PODZIĘKOWANIA
Redaktorzy, Bill Morgan (w imieniu Ginsberg Estate) i David Stanford (w imieniu Kerouac Estate), pragną podziękować następującym instytucjom oraz osobom:
Allen Ginsberg Trust: serdeczne podziękowania raczą przyjąć członkowie zarządu - Bob Rosenthal i Andrew Wylie. Szczególnie pragniemy podziękować Peterowi Hale'owi, który naprawdę pracuje ciężej niż ktokolwiek inny w kręgu osób związanych z Ginsbergiem. Steven Taylor przeczytał uważnie ostateczną wersję tekstu i poczynił wiele cennych uwag. Judy Matz wykonała ogromną pracę redaktorską; jej ciche bohaterstwo zasługuje na pieśń pochwalną.
Andrew Wylie Agency: dziękujemy zwłaszcza agentowi Allena Ginsberga, Jeffowi Posternakowi.
Estate of Jack Kerouac: pragniemy serdecznie podziękować Johnowi Sampasowi, wykonawcy testamentu pisarza, wyrażając szczególne uznanie dla nadzoru, jaki John od wielu lat sprawuje nad postępującą publikacją niewydanych wcześniej utworów Kerouaca, jak również dla znawstwa, z jakim pomagał nam odcyfrowywać zdradliwą typografię wielu niełatwych ustępów.
Sterling Lord Literistic: w szczególności wieloletniemu agentowi Kerouaca, Sterlingowi Lordowi, z którym współpraca zawsze układa się gładko i przyjemnie.
Penguin USA, dokładnie Viking-Penguin, a jeszcze dokładniej naszemu redaktorowi Paulowi Slovakowi, z ogromnym uznaniem dla jego wieloletnich wysiłków w kierunku promowania utworów Kerouaca w wydawnictwie znanym wcześniej jako The Viking Press, gdzie przez całe lata Paul i David Stanford nieraz siedzieli długo w noc, pracując ciężko w wesołej, koleżeńskiej atmosferze.
Następującym bibliotekom: Harry Ransom Humanities Research Center, Uniwersytet w Teksasie (Austin); Butler Library, Sekcja Zbiorów Specjalnych, Uniwersytet Columbia; Green Library, Sekcja Zbiorów Specjalnych, Uniwersytet Stanforda.
Chcemy uczcić pamięć redaktora, pisarza i poety Jasona Shindera, który pracował nad tym projektem w jego najwcześniejszej fazie. Kiedy odżyło zainteresowanie niniejszym przedsięwzięciem, Jason zgodził się współredagować tom listów w imieniu Ginsberg Estate. Przedwczesna śmierć uniemożliwiła mu zrealizowanie tych planów. Korzystając z notatek do konspektu książki, którego był współautorem, niewątpliwie zawarliśmy część jego myśli w naszym wstępie. Uznajemy jego wkład w powstanie tej książki i jako współredaktorzy oddajemy mu hołd.
WSTĘP REDAKTORÓW
"Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni dla barier, przeszkód - miłość to nie miłość, jeśli zmienny świat naśladując, sama się odmieni - O, nie: to żart, wzniesiony wiecznie".
(Dwudziestodwuletni Jack Kerouac parafrazujący Szekspira w swoim pierwszym liście do siedemnastoletniego Allena Ginsberga)
Zdążyliśmy już przywyknąć do lamentów nad postępującym od kilku dekad zanikiem tradycji, jaką było pisanie listów odręcznie bądź na maszynie. Głównej przyczyny takiego stanu rzeczy upatruje się często, nie bez racji, w obniżeniu kosztów połączeń telefonicznych. Do połowy lat sześćdziesiątych rozmowy międzymiastowe stanowiły dla wielu ludzi luksus, na który pozwalano sobie wyłącznie w sytuacjach kryzysowych lub też po to, by podzielić się z innymi wiadomością o narodzinach albo śmierci. Jednak wraz z postępem techniki coraz więcej osób zyskało możliwość rozmawiania o swoim życiu z przyjaciółmi i z najbliższymi za pośrednictwem telefonu - nie trzeba więc już było czekać na dogodną chwilę, w której można by usiąść i napisać list. Pojawienie się poczty elektronicznej w czasach mniej odległych w jeszcze większym stopniu ograniczyło przepływ tradycyjnej korespondencji.
W tej sytuacji rodzi się wątpliwość, czy pisarze, których utwory przetrwają próbę czasu i którzy prowadzą obecnie obszerną korespondencję na temat swojego życia i rzemiosła za pośrednictwem e-maili, podejmą trud udokumentowania owej wymiany, tym samym czyniąc ją dostępną dla przyszłych badaczy i czytelników. Cokolwiek jednak przyniesie przyszłość, niewiele wskazuje na to, byśmy mieli często obcować z korespondencją, która pozwala tak głęboko wejrzeć w utwory i życie pisarzy wielkiego formatu, jak w wypadku niniejszego zbioru listów i pocztówek Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga. Jest to korespondencja niezwykła nie tylko z racji swej imponującej objętości, czy też z uwagi na trwałość pisarskiej przyjaźni podtrzymywanej i rozwijanej dzięki tym listom; czytelnika uderzy również ich różnorodność, intymność oraz wysoka wartość literacka. Długotrwała korespondencja odznaczająca się takim bogactwem to prawdziwa rzadkość.
Z dzisiejszej perspektywy nie ulega wątpliwości, że Kerouac i Ginsberg należą do grona najwybitniejszych pisarzy drugiej połowy XX wieku. W drodze Kerouaca i Skowyt Ginsberga to utwory przełomowe, które natchnęły niezliczone rzesze czytelników - w tym wielu artystów działających w domenach innych niż literatura. Lektura tych książek stała się dla wielu z nich punktem zwrotnym i momentem wyzwolenia. Powieści Kerouaca w ogromnym stopniu wpłynęły na prozę amerykańską i pomogły ukształtować poglądy kilku pokoleń. Z kolei poezja Ginsberga, jego fascynujące występy publiczne, a także jego rola działacza i nauczyciela zapewniły mu status siły kulturotwórczej na kilka dekad. Dziedzictwo, które obaj pozostawili po sobie za sprawą swych książek i życiorysów, nadal pozostaje żywe, w związku z czym wciąż jeszcze trudno kategorycznie przesądzać o ich miejscu w historii.
Niniejszy wybór listów stanowi znaczący wkład w dorobek obu pisarzy oraz w dużym stopniu wzbogaca rozumienie owego dorobku. Do tej pory drukiem ukazała się zaledwie jedna trzecia prezentowanej tutaj korespondencji. Przyjaźń Ginsberga i Kerouaca była osią dla ruchu literackiego oraz konstruktu kulturowego, który zyskał sobie miano Pokolenia Beatu i który stanowił niezwykle istotny punkt odniesienia dla obu pisarzy w okresie ich dojrzałej twórczości. W tej wyjątkowej wymianie myśli prowadzonej przez ćwierć wieku można znaleźć sugestywne autoportrety obu pisarzy, barwny obraz formacji kulturowej, którą współtworzyli, ważkie spostrzeżenia na temat literackich odkryć, które stały się zaczątkiem tzw. Beatu, niezwykłą kronikę poszukiwań duchowych, do których się wzajemnie zachęcali, jak również poruszający, osobisty dokument głębokiej przyjaźni.
Przyjaźń ta rozpoczęła się w roku 1944, kiedy Ginsberg studiował na nowojorskim Uniwersytecie Columbia; w tym samym roku pisarze zaczęli korespondować. Listy te stanowią zapis długiej, ożywionej rozmowy, która trwała - z różną częstotliwością i intensywnością - niemal do śmierci Kerouaca dwadzieścia pięć lat później.
Obaj już we wczesnej fazie życia postanowili poświęcić się bez reszty literaturze; ich korespondencja pełniła więc między innymi istotną funkcję warsztatu, w obrębie którego można było dzielić się swymi ewoluującymi koncepcjami oraz bez końca nad nimi debatować. Bez względu na to, czy się ze sobą zgadzali, czy też podążali akurat zupełnie odrębnymi ścieżkami intelektualnymi, ich listy były zawsze wyrazem zaufania i wielkiej otwartości duchowej. Z korespondencji tej Ginsberg i Kerouac wyłaniają się przede wszystkim jako pisarze obdarzeni artystyczną pasją, oryginalnością i geniuszem. Obaj karierę pisarską okupili nieustanną walką, ciężką pracą i poświęceniem, których wymagało ucieleśnienie literackich wizji; byli dla siebie nawzajem stabilnym punktem odniesienia zarówno w chwilach sukcesu, jak i porażek. Ich korespondencja odzwierciedla zbieżność poglądów na literaturę, ale i konflikty na tym samym tle. Obaj obdarzeni byli przedziwną, niespotykaną wręcz wszechstronnością w "szkicowaniu" za pomocą słów; obaj niezłomnie obstawali za pisarstwem jako ujętą w pewne ramy "myślą spontaniczną". Niesłabnące wsparcie i doping Ginsberga miały dla Kerouaca ogromne znaczenie, a talent towarzyski autora Skowytu i niestrudzone wysiłki, by poznawać ze sobą ciekawych ludzi, w znacznym stopniu przyczyniły się do rozpowszechnienia idei Pokolenia Beatu. Z kolei innowacyjny charakter pisarstwa Kerouaca miał kluczowy wpływ na utwory Ginsberga, który sam kiedyś przyznał: "Moja poezja od początku opierała się na technice Kerouaca, według której myśli i dźwięki rodzące się w głowie należy odwzorowywać bezpośrednio na papierze".
Lord Byron napisał, że "przyjaźń to miłość bez skrzydeł". Najwyraźniej jednak nie miał racji, ponieważ niniejsza książka stanowi niezbity dowód przyjaźni, która była miłością jak najbardziej uskrzydloną. Owa dwójka przyjaciół szybowała na skrzydłach kursujących między nimi listów; czasem korespondowali tak ochoczo, że listy mijały się w locie. Stanowiły one istotną część pisarstwa; nierzadko też pisarstwo to ewoluowało za ich sprawą. Wspólnie rozmyślali nad interesującymi frazami, polecali sobie książki, przeprowadzali psychoanalizę pisarzy i przyjaciół, wymieniali się wierszami i testowali pomysły literackie, często uzależniając od listownej odpowiedzi przyjaciela swój następny krok. Jest tu dużo szaleństwa i szalonej radości, zabawy, cierpienia i erudycji, są też pomysły na codzienne przetrwanie, kryzysy finansowe oraz złożone zabiegi logistyczne mające na celu koordynację spotkań i wydarzeń artystycznych. Obaj pisarze interesowali się też życiem swoich przyjaciół i przesyłali sobie ich listy, tym cenniejsze w czasach sprzed nastania fotokopiarek, kiedy oryginał był często jedynym istniejącym egzemplarzem.
Niektóre z przedstawionych tu listów to niezwykle obszerne eposy, pisane linijka pod linijką, nierzadko dłuższe od publikowanych opowiadań czy artykułów. Są tu zarówno aerogramy z dalekich stron, wypełnione słowami po same brzegi, jak i listy pisane odręcznie na papierze w linię, na maleńkich kartkach wyrwanych z notatników, czy też na starej papeterii firmowej. Na kopertach często pojawiają się nabazgrane dopiski, czasem nawet znajduje się tam pokaźne postscriptum. Pisarze poświęcają dużo uwagi strategiom wydawniczym, rok w rok podejmując wysiłek, by doprowadzić do publikacji własnych tekstów, jak również utworów swoich przyjaciół. Dyskutują o agentach, redaktorach i wydawcach, dzielą się złością i rozgoryczeniem, omawiają nowe kierunki rozwoju, podejmowane po raz kolejny postanowienia, napady rozpaczy. Są też kłótnie i pojednania, u źródeł tak wielu lat korespondencji leżą zaś wzajemny szacunek i czułość, którym obaj często dają wyraz. "Cher Breton", "Jackusiu", "Mon cher ami Jean", "Miłościwy Mistrzu Myśli", "Zjawo" - pisze Allen. "Cher Alain", "Cher jeune singe", "Allusiu", "Irwinie", "Stary Druhu" - odpisuje Jack.
Kiedy Kerouac poświęcił się studiom nad myślą buddyjską, usilnie starał się zaciekawić nią również Ginsberga, dzieląc się obszernymi notatkami ze swoich lektur, nauczając i zachęcając, a wszystko to z niesłabnącym entuzjazmem. Chociaż Kerouac ostatecznie porzucił swoje praktyki religijne, Ginsberg przeszedł na buddyzm tybetański i przez kilka dziesięcioleci był jego żarliwym wyznawcą (nabożeństwo żałobne poety odprawiono w świątyni buddyjskiej na Manhattanie). Początków zainteresowania obu pisarzy buddyzmem szukać należy właśnie w ich korespondencji.
Kerouac źle znosił uwagę medialną, jaka stała się jego udziałem w wyniku sukcesu wydawniczego. Znaczna część kontrkultury lat sześćdziesiątych napawała go obrzydzeniem; pod koniec życia zupełnie zamknął się w sobie. Ginsberg za to doskonale odnalazł się w nowych czasach, w których odgrywał niezwykłą rolę, łącząc w swych działaniach sztukę z polityką. W latach sześćdziesiątych pisarze nadal ze sobą korespondowali, ale już tylko sporadycznie. Głównym łącznikiem emocjonalnym na tym etapie były okazjonalne rozmowy telefoniczne. W 1969 roku, kiedy umarł Kerouac, Ginsberg przeżywał drugą młodość, a w ciągu kolejnych trzydziestu lat nadal rozwijał wszystkie aspekty swojej twórczości.
Kilka lat po śmierci Kerouaca Allen Ginsberg i poetka Anne Waldman założyli wspólnie placówkę edukacyjną pod nazwą Jack Kerouac School of Disembodied Poetics (Szkoła Poetyki Odcieleśnionej im. Jacka Kerouaca) w ramach Uniwersytetu Naropa w miejscowości Boulder, w stanie Kolorado. Któregoś lata, prowadząc tam wykłady, Ginsberg poprosił swojego uczelnianego asystenta Jasona Shindera o pomoc w kompletowaniu korespondencji między nim a Kerouakiem. Na szczęście zarówno Kerouac, jak i Ginsberg, mając na uwadze potomnych, zachowali i uporządkowali niemal wszystkie listy. Podówczas większość ich korespondencji znajdowała się już w zbiorach dwóch wielkich bibliotek: właścicielem listów Kerouaca była biblioteka Uniwersytetu Columbia, analogiczną kolekcję dokumentów Ginsberga posiadał zaś Uniwersytet w Teksasie. Ginsberg żywił nadzieję, że pewnego dnia uda się wydać książkę zawierającą całą ich korespondencję, ale kiedy już zebrano wszystkie listy, stało się jasne, że przepisywanie takiej góry materiałów stanowi ogromne wyzwanie. Przez następne trzydzieści lat niewiele w tej sprawie zrobiono.
Przymierzając się do opracowania niniejszej książki, wzięliśmy na warsztat trzysta listów. Ponieważ każdy z nich przedstawia jakąś wartość, mieliśmy ochotę zamieścić wszystkie, jednak takie rozwiązanie byłoby niepraktyczne. Ostatecznie do druku trafiły dwie trzecie materiałów, a więc listy, które uznaliśmy za najciekawsze. Chcieliśmy opublikować ich jak najwięcej i dlatego też postanowiliśmy nie uwzględniać sporadycznej korespondencji z ostatnich kilku lat, odgrywającej jedynie rolę suplementu do rzeczywistych rozmów. Dzięki temu mogliśmy zakończyć książkę optymistycznym akcentem: ostatnie opublikowane listy to entuzjastyczna rozmowa starych przyjaciół na kilka lat przed tym, jak Kerouac zamilkł na dobre.
Prawie wszystkie listy publikowane są w całości, jednak w kilku wypadkach uznaliśmy, że najrozsądniej będzie opuścić niektóre fragmenty, pominięcia oznaczając wielokropkiem w nawiasie kwadratowym [...]. Ginsberg i Kerouac stosowali czasem w listach wielokropek jako odstęp i przeważnie taki zapis został utrzymany, ale nawiasy kwadratowe zawsze oznaczają, że w danym miejscu usunięto fragment oryginalnego tekstu. Niekiedy pomijaliśmy postscriptum, jeśli naruszało naturalny rytm listu i nie wnosiło wiele do jego treści - często były to pytania o losy przyjaciół, prośby o instrukcje dojazdu albo pozdrowienia dla któregoś ze wspólnych znajomych. Obaj pisarze czasem dołączali do swoich listów wiersze oraz teksty innego rodzaju - tylko niektóre z nich znalazły się w naszym tomie.
Nie zawsze udało się ustalić dokładne daty. Proponowaliśmy wówczas datę hipotetyczną, oznaczaną nawiasami kwadratowymi, które stosowaliśmy również w razie korekty daty podanej przez autora listu (jak na przykład wówczas, gdy w początkowych miesiącach nowego roku autor z przyzwyczajenia wpisuje rok wcześniejszy). Poprawialiśmy również zwykłe błędy ortograficzne, chyba że wydawało nam się oczywiste lub przynajmniej prawdopodobne, iż niewłaściwa pisownia została użyta celowo - jak np. "chałwałki" (kawałki) i "o(ko)braz". Niektóre błędy autorzy popełniali systematycznie (np. Ginsberg nazywał Carolyn "Caroline", a Elise "Elyse") - tego rodzaju potknięcia zaznaczaliśmy za pierwszym razem, poprawiając wszystkie kolejne wystąpienia. Zdarzały się też nieścisłości mniej regularne, jak na przykład różnorodny zapis nazw geograficznych: ulubione marokańskie miasto pisarzy Jack Kerouac nazywa "Tanger", "Tangier", a nawet "Tangiers", zupełnie nie troszcząc się o konsekwencję.
Odcyfrowanie charakteru pisma Ginsberga może nastręczać szczególnych trudności, w listach Kerouaca zaś, pisanych po obu stronach kartki, tekst czasem przebija przez papier, co sprawia, że niektóre wyrazy stają się nieczytelne nawet przy użyciu szkła powiększającego. Dlatego też słowa, co do których redaktorzy nie mają stuprocentowej pewności, zostały oznaczone nawiasem kwadratowym - [następująco]. W analogiczny sposób słowa lub ustępy zupełnie niezrozumiałe oznaczyliśmy znakiem zapytania [?].
W celu zidentyfikowania mniej znanych osób oraz wydarzeń stosowaliśmy przypisy; niemniej jednak postanowiliśmy korzystać z nich możliwie rzadko, czytelnikom zaś sugerujemy uzupełnianie wiedzy we własnym zakresie, na podstawie dostępnych źródeł. Życiorysy Kerouaca i Ginsberga zrelacjonowano już fachowo w biografiach. Pojawiające się w niniejszym tomie "przypisy redaktorów" są jak głazy w strumieniu - mają służyć pomocą tam, gdzie pojawiają się luki w chronologii, lub też uzupełniać brakujący kontekst danego listu. Opowieść tkwi jednak w listach; chcieliśmy pozwolić, by czytelnicy odkryli ją sami.
1944
Nota redaktorów: Pierwszy list Ginsberg wysłał do Kerouaca sześć lub siedem miesięcy po tym, jak się poznali. W ciągu kilku tygodni zostali dobrymi przyjaciółmi i widywali się niemal codziennie na terenie lub w pobliżu kampusu Columbia College, położonego w dzielnicy Upper West Side na Manhattanie. 14 sierpnia 1944 r. doszło do tragicznego morderstwa, w które obaj byli zamieszani: ich wspólny przyjaciel Lucien Carr zabił Davida Kammerera, starszego mężczyznę, który od lat był nim zauroczony. Kerouac pomógł Carrowi pozbyć się dowodów, a nazajutrz, kiedy Carr oddał się w ręce policji, Kerouaca aresztowano i zatrzymano jako świadka istotnego. Ponieważ nie był w stanie wpłacić kaucji, został tymczasowo aresztowany i trafił do więzienia okręgowego w dzielnicy Bronx.
Allen Ginsberg [Nowy Jork, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [Więzienie okręgowe, Bronx, Nowy Jork]
połowa sierpnia 1944
Cher Jacques1: w metrze:
Cały ranek eskortowałem la belle dame sans merci2 [Edie Parker3] - najpierw do Louise4, a teraz do więzienia. Mnie nie dali przepustki, więc Cię nie odwiedzę.
Widziałem, że zaniosła Ci wczoraj Martwe dusze - nie miałem pojęcia, że to czytasz (mówiła, że dopiero zacząłeś). My (tzn. Celine [Young5] et moi6) wypożyczyliśmy to samo z biblioteki uczelnianej dla Luciena [Carra]. Tak czy inaczej, do rzeczy: To świetnie! Ta powieść to moja rodzinna Biblia (obok Baśni z tysiąca i jednej nocy) - jest tam cały melancholijny majestat Mateczki Rasiji, ten barszcz i kawior, od którego kipią żyły Słowianina, cała eteryczna pustka tego bezcennego skarbu, jakim jest rosyjska dusza. Mam w domu dobre opracowanie krytyczne - wyślę Ci (może nawet uda mi się wręczyć Ci je osobiście), jak już skończysz czytać powieść. Diabłem u Gogola jest Demon Miernoty, co na pewno Ci się spodoba. No nic, rozwinę ten wątek innym razem.
