Péter NádasŚwietliste detaleprzełożyła Elżbieta Cygielska
Nie było odwołania, w niedzielne południe obiad musiał być gotowy. Gdy rozlegały się dzwony, gorąca zupa stała na stole, parując. Nie żeby dziadek się tego domagał. Mam na myśli dziadka ze strony matki, dziadka Taubera. Na ile go znałem, dla niego mogła być o pierwszej, letnia, nie przywiązywał wagi do takich spraw. Niewiele zresztą jadł. I rzadko się odzywał, przeważnie krótko, węzłowato. Kiedy wstawał od stołu, skinieniem głowy dziękował za obiad. Choć nie wiadomo było, komu dziękuje. Dziękował chyba babci, a może Bogu, czyjemu Bogu, naprawdę trudno powiedzieć. Nigdy nie widziałem, by obchodziła go jakaś rzecz miałka. Był człowiekiem eterycznym, chudziutkim, przez skórę na klatce piersiowej wyraźnie prześwitywały mu żebra. Kiedy ostrożnie przyciągał mnie do siebie i wyrzucał w powietrze, bym pofrunął, fruwa Péter, hop i fruwa, po czym leciałem w dół, a on w ostatniej chwili jednak mnie łapał, spadł ptaszek, mam ptaszka, to wszystkimi członkami dotykałem jego obnażonego wręcz szkieletu; nawet dziś czuję kości barków, obojczyków, wystające żebra.
Ale wciąż nie rozumiem, w jaki sposób ten spadający, rozdokazywany ptaszek bodaj raz nie dotknął jego warg. Ptaszek spada, ustrzelony przez myśliwego, albo gdy mu nóżki skostnieją na mrozie.
Mój dziadek nader ostrożnie gospodarował emocjami, nigdy nie widziałem, by coś go wzburzyło. Czasem tylko żartobliwie skwitował jakąś sprawę, przydając jej wagi. W głębi jego stoickiego spokoju drzemało jednak coś groźnego, co budziło lęk, toteż córki się go bały, ja też się bałem, i to bardzo, lecz nie potrafię sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby kiedyś naprawdę stracił cierpliwość. Gdy miał do kogoś pretensję, spojrzeniem ciskał gromy, robił się czerwony na twarzy, lecz nigdy nie wybuchał. Raczej krył gniew za powiekami, skwapliwie, poniekąd ze skruchą, zamykał oczy na to, co się w nim działo.
Fruwanie trwało dłużej niż spadanie, wydawało się nie mieć końca, zapierało dech; pewnie dlatego pragnąłem latać, unosić się bez tchu, przytomność odzyskiwałem dopiero w kościstych ramionach dziadka, gdy mnie chwytał. A potem znowu wyrzucał w powietrze. Albo sadzał na kolanach i udawałem jeźdźca. Z pewnością lubił tę zabawę, choć zarazem okropnie go nudziła. Jako jeździec musiałem mocno trzymać się w siodle, bo koń brykał, parskał, był narowisty. Bywało niebezpiecznie, bo dziadek wykonywał trudne do przewidzenia ruchy, ale że z wyczuciem, we właściwym rytmie reagowałem na jego symulację, wiedziałem bowiem, co robi, na co mnie naprowadza, był zachwycony efektem i chichotał w najlepsze.
Chichotał, śmiał się bezgłośnie, z rozchylonymi ustami spoglądał w niebo i cieszył się, że dzieciak jest zręczny, nie brak mu refleksu. Od tamtej pory nie widziałem, by ktoś tak bezgłośnie chichotał.
Ta zabawa wymagała samokontroli, tyle że innej od niego, innej ode mnie. Dzisiaj, kiedy rankami nieśmiało wracam do tej sceny, znów ją odgrywam i analizuję, dostrzegając coraz to nowe szczegóły, które pączkują i łączą się z innymi zatartymi szczegółami, mam wrażenie, że dziadek lękał się przyjemności, jaką miał z tej zabawy. Z trudem dawał się do niej namówić, trzeba było go prosić, wciskać się między jego kolana, lecz kiedy wreszcie skapitulował, gdy znalazłem się dostatecznie blisko, by czuć ciepło jego ciała, to już nie potrafił się oprzeć, brał mnie na kolana, ale nawet wtedy nieprędko, z wahaniem się rozgrzewał, i w sposób ściśle kontrolowany poddawał się bliskości. Bez wątpienia monotonia tego rytuału, jego mimetyczny charakter, nudziły go, co dziś już potrafię zrozumieć; ja natomiast musiałem wytrzymać kontakt z jego kolanami, które miały ostre kontury, i było to bolesne. Znosić ból, by doznać przyjemności. Mnie również nudziła imitacja. To całe udawanie i sztuczność. A jednak większa była radość z zabawy niż zażenowanie z powodu naśladownictwa.
Fakt, że musiałem przez to przechodzić, też sprawiał mi radość. Podobnie jak brak tchu, ten stan poprzedzający fazę, gdy zaczynałem się dusić, i niemy śmiech dziadka.
Dziadek śmiał się gdzieś w pustkę, w powietrze, lecz w jego śmiechu powietrza nie było, pewnie z powodu ciężkiej astmy. Nawet przy najmniejszym wysiłku dziadek oddychał szybciej, świstało mu w płucach. Lekarze nazywają to dusznością. Astma jest chorobą negacji, rezygnacji, to autonegacja, powiadają fachowcy. Marcel Proust też miał astmę, wtedy jednak nie potrafiono jeszcze powiązać jej z bronchitem, neuralgią i alergią. A skoro zarówno Proust, jak i mój dziadek cierpieli na tę chorobę, skąd mamy wiedzieć, jaki jest człowiek, który sam siebie nie neguje, jest wolny od wszelkiej sztuczności, antymimetyczny. Taki człowiek z całą pewnością naśladuje wyłącznie cechy własne, które zna na wylot. Lecz po co miałby to robić. W ostatnich dziesięciu latach tak właśnie musiało być z dziadkiem. Po pewnym czasie człowieka nudzi to, co dotąd lubił, czuje, że wyczerpał wszystkie warianty. Napięta skóra na jego czole, nad skroniami, lśniła, na grzbiecie dłoni widać było poplątane, nabrzmiałe żyły. Wydawały mi się niezwykłe. Ich rysunek i funkcja frapowały mnie nawet wtedy, gdy byłem już młodzieńcem, a szczerze mówiąc, odstręczały. Wręcz bałem się pomyśleć, co też się dzieje w jego organizmie pod skórą, w żyłach, sercu, lędźwiach, w płucach, jelitach, wzdrygałem się na myśl o ich funkcjonowaniu, podziwowi dla faktu, że działają bezustannie, towarzyszył dreszcz odrazy, która jednak niebywale i nieprzystojnie mnie podniecała. Musiałem uważać, by nie dać się wciągnąć w spiralę podziwu dla natury; droga romantycznego samouwielbienia była w naszej rodzinie zakazana. Miałem ostrożnie przyłożyć palce i śledzić, jak bije serce. Zachwyceni, badaliśmy z dziadkiem puls. Z pomocą tego triku - czyli spoglądania na zegarek i liczenia uderzeń serca, gdy słyszałem w uchu delikatne tykanie lub rytmiczne bicie - udawało się dziadkowi odwrócić moją uwagę. Patrzyliśmy na wskazówkę sekundnika, liczyliśmy uderzenia serca, aż ochłonąłem. Szukaliśmy też tętnicy. Chyba w ten sposób nauczyłem się liczyć do dziesięciu, na swojej tętnicy lub na tętnicy dziadka; skończyć z histerią, ostudzić emocje, czym prędzej podnieść pokrywę i wypuścić parę. Nie zawsze mi na to pozwalał, czasem jednak mogłem przesunąć trochę żyły widoczne pod skórą na jego skroniach, i czekać, aż wrócą na miejsce, co trwało dość długo.
Pewnie chcąc się uwolnić od jednego uciążliwego obowiązku, od zabawy, dziadek zastawiał pułapkę w postaci tej drugiej gry.
Dziadek nie grał w karty ani w szachy, gdy bywaliśmy u nich w Göd nad Dunajem, w ośrodku wczasowym Robotniczego Towarzystwa Gimnastycznego, w słynnym Gnieździe, czyli w starym, kupionym na spółkę drewnianym domku, który wypróbowani przyjaciele dziadka nazywali willą Tauberów. I zaraz wybuchali śmiechem, bo niegdyś sami dla żartu umieścili ten napis na fasadzie chaty postawionej na piaszczystym brzegu, na wysokich bocianich nogach, i popołudniami grywali tam w siatkówkę z młodzieżą, dziadek zaś ubrany w trykot kąpielowy z przełomu wieków, z tym swoim niezmiennym uśmiechem na twarzy, obserwował ich z ocienionego dzikim winem drewnianego tarasu.
Rzadko też chodził z nimi pływać.
Domek stał na palach, by go powódź nie zniosła. Ale był w związku z tym jak pudło rezonansowe. Słyszało się tu każdy ruch, cały trzaskał i dudnił, a ponieważ takie domy stały na brzegu długim szeregiem, od świtu do późnej nocy brzeg również dudnił.
Nie mówili, że idą popływać, tylko że się zamoczą.
[niedzielne popołudnie w Pesterzsébet, 1959]
Zamoczyliśmy się.
Wydeptaną do cna ścieżką szli w górę rzeki po stronie Vácu, przez zarośla wierzbowe, a potem, tylko miarowo wyrzucając ramiona, pozwalali się nieść leniwemu nurtowi z powrotem. Leżąc na plecach, unosili się na rozmigotanej w słońcu powierzchni, gawędzili sobie, ich głosy zaś niosły się w dal po wodzie, podobnie jak owo dudnienie.
Przeciwległy brzeg je odbijał, więc wracały.
Spłynęliśmy, tak to określali.
Pewnego zimowego popołudnia nauczył mnie jednak grać w bierki, w mikado. Była to bodaj jedyna gra, która przykuwała jego uwagę. Pozwolić, by oznaczone paskami wedle rangi pałeczki, mandaryn, bon zen, samuraj i kulis, rozsypały się, a potem po jednej, za pomocą dwóch innych, zbierać je ze stosu, ostrożnie przesuwać, przyciskając palcem spiczasty koniec, ustawiać bierkę albo, chwytając ją palcami z dwóch końców, podnosić tak, żeby reszta ani drgnęła. Nie tylko widzieć, ale wręcz przeczuwać pozycję upatrzonej bierki. I uważać na oddech, nie doprowadzić do katastrofy. Dziadek nauczył mnie, że najpierw trzeba wypuścić powietrze, by potem bezpiecznie wstrzymać oddech. Gdy robimy to z pełnymi płucami, od wysiłku drżą nam ręce. Po piętnastu latach przydało mi się to doświadczenie; uczyłem się fotografować, bez statywu czy podpórki trzymać kamerę, kiedy zachodziła potrzeba długiej ekspozycji.
