Literatura na Świecie 3-4/2022 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

18.00 zł
14.94 zł (15,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Théophile GautierSzkice, zygzaki, paradoksyprzełożył Mateusz Kwaterko

I. Wsteczne poglądy

Do jakich wniosków dochodzi Stwórca wszechrzeczy, obserwując z góry - z dołu w przypadku antypodów - jak prowadzimy się na tym ziemskim globie? Wynalazł całkiem zgrabny czworonożny mechanizm zwany koniem. Była to maszyna obdarzona życiem, rozmnażała się samoczynnie, pozwalała się siodłać oraz zaprzęgać do powozów i przenosiła nas z miejsca na miejsce z prędkością, którą dotychczas zadowalaliśmy się wcale niezgorzej. Istnieją jednak wieczni malkontenci przypominający owego hiszpańskiego monarchę, który, spóźniwszy się na stwarzanie świata, bolał, że nie mógł wesprzeć pana Boga kilkoma zbawiennym radami. Ludzie ci, po długich zabiegach i licznych eksperymentach, zdołali sfabrykować zwierzę z żelaza, mosiądzu i stali, gaszące pragnienie wrzątkiem, zaspokajające głód ogniem, wyposażone w koła zamiast nóg i niezdolne poruszać się inaczej niż po szynach. Ta potworna bestia, warcząca, piszcząca, czkająca i wydająca z siebie wiele innych najprzykrzejszych odgłosów, potrafi przenosić ładunki z prędkością wiatru!... Wiatru? Dajcież spokój takim staroświeckim, anachronicznym porównaniom! Jakże wiatrowi równać się z parą wodną? Owa bestia, choć oblewa się potem, nie wie, co to zmęczenie; pewna cecha łączy ją wszelako z dawnym koniem: jeśli spróbujemy ją zajeździć, może szarpnąć wędzidłem, wybuchnąć jak pocisk i kazać słono zapłacić za swą chyżość. Lokomotywa, w oczach prostego ludu, uchodzi za żywą istotę, przyznam, że w dużym stopniu podzielam to mniemanie. Czy pewien uczony chemik nie wykazał ostatnio, że człowiek to maszyna spalająca węgiel?1 W procesach sądowych, które nastąpiły po tragicznym wydarzeniu z 8 maja2, składający zeznania świadkowie wielokrotnie formułowali takie oto opinie: "Mathieu-Murray3 było kapryśnym mechanizmem; Georges4 (Baucher5 tych koni żelaznych) wiedział, że potrafi płatać figle, doglądał go osobiście, gdyż miewał swoje narowy". Kapryśny mechanizm! Przeraźliwe określenie! Oszałamiająca głębia! Kaprys to wola i życie; za kilka lat widocznie doczekamy się żywych maszyn!

Dzięki temu wynalazkowi pokonałem właśnie trzydzieści mil6 mniej więcej w cztery godziny. Nie posiadam się z wściekłości; na mój gust zatrzymywaliśmy się nazbyt często, zmitrężyliśmy na to bite dwadzieścia minut. Równie dobrze mógłbym jechać dorożką albo okrakiem dosiadać winniczka. Dawniej, gdy ktoś przejechał w godzinę cztery mile, uważał to za tempo zawrotne i wręczał pocztylionowi pięć franków na wino. Prawdą jest, że w cenę podróży wliczona była zacna dawka hałasu: furmani strzelali wściekle z bata, konie grzechotały dzwoneczkami i krzesały iskry z bruku, ulice rozbrzmiewały piekielnym łoskotem, a pasażerami rzucało z kąta w kąt i trzęsło jak zbożem w wiejadle. Ta refleksja nieco uśmierzyła mój gniew.

Wówczas w moim umyśle zagnieździła się kolejna myśl: współczesne społeczeństwa charakteryzują się, rzecz jasna, niepojętym umiłowaniem prędkości. Para wodna nikogo już nie zadowala: obecnie eksperymentuje się ze sprężonym powietrzem, z płynem elektrycznym, wynajduje coraz potężniejsze silniki.

Karykaturzysta Cruikshank ukazał podróżnych ekspediowanych do Bengalu wewnątrz olbrzymiego pocisku wystrzeliwanego z tęgiej armaty. W 1945 roku ów żarcik będzie się wydawał w złym guście. Niebawem zostaną otwarte drogi powietrzne. We Francji i Anglii kilku szaleńców - wiadomo, że geniuszami okrzykuje się właśnie szaleńców, którzy zdołali odnieść sukces - szuka już sposobów pokonania warstw atmosferycznych. Ktoś niewątpliwie je wynajdzie; już je, być może, odkryto. Póki co, pozwolę sobie przytoczyć zwięzłą anegdotkę. Pewien Anglik (jeśli nie był to Szkot) opracował machinę latającą. Skonstruowawszy ją, ów brytyjski Dedal postanowił poddać wynalazek uroczystej próbie. Sprosił na obiad licznych gości; posiłek był wystawny i obfity, wina Francji i Hiszpanii płynęły strumieniami. Po skończonej uczcie zgromadzeni wyszli na dziedziniec, żeby przyjrzeć się doświadczeniu. Dżentelmen stwierdził wówczas, że tęgo sobie podjadł, a jeszcze tężej popił, czuje się nieco ociężały, wobec czego trudno mu będzie wzbić się do lotu z ziemi. Zwrócił się zatem z prośbą do szacownej publiki, aby wyświadczyła mu przysługę i raczyła towarzyszyć jemu i jego machinie na dach, skąd dogodniej mu będzie poderwać się do lotu. Łaskawie przystano na to drobne ułatwienie, którym nie gardzą nawet orły, wzbijające się w niebo z jakiejś skały lub górskiego szczytu. Zbliżywszy się do skraju dachu, wynalazca wziął parokrotnie rozmach, nie opuszczając jednak stałego podłoża. Widownia czekała w napięciu. W pewnej chwili nasz bohater znieruchomiał i ryknął głosem Stentora:

- Johnie!

Nadbiega John.

- Czy nie jesteś moim lokajem?

- Jestem, panie.

- Czy nie płacę ci, abyś mi usługiwał i spełniał moje zachcianki?

- Owszem, raczy mi pan płacić.

- Doskonale! Bądź zatem łaskaw wejść do tej maszyny i skoczyć...

- Najpokorniej upraszam o wybaczenie, ale nie potrafię latać.

Pan uniósł się gniewem, służący nie dał się zastraszyć i tak, ku wielkiej radości zebranych, rozgorzała prawdziwa kłótnia.

- Mogę wielmożnemu panu pastować buty, szykować szkandelę, szczotkować odzież, ale nie skręcę sobie karku w dowód posłuszeństwa.

- Ależ, mój drogi, za wszystko ręczę, przeprowadziłem nader skrupulatne obliczenia; zresztą wyceń swoją ziemską powłokę, zapłacę ci za nią.

Johna te argumenty nie przekonały, bronił się zażarcie i chwalebnie wyleciał z posady.

W tym miejscu stajemy przed ciekawym dylematem prawnym. Czy wynalazca może wymagać od służącego, by ów, w ramach świadczonych usług, wypróbowywał prototypy i osobiście uczestniczył w doświadczeniach pracodawcy?

Wspominałem już, że nasza epoka łaknie prędkości. Ostatnimi czasy odkryto więc miejsca na tyle czarowne i zachwycające, aby każdy pragnął do nich dotrzeć jak najszybciej. Do jakich wysp Bora-Bora, do jakiegoż Eldorado, do jakiego raju na ziemi prowadzą te wszystkie drogi, te nieugięte torowiska? Ziemia nigdy nie była tak nudna jak obecnie; wszystkie różnice zacierają się, coraz trudniej odróżnić jedną ulicę od drugiej, jedno i drugie miasto; obawiam się, że rue Rivoli opasie cały świat swymi galeriami w arkadach. Palta i makintosze wyparły dawne, malownicze stroje. Zresztą dotarcie do celu, niezależnie od jego atrakcyjności, przynosi zawsze smutek. Marzę o tym, by nowy przewrót geologiczny przeorał całą powierzchnię globu, przemienił łagodne doliny w przepastne otchłanie, spiętrzył góry aż po niebiosa i zniszczył wszystkie drogi! Wówczas wynaleźlibyśmy po raz wtóry konie, osły i muły! Przejazd do Rouen stałby się znów piękną podróżą!

Kilka lat temu popłynąłem do Rouen małą krypą wraz z kilkoma przyjaciółmi. Niby nic wielkiego, ale byliśmy młodzi! Czasem płynęliśmy pod żaglem, czasem wiosłowaliśmy, najczęściej jednak pozwalaliśmy łodzi swobodnie dryfować. Przybijaliśmy do małych, nieznanych wysepek, gęsto porośniętych wikliną, dumniejsi z naszych odkryć niż hiszpańscy zdobywcy, ruszający na podbój Ameryk. Podglądaliśmy życie intymne zimorodków. Niekiedy barka się wywracała i mogliśmy się poczuć jak prawdziwi rozbitkowie. Nurkowaliśmy w poszukiwaniu naszego dobytku, miękko moszczącego się na dnie rzeki w łożu z drobnego piasku. Pewna okoliczność mąciła jednak przyjemność, którą czerpałem z tej wspaniałej wyprawy: jeden z moich kamratów miał dubeltówkę i strzelał do jaskółek... Przyznam, że nigdy nie potrafiłem pojąć, jak można się lubować w zasypywaniu ołowiem biednych, małych ptaszków, które zażywają życia w absolutnej niewinności, pławią się w świetle i przestworzach, wydobywają z gardła radosne okrzyki i nie czynią nikomu najmniejszej krzywdy. Szczęściem proch szybko zamókł, odtąd jaskółki mogły bezpiecznie tańcować wokół naszej łódeczki. Ta pamiętna wyprawa trwała trzy dni. Stawiając stopę na nabrzeżu, jęknąłem z żalem: "Już!". A dziś, na peronie, westchnąłem z ulgą: "Wreszcie!". Prawdą jest, że...

II. Krajobraz a uczucie

Piękna pogoda. Nocna bryza przegnała nieliczne chmurki, które kalały czystość nieba. Droga wije się to w górę, to znów w dół, kapryśna niczym kobieta. Wysokie drzewa przyozdabiają ścieżkę osobliwymi cieniami, budzącymi niepokój koni. Widać księżyc obwiedziony jasnym kręgiem poświaty. Zaprzęg paruje, wędrujemy w obłokach jak bogowie Wergiliusza.

Mijamy niepozorny domek na wpół ukryty w gęstych zaroślach. Z ciemnej fasady odcina się tylko jedno rozjaśnione okno. Światło lampy, ustawione tuż za muślinową firanką, wydobywa niewyraźną sylwetkę kogoś czytającego albo oddającego się pracy. Mężczyzna? Kobieta? Jestem przekonany, że to młoda dziewczyna. Niewątpliwie ładna. Narasta we mnie niepojęta chęć wyskoczenia z powozu, zapukania do drzwi tego domu i spędzenia w nim reszty życia. Czułbym się tu wspaniale. Miejsce wydaje się urokliwe i coraz bardziej podoba mi się ciało, do którego należy dostrzeżony przeze mnie zarys. Właśnie tutaj, być może, wyczekuje mnie tak upragnione szczęście: ranem okno otworzy się na zapachy świtu, a w ramie obrębionej girlandami bluszczu ukaże się złotowłosa główka, świeża i aksamitna niczym pokryta meszkiem brzoskwinia. Ucieszyłbym się, widząc na ganku dzieciarnię tarmoszącą za uszy poczciwego psa! Jaki może być kolor mebli w jej pokoju? Bladobłękitny... delikatny i łagodny jak ona... Hola, serce moje, nie rozpieraj się tak! Czy nigdy nie przestaniesz się uganiać za chimerami?... Jakże dziwny jest świat! Sporą część życia strawiłem na obcowaniu z ludźmi, których nie mogłem ścierpieć, a umieszczonych na mojej drodze przykrym zrządzeniem losu; w tym zaś domu, który właśnie mijam bezpowrotnie, do którego zapewne nigdy nie wstąpię, znajdować się może dusza najlepiej dostrojona do mojej i kształt najmilszy mym oczom. Niestety! Droga gwałtownie skręca, a oczy zachodzą mi łzami... Ech, marzycielu, nie frasuj się tak; to tylko stara kobiecina, mamrocząca przed snem pacierzyk.