Udało nam się z Edie zajrzeć do pokoju D. Klaviera [Davida Kammerera] - wszystko, co nabazgraliśmy ołówkiem na ścianach, zniknęło za sprawą jakiegoś malarza-filistra. Przepadł również ten maleńki grafitowy znak tuż nad poduszką, ongi emblemat (tam, gdzie się wykruszył gips) "Lu - Dave!". Niegdysiejsze śniegi pokryła najwyraźniej równie biała farba.
By dać już spokój temu niezdrowemu recherché tempest fortunatement perdu7: czytam właśnie Jane Austen i kończę Wielkie nadzieje Dickensa. Muszę też jeszcze raz przerobić na zajęcia z literatury angielskiej Wichrowe wzgórza Brontë, właśnie zacząłem; oprócz tego oczywiście brnę przez 4 książki o historii (kiedy tylko Edie przestaje nadawać), głównie o rewolucji w XIX-wiecznej Europie. Jak skończę, to rozpętam rewolucję tutaj.
Przekaż ode mnie wyrazy najszczerszej miłości Grumetowi [Jacobowi Grumetowi, młodszemu prokuratorowi okręgowemu] - A pet de eu fease8.
Allen
Nota redaktorów: 25 sierpnia 1944 r. Jack Kerouac i Edie Parker wzięli ślub, choć Jack nadal przebywał w areszcie policyjnym. Edie wpłaciła następnie kaucję za Jacka z pieniędzy, które udało jej się pożyczyć z funduszu powierniczego. Poniższy list został prawdopodobnie napisany tuż przed wyjazdem nowożeńców z Nowego Jorku do Grosse Pointe, w stanie Michigan, gdzie mieli zamieszkać z mamą Edie.
Jack Kerouac [Nowy Jork, Nowy Jork]do Allena Ginsberga [Nowy Jork, Nowy Jork]
ok. września 1944
Drogi Allenie:
Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni dla barier, przeszkód - miłość to nie miłość, jeśli zmienny świat naśladując, sama się odmieni - O, nie: to żart, wzniesiony wiecznie9...
Rocznica naszego ślubu wypadła w dzień wyzwolenia Paryża. Podejrzewam, że na te wieści Lucien spoziera posępnie - on, który chciał być w Paryżu jako jeden z pierwszych. Na ten moment trzeba teraz będzie poczekać... choć na pewno kiedyś nadejdzie10. Marzy mi się zwiedzanie powojennego Paryża z Edie, Lucienem i Celine - i z małą sumką na przyzwoity kąt gdzieś na Montparnasse. Jeśli będę teraz ciężko pracować i prędko zbiję fortunę, to może uda mi się spełnić to transcendentne marzenie. A i Ty mógłbyś może odłożyć na jakiś czas swoje prace prawnicze11 i dołączyć do nas. Nowa wizja12 mogłaby wtedy rozkwitać...
Ale to wszystko tylko spekulacja, mediacja, by nie rzec: kastracja... Dzięki za list - miejscami naprawdę poruszający. Widzę, że też pochłaniają Cię takie kwestie, jak tożsamość, znaczenie dramatyczne, klasyczna jedność i nieśmiertelność: przemierzasz scenę, ale jednocześnie siedzisz w loży i wszystko stamtąd obserwujesz. Poszukujesz tożsamości pośród nieprzeniknionego chaosu, w rozwlekłej, bezimiennej rzeczywistości. Podobnie jak ja zasługujesz na werdykt Adlera, choć tak naprawdę obaj mamy to gdzieś: Adler13 potrafi nam wytknąć nasze egocentryczne skłonności, ale tylko dlatego, że sam jest egocentrykiem... (sukinsyn jeden).
Ta obsesja bierze początek u wielkich Niemców: Goethego i Beethovena. Ten, kto chce posiąść wszystek wiedzy, a w następstwie wszystek życia i potęgi - i kto utożsamia się z piorunem. Ten właśnie jest egocentrykiem. Jakaż to jednak marna definicja.
Lucien jest inny, a przynajmniej jego egocentryzm jest inny - on pała głęboką nienawiścią do siebie samego, a z nami tak nie jest. On, nienawidząc siebie, nienawidząc tej swojej "ludzkiej życzliwości", poszukuje nowej wizji, jakiejś post-ludzkiej post-inteligencji. Marzy mu się jeszcze więcej niż to, co przykazał Nietzsche. On pragnie czegoś więcej niż tylko kolejnej mutacji - on chce post-duszy. Zresztą Bóg jeden wie, czego on tak naprawdę chce!
Ja osobiście wolę myśleć o nowej wizji w kontekście sztuki - wierzę bowiem, z pełnym samozadowoleniem obstaję przy poglądzie, że sztuka to ostateczny potencjał i że z ludzkich materiałów sztuki, powtarzam sobie, rodzi się nowa wizja. Spójrz tylko na Finneganów tren, Ulissesa i Czarodziejską górę. Bóg jeden zna prawdę! Bóg jeden wie!
No to do zobaczenia... napisz: opowiedz mi coś więcej o cieniu i kole.
Ton ami14,
Jean
1945
Nota redaktorów: Spędziwszy zaledwie miesiąc w Michigan, Kerouac wrócił do Nowego Jorku i odnowił przyjaźń z Ginsbergiem i Williamem Burroughsem. Znów widywali się codziennie, więc nie było szczególnego powodu, by korespondować. A jeśli już do siebie pisali, to po to, by się po prostu umówić na spotkanie. Latem 1945 r. Kerouac wyjechał w poszukiwaniu pracy, a Ginsberg zgłosił się do Bazy Szkoleniowej Marynarki w zatoce Sheepshead na Brooklynie.
Allen Ginsberg [b.s.15, Paterson, New Jersey?]do Jacka Kerouaca [Ozone Park, Nowy Jork]
późny lipiec 1945
Cher Breton16:
Żałuję, że nie udało nam się wykroić jeszcze jednego spotkania przed odjazdem. Zacny doktor Luria [lekarz przy Flocie Handlowej] przekazał mi, że dzwoniłeś, więc czym prędzej wysłałem kolejną kartkę. Piszę ostatni raz, w nadziei, że uda mi się złapać Cię, jeszcze zanim wyruszysz w podróż. A moi17 - jutro rano, po załatwieniu wszystkich formalności, wstępuję do Floty Handlowej. Incipit vita nuova!18 W poniedziałek udaję się nad zatokę Sheepshead, gdzie mam nadzieję ponownie wdrożyć się w tę osobliwą rzeczywistość, którą poznałem podczas mojego sezonu w czyśćcu.
Twój list otrzymałem po powrocie z bezowocnej podróży do Nowego Jorku, gdzie starałem się na powrót uchwycić majestat innego czasu. Prawie mi się on wówczas objawił, w formie tego listu z przeszłości, rozniecając we mnie wszystkie uczucia, których w ostatnich dniach poszukiwałem.
Niemniej jednak, Jack, możesz być pewien, że wrócę na Columbię. Przecież Bill [Burroughs] nigdy nie doradzał mi, żebym stronił od źródła wyższej wiedzy! Tak czy inaczej, wróciłbym, żeby skończyć studia, nawet gdyby miała to być jedynie pielgrzymka dziękczynna za wcześniejsze chwile.
Od czasu do czasu odzywa się do mnie Celine [Young]; widziałem się z nią dwa tygodnie temu. Prawdopodobnie zobaczę się z nią przed wyjazdem. Hal [Chase] wrócił do Denver (tydzień temu) i zostanie do końca lata. Żadnych wieści od Joan [Adams] ani od Johna [Kingslanda]. Nadal raz na jakiś czas widuję się z [Lionelem] Trillingiem19, zaprosił mnie nawet do siebie (tak, przyznaję, przyjąłem to zaproszenie z właściwą sobie przyjemnością - wiesz przecież, jak bardzo cieszą mnie takie rzeczy). Mam nadzieję, że napiszesz do mnie z Paryża; a w każdym razie napisz, jak wrócisz do Stanów, zanim pojedziesz do Kalifornii.
Rozumiem - i jestem wzruszony - że miałeś pełną świadomość tego, iż nie byliśmy już, jak dawniej, comme amis20. Zdawałem sobie sprawę z tej zmiany i w pewien sposób ją uszanowałem. Chociaż może powinienem to jednak wyjaśnić, bo zdawało mi się, że to przede wszystkim moja wina. Różnimy się od siebie, jak stwierdziłeś, a ja jestem już teraz bardziej niż poprzednio skłonny przyznać Ci rację - w pewnym momencie obawiałem się tej różnicy, może nawet było mi trochę wstyd. Jean, Ty jesteś Amerykaninem w znacznie większym stopniu niż ja, jesteś prawdziwszym dziecięciem natury i wszystkiego tego, co z łaskawej ziemi. Wiesz (zboczę teraz z tematu), że to właśnie najbardziej podziwiałem w Lucienie, tym naszym dzikim zwierzaku. On był spadkobiercą natury; ziemia obdarowała go całą dobrocią swojej formy, zarówno fizycznej, jak i duchowej. Jego dusza i ciało współbrzmiały ze sobą, jedno idealnie odzwierciedlało drugie. Podobne cechy sprawiają, że jesteś niemalże jego bratem. Gdyby ująć rzecz w Twoich własnych kategoriach, choć nieco przemieszanych, trzeba by powiedzieć, że obaj jesteście romantykami-wizjonerami. Ze skłonnościami do introspekcji, owszem, ale i eklektyzmu. Natomiast ze mnie żaden romantyk ani wizjoner - w tym tkwi moja słabość i być może moja siła; w każdym razie to już jest jedna różnica. W kategoriach mniej romantycznych i mniej wizjonerskich - jestem Żydem (chociaż akurat talentu do introspekcji i eklektyzmu mi chyba nie brakuje). A jednak obcy mi jest Twój naturalny wdzięk i ten duch, z którym Ty, jako ktoś, kto jest integralną częścią Ameryki, jesteś za pan brat. Lucien i Ty bardzo przypominacie Tadzia [młody, przystojny chłopiec ze Śmierci w Wenecji]; we mnie zaś za mało romantyzmu i zbyt dużo precyzji, by nazwać się Aschenbachem [stary profesor zauroczony Tadziem], choć istotnie jestem odcięty od innych; ale nie jestem wygnańcem ze wszechświata jak [Thomas] Wolfe (albo Ty), bo ja nawet ze sobą samym nie czuję się swobodnie. Mój dom - społeczeństwo, w którym żyję - wzbudza we mnie te same uczucia co w Tobie, czyli apatię i osłabienie. Ty rozpaczasz: "żeby tak znaleźć się w jakimś odległym mieście i poczuć dławiący ból, jaki przynosi nierozpoznane ego!". (Pamiętasz? Kiedyś byliśmy najwyższą jaźnią). Ale ja nie chcę uciekać ku sobie, ja chcę raczej uciec od siebie. Pragnę unicestwić świadomość mojej odrębnej egzystencji, moją wiedzę o niej, moje winy, moją skrytość i to, co Ty (chyba niezbyt życzliwie) nazywasz moją "hipokryzją". Ja nie jestem żadnym dziecięciem natury, sam sobie wydaję się wstrętny i niedoskonały; nawet poprzez poezję i romantyczne wizje nie potrafię wznieść się na wyżyny symbolicznej chwały. Żebyś mnie źle nie zrozumiał: nie przyznaję, lub raczej wciąż jeszcze nie jestem gotów przyznać, że ta różnica czyni mnie gorszym. Wyczułem, że powątpiewasz w moją - jakby to ująć? - artystyczną siłę. Jean, ja już dawno przestałem wątpić w swoje siły jako twórca, czy też może inicjator sztuki. W tej kwestii mam pewność. Mimo to nie potrafię, tak jak Ty, dojrzeć w tych siłach jakiegoś ostatecznego blasku, zbawiennej glorii, odkupienia poprzez geniusz. Sztuka jest dla mnie - kiedy się nie oszukuję - marną namiastką tego, czego naprawdę pragnę. Nudzą mnie już te gorączkowe łaknienia, jestem zmęczony nimi i przez to sobą, a co za tym idzie - gardzę (choć przecież toleruję je) moimi niespożytymi zapasami żalu nad sobą i ekspresyjnej niedoli. Czym jestem? Czego poszukuję? "Autokreacja", jak nazywasz moje motywy i cele, wydaje mi się określeniem powierzchownym. Jeśli mierzę zbyt wysoko, by zdobyć miłość, czynię to dlatego, że tak bardzo jej pragnę i tak mało jej zaznałem. Miłości - powiedzmy - jako opium, choć wiem, że bywa też twórcza. Chodzi raczej o taką autokreację, która przekracza granice patologicznej skromności (do której nieświadomie dążę), a tym samym niweczy potęgę autokreacji. Nie wiem, czy jesteś w stanie to pojąć. Wyrzekam się cierpienia, jakie przynosi "niezaspokojone ego", wyrzekam się biernej poetyckiej histerii. Znam się już z nimi zbyt dobrze: jestem zmęczony i osłabiony szukaniem ich i odnajdywaniem bez trudu. Dość mam tego parszywego życia!
W ciągu tych kilku ostatnich lat najbardziej zbliżyłem się do spełnienia moich pragnień i, w przypływie prawdomówności, dziękuję Ci za ten dar. Ty zachowałeś stosowny dystans, chyba słusznie. Ja za bardzo uczepiłem się idei samospełnienia: na pewno nie byłem zbyt subtelny, kiedy odstawiałem tę całą arlekinadę i świadomie manipulowałem Twoją litością. Być może nadwerężyłem swoją własną cierpliwość i własne siły jeszcze bardziej niż Twoje. Ty za to zachowałeś się jak dżentelmen; chociaż chyba traktowałeś mnie zbyt serio, upatrywałeś przesadnie dużo symbolicznej wartości w moim wiecznym ruchu i tarciu. Wiele z tego, co robiłem, było nie tyle ironiczne, co po prostu bezcelowe i głupie. Nigdy nie zapomnę tego pobłażliwego uśmiechu, jakim obdarzył mnie Burroughs, kiedy - trochę na żarty, a trochę na serio - próbowałem wyjaśnić mu zawiłości mojego przebiegłego umysłu. A jednak, Jack, przez cały czas byłem świadomy tego, co robię, gdzieś w środku zawsze byłem szczery, i to się nigdy nie zmieniło. Zastanawiam się, czy chwytasz znaczenia, których nie umiem wytłumaczyć. Chociaż w poezji uciekam się do kłamstewek i przemieniam to rozgoryczenie w jakieś straszliwe "rany", miewam też przebłyski rozumności i wiem, że nie powinienem tak postępować. W każdym razie, jeśli jesteś w stanie to wszystko pojąć, proszę o wyrozumiałość; jeśli nie, błagam o wybaczenie. Obiecuję Ci, że kiedy się ponownie spotkamy po siedmiu miesiącach, czas ten okaże się owocny; spotkamy się znów jako bracia w komedii albo w tragedii, jak wolisz - ale jako bracia.
Nie wiem, co przyniesie przyszłość; pisana nam rozłąka; póki nie zmartwychwstanie umarła pora roku, my również musimy pozostać martwi. Wszyscy wy, którzy giniecie, pokonani, żegnajcie; nieznajomy, podróżniku, wygnańcze - żegnaj; pokutnicy i sędziowie na sali, żegnajcie; młodzieży, zamyślona i wściekła, żegnaj; dzieci łagodne i synowie gniewu, wy, którzy w oczach nosicie kwiaty smutku i choroby - czule was żegnam.
Allen
Jack Kerouac [Ozone Park, Nowy Jork]do Allena Ginsberga [Baza Szkoleniowa Marynarki, Zatoka Sheepshead, Brooklyn, Nowy Jork]
10 sierpnia 1945
Cześć, Allen:
Z obozem nie wyszło za dobrze21 - praca i zarobki zupełnie nie takie, jakich się spodziewałem - więc wróciłem do domu. Twój list jest pierwszy.
Od czasu do czasu będę robił przy saturatorze, tak żeby starczyło na bilet do LA. Oprócz tego piszę kilka jadalnych historyjek miłosnych, może którąś się uda sprzedać do jakiegoś magazynu.
(Chcieli, żebym czyścił latryny za 30 $ tygodniowo. Fuj).
Daj znać, jak tam Ci się podoba albo nie podoba w Sheepshead.
Comme toujours22
Jean
Allen Ginsberg [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]
12 sierpnia 1945
12 sierpnia.
Cher Jean:
"L'Automne déja"... Il ya une année jadis, si je me souviens bien, que le monde a venu a sa fin23. Jest niedziela; dziś wieczorem albo czternastego my - porywcze i zadumane dzieci - będziemy ponownie odgrywać nasze zbrodnie i osądzać same siebie24. Ten rok przeleciał jakoś prędko, jakby sam siebie przyćmił. W tych momentach, gdy za sprawą jakiegoś proustowskiego gestu les remords sont crystalisees25, rozmyślam o tamtym sezonie w piekle z jakąś sentymentalną tęsknotą i czułością. Dziś, próbując usnąć, usłyszałem murzyna, który podśpiewywał sobie, że "zawsze krzywdzi się tych, których się kocha", i sam zacząłem śpiewać te słowa jako swego rodzaju hołd. Musisz odmienić swoje życie!
Gwałtowne wahania Twych losów w kwestii stałego zatrudnienia przestały mnie już dziwić, choć pozostają "nieco zabawne". Nie mogę Cię krytykować za to, że wyjechałeś z tego obozu, ale moim zdaniem winą za to, że wpakowałeś się w takie [b?tises26?], możesz obarczyć tę cechę, którą omyłkowo nazwałem "emocjonalnym samozadowoleniem" - coś mi się wydaje, że masz nie po kolei w głowie i że chodzi tu o coś więcej niż tylko o ten Twój burżuazyjny idealizm. Nie wiesz nawet, do jakiej roboty się zgłaszasz? Moja babcia powiedziałaby, że masz gojisze kopf - gojowską głowę - w odróżnieniu od jidysze kopf - bystrej, żydowskiej dalekowzroczności, czegoś a la Burroughs. A tak w ogóle, to nie mam od niego żadnych wiadomości.
A moi - l'histoire d'une de mes folies27: w bazie jestem już dwanaście dni. Ci chłopcy to wszystko przerośnięte albo zwichrowane nastolatki - totalna neuroza, co do jednego. Tymczasem ja, moi, z moim nieskrywanym poczuciem winy i rozgoryczeniem, zdołałem przystosować się do życia w służbie ze spokojem i beznamiętną życzliwością, jakich morze jeszcze nie widziało. Drugiego dnia pokazali nam tutaj pseudofreudowski filmik, który miał uświadomić tym diabłom z ulicy, że ich bóle pleców, nóg i głowy, ich omdlenia i melancholijne nastroje to wszystko zaburzenia czynnościowe - innymi słowy, że ich problemy są natury czysto psychicznej. Jakiś prostoduszny twardziel nachylił się do mnie z lewej i wyszeptał dość wystraszonym głosem: Jezu, może powinienem pójść do psychiatry, tak jak tu mówią? Ze zdziwieniem odkryłem, że ogromna większość moich sąsiadów to emocjonalne wraki, które nie są w stanie wytrzymać nawet tego początkowego "obciążenia". Miejscem tym zarządza się w dużej mierze w bardzo głupi sposób. Tutejsi maci itd. to wszystko sierżanci marynarki o tłustych dupskach i gromkich głosach. Dużo gadają o porządku i dyscyplinie, podczas gdy dowództwo i administracja to najbardziej bezładna, niespójna, niezdyscyplinowana i nieporządna banda, jaką kiedykolwiek widziałem; atmosfera jest aż gęsta od niejasności, a to z kolei rodzi niepokój. Ja już na samym początku zastosowałem się do maksymy Burroughsa, żeby najpierw rozpoznać teren; udałem się na przeszpiegi; zapoznałem się ze wszystkimi regułami i określiłem się względem nich. Tak więc w mojej jidysze kopf nie było nawet śladu zaskoczenia ani napięcia, kiedy okazało się, że wszystko idzie zupełnie gładko. Posiadłem tajniki "leserowania" (unikania obowiązków, kar i oddziałów specjalnych). Rutyna jest tu sztuką dla sztuki; telos28 to zupełne peryferie, za to głównym zajęciem jest "praca w oddziałach specjalnych", co wydało mi się dość osobliwe. Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym, czego właściwie uczy człowieka wojsko. Tutaj armia po prostu utrzymuje siebie w jako takim stanie, bez jakiegokolwiek celu ulokowanego poza nią samą. No więc piorę ubrania i o każdej porze dnia i nocy ćwiczę się w schludności, przepisowo odkładam sprzęt do czystej szafki, ścielę koję, chichocząc przy tym dyskretnie. Jest też oddział specjalny, którego zadaniem jest polerowanie podłogi. Takie polerowanie (ścierki trzeba przesuwać nogami) to rutynowa procedura, do której zawsze można się odwołać, kiedy chce się podopiecznych czymś zająć. A jako że nawet w czyszczeniu osiąga się punkt malejącej produktywności, wówczas kiedy już nie da się nic więcej wyczyścić, każe nam się wykonać zadanie od nowa. To nam daje zajęcie, a przy tym uczy nas dyscypliny i dbałości o obowiązki. Ponieważ moja obecność tutaj jest dobrowolna i ma wszelkie znamiona eksperymentu, znoszę całą sytuację nie najgorzej i nie świerzbi mnie, żeby komuś wybić zęby albo prysnąć na samowolkę. Reakcje w stylu Thomasa Wolfe'a, czyli romantyczna dezaprobata i płomienny sprzeciw, nie interesują mnie za bardzo. Kwestionuję świadomość i zasadność wszelkich gestów. W każdym razie czuję się tu dobrze, ponieważ nie biorę niczego do siebie i dlatego ta odmiana ma efekt - o tak - orzeźwiający. Jest tu plaża, chodzę tam sobie popływać i pobyczyć się na słońcu w weekendy. Najbardziej brakuje mi muzyki. Mają tu co prawda radio, ale wiesz, jak jest.
