Lewy. Chłopak, który zachwycił świat - Yvette Żółtowska-Darska
39.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
Leszno to licząca 8 tysięcy mieszkańców miejscowość na przedmieściach Warszawy. Leży na skraju Puszczy Kampinoskiej, słynnego rezerwatu przyrody, a do centrum stolicy dojechać stąd można autobusem w niecałą godzinę. Tutaj, w tej spokojnej podwarszawskiej miejscowości, mieszkali w latach 80. ubiegłego wieku państwo Iwona i Krzysztof Lewandowscy. Mieli nieduży, ale przytulny dom z ogrodem przy ulicy Polnej. Uczyli WF-u w leszneńskiej szkole podstawowej i w gimnazjum imienia Stefana Batorego. Byli fantastycznymi nauczycielami, prawdziwymi pasjonatami, a ich uczniowie co roku zdobywali trofea na szkolnych turniejach. Nic w tym zresztą dziwnego. Państwo Lewandowscy potrafili doskonale zmotywować swoich uczniów, gdyż wcześniej sami uprawiali sport zawodowo. I to ze znakomitymi wynikami. Pani Iwona była siatkarką, reprezentantką i mistrzynią Polski. Pan Krzysztof od małego trenował judo. Był w tym tak dobry, że został mistrzem Europy juniorów, a później mistrzem Polski.
Iwona i Krzysztof poznali się, kiedy mieli po 19 lat. Oboje w tym samym czasie dostali się na studia w warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego, zwanej w skrócie AWF, i jako przyszli studenci tej uczelni musieli przejść obowiązkowe badania lekarskie. Działo się to jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego.
Iwona Dembek, wysoka, atrakcyjna brunetka, przyjechała specjalnie na badania z rodzinnego Grudziądza. Kiedy przed gabinetem zobaczyła niemałą kolejkę, grzecznie w niej stanęła. Czekała już całkiem długo, gdy do poczekalni wpadł ciemnowłosy, dobrze zbudowany młodzieniec z wąsem. Na oko - warszawiak. Omiótł spojrzeniem poczekalnię i zobaczył, że z gabinetu właśnie wychodzi pacjent.
- Bardzo przepraszam, przyszedłem po wyniki badań. Wejdę tylko na chwilę, dobrze? - zwrócił się uprzejmie do oczekujących i zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, zniknął w środku.
"Ale cwaniak!" - pomyślała Iwona.
Mijały minuty, a student, który miał wejść "tylko na chwilę", wciąż siedział w gabinecie. Kiedy wreszcie wyszedł pół godziny później, dziewczyna popatrzyła na niego gniewnie i ostrym tonem zapowiedziała:
- Ja cię zapamiętam!
- Oj, te brązowe oczy to i ja zapamiętam - odpowiedział niczym niezrażony chłopak i posłał Iwonie szelmowski uśmiech.
Bardzo szybko spotkali się ponownie. Na imprezie studenckiej koleżanka siatkarka przedstawiła Iwonie swojego kolegę, judokę.
- Krzysztof jestem, miło mi... - powiedział znajomy głos. - Czy myśmy się już wcześniej nie spotkali? Te oczy...
Iwonę zamurowało. Przed nią stał ni mniej, ni więcej tylko chłopak spod gabinetu lekarskiego.
Wystarczyło zaledwie minut, by niefortunne wspomnienie z poczekalni całkowicie odeszło w niepamięć.
Krzysztof Lewandowski okazał się uroczym, szarmanckim mężczyzną, zdolnym rozkręcić każdego, a Iwona w jego towarzystwie czuła się znakomicie. Między młodymi po prostu zaiskrzyło. Stali się nierozłączni i pobrali się jeszcze na studiach.
Rok po ślubie spodziewali się dziecka i - jak wszyscy przyszli rodzice - zasiedli do wybierania imion.
- Będzie sportowcem, jak my, więc powinien mieć imię, które da się wymówić na całym świecie - powiedział pan Lewandowski. - Nie tak jak ja: K-r-z-y-s-z-t-o-f. Za granicą wszyscy sobie na mnie języki łamali.
