2
Perykles sadził długimi susami w górę
wydmy, słysząc w ciemnościach tylko szczęk metalu oraz ciężki oddech
biegnących obok niego. Początkowo bieg po suchej trawie i luźnych
kamieniach był łatwy, choć niektórzy potykali się o rosnące tam kępy
szałwii i ciernistego głogu. W porównaniu z nimi Perykles niemal nie
dotykał stopami ziemi, jakby wijące się na niej korzenie nie mogły go
zatrzymać. Nie chciał nikogo zawieść. Jego ojciec walczył pod Maratonem
i wygrał. Reputacja towarzyszy mężczyźnie jak blizna. To jedno było
pewne. Matka nazywała go "Sławnym", ale istniały rozmaite rodzaje sławy.
Nie chciał żyć z hańbą. Pamiętał o tym, pnąc się wraz z innymi po
niewidocznym gruncie.
Biegnący za nim Attikos zaklął nagle, choć Kimon nakazał im milczenie.
Żaden z nich nie wiedział, co ich czeka na Skiros. Po długich latach
wyspa zyskała sławę niebezpiecznego, a nawet przeklętego miejsca. Rybacy
nigdy nie zarzucali tu sieci, choć tutejsze wody obfitowały w sardele i kalmary. Powtarzano pogłoski o pojedynczych ludziach zauważanych tu
przez przepływające statki, pasterzach, a może zbiegach. Kupcy
opowiadali różne historie o spalonych aż do linii wodnej wrakach. O rozbójnikach ze Skiros, o puszczonych z dymem nadbrzeżnych osadach, o uprowadzonych stamtąd kobietach. Ta reputacja chroniła wyspę. Większość
omijała ją szerokim łukiem, zamiast ryzykować wysyłanie na brzeg małych
łodzi, które mogły zostać spalone.
Złodzieje, piraci i mordercy uczynili Skiros swoim schronieniem. Nie
dlatego jednak Kimon wysadził tu swoich ludzi, choć też nie unikałby
walki, gdyby nadarzyła się sposobność. Perykles widział w nim zapał i żarliwość, pragnienie wykorzystania siły, jaką dysponował. Wódz nigdy
nie zadowoliłby się życiem polegającym na spokojnym wypełnianiu swoich
obowiązków. Był człowiekiem pragnącym chwały, jakkolwiek miałby ją
osiągnąć. Perykles poczytywał sobie za wielki zaszczyt, że został jednym
z jego wybranych towarzyszy. Nie zamierzał go zawieść. Kimon się dowie,
że może na niego liczyć jak na dobrą klingę.
Trzy szeregi hoplitów wspięły się na pierwsze wzgórze i zbiegły po
drugiej stronie, aż skrzące się w morzu odbite gwiazdy zniknęły za ich
plecami. Za nimi podążyło dwustu wioślarzy. Reszta została, by strzec
cennych okrętów. Kimon nigdy nie zdawał się na przypadek. Podobnie jak
Perykles, poważnie traktował swoje powinności.
Usiana wzgórzami Skiros była uboga w słodką wodę. Wszędzie kicały stada
zajęcy. Nikt nie mógłby wybrać takiego opustoszałego miejsca, by się
osiedlić, pomyślał Perykles, chyba jedynie wówczas, gdyby zamierzał
odciąć się od świata. Albo zamierzał żyć poza prawem. Ojciec powiedział
kiedyś, że niektórzy ludzie są zbyt słabi, by poddać się ograniczeniom.
Perykles pokręcił głową. Kiedy był młodszy, sądził, że Ksantyppos wie
wszystko. Mylił się.
Wyciągał szyję, rozglądając się w ciemnościach, nie dostrzegł jednak
śladu domostw ani ich mieszkańców. Omiatał wokół włócznią, gdy w pewnej
chwili ktoś szarpnął ją z tyłu. Attikos powiedział głośno, aby zważał,
gdzie po ciemku wtyka tę rzecz, jeśli nie chce, aby on wepchnął mu ją
tam, gdzie jest jeszcze ciemniej. Perykles zacisnął szczęki, zachowując
milczenie, jak mu nakazano. Setki ludzi robiły w marszu sporo hałasu, to
nieuniknione. Nie było jednak powodu, żeby pogarszać sytuację zbędną
gadaniną.
Zapadła już późna noc, sierp księżyca zniżył się znacznie, a do świtu
pozostało parę godzin. Morscy padlinożercy musieli spać gdzieś na
wyspie. Gdy szło się pieszo i w ciemnościach, Skiros zdawała się
znacznie większa niż za dnia. Jeśli Kimon zechce szukać dłużej, wstanie
słońce i cały efekt zaskoczenia zostanie zaprzepaszczony.
Kilku młodzieńców ruszyło przodem bez broni i zbroi, które mogłyby
spowolnić ich ruchy. Niczym długonogie zające zniknęli bezszelestnie
wśród niskich zarośli szałwii i kopru. Perykles wypatrywał ich powrotu
po wejściu na kolejne wzgórze, spocony pomimo chłodu nocy.
