Libischau - Mariusz Matuszek

Kup ebooka

19.00 zł
15.20 zł (10,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Konrad - książę kozielski

Święta Bożego Narodzenia książę Konrad spędzał w zamku w Oleśnicy. Nastał rok pański 1380. Po Trzech Królach książę ze swoją świtą wybrał się do zamku w Koźlu, żeby przejrzeć stan księstwa kozielskiego, wysłuchać poddanych, rozsądzić spory i zarządzić, co ma być wykonane.

Nastał dzień wysłuchań.

Tego styczniowego dnia książę Konrad kazał się zbudzić jeszcze przed świtem. Jako wprawiony rycerz, zerwał się z posłania, już słysząc kroki zbliżającego się służebnego. Pacholik podał księciu miskę, na której dnie chlupotało kilka łyżek zimnej wody. "Na c?ż dołech sie nam?wić Aneżce na tyn ôbyczaj?": mruknął do siebie książę, zanurzywszy w misce twarz. "Słusznie godoł kan?nik Maskym, co ôd tygo mycia bol?m zymby". Książę potarł szczękę.

- J?ntek - rzekł do służebnego - cyrulik Franz zymby targo?

- Tak po prowdzie, to targo, ale bab?m - przyznał chłopak. - Chopy chodz?m do kata Macieja. Mocni boli, ale kr?tko.

- Prziwołej mi go - zadecydował książę. - Ale po wysłuchaniach. A terozki ôdziynie mi dej, wartko. I śniołdanie tyż.

Książę, posiliwszy się i zmówiwszy pacierze, przeszedł do sali wysłuchań kozielskiego zamku. Usiadł na krześle na podwyższeniu pod godłem Śląska, czarnym orłem na żółtym tle. To dodało powagi jego urzędowi. W kącie sali już czekał na niego tłum poddanych. Dwóch zbrojnych pilnowało porządku. Bakałarz czekał na zapisanie jego dyspozycji.

- Miłościwy Panie, wilcy i niedźwiedzie przechodz?m po lodzie i żer?m nase ôwce. Nijak nie umiymy sie z tym poradzić. Bez to biyda u nos i gł?d. Dołwni my handlowali wełn?m. Kupcy z Czech dołwali po groszu za łokieć. Nie ma ich już het, kilka niedziel, bo po co maj?m jechać, jak ani towaru, ani żywota niepewni. Pom?ż miłościwy Panie n?m chadyrlok?m[1].

- A coście sami robili?

- Panie, ôwce żelazym, a ôgniym my br?nili, jamy kopali. W nie wilcy wpadali, to my je dobijali. Ale ich moc. Stada nase porywaj?m. Panie, Maćka, syna sołtysowego porwały i na śmierć pożarły, jak my pr?bowali br?nić. Juchy głodne s?m bo, w lesie zwierza mało, to na nase sie porywaj?m.

- A gdzie to stada wasze?

- Panie, my w Czyszkach żyjymy, na Głogowcu tam stada nasze. Ziymia tam masno je, Panie[2]. Za Ôdr?m to Birawa jest, a potym nic yno puszcza.

- Wysłuchali my wos. Idżcie z Bogiem. Coś poradzymy, coby w?m ulżyć w starości[3].

- Herr Gott, samo strapiynie[4]. Co Burgmanie radzicie na starość chop?w z Czyszk?w?

- Panie, Kobylice, Landzmierz, Czyszki, Roszowice, Roszowicki Las, Łany, Ucieszk?w i inksze, to sioła, co do Koźlo przinależ?m. Chopy zboże i zwierzyna na torg przikludzaj?m, a płac?m przi tymu na bramach. Bezto i grosz jaki do kasy idzie. Jak zwierz dziki ôwce pożre, to myni do kasy przidzie, a możno i gł?d sie w mieście pokołże. Skarbnik godoł, co ł?ńskiygo roku bez to myni dwiesta grosz?w do kasy prziszło. Jedna ôwca to cztyry grosze na torgu. Jak stado wilki zeżr?m, to mocie mało wiela sto grosz?w straty, a możno i wiyncy.

