Jagodzie
NA POCZĄTEK
Sześć lat, a tyle minęło od pojawienia się pierwszego tomu moich rozmów z pisarkami i pisarzami, to w obecnej rzeczywistości przepaść. Mam wrażenie, że poprzednia książka ukazała się w jakiejś odległej galaktyce, choć cieszę się jednocześnie, że umieszczone w niej wywiady wcale się nie przeterminowały. Przeciwnie - wiele z nich stanowiło zapowiedź tego, co nadeszło. Nawet jeśli świat nie wiedział jeszcze, że za chwilę zamknie się na długie miesiące - Z niejednej półki miało premierę w czasie tak zwanego drugiego lockdownu - i że po pandemii tak gwałtownie przyspieszy, to właśnie ludzie pióra przeczuwali wykuwanie się nowego porządku. I tego światowego, i tego bardzo lokalnego, w naszych domach, w relacjach z innymi ludźmi. Okazało się nagle, jak bardzo samotny jest człowiek współczesny, jak bardzo byle jakie mogą być nasze, zdawać by się mogło bliskie, relacje z innymi. Doszło do ogromnego przetasowania wartości - i o tym także mówili moi rozmówcy już wiele lat temu. Bo pisarki i pisarze widzą więcej, szybciej, lepiej też potrafią rozpoznać i nazwać zachodzące procesy i ich bezpośredni wpływ na nasze życie. Zawsze będę to powtarzał.
W poprzednim zbiorze, nie tylko w Wydawnictwie Agora nazywanym "grubą, żółtą nogasiową książką", zaproponowałem spotkanie z autorkami i autorami z Polski i z zagranicy. Z żalem myślę o tym, że kilkorga z nich nie ma już z nami - choćby tej wielkiej dwójki z samego początku książki, czyli Alice Munro i Wiesława Myśliwskiego. Javier Marías odszedł, nie doczekawszy tak należnego mu literackiego Nobla, zmarł doceniony przez Szwedów Mario Vargas Llosa, pewnego dnia opuścił nas wspaniały Marcin Wicha, do dziś nie mogę też uwierzyć, że już nigdy nie porozmawiam z Paulem Austerem... Gdy oddawaliśmy do druku tom drugi, przyszła wiadomość o śmierci wspaniałej austriackiej pisarki, laureatki Angelusa Moniki Helfer. Cieszę się - i to zostanie już z nami na zawsze - że zdążyła opowiedzieć o swojej rodzinie, o tajemnicach i tematach tabu, z którymi przyszło jej się zmierzyć w poruszającej i surowej prozie.
Zmieniło się także moje życie zawodowe. Po siedmiu latach spędzonych w redakcji "Gazety Wyborczej" wróciłem na Myśliwiecką 3/5/7. W Trójce, w której nauczyłem się wszystkiego, co najważniejsze, mogłem - zaczynając w kwietniu 2024 roku - spełnić jedno z największych marzeń życia: przygotować i poprowadzić cotygodniową audycję z pisarkami i pisarzami wyłącznie spoza Polski. Tak zrodziły się Wszystkie książki świata, których można słuchać na antenie publicznego radia w każdy niedzielny wieczór. Tom, który trzymają Państwo w dłoniach, łączy dwa moje zawodowe światy. Trafiły do niego i te rozmowy, które przeprowadziłem dla "Gazety Wyborczej", "Wysokich Obcasów", "Wysokich Obcasów Extra" oraz "Książek. Magazynu do Czytania", i te, które miały swoją premierę w radiu. Całość jest bardziej rozbudowana, niż początkowo planowaliśmy. Fakt, że rozmowy pierwotnie ukazały się w dwóch różnych mediach - na antenie radiowej lub w prasie, wyjaśnia ich długość i dynamikę - w radiu rozmawia się dłużej, w mniejszym pośpiechu.
Zabieram Czytelniczki i Czytelników w podróż. Proponuję między innymi wizytę w Argentynie, Indiach, Chile, Korei Południowej, Niemczech, na Mauritiusie, w Singapurze czy w Mozambiku. Bohaterki i bohaterowie tego tomu to nobliści, zdobywcy Nagrody Bookera i wielu innych wyróżnień, ci, którzy od lat uznawani są za faworytów Akademii Szwedzkiej, twórcy tłumaczeni na - nierzadko - kilkadziesiąt języków. Każda z tych osób opowiada o własnej twórczości, często o konkretnej książce, która stanowiła punkt wyjścia do rozmowy, ale w rzeczywistości jest to zbiór wywiadów o tym, jak bardzo uniwersalna jest literatura i jak wiele jej zawdzięczamy. Będzie mi miło, jeśli Literacka mapa świata, jak przed sześcioma laty Z niejednej półki, stanie się dla odbiorców nie tylko przewodnikiem po współczesności, ale także podpowiedzią, listą książek, po które warto sięgnąć, zestawieniem pisarek i pisarzy, których twórczość zasługuje na poznanie.
Ta książka zaczyna się i kończy w Australii. Nie bez powodu. Chciałem, by była to podróż na wszelkie możliwe antypody.
Życzę miłej lektury i do zobaczenia na literackich szlakach. Czytajmy!
Nie podróżuję, odmawiam tego procederu, nigdy nie byłem poza Australią, nigdy nie wszedłem na pokład samolotu, więc gdybym otrzymał Nobla, i tak nie zobaczą mnie w Szwecji.
GERALD MURNANE
Oczy szeroko otwarte
Murnane, rocznik 1939, miłośnik wyścigów konnych i golfa, większość życia spędził na przedmieściach Melbourne. Debiutował dopiero w wieku trzydziestu pięciu lat. W Równinach (przeł. Tomasz S. Gałązka) opowiada o człowieku, który postanowił nakręcić film o mieszkańcach australijskiego interioru. Z czasem przejmuje styl życia tych, których zamierzał obserwować, a świat realny zaczyna w jego głowie przenikać się z tym wyobrażonym. Książka uznana została przez krytyków w świecie anglosaskim za wybitną, Ben Lerner (autor posłowia zamieszczonego w polskim wydaniu) nazwał ją na łamach "New Yorkera" "dziwnym australijskim arcydziełem". Dopiero uznanie poza granicami kraju sprawiło, że Murnane'em na poważnie zainteresowali się czytelnicy i krytycy w jego ojczyźnie.
"Dwadzieścia lat temu, przybywszy na równiny po raz pierwszy, oczy miałem szeroko otwarte. Szukałem w tym krajobrazie czegokolwiek, co mogłoby wskazywać, że pod tym, co widać, kryje się jakiś wysublimowany sens" - tak rozpoczyna swoją opowieść narrator Równin, powieści, dzięki której Gerald Murnane zyskał miano najważniejszego australijskiego pisarza, a od lat także jednego z głównych kandydatów do literackiego Nobla.
Pana najsłynniejsza książka ukazała się po polsku czterdzieści trzy lata po premierze...
Czyli to dwudziesty pierwszy język, na który ją przełożono. To niebywałe, bo przez większość życia byłem znany jedynie w Australii. Żadna z moich szesnastu książek nie została zauważona za granicą. I nagle, gdy skończyłem siedemdziesiąt lat, coś się zmieniło.
To dla mnie niesamowite - rozmawiać o mojej książce z kimś z Europy. Albo otrzymywać, przeciętnie raz na tydzień, list z dalekiego świata. Dziś dostałem przesyłkę z Ameryki; ktoś zupełnie mi nieznany napisał, że jestem pisarzem, którego szukał przez całe życie. Nie pierwszy raz zresztą dane mi było przeczytać na swój temat coś takiego. Zadziwiające, że zdarzają się ludzie, którzy wierzą w istnienie pisarza spełniającego ich oczekiwania, trafiającego w ich wrażliwość, i dochodzą do wniosku, że to właśnie ja nim jestem.
Gdy zaczynałem pisać fikcję, miałem dwadzieścia lat. Wcześniej zajmowałem się poezją. I uznawałem wówczas, że będę usatysfakcjonowany, gdy napiszę jedną, dwie książki, ktoś je pochwali, wyda. Dlatego trudno mi uwierzyć w to, co przydarza się od pewnego czasu. Czerpię z tego ogromną satysfakcję.
Jak pan myśli, dlaczego właśnie teraz - w ciągu ostatnich kilkunastu lat - pańska literatura zyskała taki rezonans?
Muszę opowiedzieć od samego początku. Pierwszą książkę opublikowałem w latach siedemdziesiątych, nosiła tytuł Tamarisk Row - tamaryszek to małe drzewo powszechne w Australii. To jest jak dotąd najbardziej niezwykła rzecz, jaką napisałem. W niczym nie przypominała typowej pierwszej książki, od razu poszedłem na całość.
Tu zresztą chciałbym zaznaczyć coś istotnego - nie nazywam moich książek powieściami, są po prostu fikcją.
Mój debiut skrytykowano, odrzucono, pytano, jak to możliwe, że takie dziwactwo w ogóle ktoś opublikował. Byli tacy, którzy pisali o mnie paskudne rzeczy, inni próbowali bronić, twierdząc, że jestem "jakiś inny" albo że "do tego pisarza musimy się przyzwyczaić, nikogo takiego wcześniej w Australii nie mieliśmy". To powtarzało się raz za razem. Czytałem, że nie tworzę "mainstreamowej fikcji". Ale dlaczego miałbym ją tworzyć? I może właśnie w mojej odrębności należy się doszukiwać przyczyny obecnego stanu rzeczy?
