Lindt & Sprüngli. Dwóch rywali, jedno marzenie - Lisa Graf

-
Proszę czekać

Rudolf Lindt

- Rudolfie! - zawołała opiekunka.

Chłopiec odwrócił się do niej na chwilę i pomachał.

Caroline oraz jego siostry - Anna i Emma - stały przy straganie tuż przed tymi wstrętnymi pelargoniami o grubych ciemnozielonych owłosionych liściach, które w dotyku przypominały łapki kota. Kobieta rozejrzała się za nim, pomachała mu i zachęciła, żeby do nich podszedł. Ale Rudolf tylko pokręcił głową. Nienawidził pelargonii. Może ich czerwone pąki wyglądały ładnie na balkonach i werandach mieszczańskich domów, ale zwyczajnie śmierdziały i dlatego ich nie lubił. Kwiat, który nie pachnie ładnie, jest jak słońce, które nie ogrzewa, lub trawa, która kłuje w stopy niczym ściernisko, gdy biega się po nim boso.

- Stój tam! - zawołała Caroline.

Anna, starsza z jego dwóch sióstr, z dezaprobatą zacisnęła usta. Mimo że była młodsza od Rudolfa, zgrywała drugą opiekunkę, węszyła wokół niego i przy każdej okazji skarżyła rodzicom. Emma, czterolatka, mocno przytuliła się do siostry i szła za nią jak cień.

Rudolf podniósł rękę na znak, że usłyszał Caroline, i zatrzymał się. Powiódł wzrokiem po targowisku. Wszystko zdawało się być w ruchu. Nawet handlarze biegali wokół swoich budek i stoisk, gestykulując głośno, i wychwalali towary lub sprzeczali się z klientkami, które skarżyły się na to, że ich warzywa nie są wystarczająco świeże albo że ziemniaki już cuchną zgnilizną. A przy tym zawsze chodziło o cenę - tyle Rudolf już rozumiał - ponieważ po dwóch, trzech minutach takich przepychanek słownych zwykle zaczynały się negocjacje.

- Dam ci czwórkę za ziemniaki - powiedział mężczyzna w czarnym filcowym kapeluszu.

- Czwórkę? Zabawny jesteś. Przynajmniej szóstka.

Mężczyzna uniósł nieco kapelusz i podrapał się nad prawym uchem. Potem potrząsnął głową i poszedł dalej.

- Czekaj, czekaj! - zawołał za nim handlarz. - Niech będzie piątka i w porządku.

Klient jeszcze raz się zatrzymał, znów podrapał się po głowie, następnie skinął i wrócił.

Rudolf zapomniał już o Caroline oraz swoich siostrach i poszedł kawałek dalej wzdłuż Marktgasse, po której kręcili się ludzie, jeździły konie i furmanki. Sprzedawcy warzyw z okolicznych gospodarstw wystawiali towar bezpośrednio ze swoich wozów. Handlarka jajami siedziała na trójnogim stołku i balansowała wielkim okrągłym koszykiem na swoich kolanach. Dziewczynka sprzedająca kwiaty rozłożyła bukiety fiołków na sfatygowanej chuście na ziemi. Nie była wiele starsza od Rudolfa, może dwa lub trzy lata, i miała bardzo ładne białe zęby, co zauważył, gdy się uśmiechnęła. Chłopiec odwzajemnił uśmiech, nie otwierając przy tym ust, ponieważ nadal brakowało mu obydwu górnych siekaczy, choć latem skończył już osiem lat. Chętnie przeskoczyłby rok lub dwa, żeby być tak dużym jak dziewczynka sprzedająca kwiaty. Przede wszystkim jednak chciałby mieć takie zęby jak ona.

- Możesz przez chwilę popilnować moich kwiatów? - zagadnęła. - Zaraz wrócę.

Jeszcze zanim Rudolf zdążył odpowiedzieć, pobiegła do fontanny, spod fartuszka wyciągnęła dzbanek i napełniła go wodą. Odstawiła naczynie i przytknęła usta bezpośrednio do strumienia. Przełykała tak równomiernie, jakby robiła to bardzo często. Gdy miała już dosyć, otarła buzię wierzchem dłoni i wróciła z napełnionym dzbankiem. Uśmiechnęła się i ponownie pokazała prześliczne, białe i przede wszystkim kompletne uzębienie. Mogła powiedzieć "dziękuję", czego jednak nie zrobiła.

Naprzeciw znajdowało się stoisko handlarza warzyw z Ticino. Mężczyzna miał czerwoną chusteczkę wokół szyi i cieniuteńkiego wąsa, który wyglądał jak namalowany. Na jego wózku ręcznym piętrzyły się ogórki, z jednej strony zielone, z drugiej grubsze w kolorze ciemnego fioletu, tych Rudolf jeszcze nigdy nie widział.

- Buongiorno - pozdrowił go handlarz. - Bellissime zucchine - zawołał i wskazał na zielone ogórki. Te z fioletową skórką nazwał melanzane. Wziął żółty kwiat ogórka, wielki jak kubek, paznokciem odczepił od owocu i podał Rudolfowi. - Bellissima fiore di zucca - powiedział i położył go chłopcu na dłoni.

Rudolf podziękował i zaraz przyszedł mu na myśl ojciec. Czy widział już kiedyś tak duży kwiat ogórka? Apteka taty znajdowała się tylko kilka kroków dalej, po drugiej stronie Marktgasse. Rudolf ruszył biegiem z kwiatem, który nie mieścił się nawet w jego dłoni. O wiele za późno usłyszał stukot kopyt na kostce brukowej i chrzęst okutych żelazem kół wozu. Już czuł zapach końskiego potu i widział przerażenie w wielkich ciemnobrązowych oczach zwierzęcia, gdy to uniosło łeb i zaczęło podskakiwać, jakby chciało się unieść. Rudolf stanął jak wryty. Wtem poczuł, że ktoś chwyta go za ramię i jednym szarpnięciem odciąga od konia i wozu. Potknął się i spojrzał w parę szeroko rozwartych brązowych oczu i rozdziawione usta z równymi, śnieżnobiałymi zębami. Tymczasem nad nim już pochylał się handlarz ogórków.

- Madonna! - zawołał i przeżegnał się.

Rudolf podniósł się z bruku, strzepnął brud z brązowych wełnianych spodni i uśmiechnął się krzywo do dziewczynki sprzedającej kwiaty. Jeszcze zanim wykrztusił choćby słowo, ktoś potrząsnął jego ramionami. Chłopak odwrócił się, przed nim stała Caroline, za nią Anna, z przerażenia zasłaniająca usta dłonią, i Emma, której po krągłej twarzyczce spływały łzy.

- Rodolphie, co ty wyprawiasz? - ofuknęła go Caroline ze swym francuskim akcentem, wciąż mocno trzymając go za ramiona. - Zrobiłeś sobie krzywdę?

Ze zdenerwowania nazwała go "Rodolphe", co robiła tylko wtedy, gdy byli sami lub gdy rozmawiała z nim trochę po francusku. Rodzice tego nie lubili, ale Rudolf uwielbiał, kiedy opiekunka wymawiała jego imię w tym języku.

- Ona uratowała mnie przed pędzącym wozem. - Rudolf wskazał dziewczynkę handlującą kwiatami.

- Zatem musisz jej podziękować - powiedziała Caroline i zwróciła się do dziewczyny: - Jak się nazywasz?

- Binia - odparła.

- A gdzie mieszkasz?

- Na dole - odpowiedziała dziewczynka i pokazała na wieżę Zytglogge i Kramgasse, gdzie stare miasto ciągnęło się w dół w kierunku rzeki Aary - w Matte. Mój tata jest szyprem.

A mój aptekarzem, chciał powiedzieć Rudolf, i mieszkamy tu u góry, na Marktgasse. Ale Binia z pewnością już się tego domyśliła, po tym jak rozpoznała w Caroline opiekunkę z francuskojęzycznego obszaru Szwajcarii, a w jego siostrach Annie i Emmie, ubranych w białe bluzeczki i granatowe wełniane kaftaniki, dziewczynki z lepszego domu.

Rudolf dość oficjalnie podał jej rękę i powiedział:

- Dziękuję, Biniu. - Następnie odwrócił się do Caroline. - Zaczekajcie tutaj, zaraz wracam.