Po lewej stronie, w głębi osnutej mgłami kotliny, rzeka błyszczy się i mieni w blasku księżyca, który zdaje się przepłukiwać w toni kraj srebrzystej szaty. Wszystko pogrążone jest we śnie oprócz samotnej latarni, przeszywającej ciemność szeroko otwartym, nabiegłym purpurą okiem.

Czemu malarze lubują się w pejzażach dziennych, a tak rzadko podejmują próbę odmalowania nocnego krajobrazu? Jest tu jakiś nowy obszar do zgłębienia: noc nigdy nie jest tak czarna, jak się wydaje i jak zwykli sądzić cnotliwi śmiertelnicy, kładący się do łóżek i zasypiający przed dziewiątą. Nawet w naszym północnym klimacie rzadko zdarza się noc całkowicie ciemna. Oprócz księżyca, bladego słońca, mamy jeszcze promienie gwiazd, tysiące mglistych powidoków dnia utraconego lub mającego się odrodzić, subtelną fosforescencję przedmiotów. Wybitny kolorysta, który podszedłby do tego tematu con amore, odkryłby zdumiewającą gamę niuansów, harmonii i tonów, całą paletę cudownych i niespotykanych dotąd efektów. W mroku znikają wszelkie drobiazgi i strapienia, które światło dnia bezlitośnie podkreśla. Dzień jest wulgarny, cyniczny, bezlitosny - nocą zaś widać tylko bryły, połacie światła i połacie cienia: to poezja, melancholia, tajemnica. Ponadto, jeśli wolno mi być szczerym, za jeden z głównych powabów nocy uważam to, że mieszczanie już śpią, zostawiając wolne pole przyrodzie i Bogu.

Trzeba też nadmienić, że nie sposób malować, nie widząc wszystkiego jasno i wyraźnie, sceny nocne zwykło się tedy malować za dnia, któż mógłby więc ocenić wierność takich obrazów? Koty, kochankowie i poeci - zwierzęta płoche, przemykające się ukradkiem, miłujące cienie, i które wychodzą wtedy, gdy wszyscy inni wracają.

III. Murzyni, white-horses i baranki

Port budzi się i pozdrawia dzień; statki rozciągają swe reje niby odrętwiałe ramiona; marynarze wspinają się na marsy: w oddali, za gmatwaniną lin, przypominają muszki szamoczące się w pajęczej sieci. Zgrzytają wielokrążki, kable napinają się z jękiem; płaczliwe krzyki, nieokreślone melopeje akcentują zabiegi marynarzy i wyznaczają ich rytm. Oto i okręt podnoszący kotwicę: żagle rozpościerają się niczym białe chmury od dolnych lizeli aż po top grotmasztu; wiatr ledwo wieje i trzeba zbierać najlżejszy podmuch bryzy. Na pokładzie uwija się Murzyn przyodziany w koszulkę z czerwonej wełny i słomkowy kapelusz. Biega to tu, to tam, podskakując w radosnych lansadach. Czyżby to przeczucie, że słońce Afryki przywróci niebawem połysk jego czarnej skórze, wprawiało go w ten wesoły nastrój?

Murzyni zawsze mnie zajmowali, choć nie tak, jak interesują filantropów. Nie zabiegam o ich emancypację i nie dręczy mnie pragnienie ujrzenia kolorowych deputowanych zasiadających w Izbie. A jednak znajduję w owej tajemniczej rasie jakiś szczególny powab. Ich myśli, rzecz jasna, mają odmienne zabarwienie od naszych i trudno mi uwierzyć, by pochodzili od Adama, który, jeśli ufać jego imieniu, odznaczał się barwą czerwoną7. Otóż jeśli nie są potomkami Adama, nie mają też nic wspólnego z jego nieposłuszeństwem, rodzą się wolni od grzechu pierworodnego, a co za tym idzie nie potrzebują odkupienia. Na wyspach wszyscy czarni przechowują w swych chatach portrety Napoleona, ale posmarowane warstwą szuwaksu, diabła zaś zaciągają bielą. Dla Murzyna Debureau8 to szatan.

Wypływamy. Ileż kominów, ile dymu, mocny Boże! Dym biały, dym czarny, dym rdzawy, dym szary; ogień z kajuty oficerskiej, ogień z kapitańskiej kabiny, ogień z kuchni. Widząc te wszystkie blaszane rury, można pomyśleć, że to dach dryfującego domu. Niezwykłe, jak wiele Anglicy potrafią naprodukować dymu, i to pomijając cygara oraz fajki, jakby pojawili się na świecie wyłącznie w tym jednym celu.

Łagodne zbocza Ingouville ustępują przed stromym, rudawym klifem o dzikiej, drapieżnej fizjonomii. Za to wybrzeża Anglii są całkowicie białe, stąd zresztą bierze się nazwa Albionu. Jesteśmy na morzu.

W dzieciństwie niemal chorobliwie pragnąłem ujrzeć morze. Mając pięć czy sześć lat, byłem jednym z najzagorzalszych widzów mechanicznego widowiska pana Pierre'a9, ukazującego morskie bitwy, sztormy, tonące statki i tym podobne sceny. Znałem nazwy i kształty wszystkich rodzajów statków, mógłbym wysmażyć taki sam katalog, jak ten, który figuruje w poświęconej bitwie pod Navarino odzie Victora Hugo. Wszyscy sądzili, że zostanę marynarzem, gdy popełniałem jakąś psotę, rodzice nie mogli grozić, że poślą mnie na okręt w charakterze majtka, nic nie uszczęśliwiłoby mnie bardziej. Później, gdy już ujrzałem morze, stwierdziłem, że zanadto przypomina ono widowisko pana Pierre'a; można odnieść wrażenie, że statki zbudowane są z kartonu i poruszają się dzięki prowadnicom, fale zaś, choć może to urazić miłośników lorda Byrona i amatorów poetyckich opisów, wydają się uszyte z zielonego, posrebrzanego płótna.

Jest coraz chłodniej, fala staje się krótka, swarliwa, ostra; od strony Francji niebo jest wciąż przejrzyste, ale po stronie Anglii kurtyna mgieł przesłania widnokrąg. Woda pokrywa się sinoszarym nalotem. White-horses (białe konie) zaczynają potrząsać grzywami z piany i nadciągają galopem z głębi bezkresu. U nas white-horses noszą miano baranków i rzeczywiście, owe białe grzebienie przecinające powierzchnię wzburzonego morza wydają się ulepione z kłaczków wełny. Czyż nie mamy tu do czynienia ze znamienną różnicą? Rozmiłowani w hippice Brytyjczycy, wciąż zaprzątnięci wyścigami, races, widzą wszędzie konie. Ocean to dla nich turf10, po którym mkną spienione folbluty; Francuzom, bukolicznym trubadurom, morze jawi się zaś jako kobierzec zielonej trawy, na którym pasą się białe baranki.

IV. Zielone oczy i różowa pięta

Statek wznosi się i opada z obłudnym spokojem. Wyjątkowo rzadko możemy się cieszyć pozycją horyzontalną, co dokuczliwie doskwiera tym pasażerom, którzy nie przyszli na świat w skórze wilków morskich. Horacy miał całkowitą słuszność, twierdząc, że pierwszy śmiałek, który rzucił wyzwanie falom, musiał mieć serce dębowe, opancerzone potrójnym spiżem. I to dosłownie bardziej jeszcze niż w przenośni. Ale odłóżmy ten przykry temat.

Miałem już za sobą kilka przepraw, tym razem Neptun nie zażądał więc ode mnie zwyczajowej daniny. Morze Śródziemne, owo płynne niebo, ten wielki roztopiony szafir, potraktowało mnie z rzadką łaskawością, tak iż gibraltarskim Anglikom nie było dane napaść oczu widokiem młodego paryżanina, który słaniałby się na pokładzie brytyjskiego parowca, żółty jak przejrzała cytryna. Jestem dłużnikiem, o którym zapomniano, oczywiście zakładając, że wierzyciele też mają swoją Letę.

Mimo to odczuwam mglisty niepokój i przypomina mi się wers Lukrecjusza:

Suave mari magno...

heksametr, który najlepiej skandować z bezpiecznej pozycji na brzegu. Owe klasyczne wspomnienia, które nachodzą mnie tak gromadnie, nie wróżą nic dobrego; wzmaga się wiatr, łopatki kół zasypują nas słonym pyłem, do przechyłów wzdłużnych dochodzą przechyły boczne, szkwał zdmuchuje dym z komina na pokład, oblepiają nas czarne płatki sadzy. Jeśli tak dalej pójdzie, przybiwszy do portu, będziemy zmuszeni powierzyć nasze głowy opiece kominiarza.

Jak często kroczyłem ścieżkami, które nie pędziły mi naprzeciw, spacerowałem po spokojnych, piaszczystych dróżkach, przechadzałem się po doskonale niewzruszonych parkietach, nie potrafiąc docenić ogromu własnego szczęścia! Niewiele brakuje, a poszedłbym za przykładem pewnej włoskiej śpiewaczki, która, cierpiąc na chorobę morską, krzyczała na środku kanału La Manche: "Wypuście mnie, nie chcę już nigdzie płynąć!".

Aby otrząsnąć się z tych ponurych myśli, przyjrzyjmy się oczom naszej sąsiadki, która siedzi na mostku, otulona ciepłym futrem.

Te piękne oczy o dziwnym odcieniu nie są ani czarne, ani niebieskie, ani szare, ani też płowe, są raczej zielone, w kolorze morskich alg - to oczy burzowe: Procellosi oculi. Właściwie, w danych okolicznościach, nie wydaje mi się to barwą najszczęśliwszą. W przejrzystych i głębokich źrenicach tej kobiety rozpoznaję tony oceaniczne. Lepiej nie przeglądać się w nich zbyt długo, przyprawiają o zawrót głowy. Moje serce ogarnia niepokój... O czym to mówiłem?

Afrodyta, zrodzona z nieba i morskiej piany, miała źrenice takiej właśnie barwy, lazur wód i złotość słońca wspólnie przetopione, aby upamiętnić jej dwoiste pochodzenie (zacząłem prawić komplement, ale nie wiem, czy zdołam dobrnąć do końca).