- To i zwierz dziki może tela straty uczynić? Coś muszymy na to poradzić - powiedział książę.

- Panie, wilki i niedźwiedzie chop?m strapienie czyni?m. Na wilki yno żelazo, a ôgiyń. I trza mocnego ritera, co sie nie zlynknie i im dostoi. W Birawie riter Piort Birau ze swojym bratym siedzieli, terozki Jan, syn jego. Ale ôn jyno do rzyki Birawki z podwodem zajeżdżaj?m. Dali yno puszcza do Dziyrgowic. W Dziyrgowicach był riter Heinrich, co go jeszcze hercog Wladyslaw ôsadził. Terozki Stanislau, tyż riter. Ale ôn już stary i mo dość zmartwiynio. Tam kaj sioła s?m, godaj?m, co myni dzikiego zwierza bez Ôdra przełazi.

- Widzi mi sie, co trza jeszcze jednygo ritera z pachołkami w borze ôsadzić, coby wieś założył i mioł baczynie na drogi - powiedział książę.

- Panie, w środku boru struga Pog?nica. Tam ci służebne sioło Heinrich naznaczył. Tam żyj?m chopy, co ł?nki w lecie uprawiaj?m, smol?rze wyngiel wyp?laj?m i bartnicy barcie dogl?ndaj?m. Ale ôni yno w lecie tam zachodz?m. W zimie id?m nazod ku Dziyrgowic?m. Strach po lesie w zimie jechać. My jyno jak biyda przyciśnie za dnia jadymy. Ôd wilka sie jeszcze ôpyndzisz, ale ôd niedźwiedzia to już strach. Godali, co ł?ńsky zimy chopy chcieli w chałupach ôstać, ale niedźwiedzie dźwiyrza wydarły i wszyckich wyżarły. Ôd tygo czasu nikt w zimie tam siedzieć nie kce.

- Godocie, co niedźwiedzie dźwiyrza wydarły i ludzi wyżarły? A dyć w zimie niedźwiedzie w gawrach śpi?m. Nie cyganicie aby?

- Co m?m cyganić. Godaj?m, co w lesie Byjrenwecker siedzi i niedźwiedzie w zimie woło[5].

- Byjrenweker ? Co to godocie?

- Godaj?m, co z niedźwiedzia i wiedźmy sie pocz?n. To ôn niedźwiedzi?m przikołzuje. Mo pysk niedźwiedzia i pazury, ale jak sie wejrzycie na niego, to mo tyż coś z człowieka. Godaj?m, co w galotach i kapocie chodzi i ludzko mowa rozumie. A jak w zimie ôn niedźwiedzie budzi, to groźne juchy s?m.

- To i nie dziwota. Jak mie kery ze śpiku wyrwie, to tyż cały w nerwach chodz?.

- A wiycie, godajom, co łońskygo roku w zimie niedźwiedzie na Dziyrgowice bez palisada przelazły i ku chałup?m poszły. Krowy a woły pożarły i dały sie na ludzi. Ledwo riter żelazym, a ôgniym ich z grodu wyż?n. Dwie chałupy w grodzie spolył, coby zwierza wygnać. Terozki w zimie cołkie noce wachty trzimi?m i watry narychtowane[6].

Książę Konrad wstał od stołu i zaczął chodzić po sali. Tam i z powrotem, jakby go kto nakręcił. Co też ma w tej sprawie uczynić. Czuł się odpowiedzialny za swoich poddanych. To jemu zawierzyli, jemu powierzyli swoje życie. Musi ich bronić przed wrogiem, człowiekiem, czy zwierzem. Nie może pozwolić, żeby niedźwiedzie i wilki zabijały ludzi i zwierzęta. I przez to niszczyły majątek jego księstwa. I jeszcze kupcy czescy skarżyli się, że drogi tutaj kiepskie i mostów nie ma, to też jego księstwo omijają i przez Nysę albo Racibórz jadą. Przez to mniej grosza do jego skarbca w Koźlu trafia. Musi temu zaradzić.