- Ale uważaj! - zawołała za nim opiekunka.

Rudolf pobiegł do cukierni Kuentza, która była oddalona tylko o kilka kroków, i szybko przeliczył, ile centymów ma w kieszeni.

- Co podać? - zapytała miła panienka w koronkowym czepku, gdy nadeszła jego kolej.

Rudolf zdecydował się na czekoladę.

- A którą młody pan sobie życzy?

- Tę od Kohlera.

- Dobry wybór - stwierdził cukiernik, który właśnie wszedł do sklepu z piekarni. - A poza tym to marka rodziny, z którą młody pan Lindt jest spokrewniony, zgadza się? - Kuentz znał jego ojca, aptekarza Lindta z Marktgasse, a prawdopodobnie także jego dziadka, lekarza Lindta, który miał praktykę na Hotelgasse.

- Tak, zgadza się - powiedział Rudolf. - Monsieur Kohler z Lozanny to mój dziadek cioteczny.

- Więc moglibyście kupować czekoladę bezpośrednio u niego w fabryce.

- Ale ja potrzebuję jej już teraz - rzekł Rudolf. - To ma być prezent.

- Dobrze, zapakujemy ją naprawdę ładnie, prawda, Greth?

Rudolf zawahał się.

- Zwykły papier też może być - zdecydował.

- Bez wstążki? - zapytał cukiernik.

- Bez wstążki. - Rudolf spojrzał na swoje siostry stojące na zewnątrz przy oknie wystawowym i zerkające na niego z zaciekawieniem.

Gdy wyszedł ze sklepu z paczuszką, Anna zapytała:

- I co jest w środku?

- Nic ci do tego - odparł Rudolf i pobiegł z powrotem do Binii, by przekazać pakunek. Za kilka centymów, które mu jeszcze zostały, kupił jeden z jej bukietów fiołków i podarował go Caroline. Gdy obejrzał się na środek ulicy, gdzie niemal wpadł pod koła wozu, zauważył leżący tam fior di zuccha - zapamiętał sobie nazwę tego kwiatu - stratowany przez końskie kopyta i spłaszczony przez koła.

***

Binia Haab

Zaraz po tym, jak chłopak z opiekunką i swoimi dwiema młodszymi siostrami odeszli, Binia wyciągnęła paczuszkę z kieszeni spódnicy. Odwinęła z papieru tabliczkę czekolady. Na pięknym niebiesko-białym papierze, w który była dodatkowo zapakowana, widniało "Czekolada Kohler". Binia odwinęła również tę warstwę, podetknęła ciemną czekoladę pod nos i powąchała, raz przesunęła po niej językiem, po czym znów ją zapakowała. Chciała jeszcze trochę mieć swój skarb, a nie tak po prostu pochłonąć go tu, wśród tych wszystkich ludzi, a potem wrócić do domu z pustymi rękami, zupełnie tak, jakby kompletnie nic się nie wydarzyło. A przecież dziś wydarzyło się coś bardzo ważnego: otrzymała w prezencie pierwszą czekoladę w swoim życiu. Kto wie, czy to się jeszcze kiedyś powtórzy? W tej sytuacji nie mogła więc tak zwyczajnie jej zjeść, jak kawałka ciemnego chleba czy dojrzałego jabłka. Z jednej strony z chęcią by komuś o tym opowiedziała i pokazała swój skarb przyjaciołom z Matte. Z drugiej, chcąc nie chcąc, musiałaby się wtedy podzielić. A ta myśl nie za bardzo jej się podobała. Czekolada należała tylko do niej. Zasłużyła sobie na nią, ponieważ nie spuściła z oczu tego elegancika o jasnych oczach i ustach, które jak na chłopca były niemal zbyt ładnie zarysowane. Dostrzegła również, gdy ten ze swym śmiesznym żółtym kwiatem prawie wbiegł prosto pod koła jednego z powozów, które toczyły się przez Marktgasse. Szybko znalazła się obok niego, zostawiła swoje fiołki i szarpnęła go za ramię, zanim szkapa stratowałaby nieszczęśnika. Ten chłopak musiał być marzycielem. A jak się starał nie otwierać ust, by ukryć luki w uzębieniu. Właściwie to było urocze. Czy jeszcze się kiedyś zobaczą? Być może przypadkowo na targu. Mieszkali wprawdzie w tym samym mieście, lecz ona na dole przy rzece, on na górze, wcale nie tak daleko, a jednak w dwóch różnych światach. Matka posłała Binię z fiołkami na targ, a wcześniej wyszorowała jej twarz i ręce. Zaplotła warkocz, zwinęła w ślimak na karku i spięła szpilką do włosów. Dziewczynka musiała też założyć świeżo wypraną bluzkę, jak w niedzielę. Mimo to nie sprzedała nawet połowy swoich bukiecików. To chyba przez fiołki, które teraz, wiosną, można było zbierać samemu na skraju lasu. Nie zrobiła nic złego, ani razu nie dłubała w nosie, nie gwizdała i nie przeklinała. Binia włożyła pozostałe bukiety do dzbanka. Być może będzie mogła spróbować raz jeszcze w kolejny dzień targowy. Nie zarobiła wiele. Monety tkwiły w jednej kieszeni spódnicy. W drugiej była paczuszka z czekoladą. Zgarnęła swoją chustkę, zawiązała ją wokół szyi i przeszła pod łukami wieży Zytglogge, obok fontanny Zähringenbrunnen, a potem w dół ulicami Kramgasse, a następnie Gerechtigkeitgasse w kierunku rzeki Aary. Na Nydegasse zeszła schodami do dzielnicy Matte. Jednak nie poszła od razu do domu, ale wślizgnęła się pod pierwszy łuk mostu Nydegg. W to miejsce blisko rzeki, która była intensywnie zielona, ponieważ brała swój początek z lodowca, zwykle nikt inny nie przychodził. Binia usiadła na jednym z wielkich, gładko wyszlifowanych piaskiem i nurtem rzeki kamieni i wypakowała swoją czekoladę. Znów zbliżyła nos do brązowych kosteczek, powąchała je, polizała i odgryzła pierwszy maluteńki kawałeczek. Smakował słodko, ale nie jak cukier. Zapach nie przypominał fiołków ani innych kwiatów, które Binia znała, a kakao było niemal trochę gorzkie, lecz razem ze słodkością cukru i tą oszałamiającą wonią powstało coś zupełnie nowego. A zatem tak smakowała czekolada! Binia siedziała pod mostem jeszcze przez chwilę i pozwalała, by słodka tabliczka kawałek po kawałku rozpływała się jej na języku. Zapakowała z powrotem dopiero ostatni kęs, by zachować go jeszcze przez parę godzin lub dni. Potem wzięła dzbanek i pobiegła do domu.

***

Rudolf Lindt

Ustalili, że rodzice nie powinni dowiedzieć się o całym zajściu.

- Na szczęście nic się nie stało - powiedziała Caroline, zanim weszli do domu. Dla Rudolfa było jasne, że ma wyrzuty sumienia, bo straciła go z oczu, gdy wybierała pelargonie. I rzeczywiście po powrocie do domu nikt nie poruszył tego tematu. Nawet Anna i mała Emma trzymały język za zębami. Mamę zainteresowały wyłącznie pelargonie. Lubiła jaskrawą czerwień tych kwiatów i grube liście, zdawała się wcale nie zauważać ich smrodu. Gosposia musiała od razu zacząć sadzić je do doniczek i wystawić na zewnątrz na parapet. Z jadalni dało się słyszeć szczebiotanie i ciche krzyki. Fanny, najmłodsza siostra Rudolfa, podciągnęła się na szczebelkach w kojcu. Gdy dostrzegła Rudolfa, wyciągnęła do niego rączki i zagulgotała z radości, kiedy ją wyjmował. Fanny była ślicznym dzieckiem, miała orzechowe oczy i blond loczki.

Caroline zjadła obiad z personelem w kuchni. Gdy do domu wrócił ojciec i rodzina zasiadła do stołu, Anna, mimo ustaleń, wspomniała o wydarzeniach na targu.

- Dziś na Marktgasse Rudolfa prawie przejechał powóz - powiedziała.

- Naprawdę? - zapytała matka. - Caroline nic mi o tym nie mówiła. I Rudolf też nie. - Spojrzała na syna.

