mó­wi­łaś, że świe­ce dro­gie - za­uwa­ży­ła bun­tow­ni­czo. - Po­uczę się rano.

- Rano nikt cię nie przy­pil­nu­je. Te­raz, tu­taj. - Wska­za­ła stół w kuch­ni, przy któ­rym ce­ro­wa­ła odzież. - I gło­śno. A pó­źniej mi opo­wiesz, co czy­ta­łaś. Chcę wie­dzieć, że za­ła­pa­łaś sens.

Ży­wia więc, cie­sząc się z obec­no­ści mat­ki i jej za­in­te­re­so­wa­nia, ale jed­no­cze­śnie też będąc wście­kła, że do cze­goś się ją zmu­sza, za­sia­dła na krze­śle. Czy­tan­ka nie wy­da­wa­ła się trud­na, dziew­czy­na ro­bi­ła po­stępy i czy­ta­ła co­raz płyn­niej, ale Ża­ne­ta ni­g­dy nie oka­zy­wa­ła za­do­wo­le­nia.

- Mo­gło być le­piej - rzu­ci­ła kwa­śno. - Ale do­brze, że w ogó­le tre­nu­jesz. Za­sta­nów się nad ży­ciem, Żyw­ka. Co chcia­ła­byś ro­bić, kim być, co osi­ągnąć.

Te trud­ne py­ta­nia gnębi­ły ją no­ca­mi. Nie mia­ła po­jęcia, nie chcia­ła iść w śla­dy mat­ki i grze­bać w tru­pach. Na le­ka­rza ży­wych nie nada­wa­ła się tym bar­dziej. Dzie­ci nie zno­si­ła, wy­wo­ły­wa­ły w niej iry­ta­cję i cza­sa­mi mia­ła ocho­tę ude­rzyć któ­rąś z sie­rot za głu­po­tę. Czu­ła się złym czło­wie­kiem.

3.

Często wy­my­ka­ła się no­ca­mi, żeby spać wśród drzew. Uwiel­bia­ła za­pach mchu i pa­pro­ci, szu­ka­ła jego kwia­tu, nie­ko­niecz­nie w noc świ­ęto­ja­ńską, pew­na, że gdy go znaj­dzie, mat­ka w ko­ńcu ją po­ko­cha. Kwiat miał ro­snąć, we­dług le­gen­dy, w do­brze ukry­tym miej­scu, któ­re­go strze­gą stra­chy za­miesz­ku­jące lasy. Tak wła­śnie po­zna­ła bo­ro­we­go.

Wie­dzia­ła o Le­szym nie­wie­le, tyle tyl­ko, że jest pra­sta­rym pusz­cza­ńskim du­chem i opie­ku­nem. Naj­pierw wi­dy­wa­ła go z od­da­li. Cza­ił się mi­ędzy pnia­mi, sam przy­po­mi­na­jąc bar­dziej drze­wo niż czło­wie­ka. Wy­so­ki, o po­bru­żdżo­nej twa­rzy wy­gląda­jącej jak kora, wy­da­wał się obo­jęt­ny na to, co robi. Ob­ser­wo­wał ją ocza­mi skry­ty­mi pod po­dob­ny­mi do kępek mchu brwia­mi. Mi­ędzy wło­sy miał wple­cio­ne li­ście ni­czym ko­ra­li­ki, dło­nie wiel­kie jak boch­ny chle­ba, nos po­ro­śni­ęty ma­ły­mi grzyb­ka­mi. Nie bała się go, a bo­ro­wy je­dy­nie mru­czał, kie­dy się mi­ja­li. Cza­sa­mi okry­wał ją ko­łdrą uple­cio­ną z ro­ślin, by nie zma­rzła. Często to­wa­rzy­szy­ły mu wil­ki, na ra­mio­nach sia­da­ły pta­ki, po ple­cach wspi­na­ły się wie­wiór­ki. Ży­wia ko­cha­ła zwie­rzęta i przy­gląda­ła się im za­chwy­co­na.

- Je­steś cór­ką lasu - ode­zwał się pew­ne­go wie­czo­ru.

Głos miał ni­ski, za­chryp­ni­ęty, jak­by rzad­ko uży­wa­ny, przy­jem­ny ni­czym ko­ły­san­ka.