Zimno przeszywa do szpiku, postanawiam skryć się w międzypokładzie. Cóż za dojmujące poczucie bezsiły! Mam wrażenie, że moja dusza za chwilę pożegna się z mym ciałem. Ach, podłogo, podłogo woskowana i... jałówkowa, jakby powiedział ksiądz Delille11, doprawdy, tęskno mi do ciebie i żałuję, że na wyspy dotrzeć można jedynie drogą wodną! Współczuję wszystkim, którzy nie mogą ani wrócić do domu, ani gdziekolwiek wyjechać, nie doświadczając na własnej skórze bezużyteczności cukierków maltańskich12. Czuję się zatem uprawnionym do przyjęcia następującego aksjomatu: "Wyspy nie są krajami". Półwyspy ledwo toleruję, kocham wyłącznie kontynenty. Stoicy byli dziarskimi chwatami, negowali cierpienie i potrafili, wśród najsroższej męki, okazać dość siły moralnej, ażeby zawołać: "Bólu, jesteś tylko słowem". Zwróćmy się w ten sam sposób do choroby morskiej, szydźmy z niej, odmawiajmy jej istnienia, traktujmy jak czystą abstrakcję. Ujarzmijmy ciało duchem, wytłumaczmy materii, że rządzi nią dusza, zmuśmy się, myślą, do zapomnienia o teraźniejszości; gorzkim mdłościom przeciwstawmy słodycz wspomnień; naśladujmy muzyków: weźmy jakiś prosty motyw i wzbogaćmy go fioryturami. Stopy odgrywają w moim życiu ważną rolę, nawet jeśli pominąć zabalsamowaną stopę Hermontis, księżniczki zmarłej lat temu cztery tysiące, a która tak długo mnie prześladowała13. Pozwólmy więc, by poprowadziły nas stopy; z takim tematem można zajść daleko.

Obiecała, że pokaże mi okolice. Gościłem w Alhambrze, w sala de las dos hermanas. Jej przyjaciółka, Lola, mieszkała w położonym obok krużganków Lindaraja wielkim mauretańskim domu, który za czasów króla Boabdila14 należał do kyzłaragi15. Pretekst tej schadzki wydawał się całkowicie wiarygodny. Pojawiła się pewnego ranka, około ósmej, szczupła i gibka w swojej mantylce, z wachlarzem w dłoni, czerwonym goździkiem we włosach i tym charakterystycznym wyrazem twarzy, jednocześnie twardym i płochliwym, który upodabniał ją do sarny sposobiącej się do przejścia przez drogę. Nie spodziewając się tych odwiedzin, siedziałem na schodku z białego marmuru i usiłowałem, jak to ujął Gubetta16, doprowadzić do pocałunku dwóch rymów na czubku pomysłu, co gorsza, dwóch rymów hiszpańskich! Kapryśnica zażądała, abym ułożył jej decymę w tym języku, który znałem zresztą dość słabo, grożąc, że w przeciwnym razie nie odezwie się do mnie przez tydzień i nie podaruje mi kwiatka, wdzięcznie zdobiącego jej fryzurę w czasie spaceru. Miałem przeczucie, że potrafi dotrzymywać obietnic; aby uniknąć zapowiedzianych niedoli, byłbym gotów skomponować madrygał w sanskrycie.

- Pisze pan do swojej novia, do swej francuskiej kochanki! - zawołała, wyrywając mi z rąk smętny, zmaltretowany licznymi skreśleniami karteluszek, którego nie zdążyłem, niestety, schować do kieszeni. W tych kilku słowach, jakie zdołała odczytać, odnalazła jednak krzepiącą ortodoksję; prawiłem, że jej oczy zdolne są stopić Sierra Nevada, przyćmić słońce, zgasić gwiazdy i tym podobne dusery, może nazbyt hiperboliczne dla nas, ludzi Północy, ale zgoła naturalne w ojczyźnie Zirydów i Abenceragów (którzy, jak twierdzą erudyci, nigdy nie istnieli). Pomijając metafory, były to oczy, aczkolwiek nie całkiem zielone to... Nie zbaczajmy jednak z tematu.

Zajęta lekturą, zgrabną swą stópkę obutą, na modłę andaluzyjską, w atłasowy trzewiczek mimowolnie zmoczyła w jednej z marmurowych rynienek łączących baseny, gdzie sączy się nieprzerwanie ów skalny kryształ, ów wilgotny diament, określany w Grenadzie pospolitym mianem wody. Zzuła bucik, którego nie zdołałoby nałożyć dziesięcioletnie dziecko, i, podtykając mi tę czarę pod usta, perliście się roześmiała: - Pora ugasić pragnienie. - Wierzcie mi, żadne reńskie wino w kieliszku z czeskiego kryształu nie miało tak zachwycającego smaku, jak owa woda z fontanny Lwów, podana w zgrabnym trzewiczku.

Zanim ponownie włożyła bucik, wyciągnęła ku mnie nogę, lśniącą niczym agat spowity jedwabną tkaniną, i oznajmiła, obrzucając mnie nader władczym spojrzeniem:

- Dobrze się przyjrzyj tej stópce, kawalerze, podobnej nie ujrzysz już nigdy - w czym zresztą się myliła, gdyż...

Magiczna potęga myśli! Przez godzinkę przebywałem w odległości kilkuset mili od własnego ciała. Pomimo strasznej chwiejby i ostrego zapachu morza znajdowałem się istotnie na Patio de la Tassa.

Alcarraza17 z porowatej gliny podparta dwiema cytrynami, ułamany nos jednego z lwów fontanny, przydający zwierzęciu rys groteskowej wściekłości, kwiaty na posadzce, zagadkowe inskrypcje arabskie - oto co miałem przed oczyma. Słyszałem kontraltowy głos przyjaciółki Loli, raz dźwięczny jak srebro, raz głęboki jak mosiądz. Czułbym się znakomicie, gdyby nie diabelskie lusterko ustawione naprzeciw mnie i kołysane falą. Błyszczy i gaśnie niczym pułapka na skowronki, i znów rozbłyska, krzesząc iskry w półmroku; światło na jego tafli drży jak płynne srebro, oślepia mnie, oszałamia i przyprawia o zawrót głowy. Najmniejsze jego drgnienie przypomina, że znajduję się na morzu. Gdybym tylko zdołał wykrzesać dość sił, żeby się podźwignąć i stłuc ten nieznośny przedmiot! Przeklęte lustro! Oby pierwsza kobieta, która zechce się w tobie przejrzeć, odkryła na swym nosie zaczątek brodawki i, w porywie złości, rozbiła cię na tysiąc odłamków! Na próżno zamykam oczy, perfidne odblaski prześladują mnie i przeszywają powieki niczym ostrza szpady. Nuże, odwagi! Nie dawaj za wygraną, myśli moja! Jeszcze jedno machnięcie skrzydłami i dotrzemy tryumfalnie do portu!

- ...Jakże to! W taką spiekotę wybiera się pani na bal?

- Gdy chodzi o bal, nigdy nie jest za ciepło.

- Nie ma dość powietrza, żeby poruszyć choćby skrzydełkiem muszki; udusi się pani.

- Czy wyglądam na Angielkę, która po kolacji oblewa się rumieńcem? A może jak Francuzka zanadto ściśnięta gorsetem? Jutro przekona się pan, czy było mi za ciepło, a już teraz mogę zapewnić, że nie przepuszczę ani jednego kontredansu czy walca.

Wypowiadając te słowa tonem urażonej bogini, zdążyła jednocześnie ściągnąć pończoszkę, oderwać trzy różane płatki ze swojego bukietu i przylepić je sobie do pięty, po czym włożyła obuwie i udała się na bal, gdzie całą noc tańczyła. Rankiem owe trzy listki były równie świeże jak wprzódy.

Na horyzoncie rysują się już angielskie brzegi. O, pamięci! Poszperaj w jednym z twych tajemnych schowków, w jednej z tych szufladek wypełnionej owymi błahostkami, które są wszystkim. Wyszukaj dla mnie wspomnienie, które pozwoli mi wierzyć, że siedzę we własnym pokoju, w miękkim, wygodnym i niewzruszonym fotelu.

...Pewnego dnia zażyłem haszyszu, to jest porcji raju ukrytego w zielonej papce. Nawiedziły mnie najosobliwsze sny: usłyszałem śpiew kwiatów, ujrzałem muzyczne frazy, niebieskie, zielone, czerwone i pachnące wanilią. Całkowite przestawienie wszystkich wyobrażeń: uchylił się dach, w otworze ukazała się pięta, świeża, różowiutka i gładka, prawdziwa pięta anioła, sylfa, który raczy stąpać jedynie po niebie i puchatych pierzynkach obłoków; zakochałem się bezpamiętnie w tej pięcie, przenosiłem ją nad twarz Heleny czy Kleopatry. Zakochać się w pięcie - to rzecz niebywała, dziwactwo wprost niepojęte. A niby czemu, łaskawco? Czyż pięta nie odznacza się piękną krąglizną, zachwycającą subtelnością linii, najurokliwszą barwą? Zachęcam niedowiarków, aby popędzili czym prędzej do Muzeum Starożytności i przyjrzeli się Izydzie z czarnego bazaltu, zwracając szczególną uwagę na jej wspaniałe, jaspisowe stopy. Ufam, że moja namiętność przestanie ich wówczas zadziwiać. Wieszcze przeczucie podpowiadało mi, że owa stopa istnieje; ale w jakim bamboszu, w jakim koturnie, w jakim buciku się skrywa? Wskazówek szukać mogłem jedynie w haszyszu, życzliwym czarodzieju, który pozwalał mi dojrzeć przedmiot mej miłości. Może się to wydawać niewiarygodne, choć, jak wszystko, co niewiarygodne, jest najczystszą prawdą, ale nawet przez chwilę nie wyobrażałem sobie ciała, które pasowałoby do tej pięty; ledwo dostrzegałem dalszy zarys stopy, niczym wielbiciel pięknookiej kobiety, obojętny na inne powaby jej twarzy. Byłem tak nieszczęśliwy, roztrzęsiony i targany szalonymi pragnieniami, jak Faust, który dostrzegł odbicie Heleny w magicznym zwierciadle.

Pewnego wieczoru tańczyła. Nie wiem, jaki psotny duszek, widząc ją tak lekką, zapłonął zazdrością, przedzierzgnął się w czubek gwoździa i przeszył wąską podeszwę jej miękkiego bucika. Uderzono na trwogę! Rzucono się na pomoc. Przypadkiem znajdowałem się na miejscu, dano mi do potrzymania opaskę do zabandażowania rany. Cóż się ze mną działo, gdy rozpoznałem wyśnioną stopę, tę, która zdawała się do mnie uśmiechać z wyżyn niebios... "Niestety! - westchnąłem - jak wiele dzieli piętę od serca! A gdyby tak sprowadzić z Kairu kolejną porcję haszyszu?..."

- Dotarliśmy do celu! - zawołał cienkim głosem mały majtek, wciskając głowę w otwór kabiny.

W samą porę!

V. Puchero

Istnieją podróżnicy, których zajmują wyłącznie rzymskie ruiny i łacińskie inskrypcje. W każdej nierówności porośniętego łączką terenu doszukują się śladów obozu Cezara; gdy trafiają na zagrzybiony, rozpadający się murek albo ścięty słupek, widzą w nich świątynię lub posąg bogini. Podróżnik należący do tego gatunku wydaje swoje zapiski in quarto w Drukarni Królewskiej18 i kończy przeważnie jako członek Instytutu19. Innych z kolei interesują tylko pomiary: ów zabytek ma tyle a tyle metrów długości, tyle a tyle szerokości; milimetrowy błąd w szacunkach pogrąża ich w najczarniejszej rozpaczy. Kolejni uganiają się za ciekawostkami: osobliwym echem, rzadkim zjawiskiem optycznym... Pewien Anglik spotyka w Boulogne drugiego Anglika, tak jak i on powracającego z Italii. Czekają na parostatek. Zawiązuje się rozmowa, choć rzadko zdarza się, żeby dwaj Anglicy rozpoczęli konwersację, jeśli wprzódy nie przedstawiła ich sobie osoba trzecia; przybywali jednak z ciepłych krajów i ich brytyjski lód zdążył nieco odtajać w promieniach gorącego słońca.

