Literatura na Świecie 11-12/2020 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

16.00 zł
13.28 zł (13,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Geoffrey ChaucerSejm ptasiprzełożył Marcin Ciura

Żywot tak krótki, kunsztu tak długie kształcenie,

Starania tak mozolne, tak nagłe podboje,

Spadające tak prędko straszne upojenie -

To wszystko zwę Miłością, pojmowanie moje

Przez cudowne działania mącącą rozstrojem

Tak przemożnie zaiste, że gdy o niej myślę,

To czy pływam, czy tonę, nie odróżniam ściśle.

Chociaż sam nie poznałem zgoła, czym jest Miłość,

Ani jak się odpłaca swym poddanym, nie wiem,

To nierzadko mi czytać w księgach się zdarzyło

O jej niezwykłych cudach i jej srogim gniewie.

Nadejścia jej władania będąc z lektur pewien,

Nie śmiem rzec, bo jej ciosy tak boleśnie ranią,

Nic więcej niż: "Zachowaj, Boże, taką panią!".

Czy to gwoli nauce, czy gwoli zabawie

Sporo ksiąg, jak mówiłem, czytuję z nawyku.

Lecz z jakiego powodu o tym wszystkim prawię?

Szczególny tom niedawno uwagę mą przykuł;

Znać było z liter starych, że lat ma bez liku.

Chcąc się dowiedzieć z niego określonej sprawy,

Cały dzień go wytrwale czytałem ciekawy.

Bo powiadają ludzie, że na starej niwie

Nowy plon się niezmiennie rok po roku rodzi.

Podobnie stare księgi: właśnie z nich prawdziwie

Wszelaka nowa wiedza wśród ludzi pochodzi.

Lecz podjąć myśl przewodnią na powrót się godzi:

Czytanie owej księgi było mi tak miłe,

Że kiedy dzień upłynął, nie zauważyłem.

Manuskrypt, co dostarczał studiom materiału,

Miał tytuł Sen Scypiona, był dziełem Tulliusza.

O niebie, piekle, ziemi siedem miał rozdziałów

I o zamieszkujących te krainy duszach.

A z tego, co znalazłem na jego arkuszach,

Dbając, by zabrać czasu możliwie niewiele,

Najistotniejszą treścią z wami się podzielę.

Wpierw mówi, jak - gdy Scypion w Afryce się zjawił -

Na dwór króla Numidii, Masynissy wkroczył,

A król uściskał gościa, co radość mu sprawił;

Potem przedstawia, jakie rozmowy z nim toczył

I szczęście ich obydwu, aż wieczór się zmroczył,

I jak Afrykańczyka, tak drogiego przodka,

Kiedy noc nastąpiła, Scypion we śnie spotkał.

Potem - jak w gwiezdne miejsce Scypiona dziad przeniósł,

Aby mu Kartaginę wskazać z wysokości,

I powiedział o przyszłym jego przeznaczeniu

I to, że wszyscy ludzie, uczeni czy prości,

Którzy wspólny pożytek miłują w prawości,

Z tego świata w szczęśliwe miejsce się przenoszą,

W którym będą bez końca cieszyć się rozkoszą.

Potem jeszcze o zmarłych Scypion go zapytał,

Czy żyją w jakimś miejscu, chociaż nie w tym samym.

Afrykańczyk rzekł: "Owszem. Prawda to niezbita,

A naszego żywota na tym świecie ramy

To tylko rodzaj śmierci, gdziekolwiek stąpamy.

Prawi znajdą, gdy umrą, bytność ostateczną

W niebiesiech". - I pokazał gestem Drogę Mleczną.

Potem zaś mu różnicę wielkości przedstawił,

Co między małą Ziemią a niebem zachodzi,

A potem sfer niebieskich dziewięć mu objawił.

Uszu doszła melodia, która tam się rodzi,

Z owych sfer trzykroć trojga brzmienie swe wywodzi;

Z niej się wszelka muzyka na świecie poczyna;

W niej jest melodii źródło, harmonii przyczyna.

Potem dał mu przestrogę, że Ziemia jest mała,

A pełno fałszywości i nieszczęścia skrywa;

Żądzą światowych uciech nie warto więc pałać.

Potem rzekł, że gdy pewna liczba lat upływa,

Na początkowe miejsce każda z gwiazd przybywa

I wszystko dokonane przez ludzi na świecie

W zupełne zapomnienie naówczas się zmiecie.

Potem Scypion poprosił o sposób rzetelny,

By dojść do szczęścia w niebie, czego chciał żarliwie.

"Najprzód - rzekł Afrykańczyk - wiedz, żeś nieśmiertelny,

I bacz, byś zawsze pracę prowadził skwapliwie

Dla wspólnego pożytku, wtedy niewątpliwie

Splendor owego miejsca rychło poznasz wszystek,

Gdzie szczęście promienieje między dusze czyste.

Lecz, szczerze powiedziawszy, gdy łamiący prawa

I pożądliwi ludzie z tego świata schodzą,

Muszą okrążać Ziemię i cierpień zaznawać.

Póki wieki nie miną, ciągle glob obwodzą;

Dopiero gdy ich pęta grzechów oswobodzą,

W owym szczęśliwym miejscu będą się weselić;

A łaski, byś tam zaszedł, niech Bóg ci udzieli".

Dzień dobiegł swego kresu, szybko zmrok zapadał,

Gdy zwierzęta niechają wszelkiego działania.

Jam z braku światła możność czytania postradał,

Dlatego się począłem sposobić do spania,

Bez reszty pogrążony w ciężkich rozmyślaniach,

Bo miałem coś zarówno, czego mieć nie chciałem,

Jak i nie miałem tego, czego pożądałem.

Mój duch wszakże na koniec, jako że mozołem

Dnia właśnie minionego został wyczerpany,

Odpoczął ostatecznie i krzepko zasnąłem.

A gdy drzemałem w łożu, był mi sen zesłany,

Jak Afrykańczyk, w szatę tę samą odziany,

W której go widział Scypion podczas ich spotkania,

Przyszedł i stanął obok mojego posłania.

Gdy zmęczony myśliwy zamknie do snu oczy,

Od razu znów do lasu jego myśl umyka.

Sędziemu śni się proces, co się w sądzie toczy,

Woźnica ma sny o tym, jak się toczy bryka.

Bogaty śni o złocie, rycerz się potyka,

O beczce wina marzy osoba łapczywa,

Kochanek zasię we śnie panią swą zdobywa.

Nie potrafię powiedzieć, czy przyczyną było,

Żem o Afrykańczyku wcześniej czytał karty,

To, co jego osobę w sen mój wprowadziło,

Ale on mi oznajmił: "Byłeś tak uparty,

Gdyś przeglądał mój traktat stary i podarty,

Który kiedyś Makrobiusz niezgorzej oceniał,

Że chcę w części odpłacić za twe poświęcenia".

O Cytereo, słodka władczyni wspaniała,

Co kogo chcesz, zniewalasz swojej żagwi mocą!

Ty, któraś to widzenie do mych snów zesłała,

Nieomylnie potrafisz przybyć mi z pomocą.

Na północno-północnym zachodzie cię nocą

Zobaczyłem, gdym pióro, by sen spisać, złapał -

Tak samo mi wyraźnie daj do rymów zapał.

Z Afrykańczykiem zatem poszedłem od razu

I do wierzei parku dotarliśmy sami.

Otaczał go dokoła mur z zielonych głazów,

A napisy wyryte wielkimi zgłoskami

Składały się w dwa wiersze ponad wierzejami,

Całkowicie odmienne na każdej połowie,

Których treść w pełnym brzmieniu co rychlej wam powiem:

"Przeze mnie się przechodzi do cnej okolicy,

Która ulecza w sercach każdą ranę srogą.

Przeze mnie się przechodzi do Łaski krynicy,

Gdzie miły maj zielony trwa po wieki błogo.

Ja jestem do wszelkiego powodzenia drogą.

Raduj się, czytelniku, i porzuć zmartwienie.

Stoję otworem, żywo pospieszaj wstąpienie".