Stanął po chwili i zawołał:

- Zawołejcie mi sam ritera Mikołeja i Ivona. Niech sam ku n?m przid?m, a drabko.

Do sali wszedł mąż niski, o czarnych pofalowanych włosach, śniadej cerze, mocny w barach, w szarej bluzie sięgającej bioder, przepasanej skórzanym pasem, do którego przymocowany był krótki sztylet. Na nogach miał skórzane buty do końskiej jazdy. Utykał lekko. I mąż drugi, wysoki, o jasnychwłosach i słowiańskich rysach twarzy. Pokłonili się księciu.

- Ciynżki to kraj. Puszcza Szl?nsko - zaczął książę. Zwierza dzikiego tam moc. Niedźwiedzie i wilki ludzi?m strapiynie czyni?m.

- Panie, nie zwierza bać sie trza, jyno ludzi... - odrzekł niższy Mikołaj.

- Widzi mi sie, coch dobrze wybroł - pomyślał książę. A powiedział do obu.

- Pojedziesz z riterem Ivonem do Dziyrgowic. Po dr?dze służebne sioło w puszczy przy Pog?nicy ôbaczysz. Ôbacz, co zmiynić trza, coby rok cały w siole ôstać i przed zwierzem dzikim sie ôbronić. A ty Ivo kraj znosz, boś tu rodz?ny, a i fatra a muter ôboczysz. A pokł?ń sie nisko ôdy mnie rodziciel?m.

Wszyscy odeszli. Bakałarz jeno księgi zamykał i sprzęty do skrzynki chował. Po chwili i on wyszedł. Książę został sam. Usiadł ciężko na ławie. Zadumał się nad swoim życiem....

"Długa to była żałoba. Dziewięć lat minęło, jak umrzyła moja Aneżka. Pusto sie zrobiło. Jedna ci ôna odeszła, a tak sie zrobiło jakby cały świat zmarniał.

Młodzi my po 10 lat mieli, jak nos nasi fatry swatać zaczli. I wielkie to wesele w szesnastym naszym roku w lutym roku pańskiego 1354 na zamku w Cieszynie mieli, gdzie nasze fatry, Konrad I ôleśnicki i Kazimir I cieszyński i mutry nasze[7], Eufemie ôbie po społu wino za zdrowie nasze i p?myślność ksiynstw naszych pili. I pokładziny, jak na ksi?nżynce dzieci być musiały. Przez co i jo i Aneżka frasunek wielki mieli. W listopadzie tygo roku syn m?j na świat prziszołł. Konrad na miano dostoł tak jak i jo i fater m?j. Konrad, jak wszyscy z Piast?w ôleśnickich, syn m?j Konrad III. I wielko to radość w całej familiji nastała, bo syn pierworodny i mocny był. A Aneżka drobna była to i po porodzie słabowała. Myślelimy, że zemrze, ale wydobrzała."

I myśl inna pełna chwały się pojawiła i rozjaśniła na chwilę oblicze księcia...

"Na zjeżdzie rycerstwa wielkopolskiego chcieli mnie na kr?la Polski wybrać, na rynkach mie nosili i Grosse Hirre" wołali.

Zadumał się znowu książę nad losem swoim i losem swojej krainy.Nie były to radosne wspomnienia...

"Nastały ciężkie czasy dla Śląska. Roku pańskiego 1343 król Polski Kazimir, najechał Wschowę i Ścinawę. Mury wyłamał, miasta poburzył i mrowie ludzi w niewolę zabrał. Jak sioła i osady do gołej ziemi ogniem i grabieżą zniszczył, poszedł na Oleśnicę[8].