- Nie było tak źle - stwierdził Rudolf. - Powinienem bardziej uważać.

- A gdzie była Caroline? - zapytał ojciec, pijąc zupę z kubka, jak miał w zwyczaju. - Czy nie jest po to, by na was uważać, nicponie?

- Stała przy stoisku z pelargoniami - wyjaśnił Rudolf.

- Dziewczynka z Matte sprzedająca kwiatki w porę go odciągnęła. - Sześcioletnia Anna poczuła się ważna. - Inaczej wóz by go przejechał albo koń stratował. Stratował na śmierć!

Rudolf kopnął Annę w piszczel. Ta krzyknęła, ale mimo wszystko nie przestała mówić.

- I potem kupił tej biednej dziewczynce czekoladę u Kuentza - naskarżyła.

- Dlaczego właśnie czekoladę? - była ciekawa matka.

- A dlaczego nie? - spytał Rudolf. - Przecież każdy lubi czekoladę, szczególnie damy.

- Myślę, że to była biedna dziewczyna, która handlowała kwiatami na targu, jak opowiedziała Anna, a nie dama - odparła matka. - Bardziej niż czekolady potrzebuje zapewne mąki, ziemniaków, mięsa i jajek. Czegoś, czym jej mama może wykarmić rodzinę.

- No dobrze - powiedział Rudolf, nie dając po sobie poznać rozczarowania. - To w następny dzień targowy kupię jej jeszcze i to.

- A masz tyle pieniędzy? - chciał wiedzieć ojciec.

- Wezmę z moich oszczędności.

- Ale czy to nie za wiele? - Matka potrząsnęła głową. - Najpierw czekolada, a teraz jeszcze mięso?

- Za wiele? - zapytał Rudolf. - Binia uratowała mi życie. Czy to nie jest więcej warte niż tych kilka centymów z mojej skarbonki?

- I tu właściwie ma rację - rzekł ojciec. - A jeśli nie wystarczy ci twoich pieniędzy, przyjdziesz do matki albo do mnie i pożyczysz.

Rudolf rzucił siostrze triumfalne spojrzenie. Oczywiście z zamkniętymi ustami. Gdyby wreszcie wyrosły mu górne siekacze! Chodzenie z tą wielką luką w zębach było takie poniżające. Przynajmniej Anna zapomniała poskarżyć, że Caroline znów nazwała go Rodolphe'em, choć matka tego nie lubiła.

 

W jego skarbonce już od dawna nie było tak dużej sumy, jak Rudolf sądził. Teraz przypomniało mu się, że niedawno wydał pieniądze na urodziny Caroline. Mama wprawdzie uważała, że to nie jest konieczne, ale Rudolf chciał jej podarować coś ładnego, bo była to pierwsza opiekunka, którą naprawdę polubił, i ponieważ - gdy siostry zasnęły - śpiewała mu do snu francuskie piosenki. Bardzo cicho, swoim pięknym głosem. Albo recytowała mu jedną z bajek Lafontaine'a.

- Maître Corbeau, sur un arbre perché, tenait en son bec un fromage.

Najpierw mówiła po francusku, a potem tłumaczyła historię lisa, który był o wiele sprytniejszy od kruka i dzięki swemu sprytowi wyłudził od niego kawałek sera.

Następnego dnia Caroline miała wolne popołudnie. Gdy po obiedzie kucharka wyszła, by uciąć sobie drzemkę, a Rudolf usłyszał za drzwiami jej pokoju, jak chrapie, zakradł się do spiżarni. Do koszyka na samo dno zapakował chleb, na niego położył dwie grube kiełbasy, a na samą górę tuzin jaj, z których każde z osobna owinął papierem gazetowym. Pomiędzy wetknął jeszcze kilka jabłek i zakrył wszystko chustką. Nie chciał zostać zagadnięty o zawartość koszyka ani przez personel, ani przez dorosłych na ulicy.

Rudolf nie pamiętał już, kiedy ostatni raz odwiedził Matte, dzielnicę na dole, przy pętli Aary, gdzie domy mieszkalne nie były tak okazałe jak w mieście na górze. Może wtedy, kiedy jego tata szukał rzemieślnika albo odbierał pilnie potrzebny w aptece towar, który był transportowany przez szyprów w dół rzeki. Być może wcale nie poszedł na dół z ojcem, tylko z jego pomocnikiem z apteki, który zabrał go ze sobą. O ile Rudolfowi było wiadomo, mieszkańcy dzielnicy Matte mieli własną szkołę, więc ktoś taki jak on, z górnej części miasta, nie miał tam kolegów, a już na pewno nie przyjaciół. Bądź co bądź Rudolf pamiętał jeszcze, jak schodzi się do Matte. Na tyłach katedry z wielkiej platformy widokowej pod kasztanowcem można było spojrzeć w dół na wąskie szeregi domów. Mógł stamtąd obserwować łodzie i tratwy podążające w dół rzeki na rozładunek w Matte. Było ich całkiem sporo i z tego miejsca wyglądały jak statki zabawkowe.

Na końcu Münstergasse Rudolf znalazł wejście na schody prowadzące do Matte. Były strome i miały naprawdę bardzo dużo stopni. Schodząc, próbował je liczyć, ale dotarł jedynie do trzydziestu pięciu. Musiał przecież uważać na swój kosz i tuzin jajek w środku. Przeszedł jeszcze kawałek, gdy usłyszał za sobą szybkie kroki. Odwrócił się i zobaczył, jak dwóch starszych od niego chłopaków - jeden w kaszkiecie i szelkach na koszuli, drugi, nieco niższy, ale wciąż wyższy od Rudolfa - idzie za nim po schodach. Rozmawiali ze sobą, ale nie mógł niczego zrozumieć. Gdy ci dwaj wreszcie go dogonili, podczas gdy Rudolf trzymał się blisko ściany, ten w szelkach zagadnął go. Chłopiec nie zareagował. Jego serce biło o wiele za głośno. Jeszcze bardziej przesunął się na bok, zrobił im miejsce, ale oni ani myśleli iść dalej i zostawić go w spokoju.

- Dokąd to? - zapytał chłopak, teraz najwyraźniej po raz drugi.

- Do Matte - odparł Rudolf.

- Ach tak, chłopczyk chce do nas, do Matte. A czego on tam szuka, ten mały pędrak w swoich rybaczkach, czystych skarpetach i wyglansowanych butach? Spójrz na niego, Jürg. Takiego elegancika nie spotkasz u nas w Matte zbyt często. Zgadza się?

Jürg się uśmiechnął.

- Dokąd idziesz z tym koszykiem? Na zakupy?

- Nie - odpowiedział Rudolf. - Niosę coś. - I już zobaczył kiełbasę i jajka znikające w kieszeniach obydwu chłopaków. Być może zabiorą mu zaraz cały koszyk. Kucharka na pewno zapyta go o jedzenie, które wziął. Ale jeśli i koszyka nie będzie, to znajdzie się w poważnych tarapatach.

- No proszę - odezwał się ten wyższy z rudoblond czupryną i piegami w okolicy nosa, gdy podniósł chustę, którą Rudolf przykrył swoje skarby. Pod jego paznokciami było mnóstwo brudu. Rudolfowi wydawało się, że nawet go czuje. A do tego ten kwaśny pot, który na znoszonej koszuli rudowłosego tworzył pod pachami jasne pierścienie. - A dokąd dokładnie?

Zrezygnowany Rudolf wzruszył ramionami. Domyślał się, że przez tych dwóch chłopaków cały jego plan prawdopodobnie już teraz spali na panewce, a on wróci do domu z pustymi rękoma i dostanie od kucharki burę, której następstwem niechybnie będzie tydzień aresztu domowego. Gdyby tylko cały i zdrowy wrócił na Marktgasse. Rudolf zadarł nos i zebrał się na odwagę.

- Do dziewczyny - odpowiedział.

- Oho! - Rudowłosy szturchnął Jürga w bok. - Nie jesteś na to trochę za mały? Przecież nawet nie masz jeszcze wszystkich zębów.

Rudolf pociągnął nosem. Rudzielec rozdrapał jego najboleśniejszą ranę, ale w sumie było mu to obojętne. Nie wyjdzie cało z tej sytuacji, a na koniec być może poza luką w uzębieniu będzie miał jeszcze inne ubytki.