Drugi napis oznajmiał: "Tędy się przechodzi

Ku śmiercionośnym ciosom w obmierzłej gromadzie,

Której Upokorzenie i Wzgarda przewodzi,

Gdzie drzewa są bezlistne w bezowocnym sadzie.

Ten strumień ku żałosnej pułapce prowadzi,

Gdzie wszystko jest wyschnięte niczym ryba w matni.

Stronić ode mnie twoim ratunkiem ostatnim".

Napisano to złotem i czernią złowrogą.

Ja, w wiersze się wpatrując, nieruchomo stałem

Z tej przyczyny, że jeden przejmował mnie trwogą,

A drugi moje serce napełniał zapałem.

Jednym z nich się mroziłem, drugim rozgrzewałem.

Mój umysł był w rozterce, męcząc się zwątpieniem:

Mam wchodzić czy uciekać? Zguba czy zbawienie?

Jak między równej mocy magnesy włożonej

Bryle żelaza siły bynajmniej nie stanie

Na to, by się poruszyć w którąkolwiek stronę,

Bo wzajemnie niweczą swoje przyciąganie,

Takem, co dla mnie lepsze, stracił rozeznanie,

Póki mnie przewodnika ręce nie ujęły

I w otwarte wierzeje prosto nie popchnęły.

I tak rzekł Afrykańczyk: "Choć ich nie wymawiasz,

Swe rozterki na twarzy masz wymalowane,

Lecz zbytecznie w to miejsce wkroczyć się obawiasz:

Te słowa nie dla ciebie były napisane

Ni dla osób, co nie są Miłości poddane.

Tyś przecie, jak zgaduję, stracił smak miłości,

Jak chorzy smak słodyczy tracą i gorzkości.

Ale nawet stępiały, ciągle możesz zoczyć

Sprawy, których samemu nie możesz prowadzić.

Niejeden nie potrafi z innym walki stoczyć,

A jednak na zawodach chętnie się gromadzi

Patrzeć, który zapaśnik lepiej sobie radzi.

A jeśli masz zdolności, żeby wiersze składać,

To pokażę ci, o czym możesz opowiadać".

Z tymi słowy mą rękę zawarł w swoim ręku,

Co mi przyniosło ulgę, wszedłem zatem śmiało.

Boże! byłem tak wesół i wyzwolon z lęku,

Bo gdziekolwiek się w gaju owym spoglądało,

Wszechwszędy drzewo wiecznie ulistnione stało.

Według rodzaju swego w liście obrodziły

Jak w szmaragdy, co widok dawało przemiły:

Jesion, co zawsze mocny, i dąb budowniczy;

Wiąz, co nam daje trumny oraz filar stały;

Bukszpan, co gra na flecie; ostrokrzew do biczy;

Jodła, która żegluje, i cyprys zbolały;

Cis na łęczyska łuków; osika na strzały;

Oliwka pojednania; winorośl, co mroczy;

Palma tryumfująca i wawrzyn proroczy.

Ujrzałem tedy ogród z gałęziami w kwiatach,

Który leżał nad rzeką, gdzie błonie zielone.

Tam pełna szczęścia słodycz trwa po wszystkie lata,

Tam kwiecie białe, żółte, niebieskie, czerwone,

Ówdzie zimne strumienie płyną ożywione,

Gdzie połyskliwe płoci ławice się mienią

Świetlistym srebrem łusek oraz płetw czerwienią.

A na każdej gałęzi ptaki tam siedziały,

W harmonii anielskimi głosy śpiewające.

Rozliczne z owych ptaków o pisklęta dbały.

Tam króliki skakały w trawie swawolące,

Dalej zasię chodziły tam i sam po łące

Jeleń, łania i kozioł, sarna zalęknięta,

Wiewiórki i niewielkie łagodne zwierzęta.

Ze strunnych instrumentów we współbrzmieniu grana

Płynęła do mych uszu słodycz tak bogata,

Że wspanialsza, jak sądzę, nigdy nie słyszana

Była przez Boga, stwórcę i pana wszechświata.

Powiew ledwie uchwytny listowie omiatał,

Odzywając się przy tym poszumem łagodnym,

Z pieśnią, którą śpiewały w górze ptaki, zgodnym.

Pogoda tego miejsca była tak łaskawa,

Że ni mróz, ni żar znojny tam nie występował.

Rosło tam każde zdrowe ziele i przyprawa,

Nikt nigdy się nie starzał ani nie chorował,

Za to tysiąckroć bardziej każdy się radował,

Niż się da wypowiedzieć. Nie znano tam zmroku,

Jasny dzień trwał bez przerwy w rozciągłości wzroku.

Obok drzewa, pod którym zdrój wody uderzał,

Kupidyn, pan nasz, kował i układał strzały.

U stóp jego łuk w pełnej gotowości leżał,

A ręce jego córki, Żądzy, przez czas cały

Groty strzał, które wykuł, w zdroju hartowały

I kładły je na stosy według przeznaczenia:

Jedne do zabijania, inne do ranienia.

Zobaczyłem Przyjemność również jak na dłoni,

W pobliżu zaś Uciechę, Uprzejmość, Ozdobę

Oraz tę Zdolność, która ma siłę nakłonić

Do wyprawiania szaleństw wszelaką osobę

(Niekształtna była - mówię uczciwym sposobem).

A osobno pod dębem, odnoszę wrażenie,

Że widziałem Wytworność, a z nią Uniesienie.

Spostrzegłem obnażoną zupełnie Urodę,

Swawolną i radosną Młodzieńczość, Pragnienie,

Nieroztropność, Pochlebstwo, Plotkarstwo, Niezgodę,

Sprzedajność i trzy inne, ale me sumienie

Sprawia, że ich imienia tutaj nie wymienię.

Chram z mosiądzu tam także ujrzałem ogromny,

Oparty na kolumnach z jaspisu niezłomnych,

A naokoło chramu białogłowy liczne

Bez ustanku w podskokach i pląsach tańczyły.

Jedne piękne z natury, inne w suknie śliczne

Odziane, wszystkie swoje włosy rozpuściły.

Od dawien dawna zawsze ten obyczaj czciły.

I setki par gołębi na chramie siedziały;

Każdy z nich był nad podziw piękny, śnieżnobiały.

Przed podwojami chramu był usadowiony

Tron dobrej pani Zgody, co podtrzymywała

Spokojnie w jednej ręce obrzeże zasłony.

U jej boku na wzgórzu piaszczystym siedziała

Mądra pani Cierpliwość; twarz jej była biała.

Tuż przy nich, poza chramem i w jego granicach,

Przebywały z orszakiem Spryt i Obietnica.

Z chramu-m zaś rozpalone westchnienia posłyszał,

Wygłaszane szeptaniem na poły omdlałem.

Głos taką pożądliwą namiętnością dyszał,

Że się odeń płomienie na nowo roztlałe

Wzniecały na ołtarzach. Jasno zrozumiałem,

Że wszystko, co napełnia myśl kochanków smutkiem,

Działań gorzkiej bogini Zazdrości jest skutkiem.

Kiedy wszedłem do chramu, na miejscu wyniosłem

Bóg Priapus przed oczyma mymi się wyłonił

W takim stroju, jak kiedy przed ryczącym osłem

Ze wstydem uciekł nocą, i z buławą w dłoni.

Na głowę mu wkładała wieńce pełne woni,

Uwite z kwiatów świeżych o barwach przeróżnych,

Otoczywszy go rzesza poddanych usłużnych.

Odnalazłem tam również ustronny zakątek,

Gdzie Wenus czas spędzała na błogiej zabawie,

A przy niej jej oddany odźwierny Majątek -

Była bardzo szlachetna, o godnej postawie.

W mrok z wolna blask przeniknął nieuchwytny prawie -

Wenus odpoczywała na łożu ze złota,

Póki z zachodem słońca nie minie spiekota.

Złociste włosy złotą przepaską związane

Trzymała rozpuszczone, kiedy tak leżała,

A od piersi po głowę ciało nie odziane

Można było oglądać. Postać pozostała

Była zasię okryta - w tym przyjemność cała -

Jedynie walentyńską przewiewną zasłoną.