Tam wielka bitwa pod Oleśnicą nastała, gdzie fater mój wojska polskie Kazimira zwyciężył. Musiał Kazimir, król Polski, ukorzyć się i z fatrym moim, księciem oleśnickim, układ pokojowy zawrzeć. Próbowali potem fater mój i powinowaty jego, Henryk, Wschowę odbić, ale odstąpili po dniach kilku. Za to Kazimir powtórnie najechał na ziemie fatra mojego. Widzieli fater, co pokoju od Polski nie dostąpi i do króla Czechów Karola IV zwrócić się o pomoc musi. Pojechali fater mój z fatrym Aneżki, hercogiem Kazimirem I cieszyńskim, Bolkiem niemodlińskim, Bolkiem opolskim i Janem oświęcimskim, pokłonić się Karolowi IV i o opiekę prosić. Jako i Piast Mieszko I do Czechów po pomoc poszli i chrzest przyjęli tak i fater mój nie do Niemców, jeno do Czechów po pomoc poszli.

Roku pańskiego 1355 po świętym Wacławie w Pradze na hradeckim grodzie Karola IV cesarza rzymskiego i króla Czech fater mój, Konrad I oleśnicki z fatrym Aneżki i innymi Piastami śląskimi hołd złożyli. Wielki to był dzień dla Śląska."

Dnia następnego o świcie Mikołaj czekał na dziedzińcu zamku kozielskiego na Ivona. Siedział na koniu dostojnie ubrany w wełnianą bluzę, na nią narzuconą kolczugę i szyszak na głowie. Przy pasie zwisał krótki miecz. Na ramiona narzucony płaszcz z wełny z barwami książęcymi.

Był mroźny, styczniowy poranek. Wyjechali z bramy zamku, minęli kościół i skierowali się do Bramy Odrzańskiej. Przy niej dwóch zaspanych strażników kiwnęło im leniwie. Poznali ich. Byli z drużyny książęcej. Podkowy zadudniły na moście. Minęli go i pognali traktem do Brzezec. Mijali chłopów z drewnem, sianem i słomą, którzy kierowali się do miasta. I baby z kobiałkami, które chciały coś sprzedać. Konie rześko niosły ich wypoczęte po długim pobycie w stajniach kozielskich. Wjechali w las, rzadki, nieco poprzecinany. Widać, że byli blisko zamku, bo droga była dobrze utrzymana. Nie minęły cztery pacierze, a wjechali na bale mostu na rzece Kłodnicy.

- St?nd to p?ł stajania i bydymy w Brzeżcach - krzyknął Ivon. - A potym to dr?ga do Koźla Starego powiadaj?m, bo to Koźle, gdzie zamek hercoga terozki stoi, to na nowym placu postawili.

Minęli kilkanaście chałup ogrodzonych częstokołem. Brama była uchylona. Stał przy niej jeden zbrojny. Nad częstokół wystawały tylko strzechy i kominy, z których snuł się leniwie biały dym. Znak, że szykowano strawy dla mieszkańców. Zwolnili nieco, bo ujechali od Koźla stajanie i konie zdrożone nieco już były, a droga przed nimi jeszcze daleka. Ivo się rozgadał. Widać, że znał wsie, które mijali.