Zdało mu się, że gdzieś daleko usłyszał odgłos podobny do rżenia, jak
ostrzegawczy okrzyk. Czy na tej wyspie mogły być konie? Był przekonany,
że rozbójnicy i dzicy osadnicy ceniliby te zwierzęta jak wszyscy. Trudno
byłoby zbudować cokolwiek bez koni lub osłów. Ateny nadal miały ich
tylko kilka, resztę bowiem zjedli wygłodniali perscy wojownicy. Gdyby na
Skiros było jakieś większe stado... Odłożył tę myśl na później.
W głębokim cieniu doliny Perykles nie mógł dostrzec twarzy
towarzyszących mu ludzi. Attikos dopędził go i przez jakiś czas wspinali
się razem w milczeniu, zważając na każdy krok i chwyt, gdy zbocze
stawało się coraz bardziej strome. Obaj podsunęli hełmy wysoko nad
czoło, opierając je na splecionych w węzły włosach. Attikos trzymał
tarczę w lewej ręce i podpierał się jej krawędzią podczas wspinaczki.
Perykles wciąż dźwigał tarczę na ramionach. Dzięki niej czuł się
bezpieczniej.
Pochylali się niżej, w miarę jak grunt stawał się coraz bardziej
nierówny, a drobne kamienie osuwały się spod nóg i spadały. W świetle
dnia wybieraliby drogę staranniej, ale w nocy jedyną rzeczą, jaką mogli
zrobić, było trzymanie się razem, niezależnie od trudności marszu.
Perykles dyszał i próbował zapanować nad głośnym oddechem, gdy weszli na
płaski, szeroki grzbiet wzgórza. Zauważył z irytacją, że Attikos nie
oddycha nawet w połowie tak ciężko jak on. Starszy mężczyzna zdawał się
znosić wysiłek, jakby mógł tak kroczyć lub wspinać się bez końca. Tak
czy owak, Perykles próbował dotrzymać mu kroku, choć pot spływał zeń
kroplami.
Wciąż nie było żadnych grani, tylko obłe pagórki, na których widzieli
umykające przed hoplitami jaszczurki lub gniazdujące ptaki. Pierwsze
szeregi zatrzymały się nagle, gdy znienacka pojawił się ruchomy cień.
Kilku mężczyzn opuściło nawet włócznie, gdy dobiegł ich niedający się z niczym pomylić tętent. Jakiś wyrwany ze snu koń ruszył w dół zbocza,
waląc kopytami i rżąc z oburzeniem. Odgłos niósł się daleko i Perykles
mógł jedynie pokręcić głową. Podobnie jak szczekające psy, koń z pewnością ostrzegł wszystkich o obecności obcych na wyspie.
W połowie drogi w dół przeciwległego zbocza Perykles nagle rozpoznał
cienie, pojmując, co z trudem zauważył. Opadł na kolano, a Attikos za
nim. Reszta hoplitów zrobiła to samo, za nimi zatrzymali się wioślarze.
Patrzyli w dół na znacznie szerszą dolinę niż wcześniej. Nie było w niej
świateł, lecz Peryklesowi wydało się, że rozpoznaje kształty domów, a nawet jaśniejszy od nich pas drogi, oświetlony światłem księżyca.
Wszystko to wyglądało bardziej jak prawdziwe miasto niż prowizoryczny
obóz morderców i wygnańców.
Perykles dosłyszał wypowiadane szeptem pytania swoich ludzi. Chwała
bogom, nie pomylił się. Zatrzymanie wszystkich fałszywym alarmem byłoby
upokarzające. Uświadomił sobie, że słyszy dobiegający z oddali szum
płynącej wody. Musiał to być strumień albo przynajmniej jakieś
starożytne źródło. Nie bez powodu mieszkańcy Skiros wybrali właśnie to
miejsce. Rozejrzał się powoli, widząc wokół obłe szczyty wzgórz. Może
dymy ich ognisk nie były widoczne z przepływających statków. A może żyli
w chłodzie, bez ognia - nie potrafił powiedzieć.
Od prawej strony, wzdłuż potrójnego szeregu trzydziestu hoplitów,
przebiegł Kimon. Wszyscy oni, należąc do trzech załóg, mieli poczucie
odrębności, ale razem podlegali Kimonowi. Wódz nie wyróżniał żadnego
okrętu, wiedząc, jak bardzo potrafią być zazdrośni. Można go było
znaleźć śpiącego na deskach dowolnego z trzech pokładów. Perykles
podziwiał go bezgranicznie, podobnie jak rzeczy, które Kimon potrafił
dostrzegać. Kiedy Perykles wraz z ewakuowaną rodziną był zmuszony
siedzieć na brzegu Salaminy, Kimon dowodził już eskadrą okrętów,
atakując, zdobywając abordażem i paląc perskie jednostki. Wszystko to
wyczuwało się w jego głosie, w jego oczach. Z pewnością znał już wówczas
swój kleos. W jego obecności Perykles czuł, że na własny musi jeszcze
zapracować.
Kimon zatrzymał się przy nim. Strateg miał na sobie hełm, nagolenniki i napierśnik nałożony na lniany chiton odsłaniający gołe nogi. Niósł
tarczę tak lekko, jakby nic nie ważyła. Kita na jego hełmie była
biało-czarna, ale poza tym wyglądał jak wszyscy. Perykles jednak dobrze
go znał.
- Co widzisz? - zapytał cicho Kimon, wpatrując się w noc.
Perykles wytrzeszczył oczy, wiedząc, że ma lepszy wzrok niż mężczyzna,
którego tak podziwiał.