Zacząłem korzystać z aparatu krytycznego Burroughsa oraz myśleć krytycznie o samym aparacie. Po pierwsze, Burroughs ma skłonność do przypisywania każdej jednostce, której nie zna osobiście, cech właściwych dla pewnej kategorii, i dlatego pewnie miałby kłopot z oceną dużej grupy złożonej z jednostek. A tu każdy stanowi jakąś jednostkę, nawet jeśli posiada cechy sugerujące taką czy inną osobowość (pedzio z zahamowaniami, maminsynek-płaksa, dzieciak bez perspektyw, sadysta itd.), chociaż sprawę można też ująć z perspektywy czysto antropologicznej. Ale mimo że w każdym z nich da się dostrzec jakiś znajomy temat, są to jednak osobni ludzie, którzy wzbudzają we mnie oprócz zainteresowania również współczucie. Próbowałem cały czas zgrywać "równego gościa", ale czasami pokusa, żeby popisać się swoim ego, była zbyt silna. Na szczęście umiem też posługiwać się odpowiednim językiem; do tego pracowałem kiedyś jako spawacz, więc mogłem wykorzystać to doświadczenie, żeby uchodzić za mechanika, zwyczajnego człowieka. Obawiałem się, że zostanę "mózgiem" (przyłapali mnie na czytaniu Harta Crane'a29, a w dodatku listonosz przyniósł kartkę od Ciebie, mówiąc, że jest po francusku - zobaczył ostatnie zdanie, które chyba było po francusku). Mimo to jak dotąd nie wpłynęło to negatywnie na moje relacje z równymi chłopakami i wszyscy mnie akceptują ("Bogu niech będą dzięki") jako swojaka. Okazuje się, że zwracają się do mnie, kiedy im trzeba współczucia (którego im nie szczędzę) i dobrej rady, bo w moim oddziale jestem jednym z najstarszych. W kółko nawijają mi o swoich dziewczynach. Tylko że z tymi gadkami o seksie to naprawdę chodzę po kruchym lodzie. No więc opowiadam im, że mieszkałem kiedyś z taką jedną dupą, Joan Adams, i jak to mi zawsze dawała po południu. Ale staram się nie szaleć z wulgaryzmami; jak chcę być "równiachą", to przechodzę na bardziej południowy akcent, gadam o Denver albo Saint Louis i jadę po czarnuchach. Tak że wszystko idzie dobrze i nikt mnie nie prześladuje, nawet nie mam co do tego żadnych obaw.
Lubię kilku chłopaków (tak po koleżeńsku, wiesz, nic więcej). Jeden z nich to Gaffney, taki rudzielec, patykowaty prawiczek, wszystkiego się trochę boi. Inny mówi o sobie, że jest "facetem z żelaza", ale wysłał matce ohydną zielono-fioletową poszewkę z jedwabiu z wyszytą maksymą (w dodatku do rymu!).
Napisałem tylko kilka wierszy okolicznościowych. To mnie trochę martwi. Dostałem list od Joan - będzie w NY na początku września. John [Kingsland] pisze do niej, ale z tyłu na kopercie podpisuje się jako "Celine", żeby zmylić rodziców Joan. Ci z kolei uznali, że skoro dziewczyny tak się zaprzyjaźniły, to może powinni zaprosić Celine do siebie do Albany. Od Celine też dostałem list: jest nad jeziorem Champlain. Lancaster robi jako kelner w ośrodku rekreacyjnym.
Nie chce mi się już pisać, zmęczyłem się.
Allen
Jack Kerouac [Ozone Park, Nowy Jork]do Allena Ginsberga [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]
17 sier. '45
Ozone Parc 1
Mon garçon30,
o tak, przyjacielu, pragnąłbym szczerze być dumnym posiadaczem jidysze kopf: to ci dopiero głowa, która umie rozpoznać jedyne prawdziwe wartości! Wracając w zeszłym tygodniu z obozu letniego, miałem szczęście siedzieć obok pewnego jegomościa, na oko koło pięćdziesiątki, który na pewno miał jidysze kopf na karku. Czytałem akurat Fałszerzy [André Gide'a] - (przyznaję się, że był to swego rodzaju gest!) - kiedy nagle mój towarzysz podróży sięgnął przez całe siedzenie i wyjął mi książkę z rąk. Nie muszę dodawać, że ucieszyła mnie ta jego bezpośredniość.
"Świehetna książka! - powiedział, dźgając mnie palcem. - Bardzo wartościohowa książka!"
"Tak? Podobała się panu?"
On tedy pokiwał głową, otworzył książkę (jam się podówczas rozluźnił nieco, oczekując wykładu na temat co lepszych scen) i zdjął obwolutę. Tę zaś obejrzał bardzo dokładnie, z troską wygładziwszy ją zmysłowymi palcami. Potem mocno wygiął grzbiet książki, aż jęknęła oprawa, i przez chwilę przyglądał się jej badawczo. Wreszcie odwrócił książkę do góry nogami i, niczym jakiś zegarmistrz, studiował okładkę, złote czcionki, wreszcie same stronice! Te ostatnie chwycił między opuszki palców, potarł jedną o drugą i westchnął. Spytałem: "Chce pan poczytać? Jeśli pan chce, to proszę bardzo, mam tu w plecaku jeszcze inne książki".
"Ach - powiedział - pan handluje książkami".
"Nie, nie. Ale mam kilka przy sobie" - odrzekłem, sięgając do plecaka i dobywając stamtąd Państwo Platona. Natychmiast wyrwał mi książkę z ręki i szast-prast! z błyskawicznym, bezbłędnym rozeznaniem, z dalekowzrocznością godną jidysze kopf, ze smutnym, acz dziwnie przenikliwym uśmiechem, zwrócił mi ją. Postukał palcem książkę leżącą na mojej dłoni, pokręcił głową i powiedział: "Ta nie za dobra, nie za dobra".
W efekcie ja ruszyłem dalej z Platonem, a on, być może nieprzystojnie, lecz na pewno bez świadomości nagannego zachowania, nadal wzdychał do naszego przyjaciela André Gide'a, obdarowując go pieszczotami.
Bill [Burroughs] jest w mieście. Spotkaliśmy się znów w "Noc po kapitulacji". Wyszliśmy na miasto razem z Jackiem i Eileen. Prawie w ogóle nie gadałem z Billem. Było sporo chlania i czarujących wygłupów, chociaż jestem pewien, że Bill zbyt oczarowany nie był. Skończyło się na tym, że zostaliśmy z Billem sami i próbowaliśmy poderwać jakieś panienki. Bill miał na głowie panamę i w jego wyglądzie było coś takiego, że żadna nie chciała z nami pójść... Kiedy tak sterczał na Times Square, to sprawiał wrażenie, jakby zamiast nad morzem ludzkich głów sprawował pieczę nad rozległym "jak okiem sięgnąć" polem maków. Choć może wyglądał raczej jak wysłannik Lucyfera, sam charge d'affaires de l'Enfer31, i kobiety, mijając go, dostrzegały błysk czerwonej podszewki jego płaszcza. To oczywiście wszystko kompletny nonsens. Ta noc należała do wojskowych: trzeźwy Potentat Marihuany i pijany żul nie mieli tam czego szukać. Kiedy Bill się zmył, poszedłem do Eileen i bzyknąłem ją, a Jack drzemał sobie w najlepsze obok.
Bill też się wybiera do Sheepshead! Więc możesz już sobie darować żmudne próby wtopienia się w otoczenie, bo jak Bill Cię zobaczy, to z miejsca wrzaśnie: "SNOOPY! Kiedy wyszedłeś? JAK CI SIĘ UDAŁO WYWINĄĆ OD ODSIADKI ZA PUBLICZNE OBNAŻENIE W CHICAGO??".
Doradziłem mu, żeby podszedł do Ciebie i powiedział: "SNICKERS! CÓŻ ZA PRZEMIŁE spotkanie! GDZIEŚ ty się przede mną chował, SKARBIE!". - Ale w końcu Bill uznał, że to żadnemu z Was nie byłoby na rękę.
Mam nadzieję, że się jutro zobaczę z Billem i obgadam sprawy.
Jak już do mnie piszesz, to nie zgrywaj takiego uczniaka i oszczędź mi tej śmiertelnie poważnej krytyki Jeana et son weltanschauung32. Błagam o nieco więcej finezji albo - o ile to możliwe - szczyptę poczucia humoru. Niektóre z Twoich żartów są w najlepszym razie na poziomie "PM"33 i doprawdy nijak się mają do mozolnych wysiłków, by osiągnąć pełnię lucienizmu. Otóż Lucien użyłby tonu satyrycznego, mon ami34, ale bez śladu wyniosłości czy paranoi. Ty zaś "kwestionujesz świadomość i zasadność wszystkich gestów". Przenigdy nie podpisałbyś się pod "płomiennym sprzeciwem i romantyczną dezaprobatą w stylu Thomasa Wolfe'a". A to boli, przyjacielu Ty mój, po prostu boli. Być może oceniasz mnie zbyt surowo, szczególnie ten mój ostatni "płomienny sprzeciw" a la gojisze kopf na obozie letnim, musisz jednak zrozumieć, że pracowałem jako pomocnik kelnera, a ci żyją z napiwków, te z kolei muszą być pokaźne, żeby pomocnicy kelnera z gojisze kopf na karku, miłujący prozę Thomasa Wolfe'a, mogli z nich wyżyć, tylko że widzisz, mon vieux35, w tym akurat smętnym przypadku obóz składał się w 100% z jidysze kopfe z klasy średniej, a przecież trzeba jakoś zarabiać na życie, toteż przepełniony romantyczną dezaprobatą, opuściłem to miejsce, ocalając w ten sposób byroniczną godność, który to gest, jak mniemam, spotka się z Twoją nieromantyczną dezaprobatą, należy jednak zauważyć, że wynikał bez reszty z naglących potrzeb rzeczywistości, chyba że pochlebiam sobie, w którym to razie w zupełności zasługuję na całe to dobrotliwe potępienie, litość i współczucie, jakieś dla mnie zawsze trzymał w odwodzie, by mnie nimi w odpowiednim momencie szczodrze obdarować.
Wesołych cauchemars36!
Twój czuły potwór,
Jean
Allen Ginsberg [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]
22 sier. 1945
Ku chwale Ojczyzny.
Cher małpo:
Niezmiernie się uradowałem (czy to za mocne słowa?) na wieść, że Bill [Burroughs] jest w mieście. Gdzie dokładnie mieszka? Ciekaw jestem, w jakiej noclegowni się tym razem zadekował. Czy przez ścianę sąsiaduje ona z łaźnią turecką? Ale że ma przyjechać tu do mnie, do Sheepshead, to już nadmiar szczęścia! Powiedz mu, żeby mi przesłał (albo sam mi prześlij) szczegóły jego zaprzysiężenia - czas wyjazdu, dzień itd. - już ja dopilnuję, żeby u bram stał komitet powitalny!
Co do tej onanistycznej uczniakowatości, którą mi zarzucasz, to się wal na ryj, Jean. I jeśli te "mozolne wysiłki, by osiągnąć pełnię lucienizmu" mają odnosić się do mnie, to wsadź je sobie w dupę. Bo ja nie mam na to nastroju. Je sais aujourd'hui comment orluer la beaute avec l'yiddishe koffe37. A tak przy okazji, chodziło mi o to, że ten Twój idiotyczny romantyzm objawił się w momencie, w którym fatalnie wybrałeś pracę i wpakowałeś się w takie gówno, że jedyne, co Ci zostało, to zgrywać Wolfe'a. No dobra, nie Twoja wina, że Cię wrobili w beznadziejną robotę. Ale coś takiego mogło się przydarzyć tylko Tobie. Mój list może i był wyniosły, ale człowieku, nie było tam żadnej paranoi!
Allen
PS W ten weekend chyba będę mógł przez chwilę cieszyć się wolnością; chciałbym zobaczyć Wasze facjaty, Billa i Twoją. Pro tem38 będę w restauracji Admirał o 17: 30 w sobotę. A teraz, s'il vous plaît39, czym prędzej napisz list albo kartkę i daj znać, gdzie możesz się spotkać ze mną i z Billem, podaj mi też jego telefon i adres. Jeżeli pasuje Ci inny czas i miejsce, to napisz; mogę być w NY nawet o 15: 00.
Dostałem bombowy list od Trillinga - przyniosę.
Twój pnący bluszcz,
A.
Nota redaktorów: W poniższym liście oprócz Billa Burroughsa wspomniany jest także inny "Bill" - mianowicie Bill Gilmore. Ta postać oznaczona jest za pomocą nazwiska podanego w nawiasie kwadratowym. Tam, gdzie brak takiego oznaczenia, czytelnik powinien założyć, że chodzi o Billa Burroughsa.
Jack Kerouac [Ozone Park, Nowy Jork]do Allena Ginsberga [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]
23 sierpnia '45
Cher jeune singe40:
Ponieważ nie mam nic innego do roboty, odpowiem na wszystkie Twoje bzdurne pytania. Bill jest teraz w Sheepshead, już od poniedziałku 20 sierpnia. Oczywiście nie zajrzy do Ciebie od razu. Taki ma plan: nie chce dać po sobie poznać, że mu jakoś bardzo zależy. Zajrzy do Ciebie w swoim czasie, chyba że wcześniej przypadkiem na niego wpadniesz. Nie zdziw się za bardzo! - w Nowym Jorku był pięć dni, zanim w ogóle do mnie zadzwonił, a raczej wysłał mi list z informacją, że jest w okolicy. Natychmiast poszedłem się z nim zobaczyć, nie kryjąc się w ogóle ze swoim entuzjazmem. Tym razem nie mieszkał w noclegowni, tylko w hotelu na Park Avenue, 4,50 $ za dobę. Nie, nie sąsiaduje z łaźnią turecką (zauważ, że ciągle odpowiadam na Twoje pytania), ale sam hotel jest dobrze znaną łaźnią turecką, że się tak wyrażę.
Przewertowałem Twój list w poszukiwaniu kolejnych pytań, ale już żadnych nie widzę. Przedziwne! - miałem wcześniej wrażenie, że aż roi się w nim od "co" i "dlaczego". Wszystko to pięknie, ale... nie istnieje żadne "Dlaczego". Oto cała tajemnica: że też w ogóle w naszych głowach kiedykolwiek zagościła koncepcja "Dlaczego"! To jest jedna z tajemnic. Śmierć jest tajemnicą niemal równie zagadkową jak życie. Ale dość już o tym.
Miałeś rację co do mojego "idiotycznego romantyzmu". Oczywiście. Całkowicie się z Tobą zgadzam. Sprawa załatwiona. Teraz już możemy, biedactwa, zacząć się zamartwiać czymś innym.
Tamtej nocy, kiedy ostatni raz widziałem się z Billem, przydarzyło mi się coś dziwnego... Strasznie się spiłem i straciłem równowagę psychiczną. Jak pamiętasz, to mi się nie zdarza za każdym razem, tylko czasami, jak wtedy. Bill [Gilmore] zaciągnął do naszego stołu jakiegoś kolesia... pochlaliśmy trochę... potem wszyscy poszliśmy do niego i tam pochlaliśmy jeszcze solidniej. Nawet Bill się zaczął trochę wydurniać. Wszyscy się wydurnialiśmy. Koleś strasznie mnie wnerwiał. Wiesz który to, przylazł z tą wielką zgrają do Café Brittany, kiedy siedzieliśmy tam z Gilmore'em i z Wujkiem Edouardem, był w tej wielkiej, hałaśliwej zgrai Amerykanów, w której roiło się od chorążych i damulek z dobrych domów, pamiętasz? Ale muszę Ci opowiedzieć o tym wieczorze, kiedy straciłem równowagę psychiczną. Jedno mi tylko zostało z tego gąszczu wygłupów... książka! Ukradłem książkę. Voyage au bout de la nuit41 Céline'a. W rewelacyjnym tłumaczeniu na angielski. W sumie to została mi jeszcze jedna rzecz: morze alkoholu we krwi. Wtedy widziałem się z Billem już drugi raz od jego przyjazdu i nadal ze sobą nie rozmawialiśmy. Przez chwilę byliśmy sami w restauracji i przyszło mi do głowy, że może już nie mamy o czym rozmawiać. Że tak się sprawy potoczyły; że do tego po prostu doszło. Już zupełnie nie mamy o czym rozmawiać. Każdy z nas wyczerpał możliwości tego drugiego. Jesteśmy zmęczeni. Za kilka lat, kiedy obaj nazbieramy trochę nowych doświadczeń, znów będziemy mieli jakiś temat do rozmowy. Za to z Tobą, mój mały przyjacielu, z Tobą zawsze jest o czym rozmawiać, ponieważ Twoja nieprawdopodobna wprost próżność i głupota sprawiają, że otwiera się między nami wspaniała, iskrząca przestrzeń w sam raz na kłótnię. Merde a toi!42 - tyle powiem.
W związku z powyższym sądzę, że możemy umówić się w Admirale, o ile rzeczywiście chcesz się tam spotkać. Ale jeść tam nie mam ochoty. Lokal strasznie zszedł na psy - obsługa, jedzenie i reszta. Zaszła obrzydliwa, wręcz biologiczna zmiana, jakiś rak. Aha, przynieś ten list od Trillinga. Pewnie czas się dowiedzieć, czy on nie jest zwyczajnym głupkiem... może wcale nie jest mądrzejszy niż Ty, ja czy ktokolwiek inny.
Może Cię to zdziwi, ale ostatnio mnóstwo piszę. W tej chwili piszę naraz trzy powieści, a do tego prowadzę obszerny dziennik. I jeszcze czytam!... Czytam jak wariat. Nie mam nic innego do roboty. A to jest coś takiego, czym można się zająć, kiedy wokół nie dzieje się nic ciekawszego, to znaczy kiedy otaczająca rzeczywistość nie jest w stanie zaoferować niczego sensowniejszego. Mam zamiar spędzić całe życie w ten sposób. Jeśli chodzi o sztukę, to jest to teraz moje prywatne zmartwienie, coś, co dotyczy tylko mnie, więc raczej nie będę Cię tym już nigdy więcej zadręczał. Wszystko cacy. Wers z mojego dziennika: "Wszyscy jesteśmy zasklepieni w naszych małych, melancholijnych atmosferach i, jak planety, obracamy się wokół słońca, czyli naszych wspólnych, acz odległych pragnień". Może to i nic takiego, ale jeśli mi ukradniesz to zdanie, to tym razem dla odmiany naprawdę Cię zabiję. 17: 30 a l'Admiral, Samedi43...
Żegnaj, petit44,
Jean
Nota redaktorów: Ginsberg się rozchorował i musiał spędzić kilka tygodni w szpitalu wojskowym. W rezultacie ominęła go krótka wizyta Williama Burroughsa w bazie i kolacja z Kerouakiem w nowojorskiej restauracji, o czym Ginsberg wspomina w poniższym liście.
Allen Ginsberg [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]
Poniedziałek po południu4 wrześ. '45 [sic: poniedziałek w 1945 wypadał 3 września]
Drogi Jeanie:
Dzisiaj czułem się na tyle dobrze, że wygramoliłem się z łóżka, przemknąłem do baraku i odebrałem list, który na mnie czekał. To była wiadomość od Ciebie i tak się ucieszyłem na myśl o wizycie Billa [Burroughsa], że pobiegłem do B-1, czyli do recepcji, żeby sprawdzić, dokąd go skierowali. Mówiłeś, że przyjechał 20-go. Ubłagałem przełożonych, żeby pomogli mi go znaleźć, i wreszcie któryś mat zajrzał do zeszytu. Powiedziano mi, że Bill wyniósł się z Sheepshead 22-go, dwa dni po przyjeździe. Przed chwilą wróciłem do izby chorych, totalnie skołowany i rozżalony. Co się stało? Gdzie on teraz jest - kontaktował się może z Tobą? Pewnie wrócił na Park Avenue. Bardzo chcę się z nim zobaczyć, ale przez najbliższe kilka tygodni nie będę mógł się stąd ruszyć. A teraz czuję straszny zawód i mam beznadziejny mętlik w głowie.
Niecierpliwie czekam na Twój opis La Nuit de Folie45. Mam nadzieję, że do czasu, kiedy mi o niej opowiesz, zdążysz już odzyskać równowagę psychiczną; lubię słuchać Twoich zagmatwanych gawęd o ocalonej męskości - No dobrze, to nie było konieczne. Ale przede wszystkim chciałbym usłyszeć coś więcej o tym degeneracie z czyśćca rodem, którego rzeczywiście całkiem nieźle pamiętam. Co do policji, [słowo nieczytelne], to niech Ci nie doskwiera poczucie winy ani skrucha, chociaż z Twojego tonu wnioskuję, że tak się właśnie dzieje.