Równiny opublikowano w Stanach Zjednoczonych niedługo po australijskiej premierze, bodaj w 1985 roku. W pierwszej recenzji napisano, że "to nawet nie jest fikcja, to jakiś rodzaj filozofii". Nie brzmiało to zachęcająco, książka poniosła klęskę. Została całkowicie zignorowana, żadna z amerykańskich księgarni nie chciała jej zamówić. Po raz drugi Równiny wydało małe wydawnictwo uniwersyteckie. To były lata dziewięćdziesiąte - znów klęska, ani jednej recenzji. A za trzecim razem...
Ale tu muszę zrobić wtręt. Moja piąta książka nosi tytuł Inland (Wnętrze kraju) - nikt jej w rzeczywistości nie zrozumiał, nawet ja sam, do czego otwarcie się przyznaję. Wiem, że jest wspaniała i pod pewnymi względami najlepsza w moim dorobku, ale nie tylko trudno wyjaśnić mi, o co w niej chodzi, ale także zrozumieć, dlaczego brzmi tak, a nie inaczej. Powstała z potrzeby serca, to chyba najlepsze określenie. Inland przeczytał pewien Amerykanin, który pracował dla jednego z bostońskich wydawnictw. Jak opowiadał mi po latach, stracił dla tej książki głowę. Doprowadził do publikacji w Stanach i - naturalnie - nie odniósł sukcesu. Ale on się nie poddał! Przeniósł się do Nowego Jorku, zaczął pracę w jednym z największych wydawnictw w tym mieście. I nadal chciał wydawać Geralda Murnane'a. Ponieważ nie mógł wskrzesić Inland, bo prawa do tego tytułu zostały w Bostonie, sięgnął po Równiny. I nagle - nikt nie wie, jak do tego doszło - kolejni wpływowi ludzie zaczęli przekonywać, że "ten Australijczyk jest świetnym pisarzem". To wszystko przez jedną, całkowicie oddaną sprawie osobę!
Wiem, że zabrzmi to złośliwie i szorstko, ale prawda jest taka, że świat literacki - wszyscy ci krytycy, akademicy, recenzenci - niczym nie różni się od innych światów. Rządzą nim chwilowa lub nieco dłuższa moda i zdanie tych, z którymi aktualnie liczy się większość. Gdy czołowi krytycy w Ameryce zaczęli chwalić moją twórczość, obudziła się Australia. My bowiem zawsze patrzymy na to, co się dzieje za oceanem, jesteśmy wpatrzeni w USA i Wielką Brytanię jak w obrazek. I nagle usłyszałem: "Och, Geraldzie, przepraszamy, że nie chwaliliśmy cię wcześniej, ale właśnie zdaliśmy sobie sprawę, że byłeś i jesteś wspaniałym pisarzem". Teraz, gdy tylko zbliża się październik, wszyscy w Australii mówią, że Murnane to jedyny Australijczyk, który ma szansę na Nobla.
Jeden człowiek w Nowym Jorku odmienił wszystko, da pan wiarę?
Ale może chodziło też o to, że i w Australii, i w Stanach są ogromne równiny? Może to krajobraz, pewien rodzaj międzykontynentalnego porozumienia?
Przyznam, że taka myśl mnie fascynuje. Ale wcześniej historyjka: pewnego wieczoru w siedzibie mojego australijskiego wydawcy, The Text Publishing z Melbourne, odbywało się niewielkie przyjęcie na cześć młodej Angielki, która właśnie została jedną z jego agentek. Nie rozmawialiśmy zbyt wiele, była zajęta poznawaniem zespołu. W końcu na pożegnanie podeszła do mnie i przyznała, że w drodze powrotnej do Wielkiej Brytanii zamierza czytać Równiny. Bo chciała najpierw z okien samolotu zobaczyć wielkie równiny w środku kontynentu, a następnie skonfrontować ten widok z moim opisem tego miejsca. Odpowiedziałem jedynie: "Dziękuję". Bo cóż innego miałbym odpowiedzieć? Przecież równiny opisane w książce istnieją wyłącznie w moim umyśle. Nie opisałem tego, co można zobaczyć w sercu Australii. Co, gdy dziś o tym myślę, jest w jakimś sensie zabawne - przecież od lat mieszkam właśnie na równinach. Po śmierci żony przeprowadziłem się do małego miasteczka, w zasadzie wsi Goroke leżącej na zachodzie stanu Wiktoria.
Równiny z Równin nie są wielkimi pustyniami czy preriami, są płaskie, pełno na nich farm i porozsiewanych samotnie posiadłości. Nie lubię gór i oceanów, lubię być otoczony terenami, które są łatwe do oswojenia, dlatego tak właśnie wygląda ta moja wymarzona kraina. Sęk w tym, że istnieje ona wyłącznie w mojej głowie. Mnie po prostu od dziecka fascynowały krainy, w których widać niebo aż po horyzont.
Jak zatem doszło do powstania tej wymarzonej krainy z Równin?
Wkraczamy teraz na trudne terytorium. Postaram się to wyjaśnić, choć wiem, że chodzi o skomplikowany proces. W angielskim, którego używam, funkcjonuje piękne określenie to see in mind, co można rozumieć jako widzenie czegoś, dostrzeganie jakichś rzeczy w umyśle. Ale nie chodzi mi o mózg, narząd, który odpowiada za to, jak i co myślimy. To coś głębszego i silniejszego od mocy elektrycznej drzemiącej w naszych głowach. Gdy piszę, widzę rzeczy, które nie istnieją w rzeczywistości, wkraczam do nierealnego świata i zatapiam się w nim. Można powiedzieć, że od dziecka żyję w myślach, które przysłaniają mi codzienność.
Rodziny moich rodziców pracowały na farmach, moi przodkowie byli rolnikami. Nie byli zamożni, mieszkali blisko oceanu. Gdy spojrzy się na mapę stanu Wiktoria, w którym się urodziłem, na jego południowym zachodzie odnaleźć można Warrnambool. To miasto, którego nazwa zaczerpnięta została z języka rdzennych mieszkańców, Aborygenów. Dziś mieszka tam nieco ponad trzydzieści tysięcy ludzi. Nieopodal mój dziadek miał farmę, spędzałem tam wakacje. Pewnego roku, gdy rodzina wpadła na pomysł, że pójdziemy na plażę, uznałem, że będę szedł nad ocean, stale oglądając się za siebie. Patrzyłem na północ, w głąb lądu. Ujrzałem równiny, zielone, trawiaste, pospolite - i bardzo kuszące. Moja wyobraźnia natychmiast zaczęła pracować, bo nie do końca podobało mi się w Warrnambool. Ale gdzie chciałbym się udać w zamian? Mój umysł zaczął działać, wyobrażać sobie mnie w tamtym miejscu.
Co ciekawe, na wiele lat skończyło się wyłącznie na tej projekcji. W zasadzie do czasu, gdy zmarła moja żona i przeprowadziłem się do Goroke, nie widziałem australijskich równin, tych rolniczych terenów, gdzie teraz mieszkam. Marzyłem o nich na jawie, a to - przynajmniej w moim przypadku - najlepszy sposób na opisanie czegoś.
Gdy Równiny się ukazały, wielu próbowało je znaleźć. Pamiętam, że jeden z dziennikarzy zapytał mnie: "Gdzie to jest? Gdzie pan widział te równiny? Gdzie jest to miasto, do którego przybywa pański bohater? Gdzie stoi ten trzypiętrowy hotel, w którym odbywa się spotkanie opisane na pierwszych stronach?". Ja nie umiem udzielić takich informacji.
Czyli nie ma w Równinach żadnych wątków autobiograficznych? Pan, jak rozumiem, nigdy nie chciał nakręcić filmu o australijskich równinach?
Zadał pan teraz najważniejsze, ale i najtrudniejsze z pytań. Czytelników, krytyków, dziennikarzy ciekawiło najbardziej, ile w bohaterze Równin jest mnie samego. "Czy to byłeś ty? Czy udałeś się do jakiegoś miasta w głębi kontynentu? Czy miałeś pomysł na film o tym niesamowitym krajobrazie? Czy to historia z jakiegoś etapu twojego życia?" - pytali. A ja naprawdę nie potrafiłem udzielić odpowiedzi. Poza jedną: "Nie wiem". To jasne, że nie napisałbym o samolotach nad równinami, gdyby nie robiły na mnie wrażenia, nie pociągały mnie przez całe życie - choć nigdy nie leciałem żadnym z nich. Oczywiście, nie pisałbym o wielu innych rzeczach, gdybym o nich najpierw długo nie myślał. Ale czy brałem w tym wszystkim udział? Nie wiem, to pytanie do mojego umysłu. Właśnie po to napisałem Równiny, by zrozumieć, czy w moim życiu wydarzyło się to, co widzi mój umysł...
Kiedyś opublikowałem zbiór opowiadań Landscape with Landscape. Piszę tam o kimś, kto robił w życiu rzeczy podobne do tych, które robiłem ja. Ale ta postać nie jest kopią mnie, tylko kimś, kogo byłbym w stanie lepiej zrozumieć, gdyby dane mi było go poznać. To bardzo skomplikowane i - niech mi pan uwierzy - nie staram się być tajemniczy lub udawać, że moje pisanie jest tak głębokie, że nikt nie jest w stanie go zrozumieć. Po prostu ja sam tego wszystkiego nie rozumiem.
Prawda jest taka, że piszę nie dlatego, że coś wiem, ale dlatego, że czegoś nie wiem. Piszę, bo mogę się w ten sposób czegoś nauczyć.
Czy tak się da: żyć blisko dziewięćdziesiąt lat i nie rozumieć samego siebie?
Piękne pytanie! Myślę, że udało mi się zrozumieć samego siebie na tyle, by dożyć osiemdziesięciu sześciu lat. Prawdą jest, że sprawy, które mnie interesują, są trudne do omówienia z kimś innym i w zasadzie skupiam się na nich wyłącznie sam, więc nauczyłem się żyć normalnie w tym, co nazywam światem widzialnym.
