Łukasz był gotowy wyjść z siebie. Andżelika przyglądała się, jak dusił go gniew, sprawiał, że ledwo wypowiadał słowa. Najpierw wytoczył jej prawdziwą wojnę, aby tu przyjechać, a teraz jeszcze to? Miała zamiar odpoczywać, relaksować się. Tymczasem dostała to?
- Gdzie one są? - zapytał ojciec, ledwo nad sobą panując. - Co tu się dzieje?
- Łukasz, nie denerwuj się - uspokajała go żona, choć było czuć, że nie do końca kontrolowała własne nerwy. - Na pewno jest na to jakieś wytłumaczenie.
Andżelika wprost nie mogła doczekać się odpowiedzi. Nie brakowało tu markowego obuwia, ale nie było żadnego powodu, aby ktoś chciał zabrać tylko lewego buta z każdej pary. No chyba że złodziej miał tylko jedną nogę.
- Jedna para jest kompletna. Jednej ktoś nie ruszył - powiedział po angielsku wąsaty facet.
Czyżby tajemnica była aż tak prosta do rozwiązania?
- To moje buty - powiedział po angielsku, ale z silnym hiszpańskim akcentem, gospodarz hotelu.
Goście spojrzeli na niego, jakby z wyglądu długowłosego Hiszpana mieli zamiar wyczytać, co tak naprawdę się stało. Andżelika także przyglądała się właścicielowi Obserwatorium Aurory. Nie był to zwyczajowo doskonale ubrany, elegancki kierownik czy manager hotelu, podobny do tych, których widywała na Majorce, w Grecji bądź Turcji. Ten był inny. Jak całe te dziwne wakacje. Nieogolony, z ciemnymi, głęboko osadzonymi oczami i wielkimi, mocnymi zębami. Ubrany był w robocze drelichy.
Goście zaczęli otaczać go kręgiem.
Andżelika czuła się zażenowana, gdy rozeźlony tłum napierał na zaskoczonego mężczyznę. Javier wydawał się być niczym ranne zwierzę okrążone przez zaślepione rządzą krwi wilki.
- Tato? - zapytała Andżelika, starając się przekrzyczeć wrzawę i zamieszanie. - Co wy w sumie planujecie zrobić?
Jej ojciec nagle oprzytomniał. Wściekłość i zaślepienie niespodziewanie odpłynęły z jego twarzy. Zmarszczył czoło i zaczął intensywnie myśleć. Bez jego zdecydowanego głosu i górującej nad małym Hiszpanem postury reszta grupy także nieco ochłonęła.
- Nic takiego, księżniczko - odparł z udawanym spokojem, wciąż wbijając zły wzrok w Javiera, którego obarczono odpowiedzialnością za dokonane przestępstwo. - Po prostu musimy się dowiedzieć, gdzie, do jasnej cholery, są nasze buty.
To prawda. Wystarczyło pomyśleć o tym, co działo się na zewnątrz. Wyjący za oknem wiatr i akompaniująca mu burza śnieżna, nie dawały o sobie zapomnieć. Nie było to miejsce, w którym można by poradzić sobie bez specjalnej, ciepłej odzieży. Szczególnie bez butów... Śmierć czaiła się na każdym kroku, czyhała cierpliwie na głupców i popełnione przez nich błędy.
Na szczęście sytuacja nie była zupełnie beznadziejna. Turyści mieli schronienie, nie musieli też nigdzie wychodzić. Część z nich posiadała samochody.
Problem polegał na tym, że ktoś zrujnował wszystkim wakacje. Ludzie nie mieli ochoty zmagać się z przygłupim pranksterem, który miał za dużo wolnego czasu. Wszyscy liczyli na przechadzki wśród fiordów, polowanie na zorzę polarną i podróże do niedalekiego Troms?. Pragnęli jeździć na nartach albo z pokładów statków obserwować dostojne wieloryby i zwinne foki, które żyły w tej okolicy. Tymczasem wszystko zostało zrujnowane i to już pierwszego dnia. Miasto było oddalone o co najmniej dwadzieścia pięć kilometrów od hotelu. Nie było też co liczyć na sąsiadów. Okolica była wyludniona. Dało się tu znaleźć jedynie bezimienne śnieżne szczyty oraz porzucone ruiny, które z roku na rok coraz bardziej niszczały i rozpadały się niczym niepogrzebane ciała, pozostawione na żer żywiołów i robactwa.
Kiedy Andżelika zdała sobie z tego sprawę, poczuła, jakby ktoś zacisnął cienkie, lodowato zimne paluchy na jej sercu. Nie tego chciała. Nie na to się nastawiła. Miała zamiar uciec od stresu. Odpocząć od szkoły, nauczycieli, niekończącego się natłoku obowiązków i oczekiwań, aby zawsze być doskonałą dziewczyną i najlepszą uczennicą. Czuła się osaczona, wykiwana i pozostawiona na pastwę losu.