O włos grubsza materia byłaby przymgloną.

Tysiąc woni sączyło owo pomieszczenie.

Był tam Bachus, co czuwa nad kiśćmi winnymi,

I Ceres, która w głodzie daje pożywienie,

I, jak rzekłem, Cypryda w środku między nimi,

A przed nią na kolanach młodzi dwaj pielgrzymi

Błagali ją o pomoc. Takem ją zostawił

I zwiedzać dalsze strony chramu się wyprawił.

Tam zaś złamane łuki na ścianie wisiały

Wielu panien niebacznych na dziewiczą Dianę,

Na której służbie wcześniej swój czas marnowały.

Wszędzie też różne były tam namalowane

Zdarzenia i historie. Z nich tu poprzestanę

Na kilku: Atalanty i nimfy Kallisto,

I wielu panien, które znam zaledwie mglisto.

Semiramis, Kandakę oraz Adonisa,

Byblis, Dydonę, Tysbę oraz Pyramusa,

Tristana i Izoldę, Achilla, Parysa,

Helenę, Kleopatrę oraz Troilusa,

Scyllę i Reę Sylwię, matkę Romulusa -

Wszystkich wymalowano z drugiej strony sali

Wraz z całą ich miłością, z tym jak umierali.

Kiedy znowu wyszedłem na owe przestrzenie,

Co były, jak mówiłem, wonne i kwitnące,

Podążyłem przed siebie, by znaleźć skrzepienie.

Spostrzegłem naraz postać królowej siedzącej -

Jak swoim światłem letnie gorejące słońce

Zaćmiewa wszystkie gwiazdy, piękność ta wspaniała

Tak właśnie krasę wszystkich istot przewyższała.

To bogini Natura nieposzlakowana

Mieszkała, gdzie na łące kwietne wydźwignięcie.

Z gałęzi jej siedziba była zbudowana,

Świadcząc o jej wielkości i o jej talencie.

Nie było ptaka, co by powstał przez poczęcie,

Który by w obecności Natury się wzbraniał

Przystać na jej wyroki i słuchać jej zdania.

Bo działo się to właśnie w święto Walentego,

Gdy każdy ptak przybywa w to miejsce na gody,

By wybrać swoją lubą bądź spotkać lubego.

Olbrzymi zgiełk czyniły skrzydlate narody,

A ziemia i powietrze, i drzewa, i wody

Mieściły wszech gatunków takie zatrzęsienie,

Żem ledwie znalazł miejsce na nóg postawienie.

Właśnie tak jak Alanus w Przyrody biadaniu

Strój i lico Natury wiernie odmalował,

W takim samym ją było tam widać ubraniu.

Zatem ta łaski pełna, szlachetna królowa

Kazała, by swe miejsce każdy ptak zajmował,

Przynależne mu wedle zwyczaju dawnego,

To samo rok do roku w święto Walentego.

Wobec tego drapieżcy podług kolejności

Siedli najwyżej; potem pomniejsi ptaszkowie,

Którzy się raczą, jak ich Natura ugości,

Robakiem albo rzeczą, której nie wypowiem.

Ptactwo wodne spoczęło najniżej w parowie,

A w trawie siadły ptaki ziarenka dziobiące.

Aż dziw brał na to patrzeć - były ich tysiące.

Można tam było znaleźć orła królewskiego,

Który słońce przenika oczyma bystremi,

I inne orły stanu bardziej pośledniego,

O których rozprawiają rozliczni uczeni:

Był tam ciemięzca z pióry ziemistoszaremi -

Mam na myśli jastrzębia, co liczne przykrości

Sprawia ptakom z powodu zbytniej drapieżności;

Cny sokół, co dłoń króla szponem obejmuje;

Nieulękły krogulec, ten wróg nad wrogami

Przepiórek, oraz drzemlik, co w górę wzlatuje,

By śledzić za skrytymi w polu skowronkami.

Był tam gołąb, ptaszyna z czułymi oczami;

Gniewny łabędź, co śpiewa, kiedy śmiercią pada;

Sowa, która konanie hukiem przepowiada;

Żuraw - olbrzym o trąbnym donośnym klangorze;

Wrończyk - złodziej zuchwały; sroka gadatliwa;

Wzgardliwa sójka; czapla - postrach na węgorze;

Pełna też nieszczerości czajka niegodziwa;

Szpak, co zdolny wyjawić tajemnicę bywa,

Tudzież tchórzliwa kania; oswojony rudzik;

Kogut, który jak zegar sioła małe budzi;

Wróbel, którego matką jest Wenera; słowik,

Który budzi trelami listowie wiośniane;

Jaskółka, co owady niepokaźne łowi,

Które robią miód z kwiatów, gdy wypączkowane;

Zaślubiona turkawka o sercu oddanem;

Paw, co swym upierzeniem anielskim olśniewa;

Bażant, który nocami koguta wyśmiewa;

Uważna gęś; kukułka, która zawsze zdradza;

Papuga, ptak powszechnie z zepsucia słynący;

Kaczor, co śmierć na własny gatunek sprowadza;

Bocian, każdy przypadek niewierności mszczący;

Znany z nienasycenia kormoran gorący;

Mądry kruk; wrona, której głos biedę zwiastuje;

Stary drozd; kwiczoł, który zimą przylatuje.

Cóż mam powiedzieć? Ptaki, które mają ciało

I pióra na tym świecie, z każdego gatunku

Zebrane w tamtym miejscu odnaleźć się dało

Przed boginią Naturą, dostojną szacunku,

A każdy z nich gorliwie dokładał starunku,

By wybrać albo przyjąć za zgodą tej pani

Samicę albo samca lubej serc kompanii.

Lecz do rzeczy - Natura na ręce nosiła

Orlicę o postaci takiej wspaniałości,

Jakiej wśród swoich tworów więcej nie odkryła,

Najwyższego powabu oraz łagodności.

Takim była przybytkiem wszelkiej szlachetności,

Że aż sama Natura przyjemność czerpała,

Patrząc na nią, i często jej dziób całowała.

Natura, posłanniczka Boga, co gorąco

Z zimnem i ciężkie z lekkim, i wilgotne z suchem

Złączyła w jednakowych liczbach współgrająco,

Odezwała się głosem niosącym otuchę:

"Słuchajcie, proszę, ptaki z wytężonym uchem,

A dla waszej wygody i by pomóc sprawie

Jak najszybciej ze swoją przemową się sprawię.

Dziś w święto Walentego, jak dobrze to wiecie,

Na mocy mej ustawy i pod mym baczeniem,

Żeby dobrać się w pary, tu przylatujecie -

I pierzchnąć, jak nakłaniam was z zadowoleniem.

Jednakże prawowite me rozporządzenie

Za żadne skarby świata nie da się powstrzymać,

Że to najczcigodniejszy ma wybór zaczynać.

Wszyscy z was dobrze znają orła królewskiego -

Mądry i godny, skryty, o stalowych siłach,

Ptak stanu ponad wami dalece wyższego,

Któregom w każdej cząstce, jak widać, stworzyła

Tak, jakem sobie tego najbardziej życzyła;

Jak wygląda, zbyteczne dawanie obrazu -

On oznajmi, co zechce, i wybierze zrazu.

Po nim wasza gromada wedle swych gatunków

Jakkolwiek zapragniecie, będzie wybierała.

Każdy wygra bądź przegra na łasce trafunku,

Lecz temu, kogo miłość srodze omotała,

Niech Bóg da tę, co żarem właśnie k niemu pała".

Skończywszy, woła orła i głos mu powierzy

Słowami: "Synu, wybór do ciebie należy,

Wszystkich wszakże dotyczy jedno wymaganie -

Gdy samiec swym wyborem samicę obdarzy,

Ona może nie przystać na jego wybranie,

Kimkolwiek się okaże przyszły jej towarzysz.

Ta odwieczna zasada wiele dla nas waży.

A kto względy dla siebie teraz zdobyć może,

Ten przybył na to miejsce o szczęśliwej porze".