- Wracam z Włoch - zagaja pierwszy Anglik - a pan?

- O tak! - odpowiada drugi - Z Włoch.

- Zwiedził Pan Świętego Piotra w Rzymie?

- O tak! 29 czerwca o pierwszej pięćdziesiąt siedem. Zapisałem to w notesie.

- A stał pan na właściwym placu?

- O, nie!... To jest tam jakiś właściwy plac?

- O tak! Z pewnego miejsca zamiast całej kolumnady widać jeden tylko filar. To doprawdy bardzo zabawne.

Drugi Anglik lekko się zaczerwienia, jak człowiek przyłapany na bezeceństwie, bije się kilka minut z myślami, a w końcu postanawia:

- Jamesie, przyprowadź konie. Wracamy do Rzymu. Muszę zobaczyć Świętego Piotra z właściwego miejsca, tego, z którego nic nie widać.

Ja sam długo zdradzałem cokolwiek chaotyczne zamiłowanie do gotyckich katedr i galerii malarstwa. Opiewałem, tak prozą, jak i wierszem, niezliczone ostrołuki, kolumienki, balustrady w koniczyny, wieżyczki, absydy, lektoria, transepty, portale, rozety, okna lancetowe i konsole; nie zliczę też płócien hiszpańskich, włoskich czy flamandzkich, które usiłowałem przełożyć na słowa. Po pewnym czasie wszystkie opisy katedr okazują się jednak bliźniaczo podobne i nawet jeśli nie słyniemy ze sceptycyzmu, wielokrotny widok tego samego oryginału w rozmaitych galeriach sprawia, że tak zwane arcydzieła wielkich mistrzów zaczynamy w końcu traktować z pewną dozą podejrzliwości. Nie wierzę w oryginały, ba, pewien mój przyjaciel utrzymuje wręcz, że nie istnieją nawet kopie, cały ten kram jest zaś czystym złudzeniem, igraszką dymu i laserunku.

Wiem jedno: gdybym był bogaczem, nie wpuściłbym pod dach ani jednego starego płótna. Zapewniłbym za to wikt i opierunek Ingresowi, Delacroix, Dacampsowi, Chassériau, Schefferowi, Roqueplanowi, Cabatowi w zamian za upiększanie mych ścian najrozmaitszymi arcydziełami, których autentyczność nie podlegałaby kwestii, jako że malowaliby je na moich oczach. Nie wykosztowałbym się zbytnio, za to dałbym zajęcie pierwszorzędnym artystom, zamiast nabijać kiesę oszustom i fałszerzom.

Jako że rozmawiamy o malarstwie, a znajdujemy się właśnie na placu Trafalgarskim, wstąpmy na chwilę do Galerii Narodowej.

Trafalgar Square najlepiej prezentuje się w blasku księżyca. Kościół Świętego Marcina z gotycką wieżą osadzoną na greckim frontonie i masywną balustradą z kutego żelaza; pałac księcia Northumberland z portalem zwieńczonym lwem w pozycji nieczęsto spotykanej w heraldyce20; kolumna Nelsona, która przedstawia na razie widok dość surowy, jako że wciąż jeszcze krępują ją rusztowania; płoty pokryte cudacznymi plakatami, jakich nie znajdziemy w żadnym innym kraju; wszystko to, dość szpetne za dnia, przybiera imponującą postać w wieczornej kąpieli z połysków i mgieł.

Galeria Narodowa to budynek otoczony kolumnami... Dobry Boże! Czy ktoś nas uwolni wreszcie od tych kolumn? Ale nie o tym mieliśmy mówić.

Nie poświęcimy cienia uwagi obrazom dawnych mistrzów: niczym się nie różnią od tych, które znajdziemy wszędzie indziej.

Nie widziałem nigdy żadnego obrazu Wilkiego. Teraz mam wreszcie okazję: istna perła! Ukazuje chłopów, siedzących przed domkiem i raczących się piwem - pyszny temat, który przyniósł sławę Teniersowi, przed nim nikt bowiem nie spostrzegł, że chłopi zasiadają do stołu, aby ugasić pragnienie; nigdy nie widzimy tego, co mamy stale przed oczami.

Jaki żar, jaka subtelność! W niczym nie ustępuje największym Flamandom. Przyjrzyjcie się barwie tego ale, które połyskuje w kuflu uszczęśliwionego piwosza i zawstydza najpiękniejsze topazy przejrzystym i ciepłym odcieniem. Jakże bogaty katalog fizjonomii przedstawiających kolejne fazy pijaństwa! Cóż za mistrzowski kunszt w tym przewróconym koszyku z krewetkami! Wszystko to budzi zachwyt, lecz nawet u Adriaena Brouwera, u van Craesbeecka, van Ostadego czy Begi nie znajdziemy czegoś tak wspaniałego, jak te kobiety schodzące po zewnętrznych schodkach z małymi dziećmi na rękach; odznaczają się one naiwnym, rustykalnym wdziękiem, a także pewną delikatnością postawy i kompleksji, która wywołuje rozmarzone westchnienia. Wyobrażam sobie, jak pyszny ser warzą te miłe gospodynie, jak sumiennie smarują masłem tartynki. Po jakże skromnych, lecz chędogich wnętrzach, lśniących lakierem i woskiem, muszą się krzątać te łagodne stworzenia w białych sukniach i słomkowych kapeluszach, niedzielami czytające Biblię w otoczeniu gromadki pacholąt! Nasze chłopki nie dają żadnego wyobrażenia o wieśniaczkach z Lancashire.

Stałem w zachwycie i przez pełną godzinę chłonąłem wzrokiem to arcydzieło, które z czasem nabierało coraz większej siły iluzji. Kilkucalowe postacie wyglądały jak żywe, a odmalowana scena naprawdę rozgrywała się na moich oczach.

W Galerii Narodowej znajdziemy też kilka pięknych pejzaży Gainsborougha i Constable'a. Francuski pejzażysta, Paul Huet, bardzo przypomina Constable'a, niewykluczone, że go studiował, choć może to tylko przypadkowa zbieżność. Rousseau, ów wielki malarz, którego publiczność nie miała okazji poznać z powodu niesprawiedliwości jury21, przypomina Gainsborougha, ale ma nad nim przewagę.

Portret przedstawiający Kemble'a22 w roli Hamleta wyszedł spod pędzla Lawrence'a, artysty wciąż nie dość znanego poza granicami Anglii, a którego uważam za najwybitniejszego portrecistę od czasów van Dycka. Obraz ten wyróżnia się wspaniałą kompozycją i kolorem. Przypadłby do gustu zarówno Ofelii, jak i Shakespeare'owi.

Jeśli istniał kiedyś malarz drogi sercu moralistów i apostołów utylitaryzmu, to był nim bez wątpienia Hogarth. Wszystko u niego jest zamierzone, zaplanowane, wyrasta ze ścisłego zamysłu i dąży do określonego celu: Hogarth wybiera temat, a raczej serię tematów, po czym ukazuje rozmaite fazy rozwoju swojej idei. Każdy szczegół ilustruje i wzbogaca naczelne przesłanie. - Cóż, cały ten niepośledni talent i wybitny zmysł obserwacji daje w rezultacie obrzydliwe malarstwo, dobre jedynie dla kwakrów, pietystów, metodystów i baptystów. Hogarth usiłuje pokazać, do czego prowadzi niezgodność małżeńska, występek, pijaństwo i inne słodycze, które nie mają nic wspólnego ani z rysunkiem, ani z kolorem. To sztuka w takim sensie, w jakim kwartyny Pibraca23 są poezją.

Nie znaczy to, że dzieła Hogartha, który swego czasu cieszył się wielkim wzięciem, nie mają żadnej wartości. W kompozycji znać dbałość o czytelność i dramatyzm, blady kolor odznacza się swoistą, stłumioną harmonią, główki kobiece wydają się czasem nader intrygujące, być może z uwagi na osobliwości mody obowiązującej w jego czasach, a które odtwarzał ze skrupulatną wiernością. Niektóre twarze wykrzywia błazeński grymas, jak w świetnych karykaturach, aczkolwiek kojarzą się raczej z mimicznymi przerysowaniami aktorów komediowych niż z obliczami zwykłych ludzi. Wszędzie króluje humour, choć naszym zdaniem nosi on znamiona bardziej literackie niż malarskie. Można chyba stwierdzić, że Hogarth nie poszedł za swymi skłonnościami i minął się z powołaniem; zdarza się to częściej niż myślimy. Gdyby parał się piórem, nie zaś pędzlem, zostałby znamienitym eseistą, doskonałym kronikarzem obyczajów.

Ale nawet jako malarz Hogarth ma wielką zaletę: jest nią oryginalność. Do nikogo nie jest podobny, a nad wszystkimi jego dziełami unosi się silny zapach rodzimej ziemi. Może się wydawać szary, oziębły, sztywny, oschły, dosadny, ale jest też Anglikiem do szpiku kości. Portretuje typ ludzki, który nie istnieje nigdzie indziej w świecie, przenosi nas do ubiegłowiecznego Londynu i ukazuje życie tego miasta w sposób szalenie sugestywny.

VI. Anielskie główki

Przechodząc, rzućcie okiem na Świętą Rodzinę sir Joshuy Reynoldsa. Murillo nie powstydziłby się takiego Jezuska i małego świętego Jana. Zatrzymajcie się jednak przed innym płótnem tego artysty, przedstawiającym dzieci lady Londonderry. Są tu tylko główki odmalowane na tle nieba. Nie ujrzycie nigdzie słodszego lęgu bujających w obłoczkach serafinów i cherubów. Doprawdy idealne wrażenie przejrzystej świeżości.

Kto nie widział angielskiego baby, nie wie, czym jest piękno dzieciństwa. Blady Albion to donica, w której najpomyślniej rozkwitają te wspaniałe kwiaty ludzkiego ciała, które nazywają się Arthur, Bobby, Mary, Harriet albo noszą inne, równie śliczne imiona, o których pojęcia nie mają botanicy, przekonani, że róże wyrastają jedynie w ogródkach, a uzyskuje się je poprzez szczepienie na podkładce z szypszyny.

Pamiętamy, jak przemożne wrażenie wywarł portret młodziutkiego Lambtona, obraz Lawrence'a zaprezentowany kilka lat temu na wystawie w Luwrze: kameliowa karnacja, błyszczące, jedwabiste włosy, spojrzenie zamglone, tak jednocześnie mroczne i jasne, że mogłoby należeć do małoletniego Byrona. Kontrast między wiekiem modela a tym wyrazem rozmarzenia i głębokiej zadumy silnie zadziwił paryżan, przeświadczonych, że mają do czynienia z płodem poetyckiej fantazji artysty. Był to jednak nader wierny portret; w Anglii, gdzie chów dzieci to sztuka doprowadzona do absolutnej perfekcji, często spotykamy ów typ. Bakewell24, ten bydlęcy Prometeusz, nie osiągnął równie znakomitych sukcesów w hodowli bajecznych wołów, które, w gruncie rzeczy, są zwykłymi befsztykami, tyle że obciągniętymi lśniącą jak atłas skórą. Za pomocą szczotek, ciepłej wody, mydła, pumeksu, grzebyków i cold-cream garbuje się dzieci żywcem, dzięki czemu ich naskórek odznacza się niezrównaną regularnością i perłowym, niemal przezroczystym odcieniem. Papier ryżowy, delikatny płatek magnolii, wewnętrzna błona jajka, welin, który gotyccy miniaturzyści pokrywali subtelnymi iluminacjami - wszystko to sprawia wrażenie brudnej i szorstkiej szmatki w porównaniu ze skórą siedmioletniej Angielki z arystokratycznej rodziny. Na jej ramionach gronostaj i łabędź zdałyby się czarne, a najbielszy śnieg przypominałby sadzę.