Przez Twój ostatni list wyraźnie przebija lekkie zmęczenie, znużenie ducha: te opisy rozmów z Billem, apatia, ennui (konkretna przyczyna tak intensywnej lektury), zaskakujące oskarżenia o "głupotę i próżność", które zmartwiły mnie, zamiast rozbawić, czy też zranić, bo pewnie jedną z tych dwóch rzeczy miałeś na myśli. Co z Tobą? W każdym razie nie zapędzaj swoich rozterek artystycznych z powrotem do jaskini; chciałbym się o nich dowiedzieć czegoś więcej, bo to chyba jeden z najważniejszych etapów Twojej niebiańskiej podróży, by posłużyć się Twoją własną metaforą.
Przepraszam za zeszłą sobotę w Admirale. Nie mogłem się stawić, jak Ci już wytłumaczyłem w kartce wysłanej wczoraj wieczorem. Teraz czuję się znacznie lepiej, chociaż jednego dnia tak chorowałem, że zacząłem drżeć o los duszy człowieczej, szczególnie zaś swojej własnej. A Ty przyszedłeś? Co zrobiłeś, co sobie pomyślałeś, jak kląłeś pod moją nieobecność?
Leżąc w łóżku, dużo czytałem, bo tylko tyle mogłem robić. Skończyłem wreszcie Drogę człowieczą, a poza tym Most San Luis Rey Thorntona Wildera, ale żadna z tych książek mnie szczególnie nie poruszyła. Teraz wreszcie zacząłem Wojnę i pokój i przeczytałem 825 stron. Mam wrażenie, że Tołstoj podoba mi się mniej niż Dostojewski (nie wiem, co by miało znaczyć takie wyznanie, ale W. i P. sprawiła mi większą przyjemność niż jakakolwiek powieść od czasu Idioty. Załączam list Trillinga. [...]
Allen.
Jack Kerouac [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]do Allena Ginsberga [Zatoka Sheepshead, Nowy Jork]
6 września 1945
Czwartek wieczór, 6 wrześ.
Drogi Allenie,
muszę przyznać, że Twój liścik mnie wzruszył... zwłaszcza ten fragment: "tak chorowałem, że zacząłem drżeć o los duszy człowieczej, szczególnie zaś swojej własnej". Udało Ci się wyczarować rzeczywisty obraz ziemskich spraw... wszystko tu jest: choroba, strata, śmierć. Podoba mi się nieburżuazyjne podejście Rilkego do takich spraw i przyznaję, że nie pochwalam szczególnie tych orgii intelektualnej pseudosyntezy, w których zapomina się o faktach życia i śmierci... Shelleyowska "kopuła białego blasku" to dziś raczej różowa kopuła, z której sączy się na nas technikolorowa poświata. Chociaż akurat mówienie Tobie takich rzeczy nie ma pewnie zbyt wiele sensu, bo przecież wiem, że nie jesteś pierwszym lepszym mięczakiem intelektualnym ani jakimś tam chłystkiem.
Moja gorycz i gniewna nerwowość biorą się po części z tego, że widzę, jak nieszczerzy stali się ludzie... a musisz przyznać, że częściej spotykam się z grubiaństwem niż ktokolwiek z naszej paczki. Wiem, że Bill też czyta "Daily News", ale mam nad nim - niestety - jeden punkt przewagi, bo zmuszam się też do słuchania radia... do tego dochodzą jeszcze cierpienia związane z lekturą "PM". Archetypowa moralność odziana w nowoczesne regalia, uosobiona przez takiego Orsona Wellesa, Hearsta albo Biuro Informacji Wojennej - bo widzisz, tak naprawdę nie ma żadnych podziałów na prawicę i lewicę, nigdy ich nie było, wbrew temu, co utrzymują ludzie w rodzaju Lancastera i Fritza Sterna46 - działa na mnie jak wiatrak na Don Kichota... Ciekawe, co by na to powiedzieli Joan Adams i Kingsland; wychodzę tu na jakiegoś zupełnego pomyleńca. Zmagam się ze sprawami, które są passé... tak pewnie myślisz. No dobrze, zostawmy to na razie...
Chciałbyś wiedzieć, co u Burroughsa... Nie widziałem się z nim i nie wiem, gdzie się podziewa. Ale wysłałem kartkę do klubu uniwersyteckiego w nadziei, że mu ją przekażą i że on z kolei da mi znać, gdzie jest. Współlokator Gilmore'a Francis Thompson (!) twierdzi, że Bill jest ciągle w Nowym Jorku... A Gilmore siedzi w domku letniskowym na Cape Cod i pisze powieść. Bill wyjechał z Sheepshead, bo chciał się zaciągnąć do Floty Handlowej jako główny steward, a im to pewnie średnio odpowiadało... Francis uważa, że Bill będzie próbował jeszcze raz. No i to by było na tyle o Burroughsie, bo chwilowo nic więcej nie wiem, ale kiedy tylko dane mi będzie poznać jego nowy adres, niezwłocznie Ci go przekażę. Pozostaje zatem tylko jeden mały szczegół w sprawie Burroughsa... Joyce Field mówi, że jest "trędowaty". Muszę to powiedzieć Billowi...
Powtarzam: wzruszył mnie Twój list. Częściowo dlatego, że byłeś chory i właściwie nadal jesteś... A częściowo ze względu na list Trillinga, bo chciałbym, żeby coś takiego mi się kiedyś przytrafiło, a mianowicie żeby ktoś taki jak on darzył mnie sympatią i podziwem. Chociaż męczy mnie upór, z jakim opowiada o "efekcie" wiersza, ten jego list to z pewnością doskonały przykład na to, jak literat o ugruntowanej pozycji może rozbudzić w młodym poecie wiarę w siebie. To wszystko ma trochę francuski posmak... pomyśl: Mallarmé dodający otuchy młodemu autorowi Les Cahiers d'André Walter [André Gide'owi]; albo [Paul] Verlaine chwalący w liście adresowanym do Charleville porywczego chłopaka z prowincji; Gide obdarzający ciepłymi słowami uznania i podziwu młodego, nieznanego Juliana Greena. Piszę w pośpiechu i nieporadnie to wszystko wyrażam, ale szczerze Ci zazdroszczę. Wydaje mi się, że żaden z nas tak naprawdę nie docenia wagi - ba, słodyczy! - podziwu; to cnota na wymarciu. Zobacz, jaką urazę żywią do Luciena [Carra] te znerwicowane, bezkrwiste ryby z Columbii, bo nie udało im się zbić jego argumentów w dyskusji albo coś w tym stylu, bo nie uszło im na sucho, tak jak jemu, chodzenie po ulicy w czerwonej koszuli i białej masce. Moja niedawna wizyta na Columbii, gdzie ciągle mocno czuje się obecność Carra, uświadomiła mi - że użyję tu wyświechtanego i odpychającego zwrotu - neurotyczny charakter naszej rzeczywistości... Oto banda cymbałów, co to półgębkiem warczą na wszystko - a już zwłaszcza na Luciena. W nikim nie dojrzysz śladu tego miłosnego zachwytu, który każe wołać: "Patrz, patrz!"... nikt nie chwyci Cię ochoczo za ramię, by uwieść słodkim argumentem... nie ma tu za grosz germańskiego entuzjazmu, żadnych szorstkich, gardłowych okrzyków... Wszyscy tylko serwują nużące epigramy, tylko że na Columbii nie ma ani jednego Oscara Wilde'a. No, może z wyjątkiem Wallace'a Thurstona, jasne...
Byłem tam i widziałem się z Celine Young, Joyce Field, Groverem Smithem, Joan [Adams] i Johnem [Kingslandem], Auerbachem (tym przemądrzałym nudziarzem), Wallace'em Thurstonem, [Arthurem] Lazarusem (który pytał o Ciebie) - nie pamiętam, z kim tam jeszcze. Celine się spiła i pokazała mi list od [Hala] Chase'a. Mówiła, że zerwali ze sobą, ale coś mi się nie wydaje... Rozśmieszyłoby Cię na pewno cudowne porozumienie, jakie osiągnęliśmy tamtej nocy z Celine: zupełnie jak brat i siostra - no, może z wyjątkiem łóżkowych zapasów. Ale vraiment47 uważam, że Celine to wspaniała dziewczyna... Schudła siedem kilo i wygląda jak z tego sanatorium u Manna - niewysłowiona, piękna, trawiona wyniszczającą chorobą, lekko szurnięta. Wyznała mi melancholijnym tonem, że Lucien jej nie kochał i że ostatecznie i tak szukałby miłości gdzie indziej... dodała, że żadna dziewczyna nie byłaby w stanie zadowolić Luciena. Okazałem jej tamtej nocy tyle czułości... Czy wiesz, Allen, że Celine i ja już nigdy nie będziemy kochankami? Ona chyba chce po prostu mieć we mnie brata... A mnie się takie rozwiązanie nawet zaczyna podobać, bo ona mnie już zupełnie nie pociąga - moje pożądanie spłonęło w jakimś mistycznym ogniu. Ale jedna rzecz nie daje mi spokoju!... po tym wszystkim postanowiła zdać się kompletnie na swój los, w tym na romans z - uważaj - Donem Kahnem! Sytuacja zupełnie jak z Dostojewskiego, mój mały przyjacielu! No bo patrz: Celine bardzo lubi Edie [Parker Kerouac], w związku z czym zastrzega sobie prawo, by ubiegać się o moją przyjaźń. Poza tym zawsze pragnęła, żebyśmy się sobie zwierzali. Czyli właściwie chce mieć wszystko oprócz miłości. I wreszcie, z uwagi na ten stan rzeczy, postanawia romansować z każdym, kto ją zechce... Teraz mówi, że już nie chce Chase'a, i w kółko opowiada o tym Kahnie. Ironia tej sytuacji mnie po prostu obezwładnia. Coraz bardziej czuję się jak Myszkin48... Jestem w tym momencie zakochany w wielu osobach, w Celine wcale nie mniej niż w innych. Jako zmysłowemu Bretończykowi niełatwo jest mi się oprzeć seksualnym aspektom relacji z kobietami. A jednak w tym wypadku, jak się okazuje, z chęcią odgrywam rolę ojca spowiednika, jestem pełnym współczucia Raskolnikowem dla tej mojej Sonii49, podczas gdy jej wdzięki zarezerwowane są, za moją milczącą zgodą, dla jakichś kompletnych zer. O merde a Dieu!50 Oczywiście jest w tym wszystkim pewna ożywcza świeżość, a ja przecież nie stetryczałem jeszcze na tyle, żebym nie mógł brodzić w wodach nieznanych rzek. A tak w ogóle, to w październiku jadę do Kalifornii...
Poprosiłem Edie, żeby spotkała się ze mną w ten weekend na Columbii. Będzie kilka osób, w tym Edie, Joan, John, Grover, Celine, Kahn, ja i, mam nadzieję, Burroughs - jeśli uda mi się go znaleźć. Wypijemy za Ciebie toast, już ja o to zadbam. Niech sobie Kingsland chichocze, Burroughs szczerzy zęby pokpiwająco, Edie unosi kącik warg, Joan się zgrywa, Celine się słodko uśmiecha, a Grover rzuca kalambury - ja i tak zaproponuję toast za naszego małego, obłożnie chorego copain51.
Twoja ciekawość w kwestii la soirée d'idiocie52 jest zupełnie zrozumiała. To fakt, że miałem wyrzuty sumienia... Do tego stopnia, że odwołałem spotkanie z Burroughsem następnego dnia. Pewnie uważa, że jestem kompletnym nudziarzem. Wiem, że do takiej nerwicy jak moja ma zerową cierpliwość... Ale od tamtego momentu stoję oko w oko z moją prawdziwą naturą, a to spowodowało swego rodzaju oczyszczenie. Na pewno rozumiesz. Pamiętaj, że całe moje wcześniejsze życie upłynęło w atmosferze, która była diametralnym zaprzeczeniem obecnej. Dlatego automatycznie wzbiera we mnie odraza do tego, co dzieje się teraz, a za tym idą okropne wyrzuty sumienia i obrzydzenie. Wyczuwam w tych wszystkich ludziach jakąś ponurą monotonię, jakąś amerykańską identyczność, gdzie nie ma miejsca na żadną odmianę i zawsze jest nudno... dosłownie jak w jakiejś grupie zawodowej. To gromadzenie się w barach i te desperackie próby osiągnięcia jakiejś bliżej nieokreślonej syntezy przyzwoitości i nierządu... Już samo to mnie drażni, ale to jest jeszcze nic w porównaniu z ich idiotycznymi plotkami i chichotem. Gdyby to byli Grecy, cała sprawa zyskałaby od razu zupełnie inny wymiar. Tak więc odpychają mnie przede wszystkim te aspekty społeczne, a tych miałem tamtej nocy aż nadto. Co do aspektów fizycznych - które, jak wiesz, wprawiają mnie w świadome obrzydzenie - to nie jestem pewien... coś tam siedzi w tej mojej podświadomości, nie będę zgrywał naiwniaka. Cała przytomna część mojej natury mówi mi, że z takim życiem jest mi zupełnie nie po drodze. W kółko mi to powtarza. Słyszę ten jazgot natury, która powtarza mi to do znudzenia, i w jakimś momencie jej intencje zaczynają mi się wydawać podejrzane. Ale nie będę już kłopotał tym swojej pięknej główki. Wydaje mi się, że w ostatecznym rozrachunku i tak sprawę rozstrzygnie komenda: "Naprzód!" (na pewno słyszałeś tę historię o narkomanie Philu, prawda?). Zatem pozwolę swojej nerwicy rozpuścić się w białym płomieniu działania, że tak to ujmę. O dziwo, najbardziej denerwuje mnie to, że wszyscy widzą mnie jako rozdartego na dwoje przez tę całą sytuację... podczas gdy tak naprawdę ja chcę tylko oddychać świeżym powietrzem, a powietrze wokół mnie jest gorące i stęchłe, bo wszyscy są napompowanymi, nadętymi błaznami. Te wyrzuty sumienia, które wykryłeś w moim liście, biorą się z czegoś innego, niż myślisz... Kiedyś w Baltimore poszedłem do łóżka z dziewczyną; poderwałem ją w barze i obiecała mi, że się zabawimy. Kiedy już dotarliśmy do sypialni, zasnęła i nie mogłem jej dobudzić... Całą noc się z nią szamotałem, jej ciało było zwiotczałe jak ścierka, a ona chrapała w najlepsze. To było straszne doświadczenie, mówię Ci... Następnego dnia masz wyrzuty sumienia i wstydzisz się swoich pragnień; może też czujesz się trochę jak nekrofil, może w nas wszystkich jest obawa przed nekrofilią, no i taka szamotanina z nieprzytomną kobietą to doświadczenie najbardziej zbliżone do nekrofilii... W każdym razie dokładnie takie same wyrzuty sumienia miałem i tym razem, z identycznych powodów. Z tym że wiedziałem, że następnego dnia nie będzie mi dane zaczerpnąć świeżego powietrza... Nikomu nie mogłem o tym opowiedzieć, bo wiedziałem, że w odpowiedzi poczuję ciepły odór stęchłych banałów... To jest trochę tak, jakby moja nerwica nie była częścią mnie samego, tylko właśnie tego powietrza wokół, tej atmosfery, która mnie otacza. Bo ja zrobiłem w życiu wiele strasznych rzeczy, w mroku i z dala od wszystkich, krzywdząc nie tylko siebie samego. Nie jestem Purytaninem, nie odpowiadam przed samym sobą; już prędzej jestem synem Jahwe - lękliwie staję przed gniewnymi obliczami starszyzny, która zdaje się wiedzieć wszystko o moich najdrobniejszych przewinieniach i która wkrótce tak czy inaczej wymierzy mi karę. Na przykład jako mały chłopak wznieciłem straszny pożar w lesie w Massachusetts... i nigdy mnie to w najmniejszym stopniu nie martwiło, bo za ten czyn odpowiedzialny byłem tylko wobec swojej własnej, beztroskiej osoby... Gdyby mnie jednak ktoś przyłapał, cierpiałbym okrutne męki. Takie właśnie wyrzuty sumienia dopadły mnie tym razem... Ale z tego również udało mi się już teraz oczyścić... Tak mi się przynajmniej wydaje.
Nie powinieneś był się "martwić" tonem mojego poprzedniego listu. Akurat miałem taki nastrój... nawet nie złośliwy, wcale nie. Zachowałem się po prostu jak starszy brat. Czasem wprawiasz mnie w takie poczucie wyższości, powiedzmy: wyższości moralnej, że się nie mogę powstrzymać... A kiedy indziej czuję się gorszy od Ciebie - z całą pewnością jest tak właśnie w tej chwili. Obawiam się, że nigdy mnie do końca nie zrozumiesz i przez to czasem będziesz przerażony, zniesmaczony, zirytowany, albo może nawet zadowolony... Różnica między mną a Wami jest taka, że ja mam rozległe życie wewnętrzne, które paradoksalnie żywi się tym, co na zewnątrz... Ale żeby o tym rozmawiać, musielibyśmy zacząć mówić o mojej sztuce, a ten temat stał się dla mnie tak osobisty, że nie mam ochoty strzępić języka. Możesz sobie ubolewać nad faktem, że "zapędzam rozterki artystyczne z powrotem do jaskini", ale jestem przekonany, że tam właśnie jest ich miejsce. Im większe i głębsze będzie to życie wewnętrzne, tym mniej będziecie mnie rozumieć... Kiedy opisuję swoją osobę w ten sposób, być może brzmi to głupio, zwłaszcza Burroughs będzie miał na pewno zdrowy ubaw, ale tak się właśnie sprawy przedstawiają. Dopóki nie znajdę sposobu na uwolnienie swojego życia wewnętrznego za sprawą jakiejś artystycznej metody, wszystko, co ze mną związane, pozostanie niejasne. Oczywiście to stawia mnie w sytuacji godnej pozazdroszczenia... przypomina mi to coś, co kiedyś powiedział mi Lucien: "Mam wrażenie, że nigdy nie pokazujesz całego siebie, choć oczywiście wszyscy bruneci są tajemniczy". Przysięgam, tak dokładnie powiedział... Potem Ty sam wspomniałeś o "dziwnym szaleństwie, które od dawna rośnie" we mnie, w wierszu, który napisałeś zeszłej zimy... pamiętasz? Ale mnie to służy, Boże święty! Chyba zacznę celowo wprawiać ludzi w zakłopotanie; to by było coś nowego.
Bo przecież moja sztuka jest dla mnie ważniejsza niż wszystko inne... Nie dla mnie ten wasz cały emocjonalny egocentryzm, w którym się uwielbiacie pławić, te nieustanne analizy życia miłosnego i tak dalej. Piękne zajęcie, nie ma co! Ja już dawno oddałem się sobie bez reszty... Julian Green we wszystkich swoich utworach powtarza między innymi jeden temat: niemożliwość oddania się drugiemu człowiekowi. Zatem Julian potwierdza słowa czynem... Jest tylko jeden problem: pozostaje w nas to nieznośne pragnienie, by jednak oddać się komuś innemu, nawet jeśli to beznadziejna sprawa... Ale w tej kwestii nie mamy wyboru.
Latem opowiadałem Mimi West o tym, że szukam nowej metody, żeby uwolnić to, co noszę w sobie, i wtedy Lucien rzucił z przeciwległego kąta: "A co z nową wizją?". Ale prawda jest taka, że wizję to ja już mam... chyba wszyscy ją mamy... brakuje nam tylko metody. Lucienowi też brakowało tylko metody.
Rozumiem zniecierpliwienie Trillinga w kwestii Kapłanów Sztuki... Rzeczywiście jest w tym coś sztucznego. To taki gest, do którego odwołują się artyści, kiedy wychodzi na jaw, że ich metoda nie jest samowystarczalna... a po jakimś czasie ten gest, to Kapłaństwo, zaczyna znaczyć więcej od samej sztuki. Czy możesz sobie wyobrazić jakiś większy absurd?
Ale nie pozwólmy całej sprawie zupełnie podupaść, bo obawiam się, że taki właśnie los ją spotka, jeśli pozostawimy ją umysłom pokroju Trillinga. Przecież podjęcie się sztuki z zapałem i z całkowitym poświęceniem nie musi być równoznaczne z gestem Kapłaństwa. O nie, te dwie rzeczy na pewno da się od siebie oddzielić.
No to tymczasem dobranoc... Jeśli chodzi o bar Admirał, to zdążyłem przeczytać Twoją kartkę, a więc zostałem ostrzeżony zawczasu. Zatrzymam sobie na jakiś czas list od Trillinga, żeby pokazać paru osobom: na pewno w związku z tym zdasz sobie sprawę, że moja przyjaźń jest daleko czystsza, niż Twoja mogłaby kiedykolwiek być, biorąc pod uwagę ten Twój kompleks ofiary. Najbardziej nie znoszę tego protekcjonalnego tonu, jaki przybierasz za każdym razem, kiedy pozwalam sobie na nieskrępowaną, instynktowną czułość wobec Ciebie; dlatego zawsze się tak złoszczę. Wydaje mi się wtedy, że marnuję całkiem przyzwoitą przyjaźń na jakąś małą, nadętą gnidę. Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby w Twojej osobowości było więcej esencji, bo wtedy łatwiej byłoby mi Cię szanować. Chociaż może właśnie masz taki charakter, tylko boisz się go pokazać. Chciałbym, żebyś przynajmniej spróbował dać mi odczuć, że mój zapał nie idzie na marne... co do Twojego zapału, to w cholerę z nim... masz go aż za dużo, a na pewno więcej niż ja. A teraz wybacz mi ten wybuch i pozwól życzyć sobie dobrej nocy.