Pochyliwszy swą głowę, z postawą układną,

Oto orzeł królewski bez zwłoki odpowie:

"Nie towarzyszkę, ale panią samowładną

Wybieram, i wybieram wolą, w sercu, w głowie

Tę piękną na twej ręce orlicę, chcę bowiem

Zawsze do niej należeć, służyć jej zupełnie.

Czy żyć, czy umrzeć każe, jej życzenie spełnię.

Mą samowładną panią zaklinam, by ona

Miłosierdzie i łaskę dla mnie okazała

Albo niechaj w tym miejscu żywota dokonam,

Bo krótko da mi pożyć ta udręka trwała,

Bo ścięta każda żyła w mym sercu została.

Jedynie przez przyczynę mojego oddania

Miej dla mnie, drogie serce, trochę zmiłowania.

A jeśli jej niewierny kiedyś się okażę,

Wobec niej nieposłuszny albo zadufały,

Zaniedbam ją lub inną miłością obdarzę,

Upraszam was, żebyście tak mnie ukarały:

Chcę, by obecne tutaj ptaki rozszarpały

Moje ciało na strzępy w tę samą godzinę,

W której pozna mą zdradę lub haniebną winę.

A że nikt jej ode mnie bardziej nie miłuje,

Choć nie rzekła, że jestem jej serca wyborem,

Powinna zostać moją, gdyż się ulituje,

Bo nie mogę jej innym krępować rygorem,

A nigdy nie przestanę pod żadnym pozorem

Jej służyć, dokądkolwiek lecieć postanowi.

Przemów, pani. Me słowa przyszły ku końcowi".

Tak jak się świeża róża w lecie zaczerwienia

Od gorącego słońca, orlica się cała

Zapłoniła po takich słowach z zawstydzenia

I ani jemu "Dobrze" nie odpowiedziała,

Ani "Nie" nie wyrzekła - aż tak się zmieszała.

W końcu sama Natura ją uspokoiła

Słowami: "Córko, nie chcę, żebyś się trwożyła".

Natychmiast swą przemowę zaczął inny orzeł

Niższego stanu, mówiąc: "Na świętego Jana,

Bardziej niż waść ją kocham, więc tak być nie może.

Bądź ją kocham podobnie chociaż do waćpana,

Ale dłużej ma służba była jej oddana,

Stąd jeśliby za długą miłość kochać miała,

Tylko mnie by przypadła nagroda wspaniała.

Śmiem też powiedzieć: jeśli ona fałsz odkryje

We mnie, niewierność, próżność, ślad buntowniczości

Albo zazdrość, powieście wtedy mnie za szyję!

A jeżeli nie będę pełnić powinności

Tak dobrze, jak mi na to wystarcza zmyślności,

A nade wszystko strzec jej dobrego imienia,

To pozbawcie mnie życia i całego mienia!".

Podówczas odpowiedział na to orzeł trzeci:

"Jak widać, waszmościowie, czasu nie dość zgoła,

Bo już każdy, chcąc ze swą wybranką odlecieć

Lub ze swym oblubieńcem, głośno o tym woła.

A i Natura tylko wysłuchać podoła

Z powodu opóźnienia pół mojej oracji,

Lecz jeśli nie przemówię, skonam z desperacji.

Aczkolwiek długoletnią służbą się nie puszę,

To tak samo dziś mogę znękany cierpieniem

Umrzeć jak inny, który tęsknoty katusze

Od zim dwudziestu znosi przez przyzwyczajenie.

Może się też okazać właściwszym służenie,

Którym się ktoś zatrudnia od sześciu miesięcy

Niż takie, które czasu zajmowało więcej.

Mówię to nie o sobie, bo nie jestem w stanie

Tak służyć, by ma pani była ucieszona,

Lecz ośmielam się nazwać najwierniejszym dla niej

I zostałaby moja służba doceniona.

Ujmując rzecz pokrótce - dopóki nie skonam,

Do niej będę należeć na jawie czy w marze,

Będę wierny we wszystkim, co serce nakaże".

Od kiedym się narodził, w całym swym żywocie,

Nigdy z ust nie słyszałem nikogo przed sobą

Bardziej szlachetnej prośby w dowolnym przedmiocie,

Nawet gdy rozporządzał i czasem, i głową

Do pracy nad postawą i nad swoją mową.

Te wszystkie przemówienia trwały od świtania,

Aż słońce w dół poczęło wyraźnie się skłaniać.

Pragnącej się uwolnić ptasiej ciżby wrzaski,

Brzmiące: "Puśćcie nas! Dosyć!" mogły całkowicie -

Zdało się - drzewa w lesie rozłupać na trzaski.

"Przestać! - krzyczały. - Biada! Wszystkich nas zgubicie!

Kiedyż swoje przeklęte przemowy skończycie?

Jaki sędzia się może z którąś ze stron zgodzić,

Gdy żadna z nich niczego zgoła nie dowodzi?"

W jednej chwili donośnie społem gęś gęgnęła,

Kukułka zakukała, kaczka zakwakała.

Zaraz do moich uszu ich wrzawa wtargnęła.

"Wszystko niewarte muchy - gęś się odezwała -

Ale ja rozwiązanie na to wyszukałam

I czy kto rad, czy nierad, werdykt niezawodny

Zaraz wydam w imieniu wszystkich ptaków wodnych".

Głupia kukułka rzekła: "Dla dobra gromady

Ja zaś zamierzam teraz na własny rachunek

Przejąć odpowiedzialność za robakojady,

Bo wielkim dobrodziejstwem będzie nasz ratunek".

"Mogłybyście powstrzymać swych myśli kierunek;

Gdy z waszą wolą - rzekła turkawka - zwiążemy,

Czy ktokolwiek ma mówić, niech lepiej jest niemy.

Choć jestem ziarnojadem, poważanym mało,

I, zdaję sobie sprawę, o małym rozumie,

Lepiej, by czyjeś zdanie nieznane zostało,

Niźli wtrącać się w sprawy, co do których w sumie

Nic do ładu i składu mówić się nie umie.

Głupio siebie obciąża, kto tak postępuje,

Bo czynność nieproszona często irytuje".

Natura, zawsze baczna na postronne krzyki

Grubiaństwa, przystąpiła naonczas do głosu

I rzekła złotouście: "Poskromcie języki!

Spodziewam się wynaleźć niezadługo sposób,

Żeby was oswobodzić od tego chaosu.

Zarządzam więc: wybierzcie z każdego plemienia

Ptaka w celu wydania swego rozsądzenia".

Wszystkie ptaki przyjęły decyzję w całości.

Zbiór drapieżców w powszechnej elekcji zarządził,

Że z ich upoważnienia w pierwszej kolejności

Młody samiec sokoła tę sprawę rozsądzi

I oznajmi wszem ptakom o swoim poglądzie.

Zaraz też przedstawiono ten wybór Naturze,

Która z zadowoleniem nań przystała dużem.

Sokół tedy głos zabrał takimi słowami:

"Trudno by było dowieść w sposób rozumowy,

Kto najbardziej ją kocha pomiędzy orłami,

Bo każdy z nich ma na to argument rzeczowy,

Którego nie obalą nijakie przemowy.

Nie dostrzegam pożytku w tych uzasadnieniach,

Zatem walka się zdaje nie do uniknienia".

Trzy orły zakrzyknęły: "Każdy z nas gotowy!".

"Nie, zacni waszmościowie! - rzekł sokół. - Jeżeli

Chcecie się bić, błądzicie. To nie kres mej mowy.

Proszę waszmościów, byście dobrze mnie pojęli.

Rzeczy tak iść nie mogą, jak byście pragnęli -

O dalszym ich przebiegu nasz głos postanowi,

Wy zaś macie się poddać sędziów wyrokowi,

Pokój więc! Teraz powiem, jak wasz spór rozstrzygam:

Dla tej orlicy orzeł z największym wprawieniem

I zacnością w rycerstwie, co innych prześciga

Znacznością swego stanu, chlubnym pochodzeniem,

Byłby najstosowniejszy, za jej przyzwoleniem.