- W dole są domy, może sto albo trochę więcej. Jest też droga i skrzyżowanie z inną drogą, słychać też odgłos płynącej wody.
- Słyszę - odparł Kimon.
Pokręcił głową ze skrywaną irytacją. Za dnia nie miał żadnych problemów
z widzeniem, Perykles dobrze o tym wiedział. Po prostu niektórzy ludzie
widzieli w nocy lepiej niż inni, to wszystko. On dzięki temu czuł się
użyteczny. Wyprężył z dumą pierś.
- A więc znaleźliśmy ich - mruknął Kimon.
Perykles potaknął.
- Nie dostrzegam żadnego ruchu - dodał cichym głosem.
Zauważył, że Kimon pociera wierzchem dłoni świeży zarost na podbródku.
Ta chwila miała zadecydować o ludzkim życiu - jego hoplitów oraz
wyrzutków ze Skiros.
- Raczej nie zostawię ich w spokoju - ciągnął Kimon. - Znają tę krainę
lepiej niż my. Nie zamierzam czekać, aż się uzbroją i spadną nam na kark
jutro, kiedy będziemy szukać grobu.
Peryklesowi pochlebiała ta rozmowa. Nie był pewien, czy Kimon pójdzie za
jego radą, ale istniała taka możliwość.
- Mamy obowiązek wobec miast i wysp, na które napadają - powiedział. -
Nie możemy zostawić ich przy życiu.
Hełm obrócił się w jego stronę i wódz w milczeniu obdarzył go spokojnym
spojrzeniem, po czym poklepał po ramieniu.
- Zgadzam się - rzucił. - Wchodzimy, ale ostrożnie. Nawet szczury gryzą,
gdy czują się zagrożone. Obejmiesz dowództwo lewego skrzydła,
Peryklesie. Weź w trzech szeregach po piętnastu i... połowę wioślarzy. Nie
pozwól ludziom na żadne ekscesy. Cokolwiek tam znajdziemy, będę
zadowolony, jeśli wyjdziemy stamtąd bez jednej rany. Postępuj wobec
wrogów ostrożnie, jak w pierwszej linii podczas bitwy. Trzymajcie tarcze
wysoko i blisko siebie. Jak się da, używajcie włóczni. Kiedy będziecie
wyjmować miecze, uderzajcie umbami tarcz, aby ich odepchnąć.
Były to podstawowe instrukcje z gatunku tych, jakich każdy strateg
udziela świeżym rekrutom. Jednak Perykles był za nie wdzięczny. Podniósł
się wolno i wyprostował pod gwiazdami, czując się nagle słabo.
Zrozumiał, że za chwilę będzie walczył z wrogami, do śmierci ich albo
własnej. Wydawało się rozsądne, żeby przypomnieć sobie o pewnych
prostych rzeczach, kiedy czuje się pustkę w umyśle. To dlatego ćwiczyli
tak ciężko, że aż ociekali potem. Zabijanie było bowiem trudną i brutalną pracą. Tylko niektórzy dobrze się z tym czuli... i albo zostawali
bohaterami, albo polowano na nich jak na lwy.
- Nie zawiodę cię - powiedział do Kimona.
- Ani ja, strategu - mruknął za jego ramieniem Attikos.
Perykles poczuł, jak duma miesza się u niego z irytacją, gdy towarzysz
wtrącił się właśnie w tej chwili, gdy on dowodził swojej wartości przed
Kimonem. Podniósł oczy, ale wódz już się odwrócił i pobiegł z powrotem
na swoje miejsce.
- Przekażcie to innym, tylko cicho - szepnął Perykles do mężczyzn za
sobą. - Wchodzimy jako lewe skrzydło, szybko i bezgłośnie. -
Odchrząknął, pamiętając, jak jego ojciec zwracał się do ludzi starszych
i bardziej doświadczonych. Kluczem była surowość. Miał nadzieję, że nie
dosłyszą drżenia w jego głosie, ale jakoś nie potrafił się od niego
uwolnić. - Osobiście wychłoszczę grzbiet każdemu, kto wyda okrzyk
wojenny - dorzucił.
Jeden czy dwóch wyszczerzyło zęby w uśmiechu. Miał nadzieję, że to z nerwów, a nie z rozbawienia młodym dowódcą tłumaczącym im, co do nich
należy.
- Uważajcie, zasrane koguty - powiedział krótko Attikos - albo potem ja
z wami porozmawiam.
Perykles zamknął oczy. Attikos przerwał mu w kluczowym momencie. Nie
mógł tego tak zostawić. Poczuł, że zapłonęły mu policzki i gorąco
uderzyło do głowy, ale Kimon już ruszył naprzód, zostawiając ich w tyle.
- Dziękuję, Attikosie - rzucił w ramach reprymendy.
- Nie ma za co, kyriosie - odparł Attikos. - Przeprowadzę cię przez to
bezpiecznie, nie martw się.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
PROLOG
Pauzaniasz odetchnął głęboko, czując
ogarniający go spokój. Wymienił spojrzenia ze swoim wróżbitą, po czym
podniósł się z kolan i samotnie ruszył w głąb sali. Po upale poranka
komnata królewska była przyjemnie chłodna. Gdy maszerował jej środkiem,
jego zbroja chrzęściła i podzwaniała. Dzięki patronującym mu bogom,
Aresowi i Apollinowi, nie był ranny. Nie zniósłby żadnych okaleczeń ani
gorączki odbierającej mu jasność umysłu. W kwiecie młodości w pełni
odzyskał już siły po trudach kampanii. Oczywiście zwycięstwo też miało w tym swój udział, pomagając znosić ból i głód. Tylko ci, którzy
przegrywali wielkie bitwy, czuli się wyczerpani. Ci, którzy je
wygrywali, często po nich odkrywali, że mogą tańczyć i pić za dwóch.