Zawsze mówię o istnieniu Geralda Murnane'a w dwóch światach. W mojej kosmologii istnieje świat widzialny i niewidzialny świat umysłu. W tym pierwszym miałem żonę, która zmarła dwadzieścia lat temu, mam trzech synów i czworo wnucząt. Mieszkałem w zwykłym domu z ogródkiem na przedmieściach, nie prowadziłem szalonego życia, nie należałem do bohemy. Chodziłem na wyścigi konne, które uwielbiam od zawsze i o których napisałem książkę. Mój świat widzialny jest bardzo zwyczajny, oszczędzam w nim energię. Cały wolny czas poświęciłem na pisanie i szukanie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. W tym drugim, niewidzialnym świecie umysłu, byłem i wciąż jestem zagubiony. Dlatego napisałem kilkanaście książek. Nie wiem, czy znalazłem odpowiedzi.
W pańskiej książce - a także, z tego, co słyszę, w pańskim życiu - wszystko jest zagadką. Ale spróbuję: kim są mieszkańcy równin opisanych w Równinach? Jaki rodzaj mentalności ich cechuje? Mnie wydali się jednocześnie bardzo interesujący i nieznośni.
Napisałem tę książkę dawno temu, ale do dziś pamiętam doskonale, z jak silną materią przyszło mi się mierzyć. Ponad czterdzieści lat temu byłem zupełnie innym człowiekiem, niepewnym siebie. Może dlatego ludzie z równin opisani w Równinach nie muszą w ogóle martwić się o praktyczne rzeczy. Są bogaci, niczego im nie brakuje, choć naprawdę nie wiem, skąd mają pieniądze, bo nigdy im nie ubywa. Muszą mieć bydło lub owce. A może należą do nich kopalnie złota lub wielkie pola pszenicy? Mają służących, opłacają ich, żyją w innym czasie i tempie. To jakiś świat wymarzony, w którym nikt się nie śpieszy, a każdy ma czas na zastanawianie się nad sensem życia, nad znalezieniem najlepszego sposobu na jego spędzenie. Mieszkańcy równin z Równin mają wielkie biblioteki, a w nich tomy filozoficznych dzieł. Ale czy mają czas na ich czytanie? A może to oni je napisali? Tego naprawdę nie wiem. Dlaczego nie pracują w należących do nich majątkach? Też nie wiem.
Wszystko to brzmi absurdalnie, gdyby się nad tym zastanowić. Ale też jestem pewny, że nikt nigdy nie znalazłby tych ludzi i tych równin, które opisałem. Nikt nie może więc powiedzieć, że to krajobraz jak z Murnane'a, bo w rzeczywistości nigdzie go nie ma. Pisałem w zasadzie o innej planecie...
Wydaje się, że to dobry moment, by spytać, czy pamięta pan jeszcze, jak wyglądał proces pisania tej gęstej książki?
Pan i ja stoimy na przeciwległych końcach niezwykle długiej przestrzeni. Tak, przestrzeni, nie czasu. Pan jest czytelnikiem, a ja autorem książki, która wypełnia to, co między nami. Ale to luźna uwaga, a teraz spróbuję odpowiedzieć.
Wszystko widzę w umyśle, wszystko rozgrywa się w niewidzialnym świecie umysłu. Dostrzegam tam rzeczy i piszę o nich, zanim zdążę zadać w tej sprawie jakiekolwiek pytania. Wiem, że to, co zapisuję, należy do książki, nad którą właśnie pracuję. Umysł każdego z nas jest pełen powracających obrazów. Moja walka, walka pisarza, polega na wybraniu tych, które na pewno należą do książki, którą właśnie próbuję napisać. Nie zatrzymuję się w tym procesie - żadnych racjonalnych, przemyślanych pytań. Jakiś rodzaj instynktu - "instynkt" to zdecydowanie najlepsze słowo - podpowiada mi, co powinienem wykorzystać. Co należy do tekstu.
Muszę teraz powiedzieć dwie rzeczy. Czy słyszał pan o moich archiwach?
Nawet oglądałem film dokumentalny, w którym przedstawia pan zawartość dwudziestu ośmiu wielkich szuflad.
To zapis tego, jak niegdyś pracowałem. Próbowałem, błądziłem, tworzyłem trzy lub cztery szkice, nim dotarłem do wersji ostatecznej. Dopiero po latach posiadłem umiejętność tworzenia na podstawie jednego szkicu.
Ale z Równinami było inaczej: ta książka była początkowo częścią innej. Gdy zacząłem pisać tę historię, byłem w najgorszym momencie swojego życia - miałem blisko czterdzieści lat, dwie książki, które przepadły na rynku. Kolejna miała być realistyczna, konwencjonalna, zatytułowana The Only Adam - o młodym mężczyźnie dorastającym na wiejskich terenach stanu Wiktoria. Składała się z czterech części i w pierwotnej wersji pierwsza z nich kończyła się tym, co później stało się zaczątkiem Równin. Potem, w drugiej, znów wszystko wydawało się racjonalne, chłopak się zakochał, i nagle znów - zupełnie inna historia, inna opowieść, która także trafiła do Równin. I tak do samego końca pracy nad Jedynym Adamem! Czyli moja najsłynniejsza książka wzięła się z innej, całkowicie odmiennej i odrzuconej przez dwóch wydawców. Trzeci powiedział: "Wydam ci to, ale pod jednym warunkiem. Wyrzuć wszystko i zostaw tylko te części o równinach".
Czyli zaczęło się od zwyczajnej, jak mi się dziś zdaje, opowieści o młodym mężczyźnie z Wiktorii, który dorasta, żeni się, o ludziach z jego otoczenia rozmawiających ze sobą, szukających przyjaciół, samotnych. Ale w tej nudnej, konwencjonalnej książce ukryta była jeszcze druga: zapis świata istniejącego w umyśle bohaterów Jedynego Adama. Mieszkali w biednej wsi, ale rozmyślali o zupełnie innej przestrzeni.
Niedawno zresztą mój wydawca spytał, czy mógłbym mu pokazać ten oryginalny tekst ukryty w archiwach. Przeczytał i uznał, że jednak tego nie wyda. Może to zrobi, gdy umrę?
Już w wieku dwudziestu lat przestałem czytać to, co nazywane jest realizmem. Moi bohaterowie, mieszkańcy równin, przyglądają się trawie i próbują znaleźć w niej tajemnicę istnienia. Między sobą przyznają, że są szczęściarzami - nie mają gór, szybko płynących rzek, nie mają oceanów. Żyją na spokojnej, równej ziemi. I dzięki temu mogą myśleć o rzeczach, które naprawdę mają znaczenie - nie o tym, co widzialne, ale o tym, co ukryte. Wnikają do marzeń, tęsknot, niemożliwych pragnień i nierealnych miłości.
Żaden z czytelników nie powinien oczekiwać, że w widzialnym świecie natknie się na cokolwiek, co pomoże w zrozumieniu moich książek. To nie powieści ze zwykłymi postaciami, które wymieniają się uwagami na temat codzienności. W mojej fikcji od lat nikt nie mówi. Nie ma dialogów. Ludzie tam się zastanawiają. Narrator opowiada, dzieli się własnymi spostrzeżeniami, ale żaden głos nie wydobywa się na zewnątrz.
To chyba dobry moment, bym wrócił do tego, co powiedział pan na początku: "Nie nazywam moich książek powieściami, są po prostu fikcją". Na czym właściwie polega różnica?
Ściślej: od zawsze nazywam swoje pisanie "prawdziwą fikcją". Oznacza to, że mój czytelnik obcuje nie z faktami, ale z raportem o zawartości mojego umysłu. Jeśli dostrzegam w nim coś, co uważam za istotne, umieszczam to w książce. To nie zapis faktycznego stanu świata, ale obraz, który widzę wyłącznie ja. Urodziłem się bez rozwiniętego zmysłu węchu, nie czuję dobrze zapachów i smaków. Widzę i głównie w ten sposób postrzegam oba moje światy. Dlatego gdy mówię, że nie piszę powieści, ale fikcję, mam na myśli fikcję prawdziwą - to, co Gerald Murnane myśli i czuje.
Zapytałem o tę różnicę nie bez powodu. Przed laty hiszpański pisarz Javier Marías powiedział mi podczas wywiadu: "Jedyną rzeczą, której nie można podważyć, jest fikcja. Fikcja to jedyne terytorium, po którym - gdy chce się coś opowiedzieć - można się poruszać bez obaw".
To, co pan właśnie zacytował, uderzyło mnie niczym kula wystrzelona z rewolweru! To genialne spostrzeżenie! Żałuję, że do tej pory nie słyszałem o Maríasie, muszę to natychmiast nadrobić! W jednej z moich książek bohater mówi: "W to, że ktoś mówi prawdę, można uwierzyć jedynie wówczas, gdy czyta się o tym w fikcji". Naprawdę!
Wróćmy do świata rzeczywistego. Wspomniał pan o swoich archiwach. Z czego się składają?
Gdy miałem sześć lat, zdarzało mi się pisać palcem po szkolnym skórzanym tornistrze. To nawyk, którego do dziś nie umiem wyjaśnić, nie wiem, skąd to się wzięło. Nigdy mi nie minął - całe życie zapisywałem różne rzeczy, które teraz zapakowane są w dwudziestu ośmiu szafkach na dokumenty wypełnionych słowami. A w drugim pokoju, obok, są jeszcze trzy dodatkowe szuflady. Każda z nich ma numer - od 1 do 31. Osobną część stanowią notatki związane z pracą nad kolejnymi książkami. Jeszcze inną - wyimaginowane wyścigi konne, świat pełen szczegółów, w którym po wyimaginowanych torach ścigały się wyimaginowane zwierzęta. Wymyślałem je w wolnym czasie.