Ujęła mamę za rękę i spojrzała jej w oczy. Kobieta także się bała. Aneta zawsze, odkąd jej córka pamiętała, wszystkim się przejmowała i o wszystko martwiła. Wystarczyła najmniejsza błahostka, aby wyprowadzić ją z równowagi.
- Przeszukamy jego pokój - zawyrokował ojciec Andżeliki. Starał się mówić poprawnym angielskim, aby mieć pewność, że goście bez względu na pochodzenie, zrozumieją jaki jest plan. - Przeszukamy cały budynek i znajdziemy nasze zguby. Przecież nie mógł ich ukryć daleko, prawda?
- Chyba, że zostawił buty na zewnątrz i śnieg zdążył je zasypać - zauważyła markotnie Andżelika.
Ojciec spiorunował ją wzrokiem, ale gdy zobaczył, że i tak na niego nie patrzy, jego wojowniczy nastrój nieco ostygł.
- Dzieciaki, lepiej idźcie się pobawić.
Nastolatkowie nie wyglądali na zadowolonych.
- Pobawić? Serio, tato? - zdenerwowała się Andżelika. - Myślisz, że ile mamy lat?
- Dżeli, nie teraz - odparł ojciec, starając się mówić zdecydowanie, choć nie udało mu się ukryć wahania. - Nie widzisz, że musimy zająć się sytuacją? Nie mam teraz czasu, aby się tobą zajmować.
- Zajmować? Tato, ktoś tu grasuje i kradnie buty! A wy zachowujecie się, jakby to była jakaś gra! - Dziewczyna była urażona, ale także przestraszona. - A co, jeśli ten ktoś wróci? A co, jeśli on... on nas obserwuje?
- Andżelko, proszę, uspokój się - odezwała się łagodnie, ale lękliwie matka. - Też się boję, jednak musimy zachować zimną krew. Twój tato ma rację, lepiej idźcie do salonu. Nie chcemy, żebyście byli w centrum tego bałaganu.
- A co, jeśli ten bałagan przyjdzie do nas? - zapytała buntowniczo nastolatka. - Nie mogę po prostu udawać, że wszystko jest OK.
- Słuchaj, księżniczko, rozumiem, że się boisz. Ja też nie jestem zachwycony tą sytuacją - odparł łagodnie, ale wciąż stanowczo Łukasz. - Ale musimy działać rozsądnie. Idź z dzieciakami, dajcie mi trochę przestrzeni, zajmę się tym. Obiecuję, że wszystkim się zajmę.
Andżelika nie miała zamiaru dać za wygraną, ale wtedy spojrzała na matkę i dostrzegła, że ta była na krawędzi załamania. Nie chciała dokładać jej zmartwień.
*
Nastolatkowie zgromadzili się w salonie, w którym mogłoby się zmieścić co najmniej trzydzieści osób. Ich mała grupka wyglądała żałośnie, gdy wszyscy zebrali się w rogu, przy stoliku otoczonym kanapami i fotelami. Nie znali się, przez co trwali w apatycznym milczeniu, szukając zbawienia w wyświetlaczach telefonów. Sprawdzali media społecznościowe, rozmawiali z przyjaciółmi, którzy zostali w domach, ale przede wszystkim czekali, aż wszystko się rozwiąże. Czuli się bezsilni i niepotrzebni. Byli jak zamrożeni, wsłuchani w podniesione głosy rodziców. Zapatrzeni w dziwny i obcy świat otaczający ich skromny hotel. Za oknami rozciągały się białe, złowieszcze fiordy, na które nie prowadziły żadne ścieżki oraz zbocza porośnięte nędznymi drzewami, atakowanymi bez końca przez szalejącą wichurę.
- Nie mogę uwierzyć, że jest rano - powiedział po polsku jeden z chłopaków.
Rzeczywiście, było to niemal nadprzyrodzone zjawisko w oczach ludzi nie znających tego świata. Na zewnątrz panowała ciemność, jakby właśnie przeminął dzień i niedługo miała zapaść noc. A przecież wszyscy dopiero się obudzili.
- I tak mają wyglądać moje ferie? - jęknęła teatralnie Andżelika i opadła na kanapę, nakrywając oczy dłonią. - Ale dno. Będziemy siedzieć po ciemku i bez butów w tej skutej lodem, metalowej puszce? Kto by pomyślał, że moi starzy uznają ferie spędzone w przerobionym kontenerze za lepsze od tych w prawdziwym hotelu z sauną i basenem.
- Tutaj najlepiej widać zorzę polarną - odparł nieśmiało chłopak, nie odrywając spojrzenia od skutych lodem wód i fiordów.