Pauzaniasz cieszył się, że zdążył zażyć kąpieli, zanim go wezwano. Miał
wilgotne włosy i mimo panującego na zewnątrz gorąca czuł się rześko i świeżo. A przecież nie minęło wiele czasu, odkąd wrócił do Sparty. Jego
heloci wciąż jeszcze czyścili mu płaszcz, gdy przybiegł posłaniec.
Większość zaschłej krwi i pyłu została wyszorowana, podobnie jak słone
ślady potu. To musiało wystarczyć. Idąc, zarzucił płaszcz na ramiona i spiął żelazną zapinką.
Kiedy wcześniej zanurzył się w chłodnym basenie, dostrzegł, jak odpływa
odeń warstwa tłustego brudu. Miał nadzieję, że to dobry omen. Oderwał
oczy od plam na wodzie i nagle dostrzegł czerwone oczy swoich helotów i ich drżące dłonie. Zrozumiał wówczas to, czego wcześniej nie zauważył.
Przeżywali żałobę.
Mógł ich odprawić za to, że zaburzyli tok jego myśli, ale tego nie
zrobił. Oni także walczyli pod Platejami i tysiące z nich straciły życie
w starciu z perską piechotą. To było jakieś szaleństwo i do dziś nie
mógł wybaczyć Ateńczykom, że zachęcili ich do walki. A Pauzaniasz
ostrzegał Arystydesa, żeby nie wmawiał niewolnikom, że są mężczyznami!
Idąc w głąb długiej komnaty, pomyślał, że w tym roku nie trzeba będzie
przetrzebiać helotów. W normalnych czasach, kiedy ich liczba zanadto
wzrastała, młodzi Spartanie polowali na nich na ulicach i na wzgórzach,
zdobywając wojenne umiejętności i gromadząc trofea. Kiedy uniósł głowę,
dostrzegł jednak w ich oczach coś nowego, niepokojącego. Przez krótką
chwilę miał wrażenie, że patrzą na niego jak dzikie psy na rannego
jelenia.
Potrząsnął głową. Może jednak mimo wszystko zarządzi selekcję, aby
przypomnieć im, gdzie ich miejsce. Przeklęty Arystydes! Heloci byli zbyt
liczni, żeby dać im wolność. Spartanie zawsze kroczyli po ostrzu noża i właśnie to nieustanne niebezpieczeństwo czyniło ich silnymi.
Przyłapał się na takich myślach. Nie zarządzi żadnej selekcji. Jego
władza skończyła się z chwilą, gdy wkroczył z powrotem na spartańskie
terytorium. Zarządzenie wyda mężczyzna, który wezwał go do siebie, i to
on będzie podejmował tego rodzaju decyzje.
Kiedy Pauzaniasz dotarł do końca komnaty, przyklęknął na kolano i wbił
oczy w wypolerowane kamienie posadzki. Jakoś nie dziwiło go
przeciągające się milczenie. Młodszy mężczyzna chciał mu uświadomić,
który z nich ma tutaj władzę. Pauzaniasz nakazał sobie ostrożność. Pola
bitew są różnego rodzaju.
- Powstań, Pauzaniaszu - powiedział w końcu Plejstarchos.
Młodemu królowi wciąż brakowało miesiąca do osiemnastych urodzin, ale
to, że był synem Leonidasa, widać było po jego muskularnych
przedramionach porośniętych czarnym owłosieniem. Plejstarchos
rozpaczliwe pragnął dowodzić pod Platejami, ale eforowie mu zabronili.
Stracili już swego wojennego króla pod Termopilami. Jego syn był teraz
najcenniejszym zasobem, jaki Sparta posiadała.
Spartańską armię poprowadził więc Pauzaniasz występujący w roli regenta.
To on wygrał tę nadzwyczajną, nieprawdopodobną bitwę, kładąc kres
wielkiej inwazji i marzeniom perskich królów. Pauzaniasz przełknął
ślinę, poczuwszy nagłe zagrożenie. Widział to teraz wyraźnie, że jego
triumf nie zaskarbił mu przychylności. Podniósł wzrok i napotkał zimne
spojrzenie króla. Cokolwiek go czekało, przynajmniej stanie się prędko.
Ateńczycy też przyczynili się do tego swoim gadaniem. Jego właśni ludzie
ostrożniej ważyli słowa.
- Wykonałeś swoją powinność - odezwał się Plejstarchos.
Pauzaniasz pochylił głowę. Było to dość, a zarazem więcej niż młody król
chciał powiedzieć.
Dwaj eforowie skinęli z aprobatą, wyrażając swoje poparcie. Znaczyło to
więcej niż fakt, że trzej tego nie zrobili. Przyglądali się tylko
mężczyźnie, który poprowadził spartiatów i helotów do zwycięstwa.