Po tym jak chwilę stali i śmiali się z niego, ten z szelkami zapytał:

- A czy ta dziewczyna ma jakieś imię, hę?

Rudolf zawahał się. Czy czasem jej tym nie zaszkodzi? Wystarczy przecież, że on dostanie łupnia. Jednak co innego mu pozostało?

- Ma na imię Binia - odparł w końcu.

- Binia? - Obydwaj spojrzeli na niego, jakby powiedział Śpiąca Królewna albo Kopciuszek. Jakby chciał sobie z nich zażartować.

- Masz na myśli Binię Haab? - zapytał ten o rudej czuprynie.

Rudolf wzruszył ramionami.

- Wiem tylko, że ma na imię Binia i sprzedaje kwiaty na targu u góry. Jej tata jest szyprem. Znacie ją?

- Binię? Oczywiście! Ją zna tu każdy, prawda, Jürg?

Ten drugi skinął głową. Tylko czy to dobrze, czy źle?

- I ten kosz jest dla niej? - zapytał piegowaty.

Rudolf przytaknął.

- To chodź z nami. Zaprowadzimy cię do niej. Jürg, weź od niego ten kosz, w przeciwnym razie jeszcze się potknie na schodach i wtedy będzie sałatka jajeczna. - Zaśmiał się. - Jestem Ferdi, a ty?

- Rudolf. Rudolf Lindt.

- Twój ojciec jest grubą rybą u góry w mieście?

- Tylko aptekarzem. - Rudolf wytarł nos wierzchem dłoni. Wciąż był czujny, ale jego zdenerwowanie powoli ustępowało. Może jednak uniknie porządnego lania.

***

Binia Haab

Cóż za nudne popołudnie! Karty do gry leżały rozrzucone na zniszczonym pniaku, który wyrzuciła na brzeg rzeka. Binia siedziała na swoim tronie pośrodku opuszczonej hali magazynowej z wybitymi szybami. Miała na głowie brązowy cylinder, w środku prawie podarty, a jej tronem był wiklinowy fotel z nogami o różnej długości. Nie udało się dziś zebrać nawet jednej czwartej graczy. Gdzie oni wszyscy się podziewali? Chyba nie ślęczeli w domu nad zadaniami. Może musieli pomóc w domu swoim ojcom, a dziewczyny mamom. Cóż, jeszcze przyjdą. W końcu jedną czwartą udało się zebrać. Jass4 od miesięcy był jej ulubionym zajęciem, a przy odrobinie szczęścia, w jedno popołudnie można było nawet wygrać kilka centymów. Albo inny zastaw, gdyby któryś z graczy nie miał żadnych monet w kieszeni. W każdym razie Karl i Hansruedi, z którymi właśnie grała, zaraz zaczną się kłócić, bo nic lepszego nie przyszło im do głowy.

- Ciii! Uciszcie się, wy dwaj! - ofuknęła obydwu Binia.

- Dlaczego, co się dzieje? - Karl już prawie dusił Hansruediego ramieniem.

- Wydaje mi się, że ktoś idzie - powiedziała Binia.

- Ktoś z naszych? - zapytał Hansruedi i wyswobodził się z uchwytu Karla.

- Cicho! - nakazała dziewczyna i zacisnęła powieki. Nasłuchiwała dźwięków z zewnątrz. Stuk, stuk, stuk - zastukało do drzwi. I raz jeszcze: stuk, stuk, stuk.

- To jedni z naszych - odezwała się Binia, gdy już ktoś przesuwał w bok skrzydło drzwi. Zardzewiałe kółko drapało po żelaznej taśmie, w której było zawieszone. Do środka przez szparę w drzwiach wpadły promienie słońca i oślepiły dziewczynę. Binia rozpoznała pod światło wielką niezgrabną postać. To mógł być tylko Ferdi. Więc ten drugi, mniejszy, to był Jürg, odwieczny cień Ferdiego. Ale mieli ze sobą jeszcze trzeciego, który wgapiał się w ciemne wnętrze hali i nie odważył się wejść do środka, dopóki Ferdi nie podbiegł do niego z powrotem, nie ujął go za ramię i nie popchnął przed siebie.

Jeszcze w momencie, gdy Ferdi wołał: "Zobacz, kogo przyprowadziliśmy", Binia go rozpoznała. Zeskoczyła ze swojego tronu tak, że ten się przewrócił, cisnęła cylinder w kąt i śmignęła obok tej trójki do drzwi.

- Zaraz wracam - krzyknęła, czując na plecach ich spojrzenia, ale się nie zatrzymała i nie spojrzała na żadnego z nich, a już na pewno nie na małego chłopca z górnego miasta, który podarował jej czekoladę. Nazywał się Rudolf, tak, Rudolf. Czego on tu chce?

Pobiegła w kierunku pralni, pod którą przepływał mały strumyk. Tam uklęknęła na brzegu i prędko umyła ręce i twarz. Potem mokrymi palcami przeciągnęła po włosach i zaplotła warkocz. Musiała przecież wyglądać jak narzeczona rozbójnika. Jej spódnica była zakurzona, a koszula w wielu miejscach zacerowana. Próbowała strzepnąć kurz ze spódnicy. Na niewiele się to zdało. Wszystkie dzieci w Matte wyglądały tak jak ona. Ale niech on zobaczy, jak się prezentuje, kiedy nie jest tak ładnie ubrana i wyszykowana jak w dni targowe, gdy chodzi sprzedawać kwiaty. Teraz przynajmniej miała czystą twarz. Przerzuciła warkocz na plecy i pobiegła z powrotem do hali magazynowej.

Drzwi były uchylone. Co za nieostrożność. Zazwyczaj rugała za to kolegów, ale pomyślała o swoim gościu i o tym, że w jego obecności powinna się zachowywać.

Najpierw trzeba było przyzwyczaić się do ciemności, to zapewne tylko napędzało Rudolfowi strachu. Stał obok jej tronu. Oczywiście nie pozwolili mu usiąść na fotelu. Ten należał bowiem do niej. Nigdy nie siedział na nim nikt inny, dla niego też nie zrobili wyjątku.

- Cześć, Rudolfie. Co tu robisz?

- Chciał do ciebie - odezwał się Ferdi. - Przyprowadziliśmy go, a Jörg niósł jego koszyk. Schody do Matte są przecież strome dla kogoś o niezbyt długich nóg. Ma na imię Rudolf.

- To już wiem, mądralo. - Podała Rudolfowi rękę.

- Cześć, Biniu - powiedział, a jego jasne, niebieskie oczy uśmiechały się nieśmiało. Również jego wargi rozciągnęły się w uśmiechu, choć z zamkniętymi ustami.

- Co takiego przyniosłeś? - zapytała dziewczynka.

- Zobacz. - Ferdi ściągnął chustę. - Mamy tu jajka, kilka jabłek, och, dwie grube, tłuste kiełbasy i co tam jeszcze jest na dole? A, chleb!

- Dla mnie? - zapytała Binia.

Rudolf skinął głową.

- Wiesz za co.

- Tak - odparła. - Wiem za co. Przyjaciele, poczęstuję was kiełbasą i chlebem. - Wypakowała chleb i podzieliła go na dwie części. Połowę położyła na pniaku przy kartach do gry, a obok jedną z kiełbas. Każdemu rzuciła też jabłko. - Jajka zaniosę mamie - zdecydowała i wzięła koszyk. - Chodź! - zachęciła Rudolfa, który wszystko uważnie obserwował. - Idziemy.

Chłopcy patrzyli za nimi rozczarowani, wreszcie Ferdi szybko wyciągnął z kieszeni nóż myśliwski i zaczął dzielić pomiędzy nich kiełbasę. I z pewnością będą się nieco spierać o największy kawałek, który koniec końców i tak wyląduje w żołądku Ferdiego.

Tym razem Binia, wychodząc z Rudolfem na zewnątrz, zasunęła za sobą drzwi.

- Idziemy do twojej mamy? - zapytał.

Binia stanęła przed nim i oparła wolną rękę o biodro.

- Powiedz, nie przyniosłeś mi dziś żadnej czekolady? - dociekała.

- Przyniosłem - odpowiedział. - Ale tylko taką z moich własnych zapasów. Nie jest nawet cała. Brakuje jednego kawałka.

- Pokaż - poprosiła Binia.