[...]
Jean
Allen Ginsberg [b.s., Zatoka Sheepshead, Nowy Jork?]do Jacka Kerouaca [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]
po 6 września 1945
Drogi Jacku:
Twój list przyszedł wczoraj. Kiedy widziałem się z Joan [Adams] w WE [bar West End], powiedziałem jej coś takiego: "Celine [Young] przypomina mi Nataszę, czy jak ona tam miała na imię, z Czarodziejskiej góry". Ten Twój komentarz w liście - jakaś telepatia? Dlatego zdziwiło mnie, że Joan się z tym nie zgadza. Ale wydaje mi się, że ma na myśli zdrową Celine, metresę obiecujących prawników (chociaż to nawet pasuje do Manna). Zostałeś ostatnio ojcem spowiednikiem; ja już od kilku lat pełnię obowiązki brata powiernika (siostry powiernicy?) i wiem, jak to jest - podejrzewam, że dochodzi tu do częściowego przeniesienia libido.
I myślę, że podobnie się sprawy mają vis-a-vis wielkiego zainteresowania, z jakim ja i Bill śledzimy Twoje rozmaite affaires de folie53. Przyznam, że moje założenie (które stało się już po części nawykiem) co do Twojej dwoistej natury i wynikającej z niej sprzeczności - "wszyscy widzą Cię jako rozdartego na dwoje przez tę całą sytuację" - odpowiadało pewnym pragnieniom, ocierającym się o lubieżność. Przyłapałeś mnie. A jednak sam nie potrafisz wydać ostatecznego sądu w tej sprawie i uznać, że w pewnym sensie dręczy Cię specyficzna atmosfera; dużo łatwiej przychodzi Ci to "że się tak wyrażę", za sprawą którego ową niemoc roztapia biały lód czynu. Mnie samego odrzuca atmosfera u Larry'ego i na Main Street, razi mnie schematyczność podtekstów serwowanych przez [Billa] Gilmore'a, a jednocześnie z jakiegoś powodu obracam się w tym konkretnym światku (że posłużę się Twoim zwrotem). Z Tobą jest bardzo podobnie; w końcu wybrałeś taką, a nie inną atmosferę z przyczyn innych niż estetyczne, a w dodatku ciągnie Cię do niej ciekawość lubieżnika, z której, jak sądzę, zdajesz sobie sprawę. Mógłbyś ich nawet tolerować (tych pozerów), gdyby to byli Grecy, chociaż pogardzasz nimi w ich obecnej formie i trochę się ich boisz. A te Twoje "wyrzuty sumienia" są, jak sam zauważyłeś, skierowane na zewnątrz - boisz się dociekliwej zgryźliwości Burroughsa i tego, że ktoś inny dostrzeże Twoje tragiczne wady. Być może któryś z nich, Burroughs albo Gilmore, chce Cię sprowadzić do tego poziomu, ale Ty sam ich prowokujesz przejawami strachu i tym wysiłkiem, by wznieść się ponad nich; ignorujesz albo racjonalizujesz wszelkie sygnały, że prawda wygląda inaczej. Jesteś bardziej grecki niż Gilmore, a bardziej jeszcze amerykański niż grecki, więc nie musisz się tak spinać.
Nie bawi mnie siedzenie u Twych stóp i zakłopotanie napadami Twojego boskiego szału - nie mam najmniejszej ochoty być na przemian "przerażony, zniesmaczony, zirytowany albo może nawet zadowolony". Ty nie jesteś zabawką, a ja nie jestem jakimś jowialnym prostakiem, który bezskutecznie stara się pojąć Twoją głębię. A przecież Twoje oszczędne gospodarowanie energią spekulacyjną oraz rosnący dystans, z jakim traktujesz rozwiązłość w dzieleniu się swoimi towarami - to wszystko sugeruje jakiś nowy korytarz w gamie Twoich emocji, jakiś zadziwiająco burroughsowski i (ukłon) dojrzały etap rozwoju. Twoja sztuka, powiadasz, jest dla Ciebie ważniejsza niż wszystko inne, a moja to emocjonalny egocentryzm. Przyjmuję tę diagnozę, ponieważ nie waham się zredukować sztuki do rangi narzędzia służącego ekspresji i asercji - pod tym względem jestem, jak mi się zdaje, bliższy Rimbaudowi. Poza tym dla mnie sztuka musi w równym stopniu służyć odkryciom. Jednakże asercja - ja sam - i odkrycie - to, co na zewnątrz - stanowią moje cele; dlatego ja też oddałem się samemu sobie. To właśnie Ty nie dostrzegasz, że jest rzeczą niemożliwą oddać się innym ludziom, bo oddajesz się swojej sztuce. Za to moja sztuka oddaje się mnie.
Tak czy inaczej, gdybyśmy prześledzili rozwój poezji, to pewnie w ostatecznym rozrachunku doszlibyśmy do wniosku, że cała maszyneria sztuki (tak w Twoim, jak i w moim wypadku) opiera się na egocentryzmie, nawet jeśli chcielibyśmy mamić siebie samych innymi koncepcjami. I wreszcie sprawa z Julianem [Lucienem Carrem]. On nie zamierza oddawać się drugiemu człowiekowi, ewentualnie tylko do tego stopnia, do jakiego jest to konieczne, aby sprawić, żeby ktoś inny oddał się jemu. Miłość to nic innego jak rozpoznanie własnej winy i niedoskonałości, które następnie przeradza się w modły do doskonałego oblubieńca o przebaczenie. To właśnie dlatego kochamy tych, którzy są piękniejsi od nas, to dlatego się ich boimy i dlatego nie możemy zaznać szczęścia w miłości. Kiedy robimy z siebie kapłanów sztuki, to znów się oszukujemy: sztuka jest jak dżinn, który jest co prawda potężniejszy od nas, ale może istnieć i tworzyć tylko dzięki nam. I, jak dżinn, sztuka nie ma własnej woli, jest nawet może nieco głupawa; to my za sprawą naszej woli wprawiamy ją w ruch i za jej sprawą wznosimy nasze lśniące pałace i, co najważniejsze, znajdujemy królową tych przybytków. Kapłan jest więc wyznawcą kultu wielbiącym dżinna, którego przywołał ktoś inny.
Mówisz, że chcesz zachować sobie list Trillinga, mój prawdziwy przyjacielu, i że docenię jakość Twojej przyjaźni, kiedy obwieścisz wszem wobec jego istnienie. Wygląda na to, że moje pragnienie autokreacji ducha przekonało Cię, iż istotnie cierpię na kompleks ofiary. Straszny z Ciebie niewdzięcznik - i pomyśleć, że ośmieliłem się powiedzieć Trillingowi (już pół roku temu), że jesteś geniuszem. I tak mi za to dziękujesz? (Właściwie to podejrzewam, że powiedziałem mu to przynajmniej częściowo po to, żeby myślał, że moi przyjaciele to geniusze, z czego jasno wynika itd. Ale mimo wszystko ryzykowałem dla Ciebie swoją reputację).
Żarty żartami, ale zdziwiło mnie Twoje przekonanie, że kiedy tylko odkrywasz przede mną swoją czułą naturę, przybieram protekcjonalny ton - wydaje mi się, że jest wprost przeciwnie. Czy naprawdę tak to widzisz?
Przy okazji - wstydziłem się powiedzieć Ci o tym przy Burroughsie - napisałem do Trillinga ośmiostronicowy list, w którym wyłożyłem mu (swoją wersję) Weltanschauung Rimbauda. Była to w dużej mierze egzegeza spenglerowskich i antropologicznych koncepcji Billa. Jakoś mi teraz głupio - wyszedłem na strasznego mądralę.
Chyba będę w NY - u Billa - w sobotę wieczorem, może w niedzielę. Poniedziałek powinienem mieć wolny. Nie mam pieniędzy, więc będę zmuszony oddawać się introspektywnym rozrywkom - C.
Gilmore naprawdę pisze powieść?
Wysyłam Ci dwa sonety, w których piszę o roli, jaką odgrywa poeta - masz tu jakąś połowę moich koncepcji sztuki54.
Allen
PS Nie pisz, chyba że wydarzy się coś szczególnego. Nie chcę Ci zabierać czasu, a zobaczymy się bardzo niedługo. Wydaje mi się, że powinieneś się oszczędzać i pisać do mnie tylko w razie tragicznych okoliczności, długich pożegnań i podróży.
1948
Nota redaktorów: Między wrześniem 1945 a kwietniem 1948 r. Jack i Allen przez większość czasu przebywali razem, a więc pisanie listów było zbyteczne. Ich korespondencja odżyła dopiero w 1948 r., po tym jak obaj spędzili nieco czasu na morzu, poznali Neala Cassady'ego i odbyli swoje pierwsze podróże przez całą Amerykę, żeby się z nim spotkać na Zachodnim Wybrzeżu; w tym czasie ich przyjaźń miewała lepsze i gorsze chwile.
Jack Kerouac [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]do Allena Ginsberga [b.s.?]
ok. kwietnia 1948
Sobota wieczór
Drogi Allenie
Przez rozrywki, podniety i ciemne moce najwyraźniej nie dotarło do mnie, co mówiłeś o Van Dorenie i jego propozycji, żeby opublikować Twoje "chandry"55. Dlatego też musisz teraz usiąść i opisać mi wszystko w liście. Wpadłbym do Ciebie pogadać o tym, ale jestem już tak bliski skończenia swojej książki, że aż drżę na myśl, że mógłbym zostawić tę robotę choćby na chwilę. No może przesadzam - ale przecież mogę się z Tobą zobaczyć w przyszły weekend. Tymczasem chciałbym dowiedzieć się czegoś, czegoś więcej, mieć jakiś ogólny zarys.
Tak sobie rozmyślam o jidysze kopf i zastanawiam się, czy miałeś rację i czy faktycznie powinienem zanieść Miasteczko i miasto56 do Van Dorena zamiast do wydawcy. Powiedz mi, co o tym myślisz - co na to Twój umysł, wypielęgnowany, zadbany niczym Węgier Brierly-w-szlafroku57? Wydaje mi się, że jak zaniosę moją powieść do wydawców, to tylko na nią zerkną niechętnym okiem, wiedząc, że nic nie wydałem i że pies z kulawą nogą o mnie nie słyszał - a jeśli Van Dorenowi się spodoba, to wszystko może potoczyć się inaczej. Zakładam, że też tak uważasz. Jako genialni artyści powinniśmy razem obgryzać paznokcie, albo przynajmniej powinniśmy, albo coś tam teges.
Pisał do Ciebie Neal [Cassady]? Pytam, bo chciałbym się z nim zobaczyć, jak 1 czerwca pojadę do Denver poszukać roboty na jakiejś farmie. Dziwne, że nie pisze - najwyraźniej dostał za coś dziewięćdziesiąt dni odsiadki, oby tylko nie dziewięćdziesiąt miesięcy, bo tego się najbardziej obawiam.
Hal [Chase] czytał kawałki mojej powieści i mówi, że jest lepsza, niż się spodziewał, i to samo mówią wszyscy inni. Prawdę mówiąc, nie mam zdania, bo nigdy jej nie czytałem od początku do końca, tak naprawdę prawie w ogóle jej nie czytałem. Hal jest nadal tym samym niemożliwym Halem - wiesz, z tą jego całą tajemniczą, intensywną osobowością. Co za dziwak. Monotonną powierzchnię jego głębi zakłóca jakiś milion zaskakujących naiwnostek. Ale to jest prawdziwa głębia.
Zabawne, że cokolwiek bym do Ciebie napisał, i tak brzmi jakoś koślawo, bo ciągle sobie wyobrażam Ciebie, jak mówisz: "Ale dlaczego? po co on wygaduje takie rzeczy? co to wszystko znaczy? po co to wszystko?". Trochę jak Martin Spencer Lyons, wielki filozof. Gość pyta: "Co porabiasz?", Ty mu na to: "Piszę powieść", a [on] wtedy: "DLACZEGO?" - głosem Gabriela, tak że czujesz na sobie ciężar wszystkich dlaczego-i-po-co, jakie istnieją we wszechświecie, i wiesz, że już nigdy się spod nich nie wygramolisz. Mówię Ci, stary, ten Martin Spencer Lyons zasiedział się w domu dlaczego-i-po-co i musiał się wymknąć tylnymi drzwiami. Tymczasem ja - ja tam byłem, obejrzałem sobie po kolei wszystkie pokoje i wyszedłem tak samo, jak wszedłem. Spytaj mnie o dlaczego-i-po-co dowolnej rzeczy albo o szaleństwo, jakim jest czyn nieświadomie zaaranżowany, a odpowiem Ci supercwaniackim głosem Marka Twaina: "No przecie nawet z termitami w domu dlaczego-i-po-co jestem po imieniu". Dobre, co? Chodzi mi po prostu o to, że nie powinno się ciągle pytać dlaczego, więc nie pytaj, dlaczego piszę do Ciebie ten list. W sumie to dlatego, że mam nagłą potrzebę porozmawiania z Tobą o tym, ale podświadomie chcę też domknąć koło, które rozpoczęliśmy w zeszłą sobotę, kiedy to pożyczyłem od Ciebie dolca i obaj uśmiechnęliśmy się uprzejmie jak dwóch starych Żydów, co to obaj robią w tekstyliach i znają się tak dobrze, że mogą sobie pozwolić na fałszywe uśmieszki. Poza tym zapewne nie uświadczysz tego dolca przed weekendem, bo wtedy się może zobaczymy.
Tak więc jak się będziesz widział z Van Dorenem, powiedz mu, że zamierzam mu przynieść moją powieść (380 000 słów), powiedz mu, że ją przyniosę w połowie albo pod koniec maja, całą, skończoną powieść: powiedz mu, że to ta sama, o której mu opowiadałem 2? roku temu, i jeszcze mu powiedz, że po drodze musiałem znosić ubóstwo i szaleństwo, chorobę i żałobę, a powieść i tak się trzyma kupy. Jeżeli to nie jest niezłomność, niewzruszoność, czy coś tam, godna geniusza, to już nie wiem, co nią jest. Powiedz mu, że pochłaniała mnie smętna tajemnica czasu, ale że umiałem wznieść się ponad czas, że nawet w momentach najgłębszej melancholii i najboleśniejszej obsesji na punkcie czasu pracowałem bez ustanku. A Martinowi Spencerowi Lyonsowi, temu żałosnemu, rozklekotanemu dziwadłu, powiedz, że udało mu się zirytować człowieka czynu. Trzymaj się, stary. Opowiedz coś o Hunkey'm [Huncke'em].
Człowiek zagadkowej wiedzy i agresywnej rozpaczy,
J.
PS Wiesz, co mi się podoba w Van Dorenie? Tylko on ze wszystkich profesorów, których poznałem na Columbii, sprawiał wrażenie, że cechuje go bezpretensjonalna skromność - sprawiał takie wrażenie, ale jak dla mnie naprawdę w głębi duszy taki był. Jakaś taka boleśnie szczera skromność, jaką pod koniec życia mogliby się odznaczać Dickens albo Dostojewski. Do tego jest poetą, "marzycielem" i człowiekiem moralnym. To ostatnie - że jest człowiekiem moralnym - podoba mi się najbardziej. To jest taki człowiek, którego stosunek do życia zawiera w sobie element moralnej propozycji. Propozycję tę mu złożono, lub też on sam ją złożył - życiu. Rozumiesz? Uwielbiam takich ludzi. Nigdy nie umiałem się tym z nikim podzielić, bo obawiałem się, że zamiast na sympatyka, simpatico, wyjdę na hipokrytę. Dlatego jeśli jakimś cudem spodoba mu się moja powieść, będzie mi dane poczuć to samo, co Wolfe na pewno czuł do [Maxwella] Perkinsa ze Scribner's - synowską więź. Straszne byłoby nie znaleźć ojca w świecie, w którym aż się roi od najróżniejszych ojców. W końcu człowiek sam staje się ojcem, ale wtedy z kolei szuka syna, dla którego mógłby tym ojcem być, a to też się nie udaje. To z pewnością najsmutniejsza prawda, staruszku, że ludzie strasznie utrudniają sobie życie itd.
PS Skumaj to zdanie z mojej powieści, we fragmencie o Greenwich Village: "We wszystkich tych miejscach (na imprezach w Greenwich Village) śmiertelnie poważny Francis zachowywał się jak jakiś młody kleryk, którego na samym początku kariery spotkała suspensa wskutek jakiegoś straszliwego skandalu teologicznego".
PS I jeszcze skumaj ten opis Nowego Jorku: "Po drugiej stronie rzeki zobaczyli strzeliste szczyty samego Manhattanu, we wspaniałym, czerwonym świetle popołudnia świata. Nie mogli w to uwierzyć, był tuż, prawie tak blisko, że można go było dotknąć (jak gwiazd), tak ogromny, złożony, niepojęty i piękny w swym oddaleniu, jego prawdziwość była wypełniona dymem, błyskiem okien i cieniami kanionu, a poniżej, nad fartuchem wody drżał zwarty splot, różowe światło jaśniało na najwyższych wieżach, a bezdenne cienie wisiały rozpięte w gigantycznych przepaściach, podczas gdy oczy starały się dostrzec miliony drobnych przedmiotów w nieustannym ruchu, i miriady dymów wznosiły się i buchały wszędzie, wszędzie, od lśniących, splątanych nadbrzeży, przez wielkie flanki miasta, aż po najwyższe rejony itd., itp.". Potem zaczyna się ściemniać - "I tak właśnie się stało: słońce zachodziło, pozostawiając po sobie ogromne, spuchnięte światło, niczym ciemne wino i rubiny, wzbierały długie wstęgi chmur w aksamitnych odcieniach fioletu i różu, wszystko posępne, ciemne, olbrzymie i jak okiem sięgnąć, nad wyraz cudowne: wszystko się zmieniało, rzeka z roju niskich kolorów w ciemność (czujesz to?), otchłanie ulic w ciemność itd., bajeczny rozgwieżdżony brokat itd., itp. aż wreszcie" - spoglądając przez rzekę w stronę Brooklynu - "mosty mknące na wskroś rzeki - rzeka jak drobne monety - w stronę Brooklynu, w stronę tego rojnego, nabrzmiałego statkami, miękko splątanego, fantastycznie zmierzwionego skraju wody i nawisu - w stronę Brooklynu".
PS Jest tego więcej, znacznie więcej, ale się zmęczyłem.
Na razie
Jack Kerouac [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]do Allena Ginsberga [b.s., Nowy Jork, Nowy Jork?]
Temat: Wszyscy młodzi aniołowie jeżdżą na wrotkach w takt muzyki niebiańskiego country. (we wrotkarni)
Wtorek wieczorem, 18 maja '48
Drogi Allenie:
Dzięki, że piszesz. Być może zobaczymy się w najbliższy piątek, ale nie chcę się teraz zajmować szczegółami Twojego listu58, ponieważ dla mnie to same stare sprawy. W odpowiedzi na wszystkie Twoje pytania: tak. Mam takie same rozterki - chciałbym, żeby to, co wyrażam, było "moje własne", a jednocześnie żeby stanowiło jakiś przekaz ("słodki przekaz", niech Ci będzie)... i tak dalej, no i tak, wypracowałem na to własny sposób. Może nie tyle w Miasteczku i mieście, ile później. Możemy o tym porozmawiać. Jasne, że do tego "dojrzałem"; jak mogłoby być inaczej? - w końcu piszę bez przerwy od wielu lat, a wiesz przecież, że nie jestem jakimś głupkiem czy półinteligentem. Może będę w stanie Ci pomóc, jeśli wskażę Ci potencjalne pułapki. A co do książki, to już dwa tygodnie temu oddałem ją ludziom od Scribnera i teraz ją czytają; jak dotąd żadnych wieści.
Ale mam coś, co Cię na pewno zainteresuje - napisał do mnie Neal [Cassady]. To jest to, ta słodka, mroczna rzecz, która sprawia, że pisanie jest tym, czym jest... W każdym razie Neal napisał do mnie i musiałem wypełnić formularz, w którym pracodawca prosi, żebym poręczył za jego uczciwość. Rzecz jasna, wysmażyłem epistołę w najlepszym stylu Billa Burroughsa. Napisałem chyba, że "jego obecność stanowiłaby wyśmienity wkład w Państwa organizację" itd. Chodzi o pracę hamulcowego w Southern Pacific. Z czego wnioskuję - i dobrze zgadłem wcześniej - że Neal miał jakieś kłopoty, dostał trzy miesiące i teraz szukają mu pracy przez jakąś agencję. Tylko że Neal się o tym nawet nie zająknął. A tak w ogóle, to Southern Pacific to najwspanialsza kolej na świecie... w niedzielny poranek jechaliśmy sobie z chłopakami na platformie, na leżąco, przez nasłonecznioną dolinę San Joaquin, która roiła się od winogron i kobiet-o-ciałach-jak-winogrona, i czytaliśmy komiksy w niedzielnym dodatku, a hamulcowi tylko się do nas uśmiechali i machali wesoło. To jest ulubiona trasa kalifornijskich włóczęgów. Jak ktoś ma odrobinę oleju w głowie, to może sobie do woli jeździć na tej trasie między Frisco i LA nawet co tydzień - nikt się go nie będzie czepiać. A jak pociąg zjeżdża na bocznicę, a obok akurat jest jakieś pole, to można zeskoczyć z platformy i sobie nazbierać owoców. To cudowne, że Neal pracuje na tak cudownej kolei, w krainie Saroyana59... (a jak ktoś dostanie nożem w żebro, to przecież nie moja wina ani Neala, ani Saroyana). Na Santa Fe, jak cię dorwą hamulcowi i będą mieli pod ręką dość pałek, to zatłuką jak psa - ale SP to zupełnie inna sprawa.