- Przedstawię imiona wszystkich, którzy z honorem oddali życie -
powiedział w zapadłej ciszy Pauzaniasz.
Helotów oczywiście nie zamierzano wymieniać, jedynie poległych
wojowników spartańskich. Przynajmniej, dzięki błogosławieństwu Apollina
i Aresa, było ich niewielu.
Pauzaniasz próbował powściągnąć odruch rosnącej w tym momencie dumy,
pomimo oficjalnych słów, które wypowiedział. Był częścią tamtego
niezwykłego dnia! Powstrzymał swoich ludzi w przesłaniającym wszystko
pyle i panującym wokół chaosie, aż nadeszła chwila, aby rzucić ich do
walki jak złoty kamień w wody powodzi, aby stanąć przeciwko perskim
wodzom. Eforów tam nie było. Nie było tam również syna Leonidasa!
Pauzaniasz poczuł ciążące mu na barkach brzemię. Na tym właśnie polegał
ich problem, powód, dla którego patrzyli na niego tak, jakby chcieli
otworzyć go jak owoc i zajrzeć mu w głąb wnętrzności. Eforowie zabronili
Plejstarchosowi opuszczać Spartę, a czyniąc tak, pozbawili go udziału w największym zwycięstwie swego miasta-państwa. Młody król musiał
znienawidzić ich za to albo też... Pauzaniasz poczuł suchość w ustach.
Został tu wezwany sam. Stawił się jednak tylko dlatego, że towarzyszył
mu jego wróżbita. Czy pozwolą im ujść z życiem? Spróbował przełknąć
ślinę. Sercem Sparty była pejtarchia - absolutne posłuszeństwo. Syn
Leonidasa musiał poczuć się bardzo nędznie, widząc armię swego ojca
prowadzoną do boju przez kogoś innego. A jednak, jak zauważył
Pauzaniasz, nie wypowiedział ani słowa skargi. Wróżyło to raczej dobrze
jego przyszłym rządom.
- Podjąłem decyzję, jak z tobą postąpić - rzekł Plejstarchos.
Pauzaniasz poczuł przenikający go nagle chłód. Jeśli młody król nakazał
jego śmierć, to raczej nie opuści już tej komnaty. Zginie z ręki króla
bądź z innej. Jego życie było teraz w rękach tego młodzieńca, który go
nie lubił, oraz w rękach eforów, którym nie podobała się bitwa, choć ich
wszystkich ocaliła. Tak czy inaczej, widać było, że nie ma stąd drogi
odwrotu. Czując, że jego życie wisi na włosku, Pauzaniasz przemówił
prędko:
- Wasza Wysokość, eforowie, chciałbym udać się do wyroczni w Delfach,
aby dowiedzieć się, co niesie przyszłość.
Przemyślał to dobrze. Nawet eforowie nie mogli zlekceważyć prośby o rozmowę z przedstawicielką samego Apollina. Pytyjska kapłanka siedziała
nad oparami dobywającymi się z głębin świata i przemawiała głosem boga.
Pauzaniasz poczuł skurcz serca, gdy dwaj eforowie wymienili spojrzenia.
Król pokręcił głową i zmarszczył brwi.
- Być może tak zrobisz, jeśli obowiązki ci na to pozwolą. Póki co,
wezwałem cię tutaj, Pauzaniaszu, aby przekazać ci dowództwo floty. Król
Leotychidas i ja jesteśmy co do tego zgodni. Będziesz reprezentował
naszą władzę, przewodząc miastom i ich okrętom. Wciąż gdzieś tam są
perskie forty. Nie wolno pozwolić, by się odbudowały i ponownie
wzmocniły. Sparta przewodzi, wodzu. Przewodź zatem, ale daleko stąd.
Ten ostatni przekaz był dostatecznie jasny. Pauzaniasz poczuł ulgę.
Przeszedł drogę od dumy do strachu i z powrotem, a teraz poczuł, że
serce mu łomocze, a twarz oblewa rumieniec. Było to doskonałe
rozwiązanie. Zwycięzca spod Platejów znajdzie się daleko od młodego
króla, który w istocie dowodzi wszystkimi siłami zbrojnymi Sparty. Nie
będzie konfliktu lojalności ani ryzyka wojny domowej. Ludzie kochają
tych, którzy im przewodzą. Pauzaniasz dobrze o tym wiedział. W tym
momencie mógłby rzucić całą armię przeciwko eforom. Musieli się go bać.
Widać to w ich oczach, pomyślał. W sposobie, w jaki na niego patrzyli. A jednak był im posłuszny.
Przyklęknął jeszcze raz.
- Czynisz mi honor, Wasza Wysokość - powiedział.
Widok uśmiechu na twarzy Plejstarchosa sprawił mu przyjemność. Musiał
się martwić powrotem swego wzmocnionego zwycięstwem wodza.
- To coś więcej niż nagroda za wierną służbę, Pauzaniaszu - odparł młody
król. - Ateny dążą do dominacji na morzu, tak jak my chcemy rządzić na
lądzie. Zbierają się na Delos, ale nie chcę, żeby przewodzili naszym
sojusznikom. Sparta jest pierwsza wśród Hellenów i zawsze tak będzie.
Zabierzesz tam sześć okrętów z pełną spartańską załogą i helockimi
wioślarzami. Otrzymujesz władzę z mojej ręki, aby o tym pamiętali.