Lecz znałem już tę metodę.
I to on nauczył mnie grać w domino. A więc, jak widać, dwóch cichych gier.
Dla wyciszenia mnie znosił w milczeniu i tę najcichszą, pozwalał, bym eksperymentował z jego żyłami. Przestawałem tylko dlatego, że wyczuwałem w nim opór.
Trzymał się prosto, ale głowę pochylał, skromnie, nieomal wstydliwie, pochylał głowę przed światem, gdy stał, pochylał głowę, gdy siedział, jakby uparcie dawał do zrozumienia, że nie, nie chce nad nikim górować, nie chce nawet mieć racji, w czymkolwiek, choć nie powiedziałbym, by mój dziadek był człowiekiem potulnym; raczej do siebie niż innych kierował ów potulny uśmiech spod gęstego, starannie przystrzyżonego wąsa, spozierając zza okularów w drucianych oprawkach. Dziś dochodzę do wniosku, że uśmiechał się z wyżyn swego nieprzejednania, by dodać sobie otuchy. Odwieczny uśmiech pomagał mu nie tracić cierpliwości. Cudownie potrafił wylegiwać się w trawie, na łóżku, na wilgotnym piaszczystym brzegu rzeki, leżeć w hamaku pośród rzucających skąpy cień akacji i nadbrzeżnych wierzb oraz topoli. Zazdrościłem mu, próbowałem go naśladować, jedną stopę krzyżował na drugiej, ręce składał na piersi, jak do modlitwy. I zawsze robił wrażenie kogoś, kto o sprawach wielkiej wagi rozmyśla, beztrosko bujając w obłokach, nam jednak nie wolno było mu w tym przeszkadzać. Minęło prawie pięćdziesiąt lat, gdy nagle zdałem sobie sprawę, że ja też od dawna lubię leżeć pod gołym niebem. Rozmyślając tak, czasem zasypiał, ja też czasem zasypiam, a kiedy dłużej leżał, z tym pogodnym uśmiechem na twarzy, to i jego astmatyczny oddech się uspokajał. Bardzo proste wytłumaczenie. W takiej pozycji przeważnie udawało mu się unikać ataków astmy. Uśmiechał się również, gdy pracował, zdejmował wtedy okulary w drucianych oprawkach, a bez okularów jego twarz była naga, obca, bezbronna; ze szkłem powiększającym w oczodole pochylał się nad przedmiotem, który obrabiał, czasem zaś brał silniejszą lupę. Taki powiększający sześciokrotnie Rodenstock w ruchomej oprawce jest jedynym materialnym dziedzictwem, jakie mi po nim zostało; miał ich całą kolekcję. W końcu zajmował się detalami detali, których nie sposób dostrzec gołym okiem. Tuż przy głowie łopotał mu, sycząc, wąziutki płomień gazowy, palnik Bunsena. Godzinami siedziałem obok niego na wysokim stołku w pracowni jego starszej siostry przy ulicy Holló, teraz mówię, że godzinami, ale czy aż tyle, nie wiem, bez wątpienia z pół godziny, może czterdzieści minut, dopóki ktoś po mnie nie przyszedł. A tego dnia przyszła po mnie babcia, matka mojej matki, Cecilia Nussbaum, która stąd udała się do hali targowej przy na wpół zrujnowanym placu Klauzala, nie wiem dlaczego, nie wiem, dlaczego właśnie wtedy, skoro zwykle chodziła na targ przy placu Garaya. Tam miała swoją przekupkę, swego koszernego rzeźnika. Ten ranek wczesnego lata pamiętam dokładnie, świeżo polane wodą ulice, przydźwigany z placu Klauzala kosz pełen produktów. I to, jak babcia odgrywa dla nas, a już z pewnością dla siebie, dramat dźwigania tego ciężkiego koszyka. Pewnego razu przyszedł po mnie ojciec, który pracował opodal, przy jednej z pobliskich ulic, na piątym piętrze ogromnego, słonecznego budynku; dopóki po mnie nie przyszli, mogłem się przyglądać, jak dziadek szykuje stanowisko, dobiera narzędzia. Musiałem tylko uważać, by nie spaść z wysokiego stołka ani niczego nie ruszać, nie przełożyć z miejsca na miejsce. Ojciec w krótkim, wystukanym na maszynie wspomnieniu, w którym usiłował zawrzeć wszystko, ale to wszystko o naszej zmarłej matce, napisał do swoich dwóch synów, że zanim on też odejdzie, dość dawno musiał tak postanowić, odchodzę, tego wstydliwego określenia użył w zawczasu napisanym liście pożegnalnym, a więc zanim odejdę, lecz nagle w środku zdania przerwał zapiski. Bez wątpienia w chwili, gdy nieodwołalnie postanowił, że nas ze sobą zabierze. Tak to nazwał: zabiorę. Wybaczcie mi, ale ich też musiałem zabrać ze sobą. Napisał tak w zasadniczej części listu, powstałej na długo przed skierowanym do nas dwóch mętnym dopiskiem. Stał nad moim młodszym bratem, gdy ten spał, z pistoletem w ręku, i nie był w stanie wystrzelić. To właśnie dopisał. Gdyby zaczął ode mnie, może by mu się udało.
Być może przerwał te zapiski w pół zdania, ponieważ uświadomił sobie, że porywa się na rzecz niemożliwą, chcąc nakreślić portret kogoś, kto ma wprawdzie na koncie skromne życiowe dokonania, poza rodzinnymi, te jednak, nie tylko z uwagi na bieg historii, ale właśnie przez nieudaną próbę ich uwiecznienia, wydają się bledsze, niż były w rzeczywistości. Chciał napisać i zostawić nam szkic do bohaterskiej epopei o naszej matce. Chyba w nadziei, że ktoś tę epopeję kiedyś napisze. Ale matka nie była heroiną. Rodzinne przykazania nie dopuszczały żadnej chełpliwości czy choćby bohaterskiej lub cierpiętniczej pozy. Człowiekowi wolno zdobyć się na heroizm najwyżej przed samym sobą. Robisz, co robisz, lecz nie po to, by ktokolwiek był ci wdzięczny. Jak napisał w liście pożegnalnym: nie zostawi nas nikomu na karku. Dla kogo więc pisał, po co pisał te skromne słowa o zmarłej żonie, skierowane do dwóch synów, Pétera i Pála, których i tak musiał zabrać ze sobą, by nikogo nimi nie obarczać? W przerwanych zapiskach pracownię dziadka ojciec umieszcza przy ulicy Dob. Możliwe, że wcześniej, przed oblężeniem, rzeczywiście tam była, ja jednak, po oblężeniu, chodziłem na ulicę Holló. Z tego, co pamiętam, przy ulicy Dob mieściła się pracownia złotnika, a właściwie srebrnika, gdzie moja babcia, jako młoda dziewczyna, pracowała w charakterze szlifierza. Właśnie przy okazji tych wyjątkowych zakupów na placu Klauzala pokazała mi, gdzie się z dziadkiem poznali. Obie ulice znajdują się w samym centrum miasta. Rozmyślałem potem, co by było, gdyby babcia nie poznała dziadka i nie urodziła mojej matki, która nie poznałaby mojego ojca, i co by z tego wynikło. Nie potrafiłem sobie wyobrazić. Odtąd przez całe życie myślałem o takich rzeczach, coraz sprawniej i głębiej, w miarę jak przybywało mi zwojów mózgowych. Ulica Holló była krótka i ciemna, prawie nie widziało się stamtąd nieba. Parę dni temu nadłożyłem drogi, by ją znowu zobaczyć i odnaleźć tamten dom. Nie wydała mi się taka wąska ani taka ciemna, jak ją zapamiętałem. A może się zmieniła. Tak czy siak, dom pod numerem 1 przy ulicy Holló był tym domem, który zachowałem w pamięci. Wejście do pracowni znajdowało się nie od ulicy, lecz od podwórza. Człowiek wchodził do pomieszczenia bez okien, a drzwi zamykały się za nim samoczynnie. Gdy się zamknęły, to już nie mógł wyjść, bo od wewnątrz nie miały klamki. Obraz ten stał się nieodłącznym elementem dręczących mnie sennych koszmarów. Trzeba było zadzwonić do jakichś innych drzwi, też bez klamki, ale przez mleczną szybę widziało się już zaciszną pracownię. Niestety, nie potrafię sobie przypomnieć, ile razy dziadek zabrał mnie ze sobą na ulicę Holló, może dwa, a może ze trzy, nie więcej. Najpierw zaskoczyło mnie samo słowo "kruk"1. Jedno jest pewne, miała dla mnie wiele niespodzianek. Co najmniej od stu lat ulica Holló była w Peszcie ulicą złotników. O tym, że kruk to wielki ptak, dziadek powiedział mi w pracowni, cichutko naśladując jego głos i trzepotanie skrzydeł, trzepotał, wyginał dłoń, udawał kruka stroszącego lśniące czarne pióra, być może dlatego ta ulica przez całe lata wydawała mi się ciemna, kruk podskakuje, a na herbie króla Macieja trzyma w dziobie pierścień. Narysowaliśmy kruka. Narysowaliśmy ów złoty pierścień. Narysowaliśmy herb sprawiedliwego króla Macieja. Jak powiedział kruk. Nie wiedziałem, co to znaczy sprawiedliwy. Niewiele było słów, których znaczenie rozumiałem. W pracowni panowała cisza, mnie też nie wolno było głośno mówić. Nie wypadało nawet szeptać. Jeśli ktoś koniecznie musiał się odezwać, mówił stłumionym głosem, wręcz bezgłośnie. Co miało świadczyć o tym, że nikt tu niczego nie ukrywa, a przy tym jest taktowny. Chyba z uwagi na fakt, że zajmowano się tu kosztownościami, ważne było, by nikt nie miał przed nikim tajemnic, by wszystko działo się jawnie i w przytomności innych. Nieufność musiała tu być koszmarem. Podobnie jak nadmierne zaufanie. Nie tylko na słowa, lecz i na gesty należało uważać. Byle głośniejszy dźwięk mógł spowodować omsknięcie się w palcach jakiegoś narzędzia. Pracowali we czterech, mistrz i jego trzej pomocnicy, każdy pochylony nad własnym stołem, sami mężczyźni, ciszę zakłócał tylko syk palników. Okna pracowni wychodziły na podwórze. I jedynie stamtąd docierały wyraźniejsze odgłosy.