Rudolf sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął nadłamaną tabliczkę.

- Trochę zmiękła. - Chłopiec wzruszył ramionami.

- Nic nie szkodzi. - Binia włożyła ją do koszyka.

Przeszli obok pralni przez Gerberngasse aż do Mostu Nydegg, gdzie Binia pokazała Rudolfowi swoje ulubione miejsce pod pierwszym łukiem, na wąskim pasie kamieni rzecznych. Usiedli, a Rudolf przyglądał się Binii, jak ta kawałek po kawałku rozpuszcza czekoladę na języku. Sam nie chciał ani odrobiny. Dziewczynka zjadła wszystko oprócz ostatniego kawałeczka, który zachowała jako rezerwę na gorsze czasy.

Gdy słońce stało już niżej i rzeka przybrała ciemnozieloną barwę, Binia towarzyszyła Rudolfowi na schodach Nydegg, na których było już naprawdę ciemno. Raz, gdy prawie się potknął, wzięła go za rękę i trzymała ją, aż wyszli na ulicę. Pożegnała się z nim dopiero spory kawałek dalej. Spojrzała na niego i szybko dała mu całusa w policzek. Mogła przysiąc, że twarz Rudolfa w tym momencie płonęła i dlatego tak prędko się odwrócił i odbiegł. Binia stała i czekała, aż chłopak raz jeszcze spojrzy w jej stronę i pomacha na pożegnanie. Poza tym mogła też przysiąc, że uśmiechał się, nie otwierając przy tym ust.

- Twój koszyk! - zawołała i pobiegła za nim. On obejrzał się i wrócił. Dziewczynka uniosła fartuszek i ostrożnie włożyła do niego jajka, obok ułożyła kiełbasę, a pół bochenka chleba wcisnęła pod pachę. Rudolf wziął koszyk i czekał. Binii wydawało się, że teraz nadstawiał drugi policzek, jakby spodziewał się kolejnego całusa. Ale nie sprawiła mu tej przyjemności. Malcowi bez zębów musiał wystarczyć jeden całus. Nawet jeśli robił do niej piękne oczy.

***

Rudolf Lindt

- Uszanowanie - mruknęła panna Ruutz, przeciskając się przez drzwi wejściowe, które uchyliła jedynie odrobinę, jakby miała obawy, że do szacownej oficyny aptekarza Lindta na Marktgasse wpuści zbyt wiele zwyczajnego miejskiego powietrza. - Ależ urosłeś od ostatniego razu, gdy cię tutaj widziałam, Ruedi. A może powinnam raczej powiedzieć Rudolfie albo nawet panie Lindt? - Jej mina pozostała ponura, więc nie można było rozpoznać, czy robi sobie z niego żarty, czy mówi poważnie.

Rudolf spojrzał po sobie. Nie urósł za wiele, za to stał za ladą na stołku. Ubrany był w kitel Brunona, który pomocnik ojca pomógł mu włożyć i przewiązał wokół pasa materiałową taśmą, bo był o wiele za długi. Na koniec wyjął jeszcze z kieszeni spodni gęsty grzebień, zrobił mu równiutki przedziałek na środku głowy i ułożył włosy pomadą.

- Teraz wyglądasz tak jak ja - zażartował Bruno, a Rudolf pomyślał: "Mam nadzieję, że nie", ponieważ pomocnik miał garb na nosie i oczy osadzone nieco za blisko siebie. Właściwie wyglądał trochę jak sowa, ale może tylko Rudolf tak myślał. Zanim Bruno poszedł coś kupić, powiedział mu, że poza panną Ruutz prawdopodobnie żaden klient nie przyjdzie na krótko przed popołudniową przerwą. Tylko ona wstąpi odebrać zamówioną maść z arniki. Miał jej podać słoiczek ze specyfikiem ze składziku pod ladą i odebrać zapłatę. Dwadzieścia osiem centymów, panna Ruutz znała cenę, to nie było jej pierwsze smarowidło. Więc Rudolf stał już przygotowany z maścią w ręku i powiedział:

- Dwadzieścia osiem centymów.

- Co? Tak drogo? - zakrzyknęła panna Ruutz, czym sprawiła, że Rudolf się zachwiał.

- Cena jest taka sama jak zwykle - stwierdził, ale nagle nie był już tego taki pewny.

- Naprawdę? - zapytała panna Ruutz. - Dwadzieścia osiem, nie pomyliłeś się?

Rudolf nie dał po sobie poznać, że ma wątpliwości. Wyprostował ramiona w za dużym kitlu.

- Zrobiona specjalnie dla pani, z arniką, którą mój tata znajduje wysoko w górach.

- Ach tak, a ja myślałam, że ona rośnie na Güsche, tam nie trzeba się wspinać aż tak wysoko. - Starsza pani wyciągnęła chusteczkę i dokładnie wyczyściła nos. Najwyraźniej jej się nie spieszyło. "Güsche" było górą w Bernie i właściwie nazywało się "Gurten". - Czy twój tata jest myśliwym, że chodzi w góry? - zapytała, gdy skończyła wydmuchiwać nos.

- Nie, chodzi tylko dla przyjemności - odparł Rudolf, trzymając dłoń na słoiczku z maścią.

Ruutz pokręciła głową.

- Więc nie chodzi tam z powodu zwierzyny łownej ani roślin leczniczych.

- Ależ tak, przecież rośliny lecznicze również dają mu dużo radości - dodał Rudolf. - A w zeszłym roku razem ze swoim przyjacielem Theo Simmlerem i kilkoma kolegami założył Szwajcarski Klub Alpejski. - Miało to miejsce w Olten, w restauracji dworcowej.

- My, Szwajcarzy, nie możemy zostawiać naszych gór Anglikom czy Austriakom - rzucił hasło Simmler, a ojciec Rudolfa i inni mężczyźni byli tego samego zdania.

Pani Ruutz pokręciła głową.

- Ja już nie rozumiem tych młodych ludzi w dzisiejszych czasach - powiedziała. - A o mężczyznach wiem zasadniczo niewiele. - Teraz na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. - Dlaczego poważany obywatel mający żonę i dzieci musi narażać się na niebezpieczeństwo? Możesz mi to wyjaśnić, Rudolfie? - Popatrzyła na niego przenikliwie. - Może ty też chodzisz z ojcem w góry?

- Nie - odrzekł Rudolf. - Moje nogi są jeszcze za krótkie.

- A twój kitel trochę za długi. - Panna Ruutz się uśmiechnęła.. - Zatem ile za tę maść, co mówiłeś? Potrzebuję jej na stawy. Podczas chodzenia przede wszystkim kolana odmawiają mi posłuszeństwa.

- Dwadzieścia osiem - odpowiedział Rudolf bez wahania. Znów był tego pewny, a i ona musiała przecież wiedzieć. Założył, że chciała go jedynie trochę wywieść w pole.

- I jesteś tego całkowicie pewny? - Sięgnęła do portmonetki po monety i obejrzała każdą z obu stron, zanim położyła je na ladzie.

Rudolf skinął głową i przeliczył.

- Brakuje jeszcze dwóch.

Niezręcznie wygrzebała kolejną dwójkę.

- Droga ta maść od Lindta - wymamrotała panna Ruutz.

- Ale dobra - powiedział Rudolf. - I chyba pani pomaga, w przeciwnym razie nie wydawałaby pani na nią pieniędzy.

Kobieta spojrzała na niego ze zdziwieniem.

- Niech twój tata chodzi po górach, a ty wyucz się fachu aptekarza. Sądzę, że w interesach jesteś całkiem niegłupi.

Rudolf włożył pieniądze do kasy, podczas gdy starsza pani zapakowała słoiczek z maścią do koszyka i skierowała się w stronę drzwi.

- Do następnego razu - zawołał za nią Rudolf. - Na pewno pani wróci, gdy słoiczek będzie pusty. Nasza maść z arniki jest przecież najlepsza w całym Bernie.

- Z pewnością najdroższa - odparła klientka i przecisnęła się przez uchylone szklane drzwi. Dopiero na zewnątrz pomachała raz jeszcze i prawie się uśmiechnęła.

Gdy Bruno wrócił po załatwieniu swoich sprawunków, zapytał Rudolfa, czy panna Ruutz odebrała lekarstwo. Rudolf skinął głową.