Będziesz dowodził sojuszniczą flotą, zrozumiałeś?
- Tak, Wasza Wysokość - odrzekł Pauzaniasz. Poczuł, że skóra mu
cierpnie, a włos jeży się na głowie. Zastanawiał się, jak zareagują na
to Ateńczycy.
Wstał i poczuł wielką przyjemność, gdy młody król ujął go za ramiona i ucałował w oba policzki. Był to znak królewskiej przychylności, który
oznaczał też, że dane mu będzie przeżyć. Zadrżał z przejęcia, a jego
skóra zalśniła od potu.
- Twoje okręty stoją w Argos, Pauzaniaszu. Powołaj na dowódców, kogo
zechcesz. Pozostawiam to twemu rozeznaniu.
Pauzaniasz skłonił się głęboko. Oczywiście. Król chciał też pozbyć się
każdego, kto mógłby wesprzeć Pauzaniasza w dążeniu do władzy. Pauzaniasz
zmusił się do chłodnego praotes - doskonałego spokoju spartańskiego
mężczyzny. Ujął dłoń króla i uniósł ją nad swoją głową.
- Dobrze przysłużyłeś się Sparcie - powiedział jeden z eforów.
Nie był to żaden z tych, którzy wsparli go na początku, zauważył
Pauzaniasz. Pokłonił się jeszcze głębiej. W końcu tych pięciu starców
przemawiało w imieniu bogów i królów Sparty.
Zmierzał ku wyjściu szybkim krokiem i trzymając wysoko głowę. Czekający
nań Tisamenos uniósł pytająco brwi. Wróżbita nie był pewien, w jakim
nastroju jest Pauzaniasz po tym, co mu powiedziano.
Ten, przechodząc, klepnął go po ramieniu, pozwalając sobie nawet na
oszczędny uśmiech.
- Chodź, przyjacielu, czeka nas mnóstwo roboty.
- Czyli jesteś zadowolony? - zapytał Tisamenos.
Pauzaniasz zastanowił się chwilę, po czym skinął głową.
- O tak. To dobra wiadomość. Dali mi flotę!
1
Triera uderzyła o brzeg z szybkością
człowieka w biegu, z syczącym odgłosem wcisnęła się w piasek. Chwilę
potem, niemal jak cień pierwszej, przybiła do brzegu druga. Lądowały
kolejno, zatrzymywały się i przechylały.
Na trzecim okręcie sternicy naparli ciałami na żerdzie sterów, szukając
wolnego miejsca na brzegu. Pod ich stopami wioślarze, po
dziewięćdziesięciu z każdej strony, spienili wodę wiosłami.
Przepatrywali wybrzeże, ale nocą żaden z trzech okrętów nie miał
latarni. Ci na ławkach wioślarzy nie widzieli zupełnie nic. Jeden z hoplitów wychylił się daleko nad dziobem, nie zważając na rozbryzgi
wody, gotów krzyknąć ostrzegawczo.
Trzeci kil uderzył w brzeg i rozorał jasny piach. Pierwszy wstrząs
spotkania z ziemią przewrócił klęczących na pokładzie mężczyzn. Jeden
wypadł z cichym okrzykiem za burtę i wylądował w płytkiej wodzie, po
czym przetoczył się w panice, aby uniknąć zgniecenia. Chwilę potem żwir
pod nim uniósł się w górę jak fala, odrzucając go na bok. Legł na
plecach, patrząc w gwiazdy i oddychając z ulgą.
Ateński okręt wojenny lądował, wbijając się coraz głębiej w piasek
plaży, aż nagle wytracił szybkość i zamarł. Drewniane wręgi triery
jeszcze przez chwilę trzeszczały i pojękiwały. Miało się wrażenie, jakby
okręt nagle poczuł się nieswojo, tak szybki, a raptownie unieruchomiony,
tak żywy, a nagle martwy.
Pokład przechylił się lekko na wzniesionym kilu, kłaniając się ziemi.
Liny i drabinki rozwinęły się jak świąteczne wstążki i ludzie zeskoczyli
na ląd. Wioślarze po obu stronach wciągnęli szybko do środka cenne
wiosła, ratując je przed połamaniem na drzazgi nadające się tylko na
podpałkę. Oni również zeskoczyli na ziemię, przysiadając po skoku na
piasku i kamieniach. Brzeg opadał tu łagodnie ku morzu i dlatego Kimon
wybrał to miejsce. Innym razem spuściliby na wodę małe łodzie z linami,
które przytrzymałyby stojące wciąż na płyciźnie okręty, aby w którymś
momencie morze nie upomniało się o swoje.
Kimon posłał swoje trzy okręty jak włócznie na brzeg. Wszyscy Ateńczycy
uczyli się wiosłować, zmieniając się, jak czyniła to przed wiekami
załoga Argo. Na lądzie wzięli ze sobą broń i tarcze i chwycili je
mocno, mrucząc podziękowania do bogów. Kimon dostrzegał siłę wioślarzy,
ich potężne ramiona i nogi, dzięki którym chodzili kocim krokiem i wspinali się jak magoty. Nalegał, by hoplici spędzali całe dnie przy
wiosłach, nabierając sił i kondycji. I odwrotnie: ćwiczył wioślarzy w posługiwaniu się mieczem i włócznią. Wszyscy wiosłowali, wszyscy
walczyli.