Jaki ja miałem sezon, Allen, nie masz pojęcia! Trwał dokładnie cztery dni. Miała osiemnaście lat, zobaczyłem ją na ulicy, normalnie rozerwało mnie na strzępy, więc poszedłem za nią do wrotkarni. Próbowałem trochę z nią pojeździć, ale tylko się co chwilę wywalałem. Oczywiście młodziutka i śliczna. - Tony Monacchio, przyjaciel Luciena (i mój), miał niezłe pojęcie o tym moim pięknym sezonie... Uważał, że ta dziewczyna, Beverly, jest dla mnie za głupia, że ma za mało do powiedzenia. Strasznie mnie to zmartwiło... zakochałem się jak kompletny wariat, tak jak wtedy w Celine [Young], tylko że gorzej, bo ta była jeszcze wspanialsza. Ale w końcu dała mi kosza, bo "przecież nic o mnie nie wie, kompletnie nic o mnie nie wie". Cholera, próbowałem ją nawet zaciągnąć do domu, żeby poznała moją matkę, ale najwyraźniej uznała, że chcę jej zrobić jakiś numer i że nie można mi ufać. Słodkiej miłości czule odmówiła. Chyba wydawało jej się, że jestem jakimś bandziorem... ciągle dawała mi to delikatnie do zrozumienia. Poza tym uważała, że jestem "jakiś dziwny", bo nie mam pracy. Za to ona ma dwie i zapracowuje się na amen, no i za diabła nie rozumie, co to znaczy "pisać". Któregoś dnia przychodzimy razem z Tonym Monacchiem do jego pokoju, a tam Lucien, pijany w trupa po imprezie - a wieczorem miał lecieć na 2 tygodnie do Providence na urlop. Jakoś go dowlekliśmy do autokaru lotniskowego. Zapuchnięte oczy, kompletnie ślepy, a na nogach brązowo-białe półbuty jak bohater Scotta Fitzgeralda z lat 20-tych. Nagle sobie pomyślałem, że może faktycznie Lucien przesadza z chlaniem i że Barbara [Hale]60 nic z tym nie robi. Naprawdę był w kiepskim stanie. Tony powiedział do niego: "Dziewczyna Jacka jest słodka i śliczna, tyle że głupia". A Lucien wymamrotał, ze środka tego swojego gigantycznego zawrotu głowy - "Na tym świecie wszyscy są słodcy i śliczni, tyle że głupi". Allen, to właśnie o to chodzi, to jest to, Ty się w ogóle nie stresuj jakąś tam teorią pisarstwa. Potem Lucien podziękował nam za odprowadzenie go do "samolotu", jak nazwał autokar, i zaraz się czule pożegnaliśmy. A tego samego popołudnia moja mała dała mi kosza. No dobrze, a co u Ciebie? I u pozostałych mieszkańców tego słodkiego, pięknego, głupiego świata?
Jack
Allen Ginsberg [b.s., Nowy Jork, Nowy Jork?]do Jacka Kerouaca [b.s., Nowy Jork, Nowy Jork?]
po 18 maja 1948
Poniedziałkowa noc: 1: 30
Drogi Jacku:
Dostałem Twój list w sob. wieczorem - byłem kilka dni w Paterson. W ten weekend będę (w NY).
Coś chyba za bardzo jesteś dumny z tego, że to są "stare sprawy". Miałem na myśli po części (mniejszej części) to, że nie czuje się tego (ja w każdym razie nie czuję tego) w Twojej prozie, no ale ale ale. Tu nie chodzi o tę wyświechtaną "dojrzałość", o której mówiłem wcześniej (i [Bill] Gilmore też), tylko o coś innego; nie mam pojęcia, czy Gilmore by to zrozumiał, i mało mnie to obchodzi. Ale masz rację, być może mam to przed sobą, pod samym nosem - w Twojej osobie. Tylko że nie chcę tego ciągnąć dalej.
Szkoła się skończyła i czytam sobie Dantego, jest bardzo inspirujący. Skończyłem Boską komedię jeszcze w roku akademickim, a teraz czytam inne, w tym Vita Nuova (Nowe życie). W ogóle wymyśliłem sobie bardzo ambitny plan tymczasowy, o którym Ci zaraz opowiem. Czytam po to, żeby skorzystać z doświadczenia innych. Czasami odkrywam (chociaż dopiero od niedawna), że pisarze mówią do mnie wprost, z samego środka swoich umysłów. Chyba napiszę cykl sonetów. Chcę przeczytać Petrarkę i Szekspira, Spensera i Sidneya itd. i dowiedzieć się wszystkiego o sonetach, od początku do końca, a potem napisać cykl o miłości, doskonale przemyślany i nowatorski. Wpadłem na ten pomysł, jak tylko zobaczyłem pierwsze słowo w tytule na jednej ze stron Vita Nuova: zawsze zanim przyjdzie mi do głowy nowy wiersz, pojawia się przepowiednia w postaci tytułu. To znaczy wiersz, tak samo jak powieść, często opiera się na jednej "transcendentnej, osobistej i poważnej myśli" - na jakimś jednym obrazie. Chcę opiewać moich "kochanków" na wszystkie możliwe sposoby - inteligentnie, dowcipnie, namiętnie, nieprzytomnie, nostalgicznie, refleksyjnie, pięknie, realistycznie, "uważnie", entuzjastycznie itd., a każdy możliwy ogląd ma być ujęty w starannie spreparowane, przejrzyste, misterne zwrotki - wszystko zaś będzie przenikał ten jak dotąd niezdefiniowany, czy może niewysłowiony nastrój, albo raczej rodzaj wiedzy, którą w sobie noszę, a Ty czasem nawet zdajesz sobie z tego sprawę, bez względu na moje idiotyczne zachowanie. Tytuł będzie taki: Fantazja na temat pięknych. Powtórz go sobie na głos, w tym tytule słychać całą koncepcję. Jedną z kluczowych myśli jest tu dynamiczna "Twarz Luciena" - kiedyś mi to podsunąłeś, a ja wtedy nie do końca zrozumiałem. Chcę sprawę ująć poetycko - jeśli się da, to na samym końcu wiersza - z tym że nie chodzi mi o jakąś prywatną, subiektywną, czy nawet nowojorską koncepcję Twarzy Luciena, tylko o całą ludzkość - podejmuję tu pierwsze próby wpisania się w wieczność.
Męczą mnie ostatnio niepokojące sny o Nealu [Cassadym]. Twój list dociera w momencie, w którym osiągnęły chyba punkt krytyczny, chociaż nie chodzi tu o namiętność i nie towarzyszą temu żadne burze intelektu. Zastanawiam się, co on porabia w swojej wieczności. Mam wrażenie, że jestem teraz bardzo daleko od innych ludzi, ale nie dokucza mi samotność, więc czuję się całkiem szczęśliwy. [...]
Nie martwię się o teorię pisarstwa, dopiero odkrywam praktykę. Chandry brzmią staroświecko. Dlatego zacząłem wysyłać wiersze do magazynów. Dostałem swój pierwszy list odmowny z "Kenyon Review"; J. C. Ransom, redaktor i poeta, pisze tak: "Bardzo podoba mi się ten niespieszny, iteratywny, usystematyzowany i refleksyjny wiersz. Miejscami przypomina sestynę. Dziękuję za przesłanie go. Mimo to mam wrażenie, że nie do końca nadaje się do naszego pisma. Potrzeba nam chyba rzeczy bardziej zwartych".
To o Ch. [Chandrze] w Denver, ale tak się akurat składa, że mam pod ręką kilka "zwartych rzeczy" - dostanie je w przyszłym tygodniu.
Ten Twój sezon chyba rzeczywiście był piękny. Żałuję zwłaszcza, że ominął mnie widok tak zalanego Luciena - myśl sobie, co chcesz.
Hm, nie, coś takiego to Ty byś mógł powiedzieć. Dochodzą mnie w tym momencie słowa takiej śpiewki: "Podaj no, proszę, kawałeczek pizzy" i żałuję, że nie mam w sobie więcej życia - dlatego nic już więcej nie powiem.
Wszyscy mają się nieźle, a ten świat jest słodki, piękny i nawet nie taki głupi. Lucien, mówiąc "głupi", ma na myśli to, że sami nie wiemy, co wiemy. To znaczy nie chcemy się przyznać, ile naprawdę wiemy.
White61 twierdzi, że ludzie od Scribnera też Ci dali kosza, tak jak ta Twoja dziewojka. Prześlesz mi tę powieść [Miasteczko i miasto]? Ale nie martw się, serio, to nic nie znaczy. A przynajmniej ja tak uważam.
Grebsnig
Allen Ginsberg [Harlem Wschodni, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [Ozone Park, Nowy Jork]
3 lipca 1948
Drogi Jacku:
[...]
Tak jest, tatuśku, jestem w Harlemie i czytam Hucka Finna. Mam radyjko i słucham sobie wszystkiego, kiedy mi się tylko podoba, Durgin62 wchodzi i wychodzi, nie przejmując się kompletnie, że jest któraś tam w nocy, zalany, rży z jakichś idiotyzmów, prowadzimy szalone, a nawet radosne rozmowy, czasem krótsze, a czasem dłuższe, potem ja siadam i piszę, i on też siada i pisze o T. z Akwinu, Martinie Buberze i Szekspirze, no i kaszle. Rodzi się we mnie wielkie braterskie uczucie do niego, bo koleś jest po prostu genialny, a przy tym naprawdę smutny. Zna wszystkie bary w mieście: zna całe miasto, ale mu to zwisa, bo ciągle rozmyśla o Duszy pod kątem teologii. Za kilka dni jedzie do Saranac63, mają mu tam odpompować płuco. Siedzę i opowiadam mu improwizowane historyjki o moich spacerach po Harlemie, o koncercie Lestera Younga w Apollo, o tym, kim jest Lester i jak wygląda, kiedy daje czadu na saksie, i o gospodyni, starej Żydówce, pani Bitter (tak się nazywa!)64 itd.
Co z [Allanem] Temką65? Nie wytrzymał w San Francisco? Co on w ogóle wie o Grozie? Co mu zależy, czemu sobie nie znajdzie pracy i się jej nie uczepi jak uczciwy człowiek? Czemu nie pojedzie do Paryża, żeby tam zamieszkać i tarzać się w paryskich rynsztokach? Już go widzę, jak w pocie czoła zbija fortunę na czarnym rynku, a potem siedzi w knajpie Rumpelmeyer's i rozważa dalsze perspektywy. Powiedz mu, że musi koniecznie odbyć pielgrzymkę do Aix66 (Cézanne!) albo do Charleville.
W każdym tygodniu uczę się czegoś nowego, ale moje poema wciąż nie chcą być moje. Muszę mieć nowe rymy, w tych słowach muszę być nowy ja ja ja. Bo przecież ja to nie tylko jakaś tam zdobna retoryka.
Chcesz zobaczyć prawdziwy wir? Wpadaj do Harlemu.
W weekend jadę do Paterson sprawdzić, co u papcia Louiay [Louisa Ginsberga]. Przyjdź jakoś potem, kiedy chcesz, na przykład w poniedziałek wieczorem albo w któryś następny wieczór. Rano w tygodniu jestem pod telefonem na Akademii Nauk Politycznych67, musisz zadzwonić pod główny numer Columbii i poprosić, żeby Cię połączyli z Akademią, a potem ze mną, o dowolnej porze przed 10: 30 rano.
Zwala mnie z nóg ta Twoja końcówka. To może być coś wielkiego, Twój najbardziej obiecujący tekst - tylko błagam, nie spierdol go jakimiś wolfe'owskimi refleksjami.
"Wszystko, co robisz, jest świetne".
Napisałem długi list do Neala, taki długi, że aż musiałem wysłać go paczką, przepisałem tam wszystkie moje rzeczy, zaczynając od Chandry w Dakarze.
Mau, au.
Nota redaktorów: Latem 1948 r., mieszkając u Russella Durgina (na East 121st Street 321, w Harlemie Wschodnim), Ginsberg miał serię kosmicznych wizji i halucynacji. Podczas pierwszej z nich usłyszał głos Williama Blake'a recytującego swoje wiersze. Po tym wydarzeniu nastąpił okres wzmożonej świadomości, który trwał z przerwami kilka tygodni. Wizje te wywarły kolosalny wpływ na Allena i miały zaprzątać jego myśli przez następne dziesięciolecie. W poniższym liście Ginsberg stara się wyjaśnić Kerouacowi naturę swych przeżyć duchowych.
Allen Ginsberg [Harlem Wschodni, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [b.s., Ozone Park, Nowy Jork?]
Lato 1948
Drogi Jacku
Mam nadzieję że tak jak ja pamiętasz jeszcze naszą rozmowę z zeszłego tygodnia na 14 Ulicy. Pojawiło się w niej coś, co nie wyklarowało się dostatecznie w naszej poprzedniej rozmowie - chodzi mianowicie o to X, o którym na okrągło gadałem (i Ty też, i w sumie wszyscy inni) przez ostatnie kilka miesięcy. Ważne jest, żebyśmy dokładnie pojęli (o ile w ogóle warto cokolwiek pojmować intelektem) całkowitą "inność" tego innego świata. Ten świat w żadnym momencie nie przejawia się w naszej świadomości - może poza rzadkimi wyjątkami - ale mimo to wierzę, że jest jedyną drogocenną rzeczą, jedynym skarbem, jedyną myślą, jedynym godnym i autentycznym wysiłkiem, i to właśnie jemu postanowiłem oddać swoją jaźń (lub może, by ująć to mniej egoistycznie, moja jaźń została mu oddana) - trochę jak ten bohater u Kafki, który budzi się pewnego dnia i zdaje sobie sprawę, że coś tajemniczego przyoblekło się w materialną formę i teraz go śledzi, prześladuje, nie dając mu odetchnąć - to walka z czasem, walka na śmierć i życie. Nierzeczywiste stało się teraz dla mnie najrzeczywistszym. Być może dlatego moje świadome życie intelektualne jest tak odległe od Twojego. To, przed czym drżałeś, biorąc mnie za szaleńca - to, co wydało Ci się fantazją - fantazją najczystszą z możliwych - możliwe zatem, że od kilku miesięcy widzę tę jedną rzecz, nieuniknioną - jedyną. Nie ma dla mnie ucieczki przed tym - nie potrafię zapomnieć tego, co ujrzałem, a ujrzałem to na własne oczy, i to przy kilku różnych okazjach, jeszcze wyraźniej niż to, czego się domyślaliśmy w zeszłym tygodniu. Któregoś razu wyjrzałem poza swoje życie i zobaczyłem, że muszę tam podążyć. Może Cię irytować to, że w kółko używam takich słów, jak "dosłowny", "rzeczywiście" czy "rzeczywistość" itd., ale z braku słownictwa - i z braku bezpośredniej obecności tego, o czym mówię - staram się w jakiś sposób opisać cud.
Od kilku miesięcy usiłuję za pomocą intelektu zdefiniować, opisać, unaocznić tę inność, o której istnieniu wiemy - a o której możemy wiedzieć więcej, jeśli tylko weźmiemy na swoje barki odpowiedzialność za zniweczenie naszego obecnego życia - ale zjawisko to z natury swej jest tak odległe (o tyle wyższe lub niższe) od tego istnienia, którego zwykle doświadczam, że nie ma jak o tym mówić, chyba że przywoła się (jak to zrobiłem w kilku rozmowach) mgliste przeczucie czegoś, co jest jak marzenie senne, białe, ardeńskie68, widmowe, co unosi się wokół nas - to bajkowe uczucie to kres możliwości naszego świadomego umysłu, który nie jest w stanie już bardziej zbliżyć się do tego doświadczenia. Kiedy już dam sobie spokój z tymi usiłowaniami, będę bliżej tego ostatecznego przebudzenia, do którego dążę, bo to są próżne, obronne gesty w obliczu przeczucia wiedzy budzącej trwogę. Gdybym nie miał wiary w to, że mechanizmy psychoanalizy są w stanie zmusić mnie do konfrontacji z sobą samym i z bogiem, to nie tkwiłbym w tym mieście, czekając na objawienie, ale już dawno, zrozpaczony tutejszym życiem, wyruszyłbym stąd - w prawdziwą pielgrzymkę, jak niegdyś bywało - wzdłuż całej krainy, zdałbym się na łaskę żywiołów i, martwy dla tego próżnego, strachliwego świata, poddałbym się całkowicie i wędrował, dom mając wszędzie i nigdzie. To, że łączę takie ambicje duchowe z psychoanalizą, która ma wszystko odmienić, może Ci się wydać anachroniczne. Ale to moje własne życie i mój wybór, nie śmiałbym nikomu innemu przepisywać żadnego lekarstwa poza cierpieniem - cierpieniem aż do całkowitego wyczerpania, wyczerpaniem cierpienia. Nic, co jest mi znane, nie ma żadnego znaczenia. Pamiętasz opis człowieka magicznego, który podaje Spengler? - na s. 235 - "Człowiek magiczny, o ile jest czymś więcej niż tylko ciałem, ma udział w pneumie, która jest zarazem obecna we wszystkich wybranych i jest zarazem prawdą... Nie ma i nie może być u niego żadnej mowy o nieomylnym papieskim "ja" czy też jakiejkolwiek innej instancji do ustalania prawd dogmatycznych. Zniszczyłoby to całkowicie magiczne pojęcie konsensusu"69. Bo przecież we mnie jest więcej nieomylnego "ja", ego niż w kimkolwiek innym - moje ego jest nikczemniejsze niż Twoje - u mnie jest więcej "nadmiaru" ego? zatem kto byłby w stanie lepiej pojąć ostateczną fantazmatyczność mojego ego? całości ego, jednostkowego umysłu, osobowości? Przy całym moim demonicznym indywidualizmie to Ty bronisz ego - w decydującej bitwie o najpilniej strzeżony trzon serca nie godzisz się na poświęcenie swojej jaźni. A to jest najistotniejsza bitwa - bo trzon serca nie istnieje bez jedności z bogiem, który jako substancja przenika wszystko inne; skrytość i tajemnica mają znaczenie i moc tylko o tyle, o ile wyrażają dumę i trwogę jedynego narodu, jedynego ducha, jedynego uczucia - jedynego niewyobrażalnego. Czyż nie jest tak? Ale to, o czym mówię, to istna apokalipsa (nie jakiś tam sobie mistycyzm), więc chyba już starczy tej werbalnej masturbacji. Dies Irae!70 Pewnego dnia, kiedy już dostąpię innego świata, okaże się, że cała ta gadanina była tylko próbą odwrócenia uwagi świata od prawdziwej natury apokalipsy. Ale niech w Twym sercu również panuje trwoga na myśl o tym dniu. Wszyscy będziemy sądzeni.
Może będę w NY w środę. Jeśli tak, to wpadnę do New School71. Tymczasem przesyłam Ci klucz do mojego mieszkania.
Twoje bratnie stworzenie,
Allen
Jack Kerouac [Ozone Park, Nowy Jork]do Allena Ginsberga [b.s., Nowy Jork, Nowy Jork?]
9 września 1948
Allen ami:
Jasne, że chcę się spotkać, ale może po prostu zajrzałbyś w poniedziałek do Ozone Park - jak nie po południu, to wieczorem albo późno w nocy. Mnóstwo czasu zajmuje mi opędzanie się od formularzy odmownych, które dostaję z wydawnictw (zgroza), i planowanie kolejnych podbojów. Poza tym muszę wprowadzić jeszcze więcej poprawek. Barbara Hale uważa, że powieść jest "świetna, ale niezgrabna" - no oczywiście, przecież klasa gadająca, która trzęsie rynkiem wydawniczym, chce rzeczy gładkich. Za kilka tygodni jadę do Karoliny Północnej popilnować parkingu szwagra, przygruchać sobie pielęgniareczkę i odetchnąć od tego paskudnego, płytkiego światka literackiego, z którym muszę mieć do czynienia. Co to za nowa awantura z Claude'em de Maubrim [Lucienem Carrem]?... to prawda? Dostałem ofertę pracy w UP [United Press], ale nie biorę tego - ja, taki cichy, smutny Samuel Johnson, z genialną, odrzuconą powieścią na koncie, miałbym się zniżać do takich rzeczy? Fuj! Widziałem Idiotę, najbardziej podobał mi się Rogożyn. Wpadnij! (Lundi72)
J.