Pewnego wieczoru udałem się do Drury Lane25. Grano Faworytę26, dostosowaną do brytyjskiego smaku i w przekładzie na język wyspiarski, co zaowocowało w rezultacie trudnym do opisania harmidrem, skłaniającym do przyznania racji pewnemu geometrze, którego trudno raczej posądzić o melomanię: "Muzyka to najbardziej dokuczliwy i najkosztowniejszy ze wszystkich hałasów". Tak więc słuchałem jednym uchem i co chwila odwracałem się plecami do sceny.

W dwóch różnych lożach dostrzegłem dwie urocze dziewczynki, choć obie były blondynkami, różniły się od siebie tak, jak albinos różni się od Murzyna.

Pierwsza i młodsza miała włosy w kolorze ciemnego złota, niemal kasztanowe, morowane umbrą, skręcone w nonszalanckie spirale; jej oczy szare, rezolutne, jak u rozpuszczonego dziecka, któremu wszystko wolno, niepodejrzewającego, że istnieje coś takiego jak nędza i cierpienie, wodziły dumnie po sali; od czasu do czasu układała na szkarłatnym welurze poręczy swą drobną różową rączkę ukrytą w czarnej mitence; jej krągłe policzki miały kolor czerwonej papierówki. Usta, ubarwione czystą i żywo płynącą krwią, w kącikach lekko zadzierały się do góry w słodkim grymasie niesfornego dąsu.

Druga była blada, a jej policzki przypominały płatki róży herbacianej zamoczone w mleku; brwi niemal zlewały się z czołem o żylastych skroniach, przeświecającym jak agat; włosy miała cienkie, lekko kędzierzawe, w dziwnym odcieniu zielonkawego złota, włosy Elfa lub Ondyny. Pierwsza zdawała się siedzieć w promieniach słońca, druga - w blasku księżyca; jej wiotkie dłonie jakby przepuszczały światło; źrenice bladobłękitne niczym barwinek oprószony śniegiem ledwo wyróżniały się na tle kremowej perłowości soczewki; długie rzęsy, trzepoczące jak skrzydła motyla, dodatkowo łagodziły to jedwabiste, melancholijne spojrzenie.

Miało się wrażenie, że to dwie kartki wyrwane z keepsake'a i ożywione za sprawą czarów.

VII. Nawias

Odwiedziłem pracownię Chalona27, wziętego londyńskiego malarza. Mieszka w okazałym domu: schody nieskazitelnej bieli wysłane kobiercami, ozdobione rzadkimi kwiatami i obrazami prowadzą do salonu, w którym pracuje mistrz. Na kominku o kunsztownej kracie wiszą dwa olbrzymie rogi turze, wypełnione wodą, skąd rozrastają się girlandy bluszczu. Taborety dla modeli obito kosztownym aksamitem; i we wszystkim tym znać jakąś szczególną dbałość i drobiazgową schludność, której nie znajdziemy w żadnej pracowni francuskiej, gdzie: "Nieład wdzięczny owocem jest sztuki"28.

Na ścianach wisiały oprawione w passe-partout bohaterki Byrona, Waltera Scotta i Shakespeare'a, a także sceny z życia elegantów - prawdziwe arcydzieła sztuki graficznej, w których finezja, miękkość, zdolność wywoływania efektu, żywość kolorów i wyrafinowana kreska wynagradzają nam niedostatki samego rysunku. Ileż tu gazy, kwiatków, włosów jak wierzby płaczące, wyolbrzymionych oczu, a ust tak nieproporcjonalnie małych, że do pocałunku powinny się dobierać trójkami, ile afektowanej melancholii, udawanej skromności, wszelkiego rodzaju minoderii! Jest to tak dalece fałszywe i absurdalne, że wprost czarujące.

Najdziwniejsze, że Angielki dokładają wielkich starań, aby się do tych miniatur upodobnić, w dodatku z powodzeniem. Jeśli sądziliście dotychczas, że istnieje coś takiego jak natura, byliście w błędzie: natura to wymysł malarzy. W każdej epoce artyści podążają za jakimś ideałem, usiłując jak najlepiej ucieleśnić go w swoich rzeźbach, obrazach, wierszach; ideał ten, powielany następnie hurtowo, mniej lub bardziej udatnie, zaczyna podbijać umysły mas. Młodzi pragną nadać swojej miłości postać najbardziej zbliżoną do wzorców modnych w danym czasie. Kobiety uświadamiają sobie, że jeśli chcą przyciągać uwagę, muszą wbić się w gorset panujących wyobrażeń i oczekiwań, usiłują więc naśladować wspomniany ideał: w stroju, uczesaniu, postawie i grymasach, w końcu stają się podobne obrazom. Dzieci, spłodzone z tej troski, jeszcze bardziej zbliżają się do upragnionego typu; tak oto wielki artysta może odmienić fizjonomię tematu swej twórczości. Posągi Fidiasza poczęły typ grecki, madonny Rafaela wydały na świat szesnastowieczne Włoszki, Albrecht Dürer był ojcem niemieckiego piękna; bez Watteau i jego szkoły nie byłoby regencji; to z wyobraźni sir Thomasa Lawrence'a zrodziła się angielska kobieta.

Byt kształtuje się zawsze podług swojej idei. W Chinach, na przykład, ideałem kobiecego piękna jest filigranowa smukłość doprowadzona do skrajnej postaci. Szykowny mężczyzna wyróżniać się musi, przeciwnie, potrójnym podbródkiem i majestatycznym kałdunem. Wszystkie kobiety są szczupłe jak trzciny, mężczyźni zaś brzuchaci jak beczki. W okresie Cesarstwa francuscy rymotwórcy zaprowadzili modę na liliową i różaną karnację: lilie i róże rozkwitły na wszystkich licach. Pojawił się romantyzm, Alfred de Musset napisał słynny wers:

Żółta jest jak pomarańcza

Wszystkie kobiety natychmiast zzieleniały. Zdobycie Algieru i Poezje wschodnie Victora Hugo wydały niebywałą liczbę tureckich, arabskich czy albańskich głów, których wcześniej szukalibyśmy ze świecą. Myśl to wewnętrzny młoteczek, który odkształca z jubilerską precyzją formy, nadając im wklęsłość i wypukłość naszych zainteresowań. We wczesnej młodości byłem wątły i chudy jak niemiecki paź z gotyckiego obrazu, a marzyłem o stalowych mięśniach i spiżowej piersi, o atletach, bokserach, północnych i południowych herkulesach wyginających żelazne sztaby i podrzucających nieprawdopodobne ciężary, o jeźdźcach dźwigających konie na własnych barkach; siłą woli wspartą paroma befsztykami zdołałem wymodelować sobie bicepsy, jakich nie powstydziłby się pułkownik kirasjerów. Jeśli myślimy o czymś z pewną uporczywością, owa myśl musi w końcu wyryć nam się w ciele lub na twarzy.

Malarze kształtują naturę, pisarze - obyczaje; to, co nazywamy światem, jest czystą abstrakcją: autorzy płodzą książki, w których ukazują społeczeństwo odpowiadające ich własnym predylekcjom czy kaprysom, kreślą fikcyjne portrety i opisują nieistniejące charaktery; później nadciągają kopiści, którzy zamieniają powieściowych bohaterów w istoty z krwi i kości. Lovelace'owie, Saint-Preux, Wertery i tym podobne wymysły Richardsona, Rousseau czy Goethego stały się szablonem dla olbrzymiej większości młodych ludzi z wieku XVIII i początków XIX. Nie wspominam nawet o literackich bohaterkach; kobiety ulegają wpływom jeszcze łatwiej niż mężczyźni, domatorski tryb życia wydaje je, całkowicie bezbronne, na łup uwodzicielskiej potęgi lektury. Nie ma w tym zresztą nic złego: lepiej starać się upodobnić do Pameli, Clarissy czy Julii, niż być po prostu zwykłą idiotką lub kocmołuchem. Przepadam za smaczną polewką i nie odznaczam się jakimś szczególnym zamiłowaniem do chodzenia w dziurawych portkach, czy jednak skrobanie garów i cerowanie znoszonych łachów winno stanowić główne zajęcie piękniejszej połowy rodzaju ludzkiego?

VIII. Ortopedia

Przypatrując się tym dwóm dziecięcym główkom, rozmyślałem: "Jaki los je czeka? Kogo pokochają? Za kogo je wydadzą?".

A przede wszystkim: jak długo sobie pożyją?

Czy suchoty, przymrozki ścinające te kwiaty piękna, nie zakończą przedwcześnie ich żywota? Zwłaszcza druga z nich błyszczała wdziękiem tego, co nietrwałe: twarz pociągnięta bladością śmierci, oczy, w których dało się dostrzec odbicie raju; można powiedzieć, że już wyzierały z niej rysy anioła.

Ponieważ mowa o dziewczynkach i aniołkach, pozwólcie, że przytoczę pewną historię. Usłyszałem ją od poety, który, choć wziął już rozbrat z piórem, to wiele w życiu widział; jeśli nie przemówi do was urok tej powiastki, pretensje kierujcie wyłącznie do mnie.

Każda młoda para marzy o pięknym dziecku. W miłosnej arytmetyce jeden i jeden dają trzy. Matka, ojciec i dziecko tworzą ludzką trójcę. Przyjście na świat Hanny wprawiło rodziców w nieopisany zachwyt; po prawdzie była to najsłodsza i najbardziej urocza dziewczynka, jaką sobie można wyobrazić; była dokładnie taka, jak ją postrzegał jej ojciec, a nawet matka, co powinno chyba starczyć za całość opisu.

Aż do dziesiątych urodzin odznaczała się rosnącym powabem ciała i ducha, coraz wspanialszym pięknem oblicza oraz duszy. Na jej widok nawet ostatniego prostaka zdejmował podziw i szacunek. Choć cechowała się niezwykłą łagodnością, koleżanki ledwie ośmielały się z nią bawić, czuły bowiem, że Hanna pochodzi z jakichś wyższych rejonów i nie ma nic wspólnego z innymi dziećmi.

Jako że śmierć jest zazdrosna i nie potrafi ścierpieć widoku szczęścia, zamiast zadowolić się jakimś biednym, wyniszczonym paralitykiem albo złożonym chorobą starcem, na strychu wypluwającym płuca, zabrała pewnego dnia, bez powodu czy potrzeby, szczęsną matkę Hanny. Dziewczynka pogrążyła się w głębokim smutku. Po pewnym czasie wydawało się, że zdołała jeśli nie znaleźć pociechę, to w każdym razie jakoś okiełznać ból: spędzała długie godziny z oczami zwróconymi w górę, przejmując się otoczeniem równie mało, co alabastrowy posążek Melancholii ustawiony na nagrobku.

Minęły dwa lata. Hanna wyróżniała się pięknem coraz bardziej niepokojącym, nadludzkim, niemal złowieszczym; jej skóra, którą dusza oświetlała od wewnątrz, odznaczała się niezwykłą jasnością; jej ręce były bielsze od hostii i dziewiczego wosku, a gdyby nie lekko różowawy odcień paznokci i błękitne pasemka żył można by pomyśleć, że nie krążą w nich zwyczajne, życiodajne soki.