Hoplici zebrali się niedaleko ciemnych kadłubów. Ich ekwipunek wart był
fortunę, bo nosili na sobie część rodzinnego majątku. Dobra tarcza warta
była trzymiesięcznego zarobku i oszczędzano na nią przez cały rok, jej
rozmiar dobierano indywidualnie, uchwyt dopasowywano, a potem malowano
na tarczy osobisty herb. Nagolenniki również musiał kształtować mistrz,
aby dzięki specjalnej sprężynie mocno trzymały się na łydce. Niektórzy
nosili miecze przy pasie, ale główną bronią zawsze była długa dorycka
włócznia.
Każdy zestaw ekwipunku był ateńskim skarbem, oznaczonym nazwiskiem
rodziny, konserwowanym starannie, oliwionym i przynoszonym z każdej
bitwy do domu. Ekwipunek tych, którzy polegli, pieczołowicie
przechowywano. Któregoś dnia otrzymywał go najstarszy syn albo też
sprzedawano go, aby zapewnić wdowie utrzymanie.
Gdy Kimon zeskoczył na piasek, ujrzał wszystkich stojących w szyku pod
gwiazdami. Jego ludzie stali w równych szeregach, wygłaszając cichym
głosem pozdrowienia i uwagi, gotowi do wymarszu. Zadowolony skinął
głową. Hoplici doskonale posługiwali się włóczniami, bo ćwiczyli od
dziecka. Każda z tych straszliwych włóczni zakończona była liściastym
grotem grubym jak zbroja. Grot równoważyło ciężkie metalowe okucie na
drugim końcu. W rękach doświadczonego mężczyzny włócznie te rozbijały
jazdę, unicestwiały Nieśmiertelnych, jeżyły się nimi szeregi osłoniętych
tarczami hoplitów. Wykazały swoją wartość pod Maratonem i Platejami.
Także pod Ejoną, gdzie wzięły perską fortecę.
Perykles obserwował Kimona stojącego nieruchomo na uboczu, w mroku pod
światłem gwiazd, tylko jego płaszcz powiewał na wietrze. Sam stał obok
Attikosa, przynajmniej dwa razy odeń starszego, który pochodził z jego
fyli i demu w Atenach. Attikos dygotał w dmącej od morza bryzie i szczękał zębami tak głośno, że odgłos ten przebijał się przez panujący
wokół gwar. Dużo niższy od Peryklesa, czasem wydawał się bardziej
podobny do małpy niż do człowieka. Attikos nie przyznawał się do swego
wieku, ale dobrze znał swoje rzemiosło i podziwiał ojca Peryklesa.
Czasem Perykles się zastanawiał, czy to nie Ksantyppos przysłał go
tutaj, żeby dbał o bezpieczeństwo jego syna.
- To strata czasu stać tutaj i odmrażać sobie jaja - mruczał Attikos pod
nosem, ledwo słyszalnym szeptem. - Słyszałeś? To moje jaja wylądowały na
piachu. Poszukałbym ich, gdyby nie było tak ciemno. Muszę je tu zostawić
do czasu, gdy wrócimy. Oczywiście, jeśli uda mi się je znaleźć. Nie
wspomnę już o moich plecach, które w tej chwili są jak rozpalone żelazo
od tego zeskakiwania z okrętu. Tak samo było pod Ejoną. A będzie tylko
gorzej...
Perykles pokręcił głową. Attikos gadał, gdy był zdenerwowany.
Napominanie go, by umilkł, działało tylko na krótką metę, a potem
zaczynał znowu, nieświadomie, jak dziecko mówiące przez sen.
On sam wolał milczenie. Wiedział, że jest gotów. Pomaszeruje ze
wszystkimi, gdy Kimon wyda rozkaz. Czuł ciężar tarczy i włóczni, i był
mu on miły. Nie wycofa się z bitwy, choć czuł skurcz w jelitach i pęcherzu, który był bliski bezwiednego opróżnienia. Dopóki nie nadeszła
chwila wymarszu, znosił bolesne uczucie parcia we wnętrznościach. Nie
pomagało też nieustanne mamrotanie Attikosa o jego fizycznych
dolegliwościach. Mężczyzna walczył pod Maratonem i Platejami, dorabiając
się nowej kolekcji blizn. Za obola pokazywał je każdemu, kto o to
poprosił.
Ciarki przeszły Peryklesowi po skórze ramion i gołych nóg, unosząc na
nich włoski jak skrzydełka owadów. Powiedział sobie, że to tylko morska
bryza i wilgoć. W istocie chodziło o coś jeszcze - miał na sobie zbroję
brata. Widział, jak Aryfron został zabity właśnie w tej zbroi, a stało
się to niedaleko wybrzeża wyglądającego tak samo jak to, na którym teraz
stał, nad tym samym morzem. Próbował zacisnąć brzegi jego rany, ale
ślizgały mu się palce. Wyciekająca krew zabrała mu brata. Podczas gdy
Attikos wciąż mruczał, Perykles ujął mocniej drzewce włóczni. Jego palce
były wilgotne. Musiała zawinić woda morska albo jego własny pot.
Przecież to nie krew brata zlepiała mu palce, to niemożliwe. A jednak
nie podniósł dłoni do oczu.