Ponieważ nie było wiadomo, czy urodzi się syn, czy córka, postanowili przygotować się na oba warianty.
- Jeśli urodzi się dziewczynka, to nazwiemy ją Milena. Jeśli chłopak: Arnold. Co o tym myślisz, kochanie? - spytał żonę Krzysztof.
Wzrok Iwony mówił sam za siebie.
- Nie? Trudno. Myślałem, że Arnold to fajne imię. Takie mocne, męskie. Ale jak nie chcesz, to może... - Przyszły tata zamyślił się na chwilę, po czym rzucił: - A Robert? Zdrobniale: Bob. Podoba ci się?
Iwonie się podobało.
I w ten oto sposób w 1985 roku na świat przyszła...
Prześliczna Milenka.
Chłopczyk o mocnym, męskim imieniu Robert urodził się dopiero 3 lata później, 21 sierpnia 1988 roku, w pewną letnią niedzielę. Jak widać, w kwestii imion swoich dzieci rodzice trzymali się wcześniejszych ustaleń.
Krzysztof Lewandowski miał oczywiście rację. Mając takich rodziców, Milena i Robert byli skazani na sport. Po latach ładnie ujmie to ich mama:
- Nie mogli wytrzymać bez sportu. Nic zresztą dziwnego. W końcu byli dziećmi nauczycieli WF-u. Nie wychowywali się w piaskownicy, tylko w sali gimnastycznej i na boiskach.
Kiedy mały Robert kończył leżakowanie w przedszkolu, mama albo tata natychmiast zabierali go do siebie do szkoły. Do podstawówki, podobnie jak wcześniej jego siostra, poszedł już wszechstronnie przygotowany. Szybko zaczął reprezentować szkołę we wszelkich zawodach, z których prawie zawsze wracał z medalem. Biegał, skakał, grał w tenisa, ping-ponga... Znał też judo, gdyż pan Krzysztof nie byłby sobą, gdyby nie nauczył syna podstaw tej dyscypliny. Jednak mimo niezaprzeczalnych sukcesów w bieganiu czy tenisie serce chłopca najmocniej biło dla... piłki nożnej.
Piłka towarzyszyła mu wszędzie. Od razu po szkole lądował z kolegami na boisku klubu piłkarskiego Partyzant Leszno, który nie dość, że sąsiadował ze szkołą przez płot, to w dodatku jego kierownikiem był... pan Krzysztof. Klub ma piękną tradycję, bo został założony w 1934 roku, a dzięki temu, że znajdował się tak blisko szkoły, mały Robert niejedną lekcję WF-u "rozegrał" właśnie tutaj.
Wracając do domu, chłopiec już myślał o ponownej grze w piłkę. Lekcje odrabiał ekspresowo i bez przypominania, bo wiedział, że dzięki temu będzie miał więcej czasu na grę. Jedząc obiad czy kolację, już podbijał piłkę nogą pod stołem. Po przełknięciu ostatniego kęsa natychmiast ruszał z nią do ogrodu, gdzie poprzyczepiane przez rodziców do drzew linki służyły mu za bramki. Ponieważ nie zawsze znajdował partnera do gry, w rolę bramkarza często wcielała się... Kokusia, ukochany pies rodziny Lewandowskich. Pyskiem lub łapami broniła jego rzuty karne!
Koka - piękny, czarny podpalany pies rasy bokser - była nietypowym, ale bardzo wiernym sparingpartnerem naszego bohatera. Nie tylko zresztą w piłce nożnej. To właśnie jej Robert zawdzięczał szybkie sprinty i niejeden medal zdobyty w biegach przełajowych. Podczas porannych czy wieczornych spacerów bezustannie ścigali się po ścieżkach przepięknej Puszczy Kampinoskiej, żeby na koniec, oboje identycznie zziajani, wpaść na posesję domu przy Polnej. A wszystkim tym, którzy są ciekawi, skąd państwo Lewandowscy wzięli tak nietypowe imię dla psa, wyjaśniam, że słowo koka pochodzi z terminologii judo i oznacza najniższą z 4 not, jaką można w tym sporcie otrzymać*.