Wśród tych trzech ona sama rozpozna, jak mniemam,

Tego, o którym mowa, bo trudu z tym nie ma".

Ptaki wodne złączyły stojąc w kręgu głowy

I niezadługo potem, po krótkich obradach,

Gdy wszystkie wygłosiły sążniste przemowy,

Orzekła jednogłośnie cała ich gromada:

"Niech ze swą wdzięczną swadą gęś się wypowiada,

Co naszą myśl oznajmić pragnie tak zażarcie".

I poprosiły Boga dla gęsi o wsparcie.

W imieniu ptaków wodnych takie przemówienie

Gęś wtedy potoczystym wyrzekła gęgotem:

"Pokój! teraz niech każdy zachowa skupienie

I niech nadstawi uszu na mych słów istotę!

Myśl mam bystrą, nie lubię odkładać na potem.

Choćby był moim bratem, tak mu perswaduję:

Gdy ona go nie kocha, inną niech miłuje!".

"Ha! Gęś ma oto, patrzcie, wspaniałe przesłanie! -

Rzekł krogulec - Niech szczęścia nie zazna w żywocie!

Ha! Oto co się zowie jęzorem kłapanie!

Teraz lepiej by było dla ciebie w istocie

Siedzieć cicho, niż świadczyć o swojej tępocie.

Nie leży to w jej woli ani w jej rozumie,

Bo słusznie mówią: Głupiec zamilknąć nie umie".

Pośród szlachetnych ptaków wesołość wezbrała,

A rzesza ziarnojadów zaraz wyznaczyła

Wierną turkawkę, którą do siebie wezwała

I zwróciła się z prośbą, by szczerze mówiła

W tej sprawie, i spytała, co by zaleciła.

Ona zaś im odrzekła, że powie uczciwie

Swe myśli i przedstawi swój pogląd prawdziwie.

"Broń Boże, by wielbiciel zmienił przywiązanie! -

Powiedziała turkawka, ze wstydu spłoniona. -

Choćby stale wyniosła była jego pani,

On niech jej zawsze służy, dopóki nie skona.

Jestem do rady gęsi źle usposobiona:

Bo choćby zmarła, innej nie zechcę za żonę.

Jej pragnę być, dopóki ducha nie wyzionę".

"Dobry żart! - rzekła kaczka. - Na mój kapelusik,

Że bez żadnej przyczyny zawsze trzeba kochać -

Któżby dał radę z tego jakiś sens wydusić?

Czy potrafi radośnie tańczyć ten, kto szlocha?

Kto się liczy z osobą taką, co jest płocha?

Tak, kwa! - dodała jeszcze z wysłowieniem gładkiem -

Gwiazd jest więcej niż parę, Bóg mi tego świadkiem!"

Szlachetny sokół odparł: "Pfe! Wstydź się, ty chamie!

Prosto ze sterty gnoju pochodzą te słowa.

Pojąć, co jest właściwe, ty nie jesteś w stanie.

Podchodzisz do miłości jak do światła sowa:

Dzień oślepia jej oczy, w noc widzi od nowa.

Kaczko, jesteś tak bardzo żałosna i nikła,

Że czym jest miłość, nie wiesz ani nie rozwikłasz".

Wkrótce potem z gawiedzi za robakojady

Wystąpiła kukułka i rzekła niezbicie:

"Póki mam towarzysza bez daremnej zwady,

Nie obchodzi mnie wcale, jak długo walczycie.

Niech każdy z nich sam będzie przez swe całe życie,

Jak się zgodzić nie mogą! To me zalecenie.

Zbyteczne jest tej krótkiej lekcji powtórzenie".

"Tak, ile ta żarłoczka do kałduna wtryni,

To dla nas - odparł drzemlik - materia istotna!

Ty, płochacza we własnym gnieździe zabójczyni,

Który ciebie wychował, żarłoczko przewrotna,

Tępicielko robaków, żyj dalej samotna,

Bo zguba twego rodu strapieniem niedużem.

Świat niech istnieje dalej, a ty odejdź, gburze!"

"Pokój! - rzekła Natura. - To me zarządzenie!

Przysłuchałam się wszystkich ptaków poglądowi

I wcale nie jest bliżej sporu zakończenie.

Poddajcie się na koniec memu wyrokowi:

Wybór będzie przywilej orlicy stanowić

I wnet ją ten, któremu okaże skłonności,

Mieć będzie, czy to kogo raduje, czy złości.

Ponieważ nie możemy mocy ich miłości

Tu roztrząsać, jak sokół wcześniej zauważył,

Chcę udzielić orlicy swojej łaskawości:

Niechaj ma tego, kogo swym uczuciem darzy,

A ją niech ten ma, który o niej właśnie marzy.

Tak ma być. Ja, Natura, zawsze mówię szczerze

I każde stanowisko bez uprzedzeń mierzę.

Natomiast co się tyczy towarzysza twego,

Gdybym była Rozumem, wtedy bym z pewnością

Doradzała ci wybrać orła królewskiego.

Już to powiedział sokół z pełną roztropnością:

On przewyższa szlachectwem innych i godnością.

Dla siebie go stworzyłam kiedyś wielce rada -

To powinno wystarczyć tobie jako rada".

Orlica przemówiła zalęknionym głosem:

"O bogini Natury, pani sprawiedliwa,

Prawdą jest, że masz władzę ponad moim losem

I jak każda istota, która tu przebywa,

Do ciebie mam należeć, póki jestem żywa,

Przystań zatem na pierwsze do ciebie życzenie,

A rzec ci nie omieszkam, jakie mam pragnienie".

Natura obiecała: "Wysłucham życzenia".

Orlica powiedziała, nie tracąc ni chwili:

"Proszę, wielka królowo, byś do odłożenia

O rok mojej decyzji mogła się przychylić

I byście mi ją podjąć samej pozwolili.

To wszystko, co wam powiem. Więcej nie zgłębicie,

Chociażbyście mi nawet odebrali życie.

Przyrzekam, że podobnie jak w minionej porze

Wenus ni Kupidowi nie będę służyła".

"Nic nie ma do dodania; tylko tak być może -

Powiedziała Natura, po czym obwieściła: -

Chcę, by ta ciżba ptaków dłużej tu nie tkwiła,

Lecz - każdy ze swą parą - w drogę odleciała!"

I to, co usłyszycie, orłom powiedziała:

"Do was się zwracam, orły: niech was trzech jej służy

I niech dobrego ducha w sobie podtrzymuje.

Jeden rok to odcinek czasu nie za duży,

Niech każdy wedle stanu rzetelnie próbuje.

Bóg wie, że ona teraz od was odstępuje.

Jakiekolwiek zdarzenia po roku nastaną,

Tę przerwę dla każdego z was przygotowano".

Gdy te prace Natury koniec osiągnęły,

Wszystkie ptaki swe pary od niej otrzymały

Za obopólną zgodą, po czym w dal pierzchnęły.

O Panie! Cóż za radość i wesele miały,

Gdy te pary skrzydłami się obejmowały

I gdy splatały szyje ze swymi lubymi,

Wciąż dziękując szlachetnej Przyrody bogini!

Ale najpierw wybrano spomiędzy nich ptaki

Do zaśpiewania ronda tuż przed odleceniem.

Z dawien dawna panował wśród nich zwyczaj taki,

Żeby sprawiać Naturze radość jej uczczeniem.

Z Francji zda się pochodzić tej melodii brzmienie,

Tymczasem słowa ptasiej piosenki podaję

Tak, jak je w swej pamięci teraz rozpoznaję:

"Witaj, łagodne słońce! Tyś z nadejściem lata

Rozproszyło zimowej niepogody chmury

I wygnało mrok nocy długich i ponurych.

O święty Walentynie wysoko w zaświatach,

Tak dla ciebie śpiewają dzisiaj ptasząt chóry:

Witaj, łagodne słońce! Tyś z nadejściem lata

Rozproszyło zimowej niepogody chmury.

Ma się z czego radować czereda skrzydlata,

Bo każdy zjednał sobie względy przez konkury.