- Może i tak, ale za to całość wygląda jak z jakiegoś horroru.
Rzeczywiście tak było. Po tej stronie Troms? nie brakowało ciężkiego sprzętu, który na pierwszy rzut oka wyglądał na porzucony. Wszędzie przy drogach stały dźwigi i koparki przypominające zamarznięte, stalowe owady gotowe uderzyć w każdej chwili.
- I ten cały śnieg - dodała po polsku niska brunetka, która rysowała palcem na szybie koła i kwadraty.
- I tak powinno być go o wiele więcej - odparł nastolatek, który wspomniał zorzę. - Wszystko się roztapia. Ulicami płyną strumienie. Lodowce codziennie się rozpadają. Miejscowi mówią, że nigdy nie widzieli tak deszczowej zimy.
Andżelika przyjrzała się chłopakowi. Kaptur naciągnięty na głowę, blada skóra, podkrążone oczy i zacięta mina. Nie sprawiał najlepszego wrażenia.
- Jak się nazywasz?
- Kuba - odparł zrezygnowanym głosem.
- Wszystko ok? - zapytała, badawczo przyglądając się chłopakowi. - Nie wyglądasz najlepiej.
Uśmiechnął się krzywo i rzucił jej dziwne spojrzenie. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale praktycznie od razu je zamknął. Zastanawiał się chwilę, zanim w końcu odzyskał mowę. Andżelice mogłoby wydać się to osobliwe, ale orientowała się, jak działa na chłopców.
- Martwię się tą aferą - powiedział w końcu, wbijając ręce w kieszenie. - Chciałbym, żeby to wszystko się nie wydarzyło.
Była to niewypowiedziana myśl, która nękała wszystkich w salonie. Nawet jeśli do tej pory nikt nie miał odwagi jej podjąć.
- Jeśli to Javier za tym stoi, to musi być skończonym idiotą - wtrąciła dziewczyna, która wciąż bawiła się przy oknie. - Naprawdę wydaje się wam, że gość, który pracuje tu od lat i związał z tym miejscem swoje życie, nagle kradnie jakieś przypadkowe buty? A do tego zostawia swoje własne nietknięte? Śmiechu warte!
Ona ma rację. Po co to wszystko? Totalnie odklejony pomysł. Tutaj musiało stać się coś innego. Coś czego nasi rodzicie zupełnie się nie spodziewają. Być może... - pomyślała Andżelika.
- Nie zdziwiłabym się, gdyby za tym całym zamieszaniem stał ktoś, kto właśnie jest w tym pokoju - kontynuowała, odwracając twarz ku swoim rozmówcom. Zmierzyła ich takim wzrokiem, jakby lada chwila miała wyjawić, kto jest odpowiedzialny za kradzież.
Andżelika i Kuba czekali w napięciu, ale kiedy zdali sobie sprawę, że nie miała zamiaru niczego dodać, poczuli rozczarowanie.
- Już myślałam, że to rozgryzłaś - zaśmiała się Andżelika. - Boże, ale ja jestem czasem głupia. Mam na imię Andżelika.
Dziewczyna w okularach i z kręconymi włosami uśmiechnęła się przebiegle z pewną wyższością. Andżelika od razu zauważyła, że musiała być kujonką. Przynajmniej taka aura ją otaczała.
- Marysia - przedstawiła się i uścisnęła dłonie nowo poznanych znajomych. - Uważam, że powinniśmy powiedzieć naszym rodzicom o tym, co przed chwilą przedyskutowaliśmy, zanim postanowią zlinczować naszego biednego gospodarza. Mam tylko nadzieję, że jeszcze nic mu nie zrobili, bo zapewne tylko on wie, jak zarządzać tą budą, gdyby coś się stało. A wolałabym nie zostać bez prądu czy Internetu.
Brak energii w takim miejscu nie brzmiał jak coś zabawnego. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, jak szybko spadłaby temperatura. Czy zamarzliby w ciągu nocy?
- Nieźle mnie nastraszyłaś, Marysiu - poskarżyła się Andżelika.
Zapatrzyła się w okno i zaczęła zastanawiać, kiedy wszystko wróci do normy. Poczuła się, jakby była w złym śnie. Z dala od przyjaciół i domu. Nigdy wcześniej nie doświadczyła takiego osamotnienia i tęsknoty. Była przygnębiona, w niczym nie znajdowała otuchy. Ani w zmartwionych twarzach kolegów, ani w zamarzniętych nocnych pejzażach dominujących za oknem.
- Andżelika - wyrwała ją z zamyślenia koleżanka, delikatnie dotykając jej ramienia. - Ten facet, czy to twój tata?