- I? - spytał Bruno.

- Co i?

- Jak zwykle narzekała na cenę?

- Owszem - odpowiedział Rudolf.

- I? Dałeś jej rabat albo sprezentowałeś mały kawałeczek mydła?

- Nie. - Rudolf rozplątał pas, który przytrzymywał kitel Brunona. - Dlaczego?

- Bo zawsze się skarży, że nie ma wystarczająco pieniędzy i musi oszczędnie gospodarować. - Bruno pomógł mu ściągnąć kitel.

- Nic o tym nie wspominała - odparł Rudolf. - Ani ty.

Bruno dziwnie mu się przyglądał. Ale przecież wszystko zrobił dobrze. Powiedział mu dwadzieścia osiem, a nie dwadzieścia sześć i kawałek mydła.

- Gdy przyjdziesz następnym razem, możemy razem sporządzić maści. Albo zrobić wyciąg alkoholowy z arniką. Tylko nie możesz go kosztować, jasne? - Bruno puścił mu oko. - Żeby nie przyszły ci do głowy żadne głupoty i żebyśmy nie musieli cię potem zawozić do szpitala.

- Nie chcę sporządzać maści ani robić jakichś głupot w aptece - powiedział Rudolf.

- To już w ogóle nie przyjdziesz? - zapytał zmartwiony Bruno. - Z powodu tej sytuacji z Ruutz?

- Przyjdę - odparł Rudolf. - Ale jeśli już, to żeby sprzedawać i kasować, nie żeby sporządzać maści. A teraz jestem głodny, idę do domu coś zjeść.

Rudolf zszedł ze stołka, a Bruno przytrzymał mu drzwi jak klientowi, nawet mu się ukłonił.

- Smacznego! - życzył mu, gdy chłopak wychodził.

Rudolfowi ulżyło, kiedy znalazł się już na zewnątrz na Marktgasse. Zachłannie wciągał zapachy miasta. Dziś pachniało przede wszystkim końską uryną i sfermentowanymi jabłkami, starymi drewnianymi beczkami i kwaśnym piwem. Miał na dzisiaj dosyć Brunona i pracy w aptece.

Katharina Sprüngli

Gdy Katharina wreszcie pożegnała się z Hedi i małą Greth, zeskakiwała po stopniach na klatce schodowej przy Rennweg jak młodziutka dziewczyna - za każdym razem po dwa stopnie naraz. A przecież minęło już nieco więcej niż parę lat, odkąd rzeczywiście nią była i odkąd wyszła za młodego cukiernika Rudolfa Sprüngliego. Nie było jej łatwo rozstać się ze swoją córką i wnuczką. Przy tym Greth nie była nawet pierwszą i prawdopodobnie również nie ostatnią wnuczką Kathariny, ale tą mieszkającą najbliżej, którą mogła odwiedzać pieszo. Obie jej młodsze córki, Ida i Elsie, gdy wyszły za mąż, wyprowadziły się z Zurychu. Ida do Rapperswil, a Elsie do Winterthur. Spontaniczne odwiedziny przy okazji, po obiedzie, nie były raczej możliwe.

Katharina ruszyła Kuttelgasse w kierunku Bahnhofstraße. Miała nadzieję, że dotrze do Cukierni Sprüngli jeszcze przed czwartą. Trudno będzie zdążyć. Po Bahnhofstraße, w którą właśnie skręciła, jechały wolno dwa wozy konne, prywatna dorożka oraz powóz podróżny ciągnięty przez dwa konie, z pasażerami wychylającymi się przez okna po prawej i lewej stronie. Na dachu piętrzyły się walizki i torby podróżne, przytrzymywane przez zamontowaną dookoła siatkę. Na pniach lip, które rosły po obu stronach ulicy, robotnicy przymocowali plecione maty, by chronić drzewa przed kurzem, który wzbijał się spod końskich kopyt. Chodniki były wystarczająco szerokie dla przechadzających się po nich dam i dżentelmenów, zmierzających do okazałych willi przy Bahnhofstraße lub do Hotelu Baur, przed którym właśnie pracownik w liberii otwierał drzwi dorożki i pomagał przy wysiadaniu damie zagarniającej spódnice, by się o nie nie potknąć.

Gdy obserwowała to wszystko, Katharina - jak to często bywało - pomyślała o swoim teściu. Jakże zdziwiłby się David Sprüngli, gdyby mógł dziś zobaczyć tę wspaniałą ulicę. Zawsze żartował sobie z kumkania żab przy Neumarkt, gdzie ona i Rudolf przed dziewięcioma laty otwarli swoją nową cukiernię w imponującym wielopiętrowym domu narożnym. Nie wierzyłby własnym oczom, gdyby mógł raz jeszcze wyjrzeć na Bahnhofstraße i tam, gdzie kiedyś znajdował się rów z żabami, już dawno zresztą zasypany, zobaczyłby wspaniałą szeroką ulicę, zbudowaną jak bulwar, według paryskiego wzorca, niewybrukowaną, ale obsadzoną lipami i z szerokimi chodnikami. W miejsce Dworca Północnego pomiędzy Sihl a Limmatem powstanie Zuryski Dworzec Główny, który ma zostać rozbudowany do jednego z najpiękniejszych dworców Szwajcarii, jeśli nie całej Europy. A od trzech lat Bahnhofstraße wreszcie była otwarta dla ruchu. Neumarkt, przy którym znajdowała się Cukiernia Sprüngli i Hotel Baur en Ville - przez teścia ciągle pogardliwie nazywany "Saumarkt"5 - nosił teraz nazwę Placu Parad, która to nazwa o wiele lepiej pasowała do tego eleganckiego miejsca, gdzie poza tym usytuowane były także najważniejsze banki w mieście. Wszystko ewoluowało tak, jak przewidział hotelarz Johannes Baur. W przeciwieństwie do teścia Rudolf i Katharina mu zaufali i tym samym ich cukiernia wraz z popularnym w całym mieście salonem znajdowała się przy eleganckiej ulicy mieszkalnej, w ciągu komunikacyjnym z chodnikami, po których można było wybornie spacerować. W planach była kontynuacja Bahnhofstraße aż do jeziora, jednak najpierw musiało się jeszcze sporo wydarzyć, ponieważ na przeszkodzie budowy w kierunku jeziora stały wąskie uliczki starego i obskurnego Kratz. Zapewne jednak i to wkrótce się zmieni. Młody inżynier miejski Bürkli miał dalekosiężne plany, które zamierzał przeforsować. Może nie dziś czy jutro, i może ona i Rudolf już tego nie dożyją, ale ich dzieci na pewno.

Gdy Katharina weszła do sklepu i wbiegła po krętych schodach na górę, natychmiast zauważyła niemiłą niespodziankę. Miejsce "grupy krawieckiej", która zbierała się u Sprünglich w każdy wtorek na podwieczorki, było zajęte. Albo obsługa tego nie przypilnowała, albo mężczyźni wbrew wskazaniom kelnerek zajęli ładne miejsce przy oknie. Katharina odgarnęła włosy z twarzy i dwoma szpilkami upięła je w kok. Już przyszły - pięć albo sześć młodych dam, które po drodze ze swojej lekcji szycia u wdowy Ambühl zawsze wpadały do Sprünglich na gorącą czekoladę i kawałek tortu. Od wejścia do sklepu dało się słyszeć ich śmiechy, szeptanie albo plotki z sąsiedztwa. Czy zadowolą się innym stolikiem? Katharina przyglądała się, jak się zbierają i z opuszczonymi głowami zbliżają do niej, nie zauważając jej. Na czele Frieda, córka adwokata Gessnera. "Zatem raczej żaden inny stolik dla tych dam nie wchodzi w grę", pomyślała Katharina i westchnęła. Potem uniosła obie ręce, by zatrzymać Friedę i jej przyjaciółki z koła krawieckiego, i pomaszerowała do mężczyzn.

- Moi panowie - zaczęła. - Muszę przeprosić za moją kelnerkę, która zaoferowała panom ten stolik. We wtorki od szesnastej to w praktyce stolik dla pań i należy do tych pilnych uczennic koła krawieckiego, które przygotowują się do obowiązków, jakie czekają je po zamążpójściu.