Dozorca szlauchem zmywał kurz z podwórza, potem je zamiatał, po korytarzu na piętrze i po klatce schodowej ganiały się dzieci, trzaskały drzwi i okna.
Dziadek naprawiał lub dorabiał drobne detale, elementy biżuterii, złamane szpilki, agrafki, klamerki albo uszkodzone korpusy. Dziadek tworzył klejnoty. Zwężał albo poszerzał pierścionki, wprawiał oczka, jeśli się zgubiły, jedne wymieniał na inne, także w naszyjnikach. Oczka, czyli drogie kamienie. To również było nowe słowo, z pracowni, tak jak klejnot, oprawa, naszyjnik, kamień szlachetny, a zwłaszcza półszlachetny. Półprawda. Często słyszałem w domu słowo "półprawda", wymawiane pogardliwie, co położyło się na nim cieniem, i na wszystkich, które zawierały owo "pół". Przez lata, dziesiątki lat, nie rozumiałem, czym jest w słowie ta połówka. To kamień szlachetny, diament. Brylant. Tak, tak też się mówi, ale my tak nie mówimy. A jednak dziadek mówił raz diament, raz brylant. Musiał wiedzieć dlaczego, był fachowcem. A to kamień półszlachetny. Leżały takie w wysłanych aksamitem długich szkatułkach, wyjmowano je stamtąd pojedynczo, pincetą. Nie wyglądały, jakby w połowie były prawdziwe, w połowie zaś fałszywe. Nawet połowa nie była prawdziwa, ale półszlachetny to jednak nie to samo co półprawda.
Słyszałem też określenie - cała prawda, i również nie rozumiałem. Zapamiętujemy to, czego długo nie potrafiliśmy zrozumieć, oraz to, czego nie rozumiemy tak naprawdę całe życie. "Półszlachetny" - to było długie słowo, złożone, intrygujące, które zresztą łatwo się dzieliło. Inaczej - oprawa. To brzmiało mi jakoś płasko, banalnie.
Osobliwie napawał mnie nieufnością fakt, że obrabiano tylko tę połowę kamienia, która miała być widoczna, szlifowano ją, polerowano. Stąd pewnie kamień półszlachetny. Układano go potem na płask i oprawiano w to banalne słowo. Czasem ktoś wstawał i podchodził do kogoś innego z takim miniaturowym cackiem lub kamykiem na tacce, pokazywał mu, tamten oglądał go albo kładł sobie na dłoni i podnosił do lupy, którą trzymał w oku. Wtedy mieli już pewność co do wartości kamienia, wiedzieli, gdzie przebiega granica między tym, co w nim prawdziwe, a co fałszywe, odróżniali tę fałszywą połówkę. Lecz raczej nie omawiali tego, naradzali się w milczeniu, bo rozumieli się bez słów, wystarczały im gesty, skinienia głową, monosylaby. Pamięć na równi przechowuje to, co zrozumiałe, i to, co niezrozumiałe, choć to drugie ma większe znaczenie. Jakoś jednak nie pamiętam tych czeladników, tylko sytuację, nie pamiętam ich twarzy ani postaci, ani wieku. Pamiętam, jak byli rozlokowani w pracowni, miejsca, jakie zajmowali względem światła, pamiętam relacje świateł. To obszerne pomieszczenie było dość jasne, okna miało wysokie, lecz tylko w górnej części przeźroczyste, niżej matowe, z tak zwanego dymnego szkła, glify okienne sięgały sufitu, ogromne szklane tafle można było ustawiać pod kątem, a kiedy słońce zaczynało razić, przywracać do pionu, z czego dzisiaj wnoszę, że musiał to być klasycystyczny budynek o grubych murach.
Idąc śladem wspomnień, natrafiłem na ów klasycystyczny budynek. Peszteńskie Śródmieście zostało zbudowane w charakterystycznym powściągliwym, niemal surowym stylu, który bezwzględnym poszanowaniem dla symetrii przypomina styl koszarowy. Jest to najstarsza architektoniczna tkanka tej dzielnicy, co oznacza, że Peszt należy do nowszych miast, i choćby pod tym względem różni się od starej gotyckiej oraz barokowej Budy. Tak naprawdę to Peszt jest moim miastem rodzinnym.
Pod lupami, na ruchomych statywach, umieszczone były silne lampy, oświetlające nie tyle stoły, ile obiekty, które obrabiano, wszyscy mężczyźni siedzieli tyłem do światła naturalnego. Dziadek pracował przy użyciu malutkich narzędzi, małego pilniczka, małej miedzianej wagi, które przechowywano pod szklanym kloszem, by nie osiadał na nich kurz, w pracowni stało dużo takich wag pod kloszami, używał też małej pincety, małego hebelka, małego imadełka, małej polerki, miniaturowych kamiennych miseczek, foremek odlewniczych, tygielków, różnej wielkości naczyń z rączką, by z pieca, który żarzył się w głębi pracowni, przenosić w nich płynny ołów, cynę, metale szlachetne, złoto, może nawet platynę, sam już nie wiem, operował przeróżnymi cążkami, dłutami, niklowanymi szczypczykami z drewnianym uchwytem, gdy akurat wygładzał srebrną lub złotą nić nad syczącym płomieniem; był złotnikiem. W tamtych czasach istnieli jeszcze srebrnicy, ci robili galanterię stołową, małe kropielnice, których wnętrza złocili, papierośnice, tabakiery, sosjerki, też złocone w środku, całe garnitury sztućców i akcesoriów stołowych, których wręcz trudno było nastarczyć pańskim domom, świeczniki, serwetniki, tacki, podstawki i rozmaite zmyślne instrumenty do serwowania potraw, szczypce, chwytacze, łopatki do tortu, widelce do mięsa, piętrowe patery do owoców, dzbanki, solniczki z kryształowym wkładem, osobno do soli trzeźwiących, osobno do soli jadalnej, koszyki na chleb i drobne pieczywo ze srebrnej, misternej plecionki, popielniczki, snuffery, miseczki do płukania zatłuszczonych palców itd., itp. Myślę, że dziadek uśmiechał się tak do siebie z radości, jaką dawała mu ta wymagająca wielkiej precyzji praca i dla rozładowania napięcia, będącego skutkiem bezustannej koncentracji. Uśmiechał się zawsze, wiodąc to swoje skupione życie złotnika, choć tak naprawdę nie wiem, z jakiej przyczyny się uśmiechał.
W całym mieście, w całym kraju, w całym cesarsko-królewskim imperium, gdy w południe zaczynały bić dzwony, siadało się do niedzielnego obiadu. Zupa musiała być gorąca i musiała parować. Mężczyzna z zasady nie tolerował letniej zupy, toteż żona by mu takiej nie podała. U dziadków ze strony matki jedzenie się wydawało, u dziadków ze strony ojca podawało. Podano do stołu. Zum Tisch. Kiedy mówiono coś w obcym języku, miało to żartobliwe lub ironiczne zabarwienie. A table. Ostatni sygnał, by usiedli do stołu również ci, którzy dotąd wszelkie wezwania puszczali mimo uszu. U babci zupa parowała, ale gdzież wtedy było już to prześwietne podwójne imperium, ze swymi prowincjami dziedzicznymi, z obcymi słowami i różnicami językowymi, które odzwierciedlały hierarchię. Uległo implozji. Mężczyźni przegrali dwie wojny światowe, w dwóch wojnach światowych polegli. Nie było w mieście człowieka, który by kogoś lub czegoś nie stracił. Gdy w niedzielne południe jedliśmy obiad, miasto wokół nas leżało w gruzach, ziało wyrwami, zapadało się w sobie, zmagało z rozkładem.
Pewnego dnia w pobliżu Városliget runął z hukiem wielopiętrowy, mocno uszkodzony, rozstrzelany wręcz dom, pamiętam ten charakterystyczny, niekończący się rumor, i tę woń, była spokojna niedziela, szliśmy z dziadkiem, chyba aleją Istvána, do parku, gdy nagle u wylotu ulicy coś się zaczęło walić i przeciwległą stronę ulicy spowił pył, ludzie z krzykiem wybiegali z domów, a my staliśmy pośród nich. Zanim chmura pyłu się wzniesie, zawsze czuć tę szczególną woń. O tym wiedziałem, o tym wiedział każdy, kto przeżył oblężenie miasta. Wszyscy zanosili się kaszlem, wszyscy uciekali. Nazajutrz rzecz trafiła do gazet. W sobotę babcia otworzyła "Népszava" i pokazała palcem, popatrz, trafiło do gazety. W peszteńskim żargonie tak określano podobne przypadki. Gdy chodziło nie o coś, lecz o kogoś, zwłaszcza po nazwisku, mówiono, że został opisany albo przedstawiony w gazecie. Długo żyłem w przekonaniu, że już zawsze tak będzie, że w każdej chwili może się zdarzyć; domy się walą i wiadomość o tym trafia do gazet. Taka jest kolej rzeczy. Byle tylko nie trafić do gazety, Boże broń. Świat wokół nas w ten sposób właśnie się kręci. Elemér w każdym razie nie trafił do gazety. Kikuty zburzonych mostów wystają z Dunaju. To moje życie.
Widzę je, te mosty, na ówczesnych fotografiach, niczym złamane skrzydła spłoszonych ptaków, lecz wtedy nie myślałem o ptakach ani o złamanych skrzydłach. Nie myślałem o zagładzie, bo zagłada jako taka była sposobem istnienia. Oczywistością. Czy mógłby istnieć jakiś inny most? Nie, bo taki już los mostów. To jedyna właściwa optyka. Jest ktoś, kto je wysadza, i ktoś, kto buduje, rozumiałem to doskonale, bo po oblężeniu tuż pod moim nosem powstał nowy most. Jeden z kamiennych lwów mostu Łańcuchowego jeszcze przez wiele lat leżał na nabrzeżu, na gruzach rogatki i własnego postumentu. Muszę przyznać, że wolałem tego lwa na rumowisku niż nowo postawionego, który zajął jego miejsce. Rogatki nie wszędzie odbudowano, nie przywrócono ich przy moście Łańcuchowym ani przy moście Małgorzaty, bo już po pierwszej wojnie światowej nikt nie pobierał myta.