Jestem otoczony milionami słów, co daje mi duży komfort, a także rodzaj pewności, że nikt nigdy tych notatek nie przeczyta. Są w nich rzeczy, o których nigdy nie byłbym w stanie mówić, wolałem to wszystko, co mnie dręczyło, zapisać. I do dziś zdarza mi się obudzić w nocy i zastanawiać, czy nie powinienem spalić własnego archiwum. Ale nie umiem. Mam dwie asystentki, które obiecały, że gdy już umrę, pomogą moim synom przebrnąć przez kolejne szuflady.
Kto wie, może za pięćdziesiąt lat, jeśli wówczas będzie istniała jeszcze nasza planeta, ktoś uzna moje archiwa za bardziej interesujące od mojej fikcji?
Jest coś, co łączy wyścigi konne z Noblem: notowania bukmacherów. Denerwuje się pan w pierwszych dniach października?
Uspokajam samego siebie, że to nie może się wydarzyć. Jestem zbyt "inny", osobny. Jestem poza nurtem, a takich twórców zwykle się nie zauważa. Mimo to co roku do Goroke przyjeżdża telewizja i realizuje program o autorze, który ma podobno szansę na Nobla.
Nie mogę podróżować, odmawiam tego procederu, nigdy nie byłem poza Australią, nigdy nie znalazłem się na pokładzie samolotu, więc gdybym otrzymał tę nagrodę, i tak nie zobaczą mnie w Szwecji.
Chciałbym na koniec, jeśli mogę, zadać pytanie niestandardowe i dość osobiste. Po lekturze pańskich książek i po rozmowie, w której odkrył pan przed polskimi czytelnikami sposób działania umysłu i zadeklarował życie w dwóch równoległych światach, zastanawiam się, czy rozważał pan przekazanie po śmierci swojego mózgu na cele naukowe.
Nie, nie! Ale to bardzo zabawne i intrygujące pytanie. Wydaje mi się, że nie mogę podjąć takiej decyzji, bo... to nie do końca mój mózg! Jestem absolutnie przekonany, że niewidzialne części mnie, ten mój niewidzialny świat umysłu, nadal będzie istniał, być może nawet za tysiąc lat, gdy materialnie, fizycznie nic już ze mnie nie zostanie. Poza tym moja żona leży na tutejszym cmentarzu, w Goroke, skremowana i ja także zapisałem w testamencie wolę, by zostać skremowany. Mój mózg więc, przynajmniej dosłownie, nie przetrwa.
Zostałem wychowany w wierze katolickiej, ale zmęczyłem się nią. Chętnie jednak podarowałbym naukowcom moją duszę. Mogliby ją rozebrać na części i zrozumieć, co było w środku mnie. Sęk w tym, że nigdzie nie mogę jej znaleźć.
2025
Gdy zapomina się o zbrodniach, w kolejnych pokoleniach zawsze znajdą się ludzie, którzy znów spróbują je popełnić.
ANNIE ERNAUX
Nie ma czasu na żal
Jedna z najwybitniejszych współczesnych pisarek francuskich, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 2022. Tworzy przede wszystkim prozę autobiograficzną, łącząc osobiste doświadczenia z refleksją nad pamięcią, kwestią podziałów klasowych, płcią i przemianami społecznymi. Debiutowała w 1974 roku powieścią Les Armoires vides (Puste szafy), a międzynarodowe uznanie przyniosły jej m.in. książki Miejsce (La Place, przeł. Iwona Badowska), Lata (Les Années, przeł. Krzysztof Jarosz, Magdalena Budzińska) oraz Zdarzenie (L'Événement). Jej twórczość, oszczędna w formie i oparta na faktach z własnego życia, jest tłumaczona na dziesiątki języków. Szwedzka Akademia nagrodziła ją Noblem "za odwagę i kliniczną przenikliwość, z jaką odsłania korzenie, wyobcowanie i zbiorowe ograniczenia osobistej pamięci".
"W pewnych momentach historii milczenie jest nie do przyjęcia". To pani słowa z mowy noblowskiej. Mamy teraz taki moment?
Z pewnością mamy problemy, które domagają się natychmiastowych rozwiązań, a nie zamiatania pod dywan. I należy o tym głośno mówić, wytrącać polityków z dobrego samopoczucia.
Pierwszym z tych problemów jest kwestia migrantów, skandal, który trwa w naszym rejonie świata od wielu lat. Jak długo jeszcze bogate kraje Zachodu będą odmawiać ludziom szukającym bezpiecznych przystani prawa do schronienia i szansy na rozpoczęcie nowego etapu życia z dala od wojen czy skutków kryzysu klimatycznego?
Drugi to sprawa Strefy Gazy. To, co dziś dzieje się na Bliskim Wschodzie, to także efekt przynajmniej trzech dekad ekspansywnej izraelskiej kolonizacji terenów, na które zepchnięto Palestyńczyków, oraz milczenia Stanów Zjednoczonych i braku ich wsparcia dla utworzenia państwa dwóch narodów lub stworzenia niepodległego państwa palestyńskiego. A trzecim problemem, który nadal nie został rozwiązany, nawet na Zachodzie, jest kwestia praw kobiet, całkowitej równości i odejścia od patriarchatu.
Co do migrantów, chcę powiedzieć to jasno - państwa europejskie natychmiast powinny zakończyć haniebne praktyki odpychania ich od swoich granic i terytoriów. Jak wielu ludzi ma jeszcze utonąć w Morzu Śródziemnym? Zamiast zaopiekować się nimi, dać im pracę i znaleźć dla nich miejsce w starzejącym się europejskim społeczeństwie, skazujemy ich na śmierć. Tej tragedii ważni ludzie Europy przyglądają się z założonymi rękami. Tej nowej wędrówki ludów - jak wielu poprzednich w historii świata - nie da się powstrzymać, można jednak zrobić wiele, by nad nią zapanować. Ale my, bogaci ludzie Zachodu, wolimy zamykać się w sobie, otaczać się murami i zasiekami, odpychając to, co nieuniknione.
Europa boi się przede wszystkim utraty własnego statusu, tego, że przestanie być bogatym kontynentem, domem dobrze sytuowanych białych ludzi. Na naszych oczach traci duszę, daje się opanować przez skrajnie prawicowe ruchy, które potrafią jedynie straszyć i domagać się poparcia dla rozwiązań radykalnych. To próba wyparcia rzeczywistości, niezauważania prostych faktów - we Francji brakuje już lekarzy, na studia medyczne trzeba przyjmować ludzi, którzy nie urodzili się w tym kraju, inaczej nie będzie miał nas kto leczyć. Tak samo wygląda sprawa z pracownikami fizycznymi. By budowy nie stanęły, państwo i firmy prywatne muszą zatrudniać wykwalifikowanych pracowników z zagranicy. Jeśli natychmiast nie zmienimy polityki wobec migrantów, w Europie zabraknie rąk do pracy.
Od kilku lat na polsko-białoruskiej granicy trwa kryzys humanitarny. Poprzedni rząd postanowił zbudować tam mur i zasieki z drutu żyletkowego. Mówiono wiele o "obronie Europy i chrześcijaństwa".
To polityka oparta na strachu. Ludzie, którzy zachowują się w ten sposób, obawiają się przyszłości, nie mają pojęcia o wyzwaniach, przed którymi stanęliśmy, i po prostu nie nadają się na przywódców. Przeraża ich wizja otwartych społeczeństw - a tylko dzięki takim w ogóle przetrwamy. Prawica woli udawać, że problemu nie ma, bo nie jest w stanie zaproponować żadnego sensownego rozwiązania, próbuje uciekać do przodu. Rzeczywistość dogoni jednak nas wszystkich.
W Polsce, w której prawica straciła władzę pod koniec 2023 roku, kilka miesięcy później ukazała się pani nowa książka. To Ciała, tom, w którym znajdą się trzy teksty: Zdarzenie z 2000 roku, Pamięć dziewczyny z 2016 oraz Młody mężczyzna z 2022. W pierwszym z nich wraca pani do wydarzeń z czasu studiów, działań, które musiała pani podjąć, by wbrew obowiązującemu wówczas we Francji prawu przerwać ciążę. W kinach pokazywany był zresztą film oparty na tej autobiograficznej prozie, czyli Zdarzyło się. Żyjemy w dwóch, a być może nawet w większej liczbie równoległych rzeczywistości. We Francji prawo do aborcji ma zostać niedługo wpisane do konstytucji, w USA - w związku z decyzją Sądu Najwyższego - trwa na nowo walka o prawo do przerywania ciąży w poszczególnych stanach, a w Polsce w kampanii wyborczej obiecano wprowadzenie ustawy zezwalającej na aborcję do dwunastego tygodnia.
Prawo do aborcji przyznaje kobietom władzę nad własnym życiem. Mogą decydować o swoim ciele. Mogą też samodzielnie stanowić o tym, czy i kiedy chcą urodzić. Stoi więc w jawnej sprzeczności z tym, co głoszą duchowni różnych religii, zwolennicy uprzedmiotowienia kobiet, podporządkowania ich mężczyznom. Temat aborcji - od Polski po Amerykę - to w rzeczywistości historia strachu przed siłą, która przeraża wyznawców konserwatywnego porządku świata. Nie tylko mężczyzn wyniesionych na wysokie stanowiska, od papieży czy mułłów po prezydentów, premierów albo sędziów, lecz także zwykłych mężczyzn, którzy mogą w ten sposób kontrolować zachowania żon, córek, narzeczonych czy kochanek i czynić je sobie poddanymi. Czy przejmują się tym, co się dzieje w takiej sytuacji z kobietami, z ich zdrowiem psychicznym i fizycznym? Czy są w stanie zrozumieć naszą determinację w walce o prawo do decydowania o sobie oraz to, że nie ma siły, która byłaby nas w stanie zatrzymać? Być może to do nich dociera, ale niewiele ich obchodzi. Dlatego niezależnie od stopnia podłości reżimu kobiety zawsze będą próbowały znaleźć wyjście z sytuacji, a więc także uwolnić się od męskiej dominacji. Czasem przyjdzie im za to zapłacić najwyższą cenę, czasem cudem uda im się ujść z życiem, gdy - jak to miało miejsce w moim przypadku - zdecydują się na nielegalną aborcję w urągających warunkach. Co jednak mają zrobić, by przetrwać i żyć na własnych zasadach bez kajdan, które nakłada im patriarchat?