Pewnego razu guwernantka Hanny, obecna przy porannej toalecie swej pupilki, odniosła wrażenie, że jej ramiona wystają nadmiernie; przyjrzawszy się bacznie plecom podopiecznej, stwierdziła, że poniżej linii ramion zakrzywienie jeszcze się wzmaga, zaznaczając się na wysokości łopatek pokaźną wypukłością. Hannie wyrastał garb; umieszczono ją w zakładzie ortopedycznym. Wbito w żelazny gorset, rozciągnięto na łożu tortur i zaczęto poddawać okrutnym zabiegom, które znosiła z heroiczną cierpliwością. Wszystko na próżno. Był to nie tyle zwykły garb, ile raczej dwa obłe przedłużenia barków.

Lekarze, jak to mają w zwyczaju, nic z tego nie pojmowali; w końcu, widząc absolutną jałowość stosowanych terapii, wydobyli biedaczkę z żelaznego pancerza, a wówczas ich oczom ukazał się niezwykły widok. Na jej plecach sterczały pióra białe jak śnieg. To, co wzięto omyłkowo za garb, okazało się anielskimi skrzydłami; skrzydła te zaczęły trzepotać i poniosły łagodnie Hannę prosto do raju, gdzie już czekała na nią matka: to jej właśnie wyglądała poprzez sufity, tak mocno pragnęła poszybować prosto w matczyne ramiona wyciągnięte ku niej z głębi niebios, że to marzenie porwało ją z ziemi. Morał tej historii? Nie powinno się wciskać młodych panien w gorsety.

IX. Ustępstwo na rzecz Beotów

Ostatnio zwiedziłem Tunel, choć w gruncie rzeczy mało dbam o ciekawostki. Podróżując, trzeba jednak pamiętać o przyjaciołach. Kiedym poprzednio bawił w Anglii, nie czułem najmniejszej potrzeby ujrzenia owego tunelu; po moim powrocie do kraju Beoci obu płci i maści wszelakiej tylekroć nadużywali jednak wobec mnie owego garbatego znaku, który zwie się pytajnikiem, indagując z natarczywą dociekliwością: "Czy widział pan Tunel?", że postanowiłem, tym razem, mężnie sprostać zadaniu; żaden pędzel nie zdoła bowiem odmalować spojrzenia miażdżącej pogardy, jakim wzmiankowani Beoci obrzucali mnie, gdym zgodnie z prawdą odpowiadał: "Nie, nie widziałem Tunelu".

- A Westminster?

- Też nie.

- Katedrę Świętego Pawła?

- W jeszcze mniejszym stopniu.

- Cóż więc, do diabła, robił pan w Londynie?

- Przechadzałem się po mieście, przyglądając się Anglikom, a zwłaszcza Angielkom, których opisów nie znajdziecie w żadnym przewodniku. Wydaje mi się to równie zajmujące, co kilka kamieni ułożonych jeden na drugim w ustalonym porządku.

Od tego czasu owi poczciwi mieszczanie patrzą na mnie z ukosa jak na osobę na wpół obłąkaną i podejrzewają o kanibalskie skłonności, a gdy zdarzy mi się ich odwiedzić, natychmiast wysyłają swoje dzieci spać, tak na wszelki wypadek. Obawiam się, że może to pogrzebać moje nadzieje ożenku.

X. Spleen, pogrzeb i Tunel

Była niedziela; siąpił przenikliwy, drobny deszcz, ostry jak angielskie igły. (A propos, właśnie sobie przypomniałem, że miałem przywieźć do kraju kilku paczek tego wyrobu). Niebo zdawało się bardziej jeszcze ubłocone niż ziemia, niepodobna bowiem sunąć po nim zamiatarkami; słowem panowała pogoda typowa dla brytyjskich niedziel; spleen leniwie pełznął wzdłuż murów z żółtej cegły; nad miastem zawisła nuda, która czerniła duszę niczym miałki pył węgla drzewnego smolący wywieszone pranie. Przy takiej pogodzie ludzie marzą o podręcznej apteczce zawierającej opium, kwas pruski i octan morfiny; myśl o samobójstwie lęgnie się w najtwardszych umysłach; nieroztropnie bawić się pistoletami albo wychylać przez balustrady mostów. Wilgotny ziąb mrozi aż do kości; człowiek czuje, że pleśnieje jak szafa w suterenie; wdychany dym wypełnia mózg kopciem, barwiąc myśli kolorem rozrobionej wodą sadzy; wydmuchując nos, kalamy chusteczki czernią. Pozostaje tylko urżnąć się w sztok, rozpalić w żołądku słońce z ponczu, wyczarować parny klimat siłą porto, sherry i madery; do tego trzeba być jednak zaprawionym w takich bojach Anglikiem.

Wsiadłem do patent safety29, dziwacznego kabrioletu, w którym woźnica siedzi na tylnym koźle, tam gdzie zazwyczaj podróżuje służący, i powozi, wściekle wywijając wam lejcami nad głową. Wszystkie sklepiki były zamknięte. Odnosiło się wrażenie, że w mieście po raz kolejny wybuchła epidemia dżumy. Na ulicach widać było tylko parafialne podrzutki odziane w pstrokate, żółto-niebieskie kaftany. A także liczne kondukty żałobne, Londyn skrzętnie bowiem gromadzi nieboszczyków z całego tygodnia, aby ich pochować w niedzielę. To jedyna rozrywka dopuszczalna w ten dzień święty. Angielskie karawany przypominają wozy przeprowadzkowe; karawaniarze noszą długie, czarne płaszcze i wielkie wachlarze ze strusich piór.

Jako że poruszyliśmy już ten ponury temat, poczyńmy kilka uwag na temat brytyjskich obrzędów pogrzebowych. W Londynie nadal chowa się zmarłych w kościołach; każda parafia ma własny cmentarz, czemu w Paryżu kres położyła Rewolucja. Trudno wystawić sobie coś bardziej nagiego, jałowego oraz przykrzejszego dla oka i duszy niż londyński cmentarz; na taki widok człowiekowi niemal odechciewa się umierać. Żadnego parkanu, ogrodów, wieńców czy kwiatów; lodowata niepamięć, dojmujące zapomnienie. Groby z czarnego kamienia zachowują, podobnie jak skrzynie mumii, niewyraźny kształt ludzkiego ciała, co przedstawia się raczej posępnie i zalatuje odorem śmierci. Trudno zrozumieć, czemu Anglicy, tak miłujący home oraz comfort, godzą się cierpieć podobne niewygody na tamtym świecie. Można po tym poznać naród, dla którego użyteczność jest sprawą najważniejszą. Czemu troszczyć się o zmarłych, którzy niczemu nie służą i nie przynoszą najmizerniejszego dochodu? Osobliwie we Francji, kraju uchodzącym, par excellence, za ojczyznę rozwiązłych lekkoduchów, kultu zmarłych przestrzega się jak najsurowiej. Cmentarz P?re-Lachaise nie ma sobie równych; można tam bez trudu znaleźć dziesięcioletnie mogiły ozdobione świeżymi kwiatami.

Pewnego dnia, spacerując w okolicach Westminsteru, spostrzegłem młodego chłopca kopiącego grób. Stał w dole, tak iż widziałem tylko górną część jego ciała; był to kędzierzawy, śliczny blondynek, z twarzyczką spłonioną od pracy; wkładał w swój ponury znój mnóstwo serdecznego zapału, podśpiewywał Rule Britannia i wymieniał jowialne docinki z widzami. Wśród brunatnej ziemi, którą dziarsko wyrzucał za plecy, zaplątał się milusi gnat o łukowatym wygięciu charakterystycznym dla kobiecej kości udowej. Owo trofeum padło łupem dzieci, które zaczęły się nim bawić z dzikim entuzjazmem. Przechodnie pojawiali się i znikali, unoszeni zawirowaniami życia, depcząc po grobach, aby skrócić sobie drogę. Mnie zaś przypomniała się scena Hamleta ukazująca grabarzy, skądinąd sam wielki Shakespeare pochowany jest tuż obok, w Westminsterskim zakątku poetów. Anglii należy bowiem oddać tę sprawiedliwość, że mimo całego uprzemysłowienia potrafiła wygospodarować w swym przestronnym imperium kącik dla poetów. Choć, po prawdzie, owo miejsce wyznaczono poetom martwym, zawsze to miły gest. Królowie mogą się czuć zaszczyceni, spoczywając u boku Shakespeare'a.

Mój patent safety pomykał wąskimi uliczkami, ciągnącymi się wzdłuż Tamizy, z prędkością typową dla londyńskich środków lokomocji, wtem podskoczył gwałtownie, omal się nie wywracając. Spotkaliśmy na drodze statek, który, podniesiony przypływem, nonszalancko przeciągał swój bukszpryt w poprzek ulicy. Zderzenie kabrioletu ze statkiem, takie cuda zdarzyć się mogą tylko w Londynie.

Dotarliśmy w końcu do Tunelu, którego tymczasowe wejście, widziane z zewnątrz, przedstawia się niezbyt okazale.

A jednak w tym potężnym szybie oświetlanym od góry i opasanym rzędami lekkich schodów jest coś wzniosłego. We wnętrzu tej helikoidy mają powstać łagodne pochylnie, które umożliwią pojazdom dotarcie na poziom tunelu. Nie zamierzam w tym miejscu wypisywać, ile tunel liczy sobie metrów, ani na jakiej głębokości pod poziomem rzeki przebiega - są to informacje łatwo dostępne; za to chciałbym się podzielić własnymi wrażeniami. Na pierwszy rzut oka obie równoległe galerie o łukowatych sklepieniach połączone bocznymi arkadami niezbyt pobudzają wyobraźnię. Pobielone i oświetlane gazowymi lichtarzami nie różnią się niczym od zwykłych pasaży; trzeba mocno wysilić umysł, aby uznać, że stoimy w obliczu jednego z najwspanialszych osiągnięć ludzkiej woli: żadna zmysłowa forma nie ucieleśnia tej idei, tak więc, choćbyście powtarzali do znudzenia, że nad waszymi głowami suną pod pełnym takielunkiem trójpokładowe okręty, nie zdejmie was szczególne uczucie podziwu. Owszem, jest to zjawisko zdumiewające, niezwykłe i cudowne, ale nic nie raczy was o tym poinformować. Najdrobniejszy kawałek greckiego marmuru, zachowujący jeszcze ślady dłuta Fidiasza, wywołuje znacznie silniejsze wrażenie potęgi i wielkości; a przecież moc wysiłku, nauki, obliczeń, wytrwałości, koniecznych dla ukończenia tego dzieła, winna budzić osłupienie. Ten korytarz to cała egzystencja wielkiego człowieka, jednego z tych wybitnych umysłów dotkniętych gorączkowym pragnieniem osiągnięcia tego, co niemożliwe, najszlachetniejszą namiętnością trawiącą mózg. Czegóż więc brakuje? Bagatela: piękna.