Sowieccy saperzy najpierw zbudowali tymczasowy most na palach, żeby ich oddziały mogły się przeprawić do Budy, lecz ten rychło runął pod naporem kry. Jeszcze tej samej wiosny, pośród niekończących się hałasów, zbudowali most pontonowy, którym można się było dostać na wyspę Małgorzaty, a z niej, brnąc przez błoto, grząskie ścieżki wydeptane przez idących tędy wcześniej, mijając zburzoną fontannę, zamarznięte leje po bombach i uszkodzone drzewa, dotrzeć do węższej odnogi Dunaju, a następnie przez inny pontonowy most do Budy. Jeśli istnieje bezkresne pustkowie, to był i pozostał nim dla mnie ten krótki odcinek drogi - samą pustką i samym bezkresem. Dzisiaj mi się wydaje, że bardzo rzadko mnie nieśli. Ale to przecież niemożliwe. Bardziej prawdopodobne, że jako coś naturalnego zapamiętałem właśnie to, że szliśmy. Wszyscy wokół szli. Pamiętam, że szedłem i szedłem, bez końca. Matka na pewno brała mnie na ręce, ojciec na pewno brał mnie na barana, już choćby z tego powodu, byśmy się nie wlekli. Mieliśmy wprawdzie dwa wózki dziecięce, głęboki ze składaną budką i odkryty sportowy, byłem dumny z tego, że mamy dwa, nie wiem, dlaczego byłem dumny, może mówili mi, że powinienem być dumny, inni nie mają żadnego, biedne proletariackie dzieci, a ja mam aż dwa, lecz na tych wojennych wertepach nadawały się one głównie do transportu co cięższych rzeczy.
Żeby przybliżyć atmosferę tamtego czasu, pisała moja ciotka Magda dziesięć lat później, w lutym 1955, na prośbę redaktorki "Irodalmi Ujság", co cytuję z jej datowanego rękopisu, by się przekonać, jak ktoś dorosły z rodziny widział to, co sam widziałem jako dziecko, i czy też miał wrażenie, że uczestniczy w powszechnej wędrówce. Szliśmy i szliśmy. Bo niby gdzie mieli mnie zostawić, i z kim, zaraz po oblężeniu też brali mnie ze sobą, wtedy już zresztą wszyscy byli na ulicy, mogli wreszcie wyjść z piwnic, każdy więc szedł, każdy coś dźwigał.
Atmosferę czasu, powtarzałam sobie w duchu, droga Sarolto, a przecież wtedy musiałyśmy nie tyle oddychać atmosferą, ile patrzeć pod nogi, kiedy zmierzałyśmy od jednej grupy kobiet do drugiej, pisze moja ciotka, choć nie udało mi się dociec, kim była owa Sarolta, która poprosiła ciotkę o spisanie wspomnień, może poetką Saroltą Lányi. Rzecz jasna z braku jakichkolwiek środków komunikacji, szłyśmy piechotą. Patrząc uważnie pod nogi, by nie nastąpić na minę, nie wpaść do leja po bombie, nie potknąć się o ludzkie albo zwierzęce zwłoki, czy też o jakieś pianino lub przewrócony karabin maszynowy, gruzy, czyjeś rzeczy, o coś, czego tam w ogóle nie powinno być, pisze ciotka, a co wszędzie zalegało grubą warstwą i tarasowało dawne ulice i uliczki zburzonego miasta. Śmiertelne niebezpieczeństwo czyhało na nas nie tylko pod nogami. Musiałyśmy bowiem spieszyć z pomocą matkom, które straciły nadzieję, niedożywionym niemowlętom, osieroconym dzieciom. Takie to były czasy, taka atmosfera, i wciąż słyszało się strzały. Oddziały niemieckie z Budy ostrzeliwały Peszt, ale strzelano też z niektórych domów w Peszcie. Sowiecka artyleria odpowiadała im ogniem. Gdy podchodziłyśmy zbyt blisko sowieckich pozycji, rozeźleni żołnierze wrzeszczeli: czego te baby tu szukają.
Szedłem, musiałem iść, pokonywać naturalne przeszkody, w miarę możliwości dotrzymywać kroku innym. I też patrzyłem pod nogi, bo i gdzie miałem patrzeć, gdyśmy wymijali kupy gruzu. Moja ciotka chyba się pomyliła, nie zapamiętała, ale można to sprawdzić w rodzinnych papierach, że nasza droga najpierw prowadziła na plac Kálmána Tiszy, zarówno jej, jak i moja, ale rzeczywiście strzelano wówczas z Budy w kierunku Pesztu. Rodzice usłyszeli, że Węgierska Partia Komunistyczna zajęła siedzibę Volksbundu na placu Tiszy, nie wiem, od kogo i jak się dowiedzieli, że ludzie się tam zbierają, i że legalnie tworzy się nielegalna od ćwierć wieku partia. Do naszej grupy wciąż ktoś dołączał. Od ulicy Damjanicha szli z nami także ciotka Magda, w kaszmirowym turbanie, z nieodłączną etolą ze srebrnych lisów na ramionach, oraz wuj Pali w pelisie i futrzanej czapce. Podczas marszu on też brał mnie na barana. I Lombos, który dołączył do nas na ulicy Rottenbillera, niósł mnie również Kerekes, słynny gimnastyk przyrządowy, najprzystojniejszy sportsmen w towarzystwie gimnastycznym, bardzo mi imponował, trochę utykał, więc i ja w rytm jego kroków się kiwałem. W snach często powraca do mnie widok zburzonego miasta, lecz na podstawie snów nie potrafię już dzisiaj rozpoznać konkretnych fragmentów. Utkwił mi na przykład w głowie pewien újpesteński krajobraz, ale nie ma tam takiej okolicy ani nawet podobnej. Na własne oczy widziałem ruiny, lecz w świadomości mam tylko inspirowane nimi senne pejzaże. Albo wyrastają ze słowa, które znam, albo już istnieją i są komentarzem do słowa, którego nie pojmuję. Zmęczenie czułem tylko wtedy, kiedy wędrówka dobiegała końca. Byliśmy tu. Byliśmy tam. Aż doszliśmy. Koniec zawsze był nagły. W cieple od razu zasypiałem, choćby na stojąco. Czasem nawet podczas marszu, co spotykało się z ich aprobatą. Od tamtej pory w okamgnieniu potrafię zasnąć. Wśród ich wesołych śmiechów odpływałem w niebyt, w stan, kiedy sen w nagrodę za wysiłek zagarnia ciało, unosi je, bierze w posiadanie i jednym ślizgiem spycha w bezpieczne matczyne łono. Budziłem się a to w częściowo zrujnowanych kawiarniach na parapetach zabitych deskami okien, a to w głębi małych, ciemnych cukierni, na jakiejś cuchnącej dymem papierosowym pluszowej kanapie, i było to słodkie przebudzenie, nie wiedziałem, jak tam trafiliśmy ani gdzie jesteśmy, wokół mnie panował gwar i rozlegał się śmiech żywo gestykulujących kobiet, które potem szły organizować te swoje kobiece brygady, od tej pory na długo każdy był kobietą w mojej pamięci, podczas gdy od pękatego koksownika bił czerwony żar, którego blask przenikał przez płytki tłoczonego szkła maryjnego, świecąc mi w oczy, i odradzała się codzienność, bo oblężenie mieliśmy za sobą.
[chłopiec z domu dziecka, 1962]
Ładniejszy był most na palach, ten, który od razu został porwany przez krę. Lubiłem słowa, na które w drodze natykaliśmy się z ojcem: ponton, fontanna, zator lodowy, bombardowanie, naszyjnik, kamień półszlachetny, lej po bombie, oprawa, jarzmo mostowe. Oparty o balustradę na górnym bulwarze, w roziskrzonym mrozem słońcu, pośród zgrzytania i trzaskania tafli lodu, ojciec tłumaczył mi, jak się tworzy zator, co to jest prąd wodny i prąd powietrzny, co się dzieje, kiedy kra się spiętrza, i trzeba ją wysadzić, by wreszcie ruszyła, skąd przylatują do nas mewy, obserwując je w locie, studiowaliśmy prąd powietrzny, dlaczego, gdy jest zimno, widzimy swój oddech, co to jest temperatura, co się dzieje w powietrzu przy dużej różnicy temperatur, co to jest para wodna, jak powstaje, dlaczego ponton utrzymuje się na wodzie, a nasze ciało tonie. Czyli, co to jest ciężar właściwy, jak się ma grawitacja do ciężaru właściwego. Co to jest masa ciała, jaki związek zachodzi między ciążeniem a siłą, w czym tkwi sekret ciał pływających, jakie są dwa fizyczne warunki unoszenia się ciał na wodzie itd., itp.
Kiedy coś mi objaśniał, przybierał osobliwie łagodny, przymilny ton, wcale się jednak nie dostosowywał do umysłowego poziomu trzy- czy czterolatka. Co najwyżej mówił wolniej, dawkował, dzielił na zrozumiałe, by tak rzec, odcinki to, co miał do powiedzenia. Wciąż jeszcze słyszę ten jego trochę wyższy, a co za tym idzie nieco drażniący timbre. Po latach od krytyka teatralnego Pétera Molnára Gála usłyszałem po raz pierwszy wyrażenie "źle ustawiony głos". Nauczyciel wymowy ustawił komuś głos, przywrócił na miejsce. Okolicznościowa intonacja, rytm zdania dopasowany do faktu, że, jak ojciec przypuszczał, wolno pojmuję, pozostawiły we mnie wręcz fizyczny ślad. Ojciec, kiedy objaśniał, miał źle ustawiony głos. Ale w tamtych czasach istniała pewna nowoczesna teoria pedagogiczna, autorstwa Imrego Hermanna i Emmi Pikler, wedle której każdą rzecz należy tłumaczyć dziecku tyle razy, ile potrzeba. Nigdy z piedestału, nigdy z wyższością, lecz zarazem, broń Boże, nie zaniżając poziomu intelektualnego. Tłumaczymy coś nie głupkowi ani choremu na umyśle, tylko dziecku. Nie jest ważne, by wszechstronnie i dogłębnie pojęło jakieś zjawisko czy proces, jeśli nie rozumie, niech nie rozumie, kiedyś zrozumie, albo i nie, lub zrozumie opacznie, wszystko jedno, my też nie rozumiemy, rozumiemy piąte przez dziesiąte, dużo ważniejsze, by zachowało do nas, a zwłaszcza do wiedzy zaufanie. Musi otrzymać poprawne wyjaśnienie, nawet jeśli nie wszystko ogarnie, ważne, by związki przyczynowo-skutkowe były przejrzyste, a wypowiedź oparta na solidnej konstrukcji. Gdzie kiedy kto kogo czym. Właśnie w takiej kolejności, specjalnie to podkreślali, zaśmiewając się przy tym - musiał ich łączyć jakiś wspólny żart - to zresztą nie jedyne, co mi wpoili. A swoją drogą, w takim samym rygorystycznym porządku, w takim samym ironicznym niedopowiedzeniu spotkałem się z tym dwadzieścia lat później na praktyce dziennikarskiej, kiedy Aladár Ritter, stary redaktor "Esti Hírlap", który już przed oblężeniem pracował w koncernie "Est" - przed oblężeniem, po oblężeniu, to ono wyznaczało granicę epok - z irytacją wyliczał pożądane, wręcz nieodzowne elementy, jakie powinna zawierać wiadomość, porządna prasowa informacja. Kto nie odpowie w niej na pytania, gdzie kiedy kto kogo czym, kto opuści choćby jeden element, ten może pakować manatki, może sobie iść, jest dla mnie dyletantem, zerem, nikim, taki człowiek niech poszuka innego zajęcia, bo w gazecie nie ma czego szukać.