Spojrzała w kierunku drzwi prowadzących do salonu. Rzeczywiście stał w nich jej ojciec. Jego zwalista sylwetka praktycznie wypełniała całą framugę, odcinając światło, które wydobywało się z kuchni za jego plecami. Wszedł po chwili i ruszył w kierunku córki. Tuż za nim weszła reszta rodziców. Wszyscy mieli poważne miny i blade twarze. Zmęczonymi oczami taksowali pokój, jakby w poszukiwaniu nowych problemów, które musieliby dźwigać na spracowanych barkach.
- Dżeli - rzucił na powitanie jej ojciec. - Chciałem wam powiedzieć, że doszliśmy do pewnego porozumienia w sprawie naszego gospodarza.
- Tato, posłuchaj - wtrąciła dziewczyna. - Zanim powiesz mi resztę, mamy coś ważnego do przekazania.
Ojciec uśmiechnął się pobłażliwie i mówił dalej, nie pozwalając, aby ponownie mu przerwała.
- Nie martw się, księżniczko. Wszystko w porządku. Twój tata zajął się wszystkim. Już po sprawie.
Natychmiast się zirytowała. Nienawidziła, gdy traktował ją w ten sposób. Szczególnie na oczach znajomych.
- Tata szeryf znów wszystkim się zajął? - odgryzła się. - Dobrze, że ja, mała i głupia dziewczynka, nie muszę się już niczym martwić ani o niczym myśleć!
Ojciec najeżył się i ruszył w kierunku nastolatki. Dzieliły ich zaledwie centymetry. Zdecydowanie górował nad drobną córką, ale nie dała się przestraszyć. Nie cofnęła się. Patrzyła mu prosto w oczy z zaciśniętymi ustami.
- A myślisz, że jak miałoby to wyglądać? Wolałabyś sama wszystko załatwić? To nie problemy na szkolnej przerwie. Tak czy inaczej, chciałem ci tylko powiedzieć, że już jest po wszystkim i nie ma się czego bać. Czy to coś złego?
- Znaleźliście nasze buty?
Po minie ojca poznała, że nie ma dobrych wieści.
- No to super. To co takiego załatwiliście?
- Facet jest zamknięty w swoim pokoju. Czekamy na policję - tłumaczył. - Powinna być jutro. No co? Nie patrz tak na mnie. Coś jest nie tak z drogą. Z zasięgiem zresztą też. W każdym razie rano wszystko powinno być załatwione i sprawy wrócą do normy.
- Dopiero jutro? - jęknęła Andżelika. - To co mamy robić cały dzień bez butów?
- Coś wymyślicie. Mają tu przecież gry planszowe, możesz też posiedzieć z mamą. Bardzo zależało jej na tych wspólnych wakacjach.
Zupełnie się poddała. Powietrze schodziło z niej jak z przekłutej dętki rowerowej. Wiedziała jednak, że niczego nie wskóra, kłócąc się z ojcem.
- Super - rzuciła ironicznie, odwracając się do swoich nowych znajomych. - To będą najlepsze ferie.
*
Javier czuł się zbrukany. Nie mógł uwierzyć, że został uwięziony we własnym hotelu. Dlaczego ktokolwiek mógłby pomyśleć, że stał za tą śmieszną kradzieżą? Siedział na łóżku i kontemplował wydarzenia z ostatnich godzin. Kogo widział ostatnio na korytarzu, gdzie wszyscy trzymali swój sprzęt zimowy. Gdyby tylko sobie przypomniał, mógłby oczyścić swoje imię. Farsa dobiegłaby końca. Był jednak zbyt zestresowany i rozgoryczony.
Nagły łoskot odwrócił jego uwagę.
Zaniepokoiło go to. Nie rozumiał dlaczego ktoś miałby opuścić schronienie w środku nocy. Wyjrzał za okno, ale niczego nie dostrzegł. Pogoda była kiepska, niebo zachmurzone. Czyli nie chodziło o obserwację aurory.
- Czemu psy nie szczekają? - wyszeptał po hiszpańsku, z coraz większym lękiem przyglądając się ponurej czerni, zalegającej nad całym światem.
Dostrzegł kształt, poruszenie na tle upiornego, widmowego świata zimy. Pies. Mignął mu dosłownie na chwilę, nim zniknął w paskudnej zadymce. Wyglądał na przerażonego, jakby przed czymś uciekał. Co mogło go tak wystraszyć?
Po chwili pożałował, że zapragnął odkryć tajemnicę. Otworzył szeroko oczy, chciał krzyknąć, ale zaniemówił. Za oknem stało coś...
Człowiek?
Zwierzę?
Nie mógł być pewny. Sylwetka migotała w słabym świetle pojedynczego reflektora, oświetlającego parking. Wyglądała niczym miraż, zmieniała się, nie mogła zdecydować na formę.
- Strzeż mnie Matko Boska - wymamrotał, na chwilę przed tym, jak rozpętało się piekło.