Nota redaktorów: Ginsberg ponownie napisał do Kerouaca o swoich wizjach, zaprzeczając tym razem, że w ogóle miały miejsce. Jack zanotował na marginesie listu: "wtedy mu odbiło", oddając dość precyzyjnie naturę sytuacji - Ginsberg nigdy nie był bliższy obłędu niż w owym czasie.
Allen Ginsberg [b.s., Harlem Wschodni, Nowy Jork?]do Jacka Kerouaca [b.s., Ozone Park, Nowy Jork]
późne lato 1948
Drogi Jacku:
Oszalałem, czy to Cię dziwi? Ha! Chyba mi się umysł kruszy jak krakersy. Gdybym napisał pięć minut wcześniej, tobym się zalewał łzami, gdybym napisał dziesięć minut wcześniej, tobym Ci kazał zostawić mnie w spokoju, a jak jeszcze trochę poczekam, to w ogóle nic nie napiszę. Chyba nie jestem w stanie Ci w tej chwili odpisać szczerze. Twój list był w tak oczywisty sposób normalny. I co ja mam powiedzieć? Już sobie wyobrażam, jak to czytasz, a potem mówisz mi chłodno, żebym przestał pozować, bo przecież pozuję, pozuję, jak gdybym pozował z jakiegoś Podziemia. Ale mam wielką wiarę w najwyższego lekarza.
Cóż, myślałem, że moja ostatnia wizja zrobi na Tobie takie wrażenie, że nie będziesz śmiał ze mną rozmawiać inaczej niż na kolanach. OK, już tak nie myślę, ale nie dlatego, że teraz działam bardziej racjonalnie albo że jestem wobec Ciebie bardziej sprawiedliwy, tylko dlatego, że znalazłem lepszy sposób, żeby się nad Tobą poznęcać, skoro jesteś taki otwarty. Cała ta wizja to kompletna bzdura, jedna wielka fantazja. Nie zmyślam teraz, wiedziałem o tym, kiedy Ci o tym opowiadałem, chociaż dopiero później zdałem sobie w pełni sprawę ze wszystkiego. Tak naprawdę to mam to wszystko gdzieś. Jeśli wydaje Ci się, że to moja kardynalna cnota, że mam takie wizje, o nie, mam ważniejsze rzeczy na głowie. No dobrze, ulżę Ci trochę: ta "Wizja" miała coś wspólnego z moją naturą, ale tak naprawdę to była tylko przykrywka dla czegoś daleko głębszego i potworniejszego. I nie, nie chodzi po prostu o seks.
Chcesz znać moją prawdziwą naturę? Proszę bardzo: jestem obecnie jedną z tych osób, które podchodzą do młodocianych przestępców i pokazują im fiuta.
Nie bardzo mogę Ci teraz odpisać, chociaż bardzo chciałbym - i choć dobrze widzę, na jakim poziomie Ty się znajdujesz, a na jakim ja.
Uważasz, że jestem wstrętny - to prawda.
Daj mi się wygrzebać z tej koleiny. Przyjdź do mnie. Albo nie. Ja przyjdę. Coś Ci muszę powiedzieć.
Jack Kerouac [Ozone Park, Nowy Jork]do Allena Ginsberga [Paterson, New Jersey]
Sob. wieczór, 18 wrześ. '48
Wizard's Shelf
Drogi Allenie:
Odkąd się z Tobą widziałem, miewam strasznie szalone myśli... wizje, które podpowiadają mi, że nie istnieje coś takiego jak "gorzka tajemnica życia" (Wolfe i inni), ale - nigdy wcześniej nie miałem takiej pewności, że jest to piękna tajemnica. I wiesz co, to naprawdę jest tajemnica. Nikt z nas tak naprawdę nie rozumie, co robi, niezależnie od tego, czy to jest zamierzone, czy nie, czy opiszemy to tak albo inaczej - cały czas robimy coś innego, i jest to bardzo piękne. Nawet takie ostre brzytwy jak Carr nie zawsze wiedzą, co tak naprawdę robią. Tamtego dnia, jak poszedłeś, zadzwonił do mnie Tom Livornese73 i potem byłem u niego. Cała noc zeszła na piciu i gadaniu, a potem pojechaliśmy do NY, żeby załatwić jakieś jego sprawy. Czekałem na niego w barze na Trzeciej Alei, a głowę miałem pełną wizji. Kłębił mi się przed oczami Twój tekst o Cézannie - to, co napisałeś o pojmowaniu wzroku. Widziałem - a powietrze w Nowym Jorku było tego dnia suche i miasto jaśniało jak czepek - widziałem wszystko we właściwym konturze i świetle. Ale nie o to (o estetykę duchową) mi chodzi. A w każdym razie nie w tym momencie. Kiedy Tom wrócił - była już jedenasta rano - zadzwoniłem po Luciena. My z Tomem chcieliśmy dalej pić, a wiedziałem, że Lou ma wolne. Lucien kazał nam przyjść do swojego mieszkania i go obudzić. Mieliśmy ze sobą płyty Tristano74. Puszczaliśmy je Lucienowi, który leżał w pościeli i próbował się obudzić; w którymś momencie zaczął się wsłuchiwać w Tristano, a potem się wreszcie zwlókł z wyrka. Miał strasznego kaca. Ciągle się zastanawiałem, jak mam się zachowywać, żeby wywrzeć na nim wrażenie. Tylko że nagle zrobiło mi się niedobrze, mdliło mnie potężnie, bo przecież nic nie spałem, nic nie jadłem, no i w końcu musiałem się walnąć na kanapie i zamknąć oczy. Lucien podszedł, szarpnął mnie za nogę i wyszczerzył zęby. Pogadał z Tomem, a potem dał mi trochę mleka i zrobiło mi się lepiej. "Mam świetny pomysł - mówi - posiedzimy sobie w Washington Square". Barbara [Hale] była akurat (albo może: oczywiście?...) poza miastem. Ruszyliśmy Szóstą Aleją w tym cézanne'owskim świetle. Wspomniałem o nim Lucienowi, a on się zgodził. Weszliśmy do baru w paryskim stylu (Rochambeau) i zamówiliśmy trzy pernody. Barman starannie napełnił szklanki lodem, potem wyjął lód, nalał pernoda, dopiero później wodę i podał nam zielonego, mętnego drinka. Obok światła dnia i światła umysłu Luciena mieliśmy teraz jeszcze światło pernoda. Rozgrzało nas, całą trójkę, aż do samych trzewi. Siedzieliśmy rozpromienieni przy barze i sączyliśmy te drinki. A potem znów wędrowaliśmy pięknymi ulicami dnia. Zajrzeliśmy do jakichś znajomych Luciena z St. Louis, strzeliliśmy koktajl i pogadaliśmy chwilę. To były jakieś młode lwy salonowe, strasznie zadzierali nosa, ale Lucien potem dowodził z zachwytem, że daleko im do Toma Livornese'a, który jest jeszcze bardziej dziany i arogancki. I wtedy Tom zachwycił Luciena po wsze czasy, wchodząc do jakiegoś klubu... Byliśmy spłukani, a chcieliśmy pić jeszcze cały dzień i jeszcze całą noc... no więc on wchodzi do tego klubu i rzuca: "Czy coś państwu mówi nazwisko Livornese?", a oni, że oczywiście, i zrealizowali mu czek na 20 dolarów, czyli tak naprawdę dali mu dwudziestaka na gębę... Nie wiem dokładnie, jak było, bo stałem na zewnątrz i oglądałem sobie przechodniów zupełnie nowymi oczami. Nagle pojawił się Lucien i mówi, że, kurczę, ludzie zawsze próbują innych zrobić w konia i wydębić od nich kasę - jakimś odważnym podstępem w stylu tego, co zrobił Tom - ale to się nigdy nie udaje, a temu skurczybykowi się udało. Staliśmy na rogu, wcinając hot dogi, Lucien powiedział mi to zachwycony, ale równocześnie gadał z Tomem, a Tom odwrócił się do mnie i mówi: "Opowiesz mi później, co ci powiedział". Czujesz, jaka sztama? Potem Tom zostawił nam piątaka i poszedł na kolację ze swoją dziewczyną, ale powiedział, że się z nami spotka w innym barze. Myśmy z Lucienem pili i gadali w najlepsze. Opowiedział mi o Was - to samo, co Ty mi mówiłeś. Potem rozpaczał nad tym, że uparłem się być jakimś "podejrzanym pisarzem", zamiast korzystać z dobrodziejstw systemu ekonomicznego tak jak on. Ale wiem, że tylko tak gada, bo sam kiedyś wierzył w sztukę, która jest "prawdziwie artystyczna, komunikatywna, i-co-tam-jeszcze", taką, o jakiej rozmawialiście na Columbii, pamiętasz? Chodzi mi o to, że po raz pierwszy dochodzą do mnie głosy z innego świata. Sami nie wiemy, co mówimy: chyba tylko Bóg to wie. Nasza komunikacja jest pozbawiona głębi i nie opiera się na słowach. To tak jak ze "złą" literaturą. I wciąż się zamartwiamy tym, co tak naprawdę czujemy do innych, a przecież gdybyśmy byli Bogiem, to nie mielibyśmy żadnych wątpliwości, że zawsze czujemy do siebie nawzajem miłość, bez wyjątku, a komplikacje wynikają jedynie z różnych przesłonięć i odwróceń intencji... i oczywiście z nieporozumień. Ale tego wszystkiego było więcej, znacznie więcej... Potem wyszliśmy z baru, żeby jeszcze zobaczyć światło dnia, zanim przepadnie na zachodzie. Ulice już czerwieniały, a my powędrowaliśmy razem w stronę parku Washington Square. Było tam mnóstwo dzieci, spacerowaliśmy wśród nich. Widzieliśmy dziewczynkę na wrotkach, która się wywróciła i zdarła skórę na kolanie; a kiedy się podniosła, to zaczęła chodzić tam i z powrotem, tupiąc ze złości, a na jej twarzy malowały się ból, żal i krzywda. Lucien powiedział: "Jak wspaniale dzieci potrafią wyrazić swój ból". A potem podszedł do tej dziewczynki, pogłaskał ją po główce i powiedział, że jej przejdzie. Ona na to się nadąsała, zaczerwieniła i odwróciła na pięcie, a pozostałe dzieciaki w śmiech... coś im się przesłyszało, więc Lucien zwrócił się do nich: "Nie, no przecież nie powiedziałem niczego takiego... tylko że jej przejdzie". Ale z tego wzięły się kolejne, drobne nieporozumienia i Lucien wrócił do mnie trochę pokonany, speszony, ale w sumie szczęśliwy, no i dzieciaki też wyglądały na całkiem szczęśliwe. Dzięki tym błyskawicznym przesłonięciom szczerej, doniosłej intencji zrozumiałem, na czym polega kłopot z naszym porozumiewaniem się: nosimy w sobie jakiś lęk przed tym, że ktoś zrozumie, albo może właśnie nie zrozumie, że u podstaw wszystkiego leży miłość - boimy się, bo całkowite zrozumienie jest równoznaczne z istnieniem swego rodzaju próżni. Rozważ coś takiego, Allen: gdyby cały świat był zielony, nie istniałoby coś takiego jak zielony kolor. Podobnie jest z ludźmi: nie potrafią zrozumieć, na czym polega bycie razem, jeśli nie zrozumieją najpierw, co to znaczy być osobno. Gdyby cały świat był miłością, to jak mogłoby istnieć coś takiego jak miłość? To właśnie z tego powodu odwracamy się od siebie nawzajem w chwilach wielkiego szczęścia i bliskości. Jak inaczej bylibyśmy w stanie zrozumieć szczęście i bliskość, jeśli nie poprzez kontrast z ich przeciwieństwami, jak światło i cień? W tej prawdzie o świetle i kolorze zawiera się ta sama prawda moralna, psychologiczna i duchowa. Potem chodziliśmy po parku i Lucien, balansując na samym brzegu sadzawki, powiedział: "I wiesz, Jack, wciąż robi się coraz radośniej". Opowiadał mi wtedy o Elmirze75 i o nadziei, którą tam w sobie podsycał. I wiesz co, przyszło mi do głowy, że Lucien jest zbawiony, bo już raz wszystko stracił - w tym samym sensie, w jakim Chrystus radzi nam utracić wszystko, by wszystko zyskać. I pomyślałem sobie, że Lucien nie tylko został zbawiony, lecz także przepadł - właśnie przez tę wcześniejszą stratę. Również Bill próbuje to właśnie osiągnąć i dlatego jest teraz takim arlekinem. Oni zyskali królestwo, pozbywając się całego swojego ziemskiego dobytku i całej swojej dumy, taki jest głębszy sens ich działań. "Wciąż robi się coraz radośniej" - słowa wypowiedziane w czerwieniejącym słońcu Washington Square.
Ludzie gapili się na Luciena, chyba dlatego, że tak pięknie wyglądał. Spytałem go, dlaczego ludzie się zawsze na niego gapią. A on: "Robią tak od zawsze". Nie da się tego wytłumaczyć - to prawda, że ludzie się zawsze na niego gapią. I tego dnia przepełniało mnie czułe zrozumienie: tego dnia wiedziałem o Lucienie wszystko.
Poszliśmy do innego baru na Bowery i tam skończyła nam się forsa. Więc spróbowałem tego numeru Toma i udało mi się wycyganić od barmana darmowego drinka dla Luciena - strasznie mu się to spodobało. Rozmawialiśmy dalej i powiedział mi, jaka jest różnica między mną a Waszą dwójką: otóż moja relacja z ludźmi jest tak intensywna, że zawsze zamartwiam się tym, co sobie o mnie myślą, podczas gdy Wy macie z ludźmi zupełnie inną relację i ja jej nigdy nie pojmę. Lucien uważa, że Ty i on macie w sobie istotę, która stoi z boku, analizuje wszystko i mówi: "Czy to aby na pewno ja?". "Fe!" Natomiast ja zawsze powtarzam: "Ojej, to ja, i co sobie pomyślą inni!". Widzisz, to był komplement, ale w sumie to nie chcę z tego wszystkiego wysnuwać żadnych teorii, bo to nas dzieli, a poza tym, tak jak wszystkie teorie, dzieli świat na kawałki, a przecież on wcale nie jest pokawałkowany. Od tamtego czasu kilka razy złapałem się na tym, że też mówię: "Fe!", a więc Lucien, mimo swej czułości, minął się z prawdą.
Wreszcie udało nam się z powrotem odnaleźć Toma i spotkaliśmy się wszyscy w innym barze przy Szóstej Alei. Po drodze zgarnęliśmy Jinny Baker76. Serce mi zaczęło łomotać, kiedy ją znowu zobaczyłem, ale po jednym spojrzeniu skapowałem, że coś nie gra. Nie rozumiem tej kobiety. Specjalnie szedłem za nią i za Lucienem, no i oczywiście powtarzała cały czas: "Idź no koło mnie, bo mi smutno, jak się tak wleczesz z tyłu". Ale jak tylko zacząłem iść koło niej, spoglądała na mnie z pogardą, a raz, kiedy powiedziała coś o jakimś "histeryku", złapałem ją za rękaw i zapytałem: "Kto jest histeryk? No? Kto jest histeryk?" - popatrzyła po mnie z odrazą. Czemu ona mnie tak nie cierpi? Co jej się we mnie spodobało na początku, po co mnie w sobie rozkochała i co za numery odstawia teraz? To w końcu z której strony mam iść - za nią czy przed nią (przed nią też było źle), a może obok, wzgardzony? Tymczasem Lucien się z niej cały czas nabijał i opowiadał jakieś sprośności. Poczekaliśmy na Toma w jakimś barze, a potem poszliśmy do mieszkania na 12 Ulicy. Już kompletnie nie rozumiałem, o co chodzi tej Jinny, więc zacząłem się zbierać, wiedząc doskonale, że Lucien nie może być sam z Jinny w mieszkaniu Barbary, która miała wrócić lada chwila. Lucien mówi: "Stary, przecież wiesz, że nie mogę tu z nią zostać". - a ja na to, całkiem głośno: "No to ją wyrzuć". Ale Lucien mnie namówił, żebym został. Specjalnie pożyczyłem od Jinny dziesięć centów - żeby mieć za co wrócić - na znak, że też jej nie znoszę. Nagle Lucien zaczął się niby do niej przystawiać i obleśnie ją obmacywać, więc się lekko wystraszyła i "znów mnie polubiła", a ja jak ostatni idiota dałem się nabrać, tańczyłem z nią i pożerałem ją wzrokiem. Później przyszedł Tom i ją wyśmiał, a potem razem z Lucienem wyszli się napić i zostawili nas samych, żebyśmy mogli się ze sobą przespać. Tom nawet nastawił płytę Mela Tormé'a Gone with the Wind. Ale ledwo zamknęli za sobą drzwi, Jinny sobie od razu przypomniała, że jednak mnie nie trawi. Za cholerę tego nie rozumiem. Powiedziała: "I proszę, żebyś już nigdy do mnie nie dzwonił". Wtedy ją ugryzłem w palec, całkiem mocno, i nagle zaczęła się mną interesować. Wiesz co, mnie się wydaje, że ona chce, żeby się nad nią znęcać, i dlatego znęca się nad innymi, żeby oni z kolei mieli dobry powód do znęcania się nad nią i robili to z przekonaniem. Ale mnie takie perwersje nie bawią. Może po prostu za dobrze je rozumiem? "No dobra, to możesz równie dobrze iść do domu. Trafisz sama, nie?", a ona: "Pewnie". A na ulicy jeszcze raz: "I proszę, nie dzwoń do mnie więcej". Podałem jej rękę, spojrzałem na nią i powiedziałem: "Nie rozumiem Cię, a Ty mnie nie chcesz". (Tylko że cały czas miałem w głowie głos Luciena, który szeptał mi wcześniej do ucha w mieszkaniu, że to całe przedstawienie jest dla mnie, żeby zwrócić moją uwagę. Możliwe to? I na ulicy dalszy ciąg teatru? A może jednak Lucien mnie wkręcał?) Poszła do domu, smutna z oczywistych względów... może ona po prostu chce już zawsze być smutna z oczywistych względów, chce, żeby ją ktoś odesłał samą do domu, żeby mogła tam siedzieć, smutniejsza niż jej siostry i Victor Tejeira77, rozpamiętywać i czerpać z tego chorą satysfakcję. Coś w tym stylu w każdym razie, ale, jak już pisałem na początku, nikt nie ma tak naprawdę pełnej świadomości tego, co robi, a i tak za naszymi wszystkimi działaniami stoi pierwiastek boski - to dotyczy też Jinny. Ale nie wiem, jak jej to wszystko powiedzieć, kiedy z nią jestem. Widzisz - to jest właśnie życie, to wszystko, o czym tu piszę, te wszystkie sprawy. To jest właśnie to.
Tak więc, już sam, poszedłem z powrotem do baru, gdzie Lucien i Tom sobie gadali i w ogóle mieli niezły ubaw. Zdziwiłbyś się, jak oni się strasznie lubią. Kiedy wszedłem, Lucien właśnie pytał Toma, jak to możliwe, że momentalnie łapie wszystko, co Tom mówi. Powiedział, że mają identyczne umysły - ujął to jakoś inaczej. Ale Tom się trochę obruszył na to doskonałe porozumienie (widzisz, o to mi właśnie chodzi!). Piliśmy i piliśmy, w którymś momencie Lucien powiedział coś do Toma o mnie, nie dosłyszałem, ale to na pewno było pochlebne - czyli dobrze. Nie mówię, że cały czas mi pochlebiał, zdaję sobie sprawę, jakie to by było małostkowe, to znaczy tak naprawdę sobie nie zdaję sprawy, zresztą co to za różnica dla Ciebie, czy sobie zdaję sprawę, czy nie. Rozumiesz? W każdym razie było tam coś z innego świata, a ja to zauważyłem. No więc wracamy na 12 Ulicę, Barbara leży już w łóżku i mówi do mnie: "Co ty sobie myślisz? Ledwo się odwrócę, a ty już wyciągasz Luciena na wódę!". Powiedziałem jej później: "Barbara, spoważniej, co?". Dla Luciena ta noc skończyła się o smutnym świcie, kiedy tańczył z patelnią, uderzając się nią delikatnie, bing-bong, bing-bong, bing-bong, a ja siedziałem obok i się przyglądałem. Wiedzieliśmy, wszystko wiedzieliśmy. Czyż nie?
Jack
Allen Ginsberg [b.s., Nowy Jork, Nowy Jork?]do Jacka Kerouaca [b.s., Nowy Jork, Nowy Jork?]
po 19 października 1948
Śr.