Aborcja to wolność, jej zakaz to okrucieństwo i pozbawianie wolności ogromnej części społeczeństwa. Nikt nigdy nie przekona mnie, że można na to patrzeć w jakikolwiek inny sposób.
Wiem doskonale, jak wygląda ta sprawa w Polsce. Liczę, że presja pojawi się także ze strony świadomych mężczyzn - bo przecież zakaz aborcji to także atak na wolność związków i małżeństw. Przerwanie ciąży powinno być wyborem nie politycznym, ale jedynie społecznym. Ludzi, których nie stać na utrzymanie i wychowanie kolejnych dzieci, nie można skazywać na życie w nędzy. Państwo zawsze prędzej czy później zostawia ich w takiej sytuacji samym sobie.
W Polsce niektórzy uważają, że w sprawie legalizacji aborcji powinno się odbyć ogólnonarodowe referendum.
To nie jest właściwe rozwiązanie. Referendum w sprawie praw i wolności kobiet? Taki rodzaj plebiscytu zawsze wiąże się z nieczystą grą polityczną, z prowadzeniem kampanii, z wysuwaniem argumentów uwłaczających kobietom. W takim zamieszaniu ginie to, co najważniejsze - fakt, że prawo do aborcji jest prawem podstawowym i w rzeczywistości nigdy nie powinno podlegać jakimkolwiek negocjacjom. We Francji zrozumiano to w połowie lat siedemdziesiątych, od początku lat osiemdziesiątych aborcja jest nie tylko legalna, ale i darmowa, a w marcu 2023 roku prezydent Macron zapowiedział, że jako prawo obywatelskie zostanie wpisana do ustawy zasadniczej. Za chwilę minie pięćdziesiąt lat od dnia, w którym francuscy politycy zaczęli rozumieć, że takich spraw nie poddaje się negocjacji, i tego samego życzę polskim liderom. To żaden akt łaski, który można okazać, to żaden plebiscyt - czas to w końcu zrozumieć.
Zdarzenie opublikowała pani dwadzieścia pięć lat po legalizacji aborcji we Francji. Czy tą książką, opowieścią o pełnej aspiracji studentce, która za wszelką cenę postanawia przetrwać w nowym środowisku i nie wrócić do dawnego życia, do świata, z którego uciekła, łamała pani tabu?
Pisałam tę książkę przez dwadzieścia lat. I tak, jej opublikowanie było złamaniem tabu. Bo choć aborcja była już dostępna, francuskie kobiety nadal milczały. Przyjął się, do dziś powszechnie używany, skrót IVG oznaczający terminację ciąży. W przestrzeni publicznej brakowało głosów, które mogłyby zaświadczyć o piekle, jakie przez lata gotowano nam, naszym siostrom, córkom, matkom czy babkom. Uznałam, że nigdy wystarczająco dokładnie go nie opisano, zdecydowałam się więc na przedstawienie własnej opowieści. Tak, by wszyscy zrozumieli, czym dokładnie dla kobiety jest aborcja i dlaczego tylko ona ma prawo podejmować decyzję. I by wszyscy to dobrze zapamiętali.
Gdy zapomina się o zbrodniach, w kolejnych pokoleniach zawsze znajdą się ludzie, którzy znów spróbują je popełnić. Nie było we mnie zgody, byśmy wymazali we Francji haniebną przeszłość, nagle uznali, że nie ma już o czym rozmawiać. Przecież kwestia aborcji dotyka tysięcy kobiet!
Zdobyła się pani na ogromną szczerość. Zdarzenie to nie tylko opowieść o ludziach, którzy zdecydowali się udzielić pomocy, ale też dokładny, drastyczny opis tego, co działo się z panią przed zabiegiem i po nim. Pisanie o tym było trudne?
Nie. Relacjonowałam własną przeszłość, ale ważniejsze było zadanie pisarskie, które przed sobą postawiłam - w jasny, zrozumiały sposób oddać ówczesną francuską rzeczywistość. Nie chciałam niczego załatwiać tą książką ze sobą czy z państwem, zależało mi, by była ostrzeżeniem. Jeśli nie będziemy odpowiednio uważnie przyglądać się rzeczywistości i dbać o zachowanie podstawowych praw obywatelskich, wystarczą jedne wybory - i wszystko legnie w gruzach. Myślę, że i Polki, i Amerykanki mają tego świadomość.
Muszę zresztą przyznać, że wydarzenia w pańskim kraju oraz to, do czego posunął się Sąd Najwyższy w USA, wpłynęły na ponowny wzrost zainteresowania Zdarzeniem. Film Audrey Diwan Zdarzyło się także zrobił swoje. I choć powinno mnie cieszyć, że moja książka jest szeroko czytana, jestem raczej przerażona faktem, że dożyliśmy takich czasów.
Kiedy pyta pan o to, czy odkrycie się przed czytelnikami było dla mnie trudne, w rzeczywistości - tak podpowiada mi intuicja - próbuje się pan dowiedzieć, czy zapłaciłam jakąś cenę za moje autobiograficzne pisanie. Sama wielokrotnie się nad tym zastanawiałam, ale doszłam do wniosku, że to w zasadzie nie jest aż tak bardzo istotne. Zadaję pytania sobie samej sprzed lat, ale to inni mają okazję poszukać odpowiedzi - dla siebie i w obecnej rzeczywistości. Wiele dotykanych przeze mnie tematów przecież przewija się w każdym ludzkim życiu, to dość uniwersalne sprawy egzystencjalne. Ja tylko opakowuję to w literacką formę.
Polscy czytelnicy przed przyznaniem pani Nobla mieli okazję poznać tylko dwie pani książki. W 1983 roku ukazało się Miejsce, a krótko przed decyzją Akademii Szwedzkiej Lata. A jednak była pani obecna dzięki literaturze dwóch innych ważnych pisarzy francuskich - gdy ukazywały się u nas pierwsze książki Didiera Eribona i Édouarda Louisa, obaj twierdzili, że to pani dała im odwagę. Pierwszy podkreślał, że dzięki pani "możemy w końcu mówić o przemocy i traumie związanych z pochodzeniem klasowym", drugi - że na nowo zdefiniowała pani ramy literatury autobiograficznej. Pani sama wspominała niejednokrotnie, że od wczesnych lat chciała "pomścić swoją rasę i płeć, pokazać zmianę społeczną i środowiskową", która stała się pani udziałem. Ma pani poczucie, że ten plan w pełni udało się zrealizować?
Pierwszą książką, która sprawiła, że dostrzeżono moje pisanie, było Miejsce. Nie tylko Europę zainteresowała opowieść o przejściu z niższej klasy społecznej do wyższej, o przekraczaniu granic i o związanych z tym nadziejach i upokorzeniach. Od wielu osób dowiedziałam się, że moja historia zainspirowała je do podjęcia jakichś starań, do zmiany życia. To wystarczy, bym była pewna, że plan udało się zrealizować. Ale w innych książkach stopniowo wchodziłam dalej w głąb siebie i zdzierałam z siebie kolejne warstwy, by jeszcze bardziej się odsłonić, jeszcze mocniej pokazać pracę, którą wykonałam nad sobą, by dotrzeć do miejsca, w którym obecnie jestem.
Podejrzewam, że dla wielu lektura moich książek okazała się dyskomfortem. "Nie czuję się dobrze z tym, co przeczytałam" - słyszałam nieraz. Ale także: "Znam z własnego życia to napięcie, o którym pani pisze, zainspirowała mnie pani do zrobienia pierwszego kroku". Ktoś kiedyś powiedział mi, że zanim zdecydował się na wprowadzenie w życie zmian, czuł się wewnętrznym imigrantem. Ze mną było tak samo, być może do dziś w jakimś stopniu tkwię w takim stanie? To podstawowa różnica między mną a moimi synami - nie pochodzą z klasy ludowej, nigdy nie zaznali biedy, nie noszą w sobie pamięci o takich doświadczeniach.
Bez wątpienia ogromne znaczenie w moim myśleniu o pisaniu odegrał fakt, że przez wiele lat pracowałam jako nauczycielka. Wiem, jakiego rodzaju kłopot mają młodzi ludzie, ci, którzy chcą coś w życiu osiągnąć, a których blokują niezależne od nich uwarunkowania społeczne. Ja na własnej skórze doświadczyłam kulturowego rozdarcia, wiem, ile kosztuje stanie się sobą.
Gdy piszę książki, które opowiadają o różnych etapach mojego życia, o ważnych dla mnie osobach, szukam prawdy, zdanie po zdaniu. Jestem zdeterminowana, a jednocześnie, gdy postawię ostatnią kropkę, bardzo niepewna. Nie umiem ocenić, czy do niej dotarłam. Jak większość pisarzy nie widzę rzeczy wystarczająco dokładnie, dopiero w głowach czytelników wszystko trafia - lub nie - na swoje miejsce.