Przygotowywali się do tego, przypomniał sobie. Rozkaz przyszedł prosto z ateńskiego zgromadzenia: odnajdywać i niszczyć wszystkie perskie
umocnienia i garnizony w obszarze Morza Egejskiego. Cała flota wypłynęła
trójkami i tuzinami okrętów, polując na wroga i nie pozwalając mu
spocząć. Persja kończyła się na brzegu morza. Nie miała mieć na nim
żadnych punktów oparcia - ani wysp, ani nawet wybrzeża Tracji.
Kimon zgromadził prawie sześciuset ludzi, korzystając ze swego nazwiska
i rangi stratega, której dorobił się pod Salaminą. Dziewięćdziesięciu z nich było doświadczonymi hoplitami, a reszta była lepiej wyszkolona od
zwykłych wioślarzy. Miesiąc wcześniej wylądowali w części trackiego
wybrzeża utrzymywanego przez Persów od stulecia. Kimon wybrał ten
bastion będący symbolem ich wpływów. Były tam mury i przepływająca obok
rzeka. Perykles pamiętał, jak Kimon z oddali obserwował i oceniał teren
wokół miasta.
Oczywiście gubernator odmówił poddania się. W odpowiedzi Ateńczycy
zabili posłańców, których wysłał, po czym zablokowali wszystkie drogi
wokół otoczonej murem fortecy. Tamtej nocy Kimon objaśnił im swój plan.
Perykles zauważył jego wzrok, który na nim spoczął, szacując go.
- Achilles to wiedział, stojąc pod Troją - rzekł Kimon. Mężczyzna
powinien biec ku śmierci, a nie tylko ją przyjmować. Powinien jej
szukać, ocierać krew z brody i z twarzy i się śmiać! Tylko w ten sposób
zwyciężymy, bo tylko chwała odróżnia nas od żeglarzy, rolników i garncarzy. A tylko wtedy zasłużymy na prawdziwą chwałę, kleos, gdy
ludzie i bogowie się spotkają.
Perykles przełknął ślinę. Chciał, żeby Kimon wiedział, że jest kimś,
komu może zaufać. Miał dziewiętnaście lat. Wiedział, że może biec przez
cały dzień, a potem pić albo walczyć, albo kochać się przez całą noc.
Pragnął dostać szansę. Był silny, sprawny i był synem wielkiego
bohatera. Ateńczykiem. Był do tego stworzony.
A jednak rzeczywistość groziła, że nie zdoła się wykazać. Było to jak
straszny sen, tak realistyczny, że czuło się skrzypienie piasku pod
sandałami. Nie znalazł kleos w perskiej fortecy. Wraz z innymi
rozpoczął długie oblężenie, czekając, aż głód pokona mieszkańców. Kimon,
badając okoliczny teren, rozmawiał z cieślami i szkutnikami. Tygodnie
upływały na lenistwie i ćwiczeniach szermierczych. Przygoda wojenna
zmieniła się w coś innego, gdy każdej nocy podkradał się, by badać mury
fortecy. Drżał, wspominając swój strach, że zostaną zauważeni.
Persowie używali kiepskiej zaprawy. W ciągu trzech dni i nocy ludzie
Kimona zatamowali rzekę i skierowali ją na fundamenty perskiej fortecy.
W ciągu kilku godzin długi odcinek umocnień runął, a mury zapadły się,
jakby były zrobione z piasku.
Perykles wiwatował razem z innymi, biegnąc na spotkanie wrogów. To, co
znaleźli, uciszyło ich śmiechy i radość. Wewnątrz umocnień Ejony
Persowie woleli raczej umrzeć, niż zostać pojmani. Dowódca zabił swoją
rodzinę w ostatniej chwili, po czym sam przyłożył sobie nóż do gardła.
Perykles przełknął ślinę na wspomnienie krwi, która spłynęła po
posadzce, jaśniejsza, niż zapamiętał z przeszłości. Od tamtego czasu nie
wyciągał miecza.
W Ejonie znaleźli wielkie bogactwa i to również stanowiło ich
zwycięstwo, niczym wyłupanie klejnotu z rękojeści noża. Co zaś
najważniejsze, Persja nie miała już tam bezpiecznego schronienia i nie
była w stanie zabezpieczać pobliskich terenów. Perykles jednak nie
poczuł, że miał sposobność się wykazać. Ciągle czuł w sobie jakąś
słabość, jak pęknięcie na powierzchni tarczy.
Ani Kimon, ani Attikos nie sprawiali wrażenia nerwowych, a przynajmniej
nie w taki sposób jak on. Zaciskał pięści, powtarzając sobie, że dokonał
wyboru. Żwir przesunął się pod jego stopami, a on postąpił krok,
zmieniając pozycję. Ruszy z innymi, a jeśli będzie to konieczne, umrze.
To proste. Potrafi odrzucić życie dla kleos i nazwiska swego ojca.
Żaden syn Ksantypposa nie przyniesie wstydu rodzinie.
Poczuł ulgę. Może umrzeć, ale cóż w istocie znaczy to życie? Zupełnie
nic. Znalazł onegdaj truchło psa swego ojca na brzegu Salaminy. Jego
oczy były białe, przypomniał sobie, naznaczone bielą księżyca albo
morskiej soli. Tak samo działo się z ludźmi. Kiedy bogowie zabrali swoją
część, pozostawało jedynie ciało.