Drogi Jacku:
Listy są równie niejasne jak nasza mowa, ale to dlatego, że my tacy jesteśmy. Twierdzisz, że nie istnieje coś takiego jak gorzka tajemnica życia, a mówisz równocześnie, że jest to piękna tajemnica. Może po prostu jest to dla nas tajemnica - i tyle. "Nikt z nas tak naprawdę nie rozumie, co robi", a jednak to, co robimy, jest piękne. Zawsze jednak w jakiś sposób rozpoznajemy w sobie to coś innego. Chcę wiedzieć, co robię / chcę to rozpoznać. To się da rozpoznać. Właśnie tego uczą nas psychoanaliza, religia i poezja: natura tego jest taka, że da się rozpoznać - nierozpoznanie zaś byłoby grzechem. Dla mnie to rozpoznanie zaczyna się od Cézanne'a, ale to wciąż jeszcze nie jest rzecz sama w sobie, tylko intelektualno-sensualny substytut. Wszystko, co fascynujące i piękne, kiedy ludzie się spotykają i rezonują wzajemnie, bierze się z naszego wrodzonego przeczucia (które jeszcze nie przedzierzgnęło się w świadomość), że jesteśmy tutaj, że jest tu coś konkretnego, o co sprzeczamy się w tej naszej miłości. Zaakceptować taką sytuację i iść przez świat jak przez krainę marzeń w bezrozumnym zachwycie nad tajemnicą tego piękna to jedno. Ale gdyby ktoś w odpowiedzi zafundował nam wstrząs, jakim jest bezpośrednia komunikacja - bez żadnej tajemnicy, tylko bezpośrednio, niektórzy tak potrafią - obaj byśmy się przerazili, bo to by zaburzyło nasze całe marzenie o pięknie i jego niejasnych intencjach. Gdybym na przykład powiedział: "przestań mnie nabierać, przestań się zgrywać", że niby nie rozumiem, o czym mówisz? Nie wyjaśniasz, o co Ci chodzi, na przykład, co Lou miał na myśli - jeśli w ogóle o coś mu chodziło - kiedy rozpaczał, że nie jesteś pisarzem, którego społeczeństwo mogłoby zaakceptować.
"Sami nie wiemy, co mówimy". "Chyba tylko bóg to wie". A może tak naprawdę wiemy, ale to ukrywamy? Chyba tak właśnie jest. O co Ci tak naprawdę chodziło, kiedy mi powiedziałeś, żebym przestał się wreszcie przypatrywać Twojej duszy? Chyba po prostu za dużo tam dostrzegałem. Różne podejrzane uczucia i wrażenia, bełkotliwe, idiotyczne, o których nie masz ochoty rozmawiać, a co dopiero wprowadzać je w czyn. Wszystko, co napisałeś w tym swoim liście, to prawda, ale tylko częściowa, bo tak naprawdę próbujesz mnie oszukać, zawrzeć ze mną jakąś umowę dżentelmeńską. Ale ja bardziej niż jakiejkolwiek innej boję się takiej umowy, w której zobowiązujemy się nie uderzać poniżej pasa. Każdy wie, że istnieje umowa dżentelmeńska, zgodnie z którą nie należy mówić tego, co się naprawdę myśli, a tymczasem to właśnie ta wątpliwość, którą spychamy na boczny tor, jest prawdziwym obszarem wiedzy. Jeśli spróbujemy zgodzić się co do tego, że taka wątpliwość istnieje, a potem będziemy udawać, że tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia - podczas gdy ma znaczenie zasadnicze - to nigdy nie osiągniemy szczęścia ani nie stworzymy żadnej sztuki. "Gdybyśmy byli bogiem, to zawsze odczuwalibyśmy miłość, tylko że z komplikacjami". Tak, to prawda - i już osiągnęliśmy ten stan. Teraz trzeba pozbyć się takich komplikacji, a nie je ignorować czy też racjonalizować w przekonaniu, że takich spraw lepiej za dokładnie nie naświetlać, żeby przypadkiem nie zdarzyło się - wiesz co. "Mamy w sobie jakiś lęk przed tym, że ktoś nas zrozumie". Szczera prawda, bez dwóch zdań. A miłość jest podstawowym, jedynym, wszechogarniającym, wszechznaczącym, absolutnym przedmiotem tego zrozumienia. Ja właśnie z tego powodu wyciągam dłoń, by dotknąć - dosłownie - drugiego. Być może (?) odgrywam samą formę, bez treści. To dlatego, że wierzę w czyny. Gdyby doszło do całkowitego porozumienia, jak mówisz, wówczas "rozumienie" straciłoby wszelki sens - i dlatego konieczne jest istnienie grzechu. "Rozważ coś takiego, Allen: gdyby cały świat był zielony, nie istniałoby coś takiego jak zielony kolor. Podobnie jest z ludźmi: nie potrafią zrozumieć, na czym polega bycie razem, jeśli nie zrozumieją najpierw, co to znaczy być osobno. Gdyby cały świat był miłością, to jak mogłoby istnieć coś takiego jak miłość?" Tu jest źródło Twojej nieszczerości i, z podobnych przyczyn, mojej. Starasz się zatrzymać te rzeczy dla siebie. A tymczasem cała myśl to nieistnienie i nierzeczywistość, a jedyną rzeczywistością jest zieleń, miłość. Czy nie rozumiesz, że w życiu chodzi właśnie o to, żeby się pozbyć samoświadomości? Że właśnie wszystko musi być zielenią? Że wszystko ma być miłością? Czy świat wtedy rzeczywiście byłby niezrozumiały? To błąd w rozumowaniu. Świat wydawałby się niezrozumiały umysłowi racjonalnemu, który wciąż stara się uniemożliwić nam życie w zieleni, który wszystko dzieli na części i sprawia, że każda rzecz wydaje się niejednoznaczna, tajemnicza i wielobarwna. A świat jest zielony i my też. Zaczynamy istnieć dopiero wtedy, gdy podejmujemy kategoryczną decyzję, by całkowicie zamknąć krąg jednostkowej myśli i zacząć istnieć w bogu, z całkowitym, bezwarunkowym i nieświadomym zrozumieniem zieleni, miłości - miłości z wyłączeniem wszystkiego innego, aż samochód, pieniądze, ludzie, praca, przedmioty, wszystko stanie się miłością, ruch stanie się miłością, myśl stanie się miłością, seks stanie się miłością. Bo wszystko jest miłością. To właśnie znaczy zwrot "Bóg jest Miłością". Istnieje jedno prawo, a większość ludzi próbuje żyć tak, jakby ich dotyczyło jakieś inne, jak gdyby mieli swój własny rozum. Nie zdajesz sobie sprawy, że Twoja jedyna osobowość - nie tylko Twoja prawdziwa osobowość, która ukazuje się innym i Tobie też jako Ty, jako Twoja jedyna osobowość - nie jest tym, co konstruujesz na użytek swój i innych, czyli tym Twoim jednostkowym, zamkniętym w sobie, buntowniczym, egoistycznym systemem umysłowym, tą Twoją dziecinadą. Twoja osobowość nie ma nic wspólnego ani z Tobą, ani z tym fałszem, który chciałbyś pokazać innym. Ja rzeczywiście widzę Cię takiego, jaki jesteś, a tego nie chcesz przyznać. Bo gdybyś sobie z tego zdał sprawę, byłby to dla Ciebie potworny wstrząs. Jest też coś, co kiedyś ciągle mi powtarzałeś. To, co niewiarygodne, to, co spychamy na boczny tor naszych umysłów, to jest ta jedna rzecz, którą ludzie widzą wyraźnie w sobie nawzajem - to, a nie powody, dla których nie powinni w to wierzyć, bo trzymają się dżentelmeńskiej umowy, żeby kogoś nie "zrozumieć źle". Co Cię właściwie, kurwa, obchodzi to, czy faktycznie wiesz, że jesteś miłością, czy nie wiesz? Ta Twoja "wiedza", którą - jak Ci się wydaje - teraz posiadłeś, jest fałszywa. Dlaczego nie chcesz dopuścić do unicestwienia tej idiotycznej, bezsensownej, nierzeczywistej wiedzy? To jest otchłań. Wszystko jest zielenią, miłością i nie ma tu miejsca na te niesłychane, racjonalne wykręty, które wymyślamy, żeby nie musieć naprawdę spotkać się z drugim oko w oko. To jest zaiste ten rodzaj śmierci, który doradza Chrystus i w którego obliczu stają wszyscy śmiertelnicy, umierając na różne sposoby, ale nigdy do końca, nigdy nie poddając się zupełnie. Przechodzą przez etap, na którym taka śmierć staje się możliwa, potem stają wobec niej, boją się jej, odsuwają ją, wreszcie rozpoznają ją jako bezsensowną zbitkę pojęciową i udaje im się jej uniknąć, a doświadczenie to ich przemienia i umacnia. Naprawdę wierzysz, że Lucien umarł całkowicie albo że on i Bill się umocnili, ale pozostali tacy sami? Przecież nikt spośród ludzi, których znamy, nie jest martwy.
Czy to aby na pewno ja? Za każdym razem, kiedy widzę siebie takiego, jaki jestem, to jakbym zaglądał w kosmiczne lustro: moje myśli strzaskane w nicość, a moje niewątpliwe fizyczne ja splata się ze wszechświatem i wiruje w nim, bredząc w niepojętym małpim obłędzie - naprawdę wstrętny i przerażający obrazek. Na tym etapie naprawdę chciałbym być świętym albo chociaż człowiekiem naturalnym, ale koncepcje rodzące się w moim umyśle są tak odmienne od rzeczywistości, że kiedy widzę, co mogłoby się wydarzyć, to wydaje mi się, że jestem potworem. W ciągu swojego życia spoglądałem w to lustro tylko przez kilka chwil, właściwie przez ułamki trwożnych sekund, może w sumie trzy razy. To jest właśnie ta równowaga między mną a L. [Lucienem]. Temu obrazowi staram się również nadać - w każdym razie rozważam to - wymiar seksualny, bo to jest jedno i to samo, a ponieważ ufam w jego sprawiedliwy umysł i jego miłość, ponieważ je uznaję, mogę winić tylko siebie, jeśli przed jego obliczem nie zamieniam się w tego potwora. Więc zamiast tego opowiadam mu o tym, co widziałem w lustrze, a on mi wierzy, ale przez cały czas obaj zdajemy sobie sprawę z tego, że oszukujemy się nawzajem, kiedy nie zmieniamy się w to, czym jesteśmy. Jako dziecko bałem się strasznie sceny przemienienia w Doktorze Jekyllu i panu Hydzie. A to dlatego, że kojarzyło mi się to z moim prawdziwym ja. Tak cudowne i niebywałe jest to prawdziwe ja - i życie w ogóle - że wydaje się przerażającym obrazem, a kiedy już zaakceptujemy to przerażenie, spostrzegamy, że to był tylko paroksyzm, ból narodzin, ból olśnienia, że oszukiwaliśmy samych siebie - i oto jesteśmy zakochani (zazielenieni). Blake, Emily Dickinson i masa innych opisuje dokładnie coś takiego.
"Przejdę przez Wrota Gniewu,U kresu dnia odnajdę Ścieżkę, co na mnie czeka. Błoga mnie łaska wiedzie, Westchnieniem witam, skruchą Tej nowej brzask światłości"78.
To jest moment śmierci. To jest ten nektar, o którym każden śpiewa. To dlatego Lucien o świcie smutno uderza się w głowę patelnią, nigdy wcześniej tego nie robił. Ja jeszcze takich rzeczy nie robię. Bo, do kurwy nędzy, oszalałem. To wszystko bełkot, amok. Jestem mówię czytam piszę, a krąg przeznaczenia zwęża się i zacieśnia wokół mnie: umrzeć, oszaleć, to, co Ci się teraz wydaje szaleństwem, to tak naprawdę miłość i rozum. Umrzeć, "oszaleć". Zachowania schizoidalne. Mam teraz obsesję na punkcie tego momentu woli.
Uważam, że to, co mówię, jest w jakiś sposób prawdziwe, ale chyba nie jesteś w stanie tego zrozumieć, bo nie wysłowiłem się precyzyjnie. Być może mogłem to wszystko wyrazić, pisząc po prostu o Twoim liście: mniej więcej rozumiem, o co Ci chodzi. Rozumiem nie dlatego, że jestem taki łebski, ale dlatego, że Ty rzeczywiście zrozumiałeś to, co piszesz. Usłyszałem to, co starałeś się powiedzieć. Nie zrozumiałem całkowicie, bo mówiłeś nie dość jasno, bo sam dopiero zaczynałeś rozumieć, ale jeszcze nie byłeś do końca sobą. Im bardziej będziesz sobą, tym więcej zrozumiem. Tylko mi nie wmawiaj, że nigdy nie można być sobą do końca, bo ja Ci próbuję wytłumaczyć, że w tym właśnie tkwi sedno sprawy - że można, nawet Ty możesz. Tylko zieleń. Wszystko inne porzuć.
Allen
Allen Ginsberg [Nowy Jork, Nowy Jork]do Jacka Kerouaca [b.s., Nowy Jork, Nowy Jork?]
ok. grudnia 1948
Drogi Jacku:
Przeniosłem się na York Avenue 1401 - 3 piętro, z tyłu, po lewej. (Czyli przy 74 Ulicy, na wschód od 1 Alei). Ostatnie tygodnie w Harlemie były fatalne, ale też zdumiewające (wszystko teraz jest fatalne i zdumiewające). Wprowadził się Huncke, wkurzał mnie i zawracał mi głowę przez półtora tygodnia, wyżarł wszystko z lodówki, zabrał ostatnią pięciocentówkę i wyniósł jedyne garnitury, jakie mi jeszcze zostały, kurtkę, zimowe rzeczy Russella [Durgina] (garnitury, płaszcze itd.) i ze dwadzieścia albo trzydzieści naprawdę drogich książek (kilkaset dolarów jak nic), a w środku była masa notatek teologicznych. I maszyny do pisania też już nie mam, jak wiesz. Będę musiał Russellowi za to wszystko oddać, masz pojęcie? Huncke wysłał mu po kilku dniach list, w którym wyłuszczył, że jest jak najbardziej świadom swoich grzechów i że za jakiś czas (może za miesiąc) "postara się wynagrodzić straty, gdy tylko los spojrzy na niego łaskawiej" - coś jak ten emerytowany kapitan pijaczyna z Idioty.
Mnie jednak Bóg powetował szkody, bo jeden gość wynajął mi swoje mieszkanie, 13 $ miesięcznie, zimna woda, 3 pokoje, pedantycznie umeblowane (tzn. jeden umeblowany).
Pewnie Ci się wydaje, że nie chcę się z Tobą zobaczyć, i dlatego trzymasz się ode mnie z daleka. Nie myśl o mnie źle.
Któregoś wieczoru długo rozmawialiśmy z Lucienem. Wyłożyłem mu moją nową Wiarę (można to tak nazwać) najpierw w odniesieniu do Cézanne'a (to kupił), ale im bardziej się zagłębiałem w materię i zbliżałem do mojego własnego koronnego argumentu, tym żywiej reagował. Uważa, że mi odbiło. Ojciec mówi, że powinienem pójść do psychiatry. Ty twierdzisz, że robię się okropny (na jedno wychodzi?) (Bill zrozumiał wszystko, co mu powiedziałem, ale uznał, że jest za mało doświadczony, żeby ze mną przez to przechodzić - za to życzył mi powodzenia). No dobrze, to załóżmy, że - pomijając to, co mówi Bill - jestem szaleńcem (Ha!), boże, ile ja się najwyraźniej musiałem nacierpieć, że aż mi odbiło. A cały ten czas błagałem ludzi, żeby mnie ocalili, i nikt nie wyciągnął do mnie ręki na dłużej niż na moment. To jest jak samobójstwo, tylko że ja żyję i wyglądając z wnętrza tej śmierci za życia, widzę, jak ludzie łkają teraz z żalu. Ale gdzie tam! Nikt nawet nie łka. To wszystko tylko sen.
Czule,
Allen
Allen Ginsberg [Paterson, New Jersey]do Jacka Kerouaca [b.s., Nowy Jork, Nowy Jork?]
ok. grudnia 1948
Drogi Jacku:
Czy my się kontaktowaliśmy ze sobą? Dowiedziałem się od W. [Waltera] Adamsa, przez kogoś innego, że prosiłeś o mój adres. Jak już wcześniej pisałem (dostałeś mój list?), adres jest taki: York Ave. 1401, trzecie piętro, z tyłu.
W moim życiu zamknął się kolejny krąg, albo może cykl. Wróciłem do Paterson, żeby tutaj pomieszkać - przez jakiś czas. Dla mnie to jak połowa wieczności, bo ten moment naprawdę oznacza kres jakiegoś yeatsowskiego wiru, który trwał całe pięć lat. Tym, co faktycznie zamknęło cykl (i to jest właściwie jedyny efekt tego wydarzenia), był fakt, że wreszcie przespałem się z Lucienem. Opowiem Ci o tym, kiedy się zobaczymy. Ziemia nie przekręciła się w grobie, za to otworzyła się inna sfera. Zawsze zadziwiają nas te poziomy nad poziomami, cykle za cyklami. Dla Ciebie one są życiem i same w sobie są kompletne i piękne. Czasem wydaje mi się, że to wystarcza, bo rozumiem to piękno, chociaż brakuje mi tej Twojej dojrzałości i pokory. Ale wydaje mi się, że jest coś jeszcze, jakiś najwyższy cykl, na który te wszystkie inne się składają - pojedyncza, rzeczywista (prawdziwa) (dosłowna) (prosta) wizja, a wszystkie nowe wizje są zaledwie jej cieniem. Widzę w tych cieniach coraz więcej światła, jestem coraz bliżej ostatecznego zrozumienia. Odkrywają się kolejne zasłony - to dzieje się również za sprawą naszych czynów. Moja świadomość wciska się pomiędzy moją duszę a świat i sprawia, że staję się częściowo nierzeczywisty - może to masz na myśli, kiedy mówisz, że robię się okropny. Pewnego dnia zniszczę tę świadomość i stanę się sobą. Wydaje mi się, że ostatnio jestem bardziej niż kiedykolwiek sobą. Chociaż w sumie zawsze mówię coś takiego. W którymś momencie wydawało mi się, że się mylę. A jednak miałem rację - jeśli chodzi o mnie samego. Teraz już jestem zbyt pewien, żeby to w ogóle kwestionować. Ale przestanę opowiadać nawet takie historyjki jak ta, aż do czasu, kiedy nie będzie już niczego, co mógłbyś oprotestować, kiedy będziesz mógł pokochać we mnie wszystko - czyli kiedy moja świadomość przestanie wchodzić mi w drogę.
Na uczelni jak zwykle dają mi popalić. Oblałem literaturę wiktoriańską [latem 1948], bo na egzaminie napisałem esej o martwych autorach na podstawie żywej koncepcji wieczności. Wykładowca uznał go za "pretensjonalne uogólnienie". Pewnie nawet miał rację, ale co ja na to poradzę?
No a Ty? Wiem, już dawno z Tobą nie rozmawiałem. Strasznie Ci zazdroszczę tej Twojej pokornej uprzejmości. Niezłe z Ciebie trofeum, a ja dobrze o tym wiem, nie myśl sobie. Lawrence79 nie przyjął Twojej powieści, bo tak było bezpieczniej. Nie rozpaczaj już, jesteśmy na dobrej drodze. Wiem, chciałoby się jakoś prościej rozwiązać te nasze problemy. Ale takie biadolenie jest stare jak świat i głupie. Chociaż tak naprawdę to inni są głupi. Wygląda na to, że jeśli chcemy ocalić siebie, musimy ocalić też ich. Dlatego geniusz musi cierpieć - musi nosić na barkach ciężar całego świata. Nasze szczęście i nasza rzeczywistość zależą od szczęścia i rzeczywistości innych. Pamiętasz, co powiedział Rimbaud - że kiedyś będzie musiał zostawić Verlaine'a i pomagać innym? Duszyczko moja, cóż za niesmaczna perspektywa. Coś mi poczucie humoru zdziadziało - wszystko przez to, że umysł mam teraz zmęczony i niezogniskowany, zazwyczaj bywa ostrzejszy. No dobrze, jak już mówiłem, może tak musiało być, może oni Cię musieli odrzucić, żebyś się jeszcze bardziej przełamał, żebyś przełamał kolejne opory, żebyś przełamał fałsz swojej retoryki. Duszyczko moja, cóż za niesmaczna perspektywa. Bo dusza musi mówić, musisz przemówić wprost, nie poprzez literackie symbole, nie jakieś tam "Refleksje". W swojej powieści musisz wziąć na barki wszelką odpowiedzialność, która Ci się dotąd wymykała. Wszystko, wszystko, nic nie może pozostać na zewnątrz. Ale Ty masz tak zupełne wyczucie tego, co na zewnątrz, że aż człowieka smutek ogarnia. Chyba słusznie odkładasz tę decyzję do następnej powieści. Ta jest wystarczająco dobra. Jedyny kłopotliwy aspekt praktyczny dotyczy świata. I chyba tutaj zaczynają się Twoje problemy, te prawdziwe problemy z Twoim pisarstwem. Jedynym rozwiązaniem jest stawić czoło tym przeciwnościom. Świat Cię do tego zmusi - i dobrze, o ile tylko starczy Ci sił i nie popadniesz we wściekłość i ułudę. Tak naprawdę mówię to wszystko do siebie, a nie do Ciebie. Chyba mówię o decyzjach, które sam muszę podjąć, i tylko przenoszę je na Ciebie. W jakim stopniu dotyczą też Ciebie, nie wiem. Bo Ty rozwinąłeś się tak bardzo, że nie jestem już w stanie Cię pojąć, chociaż staram się pojmować i "pomagać" Ci po kapłańsku itd., itp.
Chcę się z Tobą zobaczyć. Czuję się z Tobą coraz swobodniej, teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, lepiej Cię wyczuwam - mam większą jasność, większą pewność, większe zaufanie. Będę w Paterson kilka tygodni. Czy wreszcie się pojawisz?