Gdybyśmy przyjrzeli się mojemu ostatniemu tekstowi, czyli Młodemu mężczyźnie... Opowiadam tam - otwarcie, nie sięgając po metafory - o relacji z młodszym o trzydzieści lat mężczyzną. Pochodził z mojej klasy społecznej, spośród ludzi, od których się wyzwoliłam, gdy wyruszyłam na studia, których - zdaniem wielu - zdradziłam. Dość szybko zorientowałam się, że w jego gestach, słowach i zachowaniu odnalazłam siebie sprzed wielu lat. Jakbym po kilku dekadach wróciła do domu, obserwowała siebie i swoich bliskich, ale przez szybę. Nie ukrywam, że to była być może najsilniejsza składowa mojego pociągu do tego mężczyzny. I nie czułam dyskomfortu, gdy o tym pisałam, tak jak nie czuję go teraz, gdy się panu do tego przyznaję.
Czy jest coś, czego dziś - po wielu dekadach - żałuje pani w związku z wyborami, których pani dokonała i o których pisała?
Tak. Byłam niesprawiedliwa wobec własnego ojca. Tego żałuję i nie będę już miała możliwości, by cokolwiek w tej sprawie zmienić, nie naprawię już naszych relacji. On reprezentował wszystko to, przed czym od czasu dojrzewania chciałam uciec. Nie czytał książek, posługiwał się językiem, a w zasadzie dialektem charakterystycznym dla tej części Normandii, z której pochodzę, był prosty. Wtedy bardzo się za niego wstydziłam, nie rozumiałam jego wyborów.
To, że popełniłam błąd, radykalnie odcinając się od ojca, nie oznacza jednak, że żałuję czegokolwiek, gdy myślę o mojej pracy. Nadal jest we mnie ogromna chęć pisania, bez tego nie umiem żyć. Dopóki będę mieć siłę, zamierzam kontynuować tę autoarcheologię. I nie mam pojęcia, dokąd mnie jeszcze zaprowadzi.
Może zresztą przydarzyło mi się to, co dzieje się z dzisiejszą Europą?
Na przykład o wojnie w Ukrainie, cierpieniu zadawanym przez Putina mówi się coraz mniej. Przyzwyczailiśmy się, wielu zapewne już zmęczyły doniesienia z niby odległego frontu. Uważam, że ta wojna to jedno z największych zagrożeń, przed jakimi stanął współczesny świat. I wyznam panu, że jestem wielką pesymistką. Są politycy, którzy mówią wprost, że Rosja jest potęgą i należy się z nią liczyć. Tchórzą. I niedługo pojawią się głosy wzywające do "zawarcia kompromisu". A ten będzie dla Ukrainy niekorzystny.
Znów może się okazać, że ta rzekomo wspaniała, ale pełna pustych haseł Europa dla własnego świętego spokoju odwróci się plecami. A jeśliby stało się to, czego obawiam się najbardziej, czyli powrót Trumpa do władzy, to może się okazać, że dla nas wszystkich zwyczajnie nie ma już ratunku.
2024
Społeczeństw pokiereszowanych nie da się zmienić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
ABDULRAZAK GURNAH
Dawne życie nie poszło w dal
Pierwszy od czasów Toni Morrison i czwarty w historii czarny pisarz uhonorowany Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury, a także drugi - po Nadżibie Mahfuzie - pochodzenia arabskiego. Otrzymał ją "za bezkompromisową i współczującą penetrację skutków kolonializmu i losu uchodźcy w przepaści między kulturami i kontynentami" w roku 2021. Urodził się w Sułtanacie Zanzibaru, do Wielkiej Brytanii wyemigrował w roku 1968. Przed emeryturą wykładał literaturę angielską i postkolonialną na University of Kent w Canterbury. Jest autorem powieści, opowiadań i esejów; zredagował i wydał dwa tomy esejów poświęconych literaturze afrykańskiej.
Jaka była pańska reakcja na telefon ze Sztokholmu?
Byłem dość sceptyczny, nie dowierzałem. Przez głowę przeszła mi myśl, że to żart, wybryk kogoś, kogo cechuje dość wysublimowane poczucie humoru. Odebrałem przecież w życiu wiele telefonów od osób, które zajmują się telemarketingiem, więc, o ile pamiętam, pomyślałem wtedy: "A teraz co?".
Informacje takie jak ta o przyznaniu Nagrody Nobla nie zdarzają się w życiu zbyt często, nie spodziewałem się nigdy, że zostanę jej laureatem, proszę więc zrozumieć moje ówczesne zachowanie. Ale sekretarz Akademii, który przywykł zapewne do takich reakcji, powiedział spokojnie: "To nie żart. Za chwilę ogłosimy werdykt. Może pan podejść do swojego komputera, włączyć relację ze Sztokholmu i sam się pan przekona, że otrzymał Nobla".
Tak właśnie zrobiłem. Zobaczyłem, jak otwierają się drzwi, wychodzi sekretarz, informuje o decyzji Akademii i wypowiada moje nazwisko. Powiedziałem wtedy do siebie: "Czyli to prawda".
I natychmiast zaczął dzwonić telefon. Nie przestał przez dwie doby. Nawet nie byłem w stanie na dobre zastanowić się, co to oznacza, co się zmieni i dlaczego właściwie ja.
Dlatego, że w swoich powieściach, jak uzasadniła to Akademia Szwedzka, "bezkompromisowo i z empatią" analizuje pan "konsekwencje kolonializmu i los uchodźcy w otchłani między kulturami i kontynentami".
To powód, dla którego moja twórczość wydała się istotna członkom Akademii. Ale myślę, że te słowa to jedynie część opowieści o moim pisarstwie. Opublikowałem wiele powieści, ich tematyki nie da się zamknąć w dwóch linijkach. Oczywiście, jestem bardzo wdzięczny za to, że dostrzeżono te aspekty i uznano za wystarczająco ważne i klarowne.
Sam często się zastanawiam nad tym, jak w zwięzłych słowach opowiedzieć, o czym piszę. Myślę, że w rzeczywistości musiałbym poświęcić temu osobną książkę.
A gdyby pan jednak spróbował opowiedzieć?
Od zawsze najbardziej interesowało mnie chyba to, jak ludzie uczą się żyć - właśnie to słowo jest istotne: "nauka" - w miejscu i domu, które nie należały do ich przodków, gdy nagle zaczynają odczuwać, że zostali pozbawieni korzeni. Kim się wtedy stają? Uchodźcami? Migrantami? Na ile jest to dla nich sytuacja tragiczna, a na ile - w jakikolwiek sposób - inspirująca? Myślę, że najciekawsze dla mnie jest opisywanie procesu zdobywania przez nich nowego doświadczenia, umiejscawiania się, odnajdywania w zupełnie nowych warunkach.
Interesuje mnie też, co się dzieje z ich psychiką. Czym jest dla nich to nowe życie? Komfortem, ucieczką od trosk, a może ciągłym przeżywaniem traum? Bardzo często przecież opuszczenie domu jest efektem doświadczenia przemocy, wygnania, konieczności poszukiwania lepszego życia. Czy życie w takich warunkach w ogóle może się okazać lepsze?
Bardzo ważnym tematem jest też dla mnie niesprawiedliwość. Coś, czego sam wielokrotnie doświadczyłem, czego doświadczyliśmy my, ludzie niepochodzący z Europy, w różnych okresach historii świata, także w tym najnowszym. Myślę, oczywiście, przede wszystkim o kolonializmie, systemie dominacji białego człowieka i jego skutkach - kulturowych, psychicznych, fizycznych, politycznych - odczuwanych nieprzerwanie od dekad.
Upłynęło jednak sporo czasu, nim świat usłyszał mój głos wypowiadający się na te tematy.
Zadebiutował pan dość późno, przed czterdziestką.
Co naturalnie nie oznacza, że dopiero wtedy zacząłem pisać. Byłem gotowy, nikt jednak przez lata nie chciał moich książek publikować.
Pierwszy szkic Memory of Departure - książki, która później okazała się moim debiutem wydanym w roku 1987, gdy miałem trzydzieści dziewięć lat - napisałem niedługo po przekroczeniu dwudziestki. Podsyłałem tekst różnym wydawcom, bez odzewu. Gdy w końcu się udało, miałem ukończone dwie kolejne powieści i byłem w trakcie pisania trzeciej. Wyszły dość szybko - w 1988 Pilgrims Way i w 1990 roku Dottie.
Do dziś nie umiem znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak długo musiałem czekać. Nie piszę prozy eksperymentalnej, nie wydaje mi się, by język moich powieści był niezrozumiały, nie sądzę też, by ktoś mógł uznać, że dotykam wydumanych, niejasnych tematów. Być może po prostu pewnego dnia trafiłem w wydawnictwie na odpowiednią osobę, która była w stanie zrozumieć klimat Memory of Departure, powieści o życiu Hassana Omara wychowanego na wyspie, na której doszło do otwartego konfliktu między społecznościami pochodzenia afrykańskiego i arabskiego. Może znalazłem czytelnika, który zrozumiał przesłanie, bo sam miał podobne doświadczenia, i uznał, że warto wydać książkę na ten temat?
Kiedy już oficjalnie zostałem pisarzem, a moje nazwisko pojawiło się na okładkach, trafiło do księgarń, bibliotek i prasy, przestałem się zastanawiać nad powodem, dla którego przez lata nie mogłem znaleźć wydawcy. Dwie dekady czekania stały się przeszłością, do której nie było sensu wracać. Entuzjazm i radość zastąpiły rozczarowanie, wątpliwości i poczucie niezrozumienia. Znalazłem w sobie siłę, by pisać dalej i w ten sposób komunikować się ze światem.
Od zawsze wiedział pan, że chce to robić właśnie przez literaturę?