Oto niemal powszechna słabość wszystkich wytworów przemysłu, skaza tłumacząca instynktowną niechęć poetów i artystów wobec wspaniałości cywilizacji. Urządzenia, maszyny i wszelkie płody matematycznej kombinatoryki odznaczają się szpetotą. Łatwo to wyjaśnić: są one wciąż zbyt świeże, aby sztuka zdążyła się nimi zająć. Brakuje im przyodziewku formy, albo, inaczej rzecz ujmując - epidermy. Są to istoty odarte ze skóry, obnażające zakrwawioną i wstrętną plątaninę nerwów, mięśni, żył i tętnic. Gdyby ludzie spacerowali ulicami z własną skórą pod pachą, niczym święty Bartłomiej z Sądu ostatecznego Michała Anioła, nie byłby to widok zanadto przyjemny. Załóżmy, że wynalazek maszyn parowych i kolei żelaznych przypadł na Średniowiecze. Komin lokomotywy wiłby się niczym szyja smoka, dym ulatniałby się z paszczy ukazującej straszliwe zębiska; skrzydła szponiaste jak u nietoperza zdobiłyby boki pojazdu, a motorniczowie wydawaliby się demonami dosiadającymi koszmaru i ciągnącymi neofitów na sabat. Myśl ta naszła mnie w zeszłym roku, gdy o zmierzchu, z dzwonnicy antwerpskiej katedry Najświętszej Marii Panny, przyglądałem się mknącemu jak strzała i skrzącemu się czerwonymi błyskami składowi, który nadciągał z Mechelen.

A propos Tunelu, kilka miesięcy temu, nękany głodem, wypuściłem dwie k a c z k i najdzikszego gatunku: pierwsza, która opisywała doświadczenie szybkości podczas podróży koleją, została opublikowana w brytyjskich dziennikach w angielskim tłumaczeniu, a następnie przełożona ponownie na francuski, obecnie zaś okrąża ona świat; druga dotyczyła przeprawy kanałem La Manche, od Calais do Folkestone, w olbrzymich zespawanych żeliwnych rurach, obsługiwanych przez pneumatyczną machinę. Pewna angielska gazeta ogłosiła, że podobny tunel z rur żeliwnych powstaje już pod jakąś rzeką o nazwie zbyt gęsto upstrzonej "w", "y" i "k", abyśmy zdołali ją zapamiętać. Rzeczony tunel miałby jednak mieć w sobie coś z kolejki górskiej. Na każdym brzegu wznosi się pawilon; tunel, złożony z giętych rur, zagłębia się pod rzekę i rysuje półkole, którego obie końcówki prowadzą do platform pawilonów. Wewnętrzny spód rur jest specjalnie żłobiony, tak iż pasażerowie będą pędzić w wózkach na kółkach z jednego brzegu na drugi, pokonując rzekę z niezrównaną prędkością i bez śladów zmęczenia.

Najstraszniejsze, że wszystko to może się urzeczywistnić, a gdy już zacznie działać, wyda się rzeczą najpospolitszą z możliwych. Któż uwierzyłby dawniej, że człowiek wzbije się w powietrze na wysokość niedostępną skrzydłom orła czy kondora; że statki obywać się mogą bez żagli i wioseł, oraz że kocioł sunący po metalowych prętach będzie przewozić tysiące podróżnych?

XI. Głębokie przemyślenia

Tego dnia miało się odbyć zaprzysiężenie nowego lorda majora, uznałem, że wypada uczcić tę uroczystość odświeżoną bródką. Jako że moje życie nie składa się z samych uciech, a w chwili znudzenia wymachiwanie brzytwą tak blisko własnej szyi nie wydaje się zbytnio roztropne, kazałem posłać po balwierza.

Zjawił się bezzwłocznie i mogłem przeprowadzić porównanie między cyrulikiem angielskim a hiszpańskim. Był to młody blondyn o ziemistej cerze, chudy, odziany w czerń i odznaczający się szorstką oficjalnością, która przywodziła na myśl aptekarza lub medyka. Wchodząc, powitał mnie skinieniem głowy, poważnym, oziębłym i sztywnym jak dobrze wykrochmalony kołnierzyk, nie zaszczycając mnie przy tym spojrzeniem; następnie wydobył z walizeczki biały fartuch, który przewiązał sobie wokół bioder i naciągnął na pierś. Po przeprowadzeniu tego zabiegu podwinął mankiety, otworzył skrzyneczkę, wydobył z niej kilka brzytew i bacznie zlustrował ostrza. Wybrał w końcu jedną, przeciągnął nią po skórzanym pasie i postąpił kilka kroków w moją stronę. Nie potrafię oddać tego pozbawionego życia wyrazu i milczącego znoju bezcielesnej zjawy, z jakimi ów tajemniczy cyrulik wywiązywał się ze swej funkcji. Jak do tej pory, jeśli pominąć owo delikatne pochylenie głowy wykonane na progu drzwi, nie dał po sobie poznać, że zauważył czyjąś obecność w pokoju; mną w każdym razie zgoła się nie krępował, już na wstępie postarał się o to, żeby zapewnić sobie pełną swobodę działań.

Dla niego byłem chyba tylko zbytecznym dodatkiem do brody. Przyglądając się tej zimnej, bladej i posępnej figurze, zastanawiałem się, czy nie jest to aby jakiś wskrzesiciel30, cierpiący na braki w aprowizacji, który właśnie rozgląda się za świeżymi zwłokami. Rzuciłem więc ukradkowe spojrzenie na fragment podłogi podtrzymujący moje krzesło, aby się upewnić, czy nie ma tam ukrytej zapadni, przez którą poleciałbym prosto do piwnicy z poderżniętym uprzednio gardłem. Szykowałem się już do przesunięcia krzesła, gdy naszła mnie kojąca myśl, że mieszkam wszak na drugim piętrze, a co za tym idzie, pod podłogą nie mogą znajdować się podziemia; choćby i otworzyła się pode mną zapadnia, zleciałbym najzwyczajniej w świecie na pierwsze piętro wprost do fortepianu młodej i powabnej śpiewaczki. Po zakończeniu całej operacji mój golibroda ulotnił się niczym duch, nie poruszając nogami, jak gdyby teatralna maszyneria usunęła go za kulisy.

Jak wiele dzieliło tego brytyjskiego balwierza, posępnego niby mgła, od cyrulików hiszpańskich promiennych jak słońce! Jakaż radosna paplanina rozbrzmiewa wokół masywnych, dębowych foteli, w których sadzają was pracownicy zakładów sąsiadujących z kordobańskim meczetem! Jakże dziarsko się uwijają! Z jaką małpią zręcznością wdrapują się na szczeble krzesła, żeby wywijać ostrzem ponad głowami klientów! A najosobliwsze jest to, że choć posługują się brzytwami, które pamiętają czasy króla Ćwieczka, sami zaś wyginają się niby cyrkowi kontorsjoniści, to pozbawiają was zarostu z niezrównaną precyzją. Figaro stracił wprawdzie atłasową kamizelkę, guziki obszyte srebrem i zdobiącą mu głowę jedwabną siateczkę, pozostał jednak pierwszym wśród cyrulików.

XII. Wenecja w Londynie

Usłużny przyjaciel wystarał się dla nas o okno w City z pięknym widokiem na orszak lorda majora. Szczęśliwym trafem dopisała też przepiękna pogoda: choć wybiła dopiero godzina jedenasta rano, nie potrzebowaliśmy ani świec, ani gazowych latarni, żeby widzieć wszystko jak na dłoni. Procesja spóźniała się wprawdzie, ale, jako że wielką przyjemność sprawia mi obserwowanie ulicy, na której coś ma się niebawem wydarzyć, wsparty łokciami o balustradę balkonu chłonąłem wzrokiem te wszystkie angielskie typy o kanciastych czołach, kanciastych podbródkach, kanciastych nosach i kanciastych oczach, opatulone w tweedy, makintosze i inne równie nieprzemakalne tkaniny. Dla nas Francuzów, z natury przystępnych, bezceremonialnych i nawykłych do paryskiej wylewności, niewzruszona flegma, całkowita niebaczność na otoczenie i żarliwy kult własnego pępka, tak charakterystyczne dla angielskiej fizjonomii - tworzą szalenie zdumiewające widowisko. Tutaj nikt się na nikogo nie ogląda; za to każdy okazuje jak najtkliwsze względy samemu sobie; jednostka jest zarazem własnym bogiem i kapłanem owego boga. Wypada zresztą przyznać, aby oddać egoizmowi sprawiedliwość, że Anglicy w tych drobnych układzikach i akomodacjach zachowują się nieporównanie bardziej poprawnie niż inne narody; jak bowiem głosi wiekowe porzekadło: nie ma lepszego sługi nad pana.

Choć ulica roiła się od ludzi, nie dochodził nas żaden dźwięk; podobne skupisko Francuzów zaowocowałoby nieustannym brzęczeniem; a porównywalna liczba Neapolitańczyków wywołałaby ogłuszającą wrzawę.

Wśród tego smętnego tłumu, pośród tych wszystkich osobliwych kapeluszy o spłaszczonych kształtach, owych qui capit ille facit, tak pociesznie odmalowanych przez Méry'ego31, dojrzałem łopoczący skrawek białej muśliny i dwie błyszczące źrenice: był to poczciwy Hindus z Kalkuty lub Benares, sprzedający jakieś druki związane z uroczystością. Jako że podszedł pod nasze okno, mogłem mu się dokładnie przypatrzeć.

Jego cera miała barwę świeżego brązu i ten ciepły, zdrowy odcień wyraźnie odcinał się od popielatych twarzy Anglików. Słońce Indii skrzyło w jego rozbieganych oczach, mrugających na przemian czernią i bielą, co wywoływało efekt doprawdy niesamowity. Oczy mieszkańców wschodu mają niepospolity blask. W porównaniu z nimi nasze są jakby zgaszone, gdy wracamy na Północ z podróży po ciepłych krajach, ludzie wydają nam się ślepi, gdyż ich spojrzenie jest tak dalece przyćmione, niepewne, wstydliwe. Hindus uśmiechał się co pewien czas, ukazując ostre zęby dzikiej bieli, z tego uśmiechu przybranego wschodnią przymilnością biło jednak coś słodziuchnie okrutnego i lubieżnie podstępnego, wskazując, że mamy do czynienia z przedstawicielem wrogiego nam ludu: był to w istocie przybysz z tych stron, w których kotem jest tygrys, z krainy pełnej sturęcznych bóstw o nosach w kształcie trąb słoniowych, obfitującej w baśniowe drzewa, gigantyczne kwiaty i zabójcze trucizny. Jego miedziane kolczyki, połyskujące na tle śniadych policzków oraz długa szyfonowa suknia o kraju mocno uwalanym błotem, nadawały mu nieco zniewieściały wygląd, kłócący się z twardością rysów, niewątpliwie naznaczonych nostalgią.

Obecność tego Hindusa w sercu londyńskiego City poderwała moje myśli do tysiącmilowego skoku, ujrzałem jak z płomiennej mgły wyłaniają się rozjarzone minarety, złote kopuły, strzeliste kolumnady i inne nieprawdopodobne budowle z ilustracji Daniella32. Przyglądałem się radży Lahore, jadącemu na słoniu u boku oblubienicy o zębach pomalowanych na niebiesko i czole zdobionym listkami ze złota; słyszałem uderzenia drobnych pięt bajader i pobrzękiwanie dzwoneczków u ich kostek. Ramalingam33 szykował się do dmuchnięcia nosem w bambusowy flet, Devandasira zaś wodził smagłym kciukiem po membranie bębenka z ryżowego papieru. W końcu poruszenie tłumu zapowiedziało nadejście lorda majora; prędzej czy później wszystko bowiem nadchodzi, nawet długo wyczekiwany korowód.