- N-nie wiem - za­jąk­nęła się Ży­wia.

Pro­wa­dzi­ła z nim wie­le roz­mów w gło­wie, nie sądzi­ła, że kie­dy­kol­wiek doj­dzie do tej praw­dzi­wej.

- Mmm - mruk­nął w od­po­wie­dzi. - Wy­czu­wam twój po­ten­cjał. Dzie­wan­na... - za­mil­kł, węszył, jak­by ła­pał trop - ...ma wo­bec cie­bie ogrom­ne pla­ny.

- Inne niż w sto­sun­ku do mo­jej mamy? - za­py­ta­ła. - Nie chcę opie­ko­wać się dur­nia­mi.

- Ka­żde stwo­rze­nie za­słu­gu­je na sza­cu­nek. - Le­szy unió­sł głos nie­znacz­nie, ale wy­star­cza­jąco, by ją prze­ra­zić. - Mu­sisz się dużo na­uczyć, dziew­czyn­ko z lasu.

- Aha - zgo­dzi­ła się Ży­wia po­spiesz­nie.

- Masz się opie­ko­wać zwie­rzęta­mi - po­wie­dział bo­ro­wy. Roz­gląd­nął się, jak­by cze­goś szu­kał. W ko­ńcu na jego ra­mię wpe­łzł ogrom­ny śli­mak. - To Sy­rinx aru­anus, czy­li naj­wi­ęk­szy śli­mak świa­ta. Ten oto zwie się Ro­so­cha­tek i będzie po­śred­ni­kiem po­mi­ędzy mną a tobą. Gdy znaj­dziesz ran­ne, po­trze­bu­jące zwie­rzę, śli­mak mnie za­wia­do­mi.

- Jak?

- Łączy mnie więź ze wszyst­ki­mi zwie­rzęta­mi - wy­ja­śnił bo­ro­wy. - Ro­so­cha­tek ma cię rów­nież pil­no­wać. Masz nie­spo­koj­ną, ro­ga­tą du­szę.

Ży­wia nie­chęt­nie przy­jęła z rąk Le­sze­go śli­ma­ka. Wy­da­wał się jej obśli­zgły, nie­przy­jem­ny w do­ty­ku. Po­czła­pał wzdłuż jej ręki i uło­żył się na ra­mie­niu. Czu­ła jego de­li­kat­ne czu­łki mu­ska­jące twarz. Wzdry­ga­ła się z obrzy­dze­nia, ale nie za­pro­te­sto­wa­ła.

- Czy... mogę od­mó­wić? - od­wa­ży­ła się za­py­tać.

Bo­ro­wy zmarsz­czył brwi, chrząk­nął coś pod no­sem, cze­go nie zro­zu­mia­ła. Może i wy­ka­za­ła się głu­po­tą, ale nie za­mie­rza­ła dać się uwi­ązać jak cho­ler­na Ża­ne­ta, a przed nią Że­li­sła­wa, któ­rej ni­g­dy nie po­zna­ła. Po bab­ce zo­sta­ło tyl­ko ja­kieś sta­re zdjęcie, wy­bla­kłe tak, że le­d­wo mo­gła do­strzec jej twarz.

- Nie.

- Oczy­wi­ście, że nie. - Unio­sła i opu­ści­ła ręce. Ro­so­cha­tek za­ko­ły­sał się, ale nie spa­dł. - Nie od­ma­wia się bo­gom, praw­da?

- Praw­da - po­twier­dził Le­szy.

- Szlag - sko­men­to­wa­ła.

Tak na­praw­dę nie wie­dzia­ła, cze­go od niej ocze­ku­ją. Ża­ne­ta też niby jej wy­ja­śni­ła tę ich izo­la­cje od nor­mal­ne­go świa­ta, ale prze­cież ten zmie­niał się co dnia. Za­gro­że­nie woj­ną znik­nęło, mat­ka mó­wi­ła o ko­mu­ni­zmie, ale prze­cież nie mia­ła o nim bla­de­go po­jęcia. Do­dat­ko­wo Ży­wia sły­sza­ła plot­ki, że po­wo­li upa­dał. Nie chcia­ła stać się wa­riat­ką z kniei, tak prze­cież po­strze­ga­li jej mat­kę - jako cza­row­ni­cę czy wie­dźmę. Ży­wia nie mia­ła za­mia­ru po­pe­łniać błędów mat­ki i bab­ki, pla­no­wa­ła w zu­pe­łnie inny spo­sób po­kie­ro­wać swo­im ży­ciem. Nie mo­gła go zmar­no­wać, sko­ro do­sta­ła jed­no.