Przyznać się otwarcie, jeśli czegoś nie wiemy. A tylu rzeczy nie wiemy. Nawet o tym, co wiemy, wiemy niewiele. To też należało do kardynalnych zasad. I ojciec, kierując się tymi nowoczesnymi zasadami, pewnie nie zauważał, że źle ustawia głos.
Rozwój mojego młodszego brata notowali w dzienniku, w dużym zeszycie w kratkę, szczególnie wiele uwagi poświęcając temu, jak Pali się rusza, pozwalali mu swobodnie wierzgać, nie krępowali go becikiem, przy okazji lektury tego dziennika dowiedziałem się, że i ze mną tak postępowali, stosując się do swoich nowoczesnych metod wychowawczych. Dziś jest już jasne, że metoda pielęgnacji niemowląt autorstwa Emmi Pikler miała zwolenników. Zresztą nazwisko Pikler i Popper pojawiało się w rodzinie w rozmaitych konfiguracjach, wspominano też innych Piklerów i Popperów. Nie tylko Emmi, która przyszła na świat w Wiedniu jako Emilie Madelaine Reich, studiowała na uniwersytecie wiedeńskim pediatrię, gdzie poznała pewnego Węgra, studenta matematyki, Györgya Piklera, i wzięli ślub. Ja wtedy jeszcze nie bardzo umiałem się rozeznać w związkach i zależnościach, w których pojawiało się nazwisko ojca owego Piklera statystyka, Gyuli J. Piklera, socjologa ze szkoły George'a, wielce cenionego członka Koła Galileusza, ważnego stowarzyszenia budapeszteńskiej inteligencji, działającego na przełomie XIX i XX wieku, długo, bardzo długo przed oblężeniem, który jako jeden z najlepiej przygotowanych teoretyków pracował nad węgierską reformą rolną, już od stu lat niecierpiącą zwłoki, lecz mimo jego rozległej wiedzy i autorytetu owego projektu nigdy nie wcielono w życie.
Jeśli czegoś nie wiedzieli, to zgodnie z agnostyczną manierą modernizmu obydwoje, zarówno ojciec, jak i matka, odpowiadali, że sprawdzą, zajrzą, spenetrują, bo przecież na wszystko jest wytłumaczenie, byle tylko nie odwoływać się do siły nadprzyrodzonej. Jednak skłaniająca się do nihilizmu matka mówiła raczej, że nie ma bladawego pojęcia, albo że nic jej nie świta. Oba wyrażenia były rodzajem zabawy, pewną grą stylistyczną. Mogła powiedzieć, że nie ma bladego pojęcia, ale mówiła bladawego. Te jej językowe demonstracje, którymi wyróżniała się w otoczeniu, nigdy nie uchodziły mojej uwagi. Dopatrywałem się w nich jakiejś tajemnicy. Miała też zwyczaj żartobliwie napadać na mnie i wykrzykiwać: skąd mam wiedzieć, nie jestem wyrocznią. Co znaczyło, że nikt nie jest wszechwiedzący, co najwyżej hochsztaplerzy. Poszukam potem specjalisty, poszperam w encyklopediach, co znaczyło, że liczy się wyłącznie nauka, wiedza fachowa. Nie wolno polegać na żadnych plotkach, wierzeniach czy zabobonach. Albo mówiła: dałbyś już spokój z tymi pytaniami, proszę cię. Nie mamy czasu odpowiadać ci na tyle pytań. My też nie wiemy wszystkiego. Nie jest ze mnie żaden mędrzec, zapytasz kiedyś kadiego, w Konstantynopolu. Konstantynopol awansował do rangi miasta cudów, tam kadi człowiekowi odpowie na każde pytanie. Niestety nie wiedziałem, kto to jest kadi, i jaki związek ma z kadzią. Nie bój się, nie ucieknie ci to pytanie, a jeśli ucieknie, do jutra o nim zapomnisz, to znaczy, że tyle było warte. Tyle co nic. Do żywego dotykała mnie ironiczna, autoironiczna, sceptyczna czy nihilistyczna tonacja tych oświadczeń, odzywek i obietnic. Przyjmowałem je, bo dziecko od matki wszystko przyjmie, lecz nie uważałem za właściwe. Tyle relatywizacji, pustosłowia, przesady, zabawy zwrotami i akcentami, bo przecież nigdy nikogo nie poszukała, niczego nie sprawdziła. Miałem do niej o to pretensje. Pytanie to nie króliczek, co czmycha. Lecz o króliczku też mówiła żartem. Ojciec nigdy nie pozwalał sobie na taką nonszalancję czy ironiczny dystans, gdy chodziło o wiedzę. Bardzo osobiście traktował swoją sokratyczną niewiedzę. Bywał bardzo zaskoczony, och, i tego nie wiem. To mi nigdy nawet nie przyszło do głowy, widzisz, jakie trudne pytanie. Szperał, szukał, naprawdę wertował leksykony i przychodził z uzupełnieniem lub korektą. Cieszył się, że dzięki mojej ciekawości obaj już wiemy. Chciał mnie wychować na agnostyka, podobnie jak matka na sceptyka, lecz ja bardzo wcześnie zacząłem się tym próbom opierać. Wczoraj zapomniałem, ale dzisiaj sprawdziłem. Muszę przyznać, że to była pomyłka, myliłem się. Wczoraj niestety udzieliłem ci fałszywego wyjaśnienia, ale już wiem, zajrzałem, gdzie trzeba. Takie i podobne uprzejme formułki sprawiały mi radość. Cieszyłem się, że oprócz wiedzy dostaję od ojca jego uczynność, uważność, szczerość. Swoją metodą wręcz utrwalał, przenosił na wyższy poziom, mimowolnie ku gnozie kierował moją animalną ciekawość. Matka raczej kładła jej kres, wtłaczała ją w praktyczne ramy. Nie można ciągle pytać i dociekać, czasem trzeba się zająć czymś innym, zamiast rozmyślać - działać, zjeść obiad, kolację, pójść do sklepu.
Później jednak tą swoją uprzedzającą grzecznością ojciec przysporzył mi wielu zmartwień. Niewiedza i pomyłki, do których się przyznawał, nie tylko nie osłabiły, ale wręcz wzmocniły moje zaufanie do jego wiedzy. Ślepo za nim szedłem. Przez pewien czas ufałem, można by rzec, ponad miarę. Przytoczę tylko jeden, bardzo prosty przykład, mający jednak wpływ na całe moje życie, otóż gdy miałem mniej więcej dziesięć lat, uświadomiłem sobie, że mój ojciec jest komunistą, a skoro tak, to i ja jestem komunistą, taki wniosek wysnułem z jego słów, albo muszę nim zostać. Jestem chłopcem, a będę mężczyzną, jak on. Choć już wtedy miałem w zanadrzu niejeden kontrargument wobec tego ich komunizmu. Uważałem, by to, co robią, nie stanowiło dla mnie jedynego wzorca. Nie będę ich małpował, naśladował tylko po to, by ich zadowolić. Lecz od tej chwili, przez niemal trzy lata, uginałem się pod ciężarem synowskiego obowiązku. Komunista to człowiek, który ma takie a takie cechy, co więc powinienem zrobić, żeby być komunistą. Mojego dziadka Taubera komuniści odrzucili, dziadek Nádas odrzucił komunizm, tego nie rozumiałem. Czym jest ciężar właściwy, na czym polegają fizyczne właściwości wynikające z różnicy ciężarów właściwych pierwszy raz zrozumiałem we wczesnym dzieciństwie, z wykładu ojca. W szkole musiałem więc tylko do niego wrócić, żeby znów to pojąć, mniej więcej, zanim ponownie zapomnę. Aha. Kiedyś już to rozumiałem. Wtedy i wtedy, w takiej i takiej sytuacji, bo razem z meritum pamiętałem, rzecz jasna, okoliczności owego rozumienia bądź nierozumienia. Teraz jednak nie rozumiem tego, co wówczas wydawało mi się zrozumiałe. Kiedy bowiem zmieniała się sytuacja, znowu nie rozumiałem. Nie rozumiałem, w jaki sposób mógłbym zostać komunistą, skoro nie mogę być nikim innym, bo już nim jestem. Kobietą przecież nie zostanę. Od tamtej pory badam konstrukcję rozumu, jego morfologiczne powiązania, dzięki którym w ogóle może pojąć materię umysłową, lecz ostatecznie magazynuje tylko takie rzeczy, których sens i system zależności pojął. Kiedy z upływem lat, dysponując całą wcześniejszą wiedzą i świadomością, powoli zaczynałem się przynajmniej domyślać, czym jest ciężar właściwy, albo czym jest komunizm, lub inne rzeczy, zwróciłem uwagę na to, ile razy musiałem każdą taką rzecz pojmować, i to w najrozmaitszych sytuacjach życiowych. Kilka razy. Niezliczoną liczbę razy. Ani razu. Jeszcze więcej czasu minęło, zanim z różnych znaków, które wydawały się nieistotne, pojąłem, że to zjawisko dotyczy także innych ludzi, nie tylko mnie, co z punktu widzenia ludzkiej świadomości znowu oznaczało coś osobliwego. Etapy pojmowania, jego rozmaite stopnie, powtórzenia, meandry i błędne tropy wiązały się z bardzo konkretnymi scenami. Umysł nie notuje nagich informacji, w żadnym razie. Do słownika pojęć, który mam, należy pomocnicza galeria obrazów. Słowo "mewa" w jaskrawym przedpołudniowym słońcu na pokrytym grubą warstwą śniegu újpesteńskim bulwarze, ze skutymi lodem szczątkami wysadzonego mostu Małgorzaty w tle, które przypominają złamane ptasie skrzydło. Mewa to jest mewa. Pierwsze podstawowe pojęcia związane z mechaniką płynów łączę już z obrazem odbudowanego mostu. Z balustradą przy zejściu na wyspę, skąd dobrze widać, jak woda przyśpiesza, rozbija się o filary, a gdy je minie, gwałtownie zlewa się w jeden nurt. Te wspomnienia kojarzą mi się z objaśnianiem zjawiska ruchu, prędkości i siły. Gdy zaś spojrzę w niebo pochmurne, to widok mewy unoszonej przez prąd powietrzny, albo jej pióro, jeśli to jej pióro, od razu przywodzi mi na myśl ojca, który tłumaczy, co to jest ciężar właściwy.