- Szyją tutaj, z widokiem na Plac Parad? - zażartował jeden z mężczyzn. Panowie byli młodzi, ale sprawiali wrażenie dojrzałych. Wyglądali poważnie w swoich eleganckich garniturach i z brodami, które nosili, by się postarzyć. Katharina ich nie znała, być może przyjechali ze wsi i rozglądali się po Zurychu albo przyuczali do zawodu w instytucji kredytowej.

- Odpoczywają po męczącym zajęciu, jakim jest szycie - poprawiła go Katharina, a ponieważ nie zareagowali od razu, wyraziła się jeszcze dosadniej: - Te panie są stałymi gośćmi w Cukierni Sprüngli, a ponieważ w panów przypadku mam do czynienia wyłącznie z dobrze wychowanymi kawalerami, z pewnością nie zrobi panom różnicy zajęcie miejsca przy stoliku obok. Natychmiast przyniesiemy jeszcze dwa krzesła i talerz z kruchymi ciasteczkami w ramach małej rekompensaty.

Choć młody mężczyzna, który wcześniej zabrał głos, jeszcze się wahał, ze swojego miejsca przy oknie podniósł się młody człowiek, który zapiął marynarkę. Nie pozostawił swoim towarzyszom wyboru. Katharina kiwnęła na kelnerkę, by zmieniła nakrycie stołu, i już młode damy rzuciły się na swoje stałe miejsca, śmiejąc się do mężczyzn przy stoliku obok.

Gdy Katharina zebrała zamówienie od dopiero co przybyłych dam, choć od początku dobrze wiedziała, co zamówią, ponieważ te były niezmienne w swoich życzeniach, Frieda z błyszczącymi oczami zapytała o jej najstarszego syna:

- Gdzie jest teraz Rudolf? Jeszcze w Wiedniu?

- Nie, obecnie jest w Paryżu - odpowiedziała Katharina i zdziwiła się nieco, ponieważ panienka, która tak bardzo interesowała się jej synem, o ile Katharina była dobrze poinformowana, miała wkrótce wyjść za mąż.

- Oh, la, la, czegóż się tam uczy? - Cały stół dziewcząt roześmiał się. Frieda była dość wygadaną osóbką. Gessnerowie musieli jej dobrze pilnować. Młoda kobieta rozkoszowała się popołudniem z przyjaciółkami, a Katharina doskonale to rozumiała. To była wolność, bez rodziców, guwernantki, przyszłego męża. Powinna się tym cieszyć i czerpać z tego radość.

- Nie uwierzy panienka, ale uczy się tam, jak się robi cukierki czekoladowe.

- Och, jeszcze i tego - odparła Frieda, a jej przyjaciółki oczywiście znów zaczęły chichotać.

- Tak, tego też - podjęła Katharina. - To nam napisał, więcej nie wiemy.

- Paryż! - westchnęła Frieda i uniosła oczy ku błyszczącym lampom na suficie, potem potoczyła wzrokiem po oprawionych w ramy rycinach na ścianach i po lustrach, w których przez chwilę obserwowała swoją zaczerwienioną z ekscytacji twarz. - Czy te czekoladowe cukierki będzie można niedługo kupić i u nas, w Zurychu?

- Z takiego założenia wychodzę.

- Kiedy wraca? - zapytała Frieda prosto z mostu.

- To jeszcze chwilę potrwa. - Katharina już odwróciła się od stolika.

- Z pewnością, Rudolf wcale nie będzie chciał wyjeżdżać z Paryża. Łatwe życie, piękne kobiety, paryski szyk, czyż nie tak się mówi? - zapytała śmiało.

"Biedni Gessnerowie", pomyślała Katharina. Łatwiej było upilnować wór pcheł.

- Ach, nasz Rudolf to dobry chłopak, nie nabroi.

- Jest pani tego taka pewna? Daleko od domu i bez nadzoru rodziców?

"A więc to było to, o czym Frieda marzyła bardziej niż Rudolf", pomyślała Katharina. I co było nie do pomyślenia dla córki zuryskiego adwokata. Musiała najpierw wyjść za mąż, zanim w towarzystwie lub przynajmniej za zgodą swojego męża będzie mogła chociażby wystawić stopę za próg, nie mówiąc już o podróżowaniu.

Kiedy Katharina przekazała zamówienie dalej, pomyślała o swoim czasie w Lucernie jako młoda, niezamężna kobieta w hotelu swojej ciotki. Jaką wolnością się cieszyła, dzięki temu, że jej ojciec nie był grubą rybą, a jedynie strażnikiem wieży St. Peter. Pomyślała również o wędrówce swojego męża do francuskojęzycznej części Szwajcarii i ich ponownym spotkaniu w Lucernie. A teraz jej najstarszy syn w czasie swojej wędrówki dotarł aż do Paryża, a David Robert, jego młodszy brat, do Niemiec. W Wiesbaden nauczył się zaprawiać owoce, a w Lipsku robić lody i oprócz tego dekorować ciasta, a aktualnie - jeśli dawać wiarę jego listom - kształci się tam na mistrza cukiernictwa. Z jej synów będą wkrótce dwaj zręczni cukiernicy, to dobrze. Sprüngli nadal prowadzili bowiem cukiernię na zuryskiej Marktgasse, gdzie Annarösli niezmiennie i niezawodnie zarządzała sklepem. Na Placu Parad tę rolę ponownie przejęła Katharina, która zastąpiła Hedi, kiedy ta wreszcie wyszła za swojego Coniego i urodziła pierwsze dziecko. Rudolf, mąż Kathariny, miał co robić w swojej fabryce czekolady w Horgen i właśnie szukał nowego miejsca dla zakładu, tym razem możliwie blisko centrum miasta, nawet jeśli będzie trochę tęsknił za swoimi pieszymi wędrówkami brzegiem jeziora aż do Horgen.

Gdy zaserwowano czekoladę i tort dla koła krawieckiego, stół pań i panów już się ze sobą zaprzyjaźnił, przesuwano krzesła i popijano z likierówek. Dobrze, że Gessnerowie nie pomyśleli o tym, by podesłać tu guwernantkę Friedy. Na koniec jeszcze i ona dostałaby burę, ponieważ nie miała nic przeciwko zalotom pomiędzy tymi dwoma stolikami. Czy pośród tych młodych dam była jedna, którą zainteresuje się jej najstarszy syn? "Raczej nie", pomyślała Katharina, lecz kto to mógł wiedzieć? W każdym razie według niej żadna z tych młodych kobiet nie była jej potencjalną przyszłą synową.

Rudolf Lindt

Dyrektor Lüscher właśnie poinformował ich, że dziś wypadną zarówno lekcja geografii, jak i historii. Wśród ósmoklasistów rozległy się okrzyki radości i wiwaty, tylko Rudolf nie za bardzo chciał się do nich przyłączyć. Geografia była jednym z jego ulubionych przedmiotów. Co tydzień cieszył się, gdy nauczyciel Baumann rozwijał ogromną mapę i referował o kantonach w Szwajcarii i ich cechach geograficznych albo o dalekich krajach, jak Egipt, o Nilu i jego wylewach, które pozostawiały po sobie żyzną ziemię na pustyni. Kochał także języki obce, w każdym razie bardziej niż rysunek techniczny czy rachunki. A przecież ojciec już tyle razy mówił mu, jak ważne będzie dla niego zrozumienie podstaw prowadzenia księgowości, gdy zda maturę i rozpocznie studia, przechodząc tym samym na politechnikę. Oczywiście kryło się za tym życzenie, by pierworodny syn przejął kiedyś aptekę po ojcu. Rudolf jednak jeszcze nie odczuwał takiego pragnienia. Miał teraz piętnaście lat, jego uzębienie było już kompletne i codziennie sprawdzał w lustrze, czy jako zapowiedź zarostu na twarzy wreszcie pojawił się meszek, chociaż nad górną wargą. Szkoła była dla niego złem koniecznym, którego nie mógł uniknąć. Ale co będzie po szkole realnej, nie miał pojęcia. Matura albo nawet uniwersytet wydawały mu się jeszcze bardzo odległe. Czy naprawdę chciał zostać aptekarzem jak jego tata? Nie był tego pewny i zawsze unikał odpowiedzi na pytanie dorosłych o jego wymarzony zawód. Czasem rzucał "filozof" albo "geometra"6, żeby jakoś wybrnąć. Wtedy śmiali się lub spoglądali na niego osobliwie.