Bo­ro­wy od­sze­dł, za nim wil­ki i zo­stał tyl­ko Ro­so­cha­tek upar­cie przy­kle­jo­ny do jej ra­mie­nia.

- Zo­sta­li­śmy sami, po­twor­ku - szep­nęła zre­zy­gno­wa­na.

Śli­mak, jak­by ro­zu­miał jej mowę, mu­snął ją czu­łka­mi. Chy­ba nie po­czuł się ura­żo­ny tym, co po­wie­dzia­ła. Ży­wia nie mia­ła po­jęcia, czy zwie­rzęta w ogó­le mają ja­kieś uczu­cia. Ża­ne­ta mó­wi­ła, że ow­szem, jak sie­ro­ty, ale Ży­wia chy­ba w to wąt­pi­ła. Za­sta­na­wia­ła się, jak wy­ja­śni mat­ce, skąd wzi­ęła to pa­skudz­two, ale po­my­śla­ła, że wy­star­czy imię Dzie­wan­ny, żeby Ża­ne­ta nie wpa­dła w hi­ste­rie.

- Le­szy jest nie­bez­piecz­ny - po­wie­dzia­ła, kie­dy Ży­wia wy­łusz­czy­ła jej praw­dę.

Przy­naj­mniej jej część.

- Nie spra­wiał ta­kie­go wra­że­nia - od­pa­rła.

- Niech cię to nie zwie­dzie - za­strze­gła Ża­ne­ta. - To nie jest sta­ru­szek, a pra­sta­ry duch. Wie i wi­dział wi­ęcej niż kto­kol­wiek. A te­raz pod­rzu­cił ci... - Spoj­rza­ła ze skrzy­wie­niem ust na Ro­so­chat­ka - ...szpie­ga, bo chy­ba tak mo­żna go na­zwać. Choć może to i do­brze? Nie uciek­niesz z lasu z ta­kim oga­rem na ła­ńcu­chu. - Za­śmia­ła się nie­przy­jem­nie.

Ży­wii zro­bi­ło się przy­kro. Po­szła do po­ko­ju, gdzie mu­sia­ła zno­sić wiecz­ną obec­no­ść sie­rot. Dla­te­go wła­śnie ucie­ka­ła, cho­wa­ła się w gęstych krza­kach, spa­ła na mchu, wy­pa­try­wa­ła kwia­tu pa­pro­ci. Tyl­ko on mógł spra­wić cud.

4.

Ży­cie pły­nęło po­wo­li. Ży­wia wy­pe­łnia­ła je obo­wi­ąz­ka­mi, o któ­rych nie wspo­mi­na­ła ro­dzi­ciel­ce. Zresz­tą ta sku­pi­ła się na Wi­to­szu i sie­ro­tach, często zo­sta­wia­ła cór­kę samą so­bie. Ko­rzy­sta­ła więc ze swo­bo­dy, ła­zi­ła, po­zna­wa­ła naj­dal­sze kra­ńce kniei, za­pusz­cza­ła się do ser­ca lasu. Przy­pad­ko­wo też ra­to­wa­ła zwie­rzęta. Te za­pląta­ne w si­dła, zła­pa­ne w pu­łap­ki - w la­sach nie­na­le­żących już do Dzie­wan­ny, a do praw­dzi­we­go świa­ta. Cier­pi­ące, ze zła­ma­ny­mi łap­ka­mi albo skrzy­dła­mi. By­wa­ło, że wy­czu­wa­ła trze­pot ich serc, za­nim jesz­cze do­strze­gła je wzro­kiem. Ro­so­cha­tek mu­skał ją wte­dy czu­łka­mi i mia­ła wra­że­nie, że to jej dar. Do­strze­ga­nie tego, co ukry­te.