Początkowo tata myślał, że jego syn, tak jak on, będzie judoką. Z czasem zmienił zdanie.
- Zostawmy to judo. Tu się nie wybijesz. Tu rządzi przypadek - powiedział pewnego razu i przerzucił się na ćwiczenie z Robertem biegów przełajowych.
Po pewnym czasie chłopiec przyszedł do ojca i powiedział poważnym tonem:
- Tato, nie każ mi więcej biegać. Ja chcę już tylko grać w piłkę.
Panu Krzysztofowi, w młodości zawodnikowi klubu piłkarskiego Hutnik Warszawa, nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.
- Dobrze, synku. Skoro tak czujesz... Ale wiesz, że aby być piłkarzem, musisz naprawdę trenować? No i musisz się temu bez reszty poświęcić. W sporcie liczy się przede wszystkim wytrwałość.
- Wiem, tato. I chcę. Bardzo chcę.
Kiedy Robert miał 8 lat i chodził do 2. klasy podstawówki, tata postanowił zaprowadzić go na treningi piłkarskie z prawdziwego zdarzenia. Pierwszą myślą pana Krzysztofa było oczywiście zapisanie syna do Partyzanta Leszno. Niestety, chłopiec był za młody. W Partyzancie w tamtych czasach istniała tylko jedna drużyna młodzików i grali w niej chłopcy, którzy mieli po kilkanaście lat, dużo starsi i dużo więksi od Roberta. Trzeba więc było znaleźć coś w Warszawie.
Rodzice usiedli nad planem miasta i zaczęli rozważać klub po klubie. Ponieważ ich kryterium był jak najlepszy dojazd z Leszna, wybór padł na Varsovię, znany warszawski klub sportowy mieszczący się przy ulicy Międzyparkowej w dzielnicy Żoliborz, która leży na trasie z Warszawy do Leszna. Krzysztof Lewandowski działał wówczas w SZS, Szkolnym Związku Sportowym, i od razu przypomniał sobie, że zna jednego z trenerów Varsovii, Marka Siweckiego. Czym prędzej do niego zadzwonił i umówił syna na spotkanie.
W Varsovii pojawił się jednak podobny problem co w Partyzancie: tu też nie było rocznika 1988 ani nawet 1987. Najmłodszą drużyną byli chłopcy starsi od Roberta o 2 lata, a to mogło wydawać się przepaścią. Czemu? Dziś pewnie trudno będzie Wam w to uwierzyć, ale jako dziecko Robert Lewandowski był wyjątkowo... chudy i niski. Ot, takie chucherko. Nic dziwnego, że kiedy Marek Siwecki zobaczył chłopca, osłupiał.
- Jaki mały!!! - wykrzyknął. - Krzysiek, na Boga, on ma nogi jak patyczki. Toż nasze chłopaki zaraz mu je połamią.
- Marek, to jest skarb. Sam zobacz - odrzekł z pewną miną tata.
To super, kiedy tata tak wspiera syna, prawda?
Trener Siwecki zwrócił się do Roberta:
- Na co czekasz, kolego? Zakładaj strój i pokaż, co potrafisz.
A kiedy tylko zobaczył, co chłopczyk wyprawia z piłką, natychmiast zmienił zdanie.
- OK. Niech ćwiczy z rocznikiem 1986 - powiedział do pana Krzysztofa, a do Roberta rzucił z uznaniem: - Zaczynasz od dzisiaj, młody. Powinieneś sobie poradzić.
Tym sposobem w 1996 roku 8-letni Robert zaczął regularne treningi w Varsovii z chłopcami o 2 lata starszymi i... o głowę wyższymi od niego. A
* W judo koka przyznawana jest za rzut na pośladki lub bark, a także za założenie trzymania trwającego 10-14 sekund. Kolejne noty to yuko, waza-ari oraz ippon, który oznacza zwycięstwo, a co za tym idzie - zakończenie walki.