Z lekka się pochylał, brał mnie za rękę, szliśmy, zawsze dokądś szliśmy, wszyscy szli. Gdy wypatrzył coś, co mógłby mi objaśnić, to objaśniał cały proces, jak na przykład budowę mostu pontonowego czy odbudowę mostu Małgorzaty. Wychylając się z osobliwego zapachu, jaki wydzielało jego ciepłe ciało, dzielił się wiedzą. Bardzo trudno przychodzi mi to powiedzieć, ale nie lubiłem jego zapachu. A jednocześnie bardzo się starałem, żeby tę niechęć przezwyciężyć, bo przecież było jasne, że stoi na przeszkodzie miłości, jaką powinienem do niego czuć. I czuję. Lecz tamto uczucie było raczej sensualną radością, sympatią, a ta wytrzymuje odrazę, a przynajmniej nie każe się odwracać. Miłość jest czymś innym, miłość nieustannie chce być ze swoim obiektem sam na sam. Miłość potrzebuje przyjemnych zapachów. Nie bardzo rozeznawałem się w miłości. Słyszałem o tylu jej formach, o przeróżnych, czasem niesamowitych aspektach, że długo, niezmiernie długo, jeśli wziąć pod uwagę czas trwania ludzkiego życia, chyba ze trzy dekady nie czułem, czy raczej, jak mówią inni, nie potrafiłem zinterpretować słowa "miłość". A na przykład słowo "keson", jak i dlaczego budowniczowie mostu używają kesonu, gdy w korycie rzeki stawiają filar, i co robi, na jakie niebezpieczeństwa narażony jest taki robotnik, jak się buduje tamy, co to jest ciśnienie krwi i różnica ciśnień, jak można wyrównać ciśnienie wewnętrzne i zewnętrzne, samo pojęcie wyrównywania czy pomiaru ciśnienia umysł podsuwa mi wraz z obrazem odbudowywanego mostu Małgorzaty i odgłosami brzęczącego metalu.
Nauczył mnie karmić mewy, robiąc szeroki zamach, rzucał w powietrze ugnieciony chleb, kulkę chleba, która odtąd nie była już chlebem, bo to słowo oddzielało formę od treści, a mewa w górze, unoszona niewidocznym prądem powietrznym, pośród wrzasku innych mew, zręcznie ją chwytała. Obserwując korpus ptaka, mogliśmy ustalić kierunek prądu, a uderzenia skrzydeł pozwalały nam mniej więcej ocenić jego siłę. Na takich naturalnych obiektach nauczyliśmy się więc oceniać, tak na oko, oba te parametry. Czasem, robiąc straszny harmider, na jedną kulkę rzucało się stado mew. Choć to bez znaczenia, bardzo dokładnie potrafię określić, kiedy po raz pierwszy mój umysł zarejestrował te pojęcia w języku ojczystym. Południową jezdnię mostu Małgorzaty uroczyście oddano do użytku 16 listopada 1947 roku i tego dnia przyswoiłem sobie nowe terminy. Po oficjalnej uroczystości ojciec udzielił mi pierwszej lekcji z prądów powietrznych. Miałem wtedy pięć lat. Musiał tam być w oficjalnym charakterze, na czas, spieszyliśmy się więc i rozbawiony chwycił mnie pod pachę, strasznie lubiłem, jak mnie tak brał. Kiedy sięgam do tego wątku i szukam odpowiednich informacji, zastanawiam się, dlaczego musiał być na tym otwarciu mostu, i oto widzę, że zastępca kierownika Urzędu ds. Reparacji, György Szentpétery, dżentelmen w starym stylu, emerytowany pułkownik, dokładnie miesiąc wcześniej, 16 października 1947 roku, mianował go radcą tego urzędu. Zgodnie ze swoją profesją był odtąd odpowiedzialny za sprawy związane z siecią niskiego napięcia, czyli za łączność i telekomunikację w kraju, który poniósł klęskę w wojnie i musiał na mocy moskiewskiego układu o zawieszeniu broni i pokojowego traktatu paryskiego wypłacić ogromne reparacje. Że taki traktat się szykuje, wiedziałem już wtedy, jako dziecko, bo wuj Pali rok wcześniej wyjechał na długie miesiące do Paryża, by obserwować rokowania pokojowe; mieszkał razem z członkami węgierskiej delegacji rządowej, w Hotel Claridge na Champs Élysées, jako korespondent swojej gazety i jeszcze jakiegoś innego pisma.
Nareszcie znów pracuję w swoim zawodzie, powtarzał z satysfakcją w tym okresie. Co zwróciło moją uwagę, bo ojciec raczej unikał osobistych wynurzeń. Wcześniej przyszło mu pracować w Zakładach Energetycznych, co miało związek z wysokim napięciem. O sobie w ogóle nie mówił. Dziesiątki lat nie mówił o sobie, jakby nie miał własnych przeżyć, więc i uwag na własny temat nie mógł mieć. Tę jego cechę niestety odziedziczyłem, i szczerze usiłowałem nad nią zapanować. Choć moja szczerość funkcjonuje raczej na poziomie fantazji i fikcji. Dotyczy jednak spraw, które pozwalają na to, bym nie był jedynym podmiotem swoich zdań. Pod koniec życia ojca ta nasza wspólna cecha przybrała postać dramatyczną, co w jego przypadku musiało wynikać po części ze skrzywienia zawodowego, po części zaś z faktu, że działał w ruchu robotniczym. Wtedy już nie mówił o niczym innym, jak tylko o sobie. Winił i oskarżał. Maskując tymi oskarżeniami i samooskarżeniami, do jakiego desperackiego kroku się szykuje. Widniejąca na dokumencie data mianowania wskazuje jednak, że wtedy miał jeszcze nie tylko prawo, lecz i obowiązek kontrolować pod kątem dostaw reparacyjnych wszystkie działające na Węgrzech fabryki, zakłady przemysłowe i przedsiębiorstwa. Prawo takie dawało mu rozporządzenie nr 1500/1946. M.E. Na mocy ustępu 3 owego rozporządzenia mógł wszczynać postępowanie przeciwko tym, którzy utrudniali mu działania. I bez wątpienia korzystał z tego prawa, zgodnie ze swą radykalną naturą podejmował odpowiednie kroki wobec sabotażystów. Co jednak w tym momencie historycznym nie było radykalizmem komunisty, tylko radykalnym interesem państwa. Umowa o zawieszeniu broni z 20 stycznia 1945 i podpisany w lutym 1947 traktat pokojowy określały ścisły harmonogram transportów, a zarazem wysokość odsetek za opóźnienia. Wprawdzie latem 1946 rząd sowiecki darował rządowi węgierskiemu sięgającą 6 milionów dolarów karę z tego tytułu, to w tej samej chwili dług znów zaczął rosnąć. Opóźnienia i kary za opóźnienia stale były przedmiotem domowych rozmów, bardzo wcześnie dowiedziałem się więc, co to jest procent i procent od procentu. Pojęcie odsetek kojarzy mi się z galeryjką na szóstym piętrze domu przy ulicy Pozsonyi, kiedy starając się je zrozumieć, patrzę na otwarte drzwi naszego mieszkania i u końca długiego przedpokoju widzę lustro, a w nim gestykulującą rękę ojca, który stoi obok mnie i tłumaczy mi ten termin. Ręka raz się w lustrze pojawia, a raz znika. Bywało, że w tym czasie służbowe auto zabierało go rano spod domu i odwoziło dopiero po kilku dniach, w garniturze, który obco pachniał. Miło było go odprowadzać, schodzić z nim z szóstego piętra, patrzeć, jak zatrzaskuje drzwi tego służbowego samochodu, albo robi to szofer, i widzieć, jak auto wolno rusza i znika. Ranek na ulicy Pozsonyi wczesną wiosną, ranek latem, z tym łączą się w mojej pamięci wyjazdy ojca. Cieszyłem się, że jedzie, bo mogłem patrzeć, jak odjeżdża. Po oblężeniu używali staromodnych czarnych aut wyposażonych w stopień, takich jak bugatti, adler, mercedes, ale trochę później, w tym samym czasie co samochody produkcji radzieckiej, zawsze czarne, z białymi oponami, pojawiły się w Budapeszcie kolorowe amerykańskie limuzyny, malinowe i turkusowe, nazywane krążownikami, niczym okręty wojenne, sprowadzali je członkowie korpusu dyplomatycznego, oznaczone symbolami różnych państw krążyły po ulicach i znikały w garażach ambasad. Jeśli gdzieś przystawały, zaraz robiło się wokół nich zbiegowisko chłopców i mężczyzn. Mężczyźni wydawali mi się rażąco jednakowi. Różnili się fizjonomią, ale zawsze wszystko robili tak samo, dlatego wystrzegałem się podobnych zachowań i słownictwa. Inaczej było z kobietami, te określała sylwetka, nią się kierowały, jeśli chodzi o sposób ubierania się i w ogóle wygląd. Wszystko, co wokół siebie robiły, zachwycało mnie i podniecało.