1 Chodzi prawdopodobnie o Jeana Baptiste'a Dumasa, który w ósmym tomie dzieła o wdzięcznej nazwie Traité de chimie aplliquée aux arts (1848, Traktat o chemii stosowanej w sztukach) ustalił dzienne "spożycie" węgla nie tylko człowieka (od 250 do 300 gramów), ale również innych zwierząt, np. puchacza (15 gramów) czy świnki morskiej (6 gramów) [przypisy tłumacza].

2 Gautier odnosi się tu do jednej z pierwszych wielkich katastrof kolejowych, do której doszło przy wjeździe do Meudon 8 maja 1842 roku.

3 Mathieu-Murray - brytyjski parowóz typu Planet.

4 Georges - Anglik, główny mechanik Mathieu-Murray.

5 François Baucher (1796-1873) - francuski mistrz i teoretyk jeździectwa.

6 Odległość między Paryżem a Rouen (120 kilometrów).

7 Imię Adam wywodzić się miało z hebrajskiego - adom, słowa oznaczającego kolor czerwony.

8 Jean-Gaspard Debureau (właśc. Jan Kašpar Dvořák, 1796-1846) - słynny mim, który przeobraził postać Pierrota. Znakomicie wcielił się w niego Jean-Louis Barrault w filmie Komedianci Marcela Carnégo.

9 Chodzi o "malowniczy i mechaniczny teatr pana Pierre'a", który cieszył się dużym wzięciem na początku XIX wieku, a po śmierci twórcy, Jean-Pierre Claude'a (1739-1814), prowadzony był przez jego uczniów.

10 Turf (ang.) - darń.

11 "Krowią podłogą" francuscy marynarze określali stały ląd z uwagi na to, że szanse na spotkanie krowy na pokładzie statku są dość nikłe. Gautier kpi sobie przy okazji z osiemnastowiecznego poety, Jacques'a Delille'a, który, wierny zasadom klasycznej poetyki, wystrzegał się określeń pospolitych i nielicujących z godnością lirnika (np. gdy zmuszony był wspomnieć o bydle domowym, zastępował krowy szlachetniej brzmiącymi jałówkami).

12 Cukierki maltańskie - pastylki z wodorowęglanu sodu, które miały zapobiegać chorobie morskiej.

13 Gautier nawiązuje tu do swojego opowiadania Stopa mumii, które ukazało się po polsku w przekładzie Krystyny Dolatowskiej (Teofil Gautier, Stopa mumii i inne opowiadania fantastyczne, PIW, Warszawa 1980).

14 Boabdil - tak Hiszpanie nazywali ostatniego emira Granady Muhammada XII.

15 Kyzłaraga - naczelnik eunuchów.

16 Gubetta - postać z dramatu Victora Hugo Lukrecja Borgia.

17 Alcarraza - tradycyjne hiszpańskie naczynie do przechowywania wody.

18 Drukarnia Królewska (Imprimerie Royale) - paryska drukarnia założona w 1640 roku i słynącą z niezwykle luksusowych wydań.

19 Do założonego w 1795 roku Institut de France należała naukowa, literacka i artystyczna elita, stąd nazywany był "parlamentem uczonego świata". W jego skład wchodzi pięć Akademii (Akademia Nauk, Akademia Francuska, Akademia Inskrypcji i Literatury Pięknej, Akademia Sztuk Pięknych, Akademia Nauk Moralnych i Politycznych).

20 Wspomniany pałac (Northumberland House lub Suffolk House w zależności od okresu) zburzono w 1874 roku. Zachował się jednak "lew rodu Percy", który znajduje się obecnie w Syon Parku. Ogon tego zwierzęcia pręży się tak doskonale równolegle do ziemi, że można by na nim wieszać pranie, do czego najpewniej pije Gautier.

21 Théodore Rousseau - przywódca grupy barbizończyków. W 1836 roku jury nie dopuściło jego dzieł na wystawę. Pokazał je dopiero w roku 1849, kiedy - na trzy lata - zniesiono instytucję jury.

22 Mowa o brytyjskim aktorze Johnie Philipie Kemble'u (1757-1823).

23 Guy du Faur de Pibrac (1529-1584) - poeta, jurysta i dyplomata. Jego najsłynniejszym dziełem są Les quatrains (Kwartyny).

24 Robert Bakewell (1725-1795) - angielski agronom i hodowca, pionier zootechniki.

25 Theatre Royal, działający w Londynie od 1663 roku, a od 1812 roku, po trzech przeprowadzkach, mieszczący się przy Drury Lane.

26 Faworyta (wł. La favorita, fr. La favorite) - opera Gaetana Donizettiego według libretta Alphonse'a Royera i Gustave'a Vaëza, będącego adaptacją sztuki Le comte de Comminges F.-T.-M. de Baculard d'Arnauda. Dawniej wystawiana przeważnie po włosku, obecnie coraz częściej w pierwotnej, francuskiej wersji.

27 Alfred Edward Chalon (1780-1860) - pochodzący ze Szwajcarii malarz, który mieszkał i tworzył w Londynie.

28 Fragment Sztuki rymotwórczej Nicolasa Boileau w przekładzie Antoniego Maciuńskiego.

29 Patent safety cab - pojazd wynaleziony w 1834 roku i bardziej znany pod nazwą Hansom Cab (od nazwiska wynalazcy, Josepha Hansoma). Obniżenie środka ciężkości pojazdu zapewniało większe bezpieczeństwo przy szybkiej jeździe niż w dawniejszych modelach "konnych taksówek".

30 W XVIII i XIX stuleciu wskrzesicielami (ang. resurectionnists) nazywano w Anglii osoby trudniące się wykopywaniem zwłok i odsprzedawaniem ich szpitalnym anatomom.

31 Joseph Méry (1797-1866) - francuski poeta, dziennikarz, librecista i autor powieści przygodowych. Tajemnicze wykorzystanie łacińskiej sentencji ("kto traktuje [uwagę jak krytykę], ten czyni [z uwagi krytykę]") na określenie angielskich nakryć głowy pojawia się kilkakrotnie w zbiorze opowiadań Méry'ego Les nuits de Londres (1840, Londyńskie noce), skądinąd bez wyjaśnienia. Być może chodzi tu o uczoną grę słów, angielskie to cap it oznacza "nakryć to".

32 Thomas Daniell (1749-1840) - brytyjski artysta, który po dziesięcioletnim pobycie w Indiach wydał pokaźny zbiór ilustracji zatytułowany Oriental Scenery.

33 Ramalingam to członek hinduskiej trupy muzyczno-tanecznej, którą Gautier opisał w felietonie "Bajadery" z 1838 roku.

Copyright Information & Acknowledgments

Guy Debord: "Cette mauvaise réputation...", ? Éditions Gallimard, Paris 1993.

Théophile Gautier: "Pochades, Zigzags et Paradoxes I-XII"; "Un tour en Belgique I-VI"; "Voyage hors barri?res I"; "Paris futur", in: Caprices et zigzags, Victor Lecou Éditeur, Paris 1852; "Reisebilder - tableaux de voyage", "La Presse" Paris, 30 listopada 1837.

Durs Grünbein: "Realito", "Exaltationen im Schlaf", from: Strophen für übermorgen, ? Suhrkamp Verlag Frankfurt am Main 2007; "Inspektor Kobold", ""L'origine du monde"", from: Koloß im Nebel, ? Suhrkamp Verlag Berlin 2012; "Delambre", "Rabbi Levi", "Hertz", from: Cyrano oder Die Rückkehr vom Mond, ? Suhrkamp Verlag Berlin 2014; "Decolleté", "Dann rief der Papst an", "Misanthropischer Humanist", "Gefragt, was es ist", from: Zündkerzen, ? Suhrkamp Verlag Berlin 2017; "Ost-West-Achse", ? Durs Grünbein.

Heinrich Heine: Reise von München nach Genua, in: Sämtliche Werke. Düsseldorfer Ausgabe, Manfred Windfuhr (Hg.), Bd. 7/1 (Reisebilder III/IV), Hoffmann und Campe Verlag, Hamburg 1986.

Reiner Kunze: Mensch im Wort. Drei Gedichte für Kinder und dreißig Antworten auf Fragen von Jürgen P. Wallmann, ? Edition Toni Pongratz, Hauzenberg 2008.

Reiner Kunze: "weisser wolkenloser himmel", "menetekel", "argument für ein ewiges leben", "Černivci", "Robert Gray schreibt das gedicht "die dämmerung"", "porträtfoto von sich selbst von vor sechzig jahren", "verstummen", "daseinsfrist", "kassiber", "unser alter", "nur selten kam der traum zu mir als freund", "fern kann er nicht mehr sein", from: die stunde mit dir selbst, ? S. Fischer Verlag GmbH, Frankfurt am Main 2018.

Every effort has been made to locate the copyright holders.

We would be pleased to rectify any errors or omissions.

Photo Credits

pp. 4, 44 (by Félix Nadar), 182, 264 - WikiCommons; p. 106 - Colla 1825, ? Heinrich-Heine-Institut, Düsseldorf; pp. 236, 244 - ? Jakub Ekier; p. 334 - ? Tineke de Lange

Stałe punkty sprzedaży "Literatury na Świecie"

Wydanie papierowe

Księgarnie internetowe:

sklep.instytutksiazki.pl

bonito.pl

Księgarnie stacjonarne:

Kraków

Główna Ksie?garnia Naukowa, ul. Podwale 6

Klub "Lokator", ul. Mostowa 1

Ksie?garnia "Akademicka", ul. S?wie?tej Anny 6

Ksie?garnia "Karakter", ul. Tarłowska 12

Ksie?garnia "Massolit", ul. Felicjanek 4/2

Siedlce

Ksie?garnia "Współczesna", ul. Katedralna 5

Warszawa

Ksie?garnia im. B. Prusa, ul. Krakowskie Przedmies?cie 7

Ksie?garnia "Pardon To Tu", Al. Armii Ludowej 14

Ksie?garnia Uniwersytecka "Liber", ul. Krakowskie Przedmies?cie 24

Ksie?garnia "Wiejska 14", ul. Wiejska 14

"Nowa Księgarnia", ul. Madalińskiego 10/16 w siedzibie "Nowego Teatru"

Salony EMPiK na terenie całego kraju

Wydanie elektroniczne

nexto.pl

virtualo.pl

empik.com

Warunki prenumeraty

Wydanie papierowe

Cena prenumeraty krajowej "Literatury na Świecie":

roczna (sześć numerów) - 108 zł

Zamówienia na prenumeratę krajową przyjmuje:

sklep.instytutksiazki.pl

Cena prenumeraty zagranicznej "Literatury na Świecie":

roczna (sześć numerów) - 60 euro, 80 USD

Wpłaty należy kierować na konto wydawcy:

Instytut Książki, Bank Gospodarstwa Krajowego

PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 SWIFT CODE: GOSKPLPW

Tytuł wpłaty: Prenumerata "Literatury na Świecie"

Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki.

Wydanie elektroniczne

Cena prenumeraty "Literatury na Świecie":

roczna (sześć numerów) - 108 zł

Zamówienia na prenumeratę wydania elektronicznego przyjmuje:

nexto.pl

Informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać:

Dział Wydawniczy Instytutu Książki, ul. Parandowskiego 19, 01-699 Warszawa

tel. 22 697 05 34, e-mail: [email protected]

Czasopismo Instytutu Książki,

wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Drukarnia Petit, 20-210 Lublin, ul. Tokarska 13.

Nakład 1700 egzemplarzy.

Adres Wydawcy: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Zygmunta Wróblewskiego 6.

Dział Wydawnictw Instytutu Książki, 01-699 Warszawa, ul. Jana Parandowskiego 19

tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34; e-mail: [email protected]