Rano mogą zaśpiewać wdzięcznie po raz wtóry:

Witaj, łagodne słońce! Tyś z nadejściem lata

Rozproszyło zimowej niepogody chmury

I wygnało mrok nocy długich i ponurych".

A kiedy tę piosenkę ptaki wyśpiewały,

Hałas odlatywaniu ich towarzyszący

Mnie zbudził, więc zasiadłem do ksiąg pozostałych

I czytam nieustannie, szczerze ufający,

Że kiedyś w nich wyczytam urywek kojący

O tym, że jeszcze spotkam coś dobroczynnego,

Toteż nie zaprzestanę czytania swojego.

Peter AckroydOjcowie i dzieciprzełożyła Ewa Rajewska

Pierwszym, który nazwał Chaucera "czcigodnym ojcem naszego a n g y j e l s k i e g o", już podówczas uważanym za "pierwszego auktora", był William Caxton. Z kolei John Dryden określił Chaucera jako "Ojca angielskiej poezji", który zapłodnił "Matkę Mowę", a związek ten wydał moc "rozlicznych obyczajów i Humorów (jak je dziś nazywamy) całego Narodu a n g i e l s k i e g o"; innymi słowy, nastała "boska obfitość". Dryden, ciągnąc dalej tę familijną metaforę, zauważa, że "i przed nami wszystkimi stoją nasi Praojcowie i Przodkinie". Zachwyt Matthew Arnolda nad sposobem, w jaki Chaucer "śmiało [...], rozwiąźle poczyna sobie z językiem", wydobywa seksualny aspekt tego językowego zamieszania. To spostrzeżenie jeszcze w piętnastym wieku skomplikował poeta Thomas Hoccleve, ubolewając, że po śmierci Chaucera "krainę całą zdjęła boleść", tak jakby Chaucer był jakimś mitycznym ojcem, którego odejście zamienia kraj w ziemię jałową.

Wiele tu sugestywnych szczegółów. Obcowanie poety z językiem, ojca z matką, jest postrzegane jako dopełniony akt seksualny o mitycznych asocjacjach. Tak, to tajemnica, skoro zapładniająca moc poety sprawia, że język rodzi język. Język jest swoim własnym początkiem i łonem, a poeta to tylko doraźny sprawca czy rodzic. Ta głęboko zakorzeniona metafora może po części odpowiadać za "seksistowskie" ujęcie historii literatury, w którym autor domyślnie jest zawsze mężczyzną. Figura ojca odgrywa istotną rolę także w innym angielskim kontekście - familijna czy domatorska wrażliwość zaznacza się bardzo silnie w naszej literaturze narodowej. Jej początków można szukać w anglosaskim obrazie jasnej sali biesiadnej czy też w Chaucerowskiej wizji gromady pielgrzymów, ale idea zżytej społeczności (na ogół opierającej się raptom zimnego i wrogiego świata natury) jest dla angielskiej wyobraźni fundamentalna. Prześledziliśmy to wstecz aż do Beowulfa, a nawet jeszcze dawniej.

Chaucer był londyńczykiem, synem kupca winnego czy dostawcy wina. Urodził się w okazałym domu przy Thames Street gdzieś pomiędzy 1340 a 1345 rokiem; dorastał na ulicach Londynu i to z nimi właśnie jest zwykle kojarzony - czy może raczej z ludźmi z czternastego wieku, których uwielbiał do tego stopnia, że w jego wierszach będą żyli wiecznie. A przecież nie był "trybunem ludu" we współczesnym rozumieniu tego terminu. Pochodził z zamożnej, wpływowej warstwy miejskich kupców i całe życie spędził w służbie króla i w szeregach administracji państwowej. Łączyły go bliskie koneksje i koligacje z Janem z Gandawy, dzięki czemu otrzymał szereg lukratywnych synekur. Był poetą dworskim, jego utwory krążyły pośród elit. Badacze twierdzą, że miał też inne grono odbiorców: czytywali go bogaci miejscy kupcy i ich rodziny.

Chaucer podróżował z misjami dyplomatycznymi zarówno do Francji, jak i do Włoch, ale mimo zaangażowania w sprawy państwowe rzadko odwoływał się do bieżących wydarzeń w swojej twórczości. Tytułem przykładu, tylko raz zrobił aluzję do powstania chłopskiego z 1381 roku. Nieobecność podobnych odniesień w jego książkowej, kwiecistej sztuce nie może dziwić - to poezja par excellence dworska, pełna najdrobniejszych, realistycznych szczegółów, przepojona emocjonalnym symbolizmem, skupiona na indywidualnych portretach i wyrosła z klasycznego wykształcenia. Dworską wrażliwość tamtego okresu cechowały zarówno ozdobność, jak i wielka emocjonalność; jej symbolem jest smutne, choć majestatyczne panowanie Ryszarda II, który, zmuszony do abdykacji, w 1400 roku został zamorzony głodem. W tym samym roku umarł także Chaucer.

Lecz oczywiście w poezji Chaucera jest również znakomity dowcip - komizm stworzony przez przenikliwego, praktycznego człowieka interesu, który wykpiwa afektację, fałszywą uczoność i udawaną uczuciowość, i którego bawi rubaszny humor fabliau. To komizm rodem ze sztuk misteryjnych, podniesiony na znacznie wyższy i bardziej wyrafinowany poziom. Gilbert Keith Chesterton zauważył, iż to niezwykłe, "że Chaucer był na wskroś angielski, zanim jeszcze na dobre zaistniała Anglia". Chyba jednak nie zaskakuje to aż tak u poety, którego osobista emocjonalna powściągliwość i skala uczuć, szacunek dla tradycji i różnorodność twórcza uczyniły źródłem angielskiej poezji.

Metafora języka jako źródła lub strumienia jest równie ważna dla myśli krytycznej o pisarstwie Chaucera. Każde omówienie jego twórczości zwraca uwagę na płynność jego przedłużonych kadencji, którą można uznać za muzyczność; tym obserwacjom towarzyszą interesujące fluktuacje obrazów. Jedna z najwcześniejszych takich wzmianek pojawia się w wierszu Eustache'a Deschampsa, twórcy współczesnego Chaucerowi, widzącego w angielskim poecie fontaine, z której pragnie avoir un buvraige. Chaucer to la doys, strumień, który orzeźwi Deschampsa w Galii.

John Lydgate, opłakując śmierć Chaucera, oznajmia:

To źródło suche, wyschły słodkie zdroje,

i wyraża żal, że zabrakło tych

złotych kropli rosy słowa i wymowy.

W deszczowym, mglistym klimacie pod pióro cisną się metafory strumieni, źródeł i rosy. Edmund Spenser uważał się za spadkobiercę Chaucera i modlił się:

Bodaj i na mnie kilka kropel padło

Ze źródła, które w tej uczonej głowie biło

Zupełnie jakby język angielski był strumieniem żywej wody.

W The Faerie Queene Spensera Chaucer został nazwany "źródłem [well] angielszczyzny nieskażonym" oraz "czystym zdrojem [well head] Poezji". Samo well to słowo staroangielskie, a więc koncept źródła wytryskującego z głębi ziemi jest także metaforą obecności pradawnego języka.

Dryden określił Chaucera jako "Zdrój nieustanny", dzięki czemu płynący z niego strumień jest zawsze czysty, ciągle świeży; domyślnie umieścił się w tym samym nurcie i oświadczył: "pokrewną jemu Duszę w sobie odkryłem". Ta sugestia szeroko pojętego kontynuatorstwa pojawia się w przedmowie Drydena do Fables Ancient and Modern, pośród których znalazły się także jego własne przekłady Chaucera na "mowę współczesną". W tymże przedsłowiu Dryden stwierdza: "Spenser nie raz daje do zrozumienia, że Dusza Chaucera weszła w jego ciało, że Dwieście Lat po jego Zgonie został przez niego spłodzony. Milton zaś przyznał przede mną, że jego pierwotnym poprzednikiem był Spenser [...]". Jak widać, metafora źródła, zdroju, strumienia ma niezwykłe konotacje, w tym także doktrynę o wędrówce dusz. Dryden dołącza jeszcze uwagę na temat przekładu, iż "Inny Poeta, w innej Dobie, ma prawo tak samo z moim Pisaniem postąpić". Dryden umieszcza się w tym samym biegu "wody z krystalicznej krynicy", jak to ujął William Hazlitt.