Le­szy zja­wiał się za­wsze, cho­ciaż cza­sa­mi mu­sia­ła cze­kać kil­ka go­dzin, by za­wędro­wał w tę część lasu, w któ­rej się znaj­do­wa­ła. Po­czu­cie, że ra­tu­je ist­nie­nia, za­częło spra­wiać jej ra­do­ść i sa­tys­fak­cję. Nie sądzi­ła, że tak się sta­nie. Nie chcia­ła dać się wci­ągnąć w ten wo­lon­ta­riat. Mia­ła na sie­bie o wie­le lep­szy plan.

Wszyst­ko ze­psu­ło się, kie­dy wy­bu­chła Wiel­ka Kłót­nia. Ży­wia nie chcia­ła jej ana­li­zo­wać, ale mat­ka po­wie­dzia­ła ja­sno: "To się wy­noś i nie wra­caj, sły­szysz!? Nie masz tu już domu, nie masz wstępu". Chcia­ła ją zmu­sić do ule­gło­ści, po­słan­nic­twa na rzecz Dzie­wan­ny. A ona chcia­ła sama de­cy­do­wać o so­bie i ży­ciu, cho­le­ra! Czy żąda­ła tak wie­le?

Mat­ka mo­gła­by ją zro­zu­mieć, gdy­by chcia­ła. W ko­ńcu ją też tra­wi­ła go­rącz­ka, rów­nież chcia­ła coś osi­ągnąć, zo­stać le­ka­rzem! To nie byle co, ale jed­nak za­po­mnia­ła o tym. Wy­rzu­ci­ła z pa­mi­ęci bunt, zo­sta­ła okie­łzna­na, po­ko­na­na. Ży­wia nie chcia­ła po­dzie­lić jej losu, za­bra­ła rze­czy i wy­szła, skie­ro­wa­ła się jed­nak nie w kie­run­ku mia­sta, a kniei. Tam po­win­na od­na­le­źć spo­kój, za­sta­no­wić się, co da­lej. Ro­so­cha­tek pró­bo­wał ją po­wstrzy­mać, ale nie miał prze­cież ta­kiej mocy. Ma­sze­ro­wa­ła przez bór, wo­kół hu­ka­ły sowy, gdzieś za­wy­li Wil­cy - umia­ła już od­ró­żnić ich od­gło­sy od wy­cia tych zwy­kłych wil­ków. Nie przej­mo­wa­ła się, że ją ostrze­ga­ją. Pa­rła przed sie­bie mimo zmęcze­nia. W ko­ńcu opa­dła na po­lan­ce na kęp­kę so­czy­ście wy­gląda­jącej tra­wy. Prze­łyk i usta pa­li­ło jej pra­gnie­nie, w żo­łąd­ku czu­ła ci­ężki ka­mień gło­du. Dzia­ła­ła pod wpły­wem emo­cji i nie za­bra­ła naj­wa­żniej­sze­go - je­dze­nia. Po­my­śla­ła, że może umrze w kniei, a jej cia­ło roz­ło­ży się i w naj­pi­ęk­niej­szy ze spo­so­bów po­łączy z na­tu­rą. Za­snęła, a może stra­ci­ła przy­tom­no­ść.

Ock­nęła się, kie­dy ja­kieś chłod­ne dło­nie za­częły ma­cać jej twarz i ci­ągnąć za wło­sy. Po­czu­ła na ustach smak wody i zwie­lo­krot­nio­ne wie­lo­ma gło­sa­mi szep­ty: "zbu­dź się, zbu­dź się!". Unio­sła się gwa­łtow­nie.

- Ży­jesz!

Obok przy­cup­nęła ko­bie­ta, któ­ra jed­nak nie mo­gła być czło­wie­kiem. Przy­po­mi­na­ła elfa z jed­nej z ksi­ążek dla dzie­ci, któ­re cza­sa­mi mat­ka czy­ty­wa­ła sie­ro­tom. Ka­żda z ota­cza­jących ją istot wy­gląda­ła po­dob­nie, mia­ły dłu­gie wło­sy w ró­żnych ko­lo­rach, sre­brzy­ste albo zło­te oczy, cia­ła okry­te je­dy­nie płat­ka­mi ogrom­nych kwia­tów.