Wówczas mężczyźni nosili jeszcze płaszcze, wiosną i od wczesnej jesieni do zimy lekkie, potem zimowe. Istniał ścisły rozkład jazdy, kiedy jeden należy zdjąć, by włożyć drugi. Nie wcześniej niż nastanie kalendarzowa wiosna czy kalendarzowa jesień, i nie było od tego odwołania. Nie mam pojęcia dlaczego. Mimo to kobiety potrafiły zachować integralność. W mężczyznach dostrzegałem jakiś rys służalczości, i to nieprzyjemne wrażenie nigdy mnie nie opuszczało. Wobec owego surowego zwyczaju po raz pierwszy zbuntowałem się bodaj w wieku dwudziestu dwóch lat, gdy z dnia na dzień wybuchła wiosna. Po co mam się pocić, skoro zrobiło się ciepło. Włożyłem lekki płaszcz, choć kalendarzowej wiosny jeszcze nie było i wszyscy mężczyźni chodzili w paltach. Zdarzało się, że ojciec wracał do domu wściekły, i nawet nie zdejmował płaszcza czy palta. Miał z pewnością dość rozmaitych przekrętów, w jego atakach gniewu nie było nic osobistego czy kapryśnego, złościł się raczej dla zasady, gdy ktoś blokował dostawę albo pracował na własny rachunek, czyli dopuszczał się przekrętów. Ojciec przynosił prezenty, czasem robił niespodzianki, i to nie byle jakie, myślę, że wyjeżdżał za granicę, bo niekiedy pożyczał od dziadka Taubera jakiś lepszy garnitur z kamizelką i wracał z takimi cudeńkami, jakich nigdzie nie widziałem. Tematem rokowań reparacyjnych były terminy dostaw, ich przedmiot, ilość oraz rytm. Ale to, czego mocarstwa sobie życzą, czego żądają, lub czego akurat im brakuje, stanowiło tylko połowę problemu. Druga tyczyła tego, na co gospodarka kraju mogła sobie pozwolić. Również w interesie zwycięskich mocarstw nie leżało, by zdemontować i wywieźć całą infrastrukturę przemysłową, bo same musiałyby żywić ludność takiego niezdolnego do funkcjonowania kraju. Rokowania z przegranym toczyły się więc w ramach zdrowego rozsądku i kiedy ojciec objął swój urząd, kraj w zasadzie potrafił wywiązać się z dramatycznie wysokich zobowiązań odszkodowawczych. Węgierski system telekomunikacji, poczynając od lat dwudziestych i trzydziestych, budowały firmy angielskie oraz amerykańskie, Eliwest-Priteg i Standard, i robiły to na najwyższym ówczesnym poziomie technicznym. Ojciec przez dobrych parę lat pracował w obu tych firmach. Sprawę dostaw reparacyjnych nie od rzeczy byłoby rozwiązać tak, by nie zakłóciły funkcjonowania sieci telekomunikacyjnej, i by zachować ją w stanie umożliwiającym jej późniejszy rozwój. Zachowano. Stan systemu telekomunikacji, co było naprawdę odległe od moich zainteresowań, śledziłem z uwagą prawie pół wieku, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Czytałem stosowne informacje i statystyki, jakby ojciec ciągle za to odpowiadał. Z jednej z takich podróży zagranicznych, której celem były rokowania, przywiózł mi kiedyś łyżwy na kluczyk, w samą porę, bo na rogu ulic Sziget i Pozsonyi otwarto właśnie lodowisko i moglibyśmy tam do dziesiątej wieczorem, przy głośnej muzyce, jeździć na łyżwach, gdybym nie był za mały i nie musiał dużo wcześniej niż inni wracać do domu. Wcale nie czułem się mały w tłumie tańczących łyżwiarzy, kreślących niebezpieczne kółka i przeplatanki. Tańczyły ze mną duże panny.
[kawiarnia New York w Budapeszcie, 1962]
Podpis. Pieczątka. Jeszcze tego samego dnia zastępca kierownika urzędu pomocniczego poświadczył dokument swoim nieczytelnym podpisem. Urzędem pomocniczym nazywano pion administracyjny instytucji. A dokumentem wydane pismo lub zaświadczenie. Dzień otwarcia pierwszego odcinka mostu był chłodny i pochmurny, listopadowy dzień, choć zima była jeszcze daleko i w powietrzu czuło się jesień. Jakby nie miała zamiaru się skończyć. Dziesięć dni później, przed zastępcą kierownika urzędu Szentpéterym i protokolantką dr Hazai Gézáné ojciec złożył ślubowanie w centrali Urzędu ds. Reparacji, przy ulicy Sebestyéna Rumbacha 12. Pisownia tego nazwiska waha się między Rombach i Rumbach. Dzisiaj pisze się raczej Rumbach, choć w Budapeszcie przed oblężeniem i po oblężeniu pisano Rombach. Wiele razy byłem w tym budynku. W pokojach na piątym piętrze, jasnych, słonecznych, gdzie panowała biurowa atmosfera, witalna i pogodna. Rombach czy Rumbach był w połowie dziewiętnastego wieku lekarzem rejonowym Pesztu, budował ujęcia wody mineralnej, zawierającej żelazo, a późniejsi rajcowie miejscy w uznaniu za te dochodowe inwestycje nazwali jego imieniem ulicę. Pamiętam ruch, jaki tam panował, to ciągłe wchodzenie i wychodzenie, zapach kawy, i pewną korpulentną, grubokościstą kobietę, która co rusz szurała krzesłem, by wstać i niezwłocznie zanieść gdzieś jakiś dokument, podczas gdy ja, nieco skrępowany, rysowałem sobie przy jej stoliku z maszyną do pisania. Niedaleko stąd była też ulica Holló i pracownia dziadka. Kobieta dawała mi kredki i kartkę papieru. Udawałem, że beztrosko rysuję, lecz obserwowałem ją, i ojca, który wydawał mi się obcy. Znajdowali się niebezpiecznie blisko siebie, gdy omawiali coś, pochyleni nad dokumentem. Patrzyłem na kobietę, zastanawiając się, jaka by była w roli mojej matki. I nad tym, czy pochylają się nad dokumentem, żeby go omówić, czy po to go omawiają, by się zbliżyć. Bez wątpienia była sekretarką ojca. W protokole zachował się tekst ślubowania. Ja, László Nádas, zgodnie z honorem i sumieniem ślubuję, że będę wierny republice węgierskiej i jej konstytucji, będę przestrzegał prawa Węgier i rozporządzeń rządowych, podporządkuję się swoim zwierzchnikom, dochowam tajemnicy służbowej i będę rzetelnie wypełniał służbowe obowiązki, mając na względzie interes ludu. Podpisy. Pieczątka.
Wszystko wskazuje na to, że w maszynie do pisania brakowało czcionek z długimi umlautami, niezbędnymi w węgierskiej ortografii.
Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, skąd u diabła ojciec brał tę pewność, ten spokój, skupienie, zaufanie do wiedzy, gdy tak szczegółowo objaśniał mi świat. To pewne: w rodzinie panowała zgoda co do tego, że wiedza zajmuje wyższe miejsce niż Bóg. Dopiero co był tutaj front, a on już zaczął objaśniać. Jakby nic szczególnego się nie stało, czy raczej stało się, wiele rzeczy się stało, a jakże, których nie zdołamy zapomnieć, co najwyżej przejdziemy nad nimi do porządku dziennego, będziemy pamiętali, nawet jeśli uda się zapomnieć, jakby świat miał pewną ważniejszą od tego, co się stało, co się dzieje, zasadę konstrukcyjną, ukrytą głęboko na dnie rzeczy, które trzeba objaśnić, a klucz do owych objaśnień kryje się w wiedzy, w badaniach, do czego teraz, budząc się z totalnego chaosu, który spustoszył świat, uroczyście wracamy. Jedne po drugich otwieramy drzwi magazynów i sezamów, zostawiamy je wszystkie otwarte, żeby się przewietrzyły. Zasypując mnie objaśnieniami, świętował chyba własny powrót. Fakt, że tu jest, w tej krainie cieni, krainie słońca, na jedynym ze światów, na powierzchni ziemi pokrytej gruzami i cuchnącymi trupami, a nie pod nią. W pięcioro, razem z moimi wujami, Istvánem i Endrem, oraz z pewnym zaprzyjaźnionym małżeństwem, Ferencem i Magdą Róna, którą podczas spływów kajakowych i weekendowych wycieczek nazywano Duci, tak skutecznie, że musiałem teraz szukać jej prawdziwego imienia, pytać o nie jej córkę, przez siedemdziesiąt lat nie przyszłoby mi do głowy, że ma jakieś inne imię, była Duci, czyli Magda, Magdaduci, słowem cała piątka, wszyscy z wyraźnymi objawami szkorbutu, ledwie wyszli z piwnicy domu pod siódemką przy bulwarze Újpesti, z jej nielegalnie zamurowanej dolnej części, a ojciec, jak pamiętam, wziął się do objaśniania. Objaśniał namiętnie, a ja niemal równie namiętnie słuchałem. Śledziłem nie tyle objaśnienia, ile samą jego obecność, charakter tej obecności, to, w jaki sposób mówi ten dziwny człowiek, który ponoć jest moim ojcem.
Zapiski i wspomnienia świadczą o tym, że wydobyli ich z piwnicy 16 czy 17 stycznia 1945. Kiedy w niej siedzieli, nie mieli dokładnych informacji o tym, co się dzieje na górze. Tuż po Bożym Narodzeniu słyszeli tylko dźwięki dochodzące z sąsiedniego garażu i schronu przeciwbombowego. Mieli dwa pistolety. Wuj István był przygotowany na to, co zrobić, jeśli ktoś z nich umrze. Pokazał im beczki napełnione parafiną, cztery beczki, w których można przechować zwłoki. Parafiny jest tyle, tłumaczył, by po zanurzeniu w niej określonego ciężaru się nie wylała. Ale tymczasem tak strasznie schudli. Każda beczka miała zamek, żeby ją porządnie zamknąć. W przerwie między dwoma nalotami pokazał, jak przy użyciu roztopionego wosku zamknąć taki zamek hermetycznie. Za ścianą garażowano wojskowe pojazdy mechaniczne, przez kilka dni pojazdy te wedle ścisłego harmonogramu wyjeżdżały i przyjeżdżały. Jednak pewnego pięknego dnia nie wróciły. Potem słychać było stamtąd jakieś chaotyczne stukanie, walenie w ściany, bez ładu i składu. Następnie usłyszeli rżenie koni i kopanie, konie kopały w ścianę. A pierwszy tydzień stycznia - to już tylko kurtyna dźwięków, jakie słychać podczas bombardowania i strzelania z dział. Cztery dni później we dwójkę, ja i matka, wróciliśmy z ulicy Damjanicha do naszego prawie nietkniętego mieszkania przy Pozsonyi, wówczas jeszcze pełnego obcych ludzi. Samej przeprowadzki nie pamiętam, lecz bardzo dokładnie pamiętam widok bulwaru Újpesti, zasłanego trupami, tu i ówdzie ziejącą lejami szeroką ulicę, przykrytą brudnym od krwi i benzyny śniegiem, żelazną balustradę, uszkodzoną w trakcie strzelaniny, okaleczone drzewa nad Dunajem. Pamiętam też, jak rozrzucone były zwłoki na jezdni i na chodniku. Zima podczas oblężenia była piekielnie mroźna. Na tym obrazie odwracam głowę, pewnie uświadamiam sobie, że świat zmienił kolor. Co niewątpliwie oznacza, że już wtedy pamiętałem ten bulwar, pamiętałem go z wcześniejszego okresu, i zdumiała mnie różnica między tamtym widokiem a obecnym, noszącym ślady wojny. Kiedy jednak usiłuję przywołać ten wcześniejszy obraz, oryginalny, widziany po raz pierwszy, obraz bulwaru sprzed oblężenia, nie mogę go odnaleźć - nie widzę go ani nie słyszę, taki obraz nie istnieje, z pewnością stał się obrazem zakazanym, po prostu wyparłem go ze świadomości.