- Powiadaj?m, co przed laty gr?d kozelski był ôd braci Kozł?w - zaczął Ivo swoją opowieść. -Stoł ôn na granicy państwa hercoga Mieszka Pl?ntonoga, jak go zwali, i br?nił jego granic ôd Czech?w Przemyślid?w, co w Ratiboru stali. Ritery Kozły zamek umocnili, a przi zamku ôsada wyrosła i kości?ł pobudowali pod wezwaniem Narodzynio Nojświyntszej Panny Maryje. Wdziynczny był Mieszko Kozł?m, że mu granic pilnuj?m i wiara chrześcijańsko umacniaj?m. Ale poz?r to był jyno. Kozłom było mało yno z żołdu hercoga żyć, a może go i nie dostali. Zaczli ôni to rabować kupc?w i ludzi co sam żyli, choć riterami w służbie hercoga byli. Hercog Mieszko, co w Ôpolu rz?ndził, najechoł gr?d zb?jc?w, coby ich chycić i rabunek na drogach sk?ńczyć. Ale ritery Kozły umiały sie na swoji ziymi skryć i jak hercog na sw?j zamek do Ôpola nazod wr?ciył, dali rabowali. Wnerwiył sie hercog i wyznaczył nagroda tymu, co im zb?j?w Kozł?w żywych abo umartych prziwiedzie. Zgłosił sie do hercoga w tajymnicy Jakub, mistrz rzeźniczy z ôsady kozielskiej, kery ôbiecoł głowy zb?j?w dowieź. Dnia jednego, jak zb?je do swojygo z?mku wr?ciyli z kolejnego rozboju i popili srogo, napod ich mistrz Jakub ze swoimi czeladnikami, głowy im toporem ôdr?mboł i wyciepn?ł z wieży z?mkowej na bruk. Sk?ńczyło sie panowanie złych braci Kozł?w na Kozielskim z?mku. Hercog Mieszko nagrodził Jakuba sowicie i ustanowił w dzień świyntego Jakuba świynto Koźla. Spolił tyż gr?d drzewniany mocno umocni?ny i kozoł nowy pobudować na prawy str?nie Ôdry, tam gdzie terozki stoi. Ale ôsada, a przy ni i kości?ł pod wezwaniym Narodzynio Nojświyntszy Panny Maryje, sie ôstoł.

Zostawili konie przy kościele i weszli do środka. Wewnątrz ksiądz Hival porządkował ołtarz po porannym nabożeństwie.

- Niech bydzie pochwal?ny Jezus Krystus - pozdrowił księdza Mikołaj.

- Niech bydzie pochwal?ny. Witejcie, a kogo to Nojświyntsza Paniynka ku n?m przywiodła - odpowiedział ksiądz Hival.

- Jo jest Ivo z Birawy, a to Mikołej z Libisch?w, czcigodny - odpowiedział Ivo.

- Witej Ivo. Jo cie pamiynt?m, jako żeś mały był i ze rodzicielami ku n?m przichodziył. Terozki tyś wielki riter. Kaj to jedziecie?

- Hercog przikołzoł n?m ôbejrzeć ôsada służebno przy Dziyrgowicach, co j?m kce hecog na nowo zasiedlać.

- Wielko'ć to tragedia sie tam stała. Moc ludzi na stracenie poszło. Chop?w, bab i bajtlów. Świyć Panie nad ich duszami. Znołech ci jo wielu, bo i ku n?m, ku Nojświyntszy Paniynce przychodzili i grosz jaki ôstawili, jak na torg do Koźla jechali. Teroz to i smutni i biedni n?m tu służyć. P?myśleć, co zwierz dziki tyla zła uczynić może. Dobrze, że ku n?m nie podchodzi.

- Bliży do miasta, czcigodny. Las rzodki. I zwierz ludzi czuje to i barzi sie boi.

- Dobrze prawisz Ivo. A i świynte miejsce Nojświyntsza Paniynka ôchronić umi.

Uklękli przy ołtarzu. Zmówili pacierz. Stary Hival ich pobłogosławił.

- Czas już na nos.Przed ćmokiem muszymy w Dziyrgowicach stanyć, a dziyń kr?tki- rzekł Mikołaj.

- Jedźcie z Bogiem. A pokł?ńcie sie ôde mie riterowi Janowi i jego ż?nie Marii w Birawie. Ôni zawsze radzi gości przyjmować, a dwakroć radzi jak ôd hercoga.

[1] biedakom

[2] Czyszki - dzisiaj Cisek. Głogowiec - część osady Cisek przy Odrze. Ziymia masno - ziemia urodzajna

[3] Ulżyć w zmartwieniu, biedzie

[4] Panie Boże, same kłopoty.

[5] Dlaczego mam kłamać. Mówią, że w lesie wybudzacz niedźwiedzi żyje i niedźwiedzie w zimie woła.

[6] Teraz w ziemie całe noce straż utrzymują i ogniska przygotowane.

[7] nasze matki

[8] Fragment kroniki Jana Długosza.