- Ru­sa­łki? - od­ga­dła, a ko­bie­ty po­ki­wa­ły gło­wa­mi.

- Jak do nas tra­fi­łaś? Czy to przez śli­ma­ka? Le­szy ci go po­da­ro­wał?

Ze­wsząd pa­da­ły py­ta­nia, ale Ży­wia czu­ła się zbyt oszo­ło­mio­na, by od­po­wie­dzieć na któ­re­kol­wiek.

- Daj­cie jej od­dy­chać! - Usły­sza­ła w pew­nym mo­men­cie męski głos.

Isto­ty roz­pierz­chły się, ale przy­sia­dły nie­opo­dal, by na­dal ją ob­ser­wo­wać. Chy­ba nie­często wi­dy­wa­ły ludz­kie ko­bie­ty. Tym­cza­sem pod­sze­dł do niej mężczy­zna. Nie wy­glądał na Ru­sa­ła (czy coś ta­kie­go w ogó­le ist­nia­ło? Ży­wia nie umia­ła so­bie przy­po­mnieć), ra­czej na za­gu­bio­ne­go chłop­ca z opo­wie­ści o Pio­tru­siu Pa­nie.

- Sie­ciech. - Po­dał jej dłoń i po­mó­gł wstać.

Za­kręci­ło się jej w gło­wie. Nie wie­dzia­ła, czy z po­wo­du jego bli­sko­ści czy z osła­bie­nia po omdle­niu.

- Ży­wia - przed­sta­wi­ła się, sta­jąc moc­no na no­gach.

Nie chcia­ła, żeby wzi­ął ją za sła­bą, nie była taka. W ko­ńcu ucie­kła od mat­ki, zro­bi­ła krok ku wol­no­ści. Mu­sia­ła się co praw­da za­sta­no­wić, co da­lej, ale mia­ła jesz­cze chwi­lę cza­su. Nikt jej nie go­nił, mat­ka prze­cież nie wy­śle po­ści­gu.

- Po­ka­żę ci miej­sce, gdzie będziesz mo­gła w spo­ko­ju od­po­cząć. Albo na­wet za­miesz­kać, je­śli po­trze­bu­jesz. - Wzi­ął ją za rękę i po­pro­wa­dził w głąb za­gaj­ni­ka. Dłoń miał su­chą i chłod­ną.

Ży­wia do­pie­ro te­raz zo­rien­to­wa­ła się, że nie zna tego miej­sca. Wy­da­wa­ło się obce, zu­pe­łnie inne od kniei, w któ­rej się wy­cho­wa­ła.

- Ta kra­ina zo­sta­ła ukry­ta przed wzro­kiem nor­mal­nych lu­dzi - wy­ja­śnił Sie­ciech, któ­ry chy­ba od­ga­dł jej my­śli, aż po­czu­ła się nie­swo­jo. - Twój... śli­mak ja­ki­mś spo­so­bem cię tu prze­nió­sł. Uwa­żał, że po­trze­bu­jesz po­mo­cy.

- Dzi­ęku­ję - tyle zdo­ła­ła wy­du­kać.

Nie zo­ba­czy­ła Ro­so­chat­ka na ra­mie­niu, po­czu­ła się dziw­nie bez jego przy­ja­zne­go, zna­jo­me­go ci­ęża­ru. Nie chcia­ła o nie­go py­tać, pew­nie już do­nió­sł Le­sze­mu i Dzie­wan­nie, gdzie się po­dzie­wa­ła. Może spro­wa­dzi jej też na gło­wę mat­kę. Na tę myśl prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- Kim je­steś? - za­py­tał Sie­ciech.

- Czło­wie­kiem, a niby kim? Z ru­sa­łką chy­ba jed­nak trud­no mnie po­my­lić - od­burk­nęła zła, że nie jest rów­nie pi­ęk­na jak za­miesz­ku­jące tę kra­inę isto­ty.

- Sły­sza­łem o nich. - Za­pa­trzył się w dal, chy­ba nie wy­czu­wa­jąc sar­ka­zmu w jej gło­sie. - Po­dob­no tam kie­dyś wró­cę.

- Je­steś z mia­sta? - zdu­mia­ła się Ży­wia.