Zacząłem pisać dla siebie. Chciałem zrozumieć emocje, które towarzyszyły mi po przeprowadzce do Wielkiej Brytanii. Po raz pierwszy dotarłem tu w 1968 roku, jako dwudziestolatek. Czułem się odtrącony, nierozumiany i zagubiony w nowej rzeczywistości. Byłem obcym, który przybył z innego świata. Problemy, jakimi żył wówczas Zanzibar - najpierw ogarnięty rewolucją, a następnie wcielony w granice nowego państwa, Tanzanii - dla większości Brytyjczyków były zwyczajnie niezrozumiałe.
Byłem człowiekiem pozbawionym bliskich, rodziny, przyjaciół - oni wszyscy zostali na wyspie. Jako wychowany w zupełnie innej kulturze odstawałem i długo nie mogłem znaleźć dla siebie miejsca. Myślę, że postanowiłem tworzyć literaturę, by dojrzeć, zrozumieć emocje i mechanizmy, których - mimowolnie - stałem się uczestnikiem.
A gdy już raz zacznie się pisać, dopada człowieka potrzeba doskonalenia się, to jak z byciem sportowcem. Wymyślałem nowe zdania, by trenować własne umiejętności i wyobraźnię. Ta potrzeba z czasem zmieniła się w radość, pasję, platformę służącą mi do komunikowania własnych przemyśleń.
Przypominam sobie teraz, że gdy latami czekałem, by ktoś wreszcie zauważył moją książkę, tę pierwszą, złożyłem przed samym sobą przyrzeczenie: "Jeśli przekroczę czterdziestkę i tekst nadal będzie jedynie rękopisem, poddam się. Spakuję to wszystko w pudła i postawię gdzieś w rogu lub pod łóżkiem". Szczęśliwie wszystko zmieniło się na rok przed dotarciem do tej granicy.
Mówi pan: "Czułem się wyobcowany, nierozumiany i zagubiony w nowej rzeczywistości". Jak wyglądało pańskie doświadczenie uchodźcze?
W moim przypadku słowo "uchodźca" zdaje się nie do końca adekwatne. Jest zbyt silne, choć wiem, że do mnie przylgnęło, bo jest wyraziste. Uchodźcami są dla mnie ludzie, którzy muszą uciekać, ponieważ ich życie jest zagrożone w sposób bezpośredni, czyha na nich śmierć, bo wybuchła wojna lub państwo stosuje przemoc wobec obywateli.
Ja wyjechałem z Zanzibaru, który był już wówczas częścią Tanzanii, ponieważ było to miejsce targane konfliktami, niebezpieczne, a nowo utworzone państwo terroryzowało część swoich mieszkańców, czyli osoby - jak ja - pochodzenia arabskiego. Nikt bezpośrednio nie groził mi śmiercią, doszedłem jednak do wniosku, że muszę coś zrobić z własnym życiem, bo na wyspie nie będę miał szansy na edukację i zajmowanie się tym, co mnie interesuje. W tym czasie na Zanzibarze nie działały szkoły, władze nie były zainteresowane intelektualnym rozwojem obywateli.
Wybrałem emigrację świadomie, choć nie w pełni zdawałem sobie jeszcze wówczas sprawę z konsekwencji tego wyboru. Dotarłem do Wielkiej Brytanii bez rodziców, bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony dorosłych, bez pieniędzy. W tym sensie, tu mogę się zgodzić, moja sytuacja - przede wszystkim ekonomiczna - była bardzo zbliżona do tej, jakiej doświadczają ci wszyscy, którzy uciekają z bezpośredniej obawy o własne życie.
Jedną z najpoważniejszych trudności, z jakimi przyszło mi się zmierzyć w nowym miejscu, okazał się mój wiek. Byłem bardzo młodym człowiekiem, zupełnie nieprzygotowanym na dorosłość i decydowanie o sobie. Naiwnie wierzyłem, że wszystko od razu się ułoży, tymczasem minęło wiele lat, zanim udało mi się poczuć, że wiodę stabilne, uporządkowane życie. Codziennie balansowałem na granicy ekscytacji, wiary w możliwości, które każdemu nowemu przybyszowi może dać Wielka Brytania, ale też żalu, tęsknoty, świadomości odcięcia się od korzeni.
To także doświadczenie, które dzielę z uchodźcami. Gdy przybywa się do nowego miejsca, niezależnie od tego, czy mówimy o Wielkiej Brytanii końca lat sześćdziesiątych, czy na przykład o granicy polsko-białoruskiej w roku 2022, niesie się na plecach bagaż dotychczasowych doświadczeń i nie sposób nagle go z siebie zrzucić, uwolnić się od jego ciężaru. Dawnego życia nie da się nagle wyrzucić do kosza. Ono jeszcze przez długie lata jest w nas obecne, stale o sobie przypomina. Nikt z nas nie jest znikąd.
Kiedy - i czy w ogóle - poczuł się pan w Wielkiej Brytanii u siebie?
To był długi proces, myślę, że się powiódł - o ile to w ogóle możliwe - przede wszystkim dzięki ludziom, których tu poznałem, dzięki przyjaźniom, które wypełniły pierwotną pustkę, dzięki szczodrości, której doznałem. Czułem się też bezpiecznie, miałem świadomość, że nawet jeśli nie wszyscy witali mnie tu z otwartymi ramionami, byłem chroniony przez prawo. Włączało mnie do społeczeństwa, a nie wyrzucało na margines.
Życie stało się znośne, poszedłem na studia, poczułem się częścią większej społeczności. Być może to był właśnie ten kluczowy moment, o który pan pyta - chwila, gdy poczułem, że zagrożenie minęło.
Bywam czasem pytany, kim bym się stał, gdybym pozostał na Zanzibarze, gdybym do dziś mieszkał w Tanzanii. Czy pisałbym powieści? Czy miałbym jakąkolwiek szansę na karierę naukową, jak to się wydarzyło w Wielkiej Brytanii? To uprawnione pytanie, ale nie jestem w stanie znaleźć na nie odpowiedzi, nie znam się na historiach alternatywnych.
Wiem na pewno, że na Zanzibarze moja literatura spotkała się z zainteresowaniem i uznaniem. Byłem tam ostatnio - po raz pierwszy po Noblu - w maju tego roku i dano mi odczuć, że rodzinna wyspa jest ze mnie dumna.
Wiem też, że moje pisarstwo zrodziło się w dużej mierze z poczucia bycia obcym, odmiennym.
To był najsilniejszy impuls?
Z pewnością jeden z najważniejszych. Moje powieści nie traktują o mnie, nie są wyłącznie odzwierciedleniem mojego stanu ducha. To wielopoziomowe historie, w których losy bohaterów splatają się ze zmianami w świecie, w jakim przyszło im żyć. Czy też pokazujące wpływ polityki i historii na decyzje podejmowane przez konkretne postacie.
Chyba najważniejszym tematem mojego pisarstwa jest strata. Ja sam piszę z powodu i w poczuciu straty - pierwszego świata, w którym dorastałem, pierwszych relacji, które były dla mnie najważniejsze.
Gdy dziś docierają do mnie informacje o ludziach próbujących dostać się do Europy, o całych rodzinach, o młodych mężczyznach szukających tu szansy na nowe, lepsze życie, od razu myślę o tym, co stracili. I czy zdają sobie sprawę, że ta strata wiąże się z brakiem możliwości powrotu do dawnego życia, czy wiedzą, że to droga, z której nie mogą już zawrócić? Nawet jeśli kiedyś, jak ja, wrócą na chwilę do domu, z którego wyruszyli w świat, będą już zupełnie innymi ludźmi.
A jednocześnie doskonale rozumiem, że dla wielu z nich to jedyne możliwe rozwiązanie, by podjąć walkę z poczuciem bezsensowności życia - tak wielkim, że, by się go pozbyć, warto podjąć ryzyko utonięcia w morzu. Próba wytłumaczenia takich właśnie decyzji jest także jedną ze składowych mojego pisania. Staram się wychodzić poza własne doświadczenia i współodczuwać z kolejnym pokoleniem, które szuka sposobu na ucieczkę od beznadziei i trosk.
Poza tym interesują mnie odpowiedzi na pytania dość oczywiste, ale stale w literaturze i w życiu obecne: dlaczego ludzie kochają?, jak silny wpływ na życie każdego z nas mają wielkie wydarzenia?, jak mimo to nadal jesteśmy w stanie żyć?
Czy nie zastanawiamy się nad tym teraz, choćby w związku z trwającą wojną w Ukrainie?
Z bólem przyglądam się temu, w jak wielu częściach świata, także w Europie, politycy próbują grać ludzkim życiem. Widać to nie tylko na przykładzie obecnego konfliktu na wschodzie Europy, ale i przy okazji kolejnych fal migracji z Bliskiego Wschodu czy Afryki. To dla mnie oczywiste, że mamy obowiązek ratować każde ludzkie życie, że jesteśmy zobowiązani do udzielenia pomocy i dania schronienia każdemu, kto o to prosi. Potrzebujących nie można odpychać, budować murów, by nie dostrzegać ich cierpienia, skazywać ich na miesiące czekania w obozach przejściowych.
Nie możemy też pomstować na tych, którzy przybywają do bram Europy w nadziei, że znajdą tu zatrudnienie, a dzięki zmianie miejsca pobytu ich sytuacja ekonomiczna ulegnie poprawie. Cóż w tym złego? Jakże ich pragnienia mielibyśmy nazwać żałosnymi? Nie, dla mnie są całkowicie zrozumiałe, zwłaszcza gdy zna się historię Europy i jej mieszkańców, którzy za pracą emigrowali do obu Ameryk czy Australii. Zadziwia mnie ten brak umiejętności dostrzegania podobieństw.