Do tych spostrzeżeń można dodać rozpoznania źródeł ukrytych w poezji Chaucera, jak na przykład poczynione przez Williama Empsona, który w Troilusie i Criseydzie dostrzegł obecność "strumienia [...], który oczyszcza i odświeża"1. Istnieje także inny strumień, którego upatrywać należy w tym, co Matthew Arnold nazywa "potoczystym stylem, płynnym przebiegiem" Chaucerowskich wersów - można sobie wyobrazić przepływ tej kadencji przez wiersze Spensera, Miltona i Drydena. To rodzaj angielskiej muzyki. To także kwestia czegoś, co określano "słodyczą", jak w przypadku słodkiej wody, i co jest obecne w fantazji Williama Wordswortha wyobrażającego sobie, że śmieje się wraz z Chaucerem u młyńskiego potoku w Trumpington nieopodal Cambridge. Czegoś, co obecne jest w wersie otwierającym Opowieści kanterberyjskie: "Gdy kwiecień deszczu rzęsistym strumieniem [...]"2, chociaż ta muzyka zyskuje głębszy wydźwięk w pierwszej linijce Ziemi jałowej T.S. Eliota, gdzie kwiecień staje się "najokrutniejszym miesiącem", którego strumienie przynoszą tylko niespokojne poruszenia pamięci.

Naturalne metafory przyłożone do poezji Chaucera są w pewnym sensie nieprzystawalne, ponieważ język poety to literacki konstrukt powstały z różnych źródeł i heterogenicznych zapożyczeń. Zupełnie jakby spadkobiercy Chaucera, a nawet jego współcześni, chcieli naturalizować ten nienaturalny proces stawania się angielszczyzną. Oni też słyszeli jego muzykę, ale chcieli wierzyć, że to rodzima melodia, rdzenna jak strumień bijący ze skał. Tymczasem poezja Chaucera jest przemyślnie i rozmyślnie retoryczna, pełna figur exclamatio, interrogatio oraz interpretatio. Wedle jego własnych słów narrator jego poematów jest postacią dużo czytającą i małomówną, rozmiłowaną w słowach i literaturze dawnej; głosi i uosabia prymat wiedzy nad doświadczeniem. W The Book of the Duchess (Księga Księżnej) cierpiący na bezsenność narrator prosi "o książkę [...] By czytać i noc tę przepędzić". Czyta "romans [...] z lat dawnych", w końcu jednak zasypia i śni. Po przebudzeniu odkrywa, że cały czas trzyma starą księgę i postanawia swój sen ująć "w rymy". Literatura jest tu więc punktem wyjścia i punktem dojścia akcji, sprowokowanej przez książkę i w książce wyrażonej. W poemacie The House of Fame (Domostwo Sławy) klasyczne mity i przypowieści zyskują formę emblematów i obrazów, jak gdyby były iluminacjami manuskryptu. Początek Sejmu ptasiego wprowadza księgę, którą "znać było z liter starych, że ma lat bez liku"3, stanowiącą komentarz do Somnium Scipionis Cycerona - słowa i sny znów się przenikają, tak jakby narrator tylko we śnie mógł mówić swobodnie. To oczywiście kolejny koncept, który ma ukryć autorski namysł i kompozycję, ma sprawić, że słowa będą się wydawały naturalne czy natchnione. I jeszcze jeden przejaw pragnienia, by naturalizować - gruntownie, w niemal dosłownym sensie tego słowa - ten wysoce złożony i zróżnicowany język. Angielską inklinację do marzeń sennych już omówiłem; tak się składa, że Chaucer "to pierwszy europejski pisarz, który skorzystał z tego sposobu"4.

Akcent położony na książki i literaturę jest jednak dla Chaucera ogromnie ważny nie tylko w tym jednym sensie - Chaucer, podobnie jak wszyscy inni angielscy pisarze tamtej epoki, sięga po zapożyczenia i adaptacje, by ukształtować angielską wrażliwość. W prologu do The Legend of Good Women (Czytanie o zacnych paniach) Chaucer oświadcza: "W księgach pokładam upodobanie", a później dodaje:

And yf that olde bokes were aweye,

Vloren were of remembraunce the keye

Gdyby zabrakło starych ksiąg onych,

Klucz do pamięci byłby zgubiony

Remembraunce [pamięć, wspomnienie] to tutaj określenie pamięci historycznej, w tym sensie, iż Chaucerowskie opowieści o "zacnych paniach", z Dydoną i Tyzbe na czele, powstały z innych opowieści - tak samo jak język wytryska z języka wciąż nowym strumieniem czy zdrojem słów, tak książki biorą źródło z innych książek. W Sejmie ptasim Chaucer ujmuje tę zagadkową zależność tak:

Bo powiadają ludzie, że na starej niwie

Nowy plon się niezmiennie rok po roku rodzi.

Podobnie stare księgi: właśnie z nich prawdziwie

Wszelaka nowa wiedza wsród ludzi pochodzi5.

"Wiedza" [science] oznacza tu ogół przyswojonych wiadomości - probierzem nowej wiedzy i zrozumienia jest znajomość starych ksiąg. Ten koncept może nie być oczywisty, a nawet zrozumiały, ale odgrywa niezwykle ważną rolę dla zrozumienia średniowiecznej wyobraźni w ogóle, a specyficznie angielskiego rysu dzieła Chaucera w szczególności. Można powiedzieć, że wiedza - czy prawda - to przedsięwzięcie kolektywne i wspólne; że pojedynczy autor mógł powiększać czy wzbogacać jej zasób, ale zasadniczym działaniem było nie tworzenie, lecz przyswajanie i przekształcanie. Retoryka dostarczała sposobów na ponowne podanie już znanych treści i motywów w olśniewającej i eleganckiej formie. Prawda opierała się na autorytetach, nie zaś na autorskich pomysłach, stąd też powściągliwość Chaucera i jego parodystyczne autoportrety jako osoby milczącej i zaabsorbowanej. "Wszak po ziemi całej spojrzeniem błądziłeś", wytyka mu Gospodarz, który podejmuje pątników. Chaucerowski narrator jest "niemy jak kamień", ponieważ jego niezdolność czy niechęć do zabierania głosu jest znakiem jego nieumiejętności. To oczywiście kolejny chwyt retoryczny, maskujący nowatorstwo i wynalazczość, który jednak odsłania zasadniczą prawdę o jego sztuce: tworzą ją budulce pożyczone, a jego geniusz polega na zdolności do przeorganizowania i złożenia w całość już istniejących elementów inwencji poetyckiej. Chaucer zbudował nowy dom ze starych cegieł, a jego zmysłowi syntezy dorównuje tylko jego kunszt adaptatorski. Co pomaga wyjaśnić tak zwane tendencje encyklopedyczne jego dzieł, w ramach których do poematów epickich Chaucer włączał listy egzemplów albo po prostu przepisywał wysoce konwencjonalne treści, jak w przypadku kazania o skrusze, które zamyka Opowieści kanterberyjskie. Zdarzenia czy perypetie zostają nakreślone krótko, w charakterze wstępu do gorliwej litanii źródeł i autorytetów; poezja staje się narzędziem do cytowania wiadomości. Chaucer napisze A Treatise on the Astrolabe (Traktat o astrolabium) i przetłumaczy De consolatione philosphiae Boecjusza z taką samą uwagą, jaką poświęci wyrazistemu portretowi Damy z Bath - wszystkie one są nieodłącznymi częściami jego literackiego projektu, by odnowić ludzką naukę i "wiedzę". Żadnego z tych zatrudnień nie przedkłada nad inne, ponieważ wszystkie należą do sztuki retoryki. Chaucer uważał się za część tradycji, chociaż jego przeznaczeniem stało się tę tradycję gruntownie odmienić.