No tak, ru­sa­łki były ko­bie­ta­mi, nie spo­tka­no ni­g­dy męskie­go od­po­wied­ni­ka. Przy­naj­mniej tak sły­sza­ła.

- Ktoś mnie po­rzu­cił i one mnie przy­gar­nęły. - Wska­zał na to­wa­rzy­szące im w od­da­li, za­cie­ka­wio­ne isto­ty. - Po­dob­no znaj­du­ją często dzie­cia­ki na skra­ju boru, choć te­raz już rza­dziej niż wcze­śniej.

- Jest tu jesz­cze ja­kiś chło­piec oprócz cie­bie?

- Nie­stek - od­po­wie­dział Sie­ciech. - Ale on żyje w in­nym świe­cie, zu­pe­łnie ode­rwa­ny od rze­czy­wi­sto­ści. Chce się przy­go­to­wać do praw­dzi­we­go świa­ta.

- Dla­cze­go was stąd wy­rzu­ca­ją? - Wszyst­ko to nie­zmier­nie ją cie­ka­wi­ło.

- Do­ro­śle­je­my, sta­je­my się mężczy­zna­mi - wes­tchnął. - Jak­by była to moja wina.

- Nie uśmie­cha ci się nor­mal­ne ży­cie?

Sie­ciech się skrzy­wił i po­my­śla­ła, że go ura­zi­ła. Szli przez mo­ment w ci­szy, wo­kół szem­rał las, ale zu­pe­łnie inny niż ten, któ­ry Ży­wia zna­ła. Szep­tał wia­trem, opo­wia­dał coś i gdy­by mo­gła się sku­pić, na pew­no by usły­sza­ła co. Po­sta­no­wi­ła, że to zro­bi, kie­dy tyl­ko nie­co się tu za­do­mo­wi. Bo że zo­sta­je, zde­cy­do­wa­ła już daw­no temu.

- Nor­mal­ne ży­cie ozna­cza dla mnie to tu­taj - od­po­wie­dział w ko­ńcu chło­pak. - Nie znam in­ne­go, nie wiem, jak się od­naj­dę. Po­dob­no rze­czy­wi­sto­ść ludz­ka pe­łna jest bru­tal­no­ści, wal­ki. Nie znam tego.

- Masz ra­cję - od­pa­rła. - Cho­ciaż mnie tam aku­rat ci­ągnie. Ży­cie z mat­ką i sie­ro­ta­mi, bar­dzo cho­ry­mi dzie­ćmi - do­da­ła, kie­dy spoj­rzał na nią bez zro­zu­mie­nia - jest trud­ne. W le­sie nie mamy bie­żącej wody i prądu. Kil­ka razy by­li­śmy w Dzie­wi­cach i tam po­czu­łam, że... - Po­trząsnęła gło­wą, nie po­win­na zdra­dzać swo­ich ta­jem­nic. - Po pro­stu, że to od­po­wied­nie dla mnie miej­sce.

- Dzie­wan­na bar­dzo chwa­li so­bie two­ją mat­kę. Ża­ne­tę, tak?

Po­twier­dzi­ła ski­nie­niem gło­wy. Nie chcia­ła mó­wić, ja­kie ma o niej zda­nie, sko­ro sama bo­gi­ni przed­sta­wia­ła ją w su­per­la­ty­wach. Mia­ła wra­że­nie, że tyl­ko ona wi­dzi praw­dzi­we ob­li­cze ro­dzi­ciel­ki.

- Dla­cze­go od niej ucie­kłaś?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Od­pu­ścił, nie na­ci­skał, żeby się do­wie­dzieć. Tym­cza­sem do­szli już na miej­sce. Po­kój mie­ścił się w pniu ogrom­ne­go drze­wa. Wy­drążo­ne wnętrze mia­ło dwa po­zio­my, do­stęp do pry­wat­nej sa­dzaw­ki i bal­kon wy­sta­wio­ny na pro­mie­nie sło­necz­ne.