Rudolf spakował swoje rzeczy i wyszedł wraz z innymi ze szkoły. Poszedł z grupą kolegów z klasy aż na Waisenhausplatz, jednak nie czekał, by dowiedzieć się, co inni dokładnie planowali tam robić w ciągu tych dwóch godzin, ponieważ wymknął się, wykorzystując chwilę nieuwagi, i pobiegł w kierunku rzeki ulicą Langmauerweg. Gdy tylko opuścił utarte ścieżki na terenach zalewowych Aary, mógł stać się niewidzialny. Kiedy się zbliżał, w każdych zaroślach szeleściło. W powietrze wzbijały się kosy, przeszkadzał wiewiórkom i myszom poszukującym pożywienia w gęstwinie. Otaczająca go zieleń, szum liści na wietrze, ciche odgłosy zwierząt - to wszystko uspokajało Rudolfa. Przedpołudnia w szkole były bowiem sprzeczne z jego naturą. Szorstki rozkazujący ton większości nauczycieli, surowe spojrzenia i stawianie do kąta, zasada "pytanie - odpowiedź", za pomocą której wpajano nowy materiał, hałas i bijatyki na szkolnym podwórku, których zawsze starał się unikać, przenikliwy dźwięk gwizdka na boisku sportowym, uderzenia wskaźnikiem o ławkę, gdy ktoś szeptał - Rudolf nadal, nawet po tylu latach szkoły podstawowej i średniej, się ich bał. Ciągle panował piekielny hałas, od którego nie mógł uciec. A przecież niczego nie pragnął bardziej niż być w domu i - podobnie jak niegdyś dzieci z rodzin patrycjuszy - pobierać nauki od prywatnego nauczyciela, razem z siostrami. Fanny, najmłodsza, wciąż była jego ulubienicą. Niedawno skończyła dziewięć lat, była mądra i w domu ćwiczyła płynne czytanie z odpowiednich książek. Od dawna znała na pamięć elementarz szkolny. A gdy czytała coś, czego nie rozumiała, przychodziła do niego i słuchała wyjaśnień. Matce nie podobało się, że ci dwoje tak się "izolują", jak to nazywała, i spędzają ze sobą tyle czasu. Tylko Caroline szanowała ich szczególną więź i bardziej troszczyła się o Emmę i Annę, a teraz także o młodszego brata Rudolfa - Augusta, trzylatka, którego musiała nieustannie pilnować. Przez cały dzień szukał bowiem okazji, by psuć rzeczy należące do innych, wyrywać lalkom ręce, targać stronice książek, bazgrać po nich kredkami, uderzać bączkiem tak brutalnie, że łamała się nóżka. Jednak ojciec wybaczał mu wszystko i ciągle brał go w obronę. Tak jakby August nie wiedział, co robi. Rudolf podejrzewał, że malec jest w pełni świadom swoich czynów. Wydawał się zadowolony dopiero wtedy, gdy jedna z jego sióstr płakała, bo jej lalka straciła rękę lub nogę. Dlatego w domu było prawie tak głośno jak w szkole.

Rudolf wykopał rękami dołek w rzecznym piasku i wypełnił go liśćmi. Następnie usiadł w nim i palcami zaczął rysować linie na piasku. Tu było cicho. Kosy przywykły do niego, mysz przebiegła bardzo blisko jego nogi. Poza tym cisza, Rudolf odetchnął. Jeśli nie był z Fanny w domu albo nie szedł z nią na katedralną platformę widokową lub do Bärengraben7, który uwielbiała, to spotykał się z Binią pod mostem Nydegg bądź to Binia późnym popołudniem przychodziła do góry na Marktgasse, siadała przy Schützenbrunnen i czekała na niego. Nigdy nie odwiedzała go w mieszkaniu, podobnie jak on rzadko bywał u niej w Matte, choć wiedział, w którym budynku mieszkała. Również ona wiedziała, gdzie znajduje się dom Lindtów. Rudolf namalował na ziemi jeszcze dwie spirale, potem otrzepał spodnie z piasku i pobiegł z powrotem do hałaśliwego miasta.

Gdy pokojówka otworzyła mu drzwi mieszkania na Marktgasse, chłopak od razu zorientował się, że znów coś musiało się stać. Mamy nie było w domu, siostry być może nie wróciły jeszcze ze szkoły. Stół już nakryto, ale było jeszcze za wcześnie na obiad. Kucharka krzątała się w kuchni, ktoś płakał. Caroline stała w drzwiach do pokoju dziewczynek i ciągnęła za sobą za rękę jego brata. Jego kochana Caroline, wyglądała okropnie.

- Ał, ał! - krzyczał August, próbując się wyswobodzić, ale Caroline ścisnęła jeszcze mocniej. Pociągnęła go przez korytarz, otworzyła drzwi do schowka na miotły i wepchnęła tam Augusta. Następnie zamknęła drzwi i przekręciła klucz.

- Co się stało? - zapytał Rudolf.

- Odchodzę! - wykrzyknęła Caroline. - Twój brat to wstręciuch. Nie da się go wychować. A przynajmniej ja nie potrafię, i już nie chcę. Dość.

- Co takiego zbroił? - spytał Rudolf.

Opiekunka poszła przodem do pokoju dziewczynek. Jego kochana, piękna Caroline. Jedyna opiekunka, która została na dłużej. Jedyna, którą naprawdę lubił. Oby nie mówiła o zwolnieniu poważnie.

Rudolf wszedł za nią do pokoju. Tam w swoim łóżku leżała Fanny, przykryta aż po czubek nosa. Caroline ściągnęła z niej kołdrę.

- Spójrz tylko. Co za bestia!

Rudolf musiał spojrzeć dwukrotnie, zanim pojął, co się stało. Tym razem August nie dopadł jednej z lalek, tylko jego siostrę Fanny. Najwyraźniej obciął jej jeden z warkoczy.

- I co my zrobimy? - Caroline wpatrywała się w dziewczynkę. - Niczego nie zauważyłaś, Fanny?

- Czytałam - odparła i chwyciła kępkę włosów sięgającą ramion, podczas gdy drugi warkocz opadał aż do połowy jej pleców. Rudolf wiedział równie dobrze jak Caroline, jak to było u Fanny z czytaniem. Przesuwała palcem od słowa do słowa, od jednej linii do następnej, skoncentrowana na każdej sylabie, a szczególnie na początkowych dużych literach, które nadal jeszcze czasem myliła.

- August przez cały czas bawił się moimi warkoczami. Nie zauważyłam, że wziął nożyczki. Dopiero kiedy warkocz nagle spadł na kołdrę.

Nie płakała, jego dzielna Fanny. Prawdopodobnie nie było dla niej jasne, co to oznacza. Nie mogła jednak biegać w jednym warkoczu.

- Nie ma innego wyjścia? - zapytał Rudolf.

Caroline potrząsnęła głową.

- Musimy iść do fryzjera, najlepiej zanim wrócą do domu twoja mama i obie dziewczynki. Albo twój ojciec z apteki. A potem odchodzę!

- Caroline, proszę - błagał Rudolf, ale ona mu przerwała.

- Popilnujesz tego, tego...

- Wcielonego diabła - zaproponowała Fanny, a Rudolf zastanowił się, skąd zna takie słowa. Która to książka wpadła jej w ręce?

- Popilnuję Augusta - obiecał Rudolf. - Idźcie już.

W pewnym momencie hałas w schowku na miotły ustał i Rudolf sprawdził, czy jego brat się uspokoił. Gdy otworzył drzwi, August wylazł na czworaka z umorusaną buzią i wściekły. Złapał Rudolfa za nogę i ugryzł go w łydkę. Rudolf kopnął brata akurat w momencie, gdy drzwi do mieszkania się otworzyły.

- Co się tu dzieje? - zapytał ojciec. - Nie mamy opiekunki, która zajmuje się małym? - Wziął krzyczącego Augusta na ręce. - Nie powinieneś w wieku piętnastu lat być mądrzejszy i inaczej obchodzić się ze swoim bratem, Rudolfie? Musisz go kopać jak psa? - Ojciec nie chciał się nawet dowiedzieć, co nabroił August. - Gdzie jest Caroline?

- U fryzjera - odparł Rudolf i pobiegł do swojego pokoju.