Pisał jednak szczerą prawdę, zauważając, że nowa wiedza pochodzi ze starych ksiąg. Czasem wskazywał źródło w sposób bezpośredni.

A kogo bardzo ta opowieść wzrusza,

Niechaj przeczyta resztę z Owidiusza,

radzi Dama z Bath6. W "Domostwie Sławy" znajdziemy odniesienia do aż dziewiętnastu książek lub autorów na przestrzeni 2158 wersów. "Księga Księżnej" zawiera aluzje do Owidiusza, Makrobiusza, Liwiusza, Daresa Frygijczyka, Powieści o Róży i Biblii - aby potwierdzić swój autorytet, musi nazwać własne autorytety. Chaucer korzystał z tego środka częściej niż jakikolwiek inny poeta europejski tamtych czasów. Pewien krytyk, który opisuje jego "nieco zabawną pedanterię i erudycyjną przesadę"7, tak naprawdę wskazuje na charakterystycznie angielski rys, kultywowany przez wielu pisarzy w ciągu kilku następnych stuleci.

Ale wpływ wcześniejszych dzieł na pisarstwo Chaucera sięga oczywiście głębiej niż jawne odniesienia - niezmiernie ważnym aspektem jego twórczości była sztuka przekładu. W tym zwłaszcza względzie Chaucer objawia swój na wskroś angielski geniusz. Istniała hipoteza, że zanim Chaucer zaczął tworzyć po angielsku, pisał wiersze w języku francuskim; chociaż ją odrzucono, zwróciła uwagę na fakt, iż Chaucer zdobywał wykształcenie na trójjęzycznym dworze, przy czym najważniejszym językiem literatury pozostawał francuski. Nie zaskakuje więc chyba, że pierwszy poważny projekt literacki Chaucera w języku angielskim, "Księga Księżnej", stanowi adaptację rozmaitych francuskich dits, opowieści. Związki Chaucera z francuszczyzną są liczne i rozległe; Eustache Deschamps wspominał wręcz o wyjątkowych zasługach, jakie Chaucer - grant translateur - położył w dziedzinie przekładu z francuskiego na angielski. Jednym z najwcześniejszych translatorskich przedsięwzięć Chaucera było z pewnością tłumaczenie Roman de la Rose, w którym przedzierzgnął na angielski całą paletę europejskiej wrażliwości. Niesłabnące dążenie Chaucera ogniskuje się właśnie tutaj: w jego konsekwentnych wysiłkach przyswojenia kontynentalnych stylów i modeli językowi narodowemu. I aż do dziewiętnastego wieku wszyscy angielscy poeci byli skłonni tę strategię podzielać. Proces adaptacji i asymilacji jest instynktowny.

Chaucer czytał Deschampsa, ale przestudiował też Guillaume'a de Machaut i Jeana Froissarta. Znał francuskie przekłady Owidiusza i Boccaccia. W Opowieściach kanterberyjskich, a także w Troilusie i Criseydzie odnaleziono również wiele innych źródeł. Zasadniczym zamierzeniem Chaucera było jednak oddać płynność i stosowność francuskiego wiersza w swojej rodzimej poezji. Język średnioangielski był chłonny i przyswoił znaczną liczbę słów francuskich, ale Chaucer chciał podnieść tę mieszaną, heterogeniczną mowę do rangi literatury. Kapitalne znaczenie miał tu jego dług wobec Włochów, zwłaszcza Dantego i Boccaccia - to przecież Dante samodzielnie stworzył rodzimą włoską poezję, która mogła konkurować z łacińską i grecką. Boccaccio twierdził, że przed Dantem "nie znalazł się nikt, kto by [...] pokazał, że o każdej materii w mowie tej rozprawiać można i język ludowy, ponad wszystkie języki nacji postronnych, sławnym uczynił"8. To było celem i ambicją samego Chaucera: stworzyć literaturę angielską, czy może raczej - stworzyć literaturę z angielskiego. Zasadniczo hybrydycznej natury tego języka, złożonego z elementów łacińskich, francuskich, staroskandynawskich i anglosaskich, Chaucer bynajmniej nie uważał za przeszkodę, przeciwnie, postanowił wyzyskać i docenić jego różnorodność. Angielski nie miał czystości języka włoskiego, wdzięku francuskiego ani nieprzemijającej dźwięczności łaciny - a raczej miał wszystkie te cechy i jeszcze wiele więcej. Gdy Chaucer zaczął eksperymentować z Dantejską terza rima na materiale angielszczyzny, dowiódł sam sobie i swoim czytelnikom, że nasz język już dojrzał do kunsztownej ekspresji.

W finale Troilusa i Criseydy, poematu epickiego, którego zamysł miał zostać zaczerpnięty z Il Filostrato Boccaccia, Chaucer umieścił fragment, który ujawnia jego ambicje literackie:

Go, litel bok, go, litel myn tragedye

[...]

And kis the steppes where as thow seest pace

Virgile, Ovide, Omer, Lucan, and Stace.

Leć, mała księgo, mała tragedyjo,

[...]

A gdy Wirgila czy Homera tropy

Albo Owida ujrzysz, całuj stopy9.

Copyright Information & Acknowledgments

Peter Ackroyd: "Fathers and Sons", from: Albion. The Origins of the English Imagination. Chatto and Windus, London 2002. Copyright ? Peter Ackroyd 2002.

Geoffrey Chaucer: "The Parlement of Foules", "The Milleres Tale", w: The Complete Works of Geoffrey Chaucer, edited from numerous manuscripts by the rev. Walter W. Skeat, second edition, Clarendon Press, Oxford 1899, 7 vols.

Deborah Eisenberg: "The Rafe's Coat", from: Transactions in a Foreign Currency, Faber and Faber, London-Boston 1986. Copyright ? 1985, 1986 by Deborah Eisenberg. By kind permission of the Author.

Deborah Eisenberg: "Mermaids", from: The Collected Stories of Deborah Eisenberg, Picador, New York. Copyright ? 1997, 2006, 2010 by Deborah Eisenberg. By kind permission of the Author.

Deborah Eisenberg: "Your Duck is My Duck", from: Your Duck is My Duck. Stories, Harper Collins Publishers 2018. Copyright ? 2018 by Deborah Eisenberg. By kind permission of the Author.

Derek Hirst, Steven Zwicker: "Eros and Abuse: Imagining Andrew Marvell", from: "ELH", Summer 2007, vol. 74, no. 2, pp. 371-395, Johns Hopkins University Press. By kind permission of the Authors.

Andrew Marvell: "Upon Appleton House", "The Unfortunate Lover", from: The Poems of Andrew Marvell, edited by Nigel Smith, Longman Annotated English Poets, Pearson/Longman, Harlow 2003.

Nigel Smith: "Marvell Made New", from: New Perspectives on Andrew Marvell, sous la direction de Gilles Sambras, Épure, Reims 2008. By kind permission of the Author.

Catherine Steindler: "Deborah Eisenberg: The Art Of Fiction No. 218" (Interview with Deborah Eisenberg), from: "The Paris Review", Spring 2013. Copyright ? by "The Paris Review".

Marion Turner: "Peripheries", from: Chaucer. A European Life, Princeton University Press. Princeton and Oxford 2019. Copyright ? 2019 by Princeton University Press.

Photo Credits

Cover photo: Rijksmuseum, Amsterdam; p. 4 - Geoffrey Chaucer, from the Welsh Portrait Collection at the National Library of Wales, WikiCommons; p. 46 - Geoffrey Chaucer, Artist Unknown, Bodleian Libraries, www.artuk.org; p. 104 - Courtesy of Deborah Eisenberg; p. 176 - by ? Ruven Afanador, Courtesy of Deborah Eisenberg; p. 203 - by Laurie Jay, Courtesy of Deborah Eisenberg; p. 228 - Artist Unknown, NPG London; p. 286 - WikiCommons

Numeracja stron na podstawie wersji drukowanej

Every effort has been made to locate the copyright holders.

We would be pleased to rectify any errors or omissions.