- Drze­wo, kie­dy ob­umie­ra, daje nam to, co ma naj­cen­niej­sze - wy­ja­śnił Sie­ciech i z na­bo­żno­ścią do­tknął sta­re­go pnia. - Dzi­ęki temu mamy gdzie miesz­kać, my i zwie­rzęta. - Wska­zał na górę, gdzie pta­ki uwi­ły gniaz­da, a wie­wiór­ki mia­ły swo­je dziu­ple. - Opie­ku­je się nim Nie­rad­ka, pew­nie nie­ba­wem ją po­znasz. Jemy wspól­nie tam. - Mach­nął w kie­run­ku ogrom­ne­go sto­łu nie­opo­dal, usta­wio­ne­go na środ­ku po­la­ny. - Za­dzwo­nią dzwon­ki, wte­dy ja­da­my, będziesz wie­dzia­ła.

- Dzi­ęku­ję. - Uśmiech­nęła się, chy­ba pierw­szy raz tego dnia. - To... nie­sa­mo­wi­te.

- Mam na­dzie­ję, że od­pocz­niesz. - Ukło­nił się lek­ko. - Ru­sa­łka­mi się nie przej­muj, przez chwi­lę będziesz atrak­cją, ale wkrót­ce cię zi­gno­ru­ją, mają wa­żniej­sze spra­wy w tych ślicz­nych głów­kach. Dzi­siaj mo­żesz się jed­nak spo­dzie­wać wie­lu wi­zyt. Bądź życz­li­wa, a będą dla cie­bie rów­nie miłe.

Od­sze­dł, a Ży­wia zo­sta­ła z po­czu­ciem, że stra­ci­ła coś wa­żne­go. Przy­ja­cie­la. Kie­dy we­szła do cha­tyn­ki, my­śla­ła o jego sło­wach. Miła i życz­li­wa to aku­rat sło­wa, któ­ry­mi ci­ężko ją opi­sać. Nie lu­bi­ła uda­wać, ale może w tej kra­inie, zbyt ide­al­nej, by mo­gła być praw­dzi­wa, uda się jej wy­krze­sać z sie­bie odro­bi­nę cze­goś in­ne­go niż wście­kło­ść.

- Cze­ść. - Usły­sza­ła, za­nim zdo­ła­ła zro­bić ko­lej­ny krok.

Wes­tchnęła w du­chu, przy­wo­ła­ła na twa­rzy gry­mas uda­jący życz­li­wo­ść i się od­wró­ci­ła.

- Nie­rad­ka. - Isto­ta dy­gnęła, co wy­da­ło się Ży­wii ko­micz­ne, po­wstrzy­ma­ła jed­nak okrut­ny wy­buch śmie­chu. - Przy­nio­słam two­je­go to­wa­rzy­sza.

Ży­wia na­praw­dę ucie­szy­ła się na wi­dok Ro­so­chat­ka. Pod­bie­gła, wzi­ęła go na ręce, przy­tu­li­ła i usa­do­wi­ła na ra­mie­niu, gdzie jego miej­sce. Te­raz czu­ła się pe­łna.

- Chcia­łam ci po­ka­zać, gdzie są ręcz­ni­ki i inne po­trzeb­ne rze­czy. - Nie­rad­ka czu­ła się jak u sie­bie, cho­dzi­ła swo­bod­nie po domu i po­ka­zy­wa­ła schow­ki, szaf­ki, nie­zbęd­ne przed­mio­ty do­mo­we­go użyt­ku.

Na pi­ętrze mie­ści­ła się sy­pial­nia, mała bi­blio­tecz­ka, bal­kon. Na dole mia­ła do dys­po­zy­cji sa­dzaw­kę, sau­nę, po­kój dzien­ny.

- Za dwie go­dzi­ny ko­la­cja - po­wie­dzia­ła na po­że­gna­nie Nie­rad­ka. - Od­pocz­nij chwi­lę. Za­dzwo­nią...

- Dzwon­ki, tak, wiem - we­szła jej w sło­wo. - Dzi­ęku­ję.

Kie­dy tyl­ko ru­sa­łka wy­szła, na szczęście już się nie kła­nia­jąc, Ży­wia po­bie­gła na górę i po­ło­ży­ła się na łó­żku. Spa­ła tak moc­no, że prze­ga­pi­ła dzwo­nek za­po­wia­da­jący po­si­łek i ock­nęła się do­pie­ro o świ­cie.