?
Była znakomitą organizatorką, potrafiła przewidzieć, co może pójść nie tak, faktycznie była ładna, dobrze ubrana, faktycznie, jak mało kto, znała stenografię, i bezbłędnie pisała na maszynie, posiadała też dyplom biegłej księgowej, faktycznie miała piękny i wyraźny charakter pisma, co wtedy jeszcze bardzo się liczyło, bo ręcznie prowadzono księgi, ale główny jej atut polegał na tym, że potrafiła otwarcie, pogodnie rozmawiać z ludźmi, po węgiersku i po niemiecku, czyli wedle ówczesnej formuły nadawała się do prowadzenia negocjacji. Z całego serca nienawidziła drobnomieszczaństwa, co rozumiem i z dzisiejszej perspektywy w pełni popieram; za nic by się z nim nie utożsamiła, choć u niej wynikało to raczej z przesłanek intelektualnych, było przejawem dobrego gustu i społecznej empatii. Odruchowo sprzeciwiała się konwenansom, gorąco orędowała za ideą równości. Co też rozumiem, i wbrew wszelkim swoim elitarystycznym ciągotom przez całe życie ją w tym naśladowałem. Lubiłem zwłaszcza, gdy z pewnym fałszem lub co najmniej kokieterią mawiała o sobie, że jest proletariuszką. Bardzo wcześnie i już na pierwszy rzut oka potrafiłem odróżnić lumpenproletariusza od proletariusza, wystarczyło, że słuchałem jej uwag. To porządna proletariacka rodzina. Nie, to na pewno lumpenproletariat, spójrz na te czerwone pijackie nosy. Słowo "lumpen" było bardzo podobne do swojsko brzmiącego lumpa, słowa te nawzajem się objaśniały. Tak, właśnie tak powinna wyglądać porządna proletariacka kuchnia. Wiedziałem, jak wygląda kuchnia u lumpenproletariatu, a jak u proletariatu, gdzie nie tylko z biedy, ale i z przekonania nie ma nic zbędnego; same najpotrzebniejsze sprzęty. Ta fałszywa autocharakterystyka miała jednak, jak się później okazało, poważną wadę. Gdy poszedłem do szkoły, zgodnie z wersją, którą rodzice się mamili, zostałem zaliczony do uczniów pochodzenia robotniczego. Jak potulna owca dałem się zagnać do zagrody, gdzie z manierami, które wyniosłem z domu, zupełnie nie pasowałem. Zamknęli mnie w politycznej bańce pozorów, o które dbali troskliwie, żebym się nie dowiedział, jaka jest moja prawdziwa sytuacja. Każdego roku we wrześniu musiałem głośno, przy całej klasie powiedzieć, że mam pochodzenie robotnicze, i podać wysokość zarobków rodziców. Niemal paliłem się ze wstydu. Ich wspólny dochód był cztery razy wyższy niż w rodzinach innych dzieci. Szkolni koledzy, którzy do nas przychodzili, widzieli, że nie mieszka tu żaden proletariat. Musieli się więc zastanawiać, dlaczego tak kłamiemy. W wielkim mieszkaniu typu atelier przy ulicy Pozsonyi, do którego wstawiono meble z dworu w Gömörsid, jak na proletariuszy żyliśmy po burżujsku, ale w willi na Svábhegy robiliśmy już wrażenie bogaczy, którzy rozum postradali, skoro nie mają ani jednego porządnego mebla. Nawet najszerzej rozumiane znaczenie słowa "proletariusz" nie uwiarygodniłoby mojego proletariackiego pochodzenia, tak cenionego przez ówczesną ideologię. Długo nie mogłem pojąć tych zabiegów, tej całej inscenizacji, przypatrywałem się i przysłuchiwałem, lecz nie znajdowałem wyjaśnienia, po co nam to wszystko.
Młodym gimnastyczkom proletariuszkom, które przyszły z wizytą do swojej uwielbianej trenerki, aby obejrzeć noworodka, czyli mnie, szczęka pewnie opadła na widok naszego mieszkania przy Pozsonyi, nie rozumiały, jak Klári się tutaj znalazła, lecz nie śmiały jej o to zapytać.
Podczas tamtej zażartej dyskusji dziadkowi krew uderzyła do głowy. I zniknął mu z twarzy ten wieczny uśmieszek. Natomiast szyja córki oblała się purpurą, jej wargi pobladły. Drżała na całym swoim ciężarnym ciele. Jej poczucie humoru, dzięki któremu cieszyła się takim powodzeniem, prysło w jednej chwili, przepadło z kretesem. Działo się to chyba tuż przed narodzinami mojego młodszego brata, co ustaliłem teraz na podstawie dat historycznych. W czerwcu, czy raczej w lipcu 1948 roku, tak czy owak w ostatnim trymestrze ciąży, gdy matka była coraz bardziej promienna, szczęśliwa, i tak naprawdę nic poza stanem płodu nie mogło jej poruszyć. Szwagierki mówiły jej prosto z mostu, że w ciąży traci wszelką społeczną wrażliwość, zmienia się w samicę. Podobnie było, gdy miał się urodzić Petyonka. Śmiały się w głos, że przez ten wielki brzuch matka-samica nie może usiąść, a jeśli już usiądzie, nie może wstać, lecz teraz w atelier zapadła głucha cisza. Za niskie i za miękkie były fotele i krzesła pochodzące z saloniku, z tak zwanego zielonego salonu mojej babki ze strony ojca, Kláry Mezei. Matka mówiła, że nie potrafi się powstrzymać od jedzenia, musi żreć i już. Mnie słowa "żarcie" nawet nie wolno było używać, a ona mogła żreć. Zapamiętaj sobie: zwierzę żre, a człowiek spożywa albo się posila. Lecz jej wolno żreć, bo ona w tej mieszczańskiej rodzinie jest proletariuszką. Tak sobie tylko żartowała, ale te celnie mierzone żarty pozwalały jej odciąć się od szwagierek, które nie potrafiły się uwolnić od mieszczańskich konwenansów, i nawet nie próbowały, bo nie miały pojęcia, że jakieś konwenanse istnieją. W końcu przyniosły z kuchni stołek. Ciężarna proletariuszka powinna siedzieć na stołku, nawet w ogromnym atelier w dzielnicy Újlipótváros. Wnosząc z kształtu i wielkości brzucha, wszystkie szwagierki, młodsza siostra, starsza siostra, a nawet matka ciężarnej były pewne, że urodzi się chłopiec. Skoro ja dostałem na imię Piotr, to niech on będzie Paweł. Zdecydowały o tym już dawno, idąc za radą Rózsi Németh, i przy każdej okazji zaśmiewały się z tego, jakby spłatały nam figla, zastawiły na nas pułapkę. Piotr i Paweł, będzie nas dwóch komunistycznych apostołów. Ten sprytny koncepcik doskonale oddawał sposób myślenia Rózsi Németh. Obracając w żart sprawę imienia, z całą swą protestancką powagą przemyciła do naszej rodziny własne przekonania. Nie zostaliśmy apostołami komunizmu.
Nie miały jednak całkowitej pewności, przecież przed moimi narodzinami, wnioskując z tych samych przesłanek, zgodnie twierdziły, że będzie dziewczynka. O czym matka, roześmiana, rozbawiona, rzadko ważąca słowa, brutalna, wiele razy mi później mówiła, niech ją gęś kopnie.
Że oczekiwali dziewczynki. Nie mnie. Chciała mieć córkę, a tu syn.
Przekonałem się zresztą, że to prawda, bo wobec chłopców w moim wieku byli obojętni, za to na widok dziewczynek wpadali w prawdziwą euforię. Byłem tym w głębi ducha strasznie rozgoryczony.
Cóż bowiem mogłem zrobić, żeby być dziewczynką. A już zwłaszcza po fakcie.
Zyskała w ten sposób pełnię matczynej władzy nade mną. Ale na krótko, bo rzeczywiście byliśmy ulepieni z tej samej gliny, chociaż do dziś nie rozumiem, o co chodzi z tą gliną.
Pamiętam tylko, że pośród tego radosnego rodzinnego gwaru dziadek się nagle odezwał. Oni wszyscy, Tauberowie, byli ulepieni z tej samej gliny co on.
W wytwornym neoromantycznym fotelu siedziała w królewskiej pozie, dźwigając przed sobą ogromny biust, moja egzaltowana babka, Cecilia Nussbaum, a wokół niej rozsiana po całym pokoju gromada szczebioczących przyjaciółek z ruchu kobiecego. Bez szczególnej emocji dziadek oznajmił, że nie przejdzie do partii komunistycznej. Po oblężeniu moja matka wymusiła na nim, by poprosił o przyjęcie. Poprosił, ale go nie przyjęli, bo za Republiki Rad był zwolennikiem socjaldemokraty Ernő Garamiego, wyjątkowo trzeźwego polityka, który ze swoim republikanizmem trzymał się z dala od komunistów. Dziadek pozostał w partii socjaldemokratycznej, niezmiernie rad z tego, że nie musi należeć do partii swojej najukochańszej córki. Najukochańsza córka zaś przezywała go głupim garamistą, frajerem, który pozwala się wodzić za nos i pcha ten burżuazyjny wóz. Po latach musiałem sprawdzić w bibliotece, kim był ów Garami, którego nazwiska matka używała wobec dziadka jako inwektywy, kim byli ci znienawidzeni garamiści. Miała mu też za złe jego profesję, najchętniej by się go wyparła. Ukrywała, że jest złotnikiem, zawsze mówiła, że czeladnikiem złotnika, bardzo dobitnie, że czeladnikiem: mój ojciec całe życie pracował jako czeladnik. Toteż ona ma prawo nazywać tatusia proletariuszem. Bagatelizowała fakt, że zajmował się złotnictwem, robiła z niego biedaka. Do ostrego spięcia między ojcem i córką doszło bez wątpienia w wieczór poprzedzający podstępne i dokonane przemocą zjednoczenie dwóch lewicowych partii, Węgierskiej Partii Komunistycznej i Węgierskiej Partii Socjaldemokratycznej, oznaczające przejęcie władzy przez komunistów, więc jednak musiał to być czerwiec 1948, a nie lipiec.