Przede wszystkim zaś jestem zwolennikiem postępowania zgodnego z obowiązującym prawem, a nie kryminalizacji ludzi, którzy szukają schronienia lub godnych zarobków. Każdy z nas ma do nich prawo i jest to sprawa tak oczywista, że czuję się zawstydzony przypominaniem o tym. Zawsze istnieją legalne drogi rozwiązywania wszystkich spornych kwestii, nie musimy przy okazji pokazywać, że tracimy to, co w człowieczeństwie najcenniejsze - empatię, współczucie i zrozumienie dla innych.
W jaki sposób szuka pan konkretnych bohaterów, wokół których ogniskuje się akcja powieści?
Od zawsze byli to ludzie, na których przykładzie jestem w stanie pokazać, jak ważne wydarzenia z ostatniego stulecia wpływały na życie jednostek. To na przykład opowieść o wojnie, która pojawia się w Powróconych.
Interesują mnie też bohaterowie, którzy muszą radzić sobie ze skomplikowanymi relacjami rodzinnymi, na przykład utrzymywać w tajemnicy jakieś wydarzenia czy rozmowy, być strażnikami sekretu. Ile ich to kosztuje i jaką cenę są w stanie zapłacić, by się od tego obowiązku uwolnić?
W moim debiucie Memory of Departure zajmuję się też kwestią traumy, ewentualnych dróg do jej przepracowania, przyglądam się roli i znaczeniu religii oraz sposobowi, w jaki były - i w wielu miejscach nadal są - traktowane kobiety.
Piszę też dużo o miłości, bo przecież każdy z nas znajduje ją w inny sposób i każdy pisarz ma tu ogromne pole do popisu.
Bywam ostatnio pytany o to, na czym polega siła literatury. Wiem, że każdy autor, który zyskał uznanie, prędzej czy później znajduje się w takiej sytuacji. I myślę, że w odpowiedzi nie jestem osobny. Siła literatury to przede wszystkim jej uniwersalizm, pokazywanie zjawisk, które ukazują niezmienność ludzkiej natury. Wystarczy choćby sięgnąć po Kafkę. Czy w jego tekstach nie przeglądamy się dziś jak w lustrze?
Powróceni są też oskarżeniem i rozliczeniem z kolonializmem w Afryce. Dla wielu czytelników, nie tylko w Polsce, szokująca może się okazać opowieść o roli, jaką odegrali Niemcy w historii wschodniej części kontynentu. Podporządkowali sobie ziemię i miejscową ludność, brutalnie tłumili powstania rdzennych plemion, torturowali, krzywdzili, a młodych mężczyzn siłą wcielali do wojska. Prali im mózgi, przekonywali o własnej wyższości, nierzadko dehumanizowali. Wspominam o tym dlatego, że o ile wiele państw europejskich - na przykład Belgia, Francja, Portugalia czy Wielka Brytania - podjęło próbę rozliczenia się z własną niechlubną historią kolonialną, o tyle można odnieść wrażenie, że Niemcy wybrali drogę milczenia.
Tragedię, która na początku XX wieku spotkała mieszkańców tego rejonu, przez dekady próbowano marginalizować, uważano ją za wydarzenie niegodne uwagi, a błędy przodków - za niewarte rozliczenia. Być może z punktu widzenia dzisiejszego mieszkańca Europy to jedynie incydent w dziejach Afryki, ale proszę postawić się na miejscu potomków tych, którzy przeżyli tam upokorzenie i cudem uszli z życiem. Proszę zrozumieć traumy przekazywane z pokolenia na pokolenie, psychiczne okaleczenie, nad którym nikt nigdy na poważnie się nie pochylił.
Niemiecki imperializm w Afryce, w odróżnieniu od tego, co później, od lat trzydziestych, wydarzyło się w Europie, nie był powszechnie znanym zjawiskiem, a w zestawieniu z podbojem świata dokonanym przez Hiszpanów, Portugalczyków, Brytyjczyków czy Francuzów mógł wręcz wydawać się czymś marginalnym. Trwał zresztą zaledwie trzydzieści lat, zaczął się bardzo późno, mógłby na kartach historii świata pozostać niezauważony. Zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, jak długo liczne kolonie posiadały inne europejskie mocarstwa.
Oczywiście, jestem w jakimś sensie w stanie zrozumieć przyczyny wieloletniego milczenia na ten temat. W porównaniu z okrucieństwem, które za sprawą Niemców spotkało Europę, w tym Zagładą, wydarzenia w Afryce Wschodniej dla białego człowieka mogły się wydawać czymś nie tylko niesamowicie odległym, ale też - niestety - znacznie mniej istotnym. Miejsce i skala okrucieństwa zdawały się nieporównywalne.
Z tego, co wiem, wzrasta jednak w Niemczech zainteresowanie tym okresem w historii, rolą, jaką Niemcy odegrali w Afryce Wschodniej, istotą forsowanego przez nich kolonializmu, i to daje mi nadzieję, że dojdzie tam wreszcie do ogólnonarodowej debaty na temat zbrodni popełnionych na rdzennych plemionach afrykańskich.
Cieszyłbym się, gdyby Powróceni przyczynili się do takiego rozwoju wypadków. Literatura raz jeszcze może okazać się niezwykle przydatna, bo wyniesie tę dyskusję ponad poziom wyłącznie uniwersytecki.
W swojej pracy, literackiej i naukowej, zajmuje się pan od dekad tematyką postkolonializmu. Co dla pana oznacza to słowo?
Mianem postkolonialnego nazywa się to, co powstało, wytworzyło się, zostało wykreowane przez narody - to pojęcie szersze niż państwa - niegdyś skolonizowane. A studia postkolonialne, którym oddawałem się przez wiele lat, zajmują się zrozumieniem wciąż zauważalnych konsekwencji kolonializmu - głównie, choć nie tylko, w literaturze. Zwykle używa się tego terminu w przekonaniu, że kolonializm się skończył i żyjemy w świecie wolnym od niego. To błąd.
W żadnym wypadku nie należy sugerować się przedrostkiem "post-". Kolonializm wciąż istnieje, ma się dobrze, przybiera coraz to nowsze formy. Dziedzictwa, o ile to w ogóle odpowiednie słowo, europejskiej obecności w Afryce - i nie tylko - nie sposób nie zauważyć. Zamachy stanu, wojny religijne, akty terrorystyczne, głód, walka o złoża, chaos, korupcja, nierówności społeczne, pozbawianie ludzi ich podstawowych praw - wszystko to jest efektem długoletnich rządów białego człowieka i zniszczeń, jakich dokonał w Afryce. To samo dotyczy zresztą Bliskiego Wschodu.
Nie wspominam tu nawet o nieustannym przywiązaniu byłych kolonizatorów do kontynentu, z którego się wywodzę. Francuzi, Brytyjczycy, ale również Rosjanie, Chińczycy, Amerykanie uważają, że mogą na nowo - walcząc między innymi o dostęp do surowców mineralnych i tanią siłę roboczą - podzielić Afrykę między siebie, wykreować nowy nieformalny podział na strefy wpływów. Korumpują, uwodzą rządy poszczególnych państw, nie tylko finansowo i militarnie je od siebie uzależniając. A jednocześnie obsadzają się w roli wyzwolicieli od wszelkich kłopotów, które - notabene - sami na mój rodzinny kontynent sprowadzili.
Nie ma szansy na szybką, radykalną zmianę?
Jedynym lekarstwem są moim zdaniem cierpliwość i upór w forsowaniu zmian. Wystarczy spojrzeć na Republikę Południowej Afryki, Kenię czy Tanzanię, której częścią jest Zanzibar. Zachodzą tam procesy, które mogą dawać nadzieję; są jednak bardzo powolne, wciąż dalece niezadowalające, często - rozczarowujące. Społeczeństw tak pokiereszowanych, przez dekady uciskanych, wyzyskiwanych, pozbawianych prawa do edukacji, rozwoju i samostanowienia, nie da się zmienić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przed Afryką jeszcze długie lata marszu ku równości.
Ma pan na swoim koncie dziesięć powieści. W każdej z nich Afryka odgrywa istotną rolę - jest miejscem narodzin bohaterów, kontynentem, z którego uciekają i za którym tęsknią. Czy i kiedy możemy się spodziewać kolejnych książek? W przypadku wielu pisarzy literacki Nobel wiązał się z lękiem, o czym powinni teraz napisać i jak będą oceniani przez czytelników i krytyków.
Nieprawdopodobnie wręcz tęsknię za pisaniem. Od dnia, w którym odebrałem telefon ze Sztokholmu, nie byłem jednak w stanie stworzyć ani jednego nowego zdania. Nie dlatego, że brak mi pomysłów, przeciwnie. Chodzi o brak czasu, ogrom obowiązków, jakie spadają na noblistę. Wiem, że powinienem rozmawiać z dziennikarzami, zwłaszcza z krajów, w których dopiero teraz zaczną ukazywać się moje książki. To efekt nagrody, szybko przyszło mi się z tym pogodzić i w ogóle nie zamierzam narzekać. Znoszę to wszystko - jak mi się zdaje - z godnością.
Wiem, że blokada, o której pan mówi, jest realnym zagrożeniem, jednak - jak sądzę - nie w moim przypadku. Skoro Kazuo Ishiguro czy Olga Tokarczuk byli w stanie znaleźć czas, by napisać nowe książki, myślę, że i mnie będzie to dane.
Szwedzi nie zdusili we mnie opowiadacza historii. Pisanie to najwspanialsza rzecz, jaką podarowało mi życie, i tak łatwo się z nim nie rozstanę.
2022
[...]
Książka do nabycia na kulturalnysklep.pl, w formie ebooka i audiobooka na Publio.pl