Literatura na Świecie 11-12/2023 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

18.00 zł
14.94 zł (15,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Giorgio de ChiricoHebdomerosprzełożyła Anna Wasilewska

...i wtedy zaczęła się wędrówka po tej osobliwej kamienicy, szykownej i wyzbytej smutku, choć położonej przy dosyć skromnej ulicy. Widziana z zewnątrz nasuwała skojarzenie z konsulatem niemieckim w Melbourne. Parter zajmowały wielkie sklepy. Nie była to niedziela ani dzień świąteczny, sklepy były jednak zamknięte i nadawały ulicy aurę melancholijnej nudy, niejakiego przygnębienia, tę szczególną niedzielną atmosferę typową dla miast anglosaskich. W powietrzu unosiła się lekka woń doków; woń trudna do określenia i wysoce sugestywna, którą wydzielają składy towarów przy portowych nabrzeżach. Skojarzenie z konsulatem niemieckim w Melbourne było subiektywnym wrażeniem Hebdomerosa, i kiedy opowiedział o tym przyjaciołom, uśmiechnęli się i uznali to porównanie za d z i w n e, ale zaraz zaczęli rozmawiać o czymś innym, z czego wywnioskował, że może niezbyt dobrze pojęli sens jego słów. Zaczął się zastanawiać nad tym, jak trudno jest być dobrze zrozumianym, kiedy myśl poszybuje w górę lub sięgnie głęboko. "To ciekawe", mówił sobie Hebdomeros, "sama świadomość tego, że coś umknęło mojemu rozumieniu, nie pozwoliłaby mi zasnąć, tymczasem na ogół ludzie mogą patrzeć na rzeczy całkiem dla siebie niejasne, słuchać o nich lub czytać, i nie czują niepokoju". Zaczęli piąć się po schodach, szerokich i drewnianych, pociągniętych farbą i wyłożonych chodnikiem; u stóp schodów, na wieńczącej poręcz niewielkiej doryckiej kolumnie wyciosanej z dębu, stał polichromowany posąg, także z drewna, przedstawiający kalifornijskiego Murzyna, który obiema rękami trzymał w górze lampę gazową z azbestowym daszkiem. Hebdomeros miał wrażenie, że idzie do dentysty albo do lekarza chorób wenerycznych; ogarnęło go lekkie wzburzenie, coś jak początek kolki; próbował przezwyciężyć napięcie, uzmysławiając sobie, że nie jest sam, bo towarzyszą mu dwaj przyjaciele, silni i wysportowani, którzy w ładownicach przytroczonych do spodni mają pistolety automatyczne z zapasowymi magazynkami. Spostrzegłszy, że są już blisko piętra, które zapowiedziano im jako najbardziej obfitujące w dziwaczne zjawy, zwolnili kroku i szli na palcach; ich spojrzenie stało się uważniejsze. Odsunęli się trochę od siebie, żeby zejść schodami swobodnie i jak najszybciej, gdyby zmusiła ich do tego jakaś szczególna zjawa. Hebdomerosowi przypomniały się nagle sny z dzieciństwa; kiedy ze strachem szedł na górę w niewyraźnym świetle, po drewnianych schodach pokrytych farbą, gdzie szeroki chodnik tłumił kroki, zresztą jego buty, i to nie tylko we śnie, rzadko skrzypiały, ponieważ robił je na miarę u szewca Parpignaniego, który słynął z dobrej jakości skór; ojciec Hebdomerosa natomiast nie miał talentu do kupowania butów; straszliwie trzeszczały, jakby przy każdym kroku rozgniatał torebkę orzechów laskowych. Potem przybyło widmo niedźwiedzia, niepokojące i nieustępliwe, niedźwiedzia, który idzie za wami po schodach i przez korytarze, z opuszczoną głową, wygląda na zamyślonego; szaleńcza ucieczka przez pokoje, z których trudno znaleźć wyjście, skok z okna w pustkę (samobójstwo we śnie) i opadanie lotem ślizgowym, na wzór ludzi-kondorów - których z upodobaniem rysował Leonardo - pośród katapult i szczegółów anatomicznych. Był to zawsze sen zwiastujący jakieś przykrości, zwłaszcza choroby.

"Jesteśmy na miejscu!", zawołał Hebdomeros, wyciągając ręce w typowym geście dowódcy, który chce wyhamować rozpęd swoich żołnierzy. Dotarli na próg obszernej i wysokiej sali, urządzonej podług mody 1880 roku; całkiem pozbawiona mebli, oświetleniem i ogólnym klimatem przypominała salony gry w Monte Carlo; w rogu dwaj gladiatorzy w maskach nurków ćwiczyli bez przekonania pod znudzonym okiem nauczyciela, gladiatora w stanie spoczynku, o sępim spojrzeniu i ciele pokrytym bliznami. "G l a d i a t o r z y! To słowo skrywa zagadkę", powiedział cicho Hebdomeros, zwracając się do najmłodszego z towarzyszy. I przyszły mu na myśl music-halle, w których podświetlone sufity przedstawiały dantejskie wizje raju; pomyślał również o rzymskich popołudniach, kiedy pod koniec widowiska słońce chyliło się ku zachodowi, a olbrzymie velarium zapewniało przyrost cienia na arenie, z której bije zapach trocin i piasku nasączonego krwią...

Rzymskie obrazy, antyczny chłód

Wieczór i trwoga żeglarskich nut.

I jeszcze tapicerowane drzwi, krótkie i puste korytarze, a potem nagle: T o w a r z y s t w o! B y w a ć w ś w i e c i e. P r o w a d z i ć ś w i a t o w e ż y c i e. Z a s a d y ż y c i a t o w a r z y s k i e g o. Savoir vivre. Bilet wstępu; p.o.z. (prośba o zwolnienie); en m.p. (do rąk własnych); p.p.k. (proszę przewrócić kartkę). W rogu salonu stał olbrzymi fortepian, otwarty; bez wspinania się na palce dawało się dostrzec jego skomplikowane trzewia i jasną anatomię; ale wyobraźnia bez trudu podpowiadała, co by to była za katastrofa, gdyby jeden z kandelabrów z płonącymi świeczkami z różowego i niebieskiego wosku spadł na fortepian. Jakie nieszczęście w melogennej otchłani! Wosk spływający wzdłuż metalowych strun, napiętych niczym łuk Ulissesa, i udaremniający ruch młoteczków obciągniętych filcem. "Lepiej nawet o tym nie myśleć", oznajmił Hebdomeros, odwracając się do towarzyszy, a wtedy wszyscy trzej, chwytając się za ręce, z całych sił i w milczeniu wpatrzyli się w to niespodziewane widowisko; wydawało im się, że są pasażerami udoskonalonego okrętu podwodnego i przez bulaje podpatrują tajemnice oceanicznej fauny i flory. Zresztą widok, który przedstawiał się ich oczom, miał w sobie coś podwodnego. Przywodził na myśl wielkie akwaria, w których rozproszone światło nie daje cienia; dziwna i niewytłumaczalna cisza ciążyła nad tą sceną: pianista, który siedział przed instrumentem i grał, n i e w y d a j ą c d ź w i ę k u, pianista, którego nie było nawet widać, bo nie było w nim nic godnego uwagi, i postaci dramatu krążące wokół fortepianu z filiżanką kawy w rękach, postaci o gestach i ruchach akrobatów filmowanych w zwolnionym tempie; wszyscy ci ludzie żyli w swoim świecie, w innym świecie; o n i c z y m n i e w i e d z i e l i; nigdy nie słyszeli o wojnie w Transwalu ani o katastrofie na Martynice; nie rozpoznawali was, byliście dla nich obcy; niczym nie potrafili się przejąć i nic nie miało nad nimi władzy: ani kwas pruski, ani sztylet, ani pancerna kula. Gdyby jakiś b u n t o w n i k wpadł na pomysł, żeby podpalić lont piekielnej maszyny, pięćdziesiąt kilogramów lydditu spłonęłoby powoli, sycząc jak wilgotne polana. Było o co się martwić. Hebdomeros uznał, że to wina środowiska, a t m o s f e r y, i że sam nie zna sposobu, aby to zmienić; jedyne, co można zrobić, to żyć i pozwolić im żyć. Ale, that is the question, czy oni naprawdę żyją? Trudno byłoby udzielić na to odpowiedzi, zwłaszcza od razu, nie poświęciwszy kilku nocy na głębokie rozmyślania, jak robił Hebdomeros za każdym razem, gdy jego umysł nawiedzała skomplikowana kwestia.

[Florencja]

A poza tym bał się zaczynać rozmowy z przyjaciółmi na odwieczne tematy: czym jest życie? Czym jest śmierć? Czy istnieje życie na innej planecie? Czy wierzycie w metempsychozę, w nieśmiertelność duszy, w nienaruszalność praw naturalnych, w zjawy zapowiadające nieszczęścia, w nieświadomość u psów, w sny puchaczy, w zagadkowość cykady, w głowę przepiórki, w plamistą sierść leoparda? Miał odrazę do rozmów tego rodzaju, jakkolwiek w głębi duszy czuł instynktowną ciekawość dla tajemniczych aspektów istnień i rzeczy. Ale nieufność wzbudzali w nim ludzie, jego rozmówcy; obawiał się ich miłości własnej, drażliwości, pobudzenia; nie chciał wywoływać u przyjaciół trudnych emocji, bał się także ich podziwu, tych wszystkich okrzyków: T o n i e s a m o w i t e! N i e d o w i a r y! Z a d z i w i a j ą c e! , które nie sprawiały mu przyjemności, wręcz go drażniły. Był zadowolony tylko wtedy, gdy nie zajmowano się nim wcale; ubierać się jak wszyscy, nie rzucać się w oczy, nie czuć nigdy strzały czyjegoś spojrzenia z tyłu czy z boku. A raczej chciał, żeby się nim zajmowano, ale i n a c z e j. Chciał czerpać korzyści i satysfakcje ze sławy, i nie mieć związanych z tym kłopotów. Pragnął wygodnictwa, a co!

Na przykład: Stłuczona waza jest bardzo droga.

Na przykład: Zamknięte drzwi nie chcą ustąpić.

Weźmy przykład ze stłuczoną wazą. Reputacja dziecka-męczennika, którego macocha policzkuje pod każdym pretekstem, była całkiem fałszywa. Łatwo się dało o tym przekonać, kiedy cała rodzina zgromadziła się w jadalni wokół skorup słynnej wazy z Rodos, która przez dziewięćdziesiąt dwa lata stała na kredensie. Z oczami wbitymi w podłogę, z rękami na zgiętych kolanach, z łokciami rozsuniętymi na boki, jakby siedzieli na niewidzialnych taboretach - siedmioro członków rodziny wpatrywało się w bielejące skorupy. Nikt się jednak nie poruszył, nikt go nie o s k a r ż a ł. Patrzyli z zaciekawieniem archeologów, którzy odkopują posąg, albo paleontologów oglądających świeżo wydobytą z ziemi skamielinę.

Mówiono o zbieraniu skorup i każdy dodał coś od siebie. Niektórzy twierdzili, że znają wyspecjalizowanych rzemieślników, zdolnych tak perfekcyjnie skleić naczynie, że trudno potem dostrzec ślady pęknięcia. Pani domu (ta, którą cała dzielnica oskarżała, że jest zmorą małego Achillesa) najmniej się tym przejęła; jako pierwsza przerwała zaczarowaną kontemplację. Brat Achillesa twierdził, że do tak dużej fascynacji siedmiorga członków rodziny przyczynił się układ rozrzuconych skorup. Przybrały one kształt trapezu, na podobieństwo dobrze znanej konstelacji, a myśl o niebie na opak tak bardzo urzekła tych dobrodusznych ludzi, że znieruchomieli, i gdyby nie to, że zamiast patrzeć w górę, patrzyli w dół, byli w owej chwili godnymi towarzyszami pierwszych astronomów chaldejskich lub babilońskich, którzy czuwali w piękne letnie noce, leżąc na tarasach, z twarzami zwróconymi ku gwiazdom. Ale nie wchodzono do sąsiedniego pokoju. Tutaj stał kredens, na nim srebrny imbryk, czaił się strach przed czarnymi karaluchami, tam, na dnie pustych słojów. Hebdomerosowi nigdy nie przyszłoby do głowy, żeby porównać karaluchy z rybami, ale te dwa słowa: w i e l k i i c z a r n y przypomniały mu przejmującą scenę, na wpół homerycką, na wpół byroniczną, dostrzeżoną kiedyś pod wieczór na skalistych wybrzeżach jałowej wyspy. Ta scena wzbudziła w nim rozczarowanie, a następnie uczucie wstydu za samego siebie. Morze było gładkie i doskonale odbijało niebo rozświetlone zachodem słońca. Od czasu do czasu, z regularnością chronometru, w pewnej odległości od brzegu rodziła się fala, wzbierała i nabierając rozpędu, rozbijała się na kamienistej plaży z hukiem grzmotu. Pomiędzy jedną a drugą falą panowały cisza i spokój absolutne. W takiej scenerii Hebdomeros po raz pierwszy usłyszał błagalną prośbę żony rybaka. Z początku sądził, że rybak wypłynął już na pełne morze, uznał więc te słowa za omen, coś, co prędzej czy później sprowadzi nieszczęście na mężczyzn, wciąż narażonych na niebezpieczeństwa sztormu:

Z moich ramion zrób sobie wiosła, liny z moich warkoczy

Bo mogą pożreć cię wielkie czarne ryby

Na dnie morskich głębin.

Szczęśliwie jego niepokój nie trwał długo, bo nie upłynęło wiele czasu, gdy z odległości trzydziestu kroków dostrzegł rybaka, który spokojnie naprawiał sieci obok swojej chaty; podmuch wiatru otworzył drzwi i odsłonił jego postać. Epizod ten wywołał w duszy Hebdomerosa smutek pomieszany z rozczarowaniem. W gruncie rzeczy powinien się ucieszyć, że rybak nie został pożarty przez wielkie czarne ryby w morskich głębinach i teraz spokojnie naprawia sieci na progu chaty. Ale natura ludzka łaknie dramatów, tragedii. Czujemy rozczarowanie, kiedy zbliżywszy się do jakiegoś zbiegowiska, widzimy, że w kręgu gapiów stoi zwykły sprzedawca piórników, chociaż wyobrażaliśmy sobie potworny wypadek, w którym pojazdy zostały rozbite w drobny mak, a z ludzi zrobiła się marmolada; albo kiedy awantura dwóch podminowanych typów, którzy obsypują się obelgami, nie kończy się bójką, i omija nas walka na pięści, w które obfitują amerykańskie filmy, a filmy francuskie, niestety!, są pod tym względem ubogie. Hebdomeros myślał o tym, badając i analizując swój stan ducha; w końcu zawstydziły go własne doznania i skierował się do hotelu na wieczorny posiłek, rumieniąc się jak niewinna panienka, która w pogoni za płochliwym motylem znalazła się w obecności dorosłego mężczyzny, załatwiającego naglącą potrzebę za krzakiem.

Kolacja w małym hotelowym ogrodzie, którego alejki wyłożone są gładkimi kamykami, była dosyć smętna. Dwaj towarzyszący mu mężczyźni o zaroście satyrów ubrani byli w białe płócienne kamizelki, wymięte i przybrudzone, a na łańcuszkach zegarków nosili rozkołysane osobliwe breloki. Pierwszy twierdził, że czasem w nocy budzi go głód; nakłonił zatem pokojówkę, żeby wieczorem, kiedy ścieli łóżka, stawiała na nocnym stoliku kubek z mlekiem; jeszcze przed zaśnięciem chwyta za kubek, podnosi go do ust, jak na bankiecie, i opróżnia jednym haustem. Drugi, jeszcze bardziej niewybredny, chociaż starszy, opowiadał, że w letnie noce, kiedy miasto niemal pustoszało (mieszkańcy szukali ucieczki przed kanikułą nad morzem lub na wsi), wychodził o trzeciej nad ranem i szedł aleją drzewek cytrynowych w towarzystwie dwóch panienek lekkich obyczajów, trzymając je pod ręce. Słuchając z roztargnieniem tych wynurzeń, Hebdomeros ścigał wspomnienie, którego nie potrafił precyzyjnie umiejscowić w pamięci. Przypominał sobie niejasno pokój, z którego nie było widać morza; przez jedyny okienny otwór wychodzący na północ, dzięki czemu był oświetlony jak pracownia, dawało się dostrzec w oddali zbocze wysokiej góry, której drugie zbocze schodziło w stronę zatoki, bliżej drzew, przeważnie pinii. Gwałtowne wiatry nadciągające znad morza powyginały je w estetyzujące pozy ekscentrycznych tancerek; dosyć osobliwie kontrastowało to z bezruchem powietrza. W przejrzystym świetle pięknego październikowego dnia nieszczęsne pinie wydawały się skazane na czyściec wiecznej nawałnicy, a za nimi, od północy, horyzont naprzeciw morza jaśniał helwecką nieskazitelnością. Hebdomeros myślał wtedy o Bazylei, o mostach nad Renem, który toczy szmaragdowe wody z żywotnością potoku. Jeszcze dalej góry śmiało wznosiły ośnieżone szczyty, błyszczące w słońcu. Właśnie tam znajdowały się słynne jaskinie, zamieszkiwane przez wojowniczych i chełpliwych półbogów, dopóki sprzyjała im młodość. Trochę później, pod wieczór życia, kiedy mieli przekroczyć próg i wejść do spokojnego królestwa Wieczności, stawali się uczonymi i poetami, a wtedy z nonszalancją platonicznych pederastów przekazywali wnukom sztukę sporządzania leków z roztartych gorzkich roślin i strojenia liry, wielkiej i ciężkiej niczym katedra w miniaturze. Jesień ogołociła z liści wiekowe drzewa, rozległy horyzont tętnił jednak nieśmiertelnością.

Przed sanktuariami, pośród kamiennych płyt, pod którymi marniał i powlekał się rdzą święty oręż Heraklesa, czuwali brodaci wojownicy o czystych profilach i męskiej urodzie. Po ceglanych murach, gdzie nigdy nie docierają słoneczne promienie, piął się bluszcz, zieleniał na nich mech. O tej porze roku Valtadore, kucharz, wyjmował ze skrzyń zimowe kobierce i wytrzepywał z nich naftalinę...

Wiatry na plażach

Piękny czas

Burzliwe letnie

Wieczory

Minęło już gwałtowne lato, pora, kiedy jadano kolację na plaży. Hebdomeros pamiętał posiłki przyrządzane na bazie nadpsutych barwen, po których spożyciu struci plażowicze przez całą noc skręcali się w hotelowych pokojach z bólu, na pościeli rozgrzanej upałem, w duchocie, w której zapach linoleum mieszał się z wonią brudnych ubikacji; przez otwarte okno w regularnych odstępach docierał szum fal, rozbijających się daleko, w ciemności.

Teraz trzeba było wstać i wyjść; myśl ta od jakiegoś czasu niepokoiła Hebdomerosa. Pawie, które w drodze do zarośniętego parku ciągnęły za sobą cętkowane ogony, przeraźliwymi krzykami podkreślały szczególny c h a r a k t e r fasady niemodnej willi, której długą werandę wypełniały rośliny i sztuczne kwiaty. Wyjście stamtąd stanowiło nie lada problem. Są takie sytuacje, kiedy można to zrobić bez trudu: na przykład podczas wieczornego przyjęcia, gdy wszyscy mówią i gestykulują, a goście przechodzą z jednej sali do drugiej, zajęci tym, żeby dobrze wypaść i zakończyć fascynującą rozmowę błyskotliwym żartem; wtedy jest to dziecinnie proste, można prześlizgnąć się między gośćmi i umknąć po angielsku; ale są też sytuacje trudniejsze; właśnie o tym myślał Hebdomeros pośrodku sali, wokół której siedziały, surowe jak nieprzejednani areopagici, wszystkie te pięćdziesięcioletnie wszetecznice o herkulesowych ramionach skrzyżowanych na przerośniętych piersiach, i zastygały w pozach zapaśników, którzy pozują do fotografii. Ich wrogie spojrzenia skupiały się na nim, niczym armaty wycelowane w fortecę nieprzyjaciela. Wymagało to odwagi, do której nie byłaby zdolna żadna ludzka istota, żeby tak po prostu wstać i wyjść z tego czujnego piekielnego kręgu. Hebdomeros postanowił więc zostać i udał zainteresowanie obrazami i innymi dziełami sztuki, zresztą przeciętnymi, które od dzieciństwa znał na pamięć. I pozwolił ukołysać się tej przywróconej godzinie: zmierzch, ogrody w wieczornej mgle, koszary artylerii, trzęsienie ziemi, wstrząsy, jak mówiły gazety; cała dzielnica spędzała noc na dworze; materace wyrzucone przez okna, a potem układane na głównym placu wokół posągu polityka w surducie, trzymającego w ręku kamienny zwój, na którym autor monumentu wygrawerował swoje nazwisko i datę powstania dzieła. Byli tacy, którzy utrzymywali, że czekają na kometę i koniec świata, zgodnie z przepowiedniami astrologów. Młodzieńcze serenady u bram nekropolii, zbielałych w świetle księżyca, i wyjątkowe noce, podczas których kwiaty spadały kaskadami, a nieprzebrane dary pojawiały się na samotnych brzegach morza - każda fala nanosiła róże i róże bez końca; wszystko po to, żeby znaleźć się z innymi pacjentami w tym wielkim szklanym domu i gonić za umykającym ideałem. Właśnie dlatego całymi nocami siedział teraz na łóżku z twarzą ukrytą w dłoniach, a na stole, między fajką a woreczkiem na tytoń, dopalała się świeczka, zniekształcona przez spływający wosk; w takich chwilach ściana w głębi rozstępowała się niekiedy jak kurtyna w teatrze, i trafiały się spektakle raz przerażające, innym razem podniosłe, czy też urocze: pojawiał się ocean w czasie sztormu, a na grzbiecie spienionej fali stroiły miny, gestykulując, szkaradne gnomy; czasem widać było wiosenny pejzaż, zadziwiająco poetycki i kojący: pośród zielonych i pastelowych wzgórz biegła ścieżka, której pobocza ocieniały kwitnące migdałowce: tą ścieżką szła powoli zamyślona kobieta z poważną twarzą, ubrana na biało. "Ale to nic", mówił sobie Hebdomeros, "jeśli pomyśleć, czym było to miasto w letnie noce". Partenagogiczny, pedagogeniczny, efebogeniczny budynek, raczej niski i proporcjonalny, przypominał olbrzymią zabawkę, którą po wielu przymiarkach ustawiono na właściwym miejscu. Fasadą zwrócony na południe, w stronę morza, rufą na północ. Właśnie na rufie rozmarzone dzieci podpierały się łokciami, bo północ pociągała je bardziej niż inne strony świata; później poczują siłę przyciągania zachodu, ale na razie czują północ. W południe, w czasie przejściowych pór roku, czyli jesienią i wiosną, niebo przypominało rozpięty papier; na horyzoncie żadnej jaśniejszej plamy; błękit z góry na dół; sufit rozpostarty nad miastem. W tych dniach najwyższego szczęścia zanikał zmysł orientacji w młodym świecie dziewic atletek i efebów gimnastyków, którzy trenowali biegi na połyskliwych torach i nie potrafili już rozpoznać stron świata. Srebrne puchary przypadały niekiedy w udziale dziewczynom o nogach ze spiżu, które mknęły po arenach niczym łanie. Dzieci i efebowie doświadczali tego samego, a ci, którzy śnili o północy, zapominali o swoich snach. Tak, cały ten młody świat nieświadomie przeżywał jedną z najbardziej intensywnych godzin życia. Efebowie wprawiający się już na dziedzińcach palestry lub dzieci, które jeszcze budują zamki z piasku albo też zastawiają pułapki na gwiżdżące kosy wabione czarną oliwką, wcześniej czy później zostaną powołani do kierowania publicznymi urzędami albo też z orężem w dłoni będą bronić świętej ojczystej ziemi; lub prowadzić negocjacje, powoływać, szkolić żołnierzy i kształtować wielkich polityków, ażeby potem ich postacie, nagie lub w ubiorach zgodnych z modą danej epoki, wznosiły się na ocienionych skwerach zaludnianych przez piastunki.

Być może zostaną wyprawieni do dalekich krajów; wieczorami będą szukać schronienia w wozach urządzonych jak domy na kółkach, gdzie zmęczeni po dniu spędzonym na polowaniu usną przy wyciu hien i szakali. Albo też będą prowadzić transakcje z sąsiednimi krajami, kupować i sprzedawać towary, paczkowane i obwiązane sznurkiem, podobne do siebie jak rodzeństwo. Tak, było jasne, że cały ten młody świat przeżywał chwile swojej w i e c z n e j t e r a ź n i e j s z o ś c i. Odtąd była to już tylko kwestia godzin, zaś mądra natura (a przynajmniej tak się uważa) nie pozwoli, żeby bezmierne szczęście, równie kruche, trwało za długo, ponieważ zbyt wielkie szczęście, podobnie jak zbyt wielkie nieszczęście, mogłoby zaszkodzić duchowemu rozwojowi tych młodych ludzi, wrażliwych i pobudliwych. Jedynie niedziela, dzień odpoczynku, była mniej szczęśliwa dla reszty miasta. W tej fortecy czystych umysłów radość trwała dzięki gorączkowej pracy robotników, którzy chcieli wszystko ukończyć na czas. Radosne pieśni ludzi zadowolonych z dzieła swoich rąk! I tylko praca, regularna i codzienna praca ratowała przed zgubą umysły opętane szczytnymi spekulacjami metafizycznymi. Nawet późno w nocy, kiedy miasto spało pod rozgwieżdżonym niebem, radosny zgiełk towarzyszący ich pracy rozbrzmiewał pod wewnętrznymi arkadami budynku. Wszystko to postępowało naprzód, maszerowało szybkim krokiem i docierało do pamiętnego popołudnia (przez cały ranek aż do południa trwały gorączkowe retusze prac niemal już ukończonych, pod rozpalonym słońcem przedwczesnego lata). Dokoła rozchodził się mocny zapach drzewek cytrynowych; on zaś śpiewał donośnym i melodyjnym głosem; niekiedy śpiewał po cichu, jakby chciał wyjawić kręgowi bliskich sobie i wrażliwych ludzi rozpacz łotra prowadzonego na galery: "Żegnajcie, wysokie góry i urwiste skały! Noce skąpane w łagodnym świetle księżyca, żegnajcie! Nie powaliła mnie choroba, a jednak idę na śmierć!".

Jakże to było piękne i przejmujące! Tymczasem w oświetlonych oknach domu, który miał w sobie coś z merostwa i z internatu, rysowały się cienie osób, wyraźne sylwetki, doskonale widoczne z ulicy; sylwetki osób obecnych w sali; istne nagromadzenie zjaw. Byli tam generałowie, ministrowie, malarze, a raczej jeden malarz; wąchał tytoń, żeby nie palić (lekarze mu zabronili), umierał powoli, a dom umierał razem z nim. Wcześniej, kiedy jego silne ciało cieszyło się zdrowiem, dom o zielonych okiennicach uśmiechał się pośrodku ogrodu; z okien, przez które wpadało wiosenne słońce, rozpościerał się widok na radosne i żyzne wzgórza, pokryte drzewami owocowymi; ale pomału z każdej strony wyrosły wielkie budynki z żelbetonu; ich nieubłagany krąg zacieśniał się niespiesznie, lecz systematycznie wokół domu, z którego uszła radość. Teraz na ulicach spotykano inne twarze. Sąsiedzi już się nie rozpoznawali. Czasem otwierało się jakieś okno, spomiędzy zasłon można było dostrzec czyjąś sylwetkę na tle ciemnego pokoju; ale mówiono, że to pewnie jacyś przodkowie, a wszystko jest skutkiem sugestii. Pomimo wzmożonego rytmu życia i bezsprzecznej elegancji dzielnicy Hebdomeros uciekał do parku pinii. Były to pinie męczennice; jakaś dziwna epidemia wyrządziła szkody miłym, dobroczynnym i orzeźwiającym drzewom. Pień każdego z nich oplatały, niczym olbrzymi wąż, schody z białego drewna; schody prowadziły na pomost, prawdziwe jarzmo, które dusiło nieszczęsne drzewo. A człowiek, nazywany przez ludzi z kamienicy k r ó l e m L e a r e m, lubił podpatrywać ptaki w ich najmniej zwyczajnych pozach. Czatował zwłaszcza na wróble. Kiedy leżał na brzuchu, znieruchomiały jak kłoda, nie miał w sobie nic ludzkiego. Nie przypominał także posągu. Nic w jego zachowaniu, nawet kiedy się obracał, żeby trochę odpocząć, nie przywodziło na myśl postaci leżących na płytach sarkofagów, czy to etruskiego męża, czy landgrafa w zbroi od stóp do głów. Nic w nim też nie przypominało starców o długich brodach i łagodnym spojrzeniu, nieprzyzwoicie nagich i majestatycznie wyciągniętych, z łokciami wspartymi na dzbanach leżących pośród trzcin, starców, którzy w starożytnej sztuce rzeźbiarskiej wyobrażali rzeki, bogactwo kraju. Nie było w nim nic z postawy gladiatora ani rannych lub konających wojowników. Ten osobliwy mężczyzna wyglądał na skamieniałego; przypominał po trosze zwłoki znalezione w Pompejach. Wskutek leżenia na pomoście całkiem się z nim zespolił; s p o m o s t o w i ł s i ę; stał się dużym kawałkiem nieociosanego drewna, pośpiesznie przymocowanego do podłogi na wypadek wstrząsu, który nie nadchodził. Toteż kiedy czatował, wydawało się, że pomost jest odwrócony, bo trudno było sobie wyobrazić, że deski mogą być wzmocnione innym sposobem niż od spodu. Z bliska wróble sprawiały monstrualne wrażenie. Tajemniczy, niepokojący i pobudzający wygląd ptasich głów niejeden raz pogrążył Hebdomerosa w zawiłych rozmyślaniach i często prowokował do natchnionego monologu, zwłaszcza kiedy Hebdomeros wyobrażał sobie głowę przepiórki; spośród innych niepokojących ptasich głów w pierwszym rzędzie przychodziła mu na myśl głowa kury; głowa koguta niepokoiła go mniej, a jeszcze mniej głowa gęsi lub kaczki. Przeważnie uważał ptasie głowy za zły znak, za coś, co przynosi pecha. Sądził, że Egipcjanie nakładali je na malowane lub rzeźbione postaci, żeby homeopatycznie leczyć własne lęki i przesądy: czyli zło leczyć złem. Sądził też, że z tego samego powodu Włosi przesądnie robią znak rogów delle corna (diabła), gdy się czegoś boją. Te myśli przychodziły do niego zwłaszcza w ogrodzie graniczącym z pinetą; rydwany z brązu były rozrzucone tu i tam między zaniedbanymi klombami melancholijnego ogrodu, tam też leżały gruboskóre zwierzęta z brązu; na podwórzu stał nosorożec po kolana w oborniku, a za murem, po drugiej stronie śmiesznej przegrody, która służyła tylko do zakreślenia granic, żeby sąsiedzi nie wszczynali kłótni i nie deptali sobie nawzajem kapusty czy sałaty, znajdowała się g o s p o d a. Nie była to, niestety, miła, radosna i krzepiąca gospoda, z tych, które cieszyły naszych przodków i dawały im wytchnienie, przypominając o nieśmiertelności i teorii, według której nic nie ginie, nic nie przepada, lecz nadal żyje w innej formie i materii; nie była to gospoda skłaniająca do marzeń o metempsychozie, do czego zachęcały winobrania na wzgórzach rzymskiej wsi. Hebdomeros przypominał sobie o tych dniach, bardziej nieodgadnionych, niż mogłoby się zdawać.

Po czystym jesiennym niebie żeglowały wielkie białe chmury posągowych kształtów, a między nimi w dostojnych i szlachetnych pozach spoczywały bezskrzydłe bóstwa; wtedy odkrywca wychodził na balkon podmiejskiego domku, opuszczając pokój, na którego ścianach wisiały futrzane skóry i fotografie, które przedstawiały statki czerniejące pośród bieli gór lodowych, i wpatrywał się marzycielsko w wielkie bezskrzydłe bóstwa spoczywające na obłokach; myślał wtedy o nieszczęsnych białych niedźwiedziach, zagubionych, uczepionych dryfujących gór lodowych, i łzy napływały mu do oczu; przywoływał w pamięci postoje na śniegu i powolną, męczącą żeglugę przez zimne morza Północy. "Daj mi zimne morza, a ogrzeję je w swoich". Uprzejmość bogów! Bogów jest dwóch, a tak: Neptun biały i Neptun czarny, czyli bóg Północy i bóg Południa, i te słowa wypowiadał bóg czarny, wyciągając z daleka do swojego białego towarzysza ramiona obciążone algami. Hebdomeros wysnuł z tego wniosek, że czarna rasa jest serdeczniejsza od innych, serce ma bardziej szlachetne, a duszę wrażliwszą; znał czarnych malarzy, a jeden z nich wyróżnił się, gdy nadesłał na wystawę Salonu obraz Kaukaz i Golgota. Sens tytułu nie był jasny, niemniej wyważone płótno otrzymało srebrny medal; rok wcześniej ten sam Murzyn dostał wyróżnienie za obraz In flagranti. Zamiast cudzołożnych dramatów artysta przedstawił gryfona, który przyłapał dwa wróble na wydziobywaniu czereśni z talerza stojącego na stole w ogrodzie. Płótno Kaukaz i Golgota przedstawiało szeroką, zakurzoną drogę biegnącą u podnóża niewysokiej skały, którą kilofy i szyby kopalni wydrążyły i pokryły zmarszczkami, co zwykł robić Kronos na twarzach starców; na skale wznosiły się trzy krzyże, wokół których kręcili się rzymscy legioniści o władczych profilach i podwójnych podbródkach, ściśniętych paskami hełmu; i jeszcze zapłakane kobiety i mężczyźni w krótkich spodniach, niosący drabiny; na dole, na skraju drogi, widziano Hebdomerosa, siedzącego na kamieniu w pozie, jaką przybrał Renan na słynnym obrazie André Brouillé1, Renan przed Partenonem. Artysta przedstawił Hebdomerosa, który wpatruje się, zamyślony, w daleki pejzaż fabryk i dymiących kominów. "Myśl artysty jest głęboka", tymi słowami zaczynał się tekst o murzyńskim malarzu słynnego krytyka, Étienne'a Spartalego, w jednej z najpoważniejszych gazet stolicy. A jednak, mimo licznych artykułów i rozpraw, obraz pozostał zagadką. Hebdomeros, jako przyjaciel malarza, był o niego wielokrotnie pytany, ale odpowiadał, że nie wie więcej niż inni, a zresztą uważa, że byłoby niegrzecznie pytać o to Murzyna; lubił zachowywać się taktownie; takt uznawał za jedną z ważniejszych zalet i nie zniósłby myśli, że jego przyjaciele i znajomi mogliby uznać, że jest go pozbawiony.

Koniec końców dni upływały Hebdomerosowi monotonnie. Rano wstawał wcześnie, niemal zawsze budzony przez śmiechy i rozmowy służących z domu naprzeciwko, gdyż okno jego pokoju wychodziło na podwórze; kiedy rankiem, jeszcze nie do końca rozbudzony, podnosił się, by otworzyć okiennice, miał przed oczami tył budynku naprzeciwko; widok był zawsze ten sam: służące szczotkowały ubrania, stojąc w oknach kuchni; na wprost jego okna artylerzysta, ordynans pułkownika, każdego ranka starannie składał spodnie swojego pana, po uprzednim wyczyszczeniu ich szmatką namoczoną w benzynie. Wojskowy wytrwale zabiegał o względy służącej, a kiedy Hebdomeros stawał w oknie, oboje przybierali drwiący wyraz twarzy. Służąca, dziewczyna jasnowłosa i zgrabna, którą jeden z przyjaciół Hebdomerosa nazywał ważką, okazywała Hebdomerosowi znacznie więcej uprzejmości, kiedy nie było przy niej ordynansa. Zatroskany i skłonny do medytacji sąsiad chyba jej się podobał, i czasem, widząc go podpartego łokciami w oknie, pytała, czy nie tęskni za rodzinnym krajem; odpowiedź nie była całkiem jasna. Sympatia młodej domownicy rosła z upływem czasu, a ona czuła, że mogłaby pokochać sąsiada, gdyby niespodziewany incydent nie zniweczył jej skrytych marzeń i złudzeń. Pewnego popołudnia, pod koniec pięknego kwietniowego dnia, służąca, stojąc w oknie, czyściła srebrny imbryk; była sama i myślała o Hebdomerosie; nagle zobaczyła, jak wychodzi na podwórze w towarzystwie trzech kompanów. Jeden z nich dostrzegł w rogu podwórza stary but z rozdartą podeszwą i naszła go ochota, by zmienić jego położenie zręcznym kopnięciem; zachwycony Hebdomeros pośpiesznie odłożył kapelusz, laskę i płaszcz na parapet jakiegoś okna i wielkimi kopniakami zaczął przemieszczać but przed sobą; czterej przyjaciele zaimprowizowali mecz piłki nożnej, ale najbardziej nieposkromiony i rozhukany był Hebdomeros, który całkiem zatracił melancholijny wygląd i skakał jak dzikus, wznosząc radosne okrzyki za każdym razem, kiedy waląc but z czuba, posyłał go w stronę kompanów, ci zaś, wrzeszcząc, uskakiwali, szaleńczo rozbawieni. Służąca, zniechęcona, zamknęła okno, postawiła na wpół lśniący imbryk na stole i usiadła na stołku, znużona i rozczarowana: "A ja", pomyślała ze smutkiem, "sądziłam, że przynajmniej o n n i e j e s t t a k i s a m j a k w s z y s c y! ".

Czasami w niedzielę rano, zanim odgłosy prac domowych wybiły Hebdomerosa ze snu, czysty śpiew kołysał jego ostatnimi chwilami wypoczynku; śpiew pochodził z internatu dla sierot i za każdym razem pogrążał go w czarnej melancholii; przypominał sobie wtedy, że w dzieciństwie nachodził go podobny smutek, kiedy słyszał świergot wróbli, które wieczorem, po zachodzie słońca, gromadziły się na drzewach w ogrodzie, żeby spędzić tam noc. Smutek, jak sądził, brał się z tego, że zarówno świergot ptaków, jak i śpiew małych sierot czyniły mu zarzuty, że nie jest dostatecznie c z y s t y; wyruszał wtedy na długie wędrówki przez pola; gołe chude dzieci kąpały się w przejrzystych wodach potoków, a nieopodal plaży, metr pod wodą, leniwie kołysały się szczątki piratów, jak kołyszą się algi na spokojnym morzu.

[Bolonia]

Przeprawa przez jezioro, ogromne jak ocean, na którym czasami szalały potworne burze, ogłuszała Hebdomerosa, chociaż nie potrafił zapomnieć o wiejskim domu pewnego generała, głowy licznej i niespokojnej rodziny. Generał czuwał w uśpionych hotelach w towarzystwie niegodnych oszustów i rabusi; nazajutrz czekał go wstyd wynoszenia do lombardu sreber i rodzinnych pamiątek i pożyczania pieniędzy od służby. Noc nie całkiem jeszcze zapadła. Pełne nadziei elektryczne pociągi, teatralnie oświetlone, odjeżdżały w kierunku zaczarowanej zatoki, z jednej strony rozjaśnionej blaskiem wschodzącego księżyca w pełni, a z drugiej przez latarnie wielkich hoteli nad brzegiem morza; tam, gdzie królowało łagodne światło księżyca, lekka mgła spowijała zarysy wybrzeża; szaro-fioletowy odcień spływał z nieba na wodę, po której setki łodzi ze snopami kłosów na dziobach płynęły jak we śnie; w łódkach młode, ładne, jasnowłose wieśniaczki, z piersiami ściśniętymi aksamitnym stanikiem i nagimi ramionami, wiosłowały powoli i rytmicznie; to był raj: raj na ziemi. Mężczyźni wahali się, bo po drugiej stronie zatoki trwało święto; samum, karuzela teatrów w plenerze, pod kloszami z acetylenem, do których przypadały szalone ćmy. Spasieni bankierzy, ociężali po obfitych posiłkach i alkoholu, robili potworne sceny pobladłym z przerażenia kierownikom sal restauracyjnych; grozili im złamaniem kariery, wpędzeniem w nędzę, całkowitą ruiną. Wreszcie wybijała godzina powrotu do wystawnych willi wzniesionych pośród ruin, gdzie nieśmiertelne, bo zawsze gotowe się odrodzić jaszczurki przemykały po odwiecznych kamieniach, jak w czasach, gdy ukwiecone pergole i sztuczne groty rozbrzmiewały krzykiem mężczyzny o krzywym spojrzeniu, który nie wiedział, co zrobić z rękami i gdzie odłożyć feralną laskę, utraconą i odnalezioną w kanałach Wenecji z czerwonego kamienia. "Svetonia! Svetonia!" - było to tylko wspomnienie echa. Oczekiwały ich kobiety, gotowe poddać się wszelkim próbom, bo często zabawa przeciągała się do pierwszego brzasku, a wtedy nie milkły niekończące się błagalne prośby, żeby oszczędzono ich mężów; były skłonne pracować na pańskich ziemiach, zaprząc się do pługa jak zwierzę; pracować gdziekolwiek bądź, o nic nie prosząc; zbierać konopie w pełnym słońcu, na bagnistych terenach, brodząc w mule po kolana, kąsane przez krwiożercze komary. Ich przejmujące błagania trwały niekiedy do świtu; aż rozpalone i promienne słońce wyłaniało się triumfalnie spoza pobliskich, niezbyt wysokich gór i złociło fronton niepokaźnych świątyń, podobnych do wielkich zabawek, i skromnie barwiło na różowo posągi na niskich cokołach. Wszędzie budziło się życie i kiedy przepędzało z żałobnych pałaców czarne demony, odurzone brakiem snu i niestrawnością, pozwalało rozbrzmiewać radosnym śpiewom kowali i odgłosom wiejskich wozów, które, obładowane marchwią i brukwią, kolebały się ciężko na twardym bruku. Obrona miasta, opór stawiany przez garstkę cherlawych i wrażliwych ludzi dzikim najeźdźcom, którzy zeszli ze statków i byli jeszcze pod osłoną dział o dużym zasięgu, zakrawała na czyste szaleństwo. Hebdomeros pojął daremność tego gestu, jakkolwiek heroicznego; kiedy już odprowadził przyjaciół i kompanów w bezpieczne miejsce i zaopatrzył ich w odpowiednie subsydia, skierował kroki w stronę zalesionej i wilgotnej góry, żeby odzyskać siły i utracone nadzieje.

Parki, które wskutek nadmiernej wilgotności roztaczały gnilną woń, nawiedzał podczas nielicznych ładnych dni genialny dostojnik, którego tyleż wierni, ile wprawni domownicy wieźli na polanę w fotelu na kółkach; dostojny inwalida cierpiał na chorobę, która wymagała, żeby jego ciało było ułożone pod odpowiednim kątem, inaczej byłby narażony na niespodziewany zgon z powodu zalegającej uryny (często całymi dniami nie mógł oddać moczu). Leżał w fotelu na kółkach, z nogami owiniętymi w pledy i szale, aż do zachodu słońca, z zagubionym spojrzeniem, nie myśląc o niczym, pod milczącym nadzorem domowników. W księżycowe noce inna zjawa, starzec-poliglota, na imponujący widok sennych drzew, których liście drżały w cieniu, niezmiennie stawiał te same pytania: "Dokąd to wszystko zmierza? Do jakich nieznajomych brzegów płyniemy?". Wtedy dla przełamania nastroju, Stimmung - jak mawiał Hebdomeros - wywołanego pytaniami, młodzi, wysportowani i cyniczni młodzieńcy wydawali dźwięk przypominający długie pierdnięcie. I padał deszcz; taki sam, jaki padał wczoraj i jaki będzie padać jutro; niezbyt silny, ale miarowy, bez końca; drzewa stawały się płaczącymi wierzbami.

Pasterze w łachmanach, na wskroś przemoczeni, stali pośród melancholijnych stad, wsparci na długich kijach. Hebdomeros poczuł, że nawet w łóżku dosięga go wilgoć; było mu zimno, bo pościel nie była sucha; w szafie z ubraniami zalęgła się pleśń, jak w jaskini; smętne i sflaczałe ropuchy skakały po ogrodzie wokół hotelu, w którym mieszkał.

Należało uciec, opuścić te strony. Hebdomeros poprosił o rachunek i pożegnał się z właścicielem hotelu, który starał się dowieść, że deszcz nie będzie padał wiecznie, zeszłego roku o tej porze była przecież piękna pogoda; barometr podnosił się; wioskowi starcy twierdzili, że świergot ptaków zapowiada zmianę kierunku wiatru; będzie wiało od północy i oczyści niebo: "Widzi pan, panie Hebdomerosie", dorzucił hotelarz, bawiąc się poufale guzikami płaszcza gościa i otrzepując mu ramiona, "widzi pan, kiedy się przejaśnia, mamy wspaniały widok; widać miasto i katedrę na nizinie, wieże starego merostwa, rzekę, która rozcina miasto na pół, i mosty, prawdziwe dzieła sztuki; a tam, na okolicznych wzgórzach, stoją wille o ukwieconych tarasach. Mój marynarski wzrok pozwala mi nawet dojrzeć ludzi w oknach; na zachodzie sterczą słynne szczyty zwane zębami smoka, zawsze pokryte śniegiem; niejeden zuchwały alpinista zginął w tamtejszych przepaściach. Na północy można dostrzec morze z portem i aglomeracją fabryk oraz wytwórni pracujących pełną parą, które rozsławiły nasz region". Hebdomeros wysłuchał go uprzejmie; miałby ochotę powiedzieć, że panoramy napawają go zgrozą i że lubi tylko pokoje, bezpieczne pokoje, w których można się schronić, opuścić zasłony i zamknąć drzwi; i jeszcze lubi w tych pokojach kąty i niskie sufity, ale nie pisnął słowa o tych upodobaniach z obawy, że zostanie źle zrozumiany, żeby nie wzięto go za obłąkanego i nie powiadomiono służb medycznych kraju. Zapłacił więc rachunek za hotel, wysoki jak na miejsce i porę roku, i zszedł na nizinę. Miasto otaczały wulkaniczne góry; panował nieznośny upał; młody inżynier zatrudniony przy rozbudowie linii kolejowej wykrzykiwał co chwilę, że ma dosyć takiego życia, ma tego po dziurki w nosie. Po wejściu do małej restauracji, gdzie zwykle jadał posiłki, Hebdomeros szedł najpierw do kuchni, żeby zobaczyć, co jest w garnkach; miał dobre stosunki z szefem, któremu co jakiś czas dawał w prezencie obsceniczne zdjęcia, a szef opowiadał mu o swoich erotycznych wyczynach, w większości zmyślonych. W mieście nie brakowało ciepłych źródeł, także siarkowych. Hotel, w którym zatrzymał się Hebdomeros, znajdował się dosyć daleko od morza; mimo to morski bóg z brązu, uzbrojony w trójząb i ze stopą wspartą na grzbiecie delfina, stał na straży przed głównym wejściem. Hebdomeros czuł się związany z tym hotelem; czuł też, jak z każdym dniem przywiązanie rośnie; pomyślał o dniu rozstania i myśl ta wywołała w nim głęboki smutek, ale nie mógł postąpić inaczej; nie było innego wyjścia; "Tak trzeba, moja droga, to pokuta", mawiał kapitan, żeby mieć czyste sumienie, wytwornie podając ramię żonie; oboje mieli doskonałe humory, bo wiedzieli, że wieczorem idą na kolację do pułkownika, komendanta garnizonu, i że po kolacji odbędzie się znakomite przyjęcie. Wybiła godzina rozstania. Służący o rysach z fresków Giotta musiał zawlec Hebdomerosa aż do wagonu drugiej klasy pociągu, który ruszał o czternastej. Zaczęła się podróż bez końca; długie postoje na małych i pustych stacyjkach, zagubionych wśród pól. Młodzi pomocnicy rzeźnika spali na brzuchach, głowy nakryli zakrwawionymi fartuchami, żeby osłonić się przed rojem much, które uwzięły się na nich, jakby byli gnijącą padliną; i słychać było natrętne brzęczenie cykad, barwy kurzu, znieruchomiałych w upale na figowcach. - Dowódcy, barbarzyńscy królowie, nieporuszeni jak posągi na niewielkich białych koniach, karnawałowo przystrojonych niczym wierzchowce saraceńskich wodzów, z wysoko uniesioną głową i prawą pięścią dumnie spoczywającą na udzie okrytym pancerzem, patrzyli na długą kolumnę najeźdźców, zmierzających na zachód i pędzących przed sobą bydło skradzione chłopom. Czasem jakiś spragniony żołnierz schodził do koryta wyschniętego potoku, żeby poszukać resztek wody; a kiedy los mu sprzyjał, przykucał jak pantera, żeby chciwie ugasić pragnienie, napełniał wodą hełm i niosąc go z wielką ostrożnością, niczym początkująca służka, która podaje wazę z zupą, wracał wąwozem do towarzyszy broni; wszyscy ci nieokrzesani i zdani na los wojownicy byli w gruncie rzeczy wrażliwi i szlachetni; troszczyli się o przyjaciół i kompanów, o słabowitego dowódcę, który spoczywał w wozie na słomie, trapiony potami żółtej febry. Często jeńcy tej niepokonanej hordy dziwili się, że ich dowódcy, którym ranga dawała prawo do wszelkich względów w razie choroby lub po odniesieniu rany, są traktowani jak prości i skromni wojownicy; ale tego chcieli sami dowódcy; na tym też polegała siła hordy, której nie mógł się oprzeć żaden nieprzyjaciel. W taborze przeznaczonym do transportu chorych i rannych nic nie wyróżniało wozu, na którym spoczywał dowódca. Tylko Hebdomeros trzymał się z dala od wielkich migracji. Z okiem utkwionym w tumany piasku wzbijane wysoko niczym stożek dymu buchającego w groźne niebo, dymu, który przybierał biblijne kształty żydowskich świeczników, rozświetlanych co jakiś czas błyskawicą - trójnogiem zrzuconym z nieba, który przypominał anioła o geometrycznych kształtach, nagi jak jesienne drzewo, ogołocony i wyschnięty, wyposażony tylko w to, co ściśle konieczne. Hebdomeros ujrzał pewnego dnia, jak anioł przenika przez wszystkie piętra domu i ląduje przy łóżku, gdzie w otoczeniu speszonych oficerów i zapłakanych członków rodziny dogasał wiekowy generał. Anioł ponownie przyjął kształt trójnoga i unosząc duszę zmarłego, poszybował do nieba. W wiecznym królestwie dusza generała przemieniła się w czysty dym. Morze ciał niebieskich wyglądało z daleka jak niebo, które porzuciło kształt kopuły i przybrało postać sufitu. Balony na uwięzi, o śmiesznych i obscenicznych kształtach, unosiły się niemrawo nad placem ćwiczeń, kiedy Hebdomeros wszedł do wielkiej piwiarni wypełnionej biboszami, gdzie dym fajek i cygar tak zgęstniał, że trzeba było posuwać się do przodu z rykiem, jak robią statki we mgle. Hebdomeros twierdził, że w piwiarni pracuje niemłoda już kelnerka, która jest w nim zakochana. "W jej uczuciu", mówił do jednego z młodych przyjaciół, "jest coś z miłości matki". Ale prawdziwym powodem jego wizyty w piwiarni była nadzieja, że spotka tam zarośniętego mężczyznę w rogowych okularach, o rumianej twarzy i w bieliźnie wątpliwej czystości, który u personelu i wśród klientów cieszył się reputacją człowieka nieskalanej dobroci. Widziano, jak płakał; spisywał wspomnienia, a rankiem, o świcie, kiedy opuszczał dom wzniesiony na skraju przerzedzonego lasu, który nadal jednak robił wrażenie, przystawał czasem na dłużej, z ręką wspartą na ryglu drzwi prowadzących do ogrodu, i patrzył ze wzruszeniem i tęsknotą na skromną, jakkolwiek barokową i wystylizowaną fasadę domu, który otrzymał od ojca i w którym zapewne mogliby zamieszkać jego synowie z żonami i dziećmi. Kiedy blade światło kwarty księżyca padało na dom, wszystko w nim tchnęło smutkiem i spokojem. Mężczyzna znany był też jako antidotum na pecha i złe oko; złowrogie wizje, mnisi ścigający maciory z prosiętami i wrzecionowate kobiety o ptasich głowach znikali, kiedy nadchodził. Ale jego cechą szczególną była niezwykła, bezmierna wrażliwość. Czy należy z tego wnioskować, że był sentymentalnym marzycielem? Jedną z ludzkich istot wrzuconych w życie niczym szczątki wyrzucone na brzeg przez morskie fale? Niestety, nie! Wir zahlen Geld - wypłacamy pieniądze - tak brzmiały pierwsze słowa ogłoszenia, które zamieścił w gazetach. Zwabiony kuszącą obietnicą Hebdomeros zapuścił się w ciemne ulice, którymi podążał milczący tłum; wszedł do brudnej klatki schodowej o obdrapanych ścianach pokrytych obscenicznymi rysunkami i wreszcie stanął przed mężczyzną, apostołem, którego niejeden raz widział w dziecięcych rojeniach, jak wędruje przez świat z sakwą na grzbiecie i kijem pielgrzyma w ręku, z wysokim czołem i natchnionym spojrzeniem, jak wszyscy, którzy z opustoszałych nizin zmierzają w stronę białych miast, bo wiedzą, że czekają tam na nich bracia, gorączkowo wypatrujący ich przybycia pod łukami portyków; i kiedy Hebdomeros znalazł się w obecności człowieka, któremu jego ojciec udzielił miesięcznej gościny, żeby zdołał wyleczyć kość piszczelową, kontuzjowaną po kopnięciu muła, tego mężczyzny, który w czasach dzieciństwa często zabierał Hebdomerosa do teatru i na prowincjonalnych scenach pokazywał mu diabła strzelającego z karabinu, a potem skaczącego z okna pokoju niczym nurek do wody, Hebdomeros ujrzał szyderczego krótkowidza, który na jego widok zaniósł się śmiechem i poprzewracał kałamarze, tak mocno walił pięścią w stół między wybuchami śmiechu. "Wypłacić pieniądze! Wypłacić pieniądze!", krzyczał, parskając jak opętaniec, "ale, drogi panie, gdzie są pańskie nieruchomości? A tak, gdzie są pańskie nieruchomości? A pańskie akcje? Obligacje?" Nagle Hebdomeros doznał olśnienia. Wezbrała w nim fala wstydu i okryła twarz purpurą. Uciec, a tak; uciec, nieważne dokąd, nieważne jak, ale uciec; opuścić te strony; zniknąć. Wyjedzie może do Chin; będzie prowadził życie nocnego marka w pagodach jaśniejących niczym latarnie, a w południe przyjdzie mu odbywać sjestę w hamaku zawieszonym między dwoma kwitnącymi drzewami czereśni; będzie zasypiał w łagodnym powietrzu południa, a wtedy kozy, zachęcone jego bezruchem, ostrożnie podejdą i zaczną skubać liście pnączy.

Ale nie zdoławszy przerwać fatalnej wędrówki na Zachód, Hebdomeros ponownie znalazł się w tym samym mieście, a raczej odniósł takie wrażenie, ponieważ zaszła pewna zmiana w układzie ulic i położeniu zamku; łodzie, czy też czółna, stały przycumowane na brzegu rzeki, a jej wody, w których odbijało się zachmurzone niebo o zmierzchu, przybrały białawą i mleczną barwę, kontrastującą z posępnym i niemal czarnym kolorem linii brzegowej; zarysy czółen ciemniały na jasnej wodzie; nadawało im to wygląd żałobnych gondoli, one zaś przywodziły na myśl Wenecję z czasu tragicznej epidemii dżumy oraz śmierć sławnych malarzy, dotkniętych nieubłaganą plagą. Tymczasem niebo pochmurniało coraz bardziej, a wreszcie noc okryła ciemnym płaszczem całą krainę. Było już późno, kiedy Hebdomeros rozpoczął wędrówkę po mieście; mieście osobliwym; wszystko spało, nawet sowy, którym śniło się, że śpią; zaczął spod okna obory; od frontu, gdzie znajdowały się drzwi, budynek był wysokości człowieka, jego tył, wychodzący na ulicę, trochę wyższy. Hebdomeros właśnie mijał stajnię, podszedł więc do okna i spojrzał w dół; mimo słabego światła latarni wiszących w rogach pomieszczenia wyraźnie zobaczył wielkie kamienne sarkofagi z czasów prehistorycznych, w których według legendy spoczęły szczątki pierwszych pięciu królów władających miastem; potem były użytkowane przez praczki do prania bielizny; obecnie chłopi układają w nich krowy, które mają się ocielić; i tam, w tej wielkiej kamiennej skrzyni, pozbawionej zdobień (co zresztą nie psuło jej wyglądu), Hebdomeros zobaczył j e g o i zobaczył s i e b i e - nagi i na kolanach niczym Izaak składał siebie w ofierze:

Łagodna owieczko, siostro Izaaka,

Nie licz do trzech, jeśli nie masz go w saku.

Pochyleni nad nim srodzy mężczyźni strzygli go starannie; w półmroku błyskały stalowe ostrza. Po prawej, w rogu, promień księżyca wpadający przez lukarnę w dachu znaczył zdeptaną słomę cętkami srebra i rtęci; po przeciwnej stronie latarnia oświetlała krowę z cielakiem u boku, wyciągniętą na oborniku; nieopodal zwierząt, na ławie, oparta plecami o ścianę, z głową zwieszoną na piersi, siedziała młoda chłopka; drzemiąc, trzymała w ramionach dziecko; obserwując sceny z krową i wieśniaczką, Hebdomeros pomyślał, że malarz, który zechciałby uwiecznić je na płótnie, zatytułowałby obraz: Dwie matki; myślał jednocześnie o śmierci księcia d'Enghien; to oczywiście cienie rzucane przez latarnię na ścianę wywoływały takie wspomnienia u człowieka ogromnej wyobraźni i z głową nafaszerowaną lekturami. A jednak oni śpiewali z dna sarkofagów, jak tylko potrafi zakochany słowik, w głębi kwitnących ogrodów w piękne letnie noce. Hebdomeros długo jeszcze stałby w oknie obory, przypatrując się osobliwym scenom, gdyby nie zaczepił go ten, którego w mieście uważano za szaleńca, bo chociaż nie był smakoszem, interesowało go tylko to, co trafiało na stół. Za każdym razem, kiedy na ulicy lub gdzie indziej spotykał przyjaciela lub znajomego, nie omieszkiwał go zatrzymać, niezależnie od miejsca czy pory, i na stojąco poddawał naglącemu przesłuchaniu, co tamten jadł na obiad lub na kolację. Ponadto zawsze przechadzał się z cienką metalową laską; kiedy wracał do siebie późną nocą, szperał jej ostrym czubkiem w skrzyniach pełnych odpadków, ustawionych przed bramami wjazdowymi. Często tym, którzy chcieli go słuchać, mówił, że bardzo lubi kiełbasę i ryż. A jednak z tego, co zrozumiał Hebdomeros, swobodne i szalone życie znawcy kuchni nie miało trwać długo. Nadciągał bowiem czas poważnych badań meteorologicznych; był koniec marca, a w pierwszych dniach kwietnia amator gastronomii zwykł się zamykać na szczycie zamkowej wieży. Były to dni, kiedy wycofany ze świata nie chciał nikogo przyjmować; gdy kupcy i dziennikarze, albo tylko natręci i ciekawscy, dzwonili do drzwi, pokojówka, po rytualnym: "Kto pyta?", niezmiennie odpowiadała: "Pan wyszedł" albo "Pana nie ma" lub "Pan udał się po sprawunki"; uparci goście często chcieli czekać, aż pan wróci; "O nie", dodawała pokojówka, ani trochę niezbita z tropu, "to niemożliwe, bo kiedy pan rusza na zakupy, wraca dopiero po kilku dniach". Zresztą nie tylko zamykał drzwi przed wszystkimi, ale nawet nie zjawiał się w porze posiłków. Pogrążony w badaniach porównawczych nad udoskonalonymi wiatromierzami, przebywając w niewyobrażalnym bałaganie, zapominał o życiu z całym jego sztafażem zmartwień, cierpienia, radości i rozkoszy. Co pewien czas, korzystając z rzadkich chwil, gdy odczuwał zmęczenie i głód i pozwalał sobie na krótką drzemkę, jego żona i córka, pełne poświęcenia, wchodziły na palcach do pracowni, kładły na stolę tacę z bułką, naleśnikami, solonym serem, kilkoma daktylami i dzbankiem zimnej kawy, po czym wychodziły tyłem, nie spuszczając go z oka, bo biada im, gdyby zastał je u siebie. Takie życie nie mogło długo trwać, to się czuło. Córka Emma każdego wieczoru przechodziła kryzys nerwowy. Ojciec starał się schlebiać synowi Mariusowi, który był kucharzem w Marsylii, i dawał mu papierosy, noc się przeciągała, a o pierwszym brzasku oficer bez tuniki, w rozpiętej koszuli, jechał kłusem między stogami siana; jechał bez siodła, z obiema nogami z jednej strony, po damsku; z długiej szramy na lewym policzku spływała mu krew i plamiła bieliznę; zdawał się tego nie dostrzegać; początkowo nie chciał pojedynku: "Bić się!", wykrzyknął, zaskoczony, "bić się w obecności kobiety!"; szybkim gestem wskazał dziewczynę w kwiecistym kaftaniku, siedzącą na łące w pozie Joanny d'Arc, która słyszy g ł o s y; zmuszono go jednak do walki, i stało się to, co musiało się stać... Teraz godziny już upłynęły, powoli, nieuchronnie, jak zwykle upływają godziny. Słońce stało wysoko, na niebie bezchmurnym, ale zasnutym lekką mgłą zwiastującą lato; żadnego podmuchu wiatru; mocna woń cierpkiego i zepsutego wina ulatywała z głębokich jaskiń, gdzie chrapali pijani na umór, leżąc jedni na drugich, mnisi i przemytnicy wypędzeni przez nowy rząd. Cień na zegarach słonecznych wskazywał południe; a jednak po chwili pogoda się zmieniła; och, nie była to jedna z tych gwałtownych zmian, jak w Ameryce lub niektórych częściach Afryki Równikowej, gdzie nagle, przy czystym niebie i nieruchomym powietrzu, sklepienie niebieskie zasnuwają czarne chmury naładowane elektrycznością, pogrążając ziemię w apokaliptycznych ciemnościach, porywy wiatru zaś i strugi deszczu wywracają wszystko na swojej drodze, unosząc na wysokość domów wrota do stajni i drewniane ławki z publicznych parków; nie, szczęśliwie daleko było do takich kataklizmów, równie fatalnych, co niespodziewanych; zmiana, która zaszła, była tak nienachalna, że ktoś mniej wrażliwy i uważny od Hebdomerosa nie zwróciłby na nią uwagi; powietrze nie było już nieruchome, to prawda; chorągiewka na dachu w kształcie koguta lekko się obróciła. Hebdomeros nie znosił nastroju k o ń c a w i o s n y, tej ciężkiej omdlałości nieubłaganie zwiastującej ciepłe miesiące, nadejście pory roku, którą pewien wielki poeta nazwał gwałtowną - toteż kiedy wyczuł, że nadciąga wreszcie wiatr od morza, ucieszył się z całego serca; przeczuwał, że przyjdzie mu obserwować niepojęte zjawiska, które nakłonią go do długich i głębokich medytacji; ten wiatr, orzeźwiający i łagodny, wiatr nadziei i wytchnienia, nadal nie ustawał. Aż do tej chwili wszystko szło dobrze, ale oto kur, czy też raczej jego sylwetka, cień kura stawał się bardziej natarczywy, rozrastał się, zajmował coraz więcej miejsca i zaczynał odgrywać pewną rolę w życiu tak spokojnego i skromnego zakątka; nigdy wcześniej by nie podejrzewano, że może do tego dojść; oto teraz cień s c h o d z i ł, a zarazem r ó s ł; niczym środek żrący p o d g r y z a ł dzwonnicę z jednej strony, a z drugiej dosięgał nieba, odcinając się od jego tła i ogromniejąc z powolną i niepojętą konsekwencją; łapy kura dotykały teraz ziemi, a jego grzbiet - chmur; białe litery, uroczyste jak napis na kamieniu, zbiegły się zewsząd, zawahały i zaimprowizowały w powietrzu niemodnego kadryla, a wreszcie dobrały się w pary, posłuszne jakiejś tajemnej sile, i utworzyły na pewnej wysokości dziwny napis:

Scio detarnagol bara letztafra2

Nagle cały ten plener stracił nastrój, swoją Stimmung; belki sufitu i deski podłogi rozświetlił gwałtowny błysk; "to sztuczka miejscowego fotografa", szeptano w barach i miejscach publicznych. Kolejny ruch; zmiana dekoracji, przesuwa się ściankę, unosi kurtynę i zaczyna się b a l; zabawa w amerykańskim m e g a r o n i e; luksus i rozpusta dają popis sztucznych ogni, złowróżbnych świateł w olbrzymich salach, urządzonych z przepychem i wyczuciem nieznanym jak dotąd; biesiadnicy, których poczwórnie opancerzone sejfy są wypchane banknotami, oddają się niepohamowanej orgii; pływają w niej jak nurkowie, wykonujący ewolucje pod wodą; przez wielkie otwarte okna widać niebo i konstelacje sięgające nieskończoności; widać też miasto i surowe świątynie bielejące na uświęconych skałach; i przeraźliwie pozłacaną wilczycę, która znosi torturę, zadawaną jej przez żarłoczne bliźniaki, uczepione jej długich sutków. Hebdomeros ledwie zdążył uskoczyć w ciemny kąt, z którego, nie będąc widziany, mógł spokojnie przyglądać się dziwnym scenom. "Niech świat przepadnie!", okrzyk monarchy dobiega z tarasów o murach i łukach w zacisku pnączy. Galop koni, ciężki i miarowy krok kohorty, która zmierza w kierunku północnej bramy; porta collina profectus est3; pod mostami huczą i pienią się wezbrane po deszczach potoki; i oto znów zmiana scenerii: wiatr przegania chmury, oszalały księżyc czmycha za chmurami; niekiedy znika na jakiś czas i wtedy ma się wrażenie, że cała ziemia jest głucha jak drewniany dzwon; potem promienie księżyca, wspomagane wiatrem, znów przebijają się przez ciemne chmury; wszędzie dokoła maszerują milczące zastępy gladiatorów. Hebdomeros patrzył na kobietę i dziecko, kiedy wysokie kraty ogrodu zostały obalone, jakby szedł cyklon, i nagle w drzwiach salonów, wydając wojenne okrzyki, trzaskając długimi biczami o ołowianych końcówkach, niszcząc wszystko na swojej drodze, stanęli b a r b a r z y ń c y; umilkł śpiew... dyrektor generalny wielkich linii okrętowych, który mieszkał na drugim piętrze wygodnego domu, przewrócił się we śnie do ściany; zatrzeszczał materac z włosia, on zaś, nadal śpiąc, zamruczał coś niezrozumiale, ale wiercąc się, odsłonił lewe przedramię i Hebdomeros, który od godziny cierpliwie czekał na jego przebudzenie, zobaczył, że ma osobliwy tatuaż; widniała na nim staroświecka lokomotywa opleciona wężem, który gryzł własny ogon. Dyrektor trzymał na podłodze wsparty o nogi łóżka duży pas ratunkowy - "Przezorności nigdy dosyć", mawiał, kiedy pytano go o ten dziwny zwyczaj, "nigdy nie wiadomo, co się wydarzy". Jego żona nie mogła się jednak przyzwyczaić do widoku pasa ratunkowego przy łóżku; uznawała, że całość sprawia wrażenie katafalku; nie bez racji uważała to za ponury pomysł, złowieszczy znak, przepowiednię nieszczęścia. "Zobaczysz, Martiobarbulusie", mówiła do męża, "zobaczysz, że ten pas ratunkowy, który tak bardzo przypomina koronę cierniową, prędzej czy później sprowadzi na ciebie nieszczęście". Ale kogoś tak upartego nie sposób przekonać. Hebdomeros musiał uciekać. Opłynął łódką pokój, walcząc w jego kątach z przybojem, wreszcie z pomocą swojej energii i zwinności dawnego gimnastyka, wspierając się o występy murów, porzucił kruche czółno i podciągnął się do okna, które znajdowało się wysoko, jak okno w więzieniu. Wtedy serce zabiło mu z radości, i to z wielkiej radości! Objął wzrokiem rozległą i krzepiącą panoramę palestr, gdzie na mozaice z białych prostokątów, kwadratów i trapezów młodzi atleci w klasyczny sposób rzucali dyskiem, albo brali udział w biegach, z głową schowaną w ramiona i odrzuconą do tyłu, niczym jelenie ścigane przez sforę psów. Kiedy po południu, po skromnym posiłku spożytym w towarzystwie mistrzów skoków i walki na pięści, dżentelmenów w każdym calu, którzy przepraszając go za prostą i niewyszukaną kuchnię, nalegali, że to oni zapłacą za posiłek, Hebdomeros szedł do miasta przypominającego cytadelę, gdzie wewnętrzne dziedzińce i podłużne, geometryczne ogrody przywodziły na myśl mury obronne, zawsze spotykał tam tych samych ludzi o doskonałych proporcjach, zdrowych na ciele i umyśle i oddających się ulubionemu zajęciu: w z n o s z e n i u t r o f e ó w. W komnatach i salonach wyrastały oryginalne rusztowania, zarazem surowe i zabawne; radość i uciecha dla gości i dla dzieci. Budowle wysokie, gdyż podobnie jak góry powstały pod naporem wewnętrznego ognia, a kiedy już oprzytomniały po wstrząsie narodzin, chybotliwą równowagą dawały świadectwo ciśnieniu, które doprowadziło do ich powstania; dzięki temu były ż a r o o d p o r n e, podobnie jak jaszczurki l u b i ł y o g i e ń; były nieśmiertelne, bo nie znały świtów ani zmierzchów, tylko wieczne południa. Goszczące je pokoje były niczym wyspy, które leżą poza głównymi szlakami żeglugi i których mieszkańcy nieraz miesiącami czekają, aż tankowiec czy statek żaglowy zrzuci im kilka skrzyń nadpsutych konserw; podobnie jak wyspy, znajdowały się z dala od tętniących życiem ośrodków; z dala, ale nie tak bardzo, żeby nie dało się dostrzec lub dosłyszeć echa maszerujących wojsk, ani mrowia uczciwych robotników, którzy przechodzili przez mosty zawieszone na stalowych pylonach, rankiem, o świcie, w drodze do rozpalonych i ryczących fabryk, a potem wieczorem, gdy wracali do spokojnych ognisk domowych, żeby dzielić chleb i mięso z żonami i dziećmi. A jeśli Hebdomeros pozwalał sobie czasem na okazywanie zbyt wielkiej ufności, nie znaczyło to, że jest naiwny lub egzaltowany; on chciał w i e r z y ć; zmuszał się do wiary, że ten czy inny człowiek jest inteligentny; a wtedy rozgłaszał to przyjaciołom i znajomym, i próbował oszukiwać samego siebie; mimo to wiedział, że j e s t n i e z u p e ł n i e t a k; że ci ludzie o niespokojnym i rozdrażnionym spojrzeniu, bezsilni i drażliwi intelektualiści, bali się ironii i prawdziwego talentu, czuli wręcz do nich nienawiść, i nawiedzali wybrane kawiarnie, niosąc pad pachą, niczym relikwie, najnowszy tomik ulubionego poety, który niestety, podobnie jak oni, był zupełnym beztalenciem, ale oni doskonale się w nim rozpoznawali, jemu zaś przychylny los i sprzyjające okoliczności dawały słodkie złudzenie sławy. Kładli na stole, obok filiżanek kawy ze śmietanką, wielbiony tomik wydany w numerowanych egzemplarzach, którego każda strona wydrukowana na papierze japońskim była pokryta dwiema lub trzema linijkami pseudohermetycznych bredni i pretensjonalnych niedorzeczności. U wszystkich tych osób, które rozpoznawał po niezawodnych znakach zewnętrznych, u wszystkich tych fabrykantów sztuki i literatury, ludzi o podejrzliwym spojrzeniu, których usta nigdy nie uśmiechały się szczerze, Hebdomeros wyczuwał s k r ę p o w a n i e; czuł, że jakiś s u p e ł nie pozwala im swobodnie poruszać rękami i nogami, biegać, wspinać się, skakać, pływać i nurkować, dowcipnie opowiadać, pisać i malować, słowem - r o z u m i e ć. I często, u wielu osób, nawet u tych, którzy wśród pobratymców uchodzili za ludzi inteligentnych, dostrzegał ów supeł i niemożność rozumienia; i dlatego supeł był dla Hebdomerosa znakiem nieskończenie głębszym i bardziej niepokojącym niż znak ityfalliczny czy też znak kotwicy lub obusiecznej siekiery. L u d z i e - s u p ł y, jak ich nazywał, byli dla Hebdomerosa żywym i bezspornym symbolem ludzkiej głupoty. Postrzegał zresztą życie jako horrendalny supeł, który może rozplątać dopiero śmierć; śmierć zaś uznawał za ponownie zawiązany supeł, który z kolei mogą rozplątać narodziny; sen był dla niego p o d w ó j n y m s u p ł e m; całkowite rozplątanie supła należy do wieczności, która wymyka się życiu i śmierci. Niemniej te niejasne okoliczności nie zabraniały ludziom oddawać się zwykłym zajęciom. Poniedziałki i piątki były dniami targowymi; w te dni pośrednicy i handlarze ciągnęli z zakątków owej płaskiej i monotonnej okolicy do miasta w długich, milczących kolumnach; zbierali się na placu targowym. Wielu z nich cierpiało na choroby weneryczne, które przeszły w stan chroniczny, gdyż były źle leczone w stadium początkowym; korzystali z krótkiego pobytu w mieście, żeby popołudniami odwiedzać specjalistów; oni zaś nigdy nie omieszkiwali, niezależnie od przypadku, wyznaczyć im następnej wizyty za tydzień. Pod koniec dnia plac z wolna pustoszał; dotknięci syfilisem lub tryprem handlarze wracali do swoich miejscowości w długich, ciemnym kolumnach, a plac ponownie się wyludniał, jakby oddziały wojsk wymiotły go salwami z karabinów. Na bruku, jako jedyny ślad po ciżbie, walały się odpadki wszelkiego rodzaju; zwłaszcza skórki pomarańczy i rozgniecione niedopałki papierosów; na tak sponiewieranym placu wojownicy z brązu trwali w bojowej postawie, jakby szły za nimi falangi zaślepionych żołnierzy, tylko dla nich widoczne, a kamienni uczeni, politycy z marmuru, niekiedy poszarzali od dymów unoszących się nad miastem, rozmaici wielcy ludzie, nieznani i wyłysiali, pochylali się nad książkami, przyrządami i zwojami papieru. Słońce chyliło się nad linią horyzontu, kładąc długie promienie na głównej drodze, która łączyła miasto z sąsiednimi miejscowościami. Pasterzy, wracających o tej porze ową drogą na zachód do swoich osad, raził w oczy późny blask; przeszkadzał im doglądać stad i niepomiernie drażnił. Unosili się wtedy gniewem, krzyczeli na psy, które, wystraszone naganą swoich panów, zaczynały biegać na prawo i lewo, szczekać, przynosząc więcej zamieszania niż pożytku; żeby widzieć lepiej, pasterze, nadal przeklinając, lewą ręką osłaniali czoło na kształt daszka, a prawą wymachiwali długim, nieodłącznym kijem, który, widziany z boku, przypominał hełm wojowników z malowideł na greckich wazach. Promienie słońca kładły się teraz horyzontalnie na purpurowym pyle drogi, a cień sylwetek pasterzy i kijów wydłużał się niepomiernie, zogromniały zagarniał miasta, krainy i morza, docierał do kraju Kimeryjczyków, tam, gdzie lodowate wiatry długo utrzymują śnieg na zboczach gór; sięgał ziem, których mieszkańcy przez cały rok ubrani są w grube futra i mają trudną do spamiętania obsceniczną mitologię.

[Tarent]

Słońce znikało za horyzontem niskich wzgórz; cienie wznosiły się ku niebu i okrywały ziemię; u góry po lewej stronie w rozjaśnionej przestrzeni błyszczał surowy i zimny sierp księżyca, a oczyszczający oddech nadchodzącej nocy spływał na miasto, gdzie zamierały ostatnie odgłosy ludzkiej pracy.

Po opuszczeniu miasta Hebdomeros zatrzymał się w dolinie, która leżała w niewielkiej odległości od najwyższej góry na wschodzie. Miał rozpocząć długą nocną wspinaczkę i chciał zebrać siły; usiadł na kamieniu, na którym położył starannie złożony płaszcz i pogrążył się w medytacji; przy każdym wspomnieniu kurtyna pomału szła w górę. Hebdomeros z radością dał się ponieść nostalgii; jedną z jego głównych słabości była tęsknota za przeszłością, choćby taką, której nie warto żałować; dlatego też lubił sypiać popołudniami; był zdania, że nic tak skutecznie nie wywołuje wspomnień, jak chwile poprzedzające popołudniową drzemkę lub po niej następujące. Mówił do przyjaciół, że to kwestia praktyki; ale nie zawsze były to wyborne umysły, jakby sobie tego życzył; otaczali go młodzi i silni ludzie, pełni dobrej woli, ale nieporadni i często niezdolni do przeniknięcia jego wyjątkowej osobowości i wyrafinowanego umysłu. "Z początku", mówił Hebdomeros, "potykamy się i brudzimy przy pracy; opryskujemy ściany, pozbawiamy blasku dotykane przedmioty; wprowadzamy zamęt; zmięte papiery i brudne szmaty zaścielają podłogę; nieumyślnie nakładamy maskę klowna; wychodzimy na ulicę, nie wiedząc, że mamy na plecach esy-floresy i nos wymalowany na zielono, co oczywiście budzi śmiech i ludzie odwracają się za nami na ulicy. Potem, wraz z wiekiem i doświadczeniem, dyscyplina, wiedza i umiejętności biorą górę nad popędami; nabieramy manier wybitnego chirurga, stajemy się zarazem wyrafinowani i wpływowi; w naszych poczynaniach daje się dostrzec pozorną opieszałość, zwłaszcza jeśli zestawimy ją z werwą młodości; ale za tą opieszałością gromadzą się dzieła, seryjnie, systematycznie; tworzą zadziwiający kapitał, niespotykane rezerwy; stawiamy solidne punkty oparcia; otwieramy nieograniczony kredyt tym, którzy udzielają nam gwarancji; wprowadzamy do obiegu świata nasze dzieła-inwestycje; wysyłamy je daleko, do krajów jeszcze mało zbadanych, na których nasza tysiącletnia tradycja słabo odcisnęła swoje stemple i pieczęcie; dlatego też mówię wam, przyjaciele: obierzcie jakąś metodę, nie trwońcie sił; obejrzyjcie każdy znaleziony znak; na wprost i z profilu, w trzech czwartych i w skrócie; potem pozwólcie mu zniknąć i przekonajcie się, jaki kształt przyjmie w waszej pamięci; zobaczycie, z której strony przypomina konia, a z której gzyms sufitu; kiedy przypomina drabinę, a kiedy hełm z pióropuszem; w jakim położeniu jest podobny do Afryki, która przypomina wielkie serce. Serce ziemi; duże i gorące; ośmielę się powiedzieć - przegrzane; bije zbyt szybko, potrzebuje wyregulowania. Zgodnie z prognozami wielkiego poety, który zmarł przed dwudziestoma laty, właśnie na tym kontynencie wygaśnie ostatnia wielka cywilizacja, zanim glob bezpowrotnie ostygnie i podzieli los Księżyca. Jednakże dziś równie smutne prognozy nikogo nie martwią, tym bardziej, że od dawna jesteście zaprawieni w trudnej grze odwracania biegu czasu i zmiany punktu widzenia; nie chodzi mi o to, żeby wam schlebiać; drwinom sceptyków zawsze przeciwstawialiście upór metafizykujących badaczy oraz tolerancyjną i wspaniałomyślną szlachetność urodzonych liryków. A wy, którzy mniej wierzyliście w przestrzeń niż w czas, zawsze pokładaliście nadzieję w rytmicznym marszu, który prowadzi całe pokolenia, marszu, któremu nic nie może się oprzeć; żyliście w przyjemnym półmroku i chłodzie, jaki zapewniały zamknięte okiennice, chroniące pokoje przed żarem południowego słońca, a także oddawaliście się rozmyślaniom nad teorematami, wyuczonymi na pamięć niczym wieczorna modlitwa, wpojona przez bigoteryjnego nauczyciela zmysłowemu chłopcu". Tak mówił Hebdomeros, a jego uczniowie, do których dołączyło kilku marynarzy i kilku miejscowych rybaków, słuchali w milczeniu, ale ponieważ otaczali go coraz ściślejszym kręgiem, w pewnej chwili musiał postąpić jak Chrystus, który uległ namowom jednego z apostołów: wszedł na łódź przycumowaną do brzegu i stojąc na dziobie, wygłaszał natchnioną przemowę. W oddali, za wzgórzami górującymi nad miastem od wschodu, pierwsze blaski świtu łagodnie zagarniały niebo.

"Co to za hałas dobiega z ciemnych ulic?", zapytał filozof Lyphontius, unosząc głowę w stronę okna pokoju, gdzie pracował przy stole zarzuconym książkami i papierami. Zajmował skromne mieszkanie nad portykami, biegnącymi wokół głównego placu miasta. Mógł dojrzeć z okna plecy posągu swojego ojca, ustawionego na niskim cokole pośrodku placu. Ojciec także był filozofem, a doniosłość jego dzieła skłoniła współobywateli do wzniesienia mu pomnika na największym i najpiękniejszym placu miasta. Okoliczne domy były raczej niskie i łatwo można było dostrzec wzgórza, na których tu i tam widniały wille i tarasy podtrzymujące wspaniałe ogrody. Na szczycie najwyższego wzgórza stała wielka budowla, którą uznawano za klasztor, ale przypominała raczej twierdzę czy też koszary lub prochownię; otaczał ją mur z blankami, podziurawiony otworami strzelniczymi.

Kiedy daleko na morzu pojawiały się czarne żagle pirackich statków, mieszkańcy willi śpieszyli schronić się w tej budowli; zabierali ze sobą najcenniejsze przedmioty, książki, narzędzia pracy, bieliznę i ubrania; ale nie broń; broń budziła w nich odrazę, a zresztą nie potrafili się nią posługiwać. Nie tylko nie trzymali u siebie broni, ale nawet unikali, zwłaszcza przy dzieciach, wypowiadania jej nazw; słowa: rewolwer, pistolet, karabin, sztylet były uznawane przez tych histerycznych i purytańskich ludzi za tabu; a kiedy jakiś przybysz, nieznający tutejszych obyczajów, zaczynał rozprawiać o broni, atmosfera z miejsca robiła się lodowata, i nie dało się już poprawić nastroju. Kiedy przypadkiem były przy tym dzieci, atmosfera stawała się nieznośna. Jedyną dopuszczalną nazwą broni była armata, ponieważ nie ma zwyczaju trzymania w domu armat. W opuszczonych willach zostawały tylko stare meble i wypchane słomą zwierzęta - ich obecność w pustych pokojach wprawiała w przerażenie piratów, którzy jako pierwsi otwierali drzwi, upojeni rzezią i rabunkiem. Uciekinierzy cieszyli się wszelkimi wygodami. W podziemiach zgromadzono wielkie zapasy. Na wewnętrznych dziedzińcach urządzono wymyślne ogrody; były tam słoneczne zakątki z drzewami owocowymi, a także kwietne altany, fontanny zdobne w piękne posągi, i baseny, w których pływały ryby, a łabędzie nieskalanej bieli dryfowały pod wiatr. Wszystko to pozwalało oblężonym zapomnieć o swoim smętnym położeniu i dawało im złudzenie, że rezydują w uzdrowiskach, prawdziwych ziemskich rajach na planecie, których mieszkańcy, zmęczeni prowadzeniem interesów i troską o ich pomyślność, kurują w upalne lato otłuszczoną wątrobę i wzdęty żołądek. Hebdomeros nie podzielał zdania sceptyków, którzy uważali, że to wszystko bajki, że centaury nigdy nie istniały, podobnie jak fauny, syreny i trytony. One zaś, ku uciesze Hebdomerosa, stały pod drzwiami, grzebiąc kopytem i machnięciami ogonów odganiając muchy, które uparcie obsiadały ich boki wstrząsane dreszczami; wszystkie tam stały, centaury o srokatych zadach; wśród nich starcy: wiekowe centaury; większe od pozostałych, ale chudsze; wyglądały na wysuszone, jakby ich kości pod ciężarem lat wydłużyły się i rozrosły; w cieniu gęstych białych brwi, osobliwie kontrastujących z ciemnym kolorytem twarzy, czaiły się jasnobłękitne i łagodne oczy, niczym oczy nordyckich dzieci; ich spojrzenie było przesycone bezgranicznym smutkiem (smutkiem półbogów); uważne i nieporuszone jak spojrzenie marynarzy, górali, łowców orłów i kozic, wszystkich tych, którzy przywykli do patrzenia w dal i rozpoznawania z daleka ludzi, zwierząt i rzeczy. Inne, młodsze, waliły się po zadach otwartymi dłońmi i wierzgały, kopiąc płoty warzywnych ogrodów. Czasem dorosły centaur odłączał się od grupy i drobnym kłusem zbiegał plątaniną ścieżek do rzeki; tam przystawał, żeby pogawędzić z grupą praczek, które, klęcząc na brzegu, tłukły kijankami brudną bieliznę. Bliskość człowieka-konia wprawiała najmłodsze z nich w drżenie. Hebdomerosa, który niejeden raz był świadkiem takiej sceny, ciekawił niepokój młodych praczek; tym razem sądził jednak, że odkrył przyczynę: to z pewnością dalekie echa mitologii, mówił sobie; i rozmyślał dalej: nawiedzana przez reminiscencje kobieca wyobraźnia, zawsze gotowa wyobrazić sobie nieszczęście, przedstawia sobie p o r w a n i e; oto centaur płynący pod prąd unosi ze sobą kobietę wyjącą i potarganą jak pijana bachantka; na brzegu zaś Herkules, ciężko dysząc, wypuszcza zatrute strzały; widać też zakrwawioną chlamidę; chlamidę, która ciemnieje i nabiera barwy winnego osadu, a potem mocno przywiera do torsu centaura, jak doskonały odlew.

Ale najstarsze praczki uspokajały młodsze, mówiąc, że nie ma powodu do obaw, przynajmniej nie w tej chwili; po krótkiej pauzie, kiedy wydawało się, że przywołują wspomnienie z dnia procesji, dorzucały: "Tego dnia jedliśmy kolację wcześnie, tuż przed zachodem słońca, i kiedy najmłodsze córki wynosiły ze stołu resztki jedzenia i wytrzepywały na podwórzu obrusy poplamione sosami i czerwonym winem, słońce oświetlało jeszcze okolice i rozpalało ognie w oknach niskich domów. Procesja nadchodziła z daleka, pięła się drogą, która nagle spadała w dolinę, i mieszkańcy mieli wrażenie, że oto bezkresnym morzem sunie poszarzałe molo; dźwięki grzechotek i huk petard były ogłuszające. Kolumna poruszała się z zapałem, ze sztandarami na wietrze, unosząc wysoko, niczym reje żaglowca na wzburzonym morzu, dziwne szyldy, na których wyryto lub namalowano niepokojące znaki, punkty zapalne inspiracji równie kapryśnych, co nieoczekiwanych, dających gwarancje spokojniejszego czasu, który nastąpi, kiedy zamilkną usta wyroczni, jak gdyby duch opuścił ziemię. Oto są epoki, młode przyjaciółki, nie należy do nich wracać o zmierzchu, i nie można pozwolić, żeby roztargnieni dozorcy zamknęli nas w opustoszałych świątyniach, w nadziei, że sen w bliskiej obecności posągu bóstwa przyniesie nam odpowiedź na pytania i otworzy drzwi w nieznane lub też uniesie kurtynę skrywającą tajemnicę od dawna zapieczętowanych komnat. O ruiny! Świątynie Neptuna zatopione w morzu. Fale wpędzają figlarne delfiny do sanktuarium, dokąd w normalnych czasach nawet ktoś wtajemniczony wchodził z drżeniem, trzymając ubłocone sandały w ręku". Teraz na świątecznym rozdrożu zapanowały zamęt i tumult, zatrważające. Spoceni szynkarze w pośpiechu wynosili stoły na chodniki. Maski wychylały się z niskich balkonów, bez skrępowania wpatrując się w purytańskich przechodniów. Tymczasowi bogowie o nieprzeniknionych obliczach i w udrapowanych szatach siedzieli z godnością na tarasach kawiarni; wszędzie widać było rzęsiście oświetlone parterowe pokoje z otwartymi oknami; całkowity brak taktu, cynizm, niepojęta wprost samowola; całe orszaki bez uprzedzenia wpadały na ulice, gdzie tłoczyli się ludzie; nie było wiadomo, dokąd zmierzają, ale kiedy docierały do końca ulicy, skręcały nagle w lewo ruchem typowym dla ryb w słojach, po czym obrawszy właściwą drogę, znikały w ciemnościach pól; z daleka rozlegało się szczekanie psów; radosne grupy młodych ludzi w trójrożnych kapeluszach ze wstążkami pędziły przed siebie, wykrzykując trywialne żarty. W kawiarniach jak sześciany dymu panowało nieustanne napięcie, bezmyślnie próbowano śmiać się z niepomiernie głupich dowcipów, bywalcy zaś przerzucali się nonsensownymi kalamburami. Czy teraz szampana damy na deser? Czy teraz szampan, a damy na deser? Koparkę zasypała lawina. Kop, arkę zasypała lawina!4 Był też klient, który twierdził, że okoliczne cielęta złożyły się na wieniec dla rzeźnika, zmarłego poprzedniego dnia.

Czy można zatem wracać? Pojazd zaprzężony w pięć koni ruszyłby kłusem, w asyście oddziału kawalerii; przez cały dzień w słońcu i przez całą noc na wysokiej górze, czarnej jak wyrzucony na brzeg wieloryb, ten olbrzymi mężczyzna, ten heros, wyciągnięty na szczycie, czuwałby, wpatrując się w gwiazdy. Gdzie jesteście, dzieci? Hebdomeros jest zakochany w Louise, służącej z domu naprzeciwko; włożył nowe ubranie; dzwony biją w dzwonnicach parafialnych kościołów, a wiosna uśmiecha się w warzywnych ogrodach. Wiosna, wiosna! Orszak żałobny, widok złowróżbny. Truposze w smokingach leżą w odkrytych trumnach, ustawionych na plażach południa; daje się wyczuć natrętny zapach cytryny, która podobnie jak czosnek i cebula sprawia, że potrawy są ciężkostrawne; oto drzewka pomarańczowe ze swoimi obscenicznymi kwiatami, których symboliki nie sposób wyjawić. Dokąd idziesz, człowieku w płaszczu z karakułowym kołnierzem? Pierwowzorze wielkiego podróżnika, który gotów jest bronić chore dziecko przed drapieżnymi rękami bandytów w pociągu śmierdzącym bydłem, które zmoczyła sierpniowa ulewa. Dokąd idziesz, wojowniku o mętnym spojrzeniu, w hełmie na głowie? Z sercem z ołowiu, ze wzrokiem skierowanym na wioski uczepione skał niczym gniazda sępów, gdzie chciwy zysku oberżysta szerokim łukiem zakreśla sczerwieniałą ręką rozległą dolinę, której środkiem płynie woda, czasem równie nieprzejrzysta, czasem równie lśniąca jak życie człowieka. Czy trzeba z tego powodu rezygnować z miejsca w pierwszej klasie, chociaż kupiło się bilet, i upierać się przy pozostaniu w drugiej mimo łagodnych nagabywań konduktora? Ale to jezioro jest równie olbrzymie jak morze, i podobnie jak morze zdolne do groźnych napadów gniewu; wtedy uważaj, żeby się nie utopić, a jeśli ruszą ci na ratunek łodzie motorowe, będziesz wiedział, co to znaczy urodzić się na nowo w letnie popołudnie, kiedy trotuary umyte przez ulewę tak niezawodnie odbijają światła witryn, że można by uznać, że jesteśmy w Wenecji; a co z tym uroczym miastem amfiteatralnie wzniesionym wokół jeziora? Ale tym razem jest to inne jezioro, spokojne, niepomarszczone, krzepiące. A gdy pogoda nie dopisuje i wielkie krople zaczynają spadać na powierzchnię wody, duże ryby biorą i wyciągasz wędką po dwie naraz, wielkie czarne ryby! Czy nazwiesz to R z e z i ą N i e w i n i ą t e k? Hebdomeros protestował; nie zwracając uwagi na pasażerów, którzy przechodzili po kładce, drwili z niego i trącając łokciami swoje żony, parskali śmiechem, wyznał, że czuje odrazę do scen biblijnych i określił je jako niemoralne i lubieżne; utrzymywał, że w przedstawieniu Chrystusa pod postacią baranka kryje się podnieta zmysłowa szczególnego rodzaju, na zakończenie zaś wygłosił przesadną pochwałę kawiarni, w których stoją czerwone aksamitne kanapy, a sufit ma zdobienia modne w roku 1880.

"Tam", mówił Hebdomeros głosem stłumionym ze wzruszenia, "czujesz się wolny od wszelkich zewnętrznych zagrożeń; nawet jeśli zaciekły wróg wyśle doborowe oddziały pod bramy miasta, jeśli na horyzoncie pojawi się ogoniasta kometa, jeśli pary lwów zionące ogniem będą spacerowały głównymi ulicami, jeśli ptaki o żelaznych dziobach obsiądą drzewa na placach, jeśli szybkie jak błyskawica owady zaczną brzęczeć na dymiących odchodach ofiar cholery, kiedy już znajdziesz się w tej kawiarni, wszystko będzie ci doskonale obojętne. Kiedy tam trafisz, będziesz bezpieczny, i stając na palcach, zdołasz ujrzeć przez lufcik, jak nieprzyjacielskie statki spuszczają kotwice na wprost pustego wybrzeża, a wojownicy w szalupach podpływają do brzegu, pośpiesznie bijąc wiosłami o wodę. Wśród uciekinierów tworzy się więź solidarności; każdy ma swoje zajęcie i określone stanowisko; kobiety i dzieci wysyła się na zaplecze, gdzie znajdą schronienie za stosem kufrów i skrzyń z zapasami żywności. Tam wszystkie te istoty, niezdolne do podjęcia niebezpiecznych i męczących działań, spędzają czas na szykowaniu jedzenia: suszonej koniny, sucharów, miodu i kawy, pitej na gorąco i z przyprawami; zajmują się także starannym czyszczeniem broni i naprawą butów oraz odzieży; najmłodsi wyruszają na polowanie, bo trzeba pomyśleć o zimowych zapasach; pora jesienno-zimowa daje już o sobie znać; ciągłe deszcze rozmyły grunty, ścieżki zrobiły się śliskie; pod wysokimi trawami tworzą się kałuże, a gdzieniegdzie nieśmiało wystają jeszcze chabry i stokrotki, żeby poetycką nutą uprzyjemnić ten kawałek drogi pilnym uczniom, którzy radośnie i wytrwale studiują w salach o surowym wystroju, gdzie wszystko jest obietnicą; niedźwiedź polarny, który mozolnie wędruje wśród brył lodowych lub walczy z morsem o rozszarpaną rybę, i struś w szalonej ucieczce przed arabskim jeźdźcem; i jeszcze mosty i zamki z niezliczonymi wieżyczkami, i ruiny, w których tysiące kruków założyły gniazda. Hebdomeros czuł się bezpieczny w tej chacie, w okolicy nie dostrzegał śladu ludzkiej obecności; ale mimo budzących zaufanie pozorów miał się na baczności; był czujny, w nocy sypiał z jednym okiem otwartym, mając w zasięgu ręki laskę nabijaną ołowiem i pistolet automatyczny; często nie zdejmował nawet butów i kładł się na wpół ubrany, żeby stawić opór w razie przykrej niespodzianki. Ale minęła zima i nie zaszło nic szczególnego. Zrobiło się cieplej, łąki pozieleniały; koziarze zeszli z okolicznych gór, wygrywając wesołe melodie na długich miedzianych fletach; wszędzie widać było zwiastuny wiosny; w tym północnym kraju pojawiała się nagle, z zaskoczenia, niczym dekoracja po podniesieniu kurtyny; nad przyrodą unosiła się nuta symbolizmu; niezliczone małe kaskady, zasilane topniejącym śniegiem, spływały skocznie z gór; aniołowie o skrzydłach tak olbrzymich, jak skrzydła orła, lecz utkanych z białych i miękkich piór, jak pióra gęsi, siedzieli na skraju ścieżek, z ręką wspartą na wielkich kamieniach milowych z wyrzeźbionym wizerunkiem Janusa o dwóch twarzach, nad którym górował męski organ; aniołowie tęsknie spoglądali na objęte pary, które znikały pod kwitnącymi migdałowcami; wulkaniczną i górzystą krainę od strony Wschodu przemierzały bandy myśliwych, którzy w towarzystwie sfory psów zawzięcie polowali na nieliczne ocalałe sztuki przynależne do rzędu gruboskórych. Wysoko na niebie sępy zataczały wielkie koła; to schodziły niżej, to znów wzbijały się wyżej w obawie, żeby nie dosięgła ich z ziemi jakaś przykra niespodzianka, lecz ani na chwilę nie traciły z oka myśliwych. Ich cel był jasny: poczekać, aż gruboskóry zwierz zostanie powalony i rozebrany na kawałki, i uraczyć się resztkami, kiedy już ostatni myśliwy i ostatni pies znikną za wyłomem skał. Pomimo obecności sępów i kości zwierząt bielejących gdzieniegdzie pośród szarych głazów, kraina ta nie miała w sobie nic szczególnie dzikiego ani pustynnego; wielkie instalacje górnicze ożywiały ją z każdej strony; kominy dymiły, wagoniki gnały po miniaturowych torach; brodaci inżynierowie o twarzach przekrwionych z gorąca biegali tu i tam, korzystając z nielicznych wolnych chwil, żeby łowić na wędkę lub strzelać z rewolweru do pustych butelek. Jedyną rozrywką był wieczorny teatr marionetek. Był to pomysł rzeźbiarza o głowie asyryjskiego króla, rzeźbiarz chwalił się, że jest uczniem modnego mistrza, a w towarzystwie był bardzo ceniony, bo grał na flecie, chociaż nawiasem mówiąc, niedobrze. Spektakle marionetek nie zawsze miały przebieg tak spokojny i prostoduszny, jak można by sądzić; kiedy lalkarz, człowiek histeryczny i miewający ataki epilepsji, wprawiał w ruch wycięte z kartonu kukiełki o kreteńskich oczach, wydawał czasem takie okrzyki, że obudzeni majstrowie wyskakiwali z łóżek i biegli uruchomić syreny alarmowe. Hieny porzucały na wpół wygrzebaną z ziemi padlinę i czmychały w stronę najbliższych gór. Woźnice, którzy, powożąc, zwykle drzemali, i tylko przy jakiejś przeszkodzie odmykali oko, zrywali się na równe nogi i zdjęci paniką trzaskali z bicza, aż konie zaczynały biec z brzuchami przy ziemi; wozy te, rozpędzone nocą, miały w sobie coś apokaliptycznego. Opuściwszy monstrualny dworzec metropolii, gdzie prawie osiem milionów ludzi krzątało się od rana do wieczora bez ładu i składu, Hebdomeros wyruszył w stronę rewiru nocnych zabaw, który choć znajdował się w środku miasta, był odrębnym światem. Ten rewir miał ograniczenia i linie graniczne, swoje prawa, statuty i niewiele brakowało, żeby gorliwi celnicy ustawili się w drzwiach i spytali, czy jest coś do zgłoszenia. Na skraju tej trudnej do nazwania strefy ustawał wielkomiejski młyn; konwulsyjny ruch pojazdów i rozwibrowana bieganina pieszych zamierały wreszcie, jak zamiera fala na plaży. S z c z ę ś c i e m a s w o j e p r a w a, taki napis, ułożony ze świetlistych liter, widniał na drzwiach frontowych, wbudowanych w łuk triumfalny, na którym wyrzeźbione w drewnie kobiety, pomalowane spokojnymi, choć wyrazistymi kolorami, dęły, niczym uparte trytony, w długie trąbki sławy. Wznoszące się obok fortece, schroniska tych, o których co prawda fortuna nie dba, lecz wdzięczność i dobroć ludzka o nich nie zapomina, czuwały samotnie w mroku; ich podniosłe sklepienia trwały w milczeniu należnym wypoczynkowi; była już późna i ciemna nocna godzina; świat spał pogrążony w niezmąconej ciszy, burza w niespokojnym sercu Hebdomerosa nareszcie ucichła. Sława przeszłości, próżność bohaterskich czynów i wznoszone z lęku przed zapomnieniem piramidy, które przywódcy kazali budować opłacanym najemnikom, oni zaś, całkowicie obojętni, pracowali, myśląc o czymś innym, o narzeczonej lub żonie, które czekały na nich tam, na dole, z dala od hałasu i dymów, w spokoju domowego ogniska, przy oknie otwartym na świeżość ogrodu, gdzie tysiące robaczków świętojańskich przewiercało mrok iskrzącymi błyskami. Na próżno orszaki królewskie postępują naprzód po szerokich regionalnych drogach; z daleka ich odświętny wygląd wydaje się jakby pomniejszony, niestety! Gdyby nie błyszczący oręż jeźdźców z eskorty, można by uznać, że to gromada Cyganów w łachmanach, jadących żebrać o chleb pod nieubłaganym słońcem i przy ciągłym zagrożeniu ze strony ubłoconych brytanów, które okrutni wieśniacy puszczają ich tropem. Jeśli uwierzyć, że litość może prowadzić do miłości, na szerokim horyzoncie życia Hebdomerosa zamajaczyła obietnica niewysłowionych uczuć. Bezbrzeżne tęsknoty i porywy, które podczas bezsennych nocy w pociągach kolei państwowych przybierały w jego zmąconej wyobraźni zagadkowe kształty olbrzymiego charta niewiarogodnej długości, który jednym skokiem wzbija się ponad świat i jak meteor przelatuje nad pstrokatymi połaciami miast, nad oswojonymi lasami, gdzie każde drzewo ma swoją nazwę i historię, nad rozległymi polami, dającymi obfity plon z ziaren, które przezorny rolnik zasiewa we właściwym czasie; litość Hebdomerosa obejmowała całą ludzkość; zarówno człowieka rozmownego, jak i małomównego, cierpiącego bogacza i nędzarza, ale najgłębszą litość odczuwał dla ludzi, którzy samotnie spożywają posiłki w restauracji, zwłaszcza jeśli siedzą przy oknie, a przechodnie, okrutni i obcesowi, zjawy żyjące w innym środowisku, mogą splamić bezwstydnym spojrzeniem dziewiczą czystość, tkliwą niewinność, bezmierną czułość, niewypowiedzianą melancholię przeżywanej chwili, chwili samotnej wśród innych, okrywając ją wstydem tak głębokim i dojmującym, że trudno zrozumieć, dlaczego personel lokalu wraz z szefem i kasjerką, nie wyłączywszy mebli, obrusów, karafek, naczyń, a nawet solniczek i najdrobniejszych przedmiotów, nie rozpływają się w potokach łez.

[Monreale]

Po wielkich hipostazach, do których doprowadzały sejsmiczne wstrząsy, przychodziły niezapomniane spektakle, których Hebdomeros nigdy nie opuszczał. Miliony i miliony wojowników napadały na kraj, depcząc winnice; można by sądzić, że wypadli z gór, takich z tektury, z map domniemanego sztabu generalnego, gór poprzebijanych jaskiniami, które w monotonnym świetle sączącym się z sufitu wyglądały na jeszcze mniej prawdopodobne. M y r m i d o n o w i e! M y r m i d o n o w i e! ... echo tego okrzyku odbijało się wzdłuż pustych plaż, jak w epoce trzeciorzędu. Niebo, oglądane z perystylu, było czyste i granatowe; barometry w biurach wskazywały stałą pogodę, ku rozpaczy nawigatora karaweli, znieruchomiałej pośrodku oceanu. W innych miejscach kuli ziemskiej, tam, gdzie złowieszcze jeziora o nieporuszonych i ciemnych, niezgłębionych wodach otwierały niespokojne oko, zwrócone ku niebu jak oko skabera, którego prosty rybak uroczo nazywa rybą-klechą, a chmury, ciężkie niczym skały i czarne jak noc, kapryśnie rozstępowały się cięte ostrymi kątami błyskawic; długie, gęsto splecione sznury deszczu padały i padały bez końca prostopadłymi wiązkami na powierzchnię jeziora, które zaczynało się gotować; woda w wodzie; opuchnięci filozofowie, półbogowie, którzy tak bardzo chcieli zadbać o prostotę i bezceremonialność, że stali się pozerami, udawali przebiegłych i po zawieszeniu ubrań na opryskanych wapnem konarach mizernego figowca wchodzili do wody, ż e b y s i ę n i e z a m o c z y ć, jak mawiali, i niekiedy całymi dniami czekali na te niezwykłe burze, żeby zażartować sobie w wyszukany sposób. Hebdomeros był oburzony, bo głowę miał zajętą czymś innym. "Krasomówstwo przeszłości", mówił do przyjaciół, "wobec tych żenujących wystaw, zbytkownych martwych natur, na których banany i ananasy hurtem lądują na wypatroszonych koziołkach i barwnych bażantach, wobec tak wielkiej zuchwałości prowokacyjnego dobrobytu, tak bezmiernej zniewagi, policzka wymierzonego nędzy i umiarkowaniu, widziałem, jak zemsta szydzi w cieniu. Wtedy między wywróconymi stołkami i kawałkami stłuczonego szkła zrzucone na podłogę obrusy owijają się niczym pułapki na słonie wokół nóg kelnerów, obciążonych naczyniami, i powodują prawdziwe katastrofy; zabiegani kelnerzy przewracają się, wszystko rozbija się przy akompaniamencie powodzi wszelkiej barwy sosów, w których pływają, niczym szczątki, kawałki pieczonych i zesztywniałych kurczaków". Hebdomeros dłużej nie wytrzymał, podniósł się jak cień, który pnie się po wilgotnych murach lochów, w świetle latarni ustawionej na ziemi, wstał, a jego głos zabrzmiał poważnie, ale i dziwnie, jakby on sam nie widział dwóch tysięcy sześciuset siedemdziesięciu pięciu twarzy ludzi, którzy przyszli, żeby go posłuchać, i byli w niego wpatrzeni. Wreszcie odzyskał kontakt z rzeczywistością i wspomniał wrześniowe poranki na świętym wzgórzu górującym nad miastem; z miejsca dały się słyszeć głosy: "Akropol, Akropol!" - "Nie", powiedział z miłym uśmiechem, "tym razem nie chodzi o akros ani o polis; i jakkolwiek mamy tu Peryklesa, nie jest on tym, o którym odruchowo myślicie, tym, którego dosięgnęła zaraza pod koniec gorącego letniego dnia i który był przyjacielem malarzy, rzeźbiarzy, architektów i poetów; Perykles, którego wam przedstawię, jest jednooki, i żeby ukryć tę ułomność, nosi hełm nasunięty do połowy nosa; odznacza się jednak stylem i pewną elegancją, zwłaszcza, gdy niedbałym gestem zarzuca sobie chlamidę na lewe ramię; jego długie, krzywe nogi nie tylko go nie ośmieszają, ale przywodzą na myśl, mimo anachronizmu, starych pikadorów, którym wiek nakazał wycofać się z areny, oni nadal za nią tęsknią; trzyma w lewym ręku monetę i długo, w milczeniu, z głową lekko odchyloną do tyłu, ze wzruszeniem wpatruje się jednym okiem (trzeba to podkreślić, skoro ma tylko jedno oko) w wygrawerowany profil kobiety. Pomiędzy tambury zwalonych kolumn, wieczorami, kiedy plac pustoszeje, wielkie klacze chore na czerwonkę przychodzą łakomie skubać delikatne rumianki, kwitnące w cieniu sławnych ruin. Wierni, ci, których nie pokonały strach, egoizm i haniebne tchórzostwo, którzy woleli poskromić lęk i spojrzeć śmierci w twarz, i stojąc mocno na nogach w żelaznych nagolennikach, trwali na miejscu, zamiast okryć się hańbą - w przebraniu ciężarnych chłopek wmieszać się w stado dwunożnych owiec i uciec na przeładowanych łodziach, którym każde uderzenie wiosła grozi zatonięciem. Leżeli teraz na ziemi wokół Hebdomerosa, w leniwych i imponujących pozach, i słuchali, jak mówi, podobnie jak piraci słuchają herszta, który opowiada potworne historie o abordażach i nocnych walkach. Kiedy nadchodził wieczór, długie światła reflektorów ustawionych przez buntowników na okolicznych wzgórzach rzucały rażące błyski we wszystkich kierunkach, zakłócając spokój szlachetnej grupie ascetycznych wojowników i zawiedzionych dżentelmenów; tym, którzy mieli szczęście znaleźć się w pobliżu nagromadzenia ruin przypadkiem rozrzuconych w taki sposób, że utworzyły jaskinię, gra świateł mniej przeszkadzała; ale tym, którym pozostawało opierać zmęczone plecy o twarde i zimne tambury zwalonej kolumny, groziła noc bez spoczynku. Zdarzało się czasem, że niektórzy z nich odwracali się od morza, ponieważ widok plaży ich nie interesował. To był zresztą ich świat, ich środowisko, i na rybakach nawykłych do mitologii morskiej nie robiło najmniejszego wrażenia to, co działo się wokół, byli raczej zaciekawieni obecnością wielkich hoteli, oświetlonych z góry na dół i świecących niczym latarnie morskie na wysokich, urwistych falezach, u których stóp bezgłośnie umierały długie fale. Okna były otwarte; bogaci klienci w strojach wieczorowych wyszli na balkony i tarasy, zwabieni szeptami morskich bogów wyrzuconych tam, w dole